czwartek, 15 stycznia 2026

Table Chocolate Dark 84 % Trinitario & Criollo Madagascar, Sambirano Valley ciemna z Madagaskaru

Ta tabliczka zwróciła na siebie moją uwagę nazwą i... i tym, że jej nie znałam, co w zasadzie się łączyło. Taką bym zapamiętała, a tak byłam pewna, że nawet wzrokowo się na nią nie natknęłam. Może to i nic dziwnego, skoro jest stosunkowo nowa. Założyli ją Remy i Andrea w listopadzie 2021 roku, acz z czekoladą i cukiernictwem mieli już do czynienia. Remy w wielu krajach w pięciogwiazdkowych hotelach poznał wiele tajników gastronomii i choć zawodowo w sumie pracował z czekoladą od 10 lat, dopiero w 2021 odkrył, że to był tylko wierzchołek góry lodowej bogactwa kakao. W temat porządnie wkręcił się, zajmując się czekoladą na poważnie i zakładając pierwszą w Liverpoolu bean-to-bar czekoladziarnię. Nazwę nadali swojej marce w odniesieniu do tego, że o swojej czekoladzie wszystkie informacje wykładają jasno na stole; niczego nie ukrywają i podają detale odnośnie tego, z jakich składników tworzą. Wszak jest się czym chwalić, bo stawiają na sprawdzone źródła. Tę konkretnie czekoladę zrobiono z ziaren z plantacji Bertila Åkessona, Bejofo Estate, który od roku zakupu (1998) bardzo rozwinął uprawę bardzo wysokiej jakości kakao. Obecnie 3000 rolników je hoduje, fermentuje i suszy, trzymając się protokołów określających jakość. To ręcznie sortowane kakao ze zbiorów październik-styczeń fermentowało 6 dni, suszyło się 7-14 dni.

Table Chocolate Dark 84 % Trinitario & Criollo Madagascar, Sambirano Valley to ciemna czekolada o zawartości 84% kakao trinitario i Criollo z Madagaskaru, z dystryktu Ambanja, z Doliny Sambirano, z plantacji Bejofo Estate.

Po otwarciu poczułam zapach grejpfruta, mieszającego się z drobnymi czerwonymi owocami. Do głowy przyszły mi czerwone porzeczki i kwaśne czereśnie. Grejpfrut mieszał się trochę z ogólną cytrusowością, acz ta trzymała się raczej tyłów, gdzie odnotowałam też kwaśne rodzynki. Kwasek wydawał się jednak znacząco osłodzony dzikimi kwiatami i wanilią. Dokładniej czarną kawą ze sporą ilością wanilii. Kwiaty zaś przechodziły w słodko-pikantnawe zioła, w których krył się pikantnie-rześki chłód. Doszukałam się jeszcze odrobiny czarnej kawy, acz naprawdę w oddali.

Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, wydawała się zdradzać tłustość, a przy łamaniu trzaskała niezbyt głośno. Była średnio twarda, zwłaszcza tam, gdzie była cieńsza. Trafiła się bowiem nierówna: z jednej strony bardzo cienka, z drugiej przeciętna.
W ustach rozpływała się bardzo kremowo i w tempie średnim, robiąc się miękko-plastyczną. Pokrywała podniebienie mazistymi, lepkimi smugami, a po chwili upuszczała sporo soczystości. Dała się poznać jako minimalnie tłusta i niby starająca się zdobyć na gładkość, acz jednak cały czas z pyłkowym efektem. Znikała trochę rzadko i ściągała jak niedojrzałe owoce.

W smaku pierwszą poczułam niepewną siebie maślaność, która jakby znalazła się tam przypadkiem i zaraz cofnęła, a jej miejsce zajęła delikatna, acz już kwaskowata maślanka.

Maślanka kwaskiem otworzyła drogę owocom, przede wszystkim cytrusom, ale tak przemieszanym, że przez chwilę nie mogłam niczego wyróżnić, aż z pomocą przyszedł mi grejpfrut. Sam bowiem wyszedł na przód, przypominając o gorzkości i łącząc kwasek ze średnio silną słodyczą.

Jakby trochę obok zaczęła rozchodzić się i lekko rosnąć słodycz. Ogólna soczystość zasugerowała banana, ale niezbyt dojrzałego, jeszcze cierpkiego. Dołączyła do niego wanilia, jakby czując się zobowiązana, że musi dosłodzić. I potem banan trochę się wycofał. W słodyczy właśnie przemknęło mi jeszcze... coś. Lukrecja? Bardzo niejednoznaczna, ale chyba tak.

W tle pokazała się lekka gorzkość, ogólnie raczej sporadycznie bardziej się wyłaniała, acz dbała o echo... głównie związane z grejpfrutem, ale też trochę... kawowe?

W tym czasie owoce nie próżnowały. Kwasek rozkręcił się i rozgościł na pierwszym planie, z rozsądkiem i poszanowaniem słodyczy, rządząc kompozycją. Do grejpfruta i reszty cytrusowej ekipy podeszły drobne czerwone owoce... Najpierw trudne do nazwania, acz gdy zbierało się ich coraz więcej i więcej, w końcu wyraźniej wyłoniły się kwaśno-słodkie czereśnie. Tuż za nimi pobrzmiewały bardziej cierpkie czerwone porzeczki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia okazała się dosładzać też kawę. Banan na chwilę trochę przycichł, by pokazać się w nowej odsłonie: jako słodki i wilgotny chlebek bananowy, może... z dodanym kefirem, aby był bardziej wilgotny? Chlebek z kwaśnymi rodzynkami! Rodzynki zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę, aż... też się cofnęły.

