Uwielbiam czekolady z Kongo odkąd tylko je poznałam, więc ogromnie się ucieszyłam, gdy Beskid wzbogacił swoją ofertę o taką. Działają z kakao od kobiecej kooperatywy Femmes de Virunga, która od 2016 daje niezależność i umożliwia rozwój ponad 1500 kobietom. Rolniczki te uprawiają kakao Amelonado w prowincji Północne Kivu, z okolic parku narodowego Virunga. Teren gór Ruwenzori nie tylko zapewnia niesamowity smak kakao, o czym piszą na stronie Beksidu, ale niesamowicie działa na wyobraźnię. Przynajmniej moją.
Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao Amelonado z Kongo, z prowincji Kivu Północne, z okolic Parku Narodowego Virunga.
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach gliniastej gleby mieszającej się z suchymi liśćmi czarnej herbaty. Normalnie czułam się, jakbym wsadziła nos w słoiczek / puszkę z herbatą, ale też taka już zaparzona, bardzo mocna przewijała się wśród tych wszystkich nut. Oprócz bowiem stabilnej bazy ziemi i herbaty, wystąpiło tu - acz zdecydowanie jako łagodne tło - całkiem sporo owoców i słodyczy, zgranych w jedno w nieoczywisty splot. Do głowy przyszła mi nieco jakby budyniowo-waniliowa cherimoya oraz banan, ukrywający cierpkawe zapędy karamboli i miechunki. A żeby nie było za słodko i za owocowo, poważniejszą herbatę podkreślało trochę ziół, w tym chyba rozmaryn.
Tabliczka ogólnie obiecywała masywność, a dotyk sugerował pylistość. Podczas łamania trzaskała głośno, właśnie w masywny sposób.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując kształt. Była maziście kremowa, a także nie mniej soczysta. Wszystko to wydało mi się bardzo wyważone. Na samym końcu pojawiała się jeszcze lekką, jakby suchą cierpkość.
W smaku pierwszą poczułam słodycz rześkiego owocu i budyniu, układających się w niecodzienny, ale dość jednoznaczny motyw cherimoyi. Właśnie słodko-waniliowo smakującego owocu. Dołączył do niego banan, a słodycz już bez najmniejszych problemów zajęła wysoki poziom. Przez ułamek sekundy banan sprawiał wrażenie cierpkawego...
Na scenę spokojnie wkroczyła czarna herbata. I to właśnie ona okazała się nieść tę cierpkość. Mimo że była delikatna, może dopiero co zaparzająca się, a więc dopiero nabierająca mocy. Wprowadziła lekką gorzkość, która zasugerowała słodyczy, że to nie ona ma być gwiazdą.
Po szybkim wzroście do wysokiego poziomu, słodycz uspokoiła się i potem już tak nie gnała. A nawet leciutko osłabła, wycofując swe owocowe nuty na tyły. Tam pobrzmiewała słodkim, egzotycznie-żółtym echem. Może z jakąś odrobinką zagubionej, niepewnej siebie cierpkości.
Czarna herbata zaczęła się nasilać. Ta zaparzona dodała kompozycji trochę ciepła, ale moje myśli zajmowały głównie suche, poskręcane ciemne liście naprawdę wyrazistej herbaty. Czarnej, szlachetnie gorzkiej. Gorzkość wydała mi się władcza, a to, że znacząco osłabiła słodycz, upewniło mnie w tym wrażeniu. W tle chyba zaznaczyło się trochę ziemi.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do liści czarnej herbaty dołączył motyw drzew i drewna. Drewna łagodniejszego, jasnego i... ciepło-orientalnego?
Obok gorzkości narastał nieco łagodzący, ale niedookreślony motyw. Po jasnym drewnie przybył krem orzechowy... orzechowo-kokosowy? Do niego przeszło też trochę słodyczy, nieco próbującej odzyskać wpływy. Z oddali trochę wyłonił się... budyń waniliowo-bananowy?
Nagle pomyślałam o oleju kokosowym, zrobiło się trochę maślano... aż nagle uderzyła ziemia. Bardzo wyrazista, wilgotna czarna gleba wsparła motyw czarnej herbaty i przypieczętowały gorzki, dosadny wydźwięk. Gliniasta ziemia i suche, herbaciane liście pod koniec wyraźnie rządziły.
Za sprawą ich mocnego, wytrawniejszego charakteru, w owocowym, odległym wątku również pojawił się akcent... jakoby poważniejszy. Coś miechunkowo-cytrusowego zdobyło się na odrobinkę cierpkości. Chyba też... przemknęło mi jakieś bardziej czerwono owocowe błyśnięcie?
Znacząco obniżona słodycz łącząca budyń i banana, krem orzechowy końcowo wraz z gorzkością ziemi i herbaty jednak zupełnie odciągnęły uwagę od tych innych owocowych podszeptów i zamknęły kompozycję w zgodzie.
Po zjedzeniu został posmak ni budyniu, ni budyniowo słodkich owoców (cherimoyi i banana?) z cierpkością czarnej, mocnej herbaty i.... też trochę soczystą, owocową. Obok herbaty chyba pobrzmiewało coś ziołowego, może jakby herbata była trochę pikantnie doprawiona m.in. rozmarynem? Do tego czułam lekki akcent drewna i kremu orzechowego, wygładzających posmak.
Czekolada była pyszna. Początkowa słodycz cherimoyi o owocowo-budyniowym charakterze, bananów aż mnie wystraszyła, ale po chwili cudownie uderzyła mocna, czarna herbata. Owoce przeszły na tyły, przewinęło się trochę drzew i drewna, kremu orzechowego, maślaności, a potem kolejne uderzenie zafundowała ziemia, dołączając do herbaty. Trochę cierpkich, egzotycznych owoców w tle, podobnie jak wcześniej słodycz, jeszcze tylko podkręciła ziemistość i herbaciany charakter kompozycji.
ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.