Trochę markotna pisałam wstęp do Chapon Madagascar Sucre de Bouleau i wtedy nawet mi się nie śniło, że w ciągu tygodnia będzie mi dane zrobić takie porównanie. A jednak! Chciałam zacytować opis producenta, a na jego stronie wyświetliła mi się tabliczka, która musiała wyjść po tym, jak zakupiłam tamtą: właśnie dziś przedstawiana, czyli słodzona cukrem, a nie słodzikiem. Żałowałam, że moje kochane lemury znalazły się na słodzikowej, nie klasycznej, ale trudno. Chociaż... długo zachodziłam w głowę, dlaczego na dziś przedstawianej znalazł się wyrak, który - z tego co sprawdziłam - żyje na Borneo, Celebesie, Indonezji, południowych Filipinach, ale nie Madagaskarze (?).
I tak bardzo się cieszyłam na zjedzenie dziś przedstawianej. Do tego stopnia, że czym prędzej złożyłam zamówienie (mimo że miałam przez kolejne kilka miesięcy nie kupować czekolad ze względu na zapas i perspektywę jednego kosztownego wyjazdu). To było silniejsze ode mnie! Specjalnie też odłożyłam końcówkę Chapon Madagascar Sucre de Bouleau w sreberku, by móc je lepiej "na świeżo" porównać. Zrobiono je bowiem z takiego samego kakao od Bertila Akessona, a zmieniono tylko słodzidło i trochę jego zawartość.
Chapon Cacao Rare Madagascar to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano, z plantacji Bejofo.
Po otwarciu nastąpiła eksplozja zapachu owoców. Z jednej strony czerwonych, a więc kwaśnych wiśni i surowej żurawiny, z drugiej cytrusów: słodko-cierpkich grejpfrutów oraz kwaskawych mandarynek i/lub słodkich pomarańczy. Cytrusy i czerwone owoce walczyły ze sobą o pierwszy plan, a za nimi w tym czasie rozlał się motyw mocno kwiatowy, słodki i zarazem rześki, przywodzący na myśl kwiaty wodne oraz ziemisty. Ziemia wydała mi się w tym ujęciu nieco pieprzna... Jak ziemisty, a zarazem rześki pieprz? Owoce kwaśność łączyły ze słodyczą w harmonii, zaś w tle odnotowałam jeszcze kwasek o zupełnie innym charakterze, kojarzący się z kiszonkami (kapustą duszoną w winie ze śliwkami?) i chlebem na zakwasie, przypieczętowujący nieco wytrawniejszy motyw.
Tabliczka była twardo konkretna, a przy łamaniu odpowiednio głośno trzaskała. Wydawała się nieco polewowo krucha, choć się nie kruszyła.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, przez pewien czas zachowując kształt, ale robiąc się jednocześnie coraz bardziej miękką i plastyczną. Była gładka, kremowa i dość, chociaż nie męcząco, tłusta. Maziście, lepkawo pokrywała podniebienie, co nie przeszkadzało w rozwoju soczystości. Końcowo bardzo wysokiej.
W smaku pierwsza rozeszła się dość wysoka słodycz, jeszcze trochę rosnąca w ciągu kolejnych sekund. Przemknął mi w niej prosty, trochę toporny akcent cukru, ale zaraz odciągnęły od niego uwagę kwiaty.
Ogrom kwiatów. Albo wręcz Kwiatów przed duże "K". Kwiatowa eksplozja miała miejsce na pierwszym planie. W tym czasie próbowała przedrzeć się zza nich kwaśna cytryna, ale jakby zrozumiała, że nie ma szans i jedynie soczyście pobrzmiewała za nimi. Kwiaty pchały mi się do głowy białe i wilgotne, wodne, a więc rześkie, ale nie tylko. Było w nich coś egzotycznego.
Do kompozycji dołączyła delikatna, palona - i jakby wręcz prawie pikantnawa? - gorzkość. Nadała jej powagi, szlachetności, ale nie wtrącała się za bardzo.
Kwaśność w tle została trochę stonowana maślanością. Ona również spowolniła wzrost słodyczy, po czym zaczęła przeistaczać się w bardziej "nabiałowy wątek", i... przekonała się do kwasku, serwując mi motyw maślanki i kwaskawego jogurtu naturalnego.
Kwaśności w końcu udało się dołączyć do kwiatów na pierwszym planie. Nie była to jednak czysta kwaśność, a soczysta kwaśność wymieszana w niemal równych proporcjach ze słodyczą, jako że reprezentowały ją mandarynki. Kwiaty ustąpiły miejsce cytrusom, które cały czas konsekwentnie umacniały kwaśność. Do mandarynek dołączyły słodko-kwaśne pomarańcze i słodko-cierpkie grejpfruty. Grejpfrut mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszedł na prowadzenie cytrusów.
Zaraz po cytrusach na drugim planie także znalazła się soczysta kwaśność, ale przez pewien czas mniej słodka, bo należąca do kwaśnych, niezbyt dojrzałych wiśni oraz surowej żurawiny. Chyba nawet czerwone porzeczki się tam zaplątały... Gdy zaczęło się robić bardzo kwaśno, motyw czerwonym owoców stonował jogurtowo-maślankowy akcent. Zamknął czerwone owoce jakby właśnie nieco posłodzonej maślance, takim jakimś jogurtowym koktajlu albo... mleku smakowym wiśniowym? Za nim, prawie niespostrzeżenie, do czerwonych owoców (głowie wiśni) wkradło się nieco cukierkowe echo. Znów słodycz wydała mi się taka... "dodana", nie w pełni harmonijna.
Niemal zawoalowana gorzkość pokierowała część kwasku w bardziej wytrawnym kierunku... jakby kiszonkowym (kiszone owoce?!), coś jak japońskie śliwki ume, trochę... jak chleb na zakwasie z niedookreślonymi wiśnio-śliwkami?
Cierpki grejpfrut podkreślił wycofaną gorzkość. Zrobiło się bardziej cierpko, przy czym wychynęła ziemia i pieprz. Jakby ziemisty pieprz, albo ziemia pieprznie pikantna? Ogrom soczystej kwaśności zasugerował pieprz cytrusowy, który mimo pewnej ostrości, wyszedł dość rześko. Podyktował cięższo-szlachetniejszy wydźwięk tej "dodanej" słodyczy, kierując ją w waniliową stronę. Co nagle z kwiatami wydało mi się przybierać przytulny, tulący klimat. Kwaśność powoli zaczęła słabnąć ze względu na waniliowo-maślany krem do tortu na biszkoptach czekoladowych.
Po zjedzeniu został posmak czerwonych, kwaśnych owoców i słodko-cierpkich cytrusów: głównie grejpfrutów i mandarynek, z wyraźnie pieprznie-ziemistym, goryczkowato-pikantnym tłem. Słodycz również się zaznaczyła jako wysoka, ale ograna owocami i przyprawami, kwiatami.
Czekolada wyszła przepysznie, z małym tylko zastrzeżeniem: chwilami przeszkadzała mi słodycz, która jakby nie mogła się odnaleźć. Czuję, że z cukrem trzcinowym ta kompozycja z łatwością zgarnęłaby mocną 10. Ogrom soczyście kwaśnych, ale nie kwachowatych owoców, a więc czerwonych wiśni, żurawin, porzeczek, wtórujących nieco dominującym cytrusom: grejpfrutom z mandarynkami z dodatkiem mandarynek świetnie współgrał z intensywnymi kwiatami. Trochę kwaskawo-nabiałowych nut, ziemia i pieprz, waniliowa końcówka idealnie to wzbogaciły. Nie przeszkadzały mi nawet akcenty maślano-łagodzące czy to, że ogół był mało gorzki. Wysoka słodycz nie przeszkadzała jakoś bardzo, bo wydawała się w dużej mierze kwiatowa i owocowa, a kwaśność wspięła się na wyżyny.
Dziś przedstawiana czekolada wyszła zupełnie inaczej niż Chapon Madagascar Sucre de Bouleau - do tego stopnia, że nie zgadłabym regionu tamtej. Przede wszystkim dzisiejsza wydawała się... owocowo żywsza. Owszem, w obu wystąpiły czerwone i cytrusowe owoce, chleb, ziemia, rześkość, ale w zupełnie innym wydaniu. We wspomnianej mimo że słodzik się aż tak jawnie, chamsko nie wyłaniał, to jednak pohamował kwaśność, soczystość. Z czerwonych owoców czułam w niej czereśnie oraz wiśnie i porzeczki, a chleb był wyraźniejszy, ziemia metaliczna, z roślinnych motyw to nie kwiaty, a zioła, rośliny i deszczowy, wodnisty chłód, z nabiału ubijana zimna śmietana, nie zaś jak w dzisiaj prezentowanej splot maślanki, jogurtu, masła i mleka, zgrywających się z owocami.
W zasadzie różnić powinno je może nawet jakieś 2-3 punkty, a nie tylko 1, ale to tabliczki - moim odczuciu - z kompletnie różnych kategorii. Nie będę bowiem odejmować punktów czekoladzie ze słodzikiem za to, że zawiera słodzik.
ocena: 9/10
kupiłam: clubdelchocolate.com
cena: € 9.50 (ok. 40 zł; za 75g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.