Kwaśność owoców trochę załagodziła też maślanka - jakby tak postawić ją obok, do chlebka. Ogólnie wciąż soczystość była wysoka, acz ten motyw słodkiego wypieku, wypieczoności jakby troszeczkę ją tonował. Wyobraziłam sobie wilgotny słodki chlebek posypany karmelowym cukrem pudrem.

Mieszał się z wanilią, więc słodycz wzrosła do odważnego poziomu średnio-wysokiego, ale... nagle zatonęły w kwiatach.

Całe mnóstwo owoców: mieszanka cytrusów i czerwonych wystawiła na przód swych przywódców, którymi byli grejpfrut z czereśniami i porzeczkami. Cytryna i ogólnie cytrusy stanowiły bardziej wtrącenia, czerwone wydawały się bardziej jednostajne, konsekwentne... We wszystkich plątała się cierpkość.

Kwiaty także tę cierpkość w sobie zawarły i zaprosiły zioła oraz... pewien świeżo-ostry chłód. Lukrecję! Świeżo-cierpkawe zioła, pewna ich goryczka i słodycz zaobfitowały w motyw lukrecji, wychodzącej z kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak czerwonych porzeczek z lukrecją, która trochę gryzła w język, osłodzonych kwiatami. Grejpfrut, ogólnie cytrusy i inne czerwone owoce pobrzmiewały jako echo. Kwiatów próbowała trzymać się jeszcze wanilia, a i lekki motyw owocowego wypieku się ostał.

Czekolada wyszła kwaśno-słodko; dość soczyście, ale nie czysto, nie tylko soczyście. Nie umiem myśleć o niej inaczej niż jak o "kwaśnym Madagaskarze zrobionym na słodko, w cukierniczym wydaniu" - faktycznie chyba czuć tu to podejście cukiernika z najszlachetniejszych restauracji, gdzie dba się o wyważenie i tonowanie smaków. Grejpfrut i czerwone porzeczki, trochę mniej czereśni i cytryny stały na czele bogatego, owocowego wątku. Doszły do tego kwaśne rodzynki, łączące kwaśność ze słodyczą poprzez chlebek bananowy. Podobnie działała maślanka - harmonizowana i łączyła. Dołączyła też wanilia, waniliowa kawa i kwiaty, przechodzące końcowo w zioła i lukrecję. Acz na tyle słodko, że nie powiedziałabym, że ma 84%, a raczej 74%. Bardzo ciekawe zwroty akcji i właśnie... akcja. Gdyby tak jeszcze było więcej gorzkości, a czekolada wolniej rozpływała i miała gęstszą strukturę, byłoby idealnie. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić 9, ale jakoś... jednak nie. Odrobinę jej zabrakło.


ocena: 8/10
cena: £6.50 (za 70g; około 32 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 14 stycznia 2026

Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan mleczna z marcepanem z rumem oraz karmelizowanymi orzechami włoskimi i laskowymi

Czekolady nadziewane w ogóle nie robią już na mnie wrażenia, acz jaka jakaś ciekawa i smaczna, porządna się trafi, mogę raz na jakiś czas spróbować. Opakowanie dziś przedstawianej rzuciło mi się w oczy, bo szklanka zasugerowała whisky, a ja od razu wyobraziłam sobie ciemną czekoladę nadziana marcepanem z whisky i wielkimi kawałkami orzechów włoskich. Gdy przeczytałam opis, posmutniałam. A jednak jakoś miałam dziwnego laga, bo rzeczywistość nie dotarła do mnie tak, jak powinna, i gdy ojciec zaczął pospieszać, włożyłam ją do wózka. Fakt, że gdybym miała sama tyle na nią wydać, prawie na pewno bym odłożyła, ale no cóż. Może jednak i tak trafiło mi się coś ciekawego? Sama w to nie wierzyłam i otworzyłam, sceptycznie nastawiona. 

Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan to mleczna czekolada o zawartości 33% kakao nadziewana marcepanem z rumem i orzechowym krokantem, czyli karmelizowanymi orzechami włoskimi i laskowymi.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach alkoholu, w którym łatwo rozpoznać rum. Rum ciężko-słodki i, gdy zbliżałam się do tabliczki, aż trochę drapiący i duszący alkoholowością. Był mocny i dominujący. Marcepan migdałowy, orzechy włoskie i mleczna czekolada stały na równi, podporządkowując mu się. Słodycz zajęła wysoki poziom i zdradzała cukrowość, a jednocześnie wydawało się, że ma też rumowe pochodzenie. Wyszło to ryzykownie trochę zbyt cukrowo.

