sobota, 18 kwietnia 2026

Cauma Cacao Singular Mana Philippines 78 % ciemna z Filipin

Kakao Mana teoretycznie  jest mi znane, bo jadłam już czekolady z niego, ale nie powiem, bym w ciemno umiała natychmiast je scharakteryzować. W ogóle żeby dokładnie powiedzieć, czym jest, musiałam aż zgooglać, by sobie odświeżyć. To blend 5 wybranych odmian trinitario, uprawianych w regionie Davao. Mimo że kakao z Filipin nie robi na mnie wielkiego wrażenia, ta tabliczka mnie skusiła... W zasadzie skusiło mnie opakowanie i nieznana marka, a akurat ta czekolada była dostępna w sprzedaży. Opakowanie wydało mi się niesamowite, liczyłam, że i wnętrze będzie wyjątkowe. 
O marce za to nie wiedziałam kompletnie nic, więc zaczęłam googlać, by się czegoś dowiedzieć. Cauma, marka z Hiszpanii, to projekt rodziny Delgado-Ricart, czwartego pokolenia marki Trufas Martinez, która od ubiegłego stulecia specjalizuje się w truflach i jakiś rurkach "Cubanitos". Ponoć zajmują się tradycyjnym walenckim procesem produkcji czekolady, co mówiło mi tyle, co nic. Nie słyszałam o jakiś specyficznych walenckich czekoladach Google podpowiada, że Walencja słynie z "dobrych czekoladek, np. Valor". Ja znalazłam markę trufli Trufas Marinez , która właśnie jest na opakowaniu dziś przedstawianej tabliczki.

Cauma Cacao by Trufas Marinez Singular Mana Philippines 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao trinitario Mana z Filipin, z regionu Davao.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny, słodki zapach kwiatów i jakby trochę ciastowy. Ciasta wypieczonego leciutko, jasnego i na pewno z owocami. Pomyślałam o cieście ze słodkimi jabłkami, przy którym plącze się nieoczywista nutka czerwonych owoców. Odnotowałam w tym kwasek, acz jakby osiadły w słodyczy. Kwiaty sugerowały rześkość i lekkość, ale nie mogę powiedzieć, by była to bardzo lekka kompozycja. W tle za to doszukałam się łagodnych, tłustych orzechów - mieszanki makadamii i nerkowców? Jako naturalny, jasny krem orzechowy?

Tabliczka, która trafiła do mnie w nieco opłakanym, połamanym stanie, w dotyku wydawała się zarówno sucho-pylista, jak i kremowa. Była bardzo twarda w kamienny sposób, a także trzaskała bardzo głośno i głucho podczas łamania. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli. Od razu dała się poznać jako szorstka, acz po pierwszych sekundach, początkowo starała się być kremową. O tym jednak zapominała dość szybko i szła w lekko mazistym, nietłustym kierunku, eksponując proszkowość. A ta przechodziła w ziarnistość. Długo, niemal do końca zachowywała zbity kształt oraz pewną twardawość. Chwilami było w niej coś nawet suchego, ale potem nadeszła wodnistość. Kremowość nieśmiało próbowała się pokazać, ale odpadała w wodniście-soczystym rozpuszczaniu się.

W smaku przywitała mnie słodycz. Łagodna, acz znacząca. Po prostu szybko okazało się, że czekolada wybrała sobie ogólnie łagodny klimat.

Słodycz na tej słodkiej płaszczyźnie za to początkowo dominowała na pewno, mimo że nie była wysoka. Po prostu kwiaty, które ją budowały, wiele znaczyły. A mowa tu o kwiatach jakby wilgotnych, białych - pomyślałam o jaśminie, jaśminowcu. Zaraz podkradł się do niego akcent jasnego miodu.

Miodu? Miód podchwycił kwiatowość i zrobiło się rześko. Rześko na tyle, że miód zmienił się w melona miodowego.

Do słodyczy dołączyła maślaność. Też łagodna, należąca z kolei do jasnego, nie za słodkiego wypieku. Oczami wyobraźni zobaczyłam ciasto, dokładniej tartę, z owocami... chyba jabłkami. Niby słodkimi, ale zdradzającymi kwasek. Słodycz tego niby rosła bardzo delikatnie, ale zdradzała dosadny charakter. Jakby tartę posypano przesadną ilością cukru pudru.
Obok odnotowałam nawet jakby wręcz mleczną sugestię. Przemknęła też ledwo uchwytna myśl o odrywaniu papieru do pieczenia z ciasta, w którym się piekło.

Hen, daleko w tle przemknęła subtelna gorzkość. Ta przejawiała nieco dymne skłonności, a ja pomyślałam o dymno-wędzonej herbacie, Lapsang souchong. Trochę gubiła się i czasem chowała zupełnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi jeszcze kwiatowe, jakby kwiatowo-herbaciane kadzidła, nie herbata sama w sobie. Czułam się, jakbym wyjmowała kadzidełko patyczkowe z kartonika i papierka.
Słodycz, jaka się przy nich znalazła, wydała mi się skrywać pewną ostrość intensywnie słodkich kwiatów, ale też była w niej pewna ordynarność (białego cukru?).

Przy cieście z jabłkami raz po raz pokazywały się przebłyski jakiś czerwonych owoców... wiśni bardzo dojrzałych i słodko-cierpkich? Tylko że musiały i one znaleźć się w czymś słodkim, bo zostały mocno wygłaskane. Ciasto z jabłkami na moment zmieniło się w ciasto z pojedynczymi wiśniami, takie tylko z wiśniową nutą. A potem ciasto-placek owocowy zrobił się niejednoznaczny w kwestii owoców, za to na pewno posypany cukrem pudrem. Słodki, lekko kwaskawy i... odległy. Kwasek - teraz bardziej czerwono owocowy - próbował pobrzmiewać, ale naprawdę delikatnie to wychodziło. Słodycz ogólna zajęła średni poziom, ale i tak wydawała się najmocniejszym wątkiem kompozycji. Do głowy przyszły mi kruche ciastka obtoczone / posypane cukrem, które może i ogólnie nie są ogólnie za słodkie, ale są jawnie cukrowe.

Pojawiła się nieśmiała, orzechowa nutka. Orzechów bardzo łagodnych; powiedziałabym, że zmielonych razem na naturalny krem makadamia i nerkowców, z przewagą tych pierwszych. To było wręcz coś orzechowego... Może jasny, niedopieczony orzechowy spód do ciasta? Czasem do już wspomnianych dołączało jeszcze trochę laskowych.

Przy orzechach doszukałam się nuty pergaminu, papieru (ciekawe, czy czekolada nie przesiąkła tym, w który była owinięta?). Poprzez nią, do ogólnie łagodnej kompozycji, zakradła się pikanteria.

Pikanteria splotła się ze słodyczą, która nagle wydała mi się drapiąca niczym ostry, pikantnawy miód i równie ostre kwiaty. Pomyślałam o mocno kwiatowym, jasnym miodzie, ale właśnie i kumulacji kwiatów, które wcześniej jakby cały czas się nieco powstrzymywały.

Po zjedzeniu został posmak łagodnego wypieku - chyba tarty - z owocami: jabłkami i czerwonymi, słodkimi, ale z kwaskiem, posypanej cukrem pudrem, a także kwiatów. Te, choć cechowała je znacząca, rześka słodycz, miały w sobie też coś pikantniejszego. Czasem wyłaniała się orzechowość. Do kwiatów dołączył miód, ale znów bardziej jako miodowo smakujący, rześki melon. Do tego na języku osiadła jakby taka najprostsza, najzwyklejsza cukrowość - nie silna, ale niepasująca do szlachetnej czekolady.

Czekolada niby była w porządku, ale dla mnie za łagodna. I to łagodna na tyle, że aż nie mogłam uwierzyć w te 78% kakao. Łagodna, nieprzesadzona słodycz była w tej kompozycji główną gwiazdą. Niestety przez brak charakternego towarzystwa, przeszkadzał mi jej prosty (wręcz tandetny?) ton. Skład sprawdziłam dopiero w trakcie degustacji i bez zdziwienia zobaczyłam biały cukier (jakoś mi to umknęło przy zamawianiu). Kwasek wystąpił jako przebłyski jabłek i chyba wiśni, a gorzkość w zasadzie jawiła się jako wręcz sugestywna. Kwiatowo-herbaciany dym, kadzidła? Coś takiego jedynie się przewinęło. Motyw jasnego ciasta, orzechowego spodu i kwiatów pilnował, by było spokojnie i łagodnie, a w zasadzie tylko na końcówce z miodu i kwiatów wyrwała się nawet pewna namiastka pikanterii. Brakowało mi tu czegoś charakterniejszego. Konsystencja też mnie nie przekonała - taka suchawa i wodnista. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić jej 6, ale no nie... za nic nie zasłużyła.

Jabłka i coś orzechowego, też pewną pikanterię, ale ogólnie w bardziej kwaśnym wydaniu, czułam w Auro Chocolate Regalo Philippine Origin 85 % Reserve 2018.
Kwiaty, przyprawy i owoce - ale o wiele więcej - złagodzone mlecznym wątkiem Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate kojarzyły się na wydźwięk z dziś prezentowaną.


ocena: 6/10
cena: €11 (za 65g; około 47 zł)
kaloryczność: 460,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.