Z opisu tej czekolady dowiedziałam się, że Kostarykę uznaje się za jeden z najbardziej zaawansowanych krajów pod względem ochrony środowiska. Ciekawe. Wulkaniczne pasmo górskie biegnące przez centrum kraju jakoś odciągało moje myśli od tych kwestii. Acz że przyroda jest tam bogata to łatwo się domyślić po rozmaitości nut czekolad z kakao stamtąd. A to, z którego zrobiono tę czekoladę, Kakao Upala, pochodzi dokładnie z okolic granicy z Nikaraguą. Po podtytule tabliczki, Maleku, chyba śmiało można stwierdzić, że pochodzi od rdzennych mieszkańców, plemienia właśnie o nazwie Maleku. Liczy ono zaledwie 650 osób, która żyje w rezerwacie i jest znane z głębokiej więzi z naturą i lasem deszczowym. Ogromną wagę przywiązują do ochrony środowiska. Producent zdradził, że ze względu na niewielką goryczkę i kwaskowatość, a co za tym idzie wyższą słodycz, tego kakao zdecydował się zwiększyć zawartość kakao. Ponoć wyjątkową dla nich, co jednak musiało się na przestrzeni lat zmienić, bo w internecie widziałam też czekoladę z Kostaryki o zawartości 92% tej marki.
Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 76% kakao z Kostaryki, z rezerwatu Maleku (okolic miasta Guatuso).
Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodko-pieczony zapach ciastek z rodzynkami i orzechami. Oczami wyobraźni zobaczyłam mieszankę laskowych, ziemnych i włoskich, może też migdałów. Większość osiadła w słodkich, ciastkowych realiach, a tylko włoskie wiązały się też z subtelną goryczką. W tej kryła się jeszcze jakaś trudna do uchwycenia przyprawa. Słodycz ciastkowa mieszała się z bardzo słodkim ciastem banoffee z bardzo dojrzałymi bananami i śmietanką. Odnotowałam nawet wręcz lukrową mgiełkę. Przeplótł to soczysty kwasek jakby egzotyczniejszych truskawek, truskawek z nutą ananasa lub może anansowych truskawek (biała odmiana, tylko o niej czytałam, ale nie jadłam)?
Kiedy ją łamałam, tabliczka głośno trzaskała. Brzmiała na dosadną i konkretną, a w dotyku wydała mi się obiecywać i lekką suchość, i kremowość.
W ustach rozpływała się powoli, racząc mnie masywną gęstością i wyważoną, nie za silną, maślaną tłustością. Wydawała się bardzo pełna (trochę jak masła orzechowe?). Mimo całościowej konkretności, wykazywała też wysoką kremowość, mieszkającą się z subtelnym, pylistym wrażeniem. Czasem w kremowość wkradała się marginalna wodnistość.
W smaku pierwsza przywitała mnie wysoka słodycz, jak się po chwili okazało, słodkiego, mleczno-maślanego toffi. Toffi miękkiego i ciągnącego, a okrywające orzechy.
Spod toffi powoli wyłaniały się orzechy głównie laskowe, ale nie tylko... Wyobraziłam sobie jakieś ciasto-ciastka z masy toffi z laskowcami na kruchym spodzie. To przede wszystkim. A obok laskowców przewijały się fistaszki i chyba migdały. Wszystkie lekko podpieczone, naturalnie słodkie i mieszające się z toffi.
W oddali zaznaczyła się łagodna gorzkość. Ogrom orzechowości zasugerował jej orzechy włoskie, acz one stały jakby obok, nie weszły w tę słodką mieszankę.
Ciastkowość zaczęła przybierać na słodyczy - ta wzrosła do dość wysokiego poziomu za sprawą bananów, wkomponowanych w słodkie ciasto banoffee. Słodki, maślany kruchy spód i ogrom bardzo słodkich bananów mieszał się ze śmietanką. Toffi przeszło do roli dodatku, a w tej wizji coraz większą rolę zaczęła odgrywać śmietanka. Śmietanka dosadna w niemal... alkoholowo-likierowy sposób?
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przemknął subtelny kwasek. Pomyślałam o truskawkach w bardziej egzotycznym wydaniu. Być może to te białe ananasowe albo po prostu mieszanina truskawek i ananasa... Ogólnie nie było to jednak za silne i zaraz zaczęło się rozmywać.
Goryczka nieco się nasiliła, przywodząc na myśl niejednoznaczne przyprawy... Jakąś gorzkawo-wytrawniejszą, nieuchwytną porządnie... Gorczycę? Kolendrę?
Owocom spodobała się ta dość silna słodycz wypieku... ciastek konkretnie. Zmieniły się w rodzynki, dodane do ciastek z orzechami. Tu dowodziły laskowe, ale i fistaszki chyba się przewijały.
Ciągle rosnąca słodycz pokierowała śmietankę w lukrowym kierunku. Do głowy przyszły mi lukrowane ciastka i lukier nieco bardziej śmietankowy (nie taki czysto, chamsko cukrowy). Owoce i orzechy na dobre osiadły w krucho-maślanych, ciastkowo-wypiekowych realiach.
Przyprawy za sprawą ogólnej słodyczy nieco złagodniały i bogata orzechowość znów zawróciła goryczkę ku włoskim, a do tego... chyba odnotowałam tam troszeczkę kawy.
Po zjedzeniu został posmak śmietankowego toffi, śmietankowego lukru, przełamanego subtelnym kwaskiem rodzynek i czegoś truskawkowo-egzotycznego, dziwnych ananasowych truskawek oraz lekką goryczką orzechów włoskich i przypraw, które aż troszeczkę gryzą w język.
Całość wydała mi się za słodka w dziwny, niby lukrowy, ale nie cukrowy, bardziej lukrowo-śmietankowo-ciasteczkowy sposób oraz ogólnie łagodna, ale nie bez charakteru. Akcenty truskawkowo-ananasowe, potem rodzynkowe oraz goryczka orzechów włoskich, przypraw i kawy urozmaiciły motywy toffi z orzechami, banoffee oraz ciastek z orzechami.
Przypomniała mi się Chapon Costa Rica Cacao Rare o nutach lukrowo-śliwkowych. Chyba faktycznie to kakao już takie słodkie bywa. Nie jest to jednak nuta, którą zawsze czuję w czekoladach z Kostaryki, co też świadczy o bogactwie regionu.
ocena: 8/10
kupiłam: nie pamiętam
cena: chyba około 30 zł (za 50 g)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.