Tabliczka w dotyku wydawała się niby masywna, jednak i w pewien sposób delikatna. Łamała się twardo ze względu na grubą warstwę tłustej czekolady, ale i tak bez trzasku. Wydawała się trochę krucha. Sam marcepan był konkretny i zwarty, ale bardziej miękki, trochę wgniatający się. W dotyku wydał mi się wilgotnie-lepkawo-scukrzony. Widać w nim średnie i małe kawałki orzechów w karmelu, czy w zasadzie krokantu.
Czasem czekolada odskakiwała od nadzienia przy podziale. Nie podobało mi się takie rozwalanie się całości.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, dając się poznać jako bardzo kremowa i maziście-lepka. Była tłusta w pełnomleczno-śmietankowy sposób, a także znikomo proszkowa. Mimo to udało jej się zbudować mazistą kremowość. Miękła, a marcepan starał się z nią spójnie mieszać. Czekolada jednak znikała szybciej, a w ustach zostawało mnóstwo drobinek, grudek marcepanu.
Grudkowy marcepan wykazywał średnią plastyczność. Niby dało się go formować i rolować, ale jawił się jako luźno-suchawy, mimo że nie mogę nazwać go po prostu suchym. Był średnio przemielony i miękki. Choć początkowo sprawiał wrażenie trochę podeschniętego, z czasem okazał się w miarę wilgotny, choć wciąż z suchawym wrażeniem.
Co jakiś czas z marcepanu wyłaniały się raczej drobne i trochę średniej wielkości kawałki krokantu, w których orzechy stanowiły znikomą część. Gdy wypadały z marcepanu, sporadycznie stukały o zęby. Kawałki to sporo twardawo-krucho-chrupiącej skorupki z cukru. Gryziona rzęziła, pozostawiona sama sobie trochę się rozpuszczała. Tylko na próbę ze dwa razy pogryzłam to wcześniej, obok reszty - wtedy dodatek wydawał się o wiele bardziej cukrowo-chrupiący6 i nieprzyjemny. Wolałam więc zostawiać go na koniec.
Krokant orzechowy gryziony na koniec zachował pewną twardą kruchość, "chrupiącość", ale już i orzechy odegrały nieco większą, acz i tak małą, rolę. Jedne i drugie były miękkawo-pochrupujące.

W smaku czasem, gdy robiąc kęsa trafiłam na orzecha włoskiego, to on zabłysnął pierwszy, po czym usunął się.

Czekolada przywitała mnie wysoką, cukrową słodyczą, do której po chwili dołączyło mleko. Słodycz pomknęła do przodu, dominując, ale przez parę sekund i mleko nie dawało za wygraną. Po chwili okazało się, że czekolada lekko przesiąkła nadzieniem - nutka rumu jeszcze podkreślała cukrowość, kierując ją w trochę tandetnym kierunku.
Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, potwierdziło się: przesiąkła nadzieniem i osobno też nie wyszła dużo lepiej, choć mleko wyszło nieco wyraźniej.
Sporo zależało też, jaki kawałek akurat ugryzłam. W przypadku brzegowych, czekolada wspinała się na wyżyny i smakowała nieco bardziej mlecznie.

Marcepan bardzo szybko doszedł do głosu poprzez rum. Spod czekolady wypłynął jako sztucznie rumowa nuta, acz to było tylko złudzenie (w składzie nie ma aromatów), chyba podszepnięte przez nijako-zgłuszone migdały. Po chwili rum zaczął się nasilać i choć wciąż wydawał się przerysowany, niewątpliwie był... rumowy. Mocny, ciężkawy i zacukrzający, co nasiliła silna alkoholowość.

Migdały nie nadążały za nim. Marcepan okazał się trochę nazbyt migdałowo delikatny - rum zupełnie zdominował całość. Migdały jakoś jedynie pobrzmiewały. Chwilami miałam jednak wrażenie, że i w masie marcepanowej pobrzmiewa akcent orzechów włoskich... acz może to goryczka podszepnięta przez rum*? Słodycz w towarzystwie rumu czuła się pewniej. Także wnętrze szybko okazało się cukrowo słodkie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodycz, a w zasadzie połączenie cukru i silnego rumu, aż drapało w gardle.

Z czasem rumowość przegnała czekoladę. Zrobiła z niej mleczne, nieprzyjemnie cukrowe tło pod swoją nachalną, przesadzoną rumowość, które to tło i tak znikało szybciej. I nie był to nawet taki mocny alkoholowy motyw, co przytłaczający, słodki smak rumu. Chwilami wydawał się wgryzać w język.

Wraz z wyłaniającymi się kawałkami krokantu słodycz jeszcze podskakiwała. Do rumu spójnie dołączał motyw trochę, ale w sumie łagodnie palonego cukru. Karmelizowanie przygłuszało nierozgryzane orzechy. Za to gdy na próbę pogryzłam ze dwa kawałki obok reszty, były po prostu cukrowe, nawet mniej karmelizowane.

Migdały końcowo trochę się nasiliły, ale i tak nie był to zbyt wyrazisty marcepan przez rum. Słodycz za to była wyrazista.

