poniedziałek, 26 stycznia 2026

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif biała z kremem pistacjowym i ciastem kadayif / kataifi

W Dniu Matki ojciec wysłał mi zdjęcie dziś przedstawianej czekolady, bo jego Partnerka dostała ją w prezencie i pomyśleli o mnie, czy będę chciała spróbować, to by nie otwierali, poczekali, aż zrobię zdjęcia i wezmę, ile chcę. Zrobiło mi się niezwykle miło, mimo że jestem bardzo sceptyczna do wszystkiego, co płynące na fali mody na dubajskie czekolady. A do tego trzyma mnie zniesmaczenie Germiyan Angel Hair Chocolate. A jednak... jedzona przeze mnie "dubajska" - Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache -  nie była taka typowa, bo z ciemną czekoladą. A typ zakłada, że ma być chyba mleczna lub biała. Faktycznie, ciemna była trochę za ciężka. Może więc warto spróbować jej takiej... bardziej typowej?

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif to czekolada biała barwiona z nadzieniem pistacjowym z kawałkami pistacji oraz ciastem kadayif / kataifi; "dubajska".

Po otwarciu poczułam delikatny, nieprzesłodzony zapach jakby smażono-karmelizowanych - ale nie zupełnie na słodko? - ciastek i wafelków. Pomyślałam o  tłustych feuilletine, ale nie za bardzo cukrowych, a kierujących się w wytrawniejszą stronę. Czułam też pudrowo słodką, truskawkową nutę leciutko truskawkowych lodów mlecznych (bardziej gelato). W mocno palonych, niesłodkich waflach. Przewinęły się jeszcze duszne pianki marshmallow truskawkowe i słodkie chrupki kukurydziane o smaku truskawkowym (np. Flipsy). Po przełamaniu do wszystkich tych ciastkowo-waflowych nut doszła jeszcze orzechowość - może i pistacje? Acz w ciemno trudno byłoby je uchwycić.

Gruba tabliczka była ciężka i konkretnie-delikatna. Choć wyglądała na plastikowo-masywną, ani trochę nie była twarda. Gruba warstwa czekolady łamała się miękko, prawie rwała, a wnętrze zdecydowanie się rwało i wręcz ciągnęło. Nitki ciasta kataifi trochę się kruszyły i sypały wokół. Kiedy robiłam kęsa, czekolada wgniatała się w nadzienie, a zielonkawy krem mocno się spod niej wyciskał. 
Ciasto kataifi okazało się warstwą otuloną z obu stron kremem pistacjowym, w którym widać parę drobinek pistacji. Zatopiono w nim bowiem malusieńkie i małe kawałki oraz trochę wręcz kropeczek.
Acz bardzo, bardzo trudno wygrzebać sam krem, bo nitki ciastka bardzo się w niego wmieszało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko. Była gęsta i tłusta w maślano-śmietankowy sposób, a także lepka. Zmieniała się gęsty, bagienkowaty krem. Ani śladu plastikowości czy ulepkowości. 
Nadzienia szybko wyłaniały się spod niej.
Rzadsze pistacjowe wykazywało plastyczną miękkość i oleistość. Rozpuszczało się dość szybko i zaraz znikało. Wyszło raczej gładko, choć i pylistość w nim poczułam. Urozmaicały je kawałki pistacji. Były małe i średnie, mieszały się w jedno z ciastem.
Ciasto kataifi dodało chrzęstu i konkretu. Było twardawe i nie rozpuszczało się. Starałam się gryźć je bokami, tak, by nie gryźć czekolady i kremu. Wówczas twardo, czasem wręcz kamiennie chrupało. Pistacje plątały się wśród nitek, odróżniając się od nich miękkością.
Całość zostawiała mocno otłuszczone usta.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i mocno mlecznym smakiem. Słodycz rosła dość szybko, dając się poznać jako trochę cukrowa. Mleko nie dało mu się jednak zagłuszyć. Było pełne i po chwili wzbogaciło się o śmietankę, a także... echo mleka truskawkowego. W tle przewinęła się nuta lodów śmietankowych, leciutko pobrzmiewających truskawkami.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieprzesiąknięta nadzieniem, lekko truskawkowa i szybko zasładzająca w cukrowy sposób. Nadzienie trochę tonowało jej słodycz.

Słodycz rosła, a ja pomyślałam jeszcze o piankach marshmallow lekko truskawkowych i... truskawkowych chrupkach kukurydzianych (dokładniej Flipsach)? Nadzienie po chwili zaczęło dołączać do czekolady, nie zagłuszając jej. Do samego końca miała sporo do powiedzenia.

Krem pistacjowy kontynuował mleczno-śmietankowy wątek. On jednak trochę rozbił tę mocną mleczność bardziej oleiście-nijakim, wręcz trochę wodnistym smakiem. Był średnio słodki, jednak wyraźnie czuć jego cukrową naturą. Znacząco dosładzała go czekolada, pod którą chwilami zdawał się podpinać. Pistacje delikatnie z niego pobrzmiewały. Wyszły naturalnie, ale bardzo stłamszono. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, że tam są.
Gdy spróbowałam kremu osobno, był średnio słodki, mleczno-oleisty i mało pistacjowy, że aż trzeba się tego smaku doszukiwać.
Wyłaniające się pistacje leciuteńko podkręcały pistacjowość, ale w całokształcie nie były najlepiej wyczuwalne. Ogólnie krem szybko się zatracał w duecie czekolady i ciasta.

Ciasto kataifi po chwili bardzo podkręcało skojarzenie z truskawkowymi chrupkami kukurydzianymi, a po chwili ogólnie z chrupkami. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nawet niegryzione umacniało się i trochę rozganiało smak kremu i czekolady. Niegryzione jednak nie było zbyt wyraziste.

Kremu i czekolady jednak robiło się szybko coraz mniej i trudno powstrzymać się od gryzienia.
Ciasto gryzione, czy to obok czekolady razem z kremem, czy już bliżej końca, jak te prawie znikały wyszło jak niesłodkie, wytrawniejsze wafle duńskie do lodów. Z dziwnie wyciętą cukrowością. Gdy spróbowałam go osobno, wyszło niczym wytrawno-neutralna, mocno przypieczono-wysmażona wersja wafelków feuilletine. Było to trochę ciastowe, ale w sposób neutralny.
Gryzione wcześniej pistacje gubiły się w cieście i cukrowości.

To krem i czekolada dodawały całości słodyczy. Kontrast ten wyszedł dziwnie. Mdłość oleju, cukrowość i pudrowe truskawkowe echo czekolady kontrastowo splatały się i kłóciły ze sobą. Końcowo, mimo że smak był w sumie też wytrawny, cukrowość trochę drapała w gardle. Truskawkowe echo prawie zniknęło, a do końca pobrzmiewająca czekolada poszła bardziej w cukrowo-śmietankowym kierunku. Jej smak wyraźnie długo się utrzymywał.

Ciasto gryzione na koniec smakowało bardziej wytrawnym, przesmażono-wypieczonym wafelkiem i robiło drobne aluzje do przypalonej skórki chleba. Na koniec, gdy zostało same, kojarzyło mi się jeszcze z przypalonymi orzechami i niesłonymi paluszkami pszennymi.
Gryzione na koniec pistacje wyszły trochę pistacjowo, ale łagodnie. Łatwo, by zgubiły się wśród ciasta, ale tu już wyraźniej się wyłaniały.

Po zjedzeniu został posmak wytrawnych, wysmażono-wypieczonych waflo-chrupek (?) oraz cukrowość aż drapiąca w gardle. Czułam też nutę oleju i nijakość, mdłość, dziwnie mieszającą się z pudrowo truskawkowym, z kolei słodziusim echem.

