środa, 8 czerwca 2022

masło orzechowe (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %

Mama codziennie na śniadanie je masło orzechowe i odkąd Lidl zaczął kombinować ze swoim genialnym Mister Choc Masło orzechowe kremowe / McEnnedy American Way Peanut Butter Smooth w szklanym słoiku, wprowadzając znacznie gorsze McEnnedy American Way Smooth Peanut Butter w plastikowym słoiku, czasem przemycając kiepską Mister Choc Pastę orzechową kremową, Mama zaczęła szukać smarowidła amerykańskiego typu (peanut butter) w zastępstwie. Ja z ciekawości próbowałam, towarzysząc jej w tej "drodze przez mękę" (wyolbrzymiam, ale ciii). Raz i drugi jednak podsunęłam jej myśl, że po co męczyć się kremami o średnich składach, skoro można się tak samo męczyć, ale zdrowym? Mama nie lubi past 100 %, ja natomiast mam mieszane uczucia - zależy co, kiedy i do czego (fistaszkowe od razu kojarzą mi się z PB, z innych orzechów preferuję 100%). Niestety, przez to, że zakupy w Auchanie zawsze robię w pośpiechu (bo z ojcem raz w miesiącu), jakoś jak sprawdzałam etykietę, nie dotarło do mnie, że dla marketu tego, wyprodukowało to... Sante. Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts było wstrętne, ale liczyłam, że może jakość dla różnych marketów, czy to pod swoje logo się różni (to się bowiem zdarza, czego namacalne przykłady mogę zawsze przytoczyć nie tylko ze świata słodyczy; moim koronnym jest Baron: tabliczki spod jego logo wg mnie są niezjadliwe, a te na Biedrę jako Luximo - owszem). Mając traumę po tej oleistości, obecnie w sklepach uważnie zawsze słoikiem macham. Zakupione wyglądało normalnie - na wierzchu wydzielił się olej, ale reszta obiecywała konsystencję gęstszą niż olej.

(Sante) Auchan Peanut Paste Smooth to "gładka pasta orzechowa z prażonych orzeszków arachidowych" w 100 % z orzechów; słoik zawiera 500 g. Wyprodukowane dla Auchan przez Sante.

Po otwarciu poczułam intensywny, zaskakująco masłoorzechowy zapach fistaszków. Oddawał delikatne i naturalne, ale jednak podprażone i złudnie słonawe smarowidło typu amerykańskiego.

To nie mi przypadł "zaszczyt" otwierania słoika (to jedna z nielicznych rzeczy, jakiej nie cierpię otwierać i ścierać się z tym, co zastaję). Mama poinstruowana, jak ja traktuję masła orzechowe po raz pierwszy, zrobiła podobnie, czyli zlała większość oleju z wierzchu (ponoć było go dużo, około 3 łyżek, z tego co mówi), a resztę "podziubała / wymieszała niedbale z grubsza".
Jeszcze tego samego dnia za smarowidło wzięłam się i ja. Trafiłam na rzadkawy, minimalnie oleisty wierzch - tylko on wykazywał tę cechę.
Smarowidło miało konsystencję rzadkawą, ale jednocześnie pełną, esencjonalną. Całościowo nie było oleiste. Okazało się treściwe. Choć było ciągnące i ruchome (przy poruszaniu słoika), trochę rozlewało się np. na kromce chleba, nie było bardzo rzadkie. Wyraźnie czuć w nim chropowatość od zmielonych orzechów. Nadało to cudownie "miazgowego", naturalnego efektu (choć gołym okiem można dostrzec drobinki jakby skórek, w smaku te ciemniejsze drobineczki nie odegrały żadnej roli). Podczas jedzenia, w ustach jakby gęstniało, zaklejając je w sposób gęsty i pełny. Znikało powoli, pozostawiając tłusty w naturalnie orzechowy sposób, efekt. Konsystencja nie była ani gęsta, ani lejąca, co uważam za ogromny plus. Dzięki temu jest to krem bardzo uniwersalny.
Jako że nie mieszamy go jakoś specjalnie, na samym dnie (tak z 3 cm?) krem przybrał formę bardziej suchawo-gęstą. Masa jakby lekko podpływała olejem, była jeszcze bardziej przytykająca. Także w takiej wersji ta pasta zacnie się sprawdza (nie ma więc co się bać, że trzeba idealnie - najlepiej mikserem - wszystko przemieszać).

