wtorek, 10 marca 2026

krem 4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural

Po dwóch produktach tego producenta już wątpiłam, że jakoś szczególnie mnie do siebie przekona. Na szczęście został mi jeszcze tylko krem 100%... ale nie dziś przedstawiany. Pistacjowego nieznanego producenta w ciemno bym nie zamówiła, bo jakoś kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi (nie były?). Ten dostałam w ramach przeprosin za pomylenie zamówienia, w którym zamiast 4ProActive Pasty sezamowej z daktylami dostałam 4ProActive Pastę daktylową. Gdy rozmawialiśmy, zapytałam, czy wspomniany krem powinien być kwaśny, nadmieniając, że dostałam krem z 1 dniem terminu ważności. Usłyszałam, że wyślą mi na przeprosiny ten, który na pewno mi posmakuje. Na stronie internetowej zachwalano go, że powstał ze specjalnej odmiany starannie wyselekcjonowanych, prażonych pistacji w celu zapewnienia najwyższej jakości. Opracowali własną metodę mielenia orzechów, aby "zamknąć w słoiku 100% naturalnego smaku i aromatu".

4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural to pasta / krem 100% z prażonych pistacji.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny, słodko-wytrawny zapach, który w pierwszej chwili skojarzył mi się z miodowym zielonym pesto. Po uporaniu się z olejem i przemieszaniu, poszedł w świeżym kierunku. Było w nim wręcz coś kwiatowego, a prażenie wydawało się znikome. Można by się nabrać, iż pistacji nie prażono wcale. Czuć ich naturalną słodycz, acz przeplecioną wytrawnością pistacjowego pesto.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo mało oleju, z czego w pierwszym odruchu zlałam większość, ile się dało, a i tak była to nawet nie połowa łyżeczki; dosłownie 1 gram. Trochę oleju - pewnie można by liczyć na kropelki - jako tako przemieszałam od razu. A krem tego potrzebował, bo zwłaszcza na dnie wysechł. Dobrze, że zlewam olej do słoiczka - w tym przypadku bowiem cały wrócić do kremu. Czyli... praktycznie nie było co zlewać. A nawet... musiałam dolać dodatkowy olej, bo gdy wzięłam się za drugą połowę (jakieś 2 tygodnie później) krem był za suchy, że aż utracił na kremowości. Dopraszał się o więcej oleju, więc dolałam łyżeczkę oleju, który został mi z jednego Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem. Wtedy było idealnie.
Już mieszając zauważyłam, że całościowo krem był pokaźnie gęsty. Kleił się i lepił. Wyglądał na bardzo miazgowy, bo widać w nim pełno drobinek i czarnych kropeczek. Wyglądał i na suchy, i na oleisty. 
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i lepkość, wręcz kleistość, za to tłustość ukryła się niemal zupełnie. Masa rozpuszczała się powoli. Mocno zalepiała i wydawała się jeszcze trochę gęstnieć, racząc miazgowym efektem. Wyszła bardzo konkretnie, syto, a chwilami suchawo. Mimo to, pewną tłustość też czuć. Drobinki bardzo szybko i wyraźnie zaznaczały się na języku.
Drobinki gryzłam na koniec. Niektóre potrzebowały tego, większość w zasadzie niekoniecznie. Okazały się subtelnie chrupkawe. Większość drobinek była po prostu świeżo miękka, zaś czarne kropeczki bardziej sucho twardo-trzeszczące.

W smaku najpierw poczułam słodką maślaność. Naturalną słodycz pistacji, którą wydawała się łagodzić delikatna, ogólna maślaność.

Zaraz jednak pistacje wysunęły świeżą kartę. Zrobiły aluzje do lekko kwaskawego miodu, mignęły mi kwiaty...

Po czym zaznaczyło się subtelne prażenie. Było znikome, jednak.... wychylało się. Acz jakby się obawiając, czy wypada... Choć w ogóle wydawało się znikome, zawróciło pistacje z tej niesamowicie świeżej, wręcz rześkiego kierunku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz pozbyła się echa kwasku. Udawała miód wielokwiatowy, jasny; wciąż było w niej coś... świeżo-kwiatowego, ale już trudnego do uchwycenia. Złudna miodowość zaczęła budować nugatowy klimat. Oto pistacje zaserwowały mocno słodki motyw nugatu pistacjowego. Na pewien czas zrobiło się bardzo słodko, potem zaś... słodycz została przełamana, ale cały czas wyraźnie ją czuć.

Potem jednak maślana neutralność zaczęła się zmieniać w... wytrawność? Miodowego pistacjowego pesto? Zaraz i zmieniło się w zwykłe (niemiodowe) zielone pesto, obok nugatowości wysuwając właśnie coś dla przeciwwagi. Czasem i prażenie trochę się przy nim nasilało.

Gryzione drobinki przejawiały wyraźniejsze prażenie, a niektóre z nich - czarne punkciki - wprowadzały jakby smakowo suchawą neutralność.

Po zjedzeniu został posmak kwiatowo-miodowo słodki. Wydawało się, że naturalna słodycz pistacji została podkreślona świeżym, pistacjowym miodem. Przechodziło to w trochę maślano-nugatowy motyw, a ten przełamało wytrawniejsze zielone pesto.

Krem bardzo mi smakował. To połączenie kwiatowego miodu i nugatu maślano-pistacjowego przełamanych wytrawniejszym zielonym pesto było świetne. Wysoka słodycz obok wyraźnej neutralności i znikome prażenie wyszły świetnie. A konkretna, prawie miazgowa konsystencja była by idealna, gdyby krem nie wyszedł tak sucho. Acz może to po prostu mój egzemplarz taki się trafił? 
Odzyskałam wiarę nie tylko w markę i to, że ostatni posiadany krem (z laskowców) może być pyszny, ale też ogólnie zaczęłam patrzeć bardziej optymistycznie na kremy 100% z pistacji.


 ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od kremyorzechowe.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 39 zł za 250 g
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone pistacje

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.