Dziś przedstawiana tabliczka była bardzo uboga w pistacjowy smak, za to słodka i śmietankowa. Niestety też trochę oleista. Biała, śmietankowa i nieprzesłodzona, ale słodka wyraźnie czekolada na równych prawach rozbrzmiewała z ciastem, które... kompletnie mi nie pasowało. Wytrawnie-smażone i dziwne. Struktura bardzo nie w moim guście: za miękko, za rozlazło, za tłusto.
Ta tabliczka wydaje się jednak w miarę porządnie zrobioną dubajską czekoladą, bez taniości i tandety. Okazała się więc pozytywnym zaskoczeniem, bo nastawiłam się na paskudztwo, a była w zasadzie... całkiem w porządku jak na to, czym miała być. Gdyby pistacje były w niej wyraźniejsze, mogłaby i 6 zdobyć. A jako że 1 z dwóch warunkujących dubajkość rzeczy uciekła, no to jest średnio. Acz nie obrzydliwie. Jestem pod wrażeniem, że takie składniki mnie nie obrzydziły.

Gdy tak pomyślałam o Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache, to muszę przyznać, że biała czekolada mniej przytłacza tego typu nadzienia i bardziej pasuje. Z kolei gdy pomyślałam o Germiyan Angel Hair Chocolate, echo truskawek dziś przedstawianej zostało o wiele lepiej zrobione, bo ze względu na delikatność, nie raziło sztucznością.

Otrzymałam jeden pasek, ale zjadłam ledwo pół i drugie oddałam Mamie. Jej opinia: "Jestem pozytywnie zaskoczona. Jak na coś takiego... nastawiłam się na coś złego, a ona nawet niezła była. Nie niesmaczna. Do tego nadzienia jednak chyba bardziej mleczna by pasowała i wtedy byłaby ok. Tak słodko, pistacji nie czuć, ale jakoś to wyszło... nieobrzydliwie, o wiele lepiej niż ta z anielskimi włosami*".
*Mama miała na myśli Germiyan Angel Hair Chocolate.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekolada kupiona w Żabce - widziałam w gazetce)
cena: - (jak wyżej: cena to 19,99 zł)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada biała (50%: cukier, tłuszcz kakaowy 24,6%, pełne mleko w proszku 14%, demineralizowana serwatka w proszku,, laktoza, koncentraty roślinne: krokosz barwierski, rzodkiewka; lecytyna słonecznikowa), kremowe nadzienie pistacjowe (37,5%: cukier, pistacje 29,5%, oleje roślinne: słonecznikowy i bawełniany; odtłuszczone mleko w proszku, demineralizowana serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat, sól, barwniki: E141, E100), ciasto kataifi / kadayif (12,5%: mąka pszenna, olej słonecznikowy, sól)

sobota, 24 stycznia 2026

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate ciemna z Kongo

Ta czekolada, zgodnie z opisem producenta, wyróżniała się z oferty, bo po raz pierwszy, Zoto zaangażowało hodowców kakao do procesu obróbki kakao po zebraniu ziaren. Już po zakupie pierwszej partii ponoć uznali, że to kakao może konkurować z najlepszymi na świecie. Dodali "mimo że mówimy o ziarnach forastero", co mi się trochę niezbyt spodobało, bo uważam, że czasem sukces tkwi w prostocie, nie uważam, że któreś kakao jest smaczniejsze, inne mniej z zasady. W każdym razie, producent tym samym przyłożył się do stworzenia w regionie spółdzielni rolników, którzy odtąd mieli źródło dochodu, które odmieni ich życie na lepsze. Szukałam co oznacza nazwa kakao / tabliczki, Kilimamenza. Nie znalazłam nic. Ok, to nazwa własna, ale myślałam, że może coś znaczy w jakimś języku. Na opakowaniu przeczytałam tylko, że tabliczkę zrobiono w małej ilości, z lokalnego blendu. Kakao to fermentowało 7 dni w skrzyniach po 100kg, było obracane 4-krotnie. Suszenie trwało 6 dni na słońcu, w otwartej przestrzeni, a prażenie 19 minut w 120 stopniach C. Producent opisał smak tej tabliczki jako "bardziej dostępną dla osób, które nie są ekspertami", wyjaśniając że jest "doskonała na rozpoczęcie przygody z wykwintną czekoladą". Ciekawe.

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao  (68% miazga + 7% tłuszcz) z Kongo, z prowincji Ituri.

Po otwarciu poczułam rześki, niemal wodnisty, ale też wyraźnie słodko-soczysty zapach brzoskwiń UFO / ciasteczkowych o delikatnym charakterze. Mieszały się z kwiatowymi ziołami albo mieszanką kwiatów i ziół, z których na pewno wyraźnie wyłaniał się rumianek, łącząc słodycz z lekką cierpkością. Za kwiatami i brzoskwiniami pojawiła się jeszcze bardziej słodko-esencjonalna soczystość chyba świeżych, wielkich moreli i arbuza. Obok tego pojawiły się łagodne, niemal neutralnie-maślane pekany i spokojne, stare jasne drewno.

Twarda czekolada... przybyła do mnie w zasadzie zupełnie połamana, więc nie bardzo miałam, jak ją połamać, jak należy. Gdy jednak przełamywałam jakieś większe kawałki, wydały mi się twardawe i pochrupujące w pełno-masywny sposób. Jak jak zawsze w przypadku Zoto, widać było cienką warstwę, jakby doklejoną na spodzie, ale tym razem - ku mojemu zaskoczeniu - nie odskakiwała.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęsty, miękki i gładki krem. Była tłusta i zarazem lekko soczysta. Trochę lepka, a końcowo cierpko-suchawa, wręcz taninowa. Zostawiała lekko suchawe wrażenie, które próbowało odciągać uwagę od tłustości.

W smaku najpierw pojawiła się słodycz palonego, chrupko-szklistego karmelu. Goniły go słodko-cierpkawe i rześkie - bo bardzo świeże - kwiaty.

Kwiaty dogoniły karmel, a jego paloność podkreśliła ich cierpkość. Naprzód wyskoczył rumianek i zaczął wśród nich bardzo wyraźnie dominować. Pomyślałam dokładniej o mocnym naparze z koszyczku rumianku.

W tle pojawiły się wodniste owoce... Po chwili rozpoznałam w nich delikatne, słodkawe brzoskwinie ufo / ciasteczkowe. Dołączyły do nich owoce słodsze, wyrazistsze, ale jakby bardzo uważające, by pomóc, a nie przygłuszyć brzoskwinie. Przyszły mi do głowy banany przemieszane z morelami, może jako smoothie. Przemknęła mi w nich jeszcze delikatna, ciężkawo-soczysta cierpkość... Acz owoce ogólnie trzymały się raczej tyłem.

Rumianek trochę się wycofał, wszedł w szeregi całego bukietu ziół i kwiatów. Temu daleko było do jednoznaczności, ale i słodycz, i cierpkawość ewidentnie cały czas czuć. Lekka gorzkość zaczęła rosnąć właśnie poprzez ziołowe napary. Karmel przepychał się trochę z kwiatami - ich przepychanki przełożyły się na ogólny wzrost słodyczy.

Gorzkość nie była jednak tylko ziołowa. Ogólna, lekko palona weszła niezależnie od innych nut. Przechwyciła paloność od karmelu, który zdążył się już całkiem zgubić. Chyba? Nie była jednak wysoka, bo obok znalazły się łagodzące ją orzechy pekan i maslaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do pekanów dołączyło jasne, stare drewno o bardzo spokojnym charakterze. Wraz z orzechami budowało pewną neutralność w kompozycji. Przy pekanach na chwilę znów zaplątał się karmel jako motyw karmelizowania, jednak zaraz jakoś zniknął.

