środa, 8 grudnia 2021

lody Ben & Jerry's Cookies on Cookie Dough Non-Dairy

Ostatnimi czasy prawie wszystko jest mi za słodkie, a jedzenie z lodówki, by doszło do temp. pokojowej wystawiam na coraz dłuższe okresy czasu (czasem jakieś 1,5 godziny), przez co jem obecnie mniej jogurtów (desery lodówkowe słodkie przeszły mi już dawno zupełnie), więc jakoś i lody zaczęły kręcić mnie coraz mniej. Czasem coś by się połyżeczkowało, ale już ich tak w sklepach nie szukam. Zwłaszcza, gdy chodzi o B&J's, które są drogie, a często wcale nie wychodzą tak zachwycająco. Może smacznie, lecz często z "ale". Linia wegańska niczym mi nie podpadła, choć całej nie poznałam (niektóre smaki wydają mi się nudne). Nie zachwyciła jednak także. W Polsce jest krytykowana za skład - jakoby na bazie wody. Producent argumentuje, że po prostu tzw. "mleko migdałowe" jest rozbite w składnikach na wodę i pastę z migdałów - zauważcie, że także te w kartonach składa się kolejno z wody, etc. Tu kłócić się nie będę, bo po Chunky Monkey czy Peanut Butter & Cookies uznałam, że efekt nie jest zły i jak się fajny smak pojawi, próbować będę, ale bez amoku. Ten kupiłam, bo na niego trafiłam i uznałam, że cookie dough (które bardzo lubię, ale które na przestrzeni lat w wielu lodach wychodzi coraz gorzej) w ciekawym (ciastowym?) otoczeniu może być fajne (bo właśnie warianty podstawowe zazwyczaj bazy mają nudne). Dopiero jednak w domu uzmysłowiłam sobie, że cała ciekawość tych opiera się w sumie na karmelowej bazie... a od takich stronię, bo karmelowa baza w takich lodach dosłownie aż krzyczała ostrzegawczo, że będzie czysto słodka. Wprawdzie masa ciasteczkowa była obiecująca, ale... koniec końców nie wiedziałam, czego się spodziewać, wiec zamiast rozmyślać, postanowiłam sprawdzić.

Ben & Jerry's Cookies on Cookie Dough Non-Dairy to wegańskie lody karmelowe (na bazie mleka migdałowego) z 6% wmieszaną masą ciasteczkową (po niemiecku "Keksstrudeln", czyli "ciastka biszkoptowe"?), 9 % kawałkami ciastek-zakalców z czekoladą (cookie dough; "Cookieteig", czyli chodzi o kruche ciastka) i 5% kawałkami czekoladowymi (fudge). Masa lodów to 465ml / 406g.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słodki zapach masy na ciasto. Był iście zakalcowy jak biszkopt z surowym wnętrzem, ale odważnie sugerował także wersję jeszcze mieszaną w misce - dosłownie jasne, maślane i przesłodzone ciasto. Oprócz ciasteczkowości, zwłaszcza przy nakładaniu i już jedzeniu czuć nutkę kakao. Przy jedzeniu zarejestrowałam też leciuteńką nutkę migdało-orzechów (aż trudną do sprecyzowania). Karmelu specjalnie nie czułam.

Masa lodowa sama w sobie wydała mi się początkowo bardzo twarda jak skamieniała woda. Była zupełnie niepodzielna do nakładania nie tylko z tego względu. Dodano do niej sporo wielkich zbitek masy ciastowej z ciastkami / kawałkami ciastek, cookie dough i sporo początkowo twardych kawałków fudge. Najlepiej to nakładać poważając je, ale i tak... niektóre były znacznie większe od łyżki (którą nakładam, a nie łyżeczki, którą jem!). Dodatki zbijały się ze sobą. Na łyżeczce rozbiłam grudę - jest tam przekrojone "ciastko cookie dough" oraz nieprzekrojone, które opływa "masą cookie dough", kawałek czekolady i odrobinka spływającego biszkoptu (kolor bursztynowy). Na nią wybrałam te mniejsze, by się zmieściły, ale kawałki czekolady fudge trafiały się też np. 2 cm. Nakładanie tego to mordęga. I początkowo jak zasiadłam do jedzenia, myślałam, że to się nie zmieni, ale zdziwiłam się. 
Masa lodowa, po wyjęciu z zamrażarki już dochodząc, okazała się współpracująca. Całkiem udanie oddawała mleczne, gęstawe, choć odrobinkę ciągnące się lody. Pozytywnie konkretna, wykazywała pewną kremowość, ale i pylistość. W ciemno powiedziałabym, że to przeciętne mleczne lody, nawet dość tłustawe, ale jeszcze bez tragedii (co jest plusem biorąc pod uwagę skład / wegańskość). Lody topiły się w umiarkowanym tempie, raczej gęstawo, acz wodnisty efekt też czułam.

Po całości masę lodową przeplotła smuga ciasteczkowego... soso-kremo-masy. Kojarzyło mi się to z kremem-smarowidłem ciasteczkowym (nigdy go nie jadłam; to wyobrażenie), zawilgoconym / rozrzedzonym lodami. W niektórych miejscach były tego spore kawałko-skupiska, które to kojarzyły się raczej z zawilgoconym i mieszającym się z lodami biszkoptem. Jako że lubię te bardzo topiące się, u mnie miejscami przemieszało się to z bazą zupełnie. Na zdjęciu z miseczki to dobrze widać. Takie aż przemielone drobinki bez ładu i składu w masie. Nie było to gęste, ale do pewnego stopnia zwarte. Wraz z jedzeniem znacząco, z łatwością mieszało się to z lodami i coraz łatwiej, coraz bardziej ciasteczkowo rozpływało się w ustach. Miało to też w sobie coś z biszkoptu, a właściwie jego mocno przypieczonymi brzegami / wierzchem - takiego z natury suchego, ale rozmoczonego lodami.

Kawałki czekoladowe fudge nieźle udawały czekoladę. Nie były zbyt tłuste, a mimo że początkowo twardo-kruche, to w ustach miękły i rozpuszczały się jak średniej jakości czekolada. W miarę kremowa, chwilami wykazująca szorstkość, minimalnie plastikowa. Robiła to w tempie umiarkowanym, pozostawiając smugi i znikając. Dodano ich całkiem sporo, rozlokowano w całym pudle. Wielkość (średnie i kilka większych) wydaje się w punkt.

Najbardziej złożony / skomplikowany / dziwny dodatek to cookie dough. Otóż w pudle było sporo wielkich "zlepków-zbitek", składających się jakby z surowej masy na ciasto pokrywającej małe, okrągłe ciasteczko (wielkości grosza) z mikroskopijnymi kawałkami czekolady. 
Czekolada z nich wydawała się twardym plastikiem, prawie się nie rozpuszczała i była zbędna. 
Same małe ciasteczka zaś... nie były typowymi cookie dough. Obstawiam, że to te klasyczne z B&J's Cookie Dough (ewentualnie leciutko zmienione). Wyszły jak miękkawo-gumowe ciastka - rozmokłe i stwardniałe od tego. Wystąpiły w nich chrupiąco-rzężące kryształki cukru w ilości nie za dużej oraz mączny element.
Jak wspomniałam, małe ciasteczka otaczała masa na ciasto. Przypominała gładką, miękką masę, pokrywającą podniebienie śliskawo-tłustymi smugami. Czuć w niej cukier puder. Rozpływała się z łatwością, uwalniając ciasteczka, którym rozpływanie szło nieco oporniej, ale też w miarę ok (najlepiej było je w końcu rozgryźć i dopiero takie lepiej nasiąkały i robiły się bardziej ciastowe).
Miałam wrażenie, że to po prostu niedopieczone ciastka w surowej masie na ciasto, a nie typowe "cookie dough" jak w większości produktów. Niektóre skupiska były rozwalone, a to trochę przemieszane z masą, a to z dolepionym kawałkiem czekolady "fudge".

W lodach było więc sporo wszystkiego, ale i na "brak lodów w lodach" nie można narzekać. Mam jednak mieszane uczucia co do napchania tak pudła "czym się da".

W smaku sama masa lodowa serwowała przesadzoną słodycz, która mieszała się zwłaszcza w pierwszej chwili z wodą. Na szczęście jednak w trakcie jedzenia całości, a nawet gdy już masa bardziej się topiła, smakowa wodnistość kryła się.
Nuty za to kotłowały się między cukrem, cukrem pudrem i ciastem, a... "ogólnie orzechowym migdałem". Początkowo to ostatnie odbierałam jako dziwnie orzechowy, trochę jak śmietanka / mleczko migdałowe lub kokosowe zalatujące kartonem (zapomniałam, że to lody wege), przy czym niczego z tego nie piszę negatywnie. Po łyżeczce-dwóch odnotowałam obok nutę ciastowo-biszkoptową. Baza chwilami łagodniała zahaczając o maślaność-tłuszczowość, a cały ten splot układał się w smak jasnego biszkoptu (trochę zbyt tłuszczowego jak dla mnie). Nasilał się w miejscach, gdzie lody bardzo przemieszały się z masą ciasteczkową - może nią nasiąkły? Całościowo bowiem, zwłaszcza gdy doszły do temperatury przystępnej, a więc topiły się, smakowały właśnie dość biszkoptowo... jak ciasto-biszkopt migdałowy. Niestety przesłodzony (szkoda, bo efekt był ciekawy; mimo że za nic nie nazwałabym go karmelowym).

Masa ciasteczkowa znacząco przemieszała się z bazą lodową i nadała jej jeszcze swojego smaczku, a ona także była słodka. Może nie jeszcze najbardziej z tego tu wszystkiego, bo cechowała ją także mączność, ale jednak. Wydała mi się lekko palono-pieczona, trochę jak jasne "waniliowate" ciastka karmelowe (wyobrażam sobie, że ciasteczkowy krem Lotus może smakować trochę podobnie)... A może melasowe? Z brązowym cukrem? Chwilami bardziej jak jasny, mączny biszkopt (te większe "skupiska"). Biszkopt karmelowy? Nazbyt to mączne, acz autentycznie ciasteczkowe.

Częściowym przerywnikiem od słodyczy okazały się kawałki fudge. Wprawdzie i w nich cukier pozwolił sobie wyleźć na pierwszy plan, ale... Smakowały całkiem niezłą, gorzkawą czekoladą o niemal miodowej słodyczy. Do pary z cukrem wprawdzie drapała w gardle, ale jeszcze nie było najgorzej. Całkiem sporo w nich maślaności, ale cierpkie kakao upodobniło je do czekolady ciemnej. To chyba podkręciła słodycz otoczenia. Nie wyszły specjalnie wytrawnie, a łagodnie, wyważenie.

