Do momentu dostrzeżenia tabliczek tej marki w jednym ze sklepów internetowych z czekoladami, gdzie czasem zaglądam, nie wiedziałam o ChocoMe Atelier zupełnie nic i nigdy wcześniej ich nie widziałam. Opakowania, choć nie w mojej, bo za jasnej estetyce, wyglądały na naprawdę eleganckie premium (szkoda tylko, że nie używają równie ekskluzywnego cukru, a po prostu biały). Obstawiałam, że marka jest francuska lub szwajcarska. Jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam, że węgierska. Ponoć misją firmy jest ukazanie unikalnego profilu smakowego kakao poprzez tradycyjne metody i ścisłą współpracę z rolnikami. Liczy się kunszt rzemieślnicza oraz sprawiedliwy handel. Wszystko zaczęło się w 2010 od manufaktury chocoMe, którą założył Gabor Meszaros. Sam czekoladą zainteresował się nagle, po gwałtownym zwrocie kariery. Studiował w Belgii, Włoszech i Francji, i zaczął tworzyć... ale z tego co zrozumiałam, nie tylko tabliczki, a draże czekoladowe. Nie byle jakie jednak, a odznaczane różnymi nagrodami. I faktycznie, ich produkcji za nic nie przypominają jakiś tam drażetek, a prawdziwe małe dzieła sztuki. A jednak marzył o tworzeniu czekolad bean-to-bar, doglądając całego procesu na miejscu. Początkowo działał jako jednoosobowa firma. Do 2024 roku rozwinął ją do 30-osobowego zespołu, z którym łączy pasję do czekolady i wreszcie udało mu się wypuścić linie czekolad. Ja kupiłam dwie, w tym dziś przedstawiana, zrobiona z kakao z plantacji La Sabaneta, położonej w regionie Choroni. Ależ cieszyłam się na tę degustację! Wszak ostatnio degustowaną czekoladą była Chapon Choroni.
ChocoMe AtelieR Choroni Dark chocolate bar 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Criollo Puro i trinitario Acriollado z Wenezueli, ze stanu Aragua, z regionu miasta Choroni, z plantacji Hacienda La Sabaneta.
Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach kwiatów i cytrusów: cytryn i grejpfruta. Za nimi pojawiły się bazowo słodkie, choć z leciutkim kwaskiem, zielone winogrona i trochę egzotycznej marakui. Mimo tych kwaśnych wątków, całość jawiła się jako bardzo słodka. W dużej mierze za sprawą żywych, jasnych, drobnych polnych kwiatów, ale też motywu lukru. Oczami wyobraźni patrzyłam na wilgotne cytrynowe babeczki z sowitą warstwą lukru na wierzchu. Raz po raz nawiedzała mnie wizja żelek marakujowych.
Tabliczka w dotyku wydała mi się bardzo dziwna, bo w pierwszej chwili poczułam pylistość i wręcz szorstkość, ale obracając i trzymając ją w dłoniach, odnotowałam też tłustość. Okazała się bardzo twarda. Przy łamaniu trzaskała chrupko i głośno.
W ustach rozpływała się średnio powoli, początkowo kremowo, potem coraz bardziej szorstko i soczyście. Długo starała się zachować pewną twardawość, a już na pewno kształt. Robiła się jednak coraz bardziej gibka, opływała zawiesiną jakby soku i pyłku, aż w końcu jednak zrzedła i zniknęła niczym sok.
W smaku pierwsza wystrzeliła kwaśna cytryna. Niemal natychmiast zaznaczyła się przy niej słodycz kwiatów. Kwiatów i bardziej lukrowa? Próbowała dotrzymać tempa kwaśności.
Kwaśność jednak i tak nie zamierzała utrzymać tego silnego, cytrynowego tonu. Osłodziła się, gdyż do cytryny dołączył grejpfrut. Przyjemnie słodki i lekko kwaskawo-cierpki.
Słodycz za wątkiem cytrusowym trochę się uspokoiła. Do kwiatów na pewno dołączył lukier i... nagle kwiaty zatraciły się, a ja poczułam, jak słodycz przechwytuje cytrynę, by po chwili zaserwować mi lukrowane muffinko-babeczki cytrynowe. Chyba właśnie z cytrynowym lukrem. Motyw wypieków przytoczył też słodkie, cytrynowe - też chyba lukrowane - ciastka o ciągnącej, miękkiej ("chewy") konsystencji.
Kwaśność była wyrazista, ale też bardzo, bardzo osłodzona.
Obok cytrusów pojawiła się marakuja, wiążąca się z nieco bardziej egzotycznym klimatem. Ją z kolei osłodziły dojrzałe zielone winogrona. I... kwiaty? Winogrona przemycały lekkie akcenty kwiatowe. Pod nimi zaś jakby starał się ukryć motyw... marakujowych żelek?
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwiatowo-winogronowy motyw jednak jakby zrobił się bardziej cierpki, stał się... naparem? O mocno kwiatowym wydźwięku... Jakby tak zaparzono coś kwiatowego... z jaśminem i rumiankiem? Słodycz zyskała pewien wytrawniejszy, cierpkawy akcent, a przez myśl przemknęło mi jeszcze przesłodzone białe wino.
Na pewien czas lukrowość wycofała się, a cytrusowe wypieki zrobiły się bardziej naturalne. Słodycz nie osłabła, ale zyskała nowy inny charakter. Babeczki-muffinki połączyły cytrynowy smak z... bananami?
Cierpkie akcenty, motyw wypieczenia zdobyły się na niską gorzkość. Na pewno o palonym charakterze. Gorzkość obracała się w nieco drzewnych klimatach, które powoli, powili mieszały się z naparem, a więc ziołami. Rumianek rozmył się... Napar w sumie też... Do głowy przyszły mi raczej palone cierpko ziołowe kadzidła.
Cytryna w tym czasie przemieszała się z marakują i grejpfrutem. Na końcówce to one dominowały. Grejpfrut pozbierał zewsząd cierpkości i zamknął je w swym mocno soczystym wątku. Słodycz jednak nie odpuszczała. Do głowy przyszły mi jakby lekko goryczkowate (?) żelki marakujowe.
Słodycz uczepiła się wypieku... Kontrastowo do soczystego grejpfruta w towarzystwie marakui wydała mi się nieadekwatnie cukrowa. Jak... miękkie ("chewy") ciastka cytrusowe z kawałkami białej czekolady, które zwyczajnie nie pasują do grejpfrutowo-cytrynowej bazy.
Po zjedzeniu został posmak cytryny, marakui i grejpfruta, mieszających się z lukrowanymi muffinkami i ciastkami z białą czekoladą o cytrusowych nutach, żelkami o smaku owoców egzotycznych (marakui?) oraz motyw kwiatowo-ziołowy. Trochę rumiankowy, ale nie tylko, a bardziej niejasno złożony.
Czekolada była smaczna, ale nie chwyciła mnie. Jej słodycz jakby odstawała i nie umiała się odnaleźć w soczyście kwaśnej kompozycji. Ogólna kwaśność wcale nie była bardzo wysoka, na pewno nie miała w sobie nic z kwachowatości, ale na zasadzie kontrastu ta słodycz lukru i białej czekolady z muffinko-babeczek i miękkich ciastek wyszła topornie. Cytryna, grejpfrut, marakuja trochę osładzane winogronami i bananami, raz po raz wpisywane w realia wypieków z echem żelek, potem sporo kwiatowo-ziołowego naparu i odrobinka wytrawności ziół i drzew mogłyby zachwycić, gdyby słodycz grała z nimi w jednej drużynie. Gorzkości czułam mały niedosyt, ale przy tych mocno owocowych nutach w zasadzie nawet ona nie była taka niezbędna. Pomogłaby na pewno, ale wystarczyłoby, by słodycz stanęła na wysokości zadania.
Jak tak sobie pomyślałam Franceschi 70 % Venezuela Choroni też miała lukrową nutę, ale w tamtej lukrowi udało się dotrzymać kroku smakowitej reszcie i nie psuć efektu.
Z Chapon Choroni miała niewiele wspólnego, ale ogrom dynamicznych owoców je na pewno łączy. Egzotyczne nuty (lychee i pitaja w podlinkowanej, marakuja z kwiatami w dzisiejszej), osładzający banan i motyw wypieku cytrynowego (ciasto migdałowo-cytrynowe w Chapon, muffinki i ciastka cytrynowe w dzisiejszej) można skojarzyć na pewno.
ocena: 7/10
Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.