Gryzione na koniec, oddzielone od drobinek marcepanu, orzechy smakowały w porywach nieco bardziej orzechowo, ale wciąż trzymała się ich palona cukrowość. Czasem kawałeczki były zupełnie nijakie (to orzechy laskowe tak się zatracały), czasem lekko nijako-gorzkawe - bo właśnie goryczką wyróżniały się włoskie. Czasem czuć, że to one, ale przez rum wydawały się zbyt stłamszone.
Gdy zaś na koniec gryzłam i grudki marcepanu, i te kawałki dodatku, wszystko mieszało się w jedno: w łagodnie migdałowo-orzechowawy motyw, zgaszony przez rum.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie, które drapało wraz z rumem. Alkoholowość była dość silna, ale to nie ona, a smak, wydźwięk, charakter rumu męczył. Wyszedł jakoś tak... przerysowanie, mimo że realnie nie był sztuczny. Czekolada przez niego poszła w tandetną cukrowość, marcepan nie miał siły przebicia. Orzechy zagłuszono karmelizowaniem - o ile włoskie jeszcze się raz po raz dobijały do głosu, tak laskowe się zagubiły.

Tabliczka, choć nie w moim guście, bo jednak mleczna, miała potencjał, ale rum zawalił sprawę. Myślę, że inny alkohol (np. whisky?) i dodanie go mniej uratowałyby sytuację. A tak niestety całość wyszła smutno tanio, cukrowo, nijako gdy chodzi o marcepan i dodane orzechy, a dominująco, okrutnie rumowo. Nie chodzi o to, że rumowa czekolada smakowała rumem, a o to, że oprócz rumu wszystko inne było bez charakteru. Za bardzo się panoszył.
*Nie sądzę, że przy takim mocnym skarmelizowaniu, marcepan miałby jak przesiąknąć włoskimi.

Po 1,5 kostki odpadłam i oddałam Mamie. Jej opinia: "Ach, to marcepan z rumem?! A, to dobrze, bo już myślałam, że naprawdę wcale bardzo marcepan znielubiłam. Bo ten był jakiś niesmaczny, chyba właśnie przez ten rum. Ostatnio w ogóle zauważyłam, że rumowe słodycze wychodzą niesmacznie. Tak i ta czekolada też. Sama jakaś nieciekawa, przesiąknięta środkiem. Marcepan jakoś tak dziwnie się rozpadał, a w środku miał dziwne kulki. Powiedziałabym, że to jakieś chrupki z cukru, w których w ogóle orzechów nie czuć. I w sumie karmelu czy karmelizowania też nie za bardzo, a cukier. Kiepska, ale zjadłam, w sumie nie wiem, po co. Bo mi się coś słodkiego, cokolwiek chciało? Dałabym jej może 5...? Bo większość dzisiejszych słodyczy jest paskudna, a ona w sumie aż taka paskudna nie była. Chociaż przy tej cenie... może jednak 4?".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 110g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), migdały 25%, cukier, rum 2,4%, orzechy włoskie 2,1%, orzechy laskowe 1,8%, syrop cukru inwertowanego

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Ecuador 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna z Ekwadoru (nowa 2025)

Kupując w zasadzie hurtem czekolady Meybony w Auchanie, zapomniałam, że z tą linią miałam już do czynienia w 2020, Meybona Ecuador 72 %. W domu zorientowałam się, acz dalej nie wiem, czy marka rozwinęła tę linię, czy zawsze była taka duża, a po prostu tamtym razem market sprowadził tylko jedną. Nieważne! Trochę niechcący więc przyszło mi zweryfikować, czy czekolada nadal smakowała tak samo jak w 2020 czy też się zmieniła. Skład sugerował pierwsze, tabela wartości drugie. A robiąc zdjęcia zorientowałam się, że nigdy... nie widziałam malutkich flamingów. Jakoś nigdy w żadnym filmie przyrodniczym mi się nie rzuciły w oczy - a proszę, grafik odpowiadający za szatę graficzną czekolady, o nich pomyślał! 

Meybona Feine Dunkle Schokolade Ecuador 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao Nacional de Arriba z Ekwadoru; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam mocno kwiatowy zapach, mieszający się z motywem lekko karmelowego serka homogenizowanego. Czułam też maślaność i przyprawy, co było trochę znajome, ale nie identyczne co w wersji z 2020 roku. Kwiatowość tym razem wyszła odważniej i intensywniej. Mieszała się z motywem kadzidła. Orzechy wydały mi się karmelizowane, a kawa korzenna; korzenna z dużą ilością cynamonu. W zasadzie więcej do powiedzenia miała sama korzenność niż kawa.

Twarda tabliczka i tym razem przywitała mnie głośnym, trochę chrupkim trzaskiem i ziarnistym przekrojem.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęsty, tłustawy krem. Pokrywała podniebienie smugami, mięknąc i udając trochę tłusty serek homogenizowany, zostawiający na koniec leciutką pylistość. Wydała mi się jednak nieco suchsza niż kiedyś. Jej tłustość nie dawała się we znaki. Końcowo za to pojawiła się jeszcze lekka soczystość, która cierpko, wręcz tanino ściągała na koniec.

W smaku pierwsze poczułam słodkie, soczyste cytrusy: mandarynki i chyba pomarańcze. Pomarańcza otworzyła drogę gorzkości, stawiając na swoją wyrazistą skórkę. Pomyślałam o słodkim, maślanym, puszystym cieście ze sporą ilością skórki. Cieście słodkim, ale i bardzo soczystym.

