poniedziałek, 14 listopada 2022

Amano Macoris Dominican Republic 70 % Dark Chocolate ciemna z z Dominikany

Zakochałam się w czekoladach Amano do tego stopnia, że jak tylko pojawiła się możliwość zakupienia nieznanej, zrobiłam to, by potem odnosić się do niej niemal jak do świętości. Bardzo, bardzo mnie ciekawiła, bo  przecież jadłam już Amano Dos Rios Dominican Republic 70 %, czyli z tego samego kraju, tylko innego regionu. Trochę poczekałam, aż uznałam, że nadszedł wystarczająco godny dzień, i zabrałam się za nią. Jeszcze tak odbiegając od samej czekolady: z opisu dowiedziałam się, że twórca marki trafił na wyjątkowo piękną plantację kakao akurat dość pochmurnego dnia, kiedy to jednak kakao dosłownie mieniło się kilkoma kolorami tęczy (kakaowce jak dojrzewają zmieniają barwę od zielonej przez żółtą po czerwoną) dzięki temu, że pojedyncze smugi słońca raz po raz przebijały się przez chmury i liście. Ponoć słychać było tylko świergot ptaków, a on pomyślał, że gdyby rajski ogród Eden istniał, wyglądał by właśnie tak i że po prostu musi zrobić czekoladę z tego kakao. Zanim udało mu się to, jak i osiągnięcie satysfakcjonującego efektu, minęło 7 lat, ale jak to skomentował: "jak ktoś umie czekać, dobre rzeczy w końcu przyjdą". Od siebie dodam jeszcze, że na niektóre faktycznie czekać warto. Miałam nadzieję, że w tym na tę tabliczkę.

Amano Macoris Dominican Republic 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany, z regionów okolic miasta San Francisco de Macorís.

Powąchawszy czekoladę po otwarciu, poczułam się, jakbym nachylała się nad wykwintnym czekoladowym deserem z bitą śmietanką. Niemal widziałam jej kształtną koronę, a po chwili dotarło do mnie trochę gorzkości kawy, ziemi, mocnej herbaty. Dużo ciemnych naparów, przygłuszających ledwie uchwytne orzechy. Zebrało się też sporo ziół z rozmarynem na czele (i jałowcem wśród zbieraniny?) - wszystkie choć wytrawne, to słodkie. Nieco podkarmelizowane? Kompozycja także słodyczy niemało zawierała. Była ona jednak naturalnie przełamana - tu do głowy przyszedł mi palono-przypalony ciemny cukier. Z racji śmietankowości może creme brulee? A przez to wszystko przewinęło się trochę słodkiego kwasku owoców. Najpierw pomyślałam o pomarańczy, w trakcie degustacji już bardziej o duecie moreli i pomarańczy.

Konkretna, bardzo twarda tabliczka przy łamaniu wydawała głośne trzaski kruchej / krucho-porcelanowej skały. Sprawiała wrażenie suchawej, a jednocześnie kremowej; do tego nawet nieco ziarnistej.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, niemal leniwie, ale ochoczo. Miękła, przeistaczając się w średnio tłusty, acz śmietankowy i pełny krem.. Jakby suchawy i wciąż dość zwarty bazowo. Pokrywała konsekwentnie podniebienie, z czasem wykazując przy tym soczystość bardzo miąższystych owoców. Na koniec leciutko ściągała.

W smaku pierwsza zabłysła gorzkość czarnej herbaty. Raz po raz przeszyły ją pojedyncze, bardzo delikatne, acz ostrawe, ziołowe akcenty. Wychwyciłam nawet lekką cierpkość za mocnej zielonej, a już parę chwil później doskoczyła do niej słodycz.

Słodycz startowała z wysokiego pułapu, jednak nie była nachalna, a sama w sobie jakby przełamana, "ciemna". Na moment zrobiło się dosłownie słodziuteńko, poczułam miód. Jego kolor zaraz też się przyciemnił. Pomógł mu w tym mocno palony karmel. Wyobraziłam sobie ciemny, palony, aż przypalony cukier jako wierzch bulgocącego, przypalanego palnikiem deseru creme brulee, zrobionego na śmietance.

W tle zaczęła zbierać się soczystość owoców suszonych. Zapowiadały się uprzejmie, nienachalnie.

Wszystko to z czasem, choć wyraziste, złagodniało i przemieszało się z coraz wyrazistszą gorzkością. Pojawił się wykwintny deser-budyń czekoladowy z wierzchem z bitej śmietanki. Choć śmietanka sama w sobie była słodziutka, może nawet nieco miodowa, spód roztaczał gorzkość... nie tylko esencjonalnie czekoladową.

Odważnie płynęły mocne, czarne herbaty liściaste, troszeczkę kawy i ziemi... może właśnie też jakby te kawy i herbaty same w sobie były ziemiste? Rozmaite, gorące napary zaczęły nieco rozgrzewać, a mi do głowy przyszedł karob.
Trochę korzenny i zrobiony jak kakao na mleku. A może to właśnie korzenne kakao było? Niee, jednak karob - jakby nuty te igrały ze mną. Robiły nawet aluzje do pewnej ostrości, ale kończyło się na poczuciu karobowego ciepła. Na pewno jednak, co by to nie było, na wierzch nie żałowano bitej śmietanki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w naparach ta palona, charakterniejsza słodycz w zasadzie zatonęła, a obok herbat i bitej śmietanki znalazła się słodziuteńkość. Odnotowałam wanilię, która podkreśliła w czekoladzie właśnie ją. W pewnym momencie nieźle przysłodziła cały bukiet. Myślę tu o miodzie i... aż miodowo-słodkich, soczystych owocach. Początkowo były trudne do uchwycenia, jednak wszelkie napary zasugerowały pewną suchość. Toż to delikatne, jasne morele suszone o jędrnych, miękkawych miąższach. Do tego trochę słodko-kwaskawej pomarańczy. Żółto-pomarańczowe owoce nie były jednak mocną nutą, a jedynie dbającą o soczystość.

Gdy tak gorzkie napary i czekoladowo-karobowe twory ze śmietanką konsekwentnie stanowiły bazę, słodycz okazała się bardzo dynamiczna. Po owocach, suszonościach i cieple znów nieco zmieniła wydźwięk, serwując sporo ziół. Pomyślałam o słodko-gorzkiej, nieco kwaskawej szałwii i słodkim rozmarynie, które musiały zostać porządnie skarmelizowane. Gorzkości przypomniały palony wydźwięk słodyczy.

Z czasem, bliżej końca gorzkość i śmietanka, zerknąwszy się po raz kolejny, jakby nieco... zrobiły się delikatniejsze. Pomyślałam o orzechach - może karmelizowanych? Wciąż miałam w głowie także deser (może herbaciany?) ze śmietanką, goryczka słodkich ziół mieszała się z orzechami i... na koniec poszło to w bardziej kawową nutę, gorzkość (i cierpkość?).

Po zjedzeniu został posmak gorzkawych ziół i herbato-kawy, złagodzonych waniliowo-śmietankowym, budyniowym deserem. Czułam jakby karob, ciepło, paloność i zaskakująco jednoznaczną soczystość moreli suszonych o niemal miodowym charakterze, acz z kwaskiem. Namiastka kwasku była, acz... to chyba bardziej kwasko-cierpkość, coś domniemanego. Efekt trochę jak po aż ściągająco-cierpkiej, mocnej herbacie (może kawie?).

Całość była obłędna. Niezwykle dynamiczna słodycz od palono-przypalonego karmelizowania, przez uroczy miodzik, wanilię po słodkie desery, owoce i karmelizowane słodkawe zioła była niezwykle głęboka, nie męczyła. Nie była przesadzona. Do tego w kompozycji dużo przyjemnej gorzkości: naparów, zahaczających lekko o ziemię. Bita śmietanka zdawała się zapewniać harmonię wszystkim nutom, a wątek owoców (moreli?) sprawił, że nie zrobiło się za ciężko. 
Bardzo mi to smakowało i wydało się intrygujące, np. śmietanka konkretnie bita, a nie śmietanka po prostu.
W zasadzie była trochę podobna do Dos Rios Dominican Republic 70 %, acz podlinkowana to głównie herbata earl grey z pomarańczą oraz lawenda z borówkami amerykańskimi, jakby rozgrzana słońcem. Dzisiaj opisywana to napary (w tym herbata, ale też kawa i inne) ze sporą ilością ziół (głównie rozmarynu), odrobiną owoców (moreli i jednak pomarańczy), ciepła karobowo, a wygłaskana śmietanką, która nie przycięła jej pazurków.
Tamta była nieco bardziej moja, znalazła się na liście naj-naj, a dzisiaj opisywana to... hm, równie pyszna, ale jednak... Oceny te same, ale w bardzo subiektywnym odczuciu dzisiaj opisywana jest trochę za tamtą.
Przypomniała mi się też Fruition Dominican Los Bejucos 77 %, która smakowała herbaciano-drzewnie i sernikiem na biszkoptowym spodzie, a więc w sumie też mlecznie-"słodkościowo".


ocena: 10/10
cena: 43,96 zł (za 85g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, całe ziarna wanilii

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.