Słodycz utraciła większość paloności, a ja wyobraziłam sobie ziołowy napar posłodzony miodem. Rumianek z miodem? Rumianek ogólnie przypomniał o sobie i zaczął wracać do gry, sugerując lekką... ostrawość?

Owoce trochę zmieniły swój wydźwięk, jednak dalej nie pchały się na przód. Wciąż czułam w nich wodę i do głowy przyszły mi różne melony i jasny arbuz. Arbuz wręcz trochę kwaskawy...? Do tego brzoskwinie i banany starały się utrzymać. Ogółem jednak owoce przemknęły i znów wycofały się jeszcze bardziej.

Rumianek znowu zaczął przewodzić wśród ziół i za ciosem poszedł dalej: objął władzę nad całą kompozycją. Słodycz przybrała mocno kwiatowo-ziołowy klimat.

Pekany i drewno zrobiły się niemal neutralne, orzechy te zapomniały bowiem zupełnie o karmelu. Doleciała do nich lekka maślaność i razem starały się łagodził cierpką gorzkość o ziołowym charakterze.

Cierpkość jednak zgłosiła sprzeciw, końcowo wychodząc dość mocno. Drewno, nagle bardziej drzewa, jednak wsparły zioła. Te wytoczyły swą cierpkość, pod którą nieoczekiwanie podczepiła się cierpkawość lekko owocowo kwaskawa, jak jasnego arbuza z czymś niejednoznacznym.

Po zjedzeniu został posmak orzechów pekan i rumianku, zestawionych z jasnym arbuzem i wodnistą brzoskwinią ufo, trochę osłodzonych karmelem - znowu palonym. Pozwolił sobie na paloność ze względu na charakterniejsze, wręcz pikantne nuty ziołowo-drzewne.

Czekolada była bardzo ciekawa, jednak dla mnie trochę za mało gorzka, a zbyt spokojnie-neutralna chwilami. Zioła pod przewodnictwem rumianku i drewniano-pekanowe nuty jednak zachwycały i tak. Akcenty owocowe były delikatne - i dobrze, bo akurat brzoskwinie ufo, melonowo-morelowo-arbuzowe nuty mnie nie przekonały. Zwłaszcza, że mowa o owocach wodnistych, arbuzach jasnych. Słodycz ogólnie miała sporo do powiedzenia, mimo że nie była silna. Próbowała ugrać coś a to z palonym karmelem, a to kwiatami, a to bardziej z miodem, ale cały czas się zmieniała. Słodycz i niska gorzkość sprawiły, że obstawiałabym raczej 70% niż 75% kakao. Acz możliwe, że to przez cukier - biały, nie trzcinowy.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 621 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

piątek, 23 stycznia 2026

Cokoladovna Lana Mlecna Kefirova ciemna mleczna 50 % z Belize z kefirem / kefirowa

Choć to bardziej czekolada mleczna niż ciemna, na jej widok zabłysły mi oczy. Kefir uwielbiam i ostatnio ni to piję, ni jadam bardzo często, ale czekoladę kefirową jadłam tylko raz. Z ogromną ochotą bym do czegoś takiego wróciła. Nie ukrywam, że po Naive Kefir Probiotic Milk Chocolate poprzeczka dla dziś przedstawianej zawisła bardzo wysoko. Na wstępie prezentowała niestety się nieco mnie elegancko, bo czekolada czeskiej marki Lana trafiła do mnie bez tekturowego opakowania. Przedstawiciel marki wyjaśnił, że zwyczajnie nie opłacało im się robić specjalnego kartonika, bo to jedynie limitka. Od razu z żalem pomyślałam, że to wielka szkoda, że jak już się takie czekolady trafiają - chodzi mi o naprawdę niecodzienne i atrakcyjne alternatywy mlecznych - to jako edycje limitowane. Czyżby naprawdę tylko mnie tak intrygowały?

Čokoládovna Lana Mléčná Kefirova to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao z Belize z kefirem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach nabiału i ziemi, sugerujący nie tylko porządnie ciemno-mleczną tabliczkę, ale też jakieś inne niż krowie mleko i mleko zsiadłe. Kefir nie był tu pierwszym skojarzeniem, acz też wyraźnie go czuć. W głowie zaplątała mi się nawet myśl o mieszance mleka koziego i owczego z wyraźnie zaznaczoną nabiałową cierpkością. Kefir czułam zwłaszcza w trakcie jedzenia przy uważnym wąchaniu. Na tym jednak nie koniec, bo z mlecznością wiązał się też po prostu wręcz wiejski motyw nabiału bardzo naturalnego, prosto od krowy i świeżo ubitego, wiejskiego masła. Czułam też ciepło siana i lekko prażonych orzechów oraz lekko grzybowy akcent niektórych mousse'ów kakaowych. Słodycz stała na znaczącym poziomie i przybrała postać palonych karmelków. W kompozycji zagościł też kwasek: trochę ewidentnie związany z nabiałem, trochę cytrynowy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusto-sucha, obiecująca kremowość. Przy łamaniu w zasadzie nie trzaskała, acz tylko jakoś nieznacznie pykała  i trochę się kruszyła. Kiedy odgryzałam kawałek, pod zębami czułam miękkość.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, niby kremowo, ale nie gładko. Najpierw wydawało się, że będzie leciutko proszkowo-gładkawa, jednak z czasem nasiliło się proszkowe, wręcz szorstkie wrażenie. Chwilami jakby starała się wygładzić, ale wracała do tego. Wykazywała leciutką, marginalną tłustość, a mimo to, uraczyła mnie niezbyt gęstą, miękką kremowością. Trochę zalepiała, po czym znikała coraz bardziej wodniście, a pod koniec zostawiała lekko cierpkie wrażenie.

W smaku pierwsza pojawiła się średnio wysoka, ale szybko i odważnie rosnąca słodycz karmelków. Początkowo lekko palonych, takich, w których paloność dopiero nabiera siły.

W oddali zaznaczył się akcent mleczno-nabiałowy z kwaskawym echem - nie od razu było jasne, że są ze sobą powiązane.

Za karmelkami pojawił się orzechowy krokant, a więc chrupiąca, słodka masa z orzechów - konkretnie laskowych - w słodko-palonym karmelu. Zrobiło się trochę bardziej karmelowo niż karmelkowo a orzechy rosły w siłę.

Przy tym skarmelizowaniu orzechów pojawiła się lekka goryczka, cierpkość. Czyżby cierpkość nie tylko kakao, ale i nabiału?

Mleczność, nabiał umocniły się, z oddali wkraczając na pierwszy plan. Był to wątek trochę mleczny, ale nie zwyczajnie mleczno czekoladowy. Najpierw nabiał trochę nieśmiało zasugerował jakieś inne niż krowie mleko. Kozie...? Mieszankę koziego z owczym... Specyficznie kwaskawo-cierpkawe, ale bez "nuty kozy". Kwasek i łagodność tak się splotły, że zaraz odgoniły to skojarzenie, a zasugerowały mleko zsiadłe. I w końcu faktycznie kefir. Wszystko w wiejsko-sielskim ujęciu.

Słodycz zdążyła już mocno wzrosnąć do poziomu wysokiego. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydawało się, że stara się podbić pierwszy plan (co w sumie jej się nigdy nie udało), ale i jej charakter zrobił się poważniejszy, głębszy, bo wyraźnie palono karmelowy. Nuty kefiru i zsiadłego mleka nie dały jej się zdetronizować.

Gorzkość też się trochę nasiliła, pilnując, by nie zrobiło się za słodko. Wysunęła trochę gorącej ziemi, a ja pomyślałam o spacerze ziemistą ścieżką w pełnym słońcu. Możliwe, że przez wieś, bo wątek nabiału coraz bardziej rozgaszczał się w wiejskiej wizji.

Gorzkość paloną, ziemistą zaczęły trochę łagodzić orzechy. Ogólnie mieszanina, będąca niejednoznaczną orzechowością, acz z raz po raz wybijającymi się na przód prażono-karmelizowanymi laskowcami. Czułam orzechy, które po pewnym czasie... wsparła maślaność. Ta wyłoniła się z sielsko-wiejsko nabiałowych tonów i dołączyła do orzechów i gorzkości, przekładając się na niesamowitą harmonię.

Już wyraźnie kefir dbał o kwaskawo-cierpkie nuty, wyszedł chwilami wręcz rześko. Niczym stojąca w cieniu szklanka kefiru czy maślanki w upalny dzień. Bo... chwilami kefir wzbogacał się o łagodniejsze, maślankowe echo. Kwaskawy, charakterny, ale jednocześnie w pewien sposób łagodny nabiał końcowy zaprosił do gry...

Cytrusy? Cytrynę i trochę limonki. Podkradły się pod kwasek nabiału, po czym całkiem nieźle zaprezentowały jako one same, końcowo sprowadzając wysoką, ale bardzo paloną już w tym momencie, słodycz do poziomu średniego. Mieszając się z nią przełożyły się na myśl o słodko-kwaśnej, rześkiej lemoniadzie z cytryn i limonek. Albo... shake'u z tych cytrusów z kefirem.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawego nabiału, w tym w miarę wyraźnie kefiru, mieszającego się ze słodką, kwaśno-rześką lemoniadą cytrynowo-limonkową. Obok zaznaczyła się goryczka ziemi, spójnie kryjąca się trochę za cierpkością kefiru i jakby innego niż krowie - ale żadnego konkretnego - mleka. To też wątek słońca i siana; przytulnej wsi oraz lekko solonego, wiejskiego masła.

Czekolada smakowała mi, mimo że była trochę za słodka. Karmelkowo-karmelowa słodycz pozwoliła sobie na wiele, mimo że i gorzkości ziemi nie brakowało. Trochę karmelizowanych laskowców, krokantu i nuty cytrynowo-limonkowej lemoniady w udany sposób wzbogacił kwaskawo-cierpki nabiał. Kefir wyraźnie, ale nie tylko. Kompozycja podrzucała całe mnóstwo skojarzeń: mleko kozie, kozio-owcze, maślankę, zsiadłe mleko. Kefir bowiem był wyczuwalny falowo, nie zawsze mocno jednoznacznie. Tabliczka wyszła więc w sumie nabiałowo, niecodziennie mlecznie i bardzo charakternie, dynamicznie, mimo że wszystkie nuty wyszły niesamowicie harmonijnie.

To była bardzo ciekawa czekolada, wyraźnie inna niż większość ciemnych mlecznych, z ewidentnie wyczuwalnym kefirem, ale... nie tylko. Dziś prezentowana nie była aż tak jednoznacznie kefirowa co Naive Kefir Probiotic Milk Chocolate.

Kawałeczek dałam Mamie, która opisała: "Czuć, że jest to ciemna mleczna, ale nie powiedziałabym, że kefirowa. Po prostu czułam, jakby było w niej za mało mleka". Mamy nie porwała.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, kultury bakterii kefirowych

środa, 21 stycznia 2026

Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate ciemna z Boliwii

Hiszpańską markę Pol Contreras miałam okazję już poznać (Pol Contreras Vilaprino Belize 80 % Cosecha 2019 Chocolate negro / Dark Chocolate), jednak o niej samej za wiele nie zapamiętałam. Informacje o marce przyćmiła pyszna czekolada o cudownych nutach. Szef kuchni Pol Contreras pracował w najlepszych restauracjach w Hiszpanii i całej Europie, a ostatnimi laty bardzo zainteresował się czekoladą. Z tego, co znalazłam w internecie, stara się maksymalnie eksperymentować, odchodząc trochę od innych wytwórców bean-to-bar, a robiąc swoje czekolady w sposób bardziej kreatywny, charakterystyczny dla szefów kuchni wyróżnionych gwiazdkami Michelin. Ponoć, robiąc czekoladę, stara się "łączyć te dwa światy". Co ważne, podróżuje po miejscach uprawy kakao, gdyż interesuje go, z czym pracuje. Chodzi zarówno o jakość ziaren, jak i kupowanie ekologicznych surowców z poszanowaniem dla rolników i zasad sprawiedliwego handlu. Mnie bardzo cieszyło, że wszystkie jego tabliczki, jakie widziałam, miały po 80% kakao. Czyżbym najbardziej lubiła tę samą zawartość co Pol? Jeśli tak, można by przypuszczać, że ogólnie to samo lubimy w czekoladach? Dobre doświadczenia z pierwszą i jak dotąd jedyną jedzoną jego czekoladą to właśnie sugerowały. Miałam nadzieję, że dzisiaj prezentowana utwierdzi mnie w tym. Wszak została zrobiona z boliwijskich ziaren, które ponoć smakują wyjątkowo "dziko" i przypominają amazońskie, peruwiańskie kakao. To jakaś naturalna, rdzenna hybryda. Ja uwielbiam Boliwię jako region kakao, a i Peru bardzo lubię. Ucieszyła mnie też wzmianka o tym, że to kakao było prażone bardzo lekko. A także zmiana cukru na po prostu trzcinowy, nie panela.

Pol Contreras Vilapriñó Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao lekko prażonego z Boliwii, z gminy Alto Beni; konszowanie trwało 20 godzin.

Po otwarciu poczułam świeży, żywy zapach słodkich kwiatów i zielonych roślin oraz łodyg, zestawiony z suchszym, przytulnym wątkiem starych książek. Przy nich zaznaczyło się też już trochę liczące sobie, ale wciąż aromatyczne drewno. Kwiaty odpowiadały za lekką słodycz, lecz dbały też o poczucie... wręcz wilgoci. Do głowy przyszły mi rośliny pokryte rosą oraz jeszcze zielone orzechy laskowe; leszczyna. W tle zaznaczyły się subtelne owoce, w zasadzie coś owocowego... lody i budyń, ale na pewno nie na ciepło. Pewna byłam co do wariantu truskawkowego, ale zestawionego z... jakimś żółtym. Marakujowo-ananasowym? W niskiej słodyczy zaznaczył się jeszcze akcent palonego masła, przechodzącego już w toffi.

Tabliczka o kremowym wyglądzie wydała mi się konkretna i masywna, a także twarda. Gdy ją łamałam, trzaskała trochę chrupko, a trochę jak niespecjalnie suche gałęzie.
W ustach rozpływała się maziście w średnim tempie. W pierwszej chwili wydała mi się lekko soczysta i tłusta. Szła trochę w kierunku plastycznej kremowości, zmieniając się w proszkowy budyń. Motyw ten odwracał uwagę od maślanej tłustości. Z czasem soczystość bardzo się rozkręciła. Końcowo zaś pokazała się wodnistość i nieco cierpki efekt, a czekolada znikając, zostawiała mocno proszkowe wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam silną, trochę cierpkawą gorzkość dymu. Od razu było ciężko. Za dymem wkroczyła sadza, może nawet siarka o trochę ściągających zapędach. Mignęła mi pewna kwasowość, acz nawet nie zdążyłam jej dookreślić.