Cieście... bananowym? Chlebku bananowym z dodatkiem pomarańczy, który mocno posłodzono wanilią. Wanilia zaznaczyła swoją obecność, po czym... zalały ją kwiaty. Całe mnóstwo kwiatów. Wyobraziłam sobie intensywnie pachnące, kolorowe bukiety żywych kwiatów - w tym konkretnie tulipanów - o jasnych kolorach.

Odnotowałam lekką paloność. Początkowo wyszła trochę karmelowo, jak... karmelizowane orzechy? Słodko karmelowe, średnio mocno wypieczone ciastka maślane z orzechami laskowymi? Maślaność z czasem słabła, dodając tylko te lekkie akcenty, aż w końcu zupełnie zmieniając się w waniliowy serek homogenizowany.

Soczyste akcenty przejęły czerwone owoce, a słodkie cytrusy trochę się wycofały. Wyraźnie czułam słodko-kwaskawego granata i dojrzałe, miękkie wiśnie. Trzymały ze sobą sztamę; jak wyczuwalne, to w duecie. Wprowadziły lekką cierpkość, podkreśliły też cierpkość serka homogenizowanego. Do głowy przyszły mi też... cierpkawe banany? Dojrzałe, ale... jakby tak ściągnąć zębami całą "nitkę"-włókno (wiązki łyka), a po chwili zagryźć słodką, miękką częścią bez włókna.

Kwiaty mieszały się z kadzidłem. Żywiczne, lekko kościelne kadzidło przez pewien czas wydawało się jednością z kwiatami, potem zaczęło trochę dominować. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do kwiatów i kadzidła dołączyły jeszcze przyprawy korzenne.

Korzenność wprowadziła kawę. Kawa dała się poznać jako mocno korzenna, cynamonowa, a jednak i gorzka. Zrobiona na ziarnach lekko palonych - paloność była niewątpliwie obecna, ale nie za mocna. Gorzkość zdecydowała się przybrać wydźwięk bardziej cierpkiego, kakaowego syropu - a jakże! Wlanego do korzennej kawy. Ich gorzkości połączyły się i końcowo wyszły całkiem mocno.

Z owoców do gry wróciła pomarańcza. Kontynuowała gorzkość poprzez swą skórkę, jednak... coraz trudniej było mi myśleć o świeżym owocu. Oczami wyobraźni patrzyłam na serek homogenizowany pomarańczowy: ze skórką i z mocno skórkowym owocowym wsadem. W jego homogenizowanej słodyczy przewinął się też... banan? Jakby to był serek w wariancie pomarańcza&banan. Serek bazowo mógł też być subtelnie posłodzony wanilią, jednak pomarańcza rządziła w nim zupełnie (że tego banana w zasadzie nie byłam pewna).
Przy cierpkawo-słodkim wsadzie pomarańczowym, na końcówce próbowała się też jeszcze wyłonić wiśnia... chyba wciąż z granatem.

Po zjedzeniu został posmak słodkiego, ale i soczyście-goryczkowatego serka homogenizowanego pomarańczowego, mieszającego się z wanilią (nie serka waniliowego!) i kwiatami. Kwiaty przypomniały też o kadzidle. Czułam lekką gorzkość i dość wysoką cierpkość: pomarańczy, owoców czerwonych i kakao... kakaowego sosu? Kakaowej kawy?

Czekolada smakowała w zasadzie prawie tak, jak w 2020, ale wydała mi się inna w wydźwięku, a jej akcenty... trochę inaczej się rozłożyły. Przede wszystkim, choć i  tym razem dość tłusta, to jednak tłusta w bardziej przystępny sposób, z pylistością, która bardziej to stonowała. Wanilii czułam mniej - ona w smaku w 2020 wydawała się podkreślać maślaność. Tu czułam więcej kwiatów, owoców (tych samych, ale więcej) i przypraw, pojawiło się też kadzidło, co wydało mi się bardziej ekwadorskie. W dodatku wydała mi się nieco mniej palono gorzka, dzięki czemu dosadniej rozbrzmiały inne wątki. Czekolada była jakby... poprawioną wersją Meybona Ecuador 72 % z 2020 - trochę mniej waniliową, minimalnie mniej paloną, troszeczkę mniej tłustą. Te detale się jednak pozbierały i suma summarum przełożyły się na ogólnie lepszy odbiór do tego stopnia, że zdecydowałam się opublikować nowego posta, zamiast robić aktualizację, jak najpierw pomyślałam. Cena wprawdzie wzrosła dwukrotnie, jednak biorąc pod uwagę, że tak wzrosły ceny wszystkich czekolad i innych produktów, to półki nie zmieniła.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

niedziela, 11 stycznia 2026

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Pomarańczą ciemna z Ekwadoru z pomarańczą liofilizowaną

