Nie myślałam, że tak szybko wezmę się za tę czekoladę, ale przysłano mi ją z absurdalnie krótką datą, mimo że składając zamówienie poprosiłam o sprawdzenie dat i w razie czego kontakt, czy wysyłać. Zapewniono mnie, że z magazynów wszystko rusza świeże. Mimo że poprosiłam o staranne zapakowanie, otrzymałam kilka czekolad luźno wrzuconych do wielkiego pudla. Czyli podejście do klienta i realizacja zamówień nic się nie zmieniał i z Cocoa Runners nadal nie warto zamawiać. Szkoda, bo mają sporo ciekawych marek w ofercie. Londyńska Kindred Forest wydała mi się właśnie ciekawa, bo po prostu zupełnie mi nieznana. Została założona w 2022 roku przez Bena Nicksona i Katyę Gorską i ponoć jest czymś więcej, niż tylko marką: małą społecznością, którą łączy wizja zachowania bioróżnorodności i kultury lasów deszczowych. Nic dziwnego, skoro przygodę z kakao zaczęli od wielu podróży po właśnie lasach deszczowych Ameryki Łacińskiej i Azji. I, czytając o tym wszystkim na ich stronie, nagle trafiłam na niespodziankę: Kindred nie są twórcami czekolady! Oni współpracują z czekoladnikami i różnymi markami, zajmując się sprawami bardziej organizacyjnymi, czyli współpracują też ze społecznościami, aby stworzyć przejrzysty łańcuch dostaw, gwarantujący etyczne pozyskiwanie najwyższej jakości surowców, wspierając zarówno naturę, jak i kulturę. To mnie trochę rozczarowało, bo liczyłam na zapoznanie się z nową marka twórców czekolad. No cóż... W przypadku dziś prezentowanej tabliczki produkcją zajęło się Chocolarder, co z kolei okazało się niezłym pocieszeniem, bo ich 2 czekolady, które jadłam, były smaczne. I, co ciekawe, na swojej stronie Chocolarder pod swoim logo nie ma żadnej tabliczki z Boliwii. A kakao z tego kraju bardzo lubię. Dziś przedstawianą czekoladę zrobiono z ziaren z prowincji Beni, gdzie kakaowce rosną na wzniesieniach, które w porze deszczowej stają się wysepkami, na które można wtedy dostać się tylko łodzią. Ciekawie - choć przejadłam wiele czekolad z boliwijskiego kakao, pierwszy raz o tym przeczytałam. W dodatku, jak się okazało po rozłożeniu kartonika, trafiłam na specjalną edycję z grafiką z obrazem lokalnego twórcy - Waldo Urazayegua - z Urubicha, wioski w boliwijskiej Amazonii.
(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75% Wild Beniano Cacao to ciemna czekolada o zawartości 75 % dzikiego kakao Beniano z Boliwii, z prowincji Beni; wyprodukowana przez Chocolarder dla Kindred Forest.
Po otwarciu poczułam harmonijny teoretycznie duet kawy i cytrusów. Praktycznie "duet" to ogromne uproszczenie, ponieważ na cytrusowy motyw złożyły się niezbyt kwaśne, raczej słodko-cierpkawe pomarańcze i pomelo, a kawa wystąpiła pod postacią średnio mocno palonych ziaren oraz ewidentnie mlecznej kawy zaparzonej. Do głowy przyszły mi jeszcze orzechy laskowe w czekoladzie i wytrawny krem laskowo orzechowo-kakaowo-kawowy. W nich plątał się motyw jakby prostej słodyczy. O harmonię i szlachetny wydźwięk dbała wyraźna, choć o łagodnym charakterze, jakby trochę wycofana słodycz kremu 100% z orzechów nerkowca i mglistej nutki jasnego ciasta orzechowo-biszkoptowego z kruszonką.
Bardzo twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała krucho i głośno, trochę kojarząc się ze skałą. Mimo tego, że w dotyku była kremowo-tłusta, przekrój wygląda na ziarnisty.
W ustach czekolada szybko zaczęła opływać jakby smarem, ogólnie rozpływając się w średnim tempie, a pod koniec przyspieszając znacząco. Robiła to bardzo ochoczo i trochę wodniście, mimo że bazowo zmieniała się w gęstą grudkę kremu. Kremowość była niezaprzeczalna, mimo wodnistości i pyliście-szorstkiego efektu. Tłustość za ich sprawą stanęła na średnio-wysokim poziomie. Na koniec, już po zniknięciu kawałka, tonowało ją szorstkawo-pyliste, wręcz suchawe wrażenie.
W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Odważniej rozbrzmiały słodkości z pogranicza amerykańskich "fudge" z mleka skondensowanego a polskich krówek, ale o nieco zredukowanej słodyczy.
Za nimi zaznaczyła się jakby owocowa rześkość. Niezupełnie po prostu owoce... Przez myśl przemknęły mi niemal nieuchwytne świeże figi i fioletowe winogrona, po czym, schowały się.
Szybko i mocno nasilała się słodycz krówkowa, ale w ramach wizji krówek podanych do kawy.
Odezwała się bowiem też gorzkość kawy właśnie. Początkowo subtelna, jako słodzona kawa z mlekiem. Zupełnie, jakby otrzymać taką z krówkami i kawałkiem ciasta i zacząć od raczenia się słodkościami. Słodycz rosła ostrożnie, ale dość dynamicznie zmieniała wydźwięk. Porzuciła krówki na rzecz jasnego bardzo wilgotnego biszkoptowego ciasta - może z maślanką? - z kruszonką.
Obok nasilała się gorzkość. Aromat zaparzonej kawy dopiero podbijał kompozycję. Nasilał się motyw palonych ziaren kawy. Takich palonych średnio mocno, w pewnym sensie... soczystych? Nie była to jednak czysta, silna gorzkość. Po głowie kręcił mi się też orzechowy krem kakaowo-kawowy - wytrawny, szlachetny, ale niezaprzeczalnie słodki oraz orzechy laskowe w ciemnej czekoladzie.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza kawy, z nieco mlecznego wątku, wyłoniły się orzechy nerkowca. Zupełnie zasłoniły krówkowy motyw. Ciasto, biszkopt jakoś tam starał się pobrzmiewać, więc przystały na biszkopt mocno orzechowy. Ale raczej z orzechów laskowych. Wystąpił on jako dodatek do orzechów nerkowca, które w sferze orzechowej dominowały, prezentując się jako pasta orzechowa 100%.
Orzechy zatrzymały wzrost słodyczy tak, że zatrzymała się na średnim poziomie, po czym zaczęły też nieco łagodzić kawę.
Przy tym złagodzeniu odnotowałam lekkie przebłyski owoców... cytrusów? Jakby walczących o trochę goryczki. Pomyślałam o słodko-cierpkich pomarańczach i pomelo, ale naprawdę trudno uchwytnych.
Owoce jednak też ani za mocno nie rozbrzmiały, ani za długo się nie utrzymały. Przeszły raczej w pewną rześkość, świeżość. Znowu pomyślałam o fioletowych winogronach, mieszających się z kwiatowym echem. Lekko pikantnawym? Może jednak tamto "coffee cake", ciasto biszkoptowe z kruszonką, było z odrobinką cynamonu?
I co słodsze, co delikatniejsze końcowo zatonęło w średnio mocnej, ale poważnej i wytrawnej gorzkiej nucie palonej. Należącej do ziaren kawy? Wciąż trzymającej się motywu ciasta i kremu?
Po zjedzeniu został posmak palonych ziaren kawy, wpisanej w słodką ciastowość, co przywodziło na myśl biszkoptowe, wilgotne jasne ciasto z ziarnami kawy i kruszonką. Możliwe, że ciasto z nerkowcami, bo i one, jako orzechowy, słodko-maślany akcent, zaznaczyły się. Czułam też rześkość świeżych fig, winogron i kwiatów, ale bardzo leciutką oraz cierpkość cytrusów.
Czekolada była smaczna, choć nie jakoś wybitnie porywająca. Bardzo żałuję, że rozpływała się tak szybko i nazbyt wodniście. Smakowi za to mam niewiele do zarzucenia: słodycz chwilami za bardzo uderzała i pobrzmiewała mi w niej taka... prostota, brak głębi. Ale tylko czasami. Słodycz, choć ogólnie średnia, sporo miała do powiedzenia. A jednak wizja biszkoptu z kruszonką, biszkoptu orzechowego, kremu orzechowego kakaowo-kawowego, słodzonej kawy z mlekiem, które to otaczały gorzkość palonych ziaren kawy, sporo orzechów nerkowca i akcenty rześkich fig i fioletowych winogron czy potem pomarańczy i pomelo ogólnie robiła dobre, przyjemne wrażenie, nie mogę powiedzieć. Wszystko to było bardzo harmonijne, spokojne. Właśnie "przyjemne" to słowo idealne.
ocena: 8/10
Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.