Nagle bowiem odezwała się słodycz o zupełnie odmiennym, łagodniejszych charakterze. Tuż za nią mknął kwasek - także indywidualista, mający pomysł na siebie. Kwasek ten zaserwował soczyste owoce. Powiedziałabym, że egzotyczne, m.in. marakuja.

Słodycz powoli się rozchodziła. Była spokojna, rosła nieznacznie, ale bardzo uładziła siekierowy początek; jakby zawstydziła te dymno-sadzowe nuty. Dała się poznać jako karmelowa. Palona znacząco, ale nie mocno. Moc palenia dopiero się rozkręcała. W tle pojawiło się palone masło, które zadbało, by karmelowa słodycz cały czas trzymała się niskiego poziomu.

Gorzkość choć zaczęła jako niesamowicie silna i dosadna, trochę złagodniała. Wciąż była intensywna, ale już nie tak siekierowa. Acz nie tylko za sprawą słodyczy; znacząco wygłaskała ją świeżość zielonych roślin, wiążących się z motywem wody, rosy.

Marakuja zupełnie przejęła kwasek. Pomogła jej w tym limonka, która równie wyraźnie wyłoniła się z toni egzotycznych, żółtych i cytrusowych owoców. Jako że słodycz weszła i rozwijała się jednocześnie z kwaśnymi, soczystymi owocami, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakby... owoce zainteresowały się słodyczą.

Trochę tej słodyczy sobie pożyczyły, pokazując mi lody owocowe. Lody głównie marakujowe, acz wyraźnie zrobione na śmietance. Pomyślałam o kwaśnej śmietanie, ale wtedy do kwasku dołączyła cierpkość o bardzo owocowym charakterze.

Do marakui i limonki dołączyło kiwi, a po chwili na pewien czas je wyprzedziło. Połączyło kwaśność ze słodyczą i cierpkością, a do tego trochę ściągało. Potem zaś opanowało się i przemieszało z marakują, limonką i innymi egzotycznymi owocami, może ananasem, w lodowym wydaniu. Lody o smaku "owoce tropikalne" przez moment dominowały, po czym dołączyły do nich lody truskawkowe.

Lody truskawkowe cechowała już silniejsza, trochę pudrowa słodycz, mimo że i słodko-kwaśnego, świeższego charakteru im nie brakowało.

Ogólna słodycz pojawiała się to tu, to tam. Mocarne nuty dymu i sadzy trochę się wycofały. Gorzkość jednak cały czas była intensywna, choć zmieniła się w bardziej... przyjazną? Z sadzy wyłoniło się drewno, by zaraz wraz ze słodyczą przejść w stare książki. Stare książki i drewno zapewniły przytulny klimat. W oddali poczułam jeszcze orzechy - niejasne, rozmyte, i w zasadzie ukryte w... kwiatach. Te bowiem na końcówce wróciły z nową siłą.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych owoców: limonki, marakui, kiwi i może ananasa, ale też kwaśnej śmietany. Do tego ostał się cierpkawy, ciężkawy dym i sadza, ale wymieszane z niemal ciepłymi w wydźwięku, starymi książkami. Słodycz przywróciła kwiaty i połączyła ciepło-ciężkawe nuty z rześkością.

Czekolada była pyszna i bardzo dynamiczna. Uderzyła na początku mocarną gorzkością dymu, sadzą, by następnie złagodnieć w świeżo roślinny sposób. Słodycz kwiatów i karmelu oraz kwaśność egzotycznych owoców (marakuja, limonki, kiwi) ciekawie się przeplatały. Potem truskawki zaczęły osładzać owoce, a karmel przemieszał się z mniej słodkimi książkami - ciągle więc nuty jakoś na siebie wpływały i się zmieniały. Intensywnie było cały czas, choć była to różna intensywność. Tylko słodycz nie wyszła tak intensywnie, co się chwali. Nie więc przeszkadzała kwaśności, gorzkości i świeżości. Gdyby miała lepszą, gęstszą i nie taką proszkową strukturę, wystawiłabym 10.


ocena: 9/10
cena: €11 (za 70g; około 47 zł)
kaloryczność: 424,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 20 stycznia 2026

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem

Kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi, a ten zaciekawił tym, że połączył pistacje z innymi orzechami. Różne pasty właśnie z łączonych orzechów wspominam bardzo dobrze. Marki tej jednak nie znałam, więc jeszcze nie byłam taka "hurra optymistyczna", bo jedzona niedawno Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 % pokazała mi, że także kremy 100% czasem mogą zawieść.

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem to krem orzechowy 100% z migdałów i pistacji.

Po otwarciu poczułam dość wytrawny, "zielono"-maślany zapach. Wydał mi się bardzo świeży i surowawy. Migdały i pistacje musiano prażyć minimalnie, ale za to zaplątała się tam nutka borowików na maśle. Osłabła jednak po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia, acz nigdy nie ucichła zupełnie. Sprawiała, że zapach nie był zbyt przyjemny. Obok czułam też niesłodki, delikatny marcepan - ten z kolei w trakcie jedzenia się nasilił. W tle wychwyciłam nutkę białej czekolady, nasilającej się i... podrzucającej myśl o marcepanie oblanym białą czekoladą (o niesłodkim środku, ale właśnie słodkim wierzchu).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, lecz spora część na wierzchu samego kremu też była oleista. Zlałam 3 łyżeczki, a trochę - tak z pół łyżeczki? - musiałam już przemieszać, bo mocno się to samo z siebie mieszało z pastą. I właśnie: ona wcale nie potrzebowała tego dodatkowego oleju, bo była lejąco-rzadka.
Mieszając, tylko na dnie trafiłam na pewną gęstość, ale i tam nie było naprawdę gęstej masy. Całość jawiła się jako płynno-półpłynna. Przemieszałam niedokładnie, by chociaż pod koniec mieć nieco gęstszy krem. Widać pojedyncze kropeczki, ale żadnych kawałków i drobinek. Choć w opisie jest "bez skórek" czarne punkciki były właśnie nimi. I na oko już mogłam stwierdzić, iż krem jest miękki i oleisty.
W trakcie jedzenia potwierdził swoją oleistość i miękkość. Wyszedł wręcz mięciutko i niemal idealnie gładko. Choć jakby ze świetnie skrywaną, prawie nieuchwytną, znikomą pylistością. Dosłownie kilka punkcików zaznaczyło się na języku - i tak jednak na tyle małych, że nie do gryzienia. Krem kleiście zalepiał usta i wydawał się lekko gęstnieć. Mimo że ogólnie dość rzadki, popisał się pewnym konkretem, sytością. Rozpuszczał się w tempie średnim. Jego tłustość chwilami mi przeszkadzała, acz nie wyszedł okrutnie ciężko. Jej odbiór nasilała idealnie gładka struktura. Kojarzyła się z aksamitnym, gęstawym sosem - ale jednak sosem - i smarem. A jednak... przewijała się w nim ledwo uchwytna, wręcz złudna proszkowość i jakby ukryta, iluzoryczna suchawość, wychylająca się sporadycznie. Co ciekawe, nie zaburzyły tego, że krem ogólnie wyszedł gładko. Bardzo gładko.

W smaku od razu poczułam słodycz, przypominającą łagodny, maślany krem. Krem... do przełożenia ciasta, tortu o jasnym kolorze i lekko migdałowym motywie. Słodycz rosła, sugerując biało czekoladowe ganache, krem śmietankowo-maślany.

Pistacje i migdały weszły do gry powoli. Najpierw wydały mi się wyrównane, lecz po chwili jakby trochę się rozdzieliły. Acz cały czas łączyła je subtelna słodycz.