Czekolady w "ciasteczkach cookie dough" prawie nie czuć, acz gdy skumulowało się ich więcej, nieco przełamywały wysoce za mocną słodycz tego tworu, dodając nutkę plastikowego, gorzkiego kakao. I... więcej cukru. Same ciastka uderzały smakiem... słodkim. Jakby mieszanką białego cukru (co nakręcały kryształki, gdy się z nimi rozprawiałam) i mąki. Może z domieszką cukru pudru i jakby... słodziku? Wydały mi się ciasteczkowe jak... właśnie nieudane, niedopieczone jasne herbatniki (a nie cookie dough). Chwilami kojarzyły mi się z jasnymi ciastkami kruchymi z cukrem (tego typu, np. Cukry Nyskie, Krakuski). Najbliżej im chyba jednak do... zawilgoconego ciastem spodu z herbatników.

"Masa cookie dough" otaczająca te "ciastko-kulki" serwowała z kolei smak cukru pudru, mąki i tłuszczowość, nawet pewną maślaność (może bardziej oleistość?) i odległą waniliowatość. Czułam się, jakbym wylizywała łyżkę / miskę z surowej masy na ciasto / ciastka. Nigdy nie spotkałam się z takim czymś w lodach. To było dość osobliwe, gdy masa rozpłynęła się, a potem wkraczała "ciasteczko-kulka" - tak odmienne w smaku! Raz czy drugi, tak jakby na styku, w zestawieniu tych tworów mignęła mi sól.

Po wszystkich dodatkach zagarnięta sama masa lodowa z kolei wydawała mi się jeszcze słodsza, ale i jeszcze bardziej ciastowa jak biszkopt, masa ciastowa - wszystko w jednym. Przede wszystkim bardzo słodka (i może rzeczywiście w porywach... nie tyle karmelowa, co trochę... kajmakowa?).

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie i dosłownie przyspieszone bicie serca (nieprzyjemne), ciasteczkowo-pszeniczny, bardzo słodki posmak z nutką kakao. Wszystko to było całkiem w porządku, gdyby nie cukier.

Całość postrzegam jako niezłą gdy chodzi o smak i konsystencję, ogólny efekt, ale daleką od ideału. Przede wszystkim, zawartość pudła uważam za niezwykle intrygującą. Ciekawie wyszła ta ciastowo-biszkoptowa*, migdałowa baza (aż nie mam względem niej większych zarzutów!), czekoladowe fudge to dobre rozwiązanie. Sos-masa ciasteczkowa fajnie zgrała się z bazą i sama w sobie wyszła... w zasadzie spoko, jak karmelowo-biszkoptowe "coś". 
Dziwaczne było natomiast cookie dough. Pierwszy raz spotkałam się z takim. I nawet nie umiem jednoznacznie, z całą pewnością stwierdzić, czy to pozytywna dziwność. Trochę nie bardzo... To jakby połączenie zupełnie surowej masy na ciasto i niedopieczonych herbatników z plastikowo-czekoladowymi drobinkami. Te drobinki na pewno były zbędne (nie wnosiły nic dobrego, a przeszkadzały). Surowa masa na ciasto jest spoko, by zlizać ją z czegoś, ale... że z niedopieczonego herbatnika? W lodach? To już dość osobliwa kumulacja. Te jakby niedopieczone ciasteczka niezbyt mi w B&J's odpowiadają (nie odbieram ich jako typowe cookie dough), a tu dodatkowo wystąpił kontrast między masą jakby kompletnie surową, a ciastkiem raptem niedopieczonym. Natomiast czy to zakalcowość...? Może to taki odwrócony zakalec? Dziwne to było. Jako jednorazowa ciekawostka - świetne, ale tak ogółem nie przekonuje mnie... chyba. 
A na pewno nie sprawdzę, bo - teraz bardzo ważne - były tak piekielnie słodkie, przesłodzone, przecukrzone (jak się tylko da!), że aż w trakcie jedzenia parę razy musiałam łyknąć odrobinę wody. Po prostu mordowały cukrem. Wszystko nim smakowało i dopiero sobą. To nie pomogło w orzecznictwie, czy dziwność wyszła na plus czy minus. 

Bardzo zabawna sprawa z cukrem - cukrowością poszczególnych części. Powiedzieć, że lody były cukrowe to jak nic nie powiedzieć. Otóż można było wyróżnić, że sama masa smakuje cukrowo-cukrowopudrowo, "masa ciasteczkowa" cukrem brązowym, surowa "masa cookie dough" (?) cukrem pudrem, a "ciastka cookie dough" białym cukrem w kryształkach. Do tego cukrowo-miodowe "czekoladowe fudge" oraz "plastikowo-cukrowo kakaowe" kawałki czekolady. Trochę... śmiech przez łzy. Nawet nie wyobrażacie sobie pewnie mojej reakcji, gdy skonfrontowałam notatki z degustacji ze składem (potwierdziło się!).
*I znów pewna dziwność. Jadłam B&J's Birthday Cake z "masą biszkoptową" oraz Netflix & Chill'd "z masą ze słodko-słonych precli", a nie "masą-sosem ciasteczkowym" i... było to dość podobne, połączenie ich... tylko bardziej herbatnikowe niż preclowe (niesłone oczywiście), a tym samym najdziwniejsze.

Ogólnie wyszły jak całkiem w porządku jakościowo lody w interesującym wariancie, ale strasznie przecukrzone. Drogie, fakt, ale to cena sprowadzania i amerykańskości, więc o to producenta nie obwiniam (w USA to lody za około 3-4 dolary, więc biorąc pod uwagę tamtejsze "ceny życia i zarobki, nie są z wysokiej półki). Jak na wegańskie lody... fajnie udają normalne. W trakcie jedzenia wszystko się spisało... no, tylko cukier.
Ocenę nieco naciągam za dziwność... Bo i ze względu na nią je zjadłam do końca (ledwo!). Chciałam być pewna, że nie zaskoczą niczym jeszcze. Nawet nie umiem powiedzieć, czy je polecam, a jeśli tak, to komu. Ciekawskim na pewno.
Trochę jak z Birthday Cake: dziwne, w sumie smaczne, ale nie chciałabym ich więcej.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 24,99 zł (za 465 ml)
kaloryczność: 264 kcal / 100 g; 230 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, tłuszcze i oleje roślinne (kokosowy, sojowy, rzepakowy), syrop glukozowy, mąka pszenna, pasta z migdałów 3%, brązowy cukier, skrobia kukurydziana, cukier puder, odtłuszczone kakao, białka grochu, pełnoziarnista mąka pszenna, emulgatory (lecytyny: słonecznikowe, sojowe), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, sól, mąka z tapioki, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańskiego), ekstrakt wanilii, melasa, naturalny aromat, substancja spulchniająca (węglany sodu)

wtorek, 7 grudnia 2021

Cavalier Belgian Chocolatier Milk Banana Cocoa Nibs mleczna bez cukru z nadzieniem bananowym i nibsami; słodzona słodzikami

Czasem pewne czekolady kuszą mnie nieracjonalnie. Obecnie zdarza się to coraz mniej, ale jednak. I nawet niektóre, zupełnie nie w moim typie, zaskakują pozytywnie. Inne, czasem całe marki, po prostu odpychają. Na ten przykład: Cavalier latami konsekwentnie unikam. Wiem, że słodzą słodzikami, a to wystarczy, bym wiedziała, że mi nie posmakują. No ale jednak propozycja nadziewana bananem... jakoś mnie skusiła. Może dlatego, że miałam możliwość zakupienia jej stosunkowo niedrogo, przy okazji. Cóż, zrobiłam to zanim spróbowałam Domori No Sugar Added 90 % Dark Chocolate Bar Sugar Free, która wywołała u mnie traumę. Słodzik i nadzienie bananowe? Mogło być źle. A jednocześnie, tak całkiem obiektywnie, nie brzmiało to jak synonim tragedii. Dziwna sprawa. To jeden z nielicznych przypadków, w którym cieszyłam się z niskiej gramatury i batonowej formy (tak wątpliwej całej tabliczki bym nie kupiła).

Cavalier Belgian Chocolatier Milk Banana Cocoa Nibs to mleczna czekolada o zawartości 36 % kakao, nadziewana kremem bananowym (40%) z kawałkami nibsów (kruszonymi i palonymi ziarnami kakao); bez cukru, słodzona słodzikami: erytrytolem i ze stewii.

Zapach należał głównie do banana, przy czym był nienapastliwy, mimo że ewidentnie cierpko-aromatowy. Nie walił chemią; niczym nie walił, bo ogółem zapach był aż jakby wyciszony. Mleczna czekolada ukryła się, ja zaś wyłapałam jeszcze chłodną, w sumie niewysoką słodycz słodziku. Po połamaniu, w trakcie jedzenia banan wyszedł jeszcze wyraźniej, nawet zapraszając odrobinkę mleczności.

Nie czuję się pewnie w ocenianiu pod względem terminu i świeżości takich produktów (czysta ciemna czekolada potrafi mieć 2-3 lata ważności, a i potem może być ok, zaś przeciętne słodycze chyba kilka miesięcy mają, a tego typu?), ale mimo obiecanych 4 miesięcy ważności, po otwarciu spostrzegłam, że baton chyba nieco popuścił - opakowanie zabarwiło się na żółto.

Baton wydał mi się twardo-chrupki jak czekoladkowa polewa. Czekolada nie trzaskała. Dzielił się dość dziwnie - bo i dziwnie był skonstruowany, jakby na "czekoladkowe denko" nakleić batona. Rozwalał się trochę, był niespójny. 
Gruba warstwa czekolady skrywała zwarte, ale ewidentnie miękkie i tłusto-kremowe nadzienie, wypełnione małymi kawałkami kakao. 
W dotyku nadzienie okazało się bardzo miękkie - z ochotą się rolowało, kulkowało. Wykazywało wtedy też proszkowość.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, wykazując opór plastikowo-proszkowej polewy. Uderzała prochowością, wydała mi się aż szorstka, po czym zaskakiwała na chwilowo bardziej kremowy tor. Dosłownie na moment robiła się gęstawo-pełnomleczna, a i to nie całkiem - jakby chciała, a nie mogła / coś ją powstrzymało. Wyszła rzadko i gdy tylko zrobiła mi nadzieje, że się wygładzi, stała się miękko-plastikowa i zaraz zniknęła jak woda. A jednocześnie nie brak jej tłustawości.
Nadzienie wyciskało się, wyłaziło spod niej, a potem mieszało, by już w kolejnych sekundach zniknąć w wodnisty sposób. Brak mu gęstości, zwartości. Okazało się wysoce miękką masą, która do pewnego stopnia była jak wymieszane z przesadzoną ilością wody śliskie drożdże, trochę oleista. Duże znaczenie miał efekt śliskośki przy jednoczesnej proszkowości - nie mogłam odegnać wrażenia, jakby zrobili je głównie z proszku. I... z wody, bo i zaraz znikało jak ona. Od tego na szczęście odciągały uwagę kawałki nibsów wielkości raczej drobnej i drobinkowej (tych było więcej). Dodano ich mało i w takiej formie, że prawie nic nie wnosiły. 
Pod koniec zostawały, by pochrupać lekko, ciesząc przy tym suchą, nieprzesadzoną twardością.

W smaku czekolada wydała mi się tanio-czekoladowa i zaskakująco orzechowa. Roztoczyła wysoką słodycz, a wraz z nią chłodny motyw (nie mogę jednak powiedzieć, by waliła słodzikiem - chwilami w tej kwestii wydawała się zachowawcza). Dopiero z czasem zasnuła wszystko to mlekiem. Mleko rosło, ale jako mleko w proszku. Mieszało się topornie z chłodną słodyczą, przez co splot wydał mi się polewowy, jak masa czekoladopodobna w wariancie mlecznym. Maślano-czekoladowy aspekt zrobił się plastikowy, sztucznawy. Cały czas pobrzmiewała w nim sugestia orzechów laskowych - też jednak sztucznawych. 
Szybko do głosu doszło nadzienie.

Wyszło... intensywnie w złym sensie. Podkręciło plastikową sztuczność, pewien chłód. Podniosło nijako-mdłą słodycz, zasładzając słodzikiem. Dorzuciło do niego nieokreśloną goryczkę. Także w smaku zaleciało wodą, jakby niczym. Następnie pojawił się motyw wody o smaku banana (wyobrażenie). Smak tego owocu był delikatny, sztucznawy. Nie napastował, krył w sobie nawet cierpkość aromatu, a ten mieszał się z nutą orzechów laskowych z czekolady.
Chwilowo nadzienie wydało mi się w miarę naturalnie bananowe, ale zbyt przygaszone. 
Im było go mniej, tym bardziej szło w kierunku rónież przygłuszonych bananów z aromatu. Rosła słodzikowość, ale sama słodycz nie tak drastycznie. 

W zestawieniu z nadzieniem czekoladzie chwilami udało się przekierować skojarzenia z plastikowej na przesłodzoną mleczną zwykłą. Słodycz, mimo że nie straszliwie wysoka, wyszła jednak irytująco. Wydała mi się aż osobliwie gryzące jak lód. Dodatkowo, także w czekoladzie pobrzemiewało trudne do sprecyzowania echo... sztucznej goryczki? Słodzik i goryczka chwilami zdawały się zagłuszać i czekoladowość oraz i tak lichą nutę banana.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam grzanie w gardle, jakby od ostrości... I słodyczy? Troszeczkę drapało-paliło w momencie, gdy nadzienie rozpuszczało się. Dodatkowo podkreśliła to dziwna goryczka narastająca z czasem. Odnotowałam pudrowość, przez którą mignęło skojarzenie ze stęchłym czymś proteinowym, ale... Wciąż czułam cierpkość i aromatu, i słodziku; zostały nibsy, ale wydawały się nic nie wnosić.  

Dopiero gryzione, gdy nie zostało nic innego okazały się... smakować trochę czymś tam - sobą? Mocno palone (prawie wypalone ze smaku?) i gorzkawe, udawały kawę prawie bez smaku. Zahaczyły trochę o nijaki słód, acz równie dobrze mogły to być gorzkie orzechy (podkreśliły je w taniej czekoladzie). Mimo to, przygłuszyły dziwną gorycz.

W posmaku został właśnie aromat bananowy ze słodzikiem. Także plastikowość czekolady i plastikowe laskowce. Bananem z aromatu (acz nie czystą chemią) jeszcze przez pewien okres czasu waliły także dłonie.

Całość okazała się nędzna. Konsystencja nieprzyjemna - jedynie kremowawy element czekolady mógłby się rozwinąć, a nie pójść w rzadko-wodnistym i prochowym kierunku; nadzienie okropne, nibsy... mogłyby być ok, ale akurat ich poskąpiono. W smaku było to mało czekoladowe, bardzo, bardzo słabo bananowe, a sztuczne. Aromat-aromat (bananowy) czuć bardziej niż bananowość, słodziki coś dziwnego mi tu zmajstrowały (patrząc na skład - śmiem twierdzić, że to otoczenie niepozytywnie uaromatowiło banana, a nie, że to on był taki sztuczny... jego - liofilizowanego - po prostu dali za mało, by się przebił, jak trzeba). Mimo że słodycz nie była powalająca, to oprócz niej, bezsmaku, wody i sztuczności, nieprzyjemnej goryczy... nie było innych smaków. W zasadzie wszystko w tym czymś było... nie do nazwania. A jednocześnie nie było w tym niczego takiego, by pluć. Szybkie pogryzienie, zjedzenie bez refleksji, zapicie kawą / herbatą - u wielu ludzi przeszło by bez emocji. Ja jednak wolę jedzenie celebrować, stąd po dwóch kostkach nie chciałam mieć z tym do czynienia. Bez sensu takie coś jeść. Żaden z obiecanych elementów nie sprostał wyzwaniu.
Mama skończyła i zupełnie nie wiedziała, co może o czekoladzie tej powiedzieć: "No, tak jakoś zjadłam. W porządku było, tak przeciętne, że nie mam nic do powiedzenia. Bananowe, tak? I jakieś jasne chrupki dziwne, myślałam, że orzechy jakieś". Gdy zaczęłam dokładniej jej wyjaśniać, co to za baton, uznałyśmy, że możliwe, że trafiła na jakieś słodzikowe grudki, oprócz nibsów.


ocena: 3/10
kupiłam: Allegro
cena: 8,82 zł (za 40 g)
kaloryczność: 491 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

składniki: błonnik (dekstryna, inulina, oligofruktoza), tłuszcz roślinne (palmowy, słonecznikowy, rzepakowy), tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, pełne mleko w proszku, substancje słodzące (erytrytol, glikozydy stewiolowe), miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, palone ziarna kakaowca 1,9%, liofilizowany banan w proszku 0,7%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty

poniedziałek, 6 grudnia 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 70 % ciemna z Tanzanii

Po porównaniu Zotterów Labooko z Panamy (zarówno starym-starym, nowo-starym 2019-20, jak i nowym od 2020/21) nie mogłam wygonić Panamy z głowy. Albo raczej nie chciałam jej wyganiać. Panama to wg mnie niesłusznie pomijany region, jeśli o kakao chodzi. Do niedawna jakoś z niczym specyficznym mi się nie kojarzył, ale w końcu zaczął. A znając też swój problem, że coraz więcej rzeczy robi mi się za słodka, jeszcze dochodziła kwestia zawartości kakao. Posiadając tabliczkę Beskidu, marki którą uwielbiam, o mojej zawartości... nawet nie umiałam z nią dłużej zwlekać, jednak... coś mi we łbie zaświtało - przecież już ją jadłam (Panama Bocas del Toro 80 % - i stąd ona u mnie: wiedziałam, że do niej wrócę). Zerknęłam na listę posiadanych - no nic, tę postanowiłam zjeść np. dogryzając, ale jak się już tak na Beskid nastawiłam, jakoś trzeba było i tak coś zacnego na degustację wybrać. Jakież było moje zdziwienie, że... tuż obok na liście zapisałam dzisiaj prezentowaną. Ostatnio i Tanzania za sprawą Domori 70 % czy zepsutej słodzikiem, a bazowo pysznej Domori No Sugar Added 90 % Dark Chocolate Bar Sugar Free mnie zaintrygowała. I... nagle nie wyobrażam sobie, bym kolejnego dnia mogła sięgnąć po jakikolwiek inny kraj. Co prawda ta miała tylko 70 % kakao, ale... tak sobie pomyślałam, że właśnie takiej klasycznej zawartości od Beskidu coś się dawno nie jadło.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tanzanii od kooperatywy Kokoa Kamili.
Rafinowana i konszowana 72 godziny.

Po otwarciu poczułam zapach mlecznego, może śmietankowego nugatu, który poprzez tę śmietankowość wprowadzał drobny kwasek... jogurtu / serka? Serka śmietankowego do smarowania lub... twarożkowego kakaowego? Nugat poniekąd opierał się na fistaszkach świeżych, surowych. One wprowadziły wręcz neutralność, a mi w głowie zaraz zaświtała myśl o czymś jajecznym, budyniowym... koglu-moglu? (wyobrażenie, bo nigdy nie jadłam) Adwokacie / ajerkoniaku? Acz nie mocno alkoholowym... Słodycz wydała mi się właśnie taka jakaś "jasna", chwilami bardziej jak suszone banany, aż mdława, a z poważniejszą goryczką... Tu poprzez ogólnie owocową nutę, wraz z opisaną już kwaśnością kompozycję podkręcały kwaśne owoce, trzymające się tyłów. Cytryna i kwaskawe jabłko splatały się z soczystymi czerwonymi. Wiśnie, porzeczki... podtapiały śmietankowe sugestie i dodały mocy słodyczy.

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, acz ogólnie wydała mi się zwyczajna po tym względem.
Rozpływała się w średnim tempie i ochoczo. Wydała mi się trochę ciężkawa; raczej zbita i masywna, mimo że nie tłusta. Po prostu długo trzymała kształt grudki, dopiero opływającej lepkimi smugami. Te wykazywały podobieństwo do idealnie kremowego budyniu / budynio-kremu. Znikały, stając się zaskakująco soczystymi. Pod koniec pojawiało się też lekkie poczucie soczystego i nabiałowego ściągania.

W smaku jako pierwsza pojawiła się soczysta kwaśność. Mignęła mi cytryna jako lemon curd... śmietankowo-maślane? Wygładzone, ale soczyste. Zaraz kwasek przeszedł w czerwone owoce - cały miks, z którego coś zahaczyło o egzotyczny wydźwięk.

W tym czasie jedynie z sekundowym opóźnieniem zawitała gorzkość. Pomyślałam o nie mocno palonym, a soczystym słodzie i ziemi. Wilgotnej, czarnej, choć z wierzchu ogrzewanej promieniami słońca. 

Bardzo prędko pojawiła się też "słoneczna", jasna, promienna słodycz. Był to lekko palony, lśniący i złocisty karmel - wyobraziłam sobie chrupkie karmelowe płaty, wierzchy deserów typu creme brulee... A może i same takie desery. Mignęło mi coś jajecznego - choć jakby nie mogło się zdecydować, czy będzie bardziej neutralne, czy słodkie. Słodycz przybrała dość budyniowy wydźwięk, niczym taki... zrobiony na śmietance? A jednak jakby i rozgrzewającą kropelkę alkoholu w tym słońcu przemycono.

