czwartek, 8 stycznia 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon ciemna z Dominikany z cynamonem

Gdy tylko pogoda na wiosnę w Tatrach jako tako się ustabilizowała i zima nawet tam już odpuściła, oczywiście w nie ruszyłam. Może niezbyt rozsądnie wybrałam trudną trasę, ale... po prostu byłam wygłodniała tych wszystkich tatrzańskich smaczków. Ruszyłam zielonym szlakiem z parkingu w Uzkiej Dolinie i poszłam na Baranec przez Mladky i Maly Baranec. Znacząco pod górę, ale to bardzo przyjemny fragment. Wzięłam tam ze sobą tabliczkę hiszpańskiej marki, której jeszcze nie znałam, lecz miałam już parę różnych tabliczek kupionych. Sole to rodzinna firma, robiąca organiczne czekolady, z Barcelony. Wyglądali na bardzo w porządku, tym bardziej że degustacyjne hiszpańskie czekolady sobie cenię. Może i nieco zwyklejsze miały być dobre? Jako ciekawostkę znalazłam, że Sole słodzą swoje cukrem trzcinowym z Brazylii. Nim spróbowałam którąś z zamówionych czekolad marki Sole, jak wspomniałam, kupiłam kolejne. Robiąc bowiem większe zamówienie tabliczek z dodatkami w góry, wypatrzyłam je w przystępnej cenie i uznałam, że dam szansę trochę w ciemno, a potem jeszcze nie umiałam przejść obok innych, jakie zawitały do Auchan. Wszak nawet gdyby posiadane czyste wyszły niesatysfakcjonująco, z dodatkami to przecież co innego. A po prostu ciemnej czekolady z cynamonem to nie jadłam... Nigdy? Wszystkie mi znane były z mieszankami przypraw, gdzie cynamon może i dominował, ale nigdy nie był jedynym, tytułowym dodatkiem, albo z cynamonowymi ciastkami, czymś w cynamonie itd. Czystą po prostu z cynamonem to jadłam mleczną (Dolfin mleczna z cynamonem z Cejlonu) lub białą (Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon). Ale ciemną z cynamonem? Nie! A dziwne, bo w sumie to nie jest rzadka przyprawa. 

Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z Republiki Dominikany z cynamonem.

Po otwarciu poczułam dominujący, mocny cynamon o ostrych skłonnościach, któremu towarzyszyła palona czekolada i który znacząco osłodziła wanilia. Zarówno czekoladowa lekka gorzkość, jak i średnia, nie za wysoka słodycz były palone. Gorzkość szła w cynamonową kawę, natomiast słodycz przypominała karmel o bardzo ciepłym wydźwięku, który zapewne podyktował cynamon.

Tabliczka była twarda jak kamień, a przy łamaniu trzaskała, jakby była zbita i bardzo pełna, trochę krucho, ale nie głośno, raczej średnio.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym, jakby powierzchownie mięknąc. Sprawiała wrażenie twardej, konkretnej wewnątrz. Kształt zachowywała niemal do końca. Połączyła mazistą kremowość z wręcz ziarnistością, za którą stał cynamon. Była dość tłusta, trochę maślaną i faktycznie pełna, konkretna.

W smaku od razu przywitał mnie cynamon i złożona goryczka. Sam cynamon zawarł ją w sobie, jednak bazą gorzkości szybko okazała się palona czekolada. Po chwili zaznaczyła się też średnia słodycz.

Gorzkość wzrosła właśnie w palonym kontekście, serwując czarną kawę. Paloną, ale w sumie łagodną. Jak i sama gorzkość - była wyraźna, ale w sumie łagodna. Szybko przyszła mi na myśl kawa z cynamonem.

Cynamon umacniał się, idąc w ostrawo-gorzkawym kierunku, jednak nie brakowało mu też specyficznej, korzennej słodyczy. Słodycz cynamonu podkreślała wanilia - do odnotowania, jednak początkowo nie tak bardzo jednoznaczna, co później. Cynamon robił się coraz ostrzejszy, jednak ogół nie był mocno pikantny. Charakterny cynamon cały czas przypominał o kakao, podkreślał je. Nie tyle nawet samą kakaową gorzkość, co smak - i kawa zmieniła się w kawę cynamonowo-kakaową.

Słodycz rosła spokojnie, ale konsekwentnie. Długo trzymała się średniego poziomu. Miała lekko palony, karmelowy ton, który w jedno mieszał się z cynamonem. Wanilia dopiero po paru chwilach pokazała się wyraźniej jako ona sama, ale od razu podyktowała szlachetność słodyczy i utrzymała ją, wraz z cynamonem, do końca.
Cynamon był mocno wyczuwalny, poniekąd rządził kompozycją, jej nutami, ale nie zdominował jej. Pozwolił bazie porządnie rozbrzmieć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi słodko cynamonowy karmel i... Melasa? Ciężkawa, ale jakoś niecodziennie nie aż tak mocno palona i... Nagle się zatraciła. Wanilia wypchnęła ją z gry.

Wanilia przywołała kawę, która traciła pewność siebie. Odzyskała ją, ale jako cynamonowa latte. Z wyraźną kawową bazą. Wizja ta nie utrzymała się jednak długo, bo mleczność zaraz jakoś zniknęła.

Słodycz poszła w kierunku maślanego kremu z orzechów laskowych z cynamonem - wyobraziłam sobie słodką masę do np. tortów najwyższej jakości. Raz czy drugi zrobiła nawet nieśmiałą aluzję do kremu orzechowego, słodzonego bananami, ale to było tak ulotne, że w przypadku wielu kęsów umykało. Słodycz końcowo graniczyła z przesadą, ale w ostatniej chwili się zatrzymywała. Cynamon trochę modyfikował ten efekt, narzucając rozgrzewanie nie od słodyczy, a ostrości.

Pikanteria całkiem znacząco wzrosła do poziomu prawie wysokiego, jednak tak splotła się z palonym kakao, że nie odbierałam tego jako ostrość. Kakao w zestawieniu z cynamonem, wyszło bardziej cierpko. Cynamon przy wsparciu słodyczy jakby miał ochotę zaznaczyć się w gardle, lecz nie robił tego.

Po zjedzeniu ostał się posmak cynamonu, łączącego w równych proporcjach słodycz, ostrość i goryczkę oraz waniliowej kawy. Czułam jej palony motyw, trochę złagodzony słodko kremową maślanością.

Byłam w szoku, jak świetnie zagrał cynamon, lekko gorzka czekolada i charakterna słodycz. Ta wydawała się tak wyraźnie waniliowa, że upierałabym się, że jest dodana. Kawowy charakter bazy idealnie pasował do tych przypraw! I nawet wysokość słodyczy w żadnym wypadku nie wyszła tu na minus. Wszystko pasowało, współgrało, podkreślało się i uzupełniało!


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,46 zł
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, cynamon 2%

wtorek, 6 stycznia 2026

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate ciemna z Filipin

Po pierwszym zetknięciu z marką Kankel już wiedziałam, że będę chciała porządniej ją poznać. W Kankel Cacao Craft Chocolate Uganda 80 % czułam przesłanki, że z tym hiszpańskim producentem tego samego oczekujemy od czekolady. A jednak już pierwsze spojrzenie wystarczyło, by odkryć, że coś się zmieniło. Wygląd opakowań i to, na co położono na nich nacisk - to jedno. Ale może też... podejście do czekolady? Dziś przedstawiana była opisywana jako intensywna, a po tym, co ponoć można w niej poczuć... bardzo mi się to podobało. Czułam, że mnie zachwyci. Tabliczkę zrobiono z ziaren hodowanych i zbieranych przez lokalnych farmerów w Tupi z południowej części regionu Cotabato. I to nie byle jakich ziaren, a konkretnie hybrydy, kreolskiej odmiany trinitario, które pochodzącą z regionu Davao.

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario z Filipin, z prowincji Cotabato, z gminy Tupi.

Po otwarciu poczułam zapach drewna i grejpfruta, które wydawały się ze sobą koleżeńsko ścigać. Drewno ustanowiło poważną bazę, przekładając się na myśl o wycince w lesie liściastym. Grejpfrutowi kibicowały inne owoce: pomarańcza, kwaśny ananas, jakby bardziej egzotyczny cytrus i dojrzałe, miękkie, a co za tym idzie słodkie kiwi. Owoce połączyły subtelny kwasek ze słodyczą. Ta nie poprzestała na owocach, bo i delikatnie palony karmel wyraźnie czułam. Pojawiło się jeszcze śmietankowe echo, które jakby trochę łagodziło całość. 

Suchawa w dotyku tabliczka trzaskała dość głośno w chrupki sposób. Wyglądała na ziarniście-szorstką.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkawym. Początkowo trochę kremowo, po chwili zaś bardziej pyliście. Była dość zbita, ale ochoczo mięknąca. Odsłaniała szorstkość, wręcz piaszczystość. Wyszła suchawo, nietłusto, a z czasem soczyście. Mimo to, po zniknięciu zostawiała złudną suchawość.

W smaku pierwszą poczułam średnią słodycz śmietankowego, lekko palonego karmelu. Palony aspekt w zasadzie zaraz prawie się w ogóle zawieruszył. Śmietanka zaś pilnowała, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Za słodyczą przemknął kwasek, sugerujący cytrynę. Cytrynę, która przechodzi w jakieś bardziej egzotyczne, soczyste cytrusy. Kwasek oddalił się jednak na tyle, że trudno było doprecyzować.

Z czasem raz po raz śmietanka zaczęła wydawać mi się bardziej mleczna, ale wciąż zgrana z karmelem. Zaczęły układać się w karmel coraz łagodniejszy, coraz bardziej mleczny.

Kwasek trzymał ten lekko egzotyczny wydźwięk. Karmel zaczął mieszać się z soczystością, ale jakby obok tego kwasku. Poczułam słodkie cytrusy, głównie bardzo dojrzałego, słodko-cierpkawego grejpfruta. Obok pojawiła się jeszcze bardzo słodka pomarańcza i... coś. Pomyślałam o bardzo słodkim, egzotycznym cytrusie - słodziutkiej skórce kumkwatu? Palona nutka przeszła w cytrusową goryczkę.

Gorzkość ogółu była jednak niska. Z tła wyłoniło się drewno. Pomyślałam o szarych bukach, które... są właśnie cięte? Wyobraziłam sobie wycinkę w lesie, a więc świeży aromat ciętego drewna pośród innych zielonych drzew. Cięte drewno kryło trochę pikanterii... Pikanterii robiącej aluzje do przypraw?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owocowy kwasek trochę wzrósł, acz ogólnie wysoki nie był. Bynajmniej nie w cytrusowym kierunku. Należał do egzotyki - pomyślałam o kwaśnym ananasie i nagle osłodziły go inne, egzotyczne owoce. Słodkie, miękkie zielone kiwi, w którym przewijała się lekka cierpkość.

Słodkie cytrusy i cytrusy egzotyczne wzbogaciły się o cytrusową pikanterię... Pieprzu cytrusowego? Nagle wszystkie owoce jakby zlały się w jeden wątek - chyba właśnie przyprawy podziałały na nie tak jednocząco.

Przyprawy poniekąd mieszały się z ciętym, świeżo-ostrym drewnem. Gorzkość ostrożnie je podkreślała, sama za bardzo nie wchodząc do gry, ale jednak odrobinę wzrastając. W te świeżość i drewno wemknęły się słodko-pikantne kwiaty. Trochę i z przyprawami znalazły coś wspólnego. Zmieniły słodycz z karmelowej i owocowej na właśnie kwiatową, będącą czymś z pogranicza wspomnianych.

Owoce załagodził  trochę... jogurt? Mleczny wątek nagle przejął kwasek od owoców, osłabiając go jeszcze bardziej. Za to dosładzając na moment. Wyobraziłam sobie jogurt zmiksowany z egzotycznymi i cytrusowymi owocami, całe smoothie jogurtowo-owocowe. Po chwili jogurt zaczął zmieniać się w śmietankę, a owoce zaczęły słabnąć.

Śmietanka załagodziła słodycz, gorzkość i owocowość, ale nie wzruszyła przypraw. Przez moment myślałam jeszcze o wanilii, a więc czymś słodszym za sprawą śmietanki i kwiatów, ale nie trzeba było długo czekać, by pieprz cytrusowy zmienił się po prostu w czarny, ciężkawy pieprz. Do głowy przyszedł mi też specyficznie ostry, wyrazisty kardamon. Zrobiło się dość ostro. Drewno wpisało się w ostrość.

Po zjedzeniu został posmak nie mocno, ale z zasady ostrych i aż trochę gryzących w język przypraw, w tym kardamonu, oraz ciętej, ostrawego drewna i słodycz kwiatów - też lekko ostrych. Do głowy przyszedł mi jeszcze pikantny pieprz, jednak ogółem wcale tak ostro w posmaku nie było. Wrócił bowiem śmietankowy karmel oraz sporo owoców: grejpfrut, pomarańcza i jakby cytryno-ananas.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że czułam niedosyt gorzkości. Świeżo cięte drewno w lesie liściastym, ostre kwiaty i przyprawy: pieprz z kardamonem, mieszające się z owocami cytrusowymi i egzotycznymi, w których najwięcej miał do powiedzenia grejpfrut, ale czułam i cytrynę, kiwi i ananasa stworzyły ciekawą kompozycję. Śmietanka, śmietankowy, mało palony karmel trochę to i łagodziły, i dosłodziły, ale w żadnym wypadku nie było za łagodnie czy za słodko. Acz słodko znacząco. Choć też za sprawą owoców (w tym grejpfruta, który tu był bardzo, bardzo słodki i niekwaśny - kwasek należał do innych owoców, głównie ananasa, co wyszło trochę zaskakująco i intrygująco).

Ananas, roślinna rześkość, przyprawy - w zasadzie skojarzyło mi się to i jeszcze parę akcentów (ale te najbardziej) z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 %. Miłe skojarzenie, a i ogólnie poziom podobny.


ocena: 8/10
cena: €7,90 (za 75g; około 34 zł)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant ciemna mleczna 60 % z nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanymi wafelkami

Czekolada Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel odkąd przeczytałam jej opis, jeszcze zanim spróbowałam, wydawała mi się zbyt namieszana i przeładowana. Degustacja utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Po niej pomyślałam, że dziś przedstawianą sobie odpuszczę bez żalu, skoro do mnie nie dotarła. A jednak parę miesięcy później dostałam ją od dystrybutorki. Może bez ogromnych nadziei, ale jednak z lekkim optymizmem się za nią wzięłam. Może właśnie okrojenie pomogło i w tej nadzienie zaprezentuje się lepiej? Warstwa wiśniowa stopowała bowiem potencjał orzechowej.


Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana (42%) nugatem / praliną z orzechów laskowych z (14%) "brittle" wafelkowym, czyli karmelizowanymi wafelkami oraz cienką warstewką mlecznej czekolady o zawartości 40% na spodzie*.
*A przynajmniej tak jest w opisie.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach orzechów laskowych, łączący w sobie orzechy karmelizowane oraz nugatowe. Mam na myśli charakternie palony karmel oraz mocno mleczno-maślany, słodki, ale nieprzesłodzony nugat. W jedno mieszał się z mleczną czekoladą, jednak zwłaszcza po przełamaniu wydawało mi się, że nie tą z wierzchu. Ta bowiem jawiła się jako motyw wytrawniejszy, trochę chlebowy, może złudnie marcepanowy, choć też nie brakowało jej pełnego, naturalnego mleka i stała obok. Jakby tak obok położono nugat z laskowców i mlecznej czekolady oraz charakterniejszą, bardziej kakaową mleczną czekoladę.

Tabliczka w dłoniach wydawała się masywna i ciężka, jednak niekoniecznie twarda. Poniekąd miała w sobie coś z twardości, ale nawet nie wiązało się to z trzaskiem. Nie trzaskała. Podczas łamania słychać za to chrzęst nadzienia. Wafelków w nugacie nie widać, lecz bardzo dobrze je słychać.
Trochę zaskoczyło mnie, że w przekroju nie widać warstewki jaśniejszej, tej mlecznej czekolady 40%, o której jest mowa w opisie oraz którą widać na zdjęciach producenta. W jednym miejscu wydawało mi się, że może na coś takiego trafiłam (i próbowałam to rozwarstwić nożem), ale... chyba moja czekolada była jednak bez tej warstewki.
Gdy robiłam kęsa, nadzienie wydawało się trochę delikatne i wtedy pod zębami też dobrze słychać chrzęst wafelków.
W ustach czekolada z wierzchu rozpływała się kremowo, w średnim tempie. Dała się poznać jako maziście-tłusta i ochoczo mięknąca. Jeśli była tam jakaś warstewka, to kompletnie nie czuć jej w strukturze.
Krem orzechowy także starał się wpisać w miękkość, ale wyszło mu to tylko częściowo. Był bowiem dość masywny, zbity i maślany. Czułam w nim oleistość, lekko pyłkowy efekt, choć ogólnie starał się pokazać jako bazowo gładki. Wszystko to jednak szybko odeszło w niepamięć, bo uwagę zaczęły przyciągać wyłaniające się wafelki. Nugat rozpływał się dość szybko.
Kawałków wafelków w nugacie zatopiono mnóstwo. Były tam malutkie, średnie i trochę większych.
Wafelki wolałam gryźć różnie, ale raczej na koniec, gdy wszystko już zniknęło, a tylko na próbę parę razy pogryzłam je szybciej, starając się robić to obok czekolady. Wtedy dodawały porządnego chrzęstu, były delikatne i krucho-chrupiące, w tym część w cukrowy sposób.
Wafelki gryzione na koniec częściowo zachowały chrupkość, ale większość zwilgotniała, zmiękła i zaczęła się częściowo rozpuszczać. Niektóre wyszły miękkawo, inne miękkawo-gumiasto, trochę jak "jadalny papier". Malutkim zdarzało się cukrowo rzęzić.

W smaku czekolada roztoczyła paloną gorzkość, do której powoli dołączyła także palona, karmelowa słodycz. Po chwili dopłynęło też pełne mleko, przechodzące w śmietankę. Czekolada wydała mi się lekko chlebowo-orzechowa sama z siebie, a nie tylko przesiąknięta nadzieniem (choć to pewnie też).
Spróbowana osobno jawiła się jako bardzo subtelnie gorzkawa, a tak to intensywnie mleczna i naturalnie orzechowa. W zestawieniu z nim, nadzienie podkreślało orzechowość i wydobywało gorzkość czekolady.
Czekoladę mleczną czuć cały czas, acz na większość degustacji wycofała się i pozwoliła prezentować się wnętrzu.

Z czasem mleczność i słodycz rosły. Może za sprawą zakamuflowanej warstwy mlecznej czekolady 40%, może po prostu za sprawą mieszania się czekolady z nadzieniem. Kakaowo palony akcent wierzchu jednak się nie zatracił. Po prostu obok wzrosła mleczność.

Nadzienie podchwyciło orzechowo-mleczne wątki. Przywitało się wyraźnie nugatowo słodkim motywem orzechów laskowych, po czym dodało jeszcze nutę maślaną. Choć było bardzo nugatowo, słodycz trzymała się średniego poziomu. Wiele do powiedzenia miał wątek prażonych orzechów laskowych. Wnętrze trochę kontynuowało też mleczno czekoladowy smak - jakby i do niego wtopiono mleczną czekoladę.

Kiedy spróbowałam osobno samego nadzienia, miałam wrażenie, iż faktycznie i w nim pojawia się nuta mlecznej czekolady... a w zasadzie mleczniusiej czekoladusi, wpisanej w głęboką, laskową nugatowość, która jednak po paru chwilach przegrywała z wafelkami. Jeśli nuta czekolady w nadzieniu nie była złudna, na pewno nie była to czekoladowość choć trochę gorzka.

Słodycz rosła za sprawą wyłaniających się z nugatu kawałków - były to cukrowo-karmelowe wtrącenia. W tym konkretnie karmelowych, cukrowych wafli - pomyślałam o waflach duńskich.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z kremu wyłoniła się oleistość jakby oleju orzechowego. Laskowce z jednej strony wyszły jakoś rozmyto, z drugiej zaś motyw prażenia przybrał na sile - cukrowe wafelki nie pomogły samej laskowości, za to prażeniu-pieczeniu owszem. Z czasem jeszcze oleistość mieszała się z delikatną gorzkością, wydobywając ją z pobrzmiewającej w tle gorzkawej czekolady mlecznej. Ona, orzechowa oleistość i wafelki przez moment grały jakby przeciw laskowej nugatowości.... Mleczność nadzienia za to miała się dobrze i udało się się przywrócić smaczek orzechów laskowych (acz już osłabiony).

Coraz bardziej wyłaniająca się drobnica mocno rozkręciła słodycz palonego, karmelizowanego cukru. Za nią przemykały akcenty pieczone i pszenne. To a to trochę przygłuszało, a to na nowo podkręcało orzechowość. Ze dwa czy trzy razy wśród wafelków mignęło mi echo soli, podkreślające słodko-karmelowo-prażony motyw wafelków.

Wafelki gryzione obok czekolady przypominały po prostu trochę bardziej karmelowy cukier. Podnosiły słodycz i zagłuszały nuty i oleju, i orzechów laskowych (co miało więc plusy i minusy).

Czekolada po debiucie nadzienia z wafelkami wyszła jednak jeszcze bardziej gorzko, porządnie palono. Jej mleczność i słodycz wydawały się bardzo subtelne. Przypomniała sobie o niemal wytrawnej, chlebowej nucie.

Gryzione na koniec wafelki wciąż pobrzmiewały karmelem, trochę cukrem i były ogólnie znacząco słodkie, ale smakowały też wyraźnie lekko wypieczonymi wafelkami. Niektóre wydawały się bardziej maślane, wręcz lekko... wafelkowo-gofrowe? A przy nielicznych mignęła mi sugestia soli.

Po zjedzeniu został posmak łagodnych, cukrowo słodkich, trochę karmelowych wafelków, wkomponowanych w karmelowo-maślano-mleczne, nugatowe, ale nieprzesłodzone realia. Wafelki i mleko, karmel grały pierwsze skrzypce, orzechy znalazły się w tle, a czekoladowość prawie odeszła w zapomnienie.

Czekolada wyszła o wiele lepiej, bo bardziej przejrzyście niż Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel. Była zwyczajnie smaczna. Jednak i ona mnie w sobie nie rozkochała... To znaczy wśród dawnych Zotterów byłaby nudna, wśród nowych kiepskich jawi się jednak jako jedna z lepszych. Doceniam ją jako tabliczkę orzechowo-wafelkową, choć to nie w 100% moja bajka. Jak dla mnie wyszła trochę za słodko i nudno, a do tego ze strukturą, za jaką nie przepadam: do ciągłego gryzienia i to najlepiej wcześniej, bo potem wafelki robiły się mniej atrakcyjne. Podobało mi się, że całość nie była przesłodzona, mimo że mocno nugatowa, że czekolada na wierzchu miała gorzkawy charakterek, jednak do nadzienia niepotrzebnie wkradła się oleistość. Można było zrobić je lepiej (bardziej orzechowo-czekoladowo-mlecznie?).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy laskowe 19%, miazga kakaowa, wafelkowe brittle (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowany ekstrakt słodu jęczmiennego, sól), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olej z orzechów laskowych 2%, emulgator: lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, anyż gwiazdkowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

sobota, 3 stycznia 2026

Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate ciemna

3 tabliczki Klingele Chocolates from Heaven kupiłam jako czekolady, które wyglądały jako tako, ale pierwsza spróbowana (Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate) okazała się pyszna. Ciekawiło mnie, jak producent poradził sobie z wyższą zawartością, dla któej przypisał inny region. Szkoda tylko, że zamiast opisać trochę kakao, z jakiego zrobił tę czekoladę, zdecydował się opisać peruwiańską dżunglę, przypominając, że wśród drzew jest mnóstwo małp, tukanów i nawet jaguary. Hm... czy miało to znaczyć, że... w tabliczce nie poczuję nudy, a i coś z pazurem zawita?

Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Peru, z amazońskiego lasu.

Po otwarciu poczułam zapach ziemi i torfu oraz ziarenek dla gryzoni. Za ziemią kryło się coś palonego, może nawet odrobinka dymu, a z kolei w ziemi... jakby świeższy, żywszy motyw jakiś roślin. Do głowy przyszły mi bulwy, wykopki,... ziemniaki?! Może nie zupełnie, ale coś blisko; coś wytrawniejszego. A jednak ogólna słodycz i tak wyszła znacząco, choć nie wysoko, a średnio. Wpisywała się w owoce. W tych przewodziły pomarańcze. Po nich były mandarynki z echem pomarańczowo-cytrusowych galaretek. Za nimi doszukałam się jeszcze jakiś cierpkawych czerwonych, ale niedookreślonych owoców. Może wiśni i porzeczek?

Tabliczka w dotyku była konkretna, zdradzała trochę tłustość, a jednocześnie sprawiała wrażenie trochę suchej. Podczas łamania wydawała się z siebie głośne trzaski, obiecujące zbitość. 
W ustach rozpływała się wolno, kremowo tłusto. Wyszła masywnie, a kształt zachowywała niemal do końca. Z czasem obok tłustości pojawiło się lekko suche wrażenie, a w tle akcent cierpko-ściągający, nawet w porywach soczyście-ściągający. Czekolada znikała tłusto-rzadko.

W smaku najpierw poczułam gorzko-cierpki dym, a tuż za nim palono-karmelową słodycz, która na wydźwięk bardzo starała się do niego dopasować. Ale nie podpasować. Rosła znacząco, więc po sekundzie czy dwóch wyprzedziła dym, starając się skupić na sobie uwagę, i już zaczęła zajmować pierwszy plan, gdy... Stały się dwie rzeczy.

Przemknęły mi jakieś cierpkawe, potencjalnie kwaskawe czerwone owoce i...

Zagrzmiała gorzkość ze zdwojoną siłą. Dominował w niej dym, a zaraz umocniła go czarna ziemia. W większości gorąca, rozgrzana, ale i... wilgotniejsza? Pomyślałam o jakiś wykopkach, gdzie przekopuje się ziemię, a ta ujawnia... bulwy? Doszukałam się w niej coś roślinnie-wytrawniejszego. Żywszego? Ziemia ze względu na paloność wpisywała się w gorąc, rozgrzanie, ale jakby tęskniła za wilgocią.

W czasie, gdy gorzkość rozpościerała skrzydła, czerwono owocowe przebłyski robiły się coraz wyraźniej wiśniowe. Acz o kwasku tak osłodzonym, że do głowy przyszedł mi budyń wiśniowy.

Rośliny i bulwy skryte w ziemi zmieniły się w ziarenka-karmę dla gryzoni. Wciąż czuć więc roślinność, ale... suchszą? Dym odsłonił jeszcze popiół i węgiel, dokładając do mocno palonego wątku. Chwilami miałam wrażenie, że dym trochę... upraszcza całość? Stopuje głębię? Słodycz nie śmiała się wychylić z paloności, więc długo pozostawała głównie karmelowa, ale i z owocową nutą sympatyzowała.

Aż nagle z tej odrobiny, w zasadzie prawie znikającej wilgoci, wyłoniły się owoce. Zaczęły czerwone, cierpkie i niezbyt jednoznaczne, umacniając wcześniejsze przebłyski. Wplotły trochę kwasku i przedstawiły się jako mieszanka wiśni i czerwonych porzeczek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa średnia, już nierosnąca słodycz podchwyciła ten żywszy, niemal soczysty ton i wzbogaciła karmel o kwiaty.

Upraszczający kompozycję (?) dym, lżejsza słodycz wpuściły do kompozycji delikatny maślany motyw.

Kwiatowe echo zmotywowało owoce. Pokazały się kwaśno-soczyste, cierpkawe za sprawą skórek pomarańcze, a tuż po nich mandarynki. Te bardziej mieszały się z kwiatami i słodyczą. W końcu słodycz popłynęła i z pomarańczy. Albo... obok owoców pojawiły się słodkawo-cierpkie galaretki cytrusowo-pomarańczowe oraz wiśniowe (bo i coś słodkiego, wiśniowego wróciło)? Jakieś wymyślniejsze, z sokiem; nadziewane. Wyobraziłam sobie galaretkę w kakaowej polewie.

Słodycz ogólnie nabrała pewności siebie, ale i wytrawniejszy motyw nie zniknął. Pomyślałam o średnio dojrzałym plantanie, który łączy ziemniaka i banana. Znowu miałam w głowie bulwy kryjące się w ziemi, choć ziemistość - jakby z ciekawością - pozwoliła przez pewien czas słodyczy zaprezentować się na swój sposób.

Do głowy przyszły mi zielonkawe, cierpkie banany. To był moment, w którym ziemia i dym uderzyły znowu. Ziemia zdominowała wszystko, a cierpki dym agitował resztę nut do niej, by się jej podporządkowały. Dym miał krył cierpkość, prostotę kakao w proszku. Był jakby... upraszczający? 

Po zjedzeniu został posmak dymu i karmelu - słodycz bowiem jakoś kontrastowo wyskoczyła po tym mocniejszym zagraniu ziemi i dymu. Zaplątały się kwiaty i trudny do uchwycenia banan... Może bardziej ziemniaczany plantan? W tle tlił się też chyba owocowy, ale niejasny kwasek.

Czekolada smakowała mi, ale wyszła za bardzo dymnie-cierpko w zagłuszający, upraszczający sposób - zapewne przez kakao w proszku. Mimo to, dym częściowo i do zalet się wpisał, bo jednak napędzał gorzkość. Ziemistość była cudna, a motyw bulw, wykopków dziwny, ale ciekawy. Karmel, do którego dochodziły kwiaty oraz owoce czerwone, pomarańcze i mandarynki okazały się ciekawymi, dynamicznymi nutami.


ocena: 8/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,48 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, odtłuszczone kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa

piątek, 2 stycznia 2026

Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 %

Ostatnio miałam jakąś czarną serią w kremach orzechowych. Trafiały mi się kiepskie, a gdy kombinowałam z zamiennikiem tahini Ekogram i raz kupiłam tańsze tahini LOPER DE GRAFF SP Z O.O. na zlecenie Słodkie Hawo dla Auchan, marketowy czort okropnie wyszedł w tej formie. Uznałam, że to znak, że przyszła pora na krem 100%, obojętne z czego. Te jakoś nie rozczarowują. Mogą być smaczne bardziej lub mniej, ale zawsze smaczne. Markę i sklep ze zdrową żywnością Pi-nuts znalazłam, szukając nieodtłuszczonego kakao w proszku, a krem kupiłam, by opłaciła się przesyłka. Wyglądał... zwyczajnie, co napawało optymizmem. 

 Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 % to krem 100% z orzechów laskowych prażonych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu rozbrzmiał zapach lekko, ale znacząco prażonych, naturalnie słodkich orzechów laskowych. Trzymało się ich echo, które dopowiadały mleczną czekoladę. Po przemieszaniu i w trakcie jedzenia prażony element wydawał się lekko nasilać, umacniając tym samym słodycz.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, zgarnęłam go trochę dosłownie na czubku łyżeczki, ale to tylko dlatego, że zawartość słoiczka od góry do samego dna była płynna. Zawartość miała formę oleistego sosu ze średnią ilością drobinek orzechów. Krem był nieprzyjemnie rzadki.
W ustach próbował trochę zgęstnieć, ale i tak był rzadki. Rozpływał się szybko. Wydał mi się oleiście-lepkawy, a także tłusty w nieprzyjemny, właśnie oleisty sposób. Miał miękkawe zapędy tam, gdzie był odrobinkę mniej rzadki, ale i tak bardzo brakowało mi w nim kremowości. Choć jedząc co i raz mieszałam, skórki opadały na dno i końcowo na samym dnie była ich kumulacja, a masa minimalnie mniej lejąca. Kawałeczki i drobinki orzechów oraz skórki pływały w nim luźno, nie nadały miazgowego efektu. Odniosłam wręcz wrażenie, że jeszcze rozrzedzają bazę i przyspieszają rozpływanie się. Wymuszały też wcześniejsze podgryzanie.
Ogólnie jednak kawałki gryzłam, gdy masa zniknęła. Malutkie kawałki i drobinki orzechów oraz ich skórki w porywach były chrupkawe. Większość bardziej trzeszczała i skrzypiała niż chrupała.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz prażonych orzechów laskowych z echem oleju. Tuż za nimi zaznaczyła się goryczka, sugerująca czekoladę. Nie mleczną jak w zapachu, ale ciemną i gorzkawą.

W tle wyraźnie mignął mi olej i choć zaraz próbował się ukryć, raz po raz wyłaniał się bardziej.

Prażenie rosło wraz ze słodyczą, początkowo w równym stopniu. Po pewnym czasie jednak prażenie spoczęło na średnim poziomie, a słodycz rosła dalej. Była w pełni naturalnie orzechowa, a skojarzenie z czekoladą się w nią wpisywało.

W oddali cały czas czaiła się oleista nutka. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach oleistość umożliwiła słodyczy podbicie pierwszego planu. Przygłuszyła też skojarzenie z czekoladą, kierując myśli ku delikatnej, mleczno-maślanej bułeczce drożdżowej, którą skąpo posmarowano kremem orzechowym.

Z czasem jednak prażeniu udało się na chwilę przygłuszyć oleistość i podkreślić goryczkę. Wydobyć ją przed to bułeczkowe łagodnienie. Gorzkość zaczęła rosnąć i zrobiła się w pełni orzechowa. Nie miała jednak za wiele wspólnego z orzechowymi skórkami. Mieszała się z orzechową słodyczą, z czasem coraz bardziej ją sobie podporządkowując.

Końcowo było bardziej gorzko, wciąż prażono i słodko, ale jednak gorzko orzechowo. Mdławo oleiste echo zamiast mocarnej orzechowości sprawiło, że goryczka ta wyszła jaskrawo osamotniona.

Gryzione na koniec kawałki orzechów w większości smakowały po prostu słodkawymi, prażonymi laskowcami. Kawałki i skórki wystąpiły oddzielnie. Na skórki, które wniosły coś znaczącego w smaku, natknęłam się dopiero na sam koniec - te były gorzkie, ale w inny sposób niż gorzka była masa orzechowa. Gorzkie skórkowo.

Po zjedzeniu został oleisty posmak prażonych średnio mocno, słodkawych orzechów laskowych, trochę przeplecionych gorzkością skórek orzechowych.

Krem rozczarował mnie  konsystencją. Mało, że lejąca... ona była smutnie rzadka, jak olej. Oczywiście przełożyło się to na oleisty smak. Przez to  goryczka panoszyła się w nieprzyjemny sposób - gdyby została zestawiona z mocną orzechowością, byłoby ok, ale właśnie... Tu laskowcom zabrakło mocy. Było i słodko, i nie za mocno prażono, ale właśnie wszystko to nie było tak intensywnie orzechowe, jak mogłoby.


ocena: 6/10
kupiłam: sklep.pi-nuts.eu
cena: 13,45 zł za 100g
kaloryczność: 696 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe

środa, 31 grudnia 2025

Alter Eco 90 % Peru Chocolate Negro ciemna

Przyszła pora na czekoladę amerykańskiej marki Alter Eco, co do której byłam najbardziej sceptyczna i odkładałam ją w czasie, trochę nietypowo dla mnie. Przeważnie potencjalnie mniej smaczne wolę zjeść najpierw. Tu trochę obawiałam się, że przy tak wysokiej zawartości kakao wyjdą na jaw niedociągnięcia lub wady. Acz mimo to, udało mi się podejść do niej bez większych wyobrażeń, nadziei czy obaw. Z tego, co dowiedziałam się ze środka kartonika, czekoladę zrobiono z kakao kupionego od kooperatywy Acopagro, z którą współpracują od 2008 roku. Mali farmerzy, zrzeszeni w jej ramach, pracują w Parku Narodowym Rio Abiseo, dbając, by zachować bioróżnorodność. Kupno kakao odbywa się w ramach sprawiedliwego handlu i dzięki uczciwym cenom za kakao, wielu producentów uwolniło się od uprawy koki w latach 2000. i odzyskali w ten sposób swoją godność.

Alter Eco 90 % Peru Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Peru, z amazońskiego lasu deszczowego.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach dominujących kwaśno-cierpkich wiśni, osłodzonych... syropem klonowym? Wyobraziłam sobie wiśnie w palonym, słodkim i jakby lekko drzewnym syropie. Mieszał się z gorzkimi, spalonymi drzewami oraz drewnianymi meblami. Ze względu na ciepło kompozycji, do głowy przyszedł mi jeszcze ciepło-przytulny zamsz. W harmonii splatał się ze znaczącą, niemal duszną, słodką nutą wanilii. Ta wydobyła z kompozycji maślaność, acz nie udało jej się całości załagodzić. Sprzeciw na to zgłosiła też nutka grejpfruta i cytryny, kryjących się za wiśniami.

Tabliczka wydała mi się sucha i krucha w dotyku. Przy łamaniu potwierdziła się jej kruchość. Acz była to kruchość skalista. Twarda czekolada wydawała z siebie głośne trzaski.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę niechętnie, później już łatwiej. Miękła, eksponując gęstość oraz pewną suchawość, mieszającą się z coraz silniejszą tłustością. Ta wyszła masywnie, zbito-maślano, jednak ze względu na pobrzmiewającą suchawość, pylistość czekolada nie wyszła za tłusto. Okazała się za to dość kremowa i mazista. W porywach zdobywała się na soczystość, a na koniec trochę taninowo ściągała.

W smaku pierwszą poczułam subtelną, trochę paloną słodycz, którą szybko przeciął cierpki kwasek. Oczami wyobraźni patrzyłam na kwasową smołę.

Słodycz trochę rosła, a że paloność ogółu szybko zajęła znaczącą pozycję, słodycz też przystała na właśnie palony wydźwięk. Sporo paloności okazało się budować gorzkość albo w zasadzie bazę, grunt pod nią.

Smoła otworzyła drogę gorzkim, poważnym i ciężkim nutom, lecz w jej kwaśności nagle rozbłysła kwaśność lżejsza, soczysta. Należała do wiśni. Wiśnie przecięły smołę, nadały całości trochę lżejszego tonu, acz same nie były takie znowu lekkie. Wszak to owoce kwaśno-cierpkie. Gorzkość i tak była wszechobecna i silna... Próbowała dominować, ale to wiśnie rządziły kompozycją. Wiśnie, których trzymało się echo wytrawnego, ciężkawego wina?

Wiśnie dojrzałe, acz kwaśne. A tylko trochę dosłodzone... syropem klonowym? Słodycz jawiła się jako trochę przypalona, a mi do głowy po pewnym czasie przyszły wiśnie duszone w syropie klonowym. Wino... zrobiło się półwytrawne, lekko słodkawe i... zniknęło? Słodycz trochę wzrosła, acz cały czas była raczej niska.

Wiśnia raz po raz wychodziła na przód ze swoimi bardziej kwaśno-cierpkimi nutami. Choć częściowo wiązała się ze słodyczą, nie była to jedyna płaszczyzna, na jakiej działała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa smoła już w ogóle zaczęła się rozmywać i zmieniać w spalone drewno. Drewno to przyniosło trochę ciepła. Ciepła milutkiego w dotyku zamszu? Zamsz osadził te poważniejsze nuty w realiach bardziej udomowionych: wyobraziłam sobie drewniane meble i zamszowe obicia, odzież. Ogólna gorzkość była wysoka, jednak pokazała się jako bardziej ugodowa.

W tle, w kwaśności odnotowałam jeszcze cytrusy. Przypieczętowujące koniec ze smolistymi wątkami. Wiśnie i cytryny, trochę grejpfruta przejęły niemal całą kwaśność kompozycji.

Słodycz trochę złagodniała, wyłoniła się z niej wanilia, syrop klonowy zaś uciekł. Wanilia mieszała się z cytrusami, osadzając je w delikatniejszy wątek tortu cytrusowo-waniliowego. Z trochę nadto przypieczonymi biszkoptowymi warstwami.

Syrop klonowy ukrył się w motywie drzew. Drzewa stanęły po poważniejszej, gorzkawej stronie. Było ich coraz więcej. Czasem wydawało się, że podłączają się pod nie prażone migdały ze skórkami.

Trudno było to z całą pewnością stwierdzić, bo na końcówce wiśnie zaczęły przeżywać renesans - jakby tak w torcie między maślano-biszkoptowymi warstwami, w waniliowo-cytrynowym kremie raz po raz trafiać na kwaśne bomby: całe, jędrne wiśnie. Wiśnie... nasączone winem?

W tle pobrzmiewała subtelna maślaność, jednak nie pchała się zbytnio na przód, nie łągodziła tego wszystkiego za bardzo; po prostu sobie pobrzmiewała.

Po zjedzeniu został posmak wiśni, do których dołączyła smoła i trochę wina, oraz cytryny z syropem klonowym. Ten już nie był tak wyrazisty, przechodził w motyw spalonego drewna i mebli drewnianych. Wyłoniła się wanilia - na koniec wydawała się być tu jedynym słodzidłem.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Bałam się, że tak wysoka zawartość kakao okaże się podbita sztucznie tłuszczem czy coś i będzie mdło, ale nie. To pełna smaku tabliczka, serwująca smołę, zmieniającą się w spalone drewno i meble drewniane z zamszem oraz wiśnie, wiśnie duszone w syropie klonowym, cytrusy i cytrynowo-waniliowy tort. Gorzkość pokaźna, palonych nut sporo, ale nie wyszły zagłuszająco głębi, kwaśność przyjemna. Niby wszystko to było ciężkawe, ale w pozytywnym sensie. Na plus także wyraźna, ale niska słodycz o niebanalnym charakterze.

Była podobna do Alter Eco 85 % Peru Chocolate Negro, ale wydała mi się lepiej wykonana. Na pewno konsystencja wydała mi się lepiej wyważona. Przy 90% kwaśność miała możliwość w pełni się rozwinąć: serwując kwaśne, acz pyszne, pełne smaku wiśnie i nie niedojrzałe pomarańcze jak podlinkowana, a cytryny. Kwaśność dziś przedstawianej wyszła tak, jak powinna. Niektóre nuty gleby pouciekały, ale wszelkie drzewno-migdałowe znajome. Lekka słodycz podchwyciła paloność jako syrop klonowy.


ocena: 9/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 18,38 zł
kaloryczność: 656 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, laska wanilii

wtorek, 30 grudnia 2025

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao mleczna z Tanzanii

Jak wspomniałam przy Meybona Feine Dunkle Schokolade Tanzania 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao, kupiłam też mleczne. Może nie miałam ochoty na degustacje mlecznych, ale planowałam zrobić krem do swojego ciasta pomarańczowego właśnie z mleczną czekoladą (pomysł narodził się po zrobieniu go z ciemną). Potrzebna mi więc była dobra czekolada, nie pierwsza z brzegu cukrolada. Kupując liczyłam, że Meybona jakoś da radę. Po spróbowaniu podlinkowanej trochę się jednak wystraszyłam. Jeśli akcenty wiśniowe miały wystąpić i w mlecznej... mogła mi do wspomnianego ciasta nie pasować. Spieszyło mi się więc, by spróbować ją odpowiednio wcześniej (i... ewentualnie szukać innej?).

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao to mleczna czekolada o zawartości 45% (tłuszcz + miazga) kakao forastero z Tanzanii; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach wanilii, obok którego miał miejsce wyścig pełnego mleka i masła. Jedno i drugie przybrało niemal sielski, bardzo naturalny wydźwięk. Słodycz stała na dość wysokim poziomie, robiąc delikatne aluzje do waniliowej krówki.

Tabliczka na dotyk zapowiadała tłustość i kremowość, sprawiała wrażenie, że nie może doczekać się rozpuszczania. Nie była jednak miękka. Podczas łamania może nie trzaskała, ale słychać było subtelne pyknięcia, a czekolada lekko się kruszyła.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Była bardzo tłusta jak połączenie pełnego mleka i masła, a także idealnie gładka. To przełożyło się na aż trochę śliski efekt. Zaserwowała miękką, trochę lepkawą kremowość... Albo raczej Kremowość, przez duże K! A znikała już rzadko i, mimo ogólnej tłustości, zostawiała suchawo-cierpkawe wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiały słodycz i mleko, na równych prawach. Jedno i drugie wydało mi się intensywne, pełne. Szybko do głowy przyszło mi mleko waniliowe, którego słodycz jeszcze się nasilała.

W tle zaznaczyła swoją obecność subtelna nutka kakao - nie gorzkość, ale akcent, dopowiadający wszystkiemu szlachetność i głębię.

Dołączyła maślaność. Mknęła przed siebie, jakby chciała nadrobić stracone sekundy. Po chwili dołączyła do mleka. Ścigały się i w tym pędzie i nasilaniu się nawet nie zauważyły, że nagle zaczęły się bardzo spójnie mieszać. Miały bowiem bardzo podobny, ciepło-sielski, wiejski klimat.

Słodycz w tym czasie też bardzo wzrosła. Trzymała się wanilii, nie pozwalając, by cukier pozwolił sobie za bardzo się wyłonić. Ogólnie była wysoka, ale cały czas szlachetna. Z masłem i mlekiem zasugerowała nieśmiało waniliową krówkę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślaność i mleko wzbogaciły się o ciepły motyw. Pomyślałam o sianku i orzechach, a także... czekoladowej krówce? Z maślaności wyłoniła się subtelna, kakaowa nuta, a mi do głowy przyszła kakaowa bita śmietanka. Nie minęła sekunda, a ciepło to przysłonił motyw... kruszonki? Bardzo maślanej. Słodycz wyszła tym samym trochę ryzykownie.

I nagle nadpłynęła nowa fala mleczności. Pełne, wyraziste i naturalne mleko zalało mi usta, trochę wybijając się przed maślaność. Wyszło wręcz trochę śmietankowo, a subtelny, krówkowy akcent zmienił się w mleczne lody z nutką krówki waniliowej.

Po zjedzeniu został posmak waniliowego mleka z całkiem wyraźnym akcentem kakao. Była to nawet leciutka cierpkość, kryjąca się w cieple. Pokazała się też maślaność jakby... słodziutkiej, maślanej kruszonki? Takiej właśnie jeszcze ciepłej, na czymś tylko co wyjętym z piekarnika.

Czekolada wyszła bardzo dobrze. Mocno mlecznie, ale wciąż ogólnie mocno czekoladowo. Czuć wysoką zawartość tłuszczu kakaowego, który spójnie łączył się i z mlekiem, i słodyczą. Dobrze, że ta była tak waniliowa, bo jawny cukier mógłby wszystko popsuć. Słodycz bowiem była ryzykownie wysoka - to jej uszło tylko ze względu na szlachetniejszy wydźwięk. Wolałabym tylko, żeby była chociaż trochę mniej tłusta.

Pojawiły się w niej nuty znane mi z ciemnej, ale nie wszystkie, a tylko te słodsze; doszukałam się podobieństwa w wydźwięku słodyczy i maślaności, które miały krówkowo-kruszonkowy wydźwięk. Tłustość, która trochę przeszkadzała w przypadku ciemnej, w dziś przedstawianej w zasadzie poniekąd była atutem (w smaku, nie w strukturze).
Z przyjemnością zjadłam kostkę (potem było mi już za słodko, za mlecznie, za tłusto) i - co ważne - spokojna, że wyjdzie smacznie, zostawiłam resztę do kremu do ciasta.

Jak nadmieniłam we wstępie, czekoladę kupiłam z myślą o kremie do ciasta, o którym nieco więcej napisałam na Instagramie.
Rozpuściłam ją w kąpieli wodnej z masłem, a w tym czasie ubiłam mikserem serek Philadelphia Light z dodatkiem masła. Dodałam masę czekoladową i trochę kakao. Krem z tego wyszedł bardzo dobry, bo miał wyrazisty charakter mlecznej czekolady, ale bez przesadnie cukrowej słodyczy. Czuć było szlachetną czekoladowość, więc czekolada bardzo dobrze się spisała. A jednak jak na czekoladę do ciasta, to jest stanowczo za droga.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne 20%, miazga kakaowa 21%, lecytyna sojowa, wanilia Bourbon

niedziela, 28 grudnia 2025

Allo Simonne Chocolat Noir Zorzal 70 / 70 % Zorzal Dominican Republic Dark Chocolate ciemna z Dominikany

Allo Simonne... Chciałam napisać, że brzmiało znajomo, ale w zasadzie złapałam się, że niekoniecznie. Bardziej kojarzyłam na oko - logo? Marka z niczym mi się jednak nie kojarzyła, więc i pewnie dlatego zwróciłam na nią uwagę, gdy zamawiałam. Lubię w końcu poznawać te, o których istnieniu nie wiedziałam. Jak przeczytałam w internecie, jest to firma z Kanady, z Montrealu dokładniej, a tę tabliczkę zrobili z delikatnie prażonych ziaren, bo chcieli wyeksponować ich delikatność. Acz biorąc pod uwagę, że rezerwat Zorzal czasem określa się jako sanktuarium flory i fauny i mając już pewnie doświadczenie, spodziewałam się bogatego bukietu. Właśnie z Zorzal bardziej kojarzy mi się bogactwo nut niż jakaś szczególną łagodność. Hm. Do zweryfikowania!

Allo Simonne Chocolat Noir Zorzal 70 / 70% Zorzal Dominican Republic Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany, z regionu Reserva Zorzal.

Po otwarciu przywitał mnie lekko palony, ale palony wyraźnie cukier, w zasadzie karmel, kontrastowo stojący obok delikatnych, białych kwiatów oraz mieszanki czerwonych słodko-cierpkawych owoców: jakby czerwonych borówek, porzeczek oraz truskawek. Wyszły świeżo, co podkreślały kwiaty oraz pod co podłączył się akcent wilgotnej ziemi. Pomyślałam też o ziemistej herbacie i naparze. Ziół ogólnie czułam sporo. Przełożyły się na poważniejszo-wytrawniejszy wydźwięk. Najpierw przemknął mi rozmaryn, acz nie byłam go zbyt pewna. Jałowca i gałki muszkatołowej już owszem.

Niezbyt ciemna, twarda tabliczka trzaskała głośno, jakby była pełna. Przy łamaniu trochę się kruszyła. Dotyk sugerował suchość i pylistość, ale i kremowości nie mogłam jej odmówić.
W ustach rozpływała się średnio wolno i właśnie kremowo. Kształt zachowywała długo, z tym że miękła, kojarząc się z maślano-śmietankowym kremem "ganache", który... podpieczono? Którym np. nadziano ciasto i który wypłynął. Było to zwięzło-tłuste, a jednocześnie złudnie suchawe i... mimo gładkości, czułam jakby skrytą pylistą suchawość. Z czasem pojawiła się też lekka soczystość z echem wody, ale podległa tej złudnie pylistej kremowości.

W smaku pierwsza przemknęła słodycz - powiedziałabym, że raczej prosta, wręcz jakby zwykłego cukru... No, może trochę palonego, ale jeszcze nie karmelu. Odnotowałam rześkość, a że słodycz rosła, do głowy przyszedł mi bardzo, niemal czysto słodki jasny miód. Taki prawdziwie kwiatowo wielokwiatowy.

Rześkość przedstawiła się jako świeże owoce. Opozycyjnie do słodyczy, zaserwowały trochę soczystej cierpkości. Przewodziły czerwone porzeczki, czerwone borówki i inne jakby leśne czerwone, acz trudniejsze do nazwania; bardziej rozmyte. Do głowy przyszło mi coś cierpko-słodkiego podobnego do wiśni, ale nie wiśnia... żurawina?

Owoce przemieszały się w jedno ze słodyczą, obfitując w mocno truskawkowy motyw.

Cierpkość w tle zmieniła więc wydźwięk z owocowej na bardziej ziołowo-przyprawowy. Czyżby przemknął mi rozmaryn? Coś świeżo goryczkowatego... Do głowy przyszła mi jeszcze gałka muszkatołowa i jałowiec.

Ogólna słodycz miała wysokie aspiracje, ale aż tak bardzo wysoka nie była. Trzymała się raczej średnio-wysokiego poziomu. Cukrowo-karmelowo-miodowo coraz bardziej podporządkowywał się truskawkom i suszonej żurawinie, choć potrafiła zasugerować, że zaraz może zaznaczyć się w gardle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak owocowa słodycz zrobiła trochę miejsca kwaśności. Wśród truskawek zaczęły pojawiać się kwaśniejsze sztuki, a żurawina i czerwone porzeczki, acz jakby pozbawione kwasku, wzrosły na znaczeniu. Z rozmywającej się, czerwono owocowej toni wyszły odważniejsze owoce dzikiej róży. Cierpkość z przypraw i ziół wróciła do owoców.

Wtedy właśnie przyprawy o goryczkowato-cierpkim charakterze zatonęły w ziołach. Te wsparła odrobina wilgotnej ziemi, a ja pomyślałam o ziołach świeższych, ale nie zupełnie świeżych, a zaparzonych na... napar? Zaplątała się przy nich kwiatowa nuta.

Polała się herbata, tuż obok ziołowego naparu. Herbata czarna, a dosłodzona miodem. Było bowiem słodko, a miodowemu akcentowi spodobały się herbaciane realia. Zaraz pomyślałam jeszcze o herbacie z nutką dzikiej róży: gorzkawej, ale nie siekierowej i z lekkim kwaskiem, choć też słodzonej kwiatowym miodem.

Posłodzona herbata wydobyła końcowo z cukru bardziej palony motyw i wszystko zakończył już wyraźnie palony karmel. Gorzkość niemal zniknęła, zrobiło się wręcz maślano, a jednak ziołowy napar i miód pokusiły się aż o pikantnawy efekt na języku.

Po zjedzeniu został posmak truskawek i dzikiej róży, może i innych czerwonych owoców, ale znacznie mniej oczywistych oraz ni herbaty czarnej, ni ziołowego naparu. A może ich mieszaniny? Czuć w nich lekką pikanterię, osiadłą na języku. Na pewno była to jednak herbata czy napar dość łagodny. Lekko gorzkawy, ostrawy, ale łagodny.

Czekolada mi smakowała, jednak żałuję, że czasami słodycz wychodziła tak prosto i tak jakby przed szereg. Trochę cukrowa, mało karmelowa, a dopiero z czasem nabierająca karmelowego wydźwięku słodycz i jasny miód na szczęście nie była jedyną słodyczą w kompozycji. Słodkie truskawki i żurawina osładzające porzeczki i dziką różę, jakieś różne niejasne czerwone owoce odebrałam już znacznie lepiej. Część słodyczy mi się podobała, ale ogólnie było jej za dużo. Do tych owoców pasowałby silniejszy kwasek, a ten jakoś się nie rozwinął. Akcent ziemi, przyprawo-zioła, a w końcu ziołowy napar i czarna herbata to wątek przewspaniały i jak dla mnie, mógłby sobie pozwolić na mocarność. Bo, choć wyraźny, starał się mieć łagodniejszy, spokojniejszy wydźwięk. I tak, twórcy co sobie założyli, to osiągnęli. A ja dzięki temu złapałam jakieś rozeznanie w celach, dążeniach marki.


ocena: 8/10
cena: £8.95 (za 56g; około 45 zł)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy