czwartek, 19 marca 2026

Zoto Betulia Ocho Hacienda Betulia Antioquia Colombia 70 % Single Variety Chocolate ciemna z Kolumbii

To nie była jedna z wielu kolumbijskich tabliczek! Zaintrygowała mnie bardzo, mimo że zawierała jedynie 70% (co w połączeniu z białym cukrem, używanym przez producenta, sugerowało za wysoką dla mnie słodycz). Zrobiono ją z mało znanego kakao, zwanego B8. Wybrano je ze względu na wyjątkowy smak. Dość enigmatyczna nazwa...
Jak we wszystkich czekoladach Zoto, protokół fermentacji dla tego kakao opracowali sami. W tym przypadku zostali zaproszeni przez właścicieli plantacji Betulia, by wspólnie obmyślić proces fermentacji optymalny dla tego konkretnego kakao. Z opisu producenta dowiedziałam się jeszcze, że to prawie zupełnie białe kakao. Don Pablo Velez, głowa plantacji Betulia, dba o to, by jak najlepiej zachowywać dziki charakter odmian - właśnie lokalnych i dzikich - uprawianych u niego. Analiza genetyczna wykazała, że są tam 3 różne odmiany, wszystkie 3 białe: B6, B8 i B9. Co ciekawe, to miała być pierwsza tabliczka Zoto z kolumbijskiego kakao, jak na razie w bardzo limitowanej ilości. Stąd to, że ją zdobyłam cieszyło jeszcze bardziej.

Zoto Betulia Ocho Hacienda Betulia Antioquia Colombia 70 % Single Variety Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao  (65% miazga + 5% tłuszcz) z Kolumbii, z departamentu Antioquia.

Po otwarciu poczułam zapach fistaszków i prażonego sezamu oraz łagodniejszej, naturalnie słodkawej pasty tahini, przechodzącej w niesłodką chałwę. Obok stanęły też nie za słodkie kwiaty oraz nieoczywiste zioła, przyprawy. W większości świeże, bo mieszające się ze świeżym motywem roślin. Mimo to, słodycz czuć wyraźnie. Nie wysoką, ale jednak. Podobnie jak owocowość: niby była wycofana, ale bez wątpienia czułam melony o trochę kwiatowym charakterze. Może też arbuzy? Akurat mniej słodkie, ale słodkie na pewno. I, choć tych to już prawie na siłę się doszukiwałam (smak mógł mi je zasugerować) ociupińkę ciemno-czerwonych owoców.

Mimo że czytałam opis, po wyjęciu czekolady z opakowania, zaskoczył mnie jej kolor jasnej mlecznej.
Tabliczka, choć dość tłusto-kremowa w dotyku, przy łamaniu trzaskała chrupko i masywnie, szczycąc się twardością. Jak to często w Zoto bywa, na spodzie była jakby cieniutka doklejona warstewka - nieustannie mnie dziwi.
W ustach rozpływała się powoli, z ochotą mięknąc na zbito-gęstą, kremową grudkę. Tłustość początkowo wydała mi się niska, ale potem rosła, a czekolada chwilami wręcz lekko ziarniście-proszkowa. Jednocześnie nie brakowało jej soczystości. Z czasem soczystość i proszkowość próbowały się trochę ukryć - z czasem kawałek wygładzał się. Końcowo zaś znikał wodniście i znów proszkowo oraz zostawiał cierpkawy, cierpkawo-taninowy efekt.

W smaku przywitała mnie delikatna, a jednocześnie wyrazista, słodycz. Słodycz, mająca w sobie coś mlecznego, po chwili bardziej maślanego, a obok słodycz kwiatów. Ta druga na moment się oddaliła, a słodycz mleczno-maślana powoli zaczęła układać się w naturalnie słodkie tahini (pastę z sezamu 100%). Słodycz cały czas rosła, więc zaraz naturalna pasta sezamowa zasugerowała chałwę. Chałwę nieprzesłodzoną, ale słodką niewątpliwie.

W tle przemknął mi kwaskawy owoc. Jakiś ciemnoczerwony... pomyślałam o suszonej żurawinie i miękkim, świeżym fioletowym agreście. Zmieniły się w sorbet z ciemnych owoców. W nim przewinęły się też czarne porzeczki. Ogólnie jednak wydawał się wycofany, a owoce nie grały zbyt ważnej roli w kompozycji.

Tahini i chałwa prawie zupełnie zmieniły się w prażony sezam. Chałwa leciuteńko tylko pobrzmiewała w tle. Słodycz chwilowo trochę się zawahała i zatrzymała. Osiągnęła średni poziom i przez pewien czas nie rosła. Sezam przywołał fistaszki - kontrastowo do niego niemal surowe.

Ta surowość arachidów wniosła niemal... wytrawną fasolkowość? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się dość roślinnie.

Owocowe akcenty sorbetu ukryły się wówczas w kwiatach. Kwiaty wahały się: iść w neutralniejszym czy słodszym kierunku? Nagle uderzyły słodyczą.

Acz rozeszły się jakby na dwa wątki. Z jednej strony czułam dużo słodkich kwiatów, których jako tako trzymało się owocowe echo, a z drugiej... kwiaty bardziej ziołowe, wręcz cierpkie. Aż w końcu zupełnie zmieniły się w zioła. Zioła podchwyciły wytrawność roślin. Zaplątała się tam też lekka gorzkość, ale ogólnie niewiele miała do powiedzenia. Pomyślałam o przyprawach... m.in. tymianku?

Wytrawność, charakterek przypraw tonowały trochę nuty fistaszkowo-tahiniowo-maślane. W zestawieniu ze słodyczą, trochę się rozmywające i mieszające w jedno.

Za sprawą kwiatów ciemne owoce zmieniły się zupełnie w słodkie, soczyste melony. Melony, do których raz po raz zakradał się arbuz i... guma melonowo-arbuzowa? Choć w słodkiej strefie kwiaty dowodziły, owoce, które czułam, chyliły się w nieco cukierkowo-gumowym kierunku.

Od cukierkowości jednak końcowo spróbowała odwrócić uwagę chałwa - jednak znów bardziej przejrzysta chałwa sezamowa, ale z fistaszkami.

Po zjedzeniu został posmak melonowy, trochę w cukierkowo-gumowej konwencji, oraz niejednoznacznego owocowego sorbetu. Z owoców ciemnych...? A do tego wróciły wyraziste, choć surowo-roślinne fistaszki i łagodne tahini. Na zasadzie kontrastu lekko zaznaczyły się też cierpkie zioła.

Czekolada mi smakowała, jednak wolałabym, by była o wiele mniej słodka. Jej słodycz przez długi czas trzymała się średniego poziomu, ale w końcu się wyłamała i poszła w melonowo-arbuzowym zbyt cukierkowym kierunku. Dopóki była kwiatowo-chałwowa, naturalnie sezamowa podobała mi się. Jednocześnie brakowało mi gorzkości - ta prawie nie wystąpiła. Była za to pewna wytrawność fistaszków surowych, sezamu, ziół i przypraw, w tym tymianku, ale to trochę za mało. Fistaszki, tahini łączyły wytrawność z neutralnością, ogół bardzo łagodząc. Ciekawe nuty, ale właśnie.. .za słodkie. Chałwa z fistaszkami i zioła... ach, szkoda, że pewne elementy je zaburzały. Choć muszę przyznać, że był w tym pewien urok... Kto wie, czy chałwa by nie uciekła przy niższej słodyczy lub przy cukrze trzcinowym.


ocena: 9/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 602 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

środa, 18 marca 2026

krem NaMa 100 % Crema integrale di Nocciole

Krem NaMa Crema di Cocco & Mandorla podpadł mi, jednak nie zabił wiary w dziś opisywany. Choć trafiły mi się także kremy 100%, które nie usatysfakcjonowały, to ten nadal wydawał się obiecujący. Wydawał się bowiem taki... zwyczajny. A dla kremów 100% z orzechów laskowych to w sumie norma, standard, że są obłędne.