Migdały trochę wyszły na przód i przez pewien czas lekko dominowały. Szybko umacniały się w swej naturalnej słodyczy. Powiedziałabym, że to wręcz migdały słodziutkie nieprażone. Na pewno pozbawione skórek, co pielęgnowało myśli o maślano-śmietankowym, słodkim, niemal biało czekoladowym kremie. Migdały przybrały nugatową szatę.

Pistacje także zawarły w sobie naturalną słodycz, jednak one miały i wytrawniejsze zapędy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wysunęły się na prowadzenie, trochę prześcigając migdały. Zrobiły drobną aluzję do borowików na maśle, umocniły ogólną maślaność. Przemknęło mi echo podprażenia, ale tak subtelne, że uwierzyłabym, iż złudne. Także pistacje wydawały się raczej surowe. Dodały pewnej świeżości, jakby "motyw zieleni", a jednak potem pozwoliły, by wszystko to zalała słodycz. Pistacjowego nugatu, nugato-ganachu na śmietance i białej czekoladzie.

Migdały też zmieniły się w jakiś baton z nugatem i chyba subtelnym dodatkiem marcepanu, sowicie oblany białą czekoladą najwyższej jakości. Wysoka słodycz i maślano-śmietankowy motyw rosły i rosły, zaskakująco jednoznacznie oddając biało czekoladowy krem. Pistacje i migdały na nowo się zrównały, splotły się na biało czekoladowej arenie. Słodycz wydała mi się przez moment aż ryzykownie wysoka, po czym odpuściła, oddając pole maślaności z echem śmietanki.

Po zjedzeniu został posmak słodkich pistacji i migdałów, wkomponowanych w szlachetne, biało czekoladowe nugaty, ganasze i inne kremy, słodkości. Czuć wyraźnie, że cała słodycz bawi się tylko tymi skojarzeniami, a w istocie jest w pełni naturalna. Wyszło to surowo i łagodnie, a jednak dosadnie w tym. Jednocześnie czułam wyraźną, jakby świeżo-roślinną, wytrawność. Raz po raz przyszła mi do głowy smakowa wytrawniejsza suchawość pistacjowych skórek, ale nie wyraźnie one. Czuć, że krem był bez nich, a to jedynie złudzenie.

Krem bardzo, bardzo mi smakował, a jedyny mój zarzut dotyczy konsystencji. Szkoda, że krem nie był gęstszy i że nie czuć w nim miazgowego efektu. O ile jednak gładkość uważam za ok (miazgowość wielbię), tak rzadkość mi przeszkadzała. Smak starał się nadrobić. Wytrawniejszy zapach nie sugerował tego, jak słodko to smakowało. A jakaż to była słodycz! Aż nierealistycznie szlachetnie biało czekoladowa, nie sposób nie myśleć o ciastach z kremem, ganache'ach i nugatach w czekoladzie białej, a jednak... wszystko to płynęło tylko z natury. Migdały i pistacje bez goryczkowatych skórek serwowały 200% słodyczy w dobrym stylu. W ciemno powiedziałabym, że w kremie jest po 50% jednych i drugich. Urzekł mnie też ich surowy wydźwięk. Wytrawniejsze akcenty wyszły ciekawie - borowiki na maśle? Myślę, że to przez kontrast do słodziuteńkości, napędzonej przez blanszowane migdały, tak ten naturalny wytrawniejszy element pistacji został jaskrawo podbity.

Krem smakował mi bardziej niż np. Olini Masło z nerkowców i pistacji, ale punkt odjęłam za konsystencję.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 34,99 zł (za 175g)
kaloryczność: 668 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: migdały 60%, pistacje 40%

niedziela, 18 stycznia 2026

Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao ciemna z Dominikany z suszoną wołowiną z przyprawami

Po Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao przyszła pora na dziś przedstawianą. Choć podlinkowana w pierwszej chwili wydała mi się ciekawsza ze względu na błędne wyobrażenie o żurawinie, od razu założyłam, że dziś przedstawiana bardziej mi posmakuje. Acz nie pomyślałam, że do tej dodano inaczej przyprawioną wołowinę. W jej przypadku bowiem to już nie był blend, jak podlinkowana mleczna, a kakao Hispaniola z Dominikany. Czyżby dobrali przyprawy do nut bazy? BBQ brzmi dobrze, acz nie byłam przekonana, czy dobrze do czekolady. Zwłaszcza tej, która w wykonaniu Beskidu ma raczej słodkie nuty.
Dziś przedstawianą wzięłam na trasę na Krzyżne, na które jednak niestety nie doszłam przez brak czasu. Czas na czekoladę jednak znalazłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyska i Czerwony Staw w Dolinie Pańszczycy. Właśnie przy stawie o niesamowitych kolorach.


Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z suszoną wołowiną w przyprawach BBQ, wyprodukowana we współpracy z Wild Willy.

Po otwarciu poczułam zapach głównie mięsa o odymiono-wędzonym charakterze w towarzystwie wina, splatających się z nie za słodką, soczystą czekoladą. Pomyślałam o cytrusach, w tym pomarańczach i mandarynkach, ale też owocach czerwonych. Wspomniane cytrusy przybrały wydźwięk wina pomarańczowego, a czerwone mieszały się z przyprawami. Te porządnie wyłoniły się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Na pewno czułam oregano i pomidory, paprykę w proszku (może słodką?), ale też pikanterie chyba pieprzu. Chwilami wszystko to robiło aluzje do żółtego sera i wędzonego twarogu. Słodycz jawiła się jako jasno miodowa.

Na spodzie raczej nie widać dodatków, doszukałam się ze dwóch czy trzech prześwitów. 
Tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno jak suche, grube gałęzie. Przekrój trochę rozwiał wątpliwości: w czekoladzie zatopiono trochę małych kawałków suszonego mięsa (acz nie oddawało to rzeczywiści, bo mięsa było mnóstwo, acz zakamuflowało się).
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-maziście i powoli. Była maślano tłusta i zbita. Trochę miękła, acz kształt zachowywała niemal do końca. Szybko wyszło na jaw, że bogato urozmaicają ją malutkie, małe i parę średnich kawałków wołowiny. Abstrahując od nich, charakteryzowała ją idealna gładkość. Zrobienie kęsa bez mięsa w zasadzie było niemożliwe.
Wiele kawałków to dosłownie drobinki. Niektóre pokrywały przyprawy, chyba głównie pieprz, a ja miałam wrażenie, że zaplątało się też trochę przypraw luzem.
Gdy na próbę spróbowałam pogryźć kilka kawałków obok czekolady, były twarde jak kamienie i twardo chrupały. Utwierdziłam się, że było tam też sporo przypraw.
Zdecydowanie wolałam zostawiać dodatki na koniec. Czekolada znikała, a suszone mięso zdążyło trochę nasiąknąć, acz nigdy nie wyzbywało się swej twardości.
Kawałki wołowiny gryzione na koniec zachowały twardość, ale w kontakcie z zębami, trochę... troszeczkę w pewnym stopniu miękły. Zrobiły się trochę żujne, ale wciąż konkretne. Twarde w suszony sposób, jak prawdziwe beef jerky powinno być (a nie gumowe jak podrabiane masówki).
 
W smaku od razu przeważnie czułam paloną gorzkość i lekką soczystość. Mięso tylko w niektórych kęsach już w tym momencie, szybko dawało o sobie znać. Jak już to robiło, nie miałam problemu z powiedzeniem, że to właśnie suszona wołowina, ale mocno przyprawiona.

Soczystość zawahała się. Być bardziej ciężko owocową czy...? Wahanie okazało się chwilowe. Rozbrzmiało wytrawne czerwone wino i ocet winny. I... Jabłkowy?

Czekolada nie zdecydowała się na silną gorzkość. Roztoczyła raczej twaróg... Twarożek? Twaróg z pomarańczą? I z echem jabłek. Delikatna słodycz podszepnęła sernik, ale... Doleciała nutka odymiono-wędzona i pomyślałam o twarogu wędzonym.

Wytrawny, mięsny acz nie dosadnie jednoznaczny, wątek dołączył do kompozycji. Mięso przejawiało lekką soczystość, co zgrało się z narastającym motywem wina. Zrobiło się trochę bardziej soczyście, bardziej owocowo i do wina dołączyły wiśnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięso przeważnie pobrzmiewało jeszcze lekko, ale w asyście wyraźnych przypraw. Tym odwagi nie brakowało. Jak się już odezwały, zaraz i uderzyły.

Czułam na pewno sos sojowy, ale nie mocną słoność. Coś ziołowego, prawie pikantnego... Ale w sumie nic jednoznacznego. Podbiły palony wątek samej czekolady. Od razu nie skojarzyło mi się to z sosem czy marynatą barbeque czy grillem, acz takowy klimat trochę to-to miało.

Ze dwa razy na próbę pogryzłam dodatki obok czekolady. Mięso gryzione wówczas było jakby prawie pozbawione mięsnego smaku. Bardziej czuć w nim wtedy słoność i przyprawy. Raz mignął mi pieprz, raz coś ziołowego - czyli dużo zależało od danego kawałka.

Wraz z wyłaniającym się przyprawionym mięsem, bardzo rosła słodycz. Blisko jej było do jasnego miodu, acz nie powiedziałabym, że to miód w 100%. Zaplatały się tam jeszcze zioła, dodające słodyczy goryczki. Gorzkość nieśmiało zasugerowała... Herbatę? Bardziej jakiś napar. Może echo miodu karmelizowane go? Na pewno lekko drapiącego w gardle.

Zioła i przyprawy chwilami wydawały się jednością. Raz po raz wyłaniało się coś warzywnego... Soczysty pomidor? Kryjący się jednak w motywie czerwonych owoców i wina.

W niskiej, ale wyraźniej gorzkości czekolady doszukałam się jakby od środka ją łagodzących orzechów i czegoś... Strączkowego? Zrobionego z sowitą dawką przypraw z miodem. Przy większej ilości mięsa z przyprawami, czasem pojawiała się też myśl o jakimś przyprawionym egzotycznym daniu z owocami... Cytrusami i/lub mango?
Z kolei gdy kawałków trafiło się mniej, zawitała myśl o miodowych krówkach.
Jako że nie dało się zrobić kęsa bez dodatków, mogę tylko gdybać, że baza ogólnie nimi przesiąkła.

Gdy czekolada znikała, przyprawy wychodziły na przód. Często poprzez pikanterię. Nie musiałam gryźć kawałków dodatku, by je poczuć. Kawałki wołowiny smakowały bardzo różnie.

Ogólnie można rzec, że gryzione na koniec mięso okazało się o wiele wyraźniejsze niż gryzione wcześniej. Acz też nie zawsze tak przejrzyście, bo trzymały się go przyprawy. Niektóre kawałki były słabiej, inne mocniej przyprawione. Słoność i pieprzność odsłoniły smak suszonej wołowiny, nie do pomyślenia z czymkolwiek innym. Powiedziałabym, że czasem podkreślały ją właśnie pieprz i lekka słoność. Czasem było w niej coś octowo-soczystego. A czasem suszona wołowina pobrzmiewała cichutko. Co jakiś czas trafiałam na lekko palono-cukrową słodycz. Często przewijały się jeszcze zioła, w tym oregano oraz echo paprykowo-pomidorowe. Rzadko, ale jednak dość mocno rozbrzmiewał czosnek, który psuł wszystko. Był okropny.

Po zjedzeniu został posmak głównie przypraw i suszonej wołowiny. Było pikantnie. Ziołowo-pieprzne nuty pojawiały się niemal zawsze, podobnie jak lekka słoność, integralna z mięsem. Gdy jednak trafiłam na czosnek (zdarzyło mi się ze dwa razy), zagłuszał wszystko. Przyprawy ogólnie trochę zagłuszały mięsność. Czekolada nieśmiało stanęła za nimi jako winno-cytrusowa soczystość, lekko ziołowa cierpkość i słodycz. Czasem wydawała się zwyklejsza, czasem lekko miodowa. Dość często na języku czułam też pieczenie pieprzu.

Czekolada nie rozkochała mnie w sobie. W mięsie czułam niedosyt mięsnego smaku, a za dużo było mi przypraw nie w moim guście. Były zbyt imperatywne w stosunku do czekolady. A jak już trafiłam na czosnek, w ogóle byłam zniesmaczona. Czekoladowa baza nie w pełni współgrała z mięsem, acz nie mogę powiedzieć, że nie pasowała. Lekką ziołowość, twaróg i twaróg wędzony, pomarańcze, owoce czerwone i wino, ocet winny z odrobinką orzechów starał się, jak mógł. Słodycz była w porządku, przyjemnie udawała miodowa, ale choć nie przesadzona, wydawała się trochę zbyt... Zwykła? Nie charakterna? Baza jakby starła się odciąć od dodatków. A te, przez takie ich podrobione, też nie wyszły tak wyraziście, jak mogłyby.
Czy rozpoznałabym bazę kakaową, Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao z 2024? W zasadzie czuć nuty tego kakao, ale to nie była dokładnie ta sama czekolada. Raz, że bardzo zmieniły ją dodatki, a dwa, że posłodzono ją białym cukrem i zwiększono zawartość kakao.

Wolałam mniej, adekwatnie przyprawiona wołowinę z Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od wildwilly.pl
cena: 28 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 437 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: ziarno kakao, cukier, suszona wołowina 5% (szynka wołowa ligawa, pomidory suszone, ocet jabłkowy, sól himalajska, nierafinowany cukier trzcinowy, cebula, papryka, burbon, czosnek, przyprawy), emulgator: lecytyna sojowa

sobota, 17 stycznia 2026

Be Keto Vegan Chocolate 70 % Cocoa Magic Pecans 100% Keto ciemna z orzechami pekan

Czekoladę kupiłam jako ciemną z pekanami, ażeby zabrać ją w góry. Liczyłam, że przy tej zawartości kakao to, że jest keto, zejdzie na dalszy plan (po prostu chciałam wybrać coś jeszcze, by jak już coś zamawiam, zamówić więcej i przesyłka się opłaciła). Marki oczywiście nie znałam, ale na potrzeby posta postanowiłam co nieco przeczytać. Dowiedziałam się, że BeKeto to pierwsza marka w Wielkiej Brytanii i Europie w pełni poświęcona diecie ketogenicznej i niskowęglowodanowej (low-carb). Ich misją jest pomoc jak największej liczbie osób w osiągnięciu stanu ketozy i optymalnego zdrowia poprzez stosowanie według nich najzdrowszego, niskowęglowodanowego stylu życia. Ja wiem, że to kompletnie nie dla mnie, a pojedyncze keto produkty, których próbowałam były okropne. Nie wiem, dlaczego liczyłam, że z tą czekoladą będzie inaczej. To, co czyni z niej produkt keto, jest głównie olej MCT. W internecie znalazłam, że ma mnóstwo zalet (m.in. jest stabilnym źródłem energii, pomaga w odchudzaniu, chroni przed utratą masy mięśniowej, stabilizuje poziom glukozy we krwi, wzmacnia odporność, poprawia pamięć u osób chorych na Alzheimera, poprawia stan skóry i włosów), a jednak, gdy poszukać dokładniej, można przeczytać też o skutkach ubocznych. Tym, co we mnie obudziło nadzieję, że tabliczka może być ok, było to, że ponoć olej ten nie ma smaku. Dla bezpieczeństwa wzięłam ją w Tatry, a więc w góry, w których nic nie jest w stanie popsuć mi humoru. Zgarnęłam ją na nie za wysoki, ale jakże widokowy szczyt: Gęsią Szyję, na którą poszłam z Palenicy Białczańskiej przez Rusinową Polanę.

Be Keto Vegan Chocolate 70 % Cocoa Magic Pecans 100% Keto to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z olejem MTC i orzechami pekan; bez cukru, słodzona słodzikami (inulina, oligofruktoza, erytrytol, glikozydy stewiolowe).

Po otwarciu poczułam silny, wręcz napastliwy zapach wanilinowej, sztucznawej kawy. Być może z odrobiną mleka. Towarzyszyły jej czekoladowe, miękkie pierników w taniej polewie kakaowej. Mieszały się ze słodkim chłodem i goryczą leków. Całkiem sporo orzechów pojawiło się, jednak nie były to pekany, a ogólna orzechowość czekolady. Ta miała bardzo tanio polewowy wydźwięk. Orzechy pekan czułam tylko, gdy mocno się zaciągałam, przystawiając nos do nich.

Gdy zobaczyłam spod tabliczki, pomyślałam, że te 3 orzechy to kpina. Fakt, były duże, ale ekhem... 
Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę polewowa i leciutko proszkowa. Była tłusta, a przy łamaniu trzaskała niezbyt głośno. Raczej krucho pykała. Sprawiała wrażenie kruchej, choć nie kruszyła się. Orzechy pekan wtopiono w nią mocno - łamały się wraz czekolada. Gdy odgrzałam kawałek, pyliście trzeszczała.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, ujawniając pylistość, z czasem przechodzącą w proszkowość.
Przez pewien czas pozostawała zbita, acz z czasem robiła się lekko zawiesinowa. Szybko pokazała się też tłustość oleju. Pylistość i proszkowość starały się trochę chować, ale i je czułam. Nie wyrównało, nie przełamało się. Z czasem jeszcze przewijała się wodnistość.
W przypadku kęsów z orzechami, te po pewnym czasie po prostu odpadały od czekolady i sobie były. Wolałam gryźć je dopiero na końcu. Ich struktura zawsze była taka sama. Orzechy były tłuste i miękkie w świeży sposób.

W smaku pierwsza odezwała się chłodna niska słodycz, która okazała się rosnąć błyskawicznie. Nagle zrobiła się silna, pokazując swój napastliwie słodzikowy charakter. Kojarzyła mi się trochę ziołowo i z czymś sztucznym mentolowym, ale nie miętą.

Przy ziołowym motywie znalazła się nieprzyjemna cierpkość leków do łykania, które się rozgryzło lub rozpuściło w ustach; które nie powinny znaleźć się na języku i karzą za to goryczowatym posmakiem.

Za słodyczą pojawiła się sugestia mleka. Z czasem trochę się odważyło. Wiązało się z jakby smakową tłustością i słodyczą waniliny. Do głowy przyszło mi sztuczne mleko "waniliowe". Tylko że jakby słodkie w sztuczny sposób. Od sztucznego cukru?

Słodzik próbował się ukryć i przemieszał się z ziołami. Te płynęły chyba z nut kakao, nie były tylko narzucone przez słodycz. Acz chwilami słodzikowość wydawała się wręcz przenikliwa.

Ta przenikliwość nakręcała się za sprawą gorzkości bazy, która skojarzyła mi się z tanią kawą i sztucznymi orzechami. W porywach może też... czekoladowymi piernikami w taniej polewie kakaowej?

Kiedy w kęsie trafił się kawałek pekana, jak go nie gryzłam, i tak nie było go czuć. 
Orzech gryziony wcześniej wyszedł nazbyt delikatnie, prawie bez smaku, nie rozwinął swojego potencjału.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam kwasek ziół i jakby słodzikowość przechodzącą w ten kwasek. Ogólna słodycz osiągnęła poziom wysoki i męczyła, acz bardziej wydźwiękiem niż siłą.

Jednocześnie nasilił się motyw waniliny. Wzmagał sztuczność orzechów. To na pewno nie były pekany, ta nuta płynęła z samej czekolady. Było tam coś z orzechów laskowych, ale w sztucznawym wydaniu, a z czasem i one uciekały. Wtedy została po prostu ogólna, niedookreślona orzechowość.

Słodycz słodziku w tym czasie rozbrzmiała z nową mocą. Wciąż czułam wanilinę, która sugerowała tandetną orzechową kawę i plastikową polewę z odtłuszczonego kakao, ale i nasilił się wręcz zimny w wydźwięku słodzik. Wydawało się, że przeze niego sztuczność gryzła wraz z chłodem. Goryczka trzymała się go też, obfitując w skojarzenie z goryczowymi w najgorszy możliwy, sztuczny sposób lekarstwami.

Pekany gryzione na koniec okazały się wyraziste w swej łagodności. Serwowały swą naturalną, subtelną słodycz i jakby maślaność. Czuć je, powiedziałabym, że surowe orzechy pekan. Echo czekolady, jej posmak, im nie przeszkadzało.

Po zjedzeniu został raczej niesmak niż posmak. Kojarzył mi się z goryczowato-słodzikowymi lekami oraz tandetną waniliowo-orzechową kawą. W kęsach z pekanami, czuć je, a trochę zgaszone gryzącym w język słodzikowym chłodem.

Czekolada wyszła źle. O ile faktycznie, oleju MCT jako takiego nie czuć w smaku, tak w strukturze trochę owszem. A także wodnistość słodzików. To jednak nie było jeszcze takie najgorsze; po prostu nie było przyjemne, ale z zacnym smakiem można by znieść. Ten był jednak daleki od zacnego. Słodziki zepsuły go zupełnie. Do tego te nieprzyjemne motywy waniliny i polewy... Te 3 orzechy wyglądały śmiesznie, mimo że ich procentowa zawartość może i była całkiem wysoka - może trochę dodali do masy czekoladowej zmielonych? Rozumiem jednak, że dieta ketogeniczna jest bardzo specyficzna i... osoby na niej mogą być o wiele bardziej przyzwyczajone do słodzików. Te, które zgooglałam, podobno smakują podobnie do cukru. Otóż nie. Słodziki te mają bardzo specyficzny smak.

(SuroVital) CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate mimo że tłustsza i z nieprzyjemną słodyczą, wyszła o wiele lepiej. Nie tak tanio i sztucznie. Utwierdziłam się jednak, że słusznie omijam produkty keto.

Byłam pewna, że zjadłam jakieś 20g, bo czekolada wydawała się nie kończyć i jawiła się jako syta. Gdy zważyłam, ile zjadłam i w górach, i w domu weryfikując odczucia, okazało się, że raptem 10g... Więcej nie byłam w stanie, więc oddałam Mamie. Mama trochę spróbowała i oddała mojemu ojcu stwierdzając: "Nie smakowała mi... Jak często w tych czekoladach co od Ciebie dostaję*, czułam w niej jakieś gorzkie leki".
*Przeważnie jak już coś dostaje, jest to złe; dobrymi się nie dzielę.


ocena: 3/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 14,24 zł (za 80g; promocja)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, orzechy pekan 25%, tłuszcz kakaowy, błonnik (oligofruktoza), kakao w proszku, słodziki (erytrytol, glikozydy stewiolowe), olej MCT, emulgatory: lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu; naturalny aromat, alfa-tokoferol (witamina E jako przeciwutleniacz?)