W pierwszej chwili uderzyło intensywnym smakiem masła orzechowego typu amerykańskiego (peanut butter!), nie do pomylenia z niczym innym. Orzeszki przedstawiły się jako prażone delikatnie, ale wyraźnie. Nuta ta stworzyła iluzję przesubtelnej słonawości.

Jak masa rozchodziła się w ustach, fistaszki królowały cały czas. Musiały być podprażone naprawdę delikatnie, bo po chwili ich wydźwięk zaczął łagodnieć. Swoje podprażenie podały w wątpliwość, choć nie utraciły na intensywności. Pokazały się z bardziej neutralnej, niemal naturalnie słodkawej strony. Zapomniały o splocie masła orzechowego i soli, dały się poznać jako niemal surowe.

Z czasem dominowała czysta fistaszkowa głębia. Powiedziałabym, że to orzeszki bez skórek i takie... chwilami trochę fasolowe, nieprażone albo prażone minimalnie. Podmywało je lekkie echo oleju arachidowego, może maślany akcent, ale nie raził ani trochę (może nawet dodał pewnego uroku?).

Im bliżej końca, tym bardziej naturalnie słodkie mi się wydawało. Aż... fistaszkowo słodziuteńkie.

Po zjedzeniu został posmak fistaszków jako świeżych i pełnych smaku orzeszków. Były trochę duszne, i... czyste, słodkawe. Wtedy może też bardziej wyłamała się lekka, fistaszkowa oleistość (ale nie odebrałam jej źle).

Zaprzyjaźniłam się z tą pastą łyżeczkowaną (nakładam sobie do miseczki i jem łyżeczką, który to deser traktuję jako zamiennik lodów - obecnie wszystkie są dla mnie za słodkie i, uwaga, za zimne, haha). Jej czysta fistaszkowość nie przestaje w ten sposób zachwycać. Nie nudzi.

Legenda głosi,
że pod spodem jest chleb.
Dodam, że mimo iż w gruncie rzeczy było naturalnie delikatne, to wciąż na tyle wyraziste, że dobrze sobie radzi na - przecież również intensywnym - chlebie żytnim razowym. Przy nim nawet dłużej i mocniej kojarzy się z prażono-podsolonym masłem orzechowym. Na kromce rozpływa się trochę, ale nie spływa z niej.
Krem z dna, a więc już bardziej sucho-zwarty, też jadłam właśnie na kanapkach, ale dodałam dżem (100% z truskawek). To połączenie też sprawdziło się świetnie, bo pasta fistaszkowa wciąż niewzruszenie eksponowała swe walory, a dżem nawilżył ją.

Dzięki neutralnemu smakowi dobrze sprawdza się też z nabiałem, u mnie głównie z twarożkiem, serkiem Bieluch (lekki, który ma 3% tłuszczu to mój faworyt); rzadziej z jogurtem greckim (Piątnicy 0%). I o dziwo z nim (może to przez kwasek nabiału?) wydaje się z kolei jeszcze neutralniejsze i słodkawe (naturalnie!). Z serkiem wychodzi "najklarowniej", bo ten stanowi jedynie delikatne, mało wnoszące tło, a pasta fistaszkowa roztacza smak w zasadzie taki, jak jedzona zupełnie sama.
Zupełnie inaczej wyszło z kozim jogurtem naturalnym - on podkręcił właśnie peanut butterowy, słonawy wydźwięk (bo ten jogurt sam w sobie słonawość lekko sugeruje?). Najsłabiej, gdy o nabiał chodzi, w moim odczuciu sprawdził się czysty zwykły jogurt naturalny (przez kwasek, który uwielbiam w czystych jogurtach, ale jednak z pastą fistaszkową trochę się gryzł).

Mnie osobiście nie podeszło tylko z kaszą jaglaną - uwielbiam ją, ale chyba jej smak nie pasował, a ono samo jakoś za bardzo w olej poszło. A może po prostu coś mi nie wyszło (ta opcja w sumie kiedyś do powtórzenia, by się upewnić, bo z tym masłem zrobiłam tylko raz).

Całość uważam za rewelacyjną. Nieprzekombinowana, delikatna, a wyrazista w smaku i uniwersalna pod względem konsystencji, nadaje się do jedzenia łyżeczką, jak i na chleb (u mnie żytni razowy), do jogurtów, w sumie i kasz na ciepło (może nie idealnie w moim odczuciu, ale daje radę).
Od Mamy wiem, że rozsmarowana na ciepłych tostach ma się średnio; ona ma zastrzeżenia, że za bardzo spływa (wg niej konsystencja "mogłaby być gęstsza", a i początkowo trochę brakowało jej w nim słoności, lecz przyzwyczaiła się, i końcowo masło ocenia dobrze, choć uparcie twierdzi, że "lepiej nie wąchać"; wciąż kręci nosem na gęstość, ale tylko trochę) i uważa je za "zbyt mdłe, za łagodne".
Według mnie paście nie brakuje niczego - żadnej soli czy mocniejszego prażenia. To, jak mignęła właśnie takim splotem na początku każdego zagarnięcia / kęsa, było świetne. Tak jak i przechodzenie na łagodniejszy, ale nie mdły, tor.
Ta pasta była diametralnie inna od Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts, co bardzo mnie dziwi. Dlaczego producent pod swoje logo robi produkt ewidentnie gorszy, oszukańczy, a dla Auchan jakoś umie zrobić cudeńko, w dodatku w niższej cenie... To, co je różni, to to, że dzisiaj przedstawiane jest takie miazgowo-esencjonalne, masywne (mimo że rzadkie). Nie smakuje olejem fistaszkowym, a wyrazistymi, pysznymi fistaszkami i właśnie wszelkimi ich walorami. Podlinkowane ma konsystencję zagęszczonego oleju i oleiście-wodnisty, mdły smak. Różnią się nawet wartości (kalorie), więc... Nie rozumiem tego. Ale cieszę się, że odkryłam właśnie to.

Może niewiele osób zwraca uwagę na to, ale ja owszem. Opakowanie - dzisiaj przedstawione ma porządny szklany słoik, który dobrze trzyma świeżość. Go On miało lichy, delikatny plastikowy, który na upartego można wgiąć, ściskając. 


ocena: 10/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł (za 500g)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: prażone orzechy ziemne (arachidowe / fistaszki)

2 komentarze:

  1. Dziękuję za tą recenzję. Poszukuję masła idealnego, optymalnie 100%, ale jakoś nigdy nie zwracałam uwagi na produkty z etykietą marketu. Próbowałaś może wersję crunchy? Jeśli tak, byłaby szansa, żebyś napisała czy miało dużo orzeszków? I czy były chrupiące.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Ewa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jako że na pełną recenzję trzeba będzie długo czekać, jasne, że napiszę. Wersja crunchy ma bardziej prażony smak i aż tak bardzo od tej nie różni się, bo też jest "miazgowa", a kawałków orzechów jest dużo, ale są malutkie i małe. Jakościowo dobre, delikatne, nietwarde. Chrupiące? Bardzo delikatnie, ale nie uznałabym tej delikatności za wadę. Zawartość słoja jest jednak o wiele, wiele gęstsza. Dostała ode mnie 9/10, ale tylko w sumie dlatego, że mają podział na Smooth i Crunchy, a np. całych czy połówek orzechów w Crunchy nie uświadczysz (a pasty powinny się bardzo różnić, skoro są dwie). I ja wolę łagodniejszy smak Smooth. Mama z kolei woli ten intensywniej prażony Crunchy.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.