Z Rohacza Płaczliwego wróciłam kawałeczek czerwonym szlakiem i wciąż trzymałam się właśnie czerwonego, zmierzając na Ostry Rohac. Ależ tam było wspinania się! Składy, ekspozycje i łańcuchy, miejscami dość niebezpiecznie, ale jakże ekscytująco. Byłam pewna, że opisywaną czekoladę otworzę dopiero na Jamnícke sedlo z cudnymi widokami na minięty szczyt, ale gdy tylko znalazłam się na Rohaczu Ostrym, zakochałam się w skalistym miejscu i widokach i uznałam, że muszę je uhonorować czekoladą. Zwłaszcza, że nie wiało (potem na przełęczy wiało straszliwie, ale tego jeszcze nie mogłam wiedzieć). Do parkingu w Uzkiej Dolinie wróciłam niebieskim szlakiem przez piękne doliny. A cóż to wzięłam na Rohacz? Jak pomyślałam o BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % Ekwador i jej lekkiej, nieszczególnie soczystej nutce pomarańczy, pomyślałam, że dodatek tego owocu może naprawdę ciekawie zadziałać na tę bazę. BTB Chocolate Czekolada Ciemna Madagascar 82% z Pomarańczą smakowała mi, ale nie była wybitnie pyszna, a po prostu dobra. Ciekawiło mnie, czy inny region i zawartość kakao sprawią, że pomarańczowa BTB Czekolada mnie w sobie rozkocha.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Pomarańczą to ciemna czekolada o zawartości 87% kakao z Ekwadoru z kawałkami pomarańczy liofilizowanej.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach soczystej, słodko-kwaśnej pomarańczy o zaskakująco świeżym wydźwięku. Wyraźnie dominowała, acz czekolada próbowała dotrzymać jej kroku, prezentując mocne nuty kwiatowo-ziołowe i trochę słabsze ziemiste. Wydawało się, że część cytrusowości - nawet nie tylko pomarańczowej? - płynie też z bazy. Czułam też trochę orzechów oraz maślaność, trochę łagodzące czekoladową gorzkość.

Twarda tabliczka przy łamaniu wydawała głośne trzaski, obiecujące konkretną masywność.
Na spodzie lśniącej tabliczki przylepiono przylepiono duże, grube kawałki pomarańczy. Przy łamaniu niektóre rwały się niechętnie, inne zostawały w którejś części. Były wtopione jako tako. Bez żadnych szczególnych działań z mojej strony, ze dwóm kawałkom zdarzyło się odpaść. W dotyku kawałki pomarańczy niby były twardawe, ale wgniatały się pod naciskiem. Gdy je przegryzałam, krucho skrzypiały.
W ustach czekolada rozpływała się raczej średnio wolno, wolnawo. Wykazywała wysoką, maślano-oleistą tłustość, a kształt zachowywała niemal do końca. wystąpiła w niej lekka pyłkowość, co tonowało tłustość. Strukturę miała taką samą, co czysta. Tu jednak po paru chwilach kawałki pomarańczy nasiąkały i odpadały od czekolady. Raz wcześniej, raz później. Nasiąkały leniwie, upuszczały skąpą soczystość, nie zapominając o tym, że w zasadzie są suchą, liofilizowaną pomarańczą.
Czasem podgryzałam pomarańczę wcześniej, ale przeważnie czekałam, aż czekolada zniknie. Ta na sam koniec cierpko ściągała.
Wcześniej kawałki owocu były bardziej krucho-trzeszczące i twardsze. Pod naciskiem zębów ze skórki pomarańczowej dziwacznie jakby schodziło powietrze.
Kawałki owocu gryzione na koniec wciąż czasem subtelnie skrzypiały, trzeszczały, ale większość znacząco zmiękła. Wówczas szczyciły się jędrnością i zwartością. Wydały mi się wręcz mięsiście żujne. Zmieniały się w gęstą papkę. Skórka jawiła się jako bardziej zwarta i twarda, miąższ zaś soczysty i lżejszy. Niektóre fragmenty miąższu wyszły nijako farfoclowo.
 
W smaku przywitała mnie gorzkość czekolady i goryczkowata, soczyście kwaśna pomarańcza. W niektórych kęsach, gdzie nie było pomarańczy lub tylko o nią zahaczyłam, czekolada miała o wiele więcej do powiedzenia, gdy zaś w ustach znalazł się duży kawałek pomarańczy, rozbrzmiewał niemal na równi z czekoladą. 

Słodycz czekolady trochę czekała z odezwaniem się. Miała kwiatowy charakter i sprawiała wrażenie wycofanej. Słodycz pomarańczy trochę pewniej się zakręciła.

Gorzkość czekolady starała się wymknąć przed pomarańczę. Poczułam ziemię oraz bardzo palony, dymny motyw, które zaraz zapieczętowały gorzkość na wysokim miejscu. Paloność zasugerowała coś razowego... Pomarańczowe razowe ciasto? Sama czekolada po chwili okazała się wyraźnie przesiąknięta pomarańczą.

Kiedy spróbowałam czekolady osobno, potwierdziło się, że trochę przesiąkła nutą pomarańczy-dodatku. A jednocześnie sama z siebie wydawała się cytrusowa. Jak jedzona z pomarańczą, była subtelnie słodka i intensywnie dymnie gorzka, a także bardzo soczysta.

Słodycz w dużej mierze trzymała się pomarańczy, ale i kwiaty mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przewinęły w tej kompozycji. Wraz z cytrusami budowały rześki klimat, trochę rozbijający ciężkość dymu.

Kawałki pomarańczy wchodziły do gry bardzo różnie. Raz szybciej, raz wolniej. 
W niektórych kęsach, gdzie było więcej miąższu, więcej miał do kwasek, w innych (gdzie więcej było skórki) goryczka. W kęsach, w których znalazł się malutki kawałek pomarańczy, czekolada miała więcej do powiedzenia, ale nawet, kiedy próbowałam fragmenty bez owocu, lekko go czuć.

Do soczystej pomarańczy z czasem dołączały wiśnie... Wiśnie? Albo raczej wino? Półwytrawne, z leciutką słodyczą.

Baza podporządkowywała się pomarańczom, ale nigdy zupełnie. Gorzkość wprawdzie jakby... Trochę łagodniała? Pojawiła się lekka maślaność, a także echo orzechów, sugerujące keks z orzechami i skórką pomarańczową.

Kwiaty uciekły, albo... Zmieniły się w cierpkawe, rześkie świeże zioła? Przemykały w oddali, aż nagle wyłoniły się bardziej. Jako zioła o cytrusowym charakterze!

Z tła do pomarańczy doleciała nutka... Koniaku? Soczyście kwaskawego pomarańczowego koniaku? Też z dymnym akcentem. 

Znów przemknęły wiśnie, tym razem w towarzystwie czarnych porzeczek. Wszystkie owoce mieszały się bardzo spójnie z alkoholem.

Im mniej było czekolady, tym odważniej rozbrzmiewała pomarańcza, jednak sama w sobie okazała się mniej wyrazista, niż się wydawało wcześniej. Czasem podgryzałam ją szybciej niż na koniec, ale była wtedy mniej wyrazista i spłycała czekoladę. Jak zostawiałam pomarańczę na koniec, lepiej to wychodziło.

Końcowo mocno pomarańczowa, trochę ziemista i kontrastowo dymno-palona czekolada oddalała się. Wzrosła w niej maślaność, jakby dając przyzwolenie, że pomarańcza może już zupełnie kończyć występ.

Ta na koniec okazała się zaskakująco delikatna, jednak nie brakowało jej ani gorzkości, ani kwasku, ani soczystej słodyczy - w różnych proporcjach, co miało związek z tym, jaki trafił się kawałek.

Gryziona pomarańcza prezentowała kwaśno-słodki smak, a także wysoką gorzkość skórki. Wiele zależało od tego, czy gryzłam akurat skórkę, czy miąższ. Zdarzyło się, że raz czy drugi bardzo udanie udawała surową i świeżą, acz cały czas czuć specyficzny, liofilizowany motyw. Kiedy gryzłam pomarańczę, wydawało się, że zupełnie zakrywa czekoladę.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim goryczkowatej skórki pomarańczy, ale znów również czekoladę wyraźnie czuć jako splot dymu, ziemi, maślaności i pomarańczowego koniaku. Wyłoniła się też taninowa, wręcz ściągająca cierpkość wina i czarnych porzeczek.

Bardzo, bardzo zgrana i harmonijna tabliczka, ale wciąż nie przekonuje mnie forma tych wielkich kawałów dodatku. Na plus niska słodycz i wyrazista, ziemiście-dymna gorzkość oraz to, że choć czekolada przesiąkła dodatkiem, nie wyzbyła się silniejszych nut znanych z czystej wersji BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % Ekwador. A jednak subtelniejsze akcenty pouciekały. Niektórych bardzo mi żal, inne w udany sposób wynagrodziła cytrusowość. Dzisiaj przedstawiana od podlinkowanej nie wyszła lepiej czy gorzej, a po prostu inaczej.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 15 zł (za 50g; acz moja ważyła 58g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, pomarańcza liofilizowana

piątek, 9 stycznia 2026

Cacao Crudo Banana / Banana Dark Chocolate 69 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru ciemna surowa

Z Baraneca, zachwycona nie tylko widokami i miejscem, ale i czekoladą Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon, ruszyłam żółtym szlakiem na Placlivo razcestie i Placlive (Placlivy Rohac / Rohacz Płaczliwy). Spacer po grzbiecie był niesamowity, a te widoki! Zeszłam do Ziarske sedlo, a potem znów porządnie pod górę, prosto na Placlivo. Ostro, po kamieniach, ale bez większych trudności. Na szczycie miałam akurat lukę pogodową: rozwiały się chmury i mgły, więc dziś prezentowanej czekoladzie trafiło się cudowne tło. Kiedy wybierałam, jakie czekolady tej marki zamówić, priorytetem były oczywiście czyste ciemne, ale właśnie... Także dzisiaj prezentowana. Od lat powtarzam, że brakuje czekolad z bananami. Dobrych czekolad z bananami. A jak już nawet są, to nie w pełni moje. Fakt, Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao była dobra, ale mleczna. Zotter Chocolate Banana z 2021 to czekolada nadziewana. A porządna ciemna z bananem? Miałam nadzieję, że prezentowana propozycja pierwszego we Włoszech produkującego surową czekoladę będzie odpowiedzią na tę moją zachciankę, wypełnieniem luki na rynku.


Cacao Crudo Banana / Banana Dark Chocolate 69 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru to ciemna surowa czekolada o zawartości 69% surowego kakao Criollo z Peru ze sproszkowanym bananem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach przecieru bananowego, przechodzącego w delikatniejszy motyw bananów liofilizowanych, wyraziście zarysowanego na ziemistym tle. Słodycz banana wzmocnił karmel o rześkim wydźwięku, co stanowiło istotny element soczystości. Tej dołożyły też wiśnie i nieśmiałe cytrusy, kryjące się w ziemi. Ogół nie był bardzo słodki, ale zarówno w kwestii słodyczy, jak i ziemistości, był dosadny. Palony karmel nie tylko słodził, ale podkreślał też gorzkość, więc ogół wydał mi się dość wyważony w swej kontrastowości.

