niedziela, 6 listopada 2022

Stuhmer Dark Chocolate ciemna 55 %

Porównując Halby: 50% Cremant i Naturaplan Chocolat Crémant Bio 50%, zastanowiłam się, że trudno mi sobie wyobrazić, by 50% były czyimś ulubionym typem czekolady. A jednak są ich wielbiciele, skoro latami takie czekolady robią. Mój ojciec jest dobrym przykładem - dla niego ma być słodko i już, więc je lubi. Ileś miesięcy wstecz zaproponował, że kupi mi obiekt dzisiejszej recenzji. Widząc przepiękne, choć nie do końca w moim stylu, opakowanie, zgodziłam się. Raz, że zastanawiałam się, jak też kiepskawa marka Stuhmer radzi sobie z czystą tabliczką. Dwa - wiedziałam, że ojciec bez problemu zgarnie to, co ja zostawię. No, i znalazło się też trzy. Sprawa zawartości kakao nie była jasna. Dopiero gdy czekolada trafiła do mnie, sprawdziłam. I spoczęła na długi czas w komodzie. Po Halbach uznałam, że to dobry moment na sprawdzenie właściwie "takiej zwykłej około 50%", tzw. "deserówki", którego to określenia nienawidzę. Chciałam sobie przetestować, co w ich obrębie klasyfikuję w zasadzie jako tanie, jako lepsze, a co jako normę. Ot, jak już była, mogłam śmiało to zrobić. Obstawiałam, że Stuhmer to właśnie taki przeciętniak.

Stühmer Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach kawy i drewna z pewnym siebie, maślanym motywem. Ten mieszał się z wysoką słodyczą wanilii. Była ciężka, jednak jakoś zgrywała się z resztą. W trakcie jedzenia kojarzyło mi się to z wilgotnym, tłustym, a jednak puszystym ciastem / babeczką kakaową. Przynajmniej trochę oblaną kakaową polewą, z jakiejś cukierni... z której czasem dobiega woń mięty?

W dotyku tabliczka wyszła trochę sucho, jednak w zasadzie normalnie. Była bardzo twarda i łamała się właśnie w krucho-twardy, skalisty sposób, wydając głośne trzaski. 
W ustach jednak szybko miękła. Rozpływała się w średnim tempie, bardzo tłusto. Prędko przybierała postać gibkiego, maślano-tłustego ulepka, który w sumie do końca zachowywał swój kształt. Nie stawiała oporu, ale nie miałam wrażenia, by była specjalnie skora do rozpływania się. Doszukałam się w niej przesadnie ślisko-tłustej mazistości, jak i odrobinki pylistości, która wysuszała na koniec.

W smaku jako pierwszy ruszył cukier, błyskawicznie zgłuszony wanilią. Słodycz od razu była więc niemal rażąca, ale nie tania, a szlachetniejsza. I tak jednak ciężka i taka... czysta, odosobniona.

Z tyłu głowy mignął mi obraz zimowo-gwiazdkowych cukrowych lasek w biało-zielone paski jakby "waniliowo-miętowych", ale zaraz się schowały w cukrowym tle. Tam krył się jeszcze delikatny, cukrowo-marmoladowy motyw... odlegle "owocowawy". Za słodyczą aż trudno stwierdzić to z całą pewnością, ale do głowy przyszedł mi marmolado-wsad morelowy, skąpo wypełniający jakąś... babeczkę!

Wyobraziłam sobie tłustą, aż od tłuszczu lśniącą, ale w zasadzie w miarę puszystą, maślaną babeczkę, ciasto (nie, że była zła, tylko po prostu takiego typu). Poprzypiekana mocniej po bokach, aż palono-cukrowa, ale i wyraźnie waniliowa. Wanilia chwilami wydawała się dominować... Odpowiadała za pewne ciepło. Słodycz bowiem aż rozgrzewała. Była ciężka, czuć cukier, ale jeszcze nie tak strasznie jawnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ten przypieczony czy już raczej bardziej palony motyw trochę się nasilił. Babeczka mogła mieć odrobinkę kakaowej polewy... Może ciasto było lekko podsypane kakao? Gdzieś za oknami pojawił się wątek drzew... Wszystko to dopieściło paloną nutkę, usiłującą wpleść trochę gorzkości. Ta jednak nie nadeszła.

Pomyślałam za to o drzewach, pośród których przemyka ciepły, wiosenny wietrzyk i nieco rozgania ich... ciężkość? Znowu właśnie drobna, słodka ziołowość (odlegle niby miętowa, ale nie do końca?), rześkość, krzako-drzewa - coś z tych klimatów, ale nie do końca. Takie... odświeżenie tlące się w ciężkiej słodyczy.

Po zjedzeniu został cierpki posmak drzew, może nawet cierpkość trochę ziołowa i jak nieco za mocno palonych ziaren kawy... wypalonych na sucho? Na których potem zaparzono kawę i zasłodzono cukrem i wanilią. To przesłodzenie na koniec irytowało podwójnie, bo w ustach czuć nachalną waniliowość z ekstraktu / olejku (taką "cukierniczą"), obok zwykłego przesłodzenio-przecukrzenia. W dodatku, mimo pewnego suchszego ściągnięcia, na ustach czułam aż warstwę tłuszczu.

Przeciętna w nieprzeciętnej cenie, udająca "premium". Tak to po prostu bardzo łagodna i słodka czekolada. Nawet na szczęście nie ordynarnie waląca cukrem, bez tanich nut, ale też bez smaku kakao, który czasem można uświadczyć nawet w 50%. Cukiernicze, babeczkowato-cukrowe tony, trochę drzew wyszły tak sobie. Mięta czy raczej orzeźwienie nawet intrygowała, jednak osadzona została w tak silnej słodyczy, że nie rozbudziła we mnie chęci do wczuwania się. Czekolada po małej ilości mnie zmęczyła (słodyczą i ulepkowatą konsystencją bez "niczego w zamian"), że oddałam ojcu.
Na pewno jednak jakościowo bardziej czekoladowa, a nie polewowa jak w przypadku nadziewanych Stuhmer.


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi (ojciec kupił)
cena: 8,99 zł (za 90g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.