Lekka goryczka, poważniejsza nuta zaczęły łagodnieć. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam śmietankowo-maślany splot, odchodzący od lemon curdów i budyniów, mieszający je z ziemią, która też się zmieniała. Zanim podłapałam, co zamierza, słodycz wspięła się jeszcze wyżej. Zrobiło się niebezpiecznie słodko. Pokazała mi jakieś zabajone, ajerkoniak, adwokat... tego typu likiery, może i kogel-mogel (moje wyobrażenie o nim, bo nigdy nie jadłam) - trochę skropionym cytryną, po czym grzecznie złagodniała i wróciła do desero-budyniu... w wariancie jasnożółtym... owocowym? Pomyślałam o wręcz pudrowych, jakby przygaszonych w smak bananach suszonych / chipsach bananowych. Całkiem wyraźnych jak na takowe jednak.

Złagodzenie i desery zmieniły słód i ziemię w fistaszkowy nugat. Zrobiony na bazie orzeszków świeżych i surowych. Orzeszki przez krótki czas grały pierwszoplanową rolę. Było w nich coś fasolkowego. Może z odrobiną kakao? Czułam jego cierpkawość, kwasek - właśnie z granicy słodu i kakao, nibsów. Do głowy przyszły mi serki / jogurty kakaowe o właśnie specyficznym kwasku. 

Wraz z kwaśnością wróciły też owoce z początku. Od lekko egzotycznej nutki bananów rozeszło się też lekkie "przygaszenie" jako... lychee? Kwaskawo-słodki ananas? Żółta egzotyczność rozlała się po ustach. Rozkręciła soczystość i rześkość. To wykorzystały dojrzałe, soczyste wiśnie i czerwone porzeczki... albo nie tylko czerwone? Z czasem wyszły niemal na przód, by potem też wyhamować. Poczułam się, jakbym jadła słodko-kwaskawe, chrupkie jabłka, a pudrowe owoce i owoce czerwone weszły do... herbaty? Cytrusy jakby poprzez trawę cytrynową przeszły w lekkie ziołowe rozgrzewanie. Alkohol (adwokaty itp. z początku) podszepnęły im raczej czerwone wino. Takie nuty zakręciły się w tle.

Na przodzie zaś bliżej końca znów rozgościła się gorzkość. Dominowała jako herbaty, ziemia i słód. Myślałam o herbacie czarnej liściastej jako o naparze, ale też suszonych liściach. Liściach... i drzewach. Była w tym goryczka nieco słodkawo... kwiatowa, trochę ziołowa, ale i goryczka idealnie mieszająca się z ziemią. 

Ziemia kryła odrobinę fistaszków, które to zgrały się z nieskończoną czekoladowością jako... fasolowo-nugatowe brownie z orzeszkami arachidowymi? I wiśniami? Było to lepko-wilgotne, ziemiste i goryczkowato-cierpkie. Pojawiły się taniny wino-wiśni... Czułam przyjemne rozgrzewanie... zasładzającego i cierpkiego alkoholu? Adwokat itp. zniknął, wino... zostało za sprawą ciepłych herbat przekierowane na grzaniec...? Nibsowa nuta podkreśliła ziemistość, a wszystko to osłodziła nutka owocowego budyniu (bananowo-koglomoglowego?) i... lemon curd (gryzącego jak ananas?)? Z zasładzającymi, poprzypalano-karmelowymi wierzchami?

Po zjedzeniu został posmak nieco glutkowatego, słodkiego deseru na bazie śmietanki, orzechów w wydaniu bardzo łagodnym, ale też kwasek owoców czerwonych i cytrusów. Czułam sporo gorzkości herbaty, jej nieco drzewnych fusów i ziemi, które trwały w nieodłącznym splocie, nieco nasączonym alkoholem bez procentów. Czułam też ściągnięcie jak po kakaowym nabiale czy ananasie.

Całość wyszła przepysznie i mimo tego słodszego epizodu, łagodniejszego centrum, powitanie i pożegnanie było iście siekierowe. Cytryny i wiśnie, porzeczki alkohol, ziemia, nibsy i herbata cudnie zostały zmieszane śmietankowością i fistaszkami ze znacznie delikatniejszymi i słodkimi deserami, budyniami i bananami, jabłkami. Interesujące były nuty zabajone oraz herbaty z winno-ziemistym tłem. Dzięki temu ani przez chwilę nie było za słodko. 
Wydawało mi się to tak kontrastowe... a jednocześnie idealnie dobrane. Nie było przeskoków, a błogie przejścia. Zupełnie nie moje nuty (adwokat / ajerkoniak, maślaności, kwaśność czerwonych porzeczek) obudowane zostały tymi moimi w 200 %ach (ziemia, herbata, fistaszki, wiśnie, egzotyka). Genialne posunięcie.

Orzechy powiązane z kakao oraz wiśnie czułam także w Domori Tanzania 70 %, która wyszła ciastowo - jakby analogicznie do "deserów" Beskidu. 
Fistaszki, karmel, cytrusy i wiśnie osłodzone kwiatami, maślanym karmelem natychmiast przypomniały mi pysznego Zottera Labooko Tanzania 75 % (który jednak był nieco bardziej korzenny i masłoorzechowy niż alkoholowy i nugatowy).
Cytrusy, ziemia i herbata, jogurtowość i wiśnia sprawiły, że przypominała też Raaka 100 %, ale częściowo. Beskid wyszedł i bardziej słodko, i poważniej (bo alkoholowo).
Pikanteria wspomnianych tu wyszła jako rozgrzewanie, alkohol i lekko suszowato-ziołowy motyw.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: może i kieedyś bym mogła (od dnia napisania recenzji nawet raz to zrobiłam)

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 5 grudnia 2021

Moser Roth Privat Chocolatiers 64 % Cacao Peru Czekolada Gorzka ciemna

Mimo że Moser Roth zawiodło mnie już wiele razy, zauważyłam tendencję do staczania się na gorsze w odniesieniu do czekolad (innych ich produktów nie znam), plantacyjnym dałam szansę. Raz, że w sumie niewiele jest czystych ciemnych ciekawych, a zwykłych, tanich, ogólnie dostępnych. Dwa: w odniesieniu do takich marek w sumie nigdy nic nie wiadomo. Trafiają im się lepsze i gorsze - loteria. A testować różne po prostu lubię. Jak się więc pojawił rzut plantacyjny, zakupiłam, a jedzenie rozpoczęłam od najniższej zawartości. Ta podrzuciła mi dziwną myśl, że... dlaczego to akurat Peru - jak już marki zwykłe czy własne marketowe z niego robią - przypada okolica 60 % kakao? Odnoszę się do Grossa 64 %, albo nawet i Cachet Peru 64 %.

Moser Roth Privat Chocolatiers 64 % Cacao Peru Czekolada Gorzka to czekolada ciemna o zawartości 64 % kakao z Peru; z linii z "Ziarna Świata", wyprodukowana we Włoszech przez Crea S.r.l. dla Aldiego.

Po otwarciu rozszedł się cukrowo słodki zapach soczystych i nieco kwaskawych owoców. Natychmiast do głowy przyszły mi "cukrowe śliwki" (tzw. sugar plums - coś takiego; moje wyobrażenie), czyli takie... po prostu śliwki w cukrze, w lśniących kryształkach. Może... to też diabelnie dosłodzone, aż lepkie od cukru wiśnie i cytryna? Obok tego czułam palono-pieczoną nutkę... Zawarła zarówno cierpkość kakao, jak i motyw jasnego wypieku, skąd myśl o kruchych ciastkach z czekoladą, popularnych w Ameryce* / typu Pieguski. Może jasnych, może i ciemnych.

Tabliczka już z wyglądu wyglądała dość jasno, ciepło w tonacji jak mleczna i wydawała się gładko kremowa w dotyku. Okazała się jednak twarda i wydająca trzaski jak sucho-cienkie gałązki.
W ustach rozpływała się średnio powoli i głównie aż idealnie gładko. Okazała się aksamitnie kremowa i tłustawa jak pełne mleko, a więc też w pewien sposób rzadkawa. Z czasem odnotowałam w niej drobną pylistość, przez co pomyślałam o mleku czekoladowym / kakaowym. Nie brak jej też soczystości, a także powierzchownie mięknącego, gibkiego aspektu, przy czym umiejętnie nie zahaczyła o ulepkowość.

W smaku uderzyła słodyczą, która podobnie jak zapach skojarzył się z cukrowymi śliwkami. Czy to właśnie te "sugar plums", czy kandyzowane śliwki... czy nawet po prostu zacukrzony kompot... Smak ewidentnie był soczysty, intensywny i słodki. Wspomniany kompot pozwolił, by do kompozycji wpełzła goryczka i paloność.

Oto mignęła mi gorzkawość dymu i lekka goryczka czekoladowego  / kakaowego mleka. Przy tym wciąż jeszcze trzymałą sią wysoka słodycz (wszak to produkt "dla dzieci"), ale... gorzkość dymu narastała. Paloność przypomniała o ciastkach z czekoladą typu Pieguski - obstawiłabym wariant raczej ciemny z kawałkami ciemnej czekolady. Możliwe jednak, że "na talerzyku" spoczęły ciastka i jasne, i ciemne. Z kawałkami, w których czuć cierpkość kakao! I które oczywiście są bardzo słodkie, przesłodzone i zaraz drapiące w gardle. Czy... do tych ciastek podano kawę zaparzoną na palonych ziarnach?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok przesadnie wysokiej słodyczy pojawiła się wyrazistsza i jeszcze soczystsza kwaśność. Pomyślałam o wiśniach. Nie były to jednak świeże i surowe owoce...
Nagle zaskoczyło! Oczami wyobraźni zobaczyłam bez dwóch zdań smażone, mocno smażone pączki z nadzieniem wiśniowym. Oczywiście pokrywał je lukier... i cukier puder - znaczy się, pączków było dużo: jedne z lukrem, inne z cukrem pudrem, ale wszystkie z nadzieniem wiśniowym. Pączki smażone w maśle... Bardzo za słodkie. Nasączone tym masłem... A może wilgotniejsze, bo jakieś... serowe? W sensie, że wilgotnie sernikowe? Po tym, jak kwasek przemieszał się z przesadzoną słodyczą, mleczno-śmietankowy motyw sernika plątał się w tym wszystkim.

Na pewno jednak zasłodzone, że bliżej końca słodycz zrobiła się przytłaczająco ciężka. Owocowość nieco uciekła, a cukier drapał w gardle. Jak ciasto nasączyło się masłem, tak cukrowość trochę wanilią... ciężką i cierpkawą jednak - z aromatu? Do głowy przyszły mi kruche ciastka... By zaraz się rozmyć. A może to w tych pączko-wypiekach (coraz mniej jednoznacznych ze względu na wspomnienie ciastek) była nuta złudnie alkoholowa? Więc może jednak i ciastka amerykanki* (nie tylko "ciastka amerykańskie" aka Pieguski) ?

Na koniec wzrosła cierpkość śliwek, wiśni w cukrze i z kakaową nutą w realiach abstrakcyjnie ciastowych. Czułam kakao całkiem wyraźnie, ale także cukier.

Właśnie przecukrzenie i cierpko-kwaskawe kakao zostały w posmaku wraz ze śliwko-wiśniami, podkreślonymi kwaskiem cytryny, drapaniem w gardle i motywem tłuszczu na ustach. Czułam też paloność, dym... jak nazbyt mocno pieczonych / smażonych słodkości... straszliwie słodkich.

Całość wyszła smacznie, acz morderczo słodko. Niektóre nuty nie były zbyt moje, ale podobała mi się obrazowość. Cukrowe śliwki, pączki z nadzieniem wiśniowym - owoce moje, ale w nie mojej kompozycji, że tak powiem. A jednak paloności i cierpkości sprawiły, że były do przyjęcia.
To, co jednak bardzo mi się nie podobało, to oszukańcza zawartość kakao. Czekolada miała ogromne szczęście, że trafiła na dzień, w którym dopuszczałam zjedzenie czegoś bardziej słodkiego, ale i tak wystawiła moją wytrzymałość na próbę (skądinąd pokrzyżowała mi jedzeniowe plany, bo zupełnie nie miałam ochoty i nie zjadłam potem banana, który sobie od kilku dni czekał). 
I choć 100 gramów czekolady to moja dzienna norma, tak tej nie dałam rady zjeść za pierwszym razem więcej niż 4 kostki. Za słodka, przez co resztę zostawiłam sobie na wykłady.
Zdecydowanie jednak, gdy o jakość chodzi, zaskoczyła mnie pozytywnie jak na Moser Roth.

Ta była zdecydowanie najsłodsza-słodkościowa ze wszystkich peruwiańskich "o tej zawartości". Cachet Peru 64% to raczej miód i owoce czerwone + przyjemna gorzkość kawy, a także dużo różnych owoców i przyprawy korzenne, zaś Gross Peru 60 % też śliwki i ciasto, ale... makowcowo-sernikowe, a także orzechy.

*Najpierw używałam zestawienia "ciastka amerykanki / Pieguski", myśląc, że amerykanki to typ ciastek jasnych z kawałkami czekolady. Wygooglowałam, by nie popełnić gafy (często tak robię, bo nie znam się na słodkościach i w recenzjach przytaczam głównie wyobrażenia / skojarzenia) i okazało się, że jak Pieguski od Mondelez, tak Wedla nazywają się Amerykankami. Ale! Jedne i drugie to tzw. American Cookies, czyli ciastka amerykańskie; typ "amerykanki" to coś zupełnie innego. Jasne ciastka z amoniakiem i lukrem? Dziwne coś, ale śmieszna sprawa, bo... także to by pasowało do tejże czekolady, stąd ten dopisek.


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 5,99 zł (za 100g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa 54%, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

sobota, 4 grudnia 2021

lody Magnum Double Salted Caramel Tub

O tych lodach wspomniałam przy Magnum Double Chocolate & Strawberry Tub. Jako że pisałam, iż je oddałam Mamie pewnie może się wydać dziwnym, że jednak się pojawiają. Otóż niekoniecznie. Albo... no dobra, miały się nie pojawić. Mama jednak zjadła połowę (1/2 pudełka około 500ml to jej lodowa norma) i uznała, że chyba nie da rady się zmusić do drugiej połowy (przez karmel); odłożyła do zamrażarki, nie chcąc wyrzucić, a kibla żal (po jednych lodach nam się zbuntował i bałyśmy się, że się zapcha). Wynieść na śmietnik? Mama nie wyrzuca jedzenia, ale przejęła ode mnie, że nie chce "faszerować się rzeczami niesmacznymi i niezdrowymi". Westchnęłam więc i powiedziałam, że zobaczę je, co Mamę bardzo, bardzo ucieszyło. Pomyślałam, że może dla niej się przemęczę; tłumaczyłam sobie: skoro w podlinkowanych truskawkowych zły sos był głównie pod "czekoladowym wieczkiem", tu już go Mama zjadła, może zostały po prostu przesłodzone i nudne lody waniliowe z przesłodzoną czekoladą i odrobiną okropnego sosu? Prawie wersja Classic (co ciekawe, ta Mamie bardzo smakowała, jednak do tego konkretnego pudła zniechęciła się przez sos - więcej w podsumowaniu)? Wciąż, patrząc na składy i zestawiając je ze wspomnieniami, wierzyłam, że same bazy Magnumów Tub są lepsze od patykowców (przynajmniej tych, które parę lat temu pogorszyli i które zmieniły moje postrzeganie tych lodów na negatywne - patykowe zawierają margarynowy olej kokosowy, który bardzo mi przeszkadzał). Patykowce - zbita margaryna na patyku, a puszyste Tub...? Może więc była nadzieja dla dużego brata lodów na patyku Magnum Double Caramel? Wciąż trochę bałam się solonego karmelu, ale uznałam, że i tak pewnie wiele go nie uświadczę. Taak, boję się magnumowych sosów (nowy lęk do kolekcji).

Magnum Double Salted Caramel Tub to lody waniliowe z sosem o smaku słonego karmelu (11 %), solonymi kryształkami cukrowymi (1%) i  mleczną czekoladą (22 %) w formie polewy na wierzchu, "skorupki" i kawałków zatopionych w masie.
Pudło zawiera 440 ml / 310 g.

Uniosłwszy wieczko, sreberko, trafiłam głównie na mocno mleczny i słodki zapach w dużej mierze klasycznie magnumowy. Ocean mleka (aż śmietanki?) urozmaicały waniliowe fale-bałwany i intensywna, słodko-mleczna czekolada z nienagannie zaznaczonym kakao. Daleko w tle, już robiąc zdjęcia i nachylając się nad porcją, odnotowałam także sztucznie-tłuszczową karmelową nutę... jak karmelu-niekarmelu z popularnych batonów.

Forma jak zwykle: gruba na centymetr (akurat w tym przypadku wierzę Mamie na słowo) warstwa-wieczko na wierzchu, nieco plastikowawa, znacznie cieńsza na ściankach. Ta odchodziła aż z trudem, miękła jak ulepek - Mama w ogóle jej nie zauważyła: myślała, że to plastikowe opakowanie, haha. W lody zaś wtopiono kawały-giganty czekolady. Grube na centymetr i większość z nich wielkości łyżeczki (do herbaty?). Rozlokowane tak, że aż trudno nakładać. Czekolada trzaskała bardzo głośno, początkowo była twardo-chrupka, polewowa. Zaskoczyło mnie, że sporo sosu karmelowego przeplatało lody po całości. Owszem, ponoć (tak twierdzi Mama), pod wieczkiem było całe bajoro takiego samego sosu, ale właśnie nie pożałowali go także po bokach, i aby przepleść masę.
Kawałki karmelu (o nich za chwilę) na ogląd były nie do odnotowania, ale znalazły się i w sosie, i w masie.
Otóż w ustach czekolada oczywiście zachowywała się jak „lodowa czekolada niemal zupełnie przypominająca tabliczkową” - była tłusta, kremowa, gładka. Zalepiała paszczę zupełnie; ta na ściankach była zaś ulepkowata.
Masa lodowa okazała się tłustawo-kremowa, a jednocześnie lekka i puszysta, jak obłoczek. Jej gładkość jednak zaburzały rzężące drobinki-kryształki cukru (to karmel?). Było tego więcej przy sosie, więc nie wiem, czy to z niego uciekły, czy były też osobno w masie lodowej. Gdybym nie doczytała opisu, pomyślałabym, że to scukrzenie się albo nierozmieszany cukier. Zaburzyło to urok bazy. Niby rozpuszczały się wraz za otoczeniem, ale były i to wystarczyło, by irytować.
Karmel okazał się gęstawym, miękkim i gibkim sosem (z ciągnącą sugestią?). Był jednocześnie tłustawy, jak i wodnisty. W ustach znikał w średnim tempie, wykazując się odrzucającą śliskością, kojarząc się z nieco zżelowaną margaryną. Jak... rozwodniony marsowy karmel bez elementu lepienia się, a za to... z pojedynczymi chrupiącymi kryształkami (cukru i soli?). Był obleśny już na strukturę.

W smaku czekolada za każdym razem witała się wysoką słodyczą, wyraźnie mlecznym smakiem i cierpkością kakao. Jak na lody, to iście czekoladowa czekolada mleczna. Na wierzchu niczym surfer na wielkiej wali, królowała słodycz, prędko zasładzając, drapiąc w gardle już po pierwszych przełknięciach śliny, a co dopiero przy kolejnych kawałkach, wraz z jedzeniem. Znikając, czekolada wykazywała wyższą cierpkawość, nutkę kakao. Ta w sumie wydawała się podkreślona słodyczą i mlecznością otoczenia.

Bo właśnie to w mocno mlecznej i zacukrzonej bazie czekolada się znajdowała. Niczym zacukrzone do bólu spienione mleko zahaczało trochę o śmietankę i zasładzało konsekwentnie. Robiły to naturalną, szlachetną wanilią, której nie pożałowano. Zrównała się z cukrową mlecznością, a i dodatki jej nie zagłuszyły.
Niestety jednak, łatwo o to, by choć częściowo bazę zabarwił (też smakowo) karmel. Dodał jej margarynowego posmaku i jeszcze więcej słodyczy - może niewiele, ale wystarczyło, by zepsuć efekt. W dodatku słodycz podskakiwała przy rzężących kryształkach-drobinkach. 

Karmel-sos dodał do bazy nieprzyjemny posmak siebie, podniósł jej słodycz, acz podkreślił kakao w czekoladzie. Co z tego jednak, jak ogólnie od słodyczy wykręcało i tak? On jednak smakował nie tylko słodko, a słodko-margarynowo i sztucznie. Nie tylko zacukrzał do bólu, drapał w gardle, ale uderzał też sztucznie cukierkowym motywem. Słodkim przeraźliwie, ale nie cukrowo. Nakręciło to sztuczność tłuszczu (?), margaryny, obok której czuć także masło. Ułożyło się to w karmel z popularnych batonów, trochę marsowy, ale posolony. Na sól trafiałam dość często. Na spore jej ilości. Podkreśliła niesmaczność i dodała... (podkreśliła?) sztuczną nutę rybią. Marsowy karmel z nutą ryby? Dokładnie. Z silnym jej posmakiem.

Trudno go omijać, zwłaszcza, gdy lubi jeść się lody mocno topiące się (jak ja). W dodatku smakował tak parszywie, że groźba trafienia na niego (nigdy nie wiadomo, na co człowiek trafi łyżeczką) odbierała jakąkolwiek przyjemność z jedzenia.

Po zjedzeniu już małej ilości umierałam od słodyczy, ale nie to było najgorsze. Posmak sztucznej słodyczy, dziwny niesmak rozchodzący się od karmelu sprawiały, że nie miałam ochoty nabierać kolejnych łyżeczek. Odstręczający sos nadał całości niby zepsutego, sztucznego wydźwięku.

Całość wyszła potwornie. Nudna, ale zwyczajna baza była po prostu przesłodzona - jej nie czepiam się jakoś szczególnie. To "urozmaicacze" zepsuły sprawę i o to mam żal. Kryształki sugerowały scukrzenie. Ten cukier to jakaś pomyłka, bo tylko przeszkadzał i zabił potencjalną puszystość-chmurkowosć. Sos karmelowy to tragedia. Rozmieszczenie go, a więc skumulowanie na wierzchu zupełnie nieprzemyślane. To zaś, że go nie pożałowali także w masie to plus względem wersji truskawkowej, ale że ten "karmel" wyszedł właśnie tak sztucznie, obleśnie... To inna sprawa. Zniszczył nudną całość do tego stopnia, że wyszła niezjadliwie. Wystarczy dzióbnąć go odrobinę (i szybko niczym kura ziarnko), by wiedzieć, ze tego po prostu nie chce się mieć w ustach.
O ile w patykowcu to baza wyszła niewaniliowo, a margarynowo, tak waniliowo-puszystą bazę Tub zepsuły idiotyczne kryształki i karmel, który... no właśnie. Na patyku był oddzielony, dali jeszcze kakaową warstwę, na którą też narzekałam, ale... czekolada mleczna do takiego sosu to też już za dużo słodyczy... Dodatki zrobili beznadziejnie i tyle. Zepsuły wersję Classic, tak obstawiam. Co do tego, jak umiejętnie posolony to karmel - tu mam mieszane uczucia. Nie był ani specjalnie mocno, ani za słabo słony. Był słony (dobrze, bo miał być), ale to podkreśliło paskudne nuty... Tylko obstawiam, że byłoby czuć je także bez soli.
Zrobienie TAK tego smaku to złośliwość producenta - potencjalnie smaczny wariant zepsuł zupełnie. Nie wiem, jak to ocenić w stosunku do patykowca... Śmieszna sprawa w kwestii baz: patykowca jest po prostu zła, a Tub jest jakby dobra, ale zepsuta dodatkiem, więc w konsekwencji też zła.
Przez obleśny karmel i dziwną strukturę, nałożonej sobie porcji nie dałam rady zjeść. Znaczy... nie chciałam, bo mnie obrzydzała.
Mogłabym pewnie zjechać sam karmel i "chrupiące kryształki", ale nie mam zamiaru oceniać samej czekolady i bazy, skoro jest wersja Classic Tub - pewnie dobra (acz pewnie za słodka) w tym, czym jest. Smak oceniam całościowo jako lody "Solony karmel" - mój drogi producencie, tak to się bawić nie będziemy... wypuszczasz dany smak do sklepów, to rób go tak, by był zjadliwy.
Jako ciekawostkę dodam, że nawet widoczna na zdjęciu szklana miseczka nie przetrwała starcia z nimi, bo wieczorem przy zmywaniu pękła na dwie części.


ocena: 2/10
kupiłam: Kaufland
cena: 11,49 zł (promocja; za 440 ml)
kaloryczność: 322 kcal / 100 g; 225 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, śmietanka (16%), koncentrat odtłuszczonego mleka (proszek lub płyn), syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, olej kokosowy, syrop cukru karmelizowanego, emulgatory (E471, lecytyny sojowe, E476), sól, stabilizatory (E410, E412, E407), aromaty (w tym mleko), skrobia, kawałki wanilii, barwnik E160b

piątek, 3 grudnia 2021

Chocolat Madagascar Organic Single Origin 70 % Cocoa ciemna z Madagaskaru

Marki, które przy pierwszej tabliczce mnie rozczarują, często są skazywane na długotrwałą czekoladową banicję. Musi ileś tam czasu minąć, by jakąś szansę (ewentualnie!) dostały. W przypadku tej marki, zamawiając ostrożnie dwie, coś mi się ubzdurało, że nacięłam się na setkę - kupiłam więc 70 % i 85 %. Wybierając ofiarę na degustację... zdruzgotało mnie odkrycie, że... to właśnie na 85 % w przeszłości się nacięłam i nie chciałam do niej wracać. Z ciężkim westchnieniem wzięłam więc drugi posiadany wariant, ale... tu czekała mnie trochę pocieszająca niespodzianka. Otóż obie zakupione były z linii Organic, a poprzednia jedzona ze zwykłej. Ot, czekało mnie ciekawe porównanie, ale... na razie miałam sprawdzić, co kryje w sobie najklasyczniejsza.

Chocolat Madagascar Organic Single Origin 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo, trinitario i forastero z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano, z linii organicznej.

Już podczas otwierania uderzył mnie jednoznaczny i mocny zapach melasy oraz kawy. Kawę leciutko podkreśliła ziemia, a jej delikatna ostrość / ciepło związały te dwa motywy. Melasa zaprezentowała swoją słodycz, muskającą także palony karmel i... miodo-syrop klonowy? Te trzy nuty mieszały się ze sobą już mniej jednoznacznie, podobnie jak niejednoznaczna zaznaczyła się soczystość w tle. Może... ciemnych owoców leśnych? Cytrusów? Nie wiem dlaczego, w trakcie degustacji pomyślałam o jakimś owocowym ponczu. 

Tabliczka przy łamaniu wydała mi się dość krucha, a po usłyszeniu trzasków towarzyszących łamaniu, dane mi było zobaczyć proszkowy przekrój.
W ustach, bez zaskoczenia, okazała się dość szorstka. Przy tym nieco suchawa, mało tłusta. Rozpływała się powoli, ale ochoczo i kremowo (choć krem to dość suchawy). Zafundowała mi gęstwinę: trochę mięknącą, trochę zahaczającą o aksamit, ale zachowując konkret i masywność. Wydała mi się lekko surowa, pierwotna, ale... tak pierwotnie łagodna?

W smaku pierwsza pojawiła się gorzkość dymu. Oplotła ją dość ciasno zachowawcza słodycz melasy. Wydawały się stworzone dla siebie i nierozerwalne. Prędko ułożyły się w obraz melasowych, poprzypiekanych do spalenizny (ale tylko miejscami) ciastek oraz... dymu z kadzidlanej żywicy.

Po chwili w tle pojawiła się soczystość, leciutki kwasek. Pomyślałam o ciastkach z rodzynkami, od których słodyczy aż zadrapało w gardle, ale zrobiło się też bardziej soczyście-kwaskawo. Mignęła niejednoznaczna wiśnia, a następnie ukazały się soczyste, dojrzałe słodko-cierpkawe jeżyny i czarne porzeczki... ciemne owoce lasu? Rosła ich soczystość, mieszając się ze słodyczą o wiele żywszą, owocową. Pomyślałam o drobnych, także czerwonych owocach leśnych i... jabłkach? Pierwsze porastać musiały drobne krzaczki... pełne również drobnych, jasnych kwiatków. Drugie zaś przywiodły na myśl jabłonie i owocowe, cytrusowo-jabłkowe poncze grzejące w gardło.

Gorzkość trwała niewzruszona i choć w dużej mierze należała cały czas bazowo do dymu i melasy, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dodała kawę. Kawę czarną i lekko ziemistą. Pomyślałam o zawilgoconym węglu i węglu, od którego odchodzi strużka dymu.

Dymu... kadzidlanego! Melasa odważniej podsunęła żywiczny, drzewny motyw. Przez chwilę pomyślałam o syropie klonowym, mocno palonym... karmelu? Miodzie za sprawą owoców i kwiatków? Jak w niektórych miodach, znów mignął kwasek... Podkręcony cytrusami? Zniknął, nim zdążyłam go porządnie uchwycić. Żywicznie-dymne, melasowe nuty jednak wciąż dbały o to, by nie brakowało melasowo poprzypalanych ciastek. Jawiły się jako ciepłe, chwilami nawet korzennie ostrawe.

Owoce z tła, te ciemne, leśne... zmieniały się. Oto wiśnie i inne przeszły w śliwkę... Wyobraziłam sobie brownie ze śliwką, gęsto-muliste ciasto czekoladowe z soczystymi owocami; wiśnie pojawiły się w ciastkach. Poczułam ich ciepło... takich prosto z piekarnika? Ciepło... wręcz korzennej ostrości? Goryczka poprzypalanych skórkowych owoców w melasowych ciastkach trafiła na więcej słodyczy, przytłumiła ją. Ciemne owoce... czyżby niemal czarne winogrona? Zaczęły ususzać się na niemal czarne rodzynki. Rodzynki w melasowych ciastkach? Słodycz niebezpiecznie wzrosłą, przywodząc na myśl dziwnie pudrową miodowość... Mignęło skojarzenie z kruchymi, dziwnie "uzdrowionymi" np. melasą faworkami posypanymi cukrem pudrem*, a następnie...

Leśne owoce - trochę pochowane w dymie - upuściły kwasek. Odrobinkę... cytrusami podkreślonego? Poczułam grejpfruta, o którego goryczkę dopomniał się dym. Pod koniec przybrał na znaczeniu, wspierając się kawą, która także rozgrzewała.

Po zjedzeniu został posmak kawy, kawy palonej i z nutą dymu, podkreślonej ziemią... ta specyficzna goryczka... wplotła do kompozycji melasę, która na koniec nieco zelżała, wchodząc w węgiel... jakby węgiel / popiół po żywicznych, trochę korzennych kadzidłach. A wszystko to zamknięte zostało w realia mocno czekoladowego ciasta ze śliwkami i wiśniami, może leciutko doprawionego chili. Może z podkręconym kwaskiem.
Słodycz też czułam, niebezpiecznie wysoką, ale za słodko nie było.

Całość bardzo mnie zaskoczyła. Okazała się mało madagaskarska (czułam dosłownie odrobinkę cytrusów, owoce czerwone nie były aż tak znaczące), mało owocowa (acz owoce leśne i ciemne, trochę cytrusów czułam), a gorzka zaskakująco mocno jak na tę zawartość. Za sprawą kawy, dymu, a więc zacnie, ale też... gorzko-słodka, mocno słodka (nieco za mocno?) w sposób... czysto melasowy. Nieco żywiczne, dymne nuty nieźle to podkreśliły, a echo ciastek / faworków też wydało mi się ciekawe.
Całość też, z racji wysokiej czekoladowości, była smaczna (bardzo!) i... niby prosta, a intrygująca. Podoba mi się, marka bardzo zyskała w moich oczach.

Gorzkość dymu i ziemistej kawy czułam przede wszystkim także w zwykłej 85 %, acz i ona nie była tak mocno owocowa jak typowy Madagaskar (smakowała owocami egzotycznymi i czerwonymi, zmieszanymi z warzywnymi akcentami - nawet ciepło a chili by jakoś zestawić można!), jednak wspomniana była strasznie maślana, co mi przeszkadzało. Organiczna 70 % (dzisiejsza) wyszła o wiele lepiej - teraz to dopiero zrobiłam się ciekawa, co z organiczną 85 %. 
Pomyślałam o niej jako o mieszance (może w nierównych proporcjach z przewagą dla tej pierwszej) "melasowej" Ecor Dalla Nostra Filiera Cacao Extra Dark Chocolate 72 % i mało madagaskarskiej, a miodowo-korzennej i ciemnoowocowej Domori Trinitario 70 % Madagascar z 2019 czy też z Domori Sambirano Madagascar 70 % z 2016 (nawet z sugestiami jabłek, śliwek - taki szczególik, a nie umknął mi).

*Od razu czuję potrzebę sprecyzowania, że jedne-jedyne faworki, jakie od biedy mogłam zjeść (ogólnie stronię od takich rzeczy) robiła moja babcia - i były one niezwykle specyficzne - kruche, cieniutkie niemal dosłownie na milimetr; nigdy w życiu nie spotkałam się z takimi gdzie indziej, więc tej nuty nie zestawiajcie 1:1 z powszechnie dostępnymi, a już na pewno marketowymi. Weźcie to jako bardzo luźne i abstrakcyjne, wyidealizowane wyobrażenie. Te nie były ani zbyt mocno słodkie, ani zbyt tłuste, nie miały nuty smażenia (mimo że oczywiście smażone były). Jaśniutkie, bez żadnych śmietan / spirytusu, jakie widuję w przepisach znalezionych na szybko. Też nie były łakociem, który uwielbiałam, więc... nie przytaczam tej nuty tu jako coś nadzwyczaj pięknego, a jako "dziwny wypiek" (co to właśnie jest tak dziwny i inny od wszystkiego, co znane, że aż trudno określić, czy smaczny). No, i te babcine na pewno nie były z melasą.


ocena: 9/10
cena: 37 zł (za 85 g - cena półkowa)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

czwartek, 2 grudnia 2021

E. Wedel Gorzka Cynamonowa ze Śliwką ciemna 50 % z suszonymi śliwkami i cynamonem

Wiele musi się stać, bym sama kupiła jakiegoś Wedla. Obecnie w ogóle nie miałabym problemu z oddaniem np. Mamie bez choćby próbowania. Tym razem jednak... na własne życzenie znalazłam się w sytuacji, w której miałam 440 gramów jednej czekolady Wedla w szafce. Szok, prawda? Pewnego wieczoru zimą zeszłego roku, ojciec zadzwonił do mnie i zaczął mi, dukając, z trudem czytać, jakie "ciekawe czekolady Wedla" trzyma w rękach w Lidlu. Zapytał, czy chcę. Śliwka i cynamon w ciemnej brzmiały miło (ostrożnie oglądałam ją już wcześniej w internecie), więc wybrałam tę. Tylko. Uparłam się, że NA PEWNO NIE CHCĘ MLECZNEJ Z POMARAŃCZĄ, mimo że nachalnie próbował mnie na nią namówić. Jakoś tak przypomniałam sobie np. Wedla Premium Gorzka Cząstki Wiśni i Chili i na śliwkę z cynamonem szczerze nabrałam ochoty. Może się Wedlowi udało? Kiedy jednak już jakoś w styczniu czekoladę ojciec mi przywiózł, okazało się, że miesiąc woził ją w samochodzie. To, co mi wręczył zrobiło okropny zwis - leżało w ciepłym schowku (tak, tam, gdzie "dmucha" ogrzewanie), a nocami przymarzało w samochodzie przed domem. Myślałam, że się poryczę (chyba najbardziej ze złości - jak można tak nie dbać o czekoladę na prezent oraz dlatego, że... miałam ochotę, a omijałam ją w sklepach wiedząc, że dostanę). Zaczęłam się trochę czepiać, a ojciec czekoladę postanowił wyrzucić, że skoro nie chcę, to nie będzie problemu w ten sposób. Głupia sytuacja, co? Pomyślałam, że głupio ją tak wyrzucić i wzięłam, stwierdzając, że na pewno czegoś takiego recenzować nie będę, ale może jakoś zmęczę. Raz i drugi tylko na Mamę spojrzałam z niemocą, po prostu już... nawet nic nie mówiąc. Bo co powiedzieć? Mogę wyrzucić coś obleśnego, z niezdrowym składem, ale w sumie zwykłą czekoladę, tak o, dziwnie mi było. Mama za to znając mnie, i moje rozterki... jakoś upolowała dla mnie świeżutką tabliczkę w Lidlu. W dodatku... trafiła na ostatnią sztukę! Ironio losu, mlecznych ponoć był cały karton... Bardzo, bardzo się ucieszyłam. Nawet nie tyle z tabliczki (bo miałam dwie... po przeczytaniu składu wątpliwe), co z jej gestu. Przez pandemię latanie po sklepach naprawdę nam obrzydło, a tu? Tak się poświęciła, by mi coś znaleźć wiedząc, jak ważne jest dla mnie zjedzenie świeżej, ładnej, porządne jej sfotografowanie i zrecenzowanie... O! Ojca celebracja czekolady i jedzenia śmieszy, cóż...


E.Wedel Gorzka Cynamonowa ze Śliwką to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z suszoną śliwką i cynamonem (a dokładniej aromatem cynamonowym).

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach suchawych pierników w ciemnej, choć cukrowej czekoladzie z wyraźną cynamonową nutą i sugerujących, że są wypełnione powidlanym dżemem śliwkowym. Mimo sztucznawego echa za cynamonem oraz przesadniej cukrowości był to zapach przyjemny i mimo prostoty kakao, wciąż do pewnego stopnia ciemnoczekoladowy i soczysty.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała głośno, będąc porządnie twardą. Ujawniała spore kawałki nieco ciągnącej i rwącej się śliwki.
W ustach rozpływała się łatwo, maziście i tłusto, średnio gęsto. Nie była kremowa, a miękła... mimo że nie ulepkowata, to zmierzająca w tym kierunku. Odnotowałam w niej jakby sugestię pylistości, przy czym nasilało się to przy dodatku i na koniec. Pozostawiała pylisty efekt, że wydawało się, że gryziona prawie na pewno trzeszczałaby. 
Śliwka okazała się początkowo twardawa i jakby osuszona mąką, potem zaś nasiąkająca i twardawo-miękkawa, trochę jak galaretka. Gdy zostawała na koniec, przybierała bardziej miękko-lepką formę. Czekolada znikała więc i zostawiała pylisty efekt, a ta uraczyła mnie nawet lekką soczystością. Niektóre kawałki były bardziej "zwięzłe" i jak jędrno-suszone, lepkie śliwki raczej twardawe, inne to farfoclowe skórko-miąższe. Niektóre trochę denerwująco obklejały zęby, ale nie na długo; w miarę łatwo się ich pozbyć. Dodatek okazał się jednak wykonany całkiem przyjemnie. Dodano go w punkt: nie pożałowano, ale nie najeżył tabliczki przesadnie.

W smaku czekolada uderzała cukrem i intensywnie palonym, goryczkowatym kakao, co natychmiast ułożyło się w gorące kakao. Takie wyraźnie pikantnie cynamonowe, korzenne. Rozgrzewało, także w gardle, czemu dopomogła słodycz, prędko osiągając poziom przesady.

Na słodycz nasunęła się wanilina i korzenne echo, też słodkie. Słodycz była niczym taran.

Mimo że nie gorzka, to element niby gorzkawości w sobie miała. Pomyślałam o czekoladowych piernikach w kakaowej polewie - do bólu przesłodzonych, acz nawet ze śliwkowym podszyciem. Wyszło nieco kwaskawo i soczyście... Jak suszona śliwka-węgierka zsysana z pestki... śliwka nieco upita? Wyobraziłam sobie alkoholowe cukierki "śliwka w czekoladzie". Pod całą słodyczą coś... jakiś charakterek, powaga się krył. Ze śliwkową nutą mieszała się pewna węgielność, kwasek odtłuszczonego kakao i... właśnie śliwek. Wydawały się płynąć także z samej czekolady. Jak nalewka śliwkowa? Likier czekoladowo-śliwkowy?

Nalewka / likier zdecydowanie słodko-korzenny, mocno związany z gorącym kakao i piernikami - jakby takowe kakao (zrobione na wodzie?) podrasować alkoholem, a pierniki nim nasączyć. Mimo że nie pierwszoplanowy, cynamon odegrał w tym ważną rolę, bo i on rozgrzewał. Jedynie raz i drugi zahaczył o goryczkowato-ostry, podkręcony efekt, ale sztuczny się nie wydawał. Na pewno też nie szlachetny, ale... rozkręcający goryczkę i cierpkość. Bardzo też rozgrzewający, dopasowujący się tym do drapiącego w gardle cukru i "alkoholowości".

Cynamon w drugiej połowie rozpływania się kęsa przemieszał się ze śliwką. Jej smak mocno podskoczył, gdy wyłaniać zaczęły się kawałku dodatku. Choć wydawało się to niemożliwe, wzrosła także słodycz. Cukier drapał w gardle (do pary z cynamonem?) i szedł aż w zęby... Śliwka przedstawiła się jako cukrowa, złudnie kandyzowana (realnie taka nie była). Przy kawałkach myślałam o bardzo słodkich suszonych śliwkach kalifornijskich.

Po tym wszystkim jednak, tak już znikając, czekolada wydała mi się bardziej piernikowa, ciepło gorzkawo-cierpka. Taka... jak wypieczone, aż lekko sodowo-suchawe pierniki, pokryte tłustą czekoladą ciemną. Kwaskawą i lekko węgielnie-paloną - całkiem w tym znośną. Na końcówce umocniło się skojarzenie z gorącym kakao (czy nawet czekoladą). Zacukrzonym jednak tak, że przy przełykaniu ostatniej porcji śliny (każdorazowo!) cukier palił... Tylko że zmieszany z cynamonem wychodził tak, że kolejny kęs nie był taką straszną perspektywą.

Na koniec zostałam ze śliwkami, które odciągały uwagę od cukrowości i cynamonu, tonowały trochę przesłodzenie. Zostały z paloną nutą, zacnie się z nią łącząc. Nie były jakoś szczególnie intensywne, ale wyraźne. Niektóre okazały się w pierwszej chwili kwaskawe i słodkie średnio. Inne zaś wydały mi się aż muląco słodkie, jak słodkie suszone śliwki kalifornijskie. Nie były to śliwki marzeń, ale przeciętne, suszone śliwki. Niestety z echem przecukrzonej, kiepskiej czekolady.

Całość wyszła w zasadzie bardzo dobrze jak na tanią czekoladę. Wydaje mi się, że sama baza była też śliwkowa, sama z siebie, a nie że tylko przesiąknięta dodatkiem. Cynamon przełożył się na przyjemne skojarzenie z piernikami i dużo zmienił w rozgrzewaniu, zabarwił kakao korzennie - obstawiam, że bez niego pieczenie wyszłoby tylko cukrowo, a kakao odtłuszczone bardziej dawałoby się we znaki. To dzięki piernikowości całość była do zjedzenia mimo potwornej słodyczy. Kwasek wyszedł na plus, śliwka spoko, mimo że nie najlepsza... Czuję, że gdyby bazą był Wedel 80 %, a cynamon dali prawdziwy, byłoby pysznie (obstawiam, że bardziej gorzka w smaku, a nie słodka czekolada umożliwiłaby wystawienie 9).
Pozytywne, choć przecukrzone, zaskoczenie. Zaskoczyła mnie, że mimo intensywności nie wyszła sztucznie. Zdziwiła mnie też sól w składzie - może podkreśliła pierniki i śliwkę (acz słoności na szczęście nie czuć)?
Po 3 kostkach czułam się trochę zamulona cukrem, ale... nie przeszkodziło mi to w zjedzeniu połowy tabliczki w "dniu niewymagającej czekolady" (koniec tygodnia po nielubianych zajęciach). Potrzebowałam dawki cukru i kakao w piernikowo-tabliczkowej formie. Posiadana ilość wtedy nie przerażała - uznałam, że jakoś to przejem. Gdy jednak przyszło co do czego, jakoś tej drugiej nie dałam już rady, ale to raczej dlatego, że na tabliczki tego typu przeszła mi ochota i tyle, więc drugą oddałam ojcu (sprytnie jednak po dłuższym czasie).


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl (Mama mi kupiła)
cena: 7,99 zł (około; za 220 g)
kaloryczność: 472 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, śliwka suszona w kawałkach 14% (suszona śliwka 95%, mąka ryżowa), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgatory (lecytyny sojowe, E476), naturalny aromat cynamonowy, sól, aromat

PS Recenzja dotyczy wersji z sezonu 2020/21 - zjadłam ją i napisałam tekst kilka miesięcy temu. W tym roku tabliczka znów się pojawiła, ale nie mam pojęcia, czy się nie zmieniła, więc jakby co, ostrzegam.

środa, 1 grudnia 2021

Standout Chocolate Lachua Guatemala 70 % ciemna z Gwatemali

Gdy planowałam degustację tej tabliczki, zrobiło mi się smutno. Miałam wrażenie, że moja przygoda ze Standout zleciała jakoś szybko, za szybko. Może nie pokochałam marki jak np. Duffy's, Marou czy Idilio Origins, ale jej czekolady zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Pozostało mi mieć nadzieję, że ta szwedzka marka z Kållered kiedyś poszerzy swoją ofertę czystych ciemnych, a mnie będzie dane ją poznać. A na razie cóż... została tabliczka w opakowaniu o miętowym kolorze (jednym z moich ulubionych, bo odbieram go jako taki "trupi", acz może akurat nie ten odcień - ten wydał mi się nieco zbyt jaskrawy). Kakao, z którego zrobiono tę czekoladę zakupiono od Uncommon Cacao, a więc firmy, która sprzedaje zbiory Cacao Verapaz, kooperatywy małych, lokalnych farmerów. Właściciel Standout ponoć wyjątkowo chwalił ten konkretny zbiór - to nakręciło moją ciekawość jeszcze bardziej. 

Standout Chocolate Cap-Haïtien Haiti 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Gwatemali, z regionu jeziora Lachuá; fermentacja ziaren trwała 7-8 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie w cieniu 7-10 dni.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, uderzył mnie zapach soczystego banana. Owocu dojrzałego jak należy, ale dość zwartego i... mieszającego się z nutką nektaru / przecieru... z tym że już nie tyle bananowego, co... brzoskwiniowego? Soczystość banana, jego świeżą surowość podkreśliła odrobinka cytryny. Obok tego wyraźnie zarysowała się niemal neutralność, leciutkie przypieczenie należące do ciastek owsianych. Zdrowe ciastka owsiane z nutą masła orzechowego nieco pod jego naporem słabły w trakcie degustacji. Wtedy to na przód przed owsiany wypiek wychodził niemal fasolkowo-neutralny zapach masła orzechowego, podszyty lekką ziemistością / roślinnością. Ta zawracała zaś do soczystości i pewnego kwasku wpisanego w słodycz owoców. Obok masła orzechowego znalazło się bowiem sporo cierpkawych akcentów do bólu zasłodzonych dżemów typu "jelly" z fioletowych, niemal czarnych winogron i jeżyn. Roślinna ziemistość z czasem... kojarzyła mi się odlegle ze szlachetnie gorzkawą herbatą.

Pięknie trzaskająca tabliczka już w dotyku dała się poznać jako tłusto masywna i twarda.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, dość tłusto i zbito-gęsto. Oblepiała paszczę jak rozpływający się, kremowy sernik... owocowy? Soczystość w niej narastała, acz nie rozbiła masywności. Wyciskała się z niej.

W smaku jako pierwsza zaznaczyła się słodycz owoców egzotycznych. Pomyślałam o dojrzałych, soczystych i słodziutkich brzoskwiniach... Może nawet w delikatnym karmelu? 

Karmel krzyknął, huknął. Był delikatny, złocisty; wyskakiwał przed wszystko inne. Nagle wtórował mu puder - cukier puder. Karmel wrzasnął, zagłuszając go. To on wygrał spór i jako łagodny, choć palony i chwilami goryczkowaty, ustabilizował się w dalszej części degustacji. Po tej przepychance słodyczy jednak zza brzoskwiń wychynęły pudrowe banany. Z czasem zaskoczyły na tor bardziej ogólnie bananowy, jak to słodkie i dojrzałe owoce. Brzoskwinie zaś pod wpływem tego wszystkiego zmieniły się w przetwory... może zasłodzone, acz wyidealizowane brzoskwinie w puszce w słodkiej zalewie w zdrowej wersji, jakby duszących się w swoim własnym soku-sosie. Nagle ich soczystość podkreśliły mandarynki. Ich sok z kolei wsparły inne cytrusy.

W tym czasie dość prędko zaznaczyły się też gorzkawe nuty. Gdy tak słodyczowe nuty walczyły, która ma wyjść na przód, w tle gorzkości płynęły spokojnie, tworząc bazę. Najpierw poczułam delikatny węgiel i jego gorzkość. Wprowadził roślinność i pewną fasolkowość - jakby smak zapachu masła orzechowego. Był niemal naturalny. Fistaszki z czasem jednak odezwały się odważniej.

Fistaszki w koszulkach i bez utworzyły masło orzechowe. Kremowe, niemal maślane i delikatne, a jednak z prażono-pieczoną nutką. Wprowadziło pewną suchość, goryczkę. Przez moment pomyślałam o ziemi.

Owoce uchwyciły ziemistość, dodały jej więcej soczystego kwasku. Pomyślałam o niedojrzałej mandarynce i cytrusach - na pewno cytrynie. Polał się ich smakowity sok. Dominował w cytrusowej strefie, acz o goryczkowatych skórkach nie zapomniał. Kwaśność w połowie rozpływania się kęsa przepłynęła przez poszczególne nuty i zajęła miejsce blisko masła fistaszkowego jako kwaskawy dżem-jelly z owoców fioletowych, niemal czarnych. Oto takie winogrona (np. odmiany Melody) i jeżyny jako lepko-gęstawe twory przypomniały o soczystości. Tak jak i wśród słodko-żółtych owoców z początku, była w nich pewna egzotyka. Pomyślałam o jagodach acai, podrzucających cierpkość oraz o wiśniach (aceroli ze względu na egzotyczny wydźwięk?) podsycajacej kwaśność. Zdarzyło im się nawet o coś lekko alkoholowego zahaczyć.

Ziemia chwilowo wzrosła, mieszając się z bardziej roślinnym węglem. Nieco złagodniała, a ja pomyślałam o płatkach owsianych (czy jakimś wypieku z nich?). Fistaszki przemieszały się z... orzechami włoskimi? Też w skórkach. Ich goryczka i cierpkość stała się jeszcze bardziej roślinna i nagle zmieniły się - wliczając w to fasolkowość - w ciemną i gorzką herbatę. Była w pewien sposób gorzka, ale też rześka, roślinna. Pomyślałam o czerwonej, fusiastej herbacie. W pewnej chwili odnotowałam przy niej nawet pewną ostrość... ostrość ziemi? Ziemistej rośliny... czegoś ziołowego? A może egzotycznie ostro-owocowego? Trochę dochodziło do niej owocowych nut, trochę cierpkości ziemi i węgla. (Już sprawdzając recenzję pomyślałam o słodkiej, ale z ostrymi pestkami, papai - nie jestem jednak w pełni przekonana.) Może jak dżem z nutą wina? Albo jakaś... konfitura wiśniowa dodana do herbaty (to luźne wyobrażenie, nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia)? Gorzkość jednak miała taki wydźwięk dość długo.

Aż pod koniec gorzkość ta zmieszała się z maślanością masła orzechowego i poczułam się, jakbym mocną herbatą przepiła jakiś wypiek... drożdżowy? Drożdżowego rogala o gorzkawej skórce? Ewentualnie ciastka owsiane... też przypalone. Przypalone, palono-karmelowe flapjacki? Palony-przypalony karmel zmieszał ziemię, herbatę węgielno-mulistą z fasolkowym, goryczkowatym masłem orzechowym.

Akurat, by zostać w posmaku razem z soczystością ziemi, roślin i owoców cierpko-zasłodzonych. To owoce cierpkie ciemne, ale też banany - wszystko z kropelkami cytryny.

Całość zachwyciła mnie. Banany, brzoskwinie i winogrona, jeżyny wydawały się aż za słodkie, ale nie brak tu kwaśności i cierpkości cytrusów czy charakteru ziemi, ziemistej herbaty. Zacnie połączyły się na masłoorzechowym tle. Poprzypalane nuty może niezbyt pasowały, ale były z kolei tak dziwnie odstające, że intrygujące. Nie do końca moją konsystencję i nieco zbyt szybkie rozpływanie się (znaczy... powolne, ale wolałabym wolniejsze i mniej tłuste) wybaczam. Wpadłam w zachwyt jak śliwka w kompot (banan w herbatę?). Ocenę chyba trochę naciągam, ale po prostu trafiły się w niej nuty i moich ulubionych winogron, i masła orzechowego, i ulubionej herbaty, i bananów, więc nie mogłam inaczej. A do tego ziemia!

Orzechowa, ziemista, trochę pikantna (ale bardziej korzennie) a jednak też bardzo owocowa i to nawet też z brzoskwiniami w puszce była Duffy's Guatemala Rio Dulce 70 %, zaś Georgia Ramon Guatemala 72 % - pudrowa (choć owoce to raczej leśne) i drzewnie-ostrawa. A dżemowo-kwaskawa i zbożowo-ciastkowa, choć ogólnie inna była Utopick 75 % Chivite Guatemala .


ocena: 10/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy