Gdy tknęło mnie, jak cudowne mogę zrobić porównanie czekolad, bardzo się podekscytowałam tą degustacją.
Jakiś czas temu w internecie trafiałam na tabliczki Chapon, których nie było na stronie producenta. Widywałam je np. na francuskich stronach bez przesyłki do Polski. W poszukiwaniu choćby tej spędziłam sporo czasu przewijając, przewijając itd. Naprawdę uwielbiam tę markę i chciałam spróbować jak najwięcej ich ciemnych tabliczek. Ta w pierwszej chwili przyciągnęła mój wzrok przede wszystkim opakowaniem z pięknym wężem. Niby wpisywała się w obecną estetykę marki, ale jednocześnie wydawała się wyróżniać. Wnętrze wyróżniało się za to n pewno. Zrobiono ją bowiem z genetycznej mieszanki ziaren Criollo i trinitario z plantacji La Sabaneta, położonej w wiosce Choroni na wybrzeżu Wenezueli, niedaleko Chuao. Plantacja, licząca ponad 100 lat, należy do rodziny González, która dba, by zachować tradycje, ale też by iść z duchem czasu i stawiać na rozwój regiony. Rodzina González płaci swoim pracownikom pensję wyższą od wenezuelskiej płacy minimalnej i zapewnia im trzy posiłki dziennie.
Chapon Cacao Rare Venezuela Choroni 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Criollo i trinitario z Wenezueli, z regionu wioski Choroni.
Po otwarciu poczułam słodki, jakby zwiewny zapach kwiatów, przepleciony słodyczą nieco dosadniejszą, lekko drapiącą, należącą do miodu. Miodu albo złudnie miodowych suszonych fig? Ogół był też bardzo owocowy. Też w słodkim kontekście: jakby w tabliczce zamknięto nektar bananowy i sharona o miękkiej konsystencji. Owocowość z kwiatami zaś połączyły lychee i pitaja. W tle bardzo subtelnie zaznaczył się kwasek jakby rodzynkowo-cytrynowy. Obok całej tej owocowej słodyczy odnotowałam jeszcze jakby... pieczone orzechy włoskie z jakiegoś ciasta... marchewkowo-migdałowo-orzechowego, bezmącznego, za to ze szczyptą cynamonu i z mocno śmietanowym kremem.
Niestety to już kolejna czekolada, która przyszła do mnie pokruszona, w złym stanie. Musiałam więc najpierw ułożyć "czekoladowe puzzle" do zdjęć.
Twarda tabliczka przy łamaniu, tam gdzie już miałam okazję to poczynić, trzaskała adekwatnie głośno, skaliście.
W ustach rozpływała się wolno i kremowo. Była zbito-gęsta, trochę mazista. Miękła w nieco śmietankowo-aksamitny sposób, dając się poznać jako znacząco tłusta. Z czasem serwowała też sporo soczystości, ale która nie zaradziła tłustości.
W smaku jednocześnie odezwały się wysoka, dosadnie kwiatowa słodycz i lekki kwasek. Do kwiatów zaraz zaczęły dołączać owoce o niemniejszej intensywności. Przede wszystkim słodkie banany.
Kwasek również trzymał się owocowego wydźwięku. Pomyślałam o cytrynie i kwaskawych brzoskwiniach, ale zaraz zniknęły w słodyczy, która zdecydowanie zajęła pierwszy plan. Bazowała na bardzo dojrzałych, miękkich bananach. Wsparły je suszone figi o wręcz miodowych zapędach.
Kwasek przez sekundę wydał mi się wręcz cierpki... trochę palony (jak spalenizna?), trochę jak czarne porzeczki, ale nie smakujący nimi... Zatonął jednak w słodyczy zupełnie. Do bananów i fig dołączyły bowiem kaki. Dojrzałe, wręcz miękko płynne, a jednak pewną cierpkością potrafiące mignąć.
Słodycz owoców przybrała z czasem lekkość kwiatów. Cierpkość znów dała o sobie znać, ale jako motyw bardziej pieczono-palony. Delikatna gorzkość, pomagając sobie kontrastem, z łatwością przyciągnęła uwagę, serwując trochę ziemi i nieco... rześkawo-ciężkiego motywu lasu, w którym jest sporo zbutwiałego drewna.
Banany zaczęły zmieniać się w chipsy bananowe, takie może nawet trochę dosłodzone... I to wykorzystał motyw karmelu, a dokładniej karmelizowania w miodzie. Choć miodowy karmel wzrósł na znaczeniu, ogół i tak był przede wszystkim do granic możliwości owocowo-kwiatowy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w tle kwasek raz jeszcze spróbował coś ugrać. Przez moment wydawał się trochę śmietanowy, acz nowa fala owoców przekierowała go na cytrynę. A dokładniej... bezmączne ciasto migdałowo-cytrynowe? Potem już się nie cofał, a pobrzmiewał sobie spokojnie.
Karmelizowany motyw podkręcił goryczkę i cierpkość, które jednak i tak nie zdecydowały się na dominację. Trwały spokojnie obok tego wszystkiego, pilnując, by nie zrobiło się za słodko.
Owoce na to przystały, dopuszczając do głosu coraz więcej kwiatów i kwiatowo smakujących owoców: pitai, lychee. Może nawet jakieś pojedyncze gruszki?
Banany i kaki wycofały się, na rzecz moreli i brzoskwiń. Też bardzo dojrzałych, ale jednak o nieco bardziej kwaskawym charakterze. Morelom i brzoskwiniom wystarczyło jednak miejsce na drugim planie, na przód się nie pchały.
Zbutwiałe drewno i ziemia zasugerowały jeszcze coś... kadzidlanego? Kwasek podchwyciły... rodzynki? O kwaskawo-słodkim smaku, ale jednak jakoś niezbyt rodzynkowe... Jakiś tamaryndowiec? Cytryny oddały tym niedookreślonym owocom pałeczkę, same przechodząc w echo.
Gorzkość została otulona maślano-oleistym motywem bardzo wilgotnego wypieku. Wyobraziłam sobie jakieś bardzo soczyste, bezmączne ciasto marchewkowo, marchewkowo-migdałowe (z mąki migdałowej). Takie, w którym jest ogrom orzechów włoskich, właśnie o nieco gorzkim (w pozytywnym sensie) tonie. Były to orzechy wypieczone, ale wpisane w łagodną, coraz wyraźniej migdałową ciastowość.
Albo i nie taką łagodną? Dosłownie na samej końcówce nagle poczułam lekkie pieczenie w język. Najpierw powiedziałabym, że przypraw korzennych głównie, ale też z pewną owocowo-kwiatową cierpkością i odrobinką gryzącego miodu, a po chwili bardziej jak... ciasta migdałowo-cytrynowego ze sporą ilością amaretto? Acz wciąż z motywem kwiatów.
Po zjedzeniu został posmak cytryny oraz żółtych, słodkich owoców: teraz już mniej wyrazistej fuzji bananów, sharonów, lychee, którym wtórowały suszone figi i chyba trochę rodzynek i/lub tamaryndowca, z kolei z echem leciutkiego kwasku. Do tego ostała się niemal pikanteria korzennego, trochę alkoholowego ciasta migdałowo-marchewkowo-cytrynowego.
Czekolada wyszła smacznie i jestem pod wrażeniem, że mimo tego, że zawarła w zasadzie głównie tylko słodkie nuty, nie była za słodka. Ogrom bananów, sharonów, suszonych fig, kwiatów, potem chipsy bananowe, trochę moreli i brzoskwiń, lychee, pitai i znów kwiatów, odrobiny miodu urozmaiciła delikatna kwaśność cytryny, tamaryndowca (?), rodzynek i śmietany, trochę ziemistych i zbutwiałych akcentów oraz końcowa korzenność, ale wystarczyło, by sprawić, że kompozycja wydała mi się wielopłaszczyznowa. Mimo że nie była gorzka, dałabym jej 75%, nie 72%, a w dodatku nie zgadłabym, że posłodzono ją białym cukrem.
Wyszła na pewno bardziej pysznie, ale przede wszystkim bardziej kompleksowo niż nieciekawie cukierkowo-lukrowa, acz przyjemnie różano-porzeczkowa, miodowo-drzewna Franceschi 70 % Venezuela Choroni.
ocena: 10/10
kupiłam: clubdelchocolate.com
cena: € 11 (za 75g; około 46 zł)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.