Tabliczka była twarda niczym skała i trzaskała adekwatnie głośno. I trochę głucho? Przekrój wyglądał na trochę ziarnisty, ale patrząc na tabliczkę nietrudno stwierdzić, iż jest gładka. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno i gęsto-kremowo. Początkowo trochę niechętnie, zachowując zwarty kształt, jednak po pewnym czasie miękła i przybierała na lepkości. Dość szybko ujawniła proszkowość, czasem wręcz ziarnistość, która jednak była subtelna. Ogólnie i tak odebrałam czekoladę jako raczej gładką, choć na koniec w niektórych kęsach zostawały pojedyncze proszkowe drobinki. 
Gdy w skupieniu je wyłapywałam i gryzłam, były trzeszczące i delikatne - jak to liofilizowane, zmielone na pyłek banany liofilizowane.

W smaku od początku czuć wyraźnie banany w wydaniu słodkiego przecieru. Niemal równocześnie odezwała się czarna, wilgotna, choć pozornie, tylko z wierzchu rozgrzana ziemia. 
Banan rozgościł się na pierwszym planie, ale choć był nadrzędnym wątkiem głównym, współdziałał z innymi. Zwłaszcza ziemi udało się porządnie zaprezentować tuż obok.

W tle przemknęła soczystość. Banan też ją przejawiał, ale jego wyszła bardziej słodko esencjonalnie, ciężkawo. Soczystość w oddali zasugerowała kwasek i w pierwszej chwili pomyślałam o wiśniach. Motyw bananów był wszechobecny i znacząco je prędko osłodził, kierując wiśnie w stronę truskawek. Poczułam się, jakbym piła (jadła?) shake bananowy z nutą truskawek.

Słodycz rosła. Tę owocową wzmocnił ciepło-palony akcent karmelu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa karmel wychylił się na moment, po czym zgrał się z bananem, przystając na soczystość, rześkość.

Gorzkość także rosła. Nadal oddawała czarną, wilgotną ziemię, którą jednak z wierzchu trochę ogrzało słońce. To karmel, mimo rześkości, dopowiadał to ciepło.
Do ziemi dołączyły lekko cierpkawe, suszone zioła. Trzymały się jednak z boku. Ziemia miała o wiele więcej do powiedzenia.

Karmel nie poprzestał na cieple. Słodycz rosła wraz z wyłaniającymi się drobinkami, obok odważnej gorzkości. Do głowy przyszedł mi jeszcze ciepły, tylko co upieczony bananowy murzynek i... Bananowy piernik? Ale w sumie nieszczególnie korzenny.

W owocowym wątku, za oczywiście dominującymi bananami, przemykał raz po raz subtelny cytrus. Podkreślał soczystość bananów, które końcowo zmieniły się w słodki nektar bananowy. W tym czasie karmel wręcz trochę przytłaczał słodyczą... z kolei bardziej ciężko-paloną? Melasową?

Po zjedzeniu został posmak słodkich przecierowo-nektarowych bananów, w których dało się rozpoznać liofilizowanie; ciepłego, wręcz trochę melasowego karmelu oraz cierpkawej czekolady. Zmieszała się w niej ziemia z niejasnym, wiśniowo-truskawkowym motywem, a cierpkość przywodziła na myśl suszone, ostrawe zioła.

Czekolada odlegle skojarzyła mi się z Olini Czekolini Krem z orzechów z surowym kakao i bananami  w tabliczkowej wersji. Słodziutkie banany i ciężkie, charakterne surowe kakao stworzyły bardzo kontrastową, specyficzną kompozycję - do mnie akurat przemówiła. Choć jestem sceptyczna do cukru kokosowego, tutaj chyba dobrze się spisał, osadzając liofilizowane banany w gorzkiej bazie. Jak pisałam, całość do mnie przemówiła, ale długo wahałam się, czy aby na pewno na 10. Coś w tej kompozycji było, co mnie powstrzymało, ale w końcu uznałam, że chociażby za pomysłowość należy się podciągnąć.


ocena: 10/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 9,62 zł (za 30g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić, ale wolałabym dostać

Skład: nieprażone ziarna kakaowca, skoncentrowany sok z kwiatów kokosa, tłuszcz kakaowy z nieprażonych ziaren, liofilizowany banan w proszku 12%

czwartek, 8 stycznia 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon ciemna z Dominikany z cynamonem

Gdy tylko pogoda na wiosnę w Tatrach jako tako się ustabilizowała i zima nawet tam już odpuściła, oczywiście w nie ruszyłam. Może niezbyt rozsądnie wybrałam trudną trasę, ale... po prostu byłam wygłodniała tych wszystkich tatrzańskich smaczków. Ruszyłam zielonym szlakiem z parkingu w Uzkiej Dolinie i poszłam na Baranec przez Mladky i Maly Baranec. Znacząco pod górę, ale to bardzo przyjemny fragment. Wzięłam tam ