sobota, 25 lipca 2026

Perle di Sole Cioccolato Findente Al Gusto Di Arancia Orange Flavoured Dark Chocolate Bar ciemna 51,4 % z pomarańczą

Dawno temu jadłam Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange, która sprawiła, że inaczej spojrzałam na pomarańczowe tabliczki. Ogólnie z wariantami pomarańczowymi różnych słodyczy odkąd pamiętam miałam problemy. Niektóre mnie obrzydzały (Tic Taki, draże), inne były obojętne, jeszcze inne zachęcające. A choć ogólnie zawsze byłam wrażliwa na olejki, akurat pomarańczowy stanowił wyjątek i te dopuszczałam. Może dlatego, że lepsza tabliczka z olejkiem niż ze skórką kandyzowaną? Ostatnio jednak beznadziejnie cytrusowo przearomatyzowane tabliczki Vanini zohydziły mi czekolady z olejkami cytrusowymi. Obstawiałam, że czasowo, nie na stałe, bo ogólnie uważam, że różne rzeczy dodane z głową mogą wyjść ok. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę, w normalnych okolicznościach dziś prezentowaną tabliczkę odłożyłabym sobie na "kiedyś tam". A jednak kupiłam niepewnie dwie, zostawiając w sklepie trzeci wariant. Miałam różne obawy do tej nieznanej marki i czekolad: przede wszystkim bałam się, że to typ Modica, którego nie cierpię. Spieszyło mi się więc, by ją przetestować i tym samym rozsądzić, czy chcę trzeci smak.
Czekoladę wzięłam ze sobą na zimowe wejście na Szpiglasowy Wierch. Ruszyłam z Palenicy Białczańskiej, kawałek asfaltem, dalej Doliną Roztoki koło wodospadu Siklawa. Potem, podziwiając zamarznięte stawy, nie za długi odcinek szlakiem niebieskim aż do skrzyżowania z żółtym, gdzie oczywiście obrałam kierunek "Szpiglasowa Przełęcz". W śniegu była wydeptana bardzo wąska ścieżynka, na której leżał nieco sypki śnieg, więc szłam ostrożnie i aż zaczęłam wątpić, że uda mi się znaleźć trochę przestrzeni na czekoladową sesję, ale w końcu udało się i, jak planowałam, otworzyłam czekoladę na podejściu, jeszcze przed przełęczą. Tak, cukrowy zastrzyk był tam potrzebny. 

Perle di Sole Cioccolato Findente Al Gusto Di Arancia Orange Flavoured Dark Chocolate Bar to ciemna czekolada o zawartości 51,4% kakao o smaku pomarańczowym, czyli z aromatem pomarańczowym.

Po otwarciu uderzył zapach pomarańczy w wydaniu wyraźnie olejkowym, choć niekoniecznie bardzo sztucznym. Pomarańczowość ta nie mordowała, mimo że wyprzedzała czekoladę. Dopuszczała ją do siebie jako soczyste, bardzo słodkie galaretki w czekoladzie. Wysoka słodycz wydawała się trochę soczysta i nie cukrowa, mimo że bardzo silna. Czyżbym odnotowała próbę uszlachetnia jej wanilia? Cierpkość kakao niemal nie istniała w tej kompozycji, choć bez wątpienia oczami wyobraźni patrzyłam na galaretki w czekoladzie... "deserowej" (nie cierpię tego określenia, ale tu pasuje idealnie).

Bardzo ciemna, i lśniąca tabliczka była twarda i trzaskała chrupko przy łamaniu. Przypominała skałę. 
W ustach rozpływała się w średnim tempie, znacząco tłusto maziście. Czuć w niej lekką oleistość, ale też kremowość. Mimo że zachowywała kształt, znacząco miękła. Odznaczała się gładkością i gęstością. Znikając zostawiła tłuste i olejkowe wrażenie.

W smaku pierwszy rozlał się napój pomarańczowy. Taki zwykły, dosłodzony, z kartonu. Wyniósł słodycz na dość wysoki poziom z łatwością.

Z napoju wyłonił się motyw olejku pomarańczowego. Słodycz i jego nie odstępowała na krok, więc choć przemknęły mi przez myśl galaretki pomarańczowe, to okrojone z cierpkości, goryczki, nie utrzymały się na dłużej. Moje myśli zaczęły za to błądzić po żelkach i gumach rozpuszczalnych (mamba) pomarańczowych. Zrobiło się trochę cukierkowo.

Wreszcie ruszył jednak tez palony motyw. Taki prawie zbliżający się do gorzkości, ale nie gorzki. Obok płynęła maślaność, ogólnie harmonizująco-łagodząca kompozycję.

Gorzkawość wyprosiła w pomarańczy nieco bardziej naturalny motyw owocu pomarańczy. Bardzo słodkiej, acz soczystej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palony motyw kakao zmieszał się z pomarańczą i poszły razem w stronę nadzienia-trufli czekoladowo-pomarańczowej. Bardzo słodkiej, choć udającej twór wytrawniejszy.

Trufli... z odrobinka alkoholu? Pomarańczowego likieru? Ale w sumie raczej bez alkoholu... Chyba. Słodycz trochę rozgrzewała język, trochę drapała w gardle, przez co ta sugestia cały czas gdzieś z boku wisiała. Zrobiło się też za słodko, mimo że czystej, chamskiej cukrowości nie czuć za to za grosz. Pomarańcza za mocno ją zabawiła. Olejkowy wydźwięk pomarańczy nie był jedynym wyczuwalnym.

Do głowy przyszła mi domowa galaretka jako nadzienie czegoś maślano-kakaowego (ciasta? domowych trufli?) chyb wciąż z likierem, po czym w tle przemknął mi... jakby zielony, trochę roślinny motyw. Należał do bardzo łagodnego kakao o znikomej cierpkości. Podkreślił też wanilię, która urozmaiciła pomarańczowość.

Roślinność, zmieszawszy się z jakby cukierniczą, słodko olejkowa pomarańczą, zaserwowała trochę kwasku. Końcowo pomyślałam o słodko-kwaśnych owocach i ich soku. 

Po zjedzeniu został posmak kwaskawego soko-napoju pomarańczowego, przepleciony motywem olejku pomarańczowego w z kolei słodkim wydaniu. Z olejkiem wiązała się delikatna cierpkość, do której podkradło się kakao oraz rozgrzewanie, w którym ujawniło się przesłodzenie.

Tabliczka zaskoczyła mnie pozytywnie jak na to, czym była. Okazała się bowiem bardzo przyzwoita. W górach nieźle szła, w domu też do skończenia, choć ostatnie 6 kostek już mnie zmęczyło olejkowością i wcisnęłam je Mamie.
Szkoda, że była tak mało... prawie niegorzka i tak mocno pomarańczowa, że aż mało kakaowa. A jednak deserowo-kakaowo smakowała, nie czułam się, jakbym jadła oleje w formie tabliczki, a bardzo słodką, delikatną czekoladę mocno pomarańczową. Przynajmniej słodycz nie męczyła aż tak bardzo dzięki duetowi pomarańczy i wanilii, nie była chamsko-tania. Pomarańcza na szczęście oprócz olejkowości, miała też bardziej naturalne momenty soku, napoju. Skojarzenie z truflą kakaowo-pomarańczową w ogóle byłoby bardzo smaczne, gdyby wyszło wytrawniej.
Niestety jednak, jakby nie patrzeć, to wciąż niegorzka, bardzo słodka i tłusta tabliczka pomarańczowa bez pomarańczy... Nie umiem się nią zachwycić. Myślę, że pojedyncze kawałki suszonej czy liofilizowanej pomarańczy by pomogły.
Jakościowo blisko jej do Lindt Excellence Orange, acz oferuje pomarańczę "na inny sposób". Sposób podobny do Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange, ale bardziej męczący.

Mama, której jako wspomniałam wcisnęłam resztkę, nie dokończyła. Jak to opisała: "Ta czekolada bardzo mnie nudziła. Czułam pomarańcze i to wyraźnie, ale w nic w niej ciekawego nie uświadczyłam. Jakaś taka... deserowa? Nie wiem, kto lubi takie czekolady, ta był nudna, przeciętna taka".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 24,49 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), naturalny aromat pomarańczowy 1,5%

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.