NaMa 100% Crema integrale di Nocciole to krem 100 % z orzechów laskowych.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty, a zarazem bardzo łagodny w wydźwięku, zapach orzechów laskowych o wysokiej, naturalnej słodyczy. Wydały mi się wręcz słodziusie, na pewno bez skórek i lekko podprażone. Delikatne prażenie jeszcze tę słodycz nasilało.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju. Zlałam trochę ponad 8 łyżeczek, niezbyt dokładnie, trochę - dosłownie parę kropel, góra pół łyżeczki - w słoiku na wierzchu zostawiając i mieszając. Wierzch był bowiem wyraźnie rzadszy, oleisty. Niżej też nie było sucho, choć krem trochę się zbił. Chwila moment, lekkie przemieszanie i już uzyskałam jednolitą konsystencję. Krem dał się poznać jako gęstawy i ciągnący. Wyglądał na niemal idealnie gładki, a tylko z pojedynczymi punkcikami do dostrzeżenia podczas uważnego oglądania masy.
W trakcie jedzenia krem okazał się gęsty i jakby jeszcze gęstniejący. Był średnio syto-konkretny, a także trochę oleiście tłusty. Ogólna tłustość zajęła raczej przeciętny dla takich kremów poziom. Rozpuszczając się wolno-wolnawo, pasta raczyła mnie niemal idealną gładkością i aksamitną, mięciutką kremowością. Subtelne kropeczki i drobinki (jakby czarnych skórek?) w zasadzie nie odegrały żadnej roli. Gdy na upartego je wyłapywałam i podgryzałam, czasem wprowadzały ledwo uchwytną chrupkawość. Krem trochę na pewien czas zalepiał, ale łatwo odpuszczał. Gdy z ciekawości raz czy dwa pogryzłam masę, skrzypiała subtelnie.

W smaku pierwsza przemknęła jakby zwiewna słodycz. Wiązała się z bezkresną łagodnością, niemal neutralną maślanością, choć ewidentnie należała do orzechów laskowych. Zbadała grunt i rozeszła się leniwie.

Za nią zaznaczyła się subtelna goryczka. Wręcz echo goryczki, które po chwili wydało się niemal iluzoryczne i nieuchwytne. Po sekundzie czy dwóch zniknęło prawie zupełnie i można by zapomnieć, że w ogóle tam było.

Słodkie orzechy laskowe zdradziły swój lekko prażony charakter. Prażenie to zbudowało trochę ciepły klimat, a ogólna łagodność coraz bardziej zapewniała mnie o swej maślaności. Przez chwilę krem jakby chciał pójść w neutralniejszym kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach maślaność wzmocnił trochę oleisty akcent i razem zasłoniły zupełnie jakiekolwiek nawet podejrzenia co do gorzkości. Już myślałam, że pójdzie to w ogóle w mdłym kierunku, ale nie.

Słodycz nagle uderzyła z impetem, rosnąc bardzo mocno. Prażony motyw zmotywował ją do znaczącego wzrostu. Nie odrzuciła jednak tego całościowo łagodnego klimatu i pokazała się jako niemal słodziusia, urocza i ciepła.

Neutralniejszo-maślany motyw przeszedł na dalszy plan, choć wciąż pobrzmiewał, trochę rozrzedzając, poskramiając słodycz.

Na końcówce słodycz zrobiła się już wysoka, a i prażenie wzrosło, dotrzymując jej kroku. Przy tej słodkiej prażoności, raz po raz na chwilę wychylało się jeszcze subtelnie wspomnienie gorzkości. Choć było niskie, łatwo je odnotować ze względu na kontrast do słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak słodkiego prażenia, oczywiście orzechów laskowych. Te wyszły słodziuteńko, ale z jakby maślano-oleiście-neutralniejszym, mgliście gorzkawym echem. Ono trochę nie tyle łagodziło, co rozrzedzało słodycz.

Krem mi smakował, choć nie rozkochał w sobie w pełni. Pasta sprawiała wrażenie... niepewnej co do  tego, jak chce smakować? Początkowo jakby ostrożny smak, łagodność łącząca słodycz, maślaność i niemal neutralność. Przemknęła goryczka, ale zaraz zniknęła, potem zaś przemknęła pewna neutralna mdławość - do słodyczy więc cały czas coś się wtrącało, ale ona sobie nic z tego nie robiła. Ciekawie rozwinęła się po swojemu w słodziuteńkość, a i prażenie nie cały czas było tak samo silne. Ogólnie nie było silne, miało tylko swój epizod. Gładka konsystencja za to jednoznacznie przyjemna, acz gdybym uświadczyła miazgowy efekt, byłoby jeszcze przyjemniej. Na plus też to, że krem łatwo dało się porządnie wymieszać, a mimo że sporo oleju się wydzieliło, nie cierpiał na suchość.


ocena: 8/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 31,65 zł (za 200g)
kaloryczność: 655 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy laskowe

poniedziałek, 16 marca 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Malina ciemna z Nikaragui z malinami

Po dotąd zjedzonych tabliczkach Sopockiej Manufaktury nadal żadnego mocnego zdania nie wyrobiłam sobie o tej marce. Czekolady może nie do końca w moim typie, ale z potencjałem do bycia moimi. Gdyby tak były słodzone cukrem trzcinowym, a nie białym... Ach! A jednak w Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem ten biały cukier nie dawał się we znaki, stąd pomysł, że opcje z dodatkami mogą być warte uwagi. Postanowiłam jakąś kolejną zamówić, bo pojawiły się też czyste ciemne nowości, o wyższej zawartości kakao, którym miałam zamiar dać szansę. Nad tą się zastanawiałam, wahałam się. W zasadzie miałam ją sobie darować, ale zauważyłam, że trochę brakuje mi do darmowej przesyłki. Wolałam więc jakaś tabliczkę dodać. Padło na tę, bo reszta była mleczna lub biała.


Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Malina to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao O’Payo fermentowanego w beczkach po rumie z Nikaragui z kawałkami malin liofilizowanych.

Po otwarciu rozszedł się zapach kwaśnych malin i innych czerwonych owoców oraz kwaśno-słodkiego ananasa. Może też rokitnika? Na pewno jeszcze jakiś innych niż ananas owoców egzotycznych. Czuć, że maliny płyną zarówno przede wszystkim z dodatku liofilizowanych kawałków, jak i z samej czekolady. Te dodane oczywiście wyraźniej dawały o sobie znać, gdy wąchałam spód. Za kwaśnymi owocami szła słodycz o trochę miodowym charakterze. Trochę, bo z nutą... rumu? Jakby miodowego rumu albo podkręconego rumem i chyba ziołami miodu pitnego. Zioła kryły w sobie też lekką goryczkowatą paloną nutę.

Na spodzie tabliczki wtopiono dużo małych kawałków malin. W dotyku były delikatne i trochę miękko uginały się pod naciskiem.
Tabliczka była przeciętnie twarda. Trzaskała jednak głośno, a maliny trzymały się bardzo porządnie. Odpadły jakieś pojedyncze kawałki.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno, zmieniając się w mazistą zawiesinę. Kształt początkowo zachowywała, jednak z czasem sobie to darowała. Owoce podkręcały w niej wodnistość i rozbijały gęstość. Same nasiąkały i najpierw dodały lekkiej soczystości. Soczystość znacząco rosła z czasem. Gryzione wcześniej, kawałki malin obok czekolady były twardsze i farfoclowe, ale czekolada wydawała się bardziej ulepkowata. Wolałam więc zajmować się nimi na koniec, po jej zniknięciu. Okazało się, że wraz z czekoladą, rozpuszczały się też maliny, by na koniec zostawić głównie pestki. Czekolada sama w sobie okazała się minimalnie tłusta i soczyście-wodnista. Z czasem czekolada łatwo, rzadko i wręcz wodniście znikała, a ja zajmowałam się wówczas gryzieniem dodatku.
Maliny gryzione na koniec okazały się głównie twardymi, chrupiącymi małymi pestkami. Było ich dużo w stosunku do reszty owocu. Trochę farfocli niby też się zaplatało i na koniec, ale... mało.

W smaku od razu poczułam zdecydowaną kwaśność. Uderzyła ogromem owoców: przede wszystkim czerwonych, a tuż za nimi ananasów. 

Maliny - dodatek - prędko dały wyraźnie o sobie znać. Czułam jednak nie tylko kwaśne maliny liofilizowane, ale też kwaśno-słodkie maliny świeże. Mieszały się z egzotyką i tę trochę się rozmywały. Pomagał im dodatek. Dobrze go czuć w zasadzie cały czas. Raz bardziej obok, raz wtrącający się w nuty bazy.
Ogólnie nadrzędną rolę cały czas grały kwaśne, soczyste owoce. To jakby pod ich pieczą rozrywało się wszystko inne.
Acz trochę się... rozeszły? Czerwone przytuliły się do dodatku i czuć głównie maliny, a egzotyczne podchwyciły nuty czekoladowej bazy.

Za owocami egzotycznymi pojawiła się słodycz. Choć ogólnie miała niski poziom, wydała mi się dosadna, przelotnie jawnie cukrowa. Zaraz pomyślałam jeszcze o rumie... albo raczej owocowym drinku z rumem? Rumie z miodem? W drinku osiadły ananasy i brzoskwinie, ale i coś jeszcze, trudnego do uchwycenia.

Rum zdradzał też leciutką goryczkę, co wykorzystały zioła. Najpierw starały się przypodobać owocom, serwując trochę kwasku trawy cytrusowej lub czegoś podobnego (nie jednoznacznie jej), a potem zdecydowały się też na łagodna gorzkość.
Niegryzione maliny umacniały kwasek także wśród ziół. A jednocześnie nie zatraciły ani trochę swojego kwaśno-liofilizowanego charakteru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o palonych ziołach jako naturalnym kadzidle, przemknął mi dym tytoniowy, i chyba nawet jakieś przyprawy.

Gdy z ciekawości gryzłam maliny obok czekolady, wychodziły bardziej nijako (duży udział miały w nich pestki), a sama baza trochę bardziej dosadnie słodko. Nasiliła się jej cukrowa słodycz, gorzkość zaś osłabła, co mi nie odpowiadało, więc wolałam zostawiać maliny na koniec.
Kiedy zaś spróbowałam trochę samej czekolady, wydała mi się tak malinowa, że raczej przesiąknięta dodatkiem. Acz to przesiąknięcie nie było takie oczywiste - z niej rozchodził się motyw malin świeżych, nie liofilizowanych. Zgrało się z bazą, w której wyraźnie czuć ananasa, brzoskwinie, rokitnik, coś a'la czerwona porzeczka i granat (oczywiście nie na raz - spróbowanie samej czekolady pomogło rozwiać wątpliwości odnośnie nut wypisywanych ze znakami zapytania; dodatek malin jakby upodabniał owoce jedne do drugich).

Słodycz zasugerowała przyprawiony, ziołowy miód... pitny? Albo ziołową nalewkę z miodem? Alkoholowość jednak zdawała się odpuszczać. Pomyślałam o ziołowych fusach i yerba mate. Kwasek malin zdecydował się na jeszcze jeden wyskok, po czym też zaczął odpuszczać i słabnąć. Kwaśność owoców jednak nie osłabła - te z bazy się utrzymały. Tylko że obok Nasilił się ziołowy napar, a po chwili  yerba mate z malinami i innymi owocami, głównie czerwonymi, acz i trochę egzotycznymi (granat?). Cierpkość osiadła też w owocach... Przemknął jakiś... Rokitnik? Owoce, rozochocone dodatkiem malin, szły wręcz w kwachowatym - ale dziwnie pozytywnie - kierunku.

Słodycz po nich wydała mi się jakaś zupełnie prosta, trochę cukrowa, ale nie silna. Na końcówce obok kwaśności owoców czerwonych i egzotycznych w zasadzie odosobniona.

Gdy po czekoladzie zajmowałam się resztkami malin, ostały się w zasadzie głównie pestki o specyficznym, delikatnym smaku. Nie jednak tylko pestki, więc resztki raz po raz smakowały też kwaśnymi liofilizowanymi malinami.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych liofilizowanych malin oraz dosadniej słodyczy, łączącej cukier, miód i rum, a jednocześnie nie będącej wyraźnie niczym z wymienionych. Zaplątały się ni przyprawy, ni ziołowy napar i subtelny palony, trochę ziołowo-dymny akcent.

Czekolada zaserwowała sporo kwaśności, która może być zarówno plusem, jak i minusem. Na taką - przynajmniej ja - muszę mieć akurat ochotę, nie każdego dnia bym się z niej cieszyła (więc miałam szczęście, że akurat miałam ochotę). Wyrazisty dodatek kwaśnych malin liofilizowanych zetknął się z równie wyrazistą, kwaśną za sprawą malin i innych czerwonych owoców, ananasa, brzoskwiń i innych egzotycznych owoców, wielu innych owocowych akcentów, czekoladą. W tym wszystkim nie brakowało też ziołowo-naparowych oraz przyprawowych nut. Słodycz też pokazała, że potrafi się wychylić. Chwilami wydawała się prostsza, chwilami miodowa. Wszystko ciekawie przeplatał akcent rumu i ogólnie lekko alkoholowy.

Jestem bardzo ciekawa, jak odbiorę czystą z ziaren fermentowanych w beczkach po rumie. Ta wydawała się o wiele bardziej kwaśniejsza i owocowa od Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo A jednocześnie, wszystkie owoce w dziś przedstawianej tańczyły, jak zagrały im maliny.


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 68g)
kaloryczność: 571,1 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, malina liofilizowana, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 15 marca 2026

(Cukiernia Staropolska) ChocoLu Czarna 03 Ręcznie Robiona Czekolada Deserowa z Pistacjami ciemna 56 % z pistacjami

Tak wyglądające, duże tabliczki z okienkami, przeważnie z wielkim napisem "bez cukru" widywałam już od dawna. Nigdy się jednak nie interesowałam, bo słodzikowe czekolady zwyczajnie omijam. Pewnego dnia w Auchan trafiłam jednak na zmiany w dziale ze słodyczami i sporo czekolad zniknęło, pojawiło się wiele innych, których dotąd nie widziałam. Wiele było tam dubajskich lub po prostu z pistacjami i wtedy ta właśnie przyciągnęła mój wzrok. Z pistacjami, ale nie dubajska, taka niby porządniejsza, ręcznie robiona (co na mnie wrażenia nie robi, ale jak rozumiem ma sprawiać wrażenie, że produkt jest lepszej jakości?), ale z cukrem, nie słodzikiem. Wyglądało na to, że w górach może mi pasować. Niestety, źle skojarzyłam, że ma 72% kakao, bo i takie napisy na tych tabliczkach kiedyś widziałam, ale jak się okazało, koniec końców nieświadomie wzięłam z innej linii. Marka ChocoLu nic mi nie mówiła, więc w domu znalazłam ich stronę internetową. Okazało się, że należy do firmy Cukiernia Staropolska. Tę znałam za sprawą marki Miiau. Ze strony dowiedziałam się, że Miiau to linia premium. No, czyli wychodziło na to, że... Linia ChocoLu jest "tą zwyklejszą"? Z tego, co poczytałam, starają się mieć produkty dla wszystkich: białe, mleczne, ciemne, dla cukrzyków i dbających o linię czekolady bez cukru, proteinowe i BIO. Niestety, mimo że brzmiało ładnie, po tych, które jadłam, zrobiłam się trochę podejrzliwa.
Tabliczkę otworzyłam oczywiście w górach, ale nie na żadnym szczycie, a na podejściu. Gdzieś w drugiej części zielonego szlaku z miejscowości Tri Studnicky na Krywań, zaraz po specyficznych zakrętasach, gdzie uznałam, że akurat jest ładny widok i jeszcze była przestrzeń, nim ścieżka się zwęziła.


(Cukiernia Staropolska) ChocoLu Czarna 03 Ręcznie Robiona Czekolada Deserowa z Pistacjami to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z prażonymi pistacjami; ręcznie robiona.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, trochę cukrowy zapach budyniu waniliowego z motywem aromatu, w którym było jednak coś niejasnego. Jakby wanilię okroić ze szlachetności. Mieszała się z echem kwiatów. Za nimi stanęła prosta, palona cierpkość. Pistacje czuć lekko ogólnie, a nieco mocniej przy wąchaniu spodu. Krył się przy nich akcent migdałów i siana, rozgrzanego słońcem. Powiedziałabym, że pistacje były prażone minimalnie. 

Tabliczkę zdobiło sporo małych i malutkich kawałków pistacji oraz kilka całych dużych pistacji. Trzymały się nieźle, acz przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka, sporo drobnicy odpadało. Całe pistacje trzymały się zatopione porządnie.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako masywnie twarda. Trzaskała przy tym głośno i chrupko, z pełnym zacięciem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, początkowo jawiąc się jako zbita, jednak z czasem coraz bardziej jakby luźno, a do tego tłusto i miękko. Była zbita, acz średnio gęsta. Czuć w niej drobną pylistość, ale nie suchość, a także kremową gładkość. Tę jednak urozmaicały kawałki dodatku.
Kawałki pistacji odpadały od czekolady i przeważnie turlały się po ustach. Tylko nieliczne starały się długo pozostać zatopione w czekoladowej mazi.
Niezależnie od tego, kiedy gryzłam pistacje, były delikatne i miękkie. Zarówno kawałki, jak i całe. Całe chyba nawet bardziej miękkie. Skórki trafiały się rzadko.

W smaku występ zaczęła silna, cukrowa, ale nie czysto cukrowa, słodycz. Podążało za nią echo... Czegoś. Czegoś waniliowego? Słodkiego aromatu, chwilowo trudnego do uchwycenia. Pomyślałam o budyniu waniliowym, ale to też nie był w pełni on.

Delikatna cierpkość szybko zaznaczyła swoją obecność. Gorzkość niby też, ale wydała się bardzo ostrożna.

Przy niej jednak słodycz zrobiła się bardziej odważna, prawie dosadna. Zdecydowała się na budyń w wariancie zabajone. Budyń o śmietankowej bazie i... zdecydowanie przesłodzony.

Gorzkość i cierpkość też trochę wzrosły lekko, acz ogólnie silne nie były. Pojawiło się w nich trochę drzew i palony motyw. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o suchym lesie, w którym jest gorąco i trochę duszno. Mimo to, w tle przemknęła mi ledwo uchwytna... soczystość? 

Niegryzione pistacje nie zabierały głosu. Zwłaszcza kawałki. W przypadku całych niby dało się ich z czasem doszukać, ale pozostawały bardzo w tyle.
Gdy na próbę parę razy z ciekawości pogryzłam pistacje obok czekolady, wychodziły nijako, trochę udawały siano i orzechy bez nazwy, a czekolada przy nich wydawała się do bólu słodka, trochę jak cukrowo-budyniowa masa czekoladowa.
Gdy spróbowałam samej czekolady, miała w sobie coś siankowo-orzechowo-migdałowego, ale pistacjami nie przesiąkła.

Słodycz nie odpuszczała. Z czasem budyń zabajone stał się słodko drapiącym, dosadniejszym likierem jajecznym.

Gorzkość prawie odpuściła, choć leciutka cierpkość się utrzymała. Drzewa i las też pobrzmiewały, przy czym ostatni wytoczył jeszcze motyw siana. Suchych, rozgrzanych traw w rzadszej części lasu. Do tego zaplątał się niejasny orzechowy akord. Czasem jakby odrobinkę kierował uwagę na pistacje.

W fuzji cierpkości i drzew tym razem wyraźnie odnotowałam soczystość. Pomyślałam o mieszance czarnych i czerwonych porzeczek oraz o malinach. Były słodko-cierpkie, a o kwasku jedynie tęsknie wspomniały.

Pistacje gryzione na koniec smakowały bardzo delikatnie. Przesadzona słodycz bazy nie dawała o sobie zapomnieć, co trochę przeszkadzało. Zwłaszcza w odbiorze kawałków. Te były nijakie. Całe pistacje wykazały się za to wyrazistym smakiem. Wydały mi się prażone naprawdę minimalnie, udające surowe i z dobrze wyczuwalnym duetem słodyczy i wytrawności.

Po zjedzeniu został posmak w dużej mierze niedookreślonego aromatu i pistacji (w przypadku całych pistacji lub z rzadka kawałków) lub jak połączenie nijakich orzechów z sianem (w przypadku większości kawałków). Za nimi stanęła silna cukrowość i motyw budyniu waniliowo-zabajone, który wiązał się z aromatem, a na samym końcu lekka cierpkość kakao i echo gorącego, suchego lasu, drzew. Czułam się trochę przesłodzona, ale nie było jeszcze tak źle, jak się obawiałam.

Tabliczka okazała się w zasadzie w porządku jak na to, czym miała być, ale sprawę pistacji można by rozwiązać o wiele lepiej (dać tylko całe albo całe i połówki, wielkie kawałki, nie zaś taką drobnicę), a ja wolałabym ciemną, bardziej gorzką bazę (% kakao koniecznie do zwiększenia kosztem cukru!). Ta przynajmniej miała dość ciekawy wydźwięk słodyczy - budyń waniliowy i zabajone, choć mnie przesłodził, nie był zbyt nachalny czy sztuczny. Wizja suchego lasu i siana na plus, ale szkoda, że kawałki pistacji ją podchwyciły i też poszły w jakieś siano.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 18,69 zł (za 105 g)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat), pistacje 4,8%

piątek, 13 marca 2026

Beskid Chocolate Brazylia Fazenda Ararauna Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Brazylii

Brazylijskie kakao pokochałam lata temu i później tylko utwierdzałam się w swym uczuciu. Gdy wyszła dziś przedstawiana tabliczka, wiedziałam, że muszę ją mieć. W ciemno wiedziałam, że będzie boska. Na dobrą sprawę opis przeczytałam krótko przed degustacją. Okazało się, że zrobiono ją z kakao z plantacji Fazenda Ararauna, położonej w regionie Bahia - Rio Aliança Una. Ziarna te są po zebraniu przetwarzane w centralnej jednostce post-harvest i ponoć mają wyjątkowe nuty.


Beskid Chocolate Brazylia Fazenda Ararauna Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Brazylii, ze stanu Bahia, z regionu rzeki Aliança Una.

Po otwarciu poczułam złożony, słodko-pieczony, ciężkawy zapach. Na słodycz złożyło się sporo owoców: banany, brzoskwinie i jabłka. Jabłka w dużej mierze po prostu słodkie, świeże i surowe, acz część jabłek zdawała się razem z brzoskwiniami tworzyć jakiś sok lub mus owocowy. Do tego przyszła mi do głowy nieoczywista mieszanka porzeczek - czerwonych i białych? - jako... kawa o owocowych nutach? Oraz ciasto "pleśniak" z owocami, właśnie porzeczkami wymieszanymi z jabłkami. W jego specyficznym, słodko-białkowym, bezowo-kruszonkowym wierzchu osiadła jakby pieczona słodycz. Ta była niby wycofana, ale wyraźna i bardzo znacząca. Obok stała ciężkość starego drewna, sprawiająca, że kompozycji nie odebrałam jako niesamowicie owocowej. To drewno wyszło jakby trochę pieprznie. Gorzkość przewinęła się w tym, ale była bardzo nieoczywista, jak ta wspomniana już kawa o owocowych nutach.

Masywna tabliczka w dotyku wydawała się trochę pylista. Przy łamaniu trzaskała głośno, obiecując pełnię i konkret.
W ustach czekolada rozpływała wolno i długo zachowywała zwarty kształt, mimo wysokiej kremowości, soczystość i mazistości. Łączyła to wszystko w sposób idealnie wyważony. Znikała za to wręcz trochę wodniście, rzadko, a końcowo zostawiała cierpkawo-suche wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam karmelową słodycz i drewno. Wprowadziło pewien spokój do kompozycji, jakby powagę i trochę usunęło się na bok.

Słodycz za to zaprezentowała palony... Po chwili bardziej pieczony motyw. Karmel zaczął zmieniać się w białkowy, bezowo-kruszonkowy wierzch ciast "pleśniaków", spod którego nieśmiało dał o sobie znać owocowy kwasek. Słodycz odegrała istotną rolę, mimo że nie była taka znowuż silna.

Stare drewno obudziło subtelną gorzkość, przywodzącą na myśl bardzo delikatną, acz niewątpliwie czarną kawę. Obok i tutaj spróbowała zaznaczyć się palona nuta, ale ogólnie w kompozycji akurat paloności czułam niewiele. Już bardziej pieczoność.

W tle raz po raz przewijał się drobny kwasek, chyba soku jabłkowego. Niewątpliwie więc był owocowy, acz owoce porządnie weszły poprzez słodycz, jakby od innej strony. Poczułam słodkie, świeże i surowe banany, słodko-kwaśne jabłka i brzoskwinie, ale nie tylko. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa spod pleśniakowego ciastowego wierzchu odezwała się bardzo słodka warstwa bardziej dżemowo owocowa - z jabłek i brzoskwiń?

Wtedy właśnie kwasek zszedł się ze słodyczą owoców, zarysowując obraz musu i przecieru z jabłek oraz mieszanki porzeczek. Jakiś sok porzeczkowo-jabłkowy, coś mieszanego... Owoców czułam dużo, ale coraz mniej jednoznacznych.

W tym czasie średnio wysoka gorzkość wzbogaciła się o pieprz. Pieprz podkreślił stare drzewa, wręcz suche drewno i dodał mu swoistej ciężkiej pikanterii. Trwało to jednak chwilę, bo wraz z tym, jak prezentowały się i nasilały soczyste i ciastowe owoce, trochę tej soczystości, rześkości skapnęło też na pieprz. Pomyślałam o nieco bardziej rześkim pieprzu różowym.

Kawa zaczęła się trochę zatracać. Gorzkość słabła, acz wciąż miała trochę do powiedzenia. Pieprzne drewno na koniec słodyczy przypomniało o pieczonym wątku.

Wtedy to owoce przeszły w lekko kwaskawy akcent, a słodyczy pozwoliły na powrót do karmelu. Tylko że jakby zamkniętego w bardziej pieczono-ciastowych, nie wyraźnie palonych, realiach. Jakbym czuła karmelową kruszonkę. Tym wydźwiękiem jakoś tak... mocno przysładzała.

Na końcówce, ta okrojona owocowość, zaserwowała mi kawę o mocno owocowych nutach - porzeczek i jabłek?

Po zjedzeniu na bardzo długo został posmak kwaśnych jabłek, mieszających się z jasnymi porzeczkami i brzoskwiniami oraz ciężko-ostrawy motyw drzew, przy którym pobrzmiewała lekka pieprzność. Czułam nieśmiało echo kawy, trochę cierpkawej, przy czym owoce i kawa jakby... były jednością? A także słodycz karmelu i połączenia kruszonki z bezą, czyli ciasta pleśniak. 

Czekolada smakowała mi, acz trochę brakowało mi tu silniejszej gorzkości. Szkoda, że kawa nie rozwinęła się bardziej. Drzewno-pieprzne nuty i te owoce były ciekawe. Bananowy początek, potem różne zestawienia z jabłkami: jabłka z brzoskwiniami, jabłka z porzeczkami. Trochę świeżych i surowych, trochę ciastowo-musowych. Ogólnie jednak nie była to jakoś szczególnie owocowa czekolada. Słodycz i kwaśność wydawały się - właśnie za sprawą owoców - bardzo wyważone. lecz słodycz chwilami wydawała się mimo wszystko wręcz ryzykownie dosadna, mimo że nie była ogólnie bardzo wysoka. Obrazowe skojarzenie z ciastem pleśniak, pochłaniające karmel - ciekawe. Chyba dobrze wyważyło owocową i nieowocową stronę tej tabliczki.

Wydała mi się niezbyt rozpoznawalnie brazylijska, raczej dość nietypowa. Jak pomyślałam np. o Zotter Labooko Brazil 72 % o nutach m.in. piernika z pieprzem, jabłka, czerwonych porzeczek, to odlegle można by je powiązać, ale potem jadłam wiele zupełnie inaczej smakujących z brazylijskiego kakao, więc no tak, ta wydaje się nietypowa.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 12 marca 2026

Niederegger Ingwer Marzipan / Dark Chocolate filled with Ginger Marzipan ciemna 50 % z marcepanem i imbirem

Ostatnimi czasy czekolady z marcepanem, jak i inne nadziewane, przestały mnie ciekawić. Marcepan jako twór w ogóle zaczął mi się wydawać dość... nudny? Gdy zobaczyłam jednak dziś przedstawianą tabliczkę, i gdy usłyszałam, że ojciec może mi ją kupić, pomyślałam, że w sumie nawet z chęcią jej spróbuję. Przypomniało mi się smaczne nadzienie z Zotter Candied Ginger. Kandyzowany imbir sam w sobie to nie moja bajka, ale tamta tabliczka pokazała mi, że jako element nadzienia jak najbardziej może smakować. I tak sobie pomyślałam, że marcepan z imbirem może być ciekawy. Niestety, nim otworzyłam dziś przedstawianą, spróbowałam Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan, przez którą straciłam wiarę w czekolady tej marki. Pocieszałam się, że przynajmniej ta jest ciemna, a nie mleczna jak podlinkowana.

Niederegger Ingwer Marzipan / Dark Chocolate filled with Ginger Marzipan to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (48%) marcepanem z imbirem.

Po otwarciu poczułam intensywny, ciepły zapach kandyzowanego imbiru w ciemnej ni czekoladzie, ni polewie. Jego kandyzowana słodycz i ciepło przechodziły trochę w motyw ciasteczek imbirowo-migdałowych, acz marcepanu jako takiego, spod imbiru, prawie nie czuć. Alkohol także prawie zupełnie się ukrył - właśnie w imbirowym cieple. Niby był, ale w ciemno dałabym się nabrać, że to tylko imbir. Sama czekolada trzymała się tyłów, wplatając nieco cukrowo-gorzkawy motyw. Choć w ogóle odegrała znikomą rolę, taniości nie ukryła. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia niemal zupełnie traciła na znaczeniu, bo wtedy imbirowość jeszcze się nasilała. W kierunku słodko-kandyzowanym i nawet lekko soczystym, ale cały czas raczej ciepłym, a nie ostrym. Zapach w zasadzie był przyjemny, choć... mało czekoladowy.

Tabliczka niby była masywna, ale jednocześnie też w pewien sposób delikatna. Podczas łamania gruba warstwa czekolady głośno i krucho trzaskała i czasem odpadała od marcepanu. Tego wewnątrz było sporo. Okazał się twardawy i konkretny, ale nie zbyt suchy (choć bardzo wilgotny też nie był). Widać w nim pojedyncze średnie i małe kawałki imbiru wraz z wystającymi cienkimi włóknami.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Najpierw wydawała się zbita, jednak z czasem kremowo i maziście ulegała i częściowo zmieniała się w nieprzyjemnie tłustą, gibko-gładką ni masę, ni zawiesinę. Czasem przez pewien czas pokrywała marcepan, który po paru chwilach z łatwością zaczął się spod niej wyłaniać. A czasem zwyczajnie od niego odpadała.
Marcepan rozpuszczał się powoli. Wykazywał gęstość i zwartość, ale też plastyczność. Wydał mi się syty i masywny, ale miękkości mu nie brak. W pierwszej chwili jakby chciał przedstawić się jako suchawy, jednak zaraz nasiąkał i pokazał się jako przeciętnie wilgotny oraz grudkowo-proszkowy. Z czasem właśnie zmieniał się w zawiesinę z wielu coraz to mniejszych grudek niż jednolitą grudkową masę. Z grudek raz po raz wyłaniały się małe i średnie kawałki imbiru. Nasiąkały powoli wraz z resztą i upodabniały się do niej. Gdy z ciekawości pogryzłam je ze dwa razy wcześniej, były trochę masywniejsze, ale nigdy nie twarde, a jędrne.
Gdy czekolada zniknęła, w ustach zostawały jeszcze miękkawe grudki marcepanu oraz jędrno-miękko-lepkie kawałki imbiru. Gdy na koniec je gryzłam, marcepanowe grudki lekko trzeszczały, a imbir miękko wlepiał się w zęby.

W smaku czekolada przywitała się dość wysoką słodyczą cukru, która wciąż rosła. Po niej pojawiła się też cierpkość, kojarząca się z alkoholowymi truflami kakaowymi. Na gorzkość przełożyła się dość mocno palona nuta, acz gorzkość ogólna wcale taka mocna nie była. Słodycz za to owszem. W zestawieniu z intensywnym wnętrzem, czekolada poszła w polewowym, tanim kierunku.
Trochę przesiąkła mydlano-kandyzowanym imbirem, co potwierdziło się, gdy spróbowałam jej trochę osobno.

Środek odzywał się w zasadzie jednocześnie z czekoladą. Bez wątpienia czuć kandyzowany imbir. Podkręcał słodycz, dyktując jej rozgrzewające-drapiący wydźwięk. Ciepły imbir zajął pierwszy i drugi plan. W swej kandyzowanej słodyczy zawarł coś lekko pudrowego, z czasem jakby ciasteczkowo-migdałowego. W nadzieniu nie czuć ostrego imbiru, a imbir z ochotą i w harmonii mieszający się z wysoką słodyczą reszty wnętrza.

Cierpkawa, a jednak głównie cukrowa, czekolada pobrzmiewała sobie wtedy delikatnie za marcepanem.

Do głowy przyszły mi imbirowe ciastka migdałowe, które potrafią zalecieć trochę marcepanowo, ale w sumie nie marcepan sam w sobie. Migdałowe echo w zasadzie robiło dziwne aluzje do mąki. Kandyzowany, słodko-ciepły i duszny imbir w zasadzie zagłuszył marcepanowość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydał mi się nie tylko duszący, ale i wręcz słodko-mydlany. Zaczęło też drapać i rozgrzewać w gardle. Alkohol zapewne miał w tym swój udział, jednak nie było to takie oczywiste. Nawet on zdawał się podporządkowywać imbirowi.

Ciemna, cukrowo-cierpkawa, palona czekolada o wydźwięku polewy kakaowo-czekoladowej robiła imbirowi za delikatne tło. Przy jego intensywnym smaku wyszła kiepsko.

Kawałki imbiru nakręcały imbirowy smak - nie musiałam ich nawet gryźć. One także wykazywały silną, kandyzowano-cukrową słodycz i ciepło, ale do tego pikanterię. Gryzione wcześniej serwowały słodko-ostre uderzenia, a jednocześnie jeszcze spłycały czekoladę. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Czekolada pod koniec znikała, zostawiając lekko cierpkie echo, a imbirowy marcepan - w zasadzie jako smak imbirowy - nadal się rządził rozgrzewając, zacukrzając i lekko piekąc.

Gdy zajęłam się gryzieniem drobinek i kawałków, pozostałych na koniec, czułam lekko marcepanowy motyw w przypadku grudek masy, jednak po natłoku słodyczy, wydawał się mdły. A jako że czasem trafiały się kawałki imbiru, także w tym momencie to imbir się rządził. Kawałki utrzymały cukrowo-kandyzowany i ostro-ciepły smak.

Po zjedzeniu został posmak kandyzowanego, ostro-słodkiego imbiru oraz echo cierpko-cukrowej polewy nibyczekoladowej. Marcepanowe echo i lekko alkoholowe wrażenie wpisywały się w imbir, wyszły marginalnie.

Lubię imbir, ale nie kandyzowany w aż takim nasileniu... czy raczej odosobnieniu. Nawet nie to, że to była imbirowa siekiera, bo w zasadzie np. ostra ta czekolada nie była. Po prostu imbir jakby tak przygłuszył resztę, że w zasadzie była imbirowa, ale mdła w cokolwiek innego. Kandyzowany imbir jako dodatek w czekoladzie może być, ale gdy nie jest jedynym bohaterem. Taki, który ciekawie osiadł w nadzieniu jak w Zotter Candied Ginger mi smakował, ale w przypadku dziś przedstawianej czekolady... z otoczenia do głosu dopuścił tylko to, co kiepskie, a więc trochę tanio smakującą czekoladę i samo rozgrzewanie alkoholu. Brakowało mi tu charakteru marcepanu. Ogół był mocno przeciętny i nudny. Jak ktoś lubi kandyzowany imbir, imbir w czekoladzie i takie rzeczy, powinno mu to jako tako bardziej posmakować.

Resztę dałam Mamie, ale i jej nie posmakowała, więc tabliczka trafiła do ojca. Opinia Mamy: "Miałam taki etap, że znielubiłam marcepan, ale teraz dobry znowu lubię... No, ten dobry nie był. Jakiś taki zbyt suchy i dziwny, mało marcepanowy. Nie lubię imbiru, ale ten nawet nie był taki mocno czy okropnie imbirowy. Po prostu niesmaczny. I czekolada na wierzchu też niesmaczna".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 110g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 52% czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), migdały 24%, cukier, imbir 2,8%, syrop z cukru inwertowanego, alkohol, naturalny aromat imbirowy i inne aromaty

wtorek, 10 marca 2026

krem 4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural

Po dwóch produktach tego producenta już wątpiłam, że jakoś szczególnie mnie do siebie przekona. Na szczęście został mi jeszcze tylko krem 100%... ale nie dziś przedstawiany. Pistacjowego nieznanego producenta w ciemno bym nie zamówiła, bo jakoś kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi (nie były?). Ten dostałam w ramach przeprosin za pomylenie zamówienia, w którym zamiast 4ProActive Pasty sezamowej z daktylami dostałam 4ProActive Pastę daktylową. Gdy rozmawialiśmy, zapytałam, czy wspomniany krem powinien być kwaśny, nadmieniając, że dostałam krem z 1 dniem terminu ważności. Usłyszałam, że wyślą mi na przeprosiny ten, który na pewno mi posmakuje. Na stronie internetowej zachwalano go, że powstał ze specjalnej odmiany starannie wyselekcjonowanych, prażonych pistacji w celu zapewnienia najwyższej jakości. Opracowali własną metodę mielenia orzechów, aby "zamknąć w słoiku 100% naturalnego smaku i aromatu".

4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural to pasta / krem 100% z prażonych pistacji.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny, słodko-wytrawny zapach, który w pierwszej chwili skojarzył mi się z miodowym zielonym pesto. Po uporaniu się z olejem i przemieszaniu, poszedł w świeżym kierunku. Było w nim wręcz coś kwiatowego, a prażenie wydawało się znikome. Można by się nabrać, iż pistacji nie prażono wcale. Czuć ich naturalną słodycz, acz przeplecioną wytrawnością pistacjowego pesto.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo mało oleju, z czego w pierwszym odruchu zlałam większość, ile się dało, a i tak była to nawet nie połowa łyżeczki; dosłownie 1 gram. Trochę oleju - pewnie można by liczyć na kropelki - jako tako przemieszałam od razu. A krem tego potrzebował, bo zwłaszcza na dnie wysechł. Dobrze, że zlewam olej do słoiczka - w tym przypadku bowiem cały wrócić do kremu. Czyli... praktycznie nie było co zlewać. A nawet... musiałam dolać dodatkowy olej, bo gdy wzięłam się za drugą połowę (jakieś 2 tygodnie później) krem był za suchy, że aż utracił na kremowości. Dopraszał się o więcej oleju, więc dolałam łyżeczkę oleju, który został mi z jednego Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem. Wtedy było idealnie.
Już mieszając zauważyłam, że całościowo krem był pokaźnie gęsty. Kleił się i lepił. Wyglądał na bardzo miazgowy, bo widać w nim pełno drobinek i czarnych kropeczek. Wyglądał i na suchy, i na oleisty. 
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i lepkość, wręcz kleistość, za to tłustość ukryła się niemal zupełnie. Masa rozpuszczała się powoli. Mocno zalepiała i wydawała się jeszcze trochę gęstnieć, racząc miazgowym efektem. Wyszła bardzo konkretnie, syto, a chwilami suchawo. Mimo to, pewną tłustość też czuć. Drobinki bardzo szybko i wyraźnie zaznaczały się na języku.
Drobinki gryzłam na koniec. Niektóre potrzebowały tego, większość w zasadzie niekoniecznie. Okazały się subtelnie chrupkawe. Większość drobinek była po prostu świeżo miękka, zaś czarne kropeczki bardziej sucho twardo-trzeszczące.

W smaku najpierw poczułam słodką maślaność. Naturalną słodycz pistacji, którą wydawała się łagodzić delikatna, ogólna maślaność.

Zaraz jednak pistacje wysunęły świeżą kartę. Zrobiły aluzje do lekko kwaskawego miodu, mignęły mi kwiaty...

Po czym zaznaczyło się subtelne prażenie. Było znikome, jednak.... wychylało się. Acz jakby się obawiając, czy wypada... Choć w ogóle wydawało się znikome, zawróciło pistacje z tej niesamowicie świeżej, wręcz rześkiego kierunku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz pozbyła się echa kwasku. Udawała miód wielokwiatowy, jasny; wciąż było w niej coś... świeżo-kwiatowego, ale już trudnego do uchwycenia. Złudna miodowość zaczęła budować nugatowy klimat. Oto pistacje zaserwowały mocno słodki motyw nugatu pistacjowego. Na pewien czas zrobiło się bardzo słodko, potem zaś... słodycz została przełamana, ale cały czas wyraźnie ją czuć.

Potem jednak maślana neutralność zaczęła się zmieniać w... wytrawność? Miodowego pistacjowego pesto? Zaraz i zmieniło się w zwykłe (niemiodowe) zielone pesto, obok nugatowości wysuwając właśnie coś dla przeciwwagi. Czasem i prażenie trochę się przy nim nasilało.

Gryzione drobinki przejawiały wyraźniejsze prażenie, a niektóre z nich - czarne punkciki - wprowadzały jakby smakowo suchawą neutralność.

Po zjedzeniu został posmak kwiatowo-miodowo słodki. Wydawało się, że naturalna słodycz pistacji została podkreślona świeżym, pistacjowym miodem. Przechodziło to w trochę maślano-nugatowy motyw, a ten przełamało wytrawniejsze zielone pesto.

Krem bardzo mi smakował. To połączenie kwiatowego miodu i nugatu maślano-pistacjowego przełamanych wytrawniejszym zielonym pesto było świetne. Wysoka słodycz obok wyraźnej neutralności i znikome prażenie wyszły świetnie. A konkretna, prawie miazgowa konsystencja była by idealna, gdyby krem nie wyszedł tak sucho. Acz może to po prostu mój egzemplarz taki się trafił? 
Odzyskałam wiarę nie tylko w markę i to, że ostatni posiadany krem (z laskowców) może być pyszny, ale też ogólnie zaczęłam patrzeć bardziej optymistycznie na kremy 100% z pistacji.


 ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od kremyorzechowe.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 39 zł za 250 g
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone pistacje

poniedziałek, 9 marca 2026

Goplana Oryginalna Mleczna

Przy Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao i moim cieście pomarańczowym z kremem z mlecznej czekolady pomyślałam, że jak tak dalej pójdzie to... mogę zbankrutować na tym swoim wypiekaniu. A na to gotowa na pewno nie byłam. Budzi mój sprzeciw przepłacanie za czekolady mleczne etc. Nie mam problemu z płaceniem za dobre kakao, ale tabliczki mleczne, które używam do gotowania? Nope. Myślałam trochę o tym, co jest ogólnodostępne w sklepach i doszłam do strasznych wniosków, że... w zasadzie nie ma takich, co to są czekoladami mlecznymi, a nie cukroladami. Przypomniałam sobie, że kiedyś w internecie widziałam jakąś śmietankową nowość Goplany, jednak... okazało się, że w ogóle w moich marketach trudno na jakąkolwiek Goplanę trafić. A marka ta w zasadzie... nigdy mi niczym strasznie nie podpadła. Wręcz przeciwnie: jej czekolady, które jadłam wydawały się bardzo porządne jak na swą półkę. Poprosiłam więc Mamę, by na wspomnianą zapolowała. Niestety, przez pomyłkę kupiła tę. A skoro już ta czekolada do mnie trafiła, postanowiłam spróbować i jakoś wykorzystać.


Goplana Oryginalna Mleczna to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao.

Po otwarciu uderzyła słodycz cukru i intensywny, wręcz trochę nachalny, sztuczny i plastikowy orzech laskowy. W momencie otwierania aż się skrzywiłam, ale po chwili trochę się opamiętał, mieszając się z cukrem, mlekiem i echem kakao. Skojarzyło mi się to ze zrobionym na mleku budyniem o smaku orzechowo-czekoladowym lub jakimś kremem-smarowidłem czekoladowo-orzechowym. Ogół zaskoczył mnie i tą przearomatyzowaną orzechowością, i tym, że w sumie w zapachu słodycz stała na średnim - nie zabójczo wysokim - poziomie.

Zaskakująco ciemna, gdy o kolor chodzi, tabliczka w dotyku wydała mi się trochę ulepkowata, a także dość tłusta. Przy łamaniu nie wydawała dźwięków, acz była dość twarda i masywna.
W ustach rozpływała się dość szybko, gęsto i kremowo. Czekolada zmieniała się w lepką, gibką grudkę o pełnomlecznej tłustości. Była miękka i z czasem traciła kształt, zmieniając się w gęstą, zalepiającą masę.

W smaku od razu poczułam prostą słodycz, ale jeszcze nie czystą cukrowość. Nie była też bardzo wysoka, a wysokawo-średnia. Zaraz jednak przemknął mi w niej... orzech laskowy? Słodycz weszła w trochę sztucznie orzechowe klimaty.

Słodycz zaczęła rosnąć i zaraz jednak osiągnęła wysoki poziom. Cukrowość dała o sobie znać, ale na szczęście po chwili polało się też sporo mleka.

Wyraziste pełne mleko trochę zaopiekowało się słodyczą, trochę pohamowało jej zapędy.

Plastikowa nuta orzechów laskowych na moment trochę przycichła, a ja odnotowałam leciutki akcent kakao. To zaś znów obudziło przerysowaną orzechowość i zaobfitowało w krem-smarowidło lub budyń o smaku czekoladowo-orzechowym. Jego orzechowość osiadła w słodyczy i mleku. Mleko zdecydowało się jednak współpracować z plastikowymi orzechami laskowymi i... zaserwowało mi budyniowy deser typu Monte. Mocno mleczny i wyraźnie laskowy, z odrobinką niegorzkiego kakao. Budyń / deser o smaku nugatowym?

Z czasem słodycz zaczęła trochę drapać. Gdy cukrowość osiągnęła już poziom przesady, mleko zaczęło uważać, by nie wypaść z gry i wtedy sztuczne, plastikowe orzechy laskowe zajęły pierwszy plan.

W połączeniu drapiąco-rozgrzewającej gardło słodyczy i laskowców z aromatu pojawiło się coś wręcz alkoholowego, likierowego - jakby tak wspomniany mleczno-orzechowy deser wieńczył orzechowo-czekoladowy likier.

Po zjedzeniu został posmak jakiegoś kremu czy budyniu czekoladowo-orzechowego oraz motyw pełnego mleka. Czułam się trochę przecukrzona, ale jeszcze bez większej tragedii.

Czekolada spokojnie mogłaby udawać tanią wersję giandui, sztuczną nugatową tabliczkę. Trzeba przyznać, że to może smakować, jeśli ktoś lubi rzeczy "o smaku orzechowym" i klimaty deseru Monte. Mnie przeszkadzała sztuczność orzechowej nuty, a poza tym - jest ona zupełnie nieadekwatna do wariantu: teoretycznie zwykłej mlecznej czekolady. Niewątpliwie była jednak ciekawa. Trochę przesłodzona, a jednak tak ogólnie mleczno-orzechowa, że nie przesłodzona w niezjadliwy sposób jak np. (Terravita) Choceur Czekolada Mleczna.

Nie ukrywam, że przez specyficzny charakter czekolady, który nie był w moim typie, aż się zawahałam, czy na pewno chcę ją dodać do ciasta. W końcu jednak z braku alternatyw, dodałam.
Czekolada posłużyła mi do brownie z przepisu z ebooka Chocololo, z którą trochę pisałyśmy o skórce na brownie i choć bardzo lubię swoje, mało słodkie brownie z niemal ciasteczkową skorupką, kierowana ciekawością, postanowiłam zrobić ciasto z Jej przepisu (tylko zamiast mieszać cukier biały z brązowym, użyłam tylko trzcinowy - resztę robiłam dokładnie jak w przepisie). Mleczną czekoladę dodałam właśnie tę tu przedstawianą. Zupełnie się nie sprawdziła! W cieście wyszła jako maziste i bardzo tłuste, półpłynne i ciągnące kleksy. Gdyby nie ich tłustość, aż ostająca się na ustach, byłyby fajne pod względem konsystencji. Niestety jednak o smaku w brownie nie mogę powiedzieć nic pozytywnego. Czekolada okazała się do niego za intensywna i za bardzo się wybijała. Gdy ją zagarniałam, wychodziła przed ciemnoczekoladowe ciacho. Ten jej specyficzny, sztucznie laskowo orzechowy posmak skupiał na sobie uwagę, a jej prosta słodycz sprawiła, że całość zacukrzała. W moich ciastach nigdy nie ma cukrowego posmaku, w tym zaś było. Biały cukier wydaje mi się w wypiekach zbyt dosadny - a ta czekolada właśnie tę dosadność, chamskość dodała. Przez nią ciasto wyszło przecukrzone. Samo w sobie było i bardzo słodkie, i tłuste, jednak właśnie ta czekolada przeważyła, że całość przekroczyła cienką granicę i wyszło to niepozytywnie. Gdyby czekolada była inna (osobiście wolałabym w ogóle ciemną, nie mleczną), czuję, że wszystko byłoby ok.

Reszta tabliczki trafiła do Mamy. stwierdziła: "O, jak ładnie pachnie! Tak uroczo, tak bardzo w moim stylu. Słodko, bo słodko, no... cukrem białym? I orzechem laskowym, ale sztucznym, to fakt. A i w smaku dobra. Acz fakt, że jak się zje więcej i człowiek się wczuje, to czuć, że to jednak taka... no tania czekolada. Ale charakter jakiś niewątpliwie ma. Kto by pomyślał, że zwykła mleczna, tak tania, niepozorna w dodatku, będzie tak niezła. Nie zacukrza, ma wyrazisty, ciekawy, trochę nutellowy charakter. Smakuje właśnie tak... Jakoś, ciekawie, specyficznie. Bardzo dobra. Mnie i w cieście, które kończyłam, pasowała".

Gdy piekłam Mamie murzynka, podpowiedziała, że chciałaby polewę czekoladową i przypomniała, że ma tę czekoladę. Zrobiłam jej więc polewę krem "ganache" z tej czekolady i śmietany (80g czekolady na 29 ml/g śmietany 30%). Czekolada współpracowała nieźle, bo łatwo się rozpuściła, nie poszła w grudki. Acz w paru miejscach zauważyłam zauważyłam jakby białe smugi w samej czekoladzie, które zniknęły, gdy wszystko porządnie rozmieszałam. Ganache z tą czekoladą idealnie rozsmarował na cieście, zaraz gęsto zastygł na czekoladowy krem, nie na zbyt sucho-twardą skorupę, więc wszystko jak należy. Zarówno zapach, jak i smak, serwowały dokładnie to, co sama czekolada, a więc specyficzny aromat orzechowy.
Mama z murzynka była bardzo zadowolona i właśnie ganache bardzo jej smakował: "Idealny, wyrazisty, mocno czekoladowo-orzechowy, nawet ja* wyraźnie czułam orzechy laskowe, mimo że przecież ich tam nie było. I że nawet w kremie tak to czuć! Bardzo się dzięki temu kojarzył z Nutellą, w pozytywnym sensie".


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: około 6,50 - 7 zł (za 90g; o ile dobrze pamięta)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, emulgatory (lecytyna sojowa, E 476), aromat