Kiedyś zrobiłam swego rodzaju zestawienie dostępnych w sklepach sękaczy, z których żaden nie umywał się do podlaskiego sękacza domowego, swojskiego czy kupionego ze sprawdzonego, pewnego źródełka. Ogólnie na dobrym sękaczu podlaskim się wychowałam (jedna babcia była mistrzynią w tym kunszcie). Poznałam też litewskie, ale tych wręcz nie cierpię. A swego czasu, googlając, znalazłam, że w Japonii też uwielbiają sękacze i mają całe mnóstwo ich wariantów. Jakoś mnie to nie dziwi. Coś tak dziwnego, jak to ciasto, musiało tam chwycić. Acz obstawiałam, że raczej nie dokładnie w takiej wersji, jaką wielbię ja. Gdybym pojechała do Japonii, na pewno bym spróbowała jakiś z porządniejszych cukierni, ale tak... Japońskie sękacze, jak i Japonia, pozostawały poza moim zasięgiem. Choć zdaję sobie sprawę, że paczkowane gotowce pewnie nijak mają się do tego, co można zjeść tam na miejscu w cukierniach, gdy natknęłam się na nie w Kuchniach Świata, od razu zadzwoniłam do Mamy z pytaniem, czy chce. Chciała i najpierw założyła, że chcę i ja. Tym mnie zaskoczyła, ale jak chwilę się zastanowiłam, uznałam, że w sumie tak, jestem ciekawa. Oddzielnie sobie jednak nie chciałam, bo... znam siebie w takich sprawach. Uznałam, że po prostu spróbuję po góra połowie każdego smaku. Co do tego, jakie brać, byłyśmy bardzo zgodne: najbardziej klasyczny oraz taki najbardziej "japoński". Acz co do "japońskości" produktów... to raczej sękacze typu japońskiego, może azjatyckiego, bo gdy sprawdziłam producenta, okazał się chiński.
Tokimeki Baumkuchen Cake Milk Flavour to sękacz japoński o smaku mlecznym; u mnie w opakowaniu, zawierającym krążek (teoretycznie) o wadze 70g.
Po otwarciu uderzył mnie nieprzyjemny, sztucznie-plastikowy zapach duszno-słodkiego ciasta-gotowca. Czuć wyraźnie mleczność, a także to, że to jasny biszkopt, ale tuż obok chemicznej niemal gorzkości. Po pierwszym szoku, wyjęciu i sesji zdjęciowej, sztuczność trochę zelżała, ale wciąż duszno-ciężka słodycz plastikowego ciasta-gotowca nie zachęcała do jedzenia. Przynajmniej słodycz, choć wysoka, nie była przesadzona. A jednak i tak już po powąchaniu miałam ochotę uciekać.
Ciasto w dotyku wydało mi się wręcz mokre, lepko tłuste i niesamowicie miękkie. Kawałek wydawał się bardzo delikatny, a pod najdrobniejszym dotyku, ciasto uginało się. Jako że tradycyjny sękacz to ciasto bardzo konkretne, ta miękkość za nic mi nie odpowiadała... A aż taka "mokrość" nie odpowiadała by nawet w przypadku zwykłego biszkoptu. Była przerysowana.
W trakcie jedzenia ciasto okazało się faktycznie miękkie i wilgotne, wręcz mokre, ale z czasem z wyczuwalnym jakby ukrytym, suchawym motywem. Trochę oklejało zęby, zmieniając się w lepką papkę. Tłustość w trakcie jedzenia nie wydawała się jakoś szczególnie napastliwa, a w sumie wręcz niska, ale ciasto porządnie i mokro otłuszczało palce.
Choć widać pręgi, warstwowość ciasta, w zasadzie nie dało się tego podzielić, rozwarstwić. Był zwarty i za miękki na coś takiego. Jedynie wierzch jako tako na siłę dałam radę trochę odskubać.
W smaku pierwsza pojawiła się średnio wysoka słodycz, wpisana w ciastowo-sztuczne realia. Biszkoptowość od razu zdradziła swój gotowcowy, trochę wręcz plastikowy charakter.
Rosnąca słodycz próbowała to trochę ukryć. Przywołała mleko, idące w stronę trochę sztucznawej śmietanki. Słodycz mniej więcej w połowie kęsa zajęła średnio-wysoki poziom i dalej już nie rosła. Doszukałam się w niej jednak duszno-wanilinowego echa. Mleczny smak biszkoptu wyraźnie się zaprezentował i dopuścił do głosu wyraźną jajeczność. Częściowo odciął się od chemii i był po prostu biszkoptowo-jajecznie-mleczny, z drugiej zaś cały czas pobrzmiewała duszna sztuczność. Chemia nie dawała o sobie zapomnieć, acz chwilami odnotowałam, że próbowała ją lekko tonować pewna maślaność.
Sękacza próbowałam trochę rozwarstwiać, ale było to prawie niemożliwe. Odniosłam jednak wrażenie, że ciemniejsze pręgi i skórka smakowały tak samo, co jaśniejsze części.
Ogół był delikatnie wypieczony - to ewidentnie jasny, słodziutki, jajecznie-pszenny biszkopcik. Chwilami udawało mu się zepchnąć sztuczną gotowcowość na daleki plan.
Acz znów, już niezależnie od jakości: to nie pasuje do sękacza, który z zasady jest ciastem miejscami mocno poprzypiekanym.
Obstawiam jednak, że ta miękkość po prostu odpowiada na oczekiwania japońskiego społeczeństwa, które zajada się miękkimi słodyczami. Obstawiam, że konkretny sękacz podlaski po prostu by się u nich tak masowo nie przyjął. Ogólnie jednak nie rozumiem, jak ktoś mógłby chcieć coś takiego, jak dziś przedstawiany, kupić czy jeść. Nie potrafię znaleźć w nim niczego, co mogłabym pochwalić. Chociaż... obstawiam, że ta niecodzienna wilgotność niektórym osobom może się spodobać.
Przypomniały mi się Kinder Plum Cake Yoghurt Greca - to zbliżony poziom, choć prezentowany japoński sękacz wyszedł o wiele sztuczniej. Za to mniej słodko i ciekawie, niespotykanie mokro. W zasadzie może i mógłby wyciągnąć na 4, ale w kategorii zwykłych biszkoptów. Jak coś ma być sękaczem, to powinno jako tako w sękaczowość się wpisywać.
Odpadłam po malutkim kawałeczku, ważącym kilkanaście gramów. Taki słodki, najzwyklejszy biszkopcik to coś zupełnie nie w moim typie. A że ten był w dodatku sztuczny... No nie.
Resztę oddałam Mamie. Zjadła do końca i powiedziała: "Jaki okropnie miękki! I dziwnie za bardzo wilgotny, mokry! Ja lubię miękkie i wilgotne biszkopty, ale nie aż tak. Ten był aż trochę obleśnie. Po tym jednak jak mi powiedziałaś, jakie słodycze w Japonii lubią, to jestem pewna, że po prostu taki miał być i im pewnie smakuje. Ja jednak przez tą mokrą miękkość nie mogłam aż się w smak wczuć. Za bardzo mi przeszkadzała. Ale przynajmniej nie był tłusty! To mnie zaskoczyło pozytywnie. Smak... No bardzo sztuczny, ale w sumie nie obrzydliwie aż tak strasznie. Ja nie mam aż takiego problemu z chemią w słodyczach jak ty. Smak... Ja się zastanawiam, czy gdyby nie był taki miękki, gdyby miał strukturę inną, to czy by przypominał nasze podlaskie sękacze. Chyba trochę tak, bo był taki... Jajeczny? Dało się zjeść, trochę ciekawostkowo jako słodycz z Japonii. Dla mnie o wiele lepszy niż ten zielony!".
ocena: 3/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 11 zł (za 70g; mój ważył 80g)
kaloryczność: 418 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: jaja, cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, mąka pszenna, skrobia kukurydziana, syrop glukozowy, trehaloza, mleko w proszku 3%, sól, barwnik E160a, emulgatory (E422, E471, E473, E477, E322 zawierający soję), substancja zagęszczająca E415, substancja konserwująca E202
-----------
Tokimeki Baumkuchen Cake Matcha Flavour to sękacz japoński o smaku zielonej herbaty "matcha"; u mnie w opakowaniu, zawierającym krążek (teoretycznie) o wadze 70g.
Po otwarciu poczułam zapach podobny do wersji wyżej opisanej, ale trochę mniej plastikowo-sztuczny, a z wyraźnym motywem zielonej herbaty matcha. Tchnęła w dusznego gotowca jakby zielonej świeżości, ratując zapach. Też nie był przyjemny, ale przynajmniej nie odpychał tak strasznie.
Struktura była podobna do wersji mlecznej, ale zielone ciasto już w dotyku dało się poznać jako masywniejsze, konkretniejsze. Też miękkie, ale nie aż tak.
W trakcie jedzenia zielone ciasto wydało mi się trochę bardziej pyliste i nie aż tak mokre, a po prostu bardzo wilgotne. Taka konkretniejsza struktura wyszła na plus.
W smaku jako pierwszy pokazał się mleczny, duszny motyw, układający się w ciasto-gotowca. Słodycz rosła, a po chwili za nią pojawił się akcent zielonej herbaty matcha.
Sztuczność i plastikowość biszkoptu-gotowca konsekwentnie trzymały się ciężkości i duszności, jednak matcha jak mogła, obniżała chemiczność i całą tą ciężkość. Jej świeży, trochę algowy akcent szybko rósł w siłę. Coraz bardziej zagłuszał, co nieprzyjemne. Nie całkowicie, ale tak, że można było skupić się na matchy. Mniej więcej w połowie przeżuwania zdawała się rządzić kompozycją, podrzucając jej zaskakująco rześki ton. Nie dominowała, ale zarządzała, co i jak mocno ma być wyczuwalne.
Matcha mieszała się z trochę mlecznym, łagodnym jasnym wypiekiem. Zdecydowanie wypieczonym leciutko i coraz słodszym. Sama niby trochę wpisywała się w słodycz, ale taką jakby... wytrawniejszą? Wytrawniejszą od "biszkopcikowej". Końcowo słodycze się połączyły i przedstawiły jako słodycz wysoka. Maślaność i jajeczność schowały się niemal zupełnie.
Po zjedzeniu został posmak matchy na mlecznym, biszkoptowym tle, a także duszno-słodki motyw sztucznego ciasta-gotowca. Czuć oleistość i plastikowo-chemiczny efekt aż gryzący w język.
Zielona wersja nie miała niczego wspólnego z sękaczem, jednak była dla mnie bardziej zjadliwa dzięki wyrazistej matchy, która trochę stłumiła sztuczno-duszne nuty. Do tego stopnia, że to ciasto można uznać za przynajmniej ciekawe. Kiepskie, ale ciekawe, a to już plus. I tak jednak, gdy oswoiłam się z ciekawostkowością, po kilkunastu gramach odpadłam.
Nie moja bajka, acz muszę przyznać, że matcha całkiem nieźle robi słodziutkiemu, sztuczny biszkopcik całkiem nieźle.
Resztę oddałam Mamie, ale ona zjadła tylko część, a reszta trafiła do ojca. Skomentowała: "No ten dla mnie niezjadliwy. Smakował taką... W sumie nie wiem czym, ale - tak obstawiam - niesmaczną zieloną herbatą. Ale dziwną. No nie, przez to okropny. Ale zakładam, że jak ktoś lubi słodycze o tym smaku, to mu może posmakować. W moim przypadku nawet lepsza struktura niż mlecznego nie pomogła. Bo to mu trzeba przyznać, że taki suchszy i masywniejszy, lepszy. Wciąż wilgotny i miękki, ale już lepiej. No i fakt, że ten mniej sztuczny, ale co z tego, jak taki specyficzny, niesmaczny".
ocena: 5/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 11 zł (za 70g; mój ważył 75g)
kaloryczność: 432 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: jaja, cukier, mąka pszenna, olej sojowy, syrop glukozowy, mleko w proszku, trehaloza, skrobia kukurydziana, matcha w proszku 2%, sól, aromat, barwnik E160a, emulgatory (E422, E471, E473, E477, E322 zawierający soję), substancja zagęszczająca E415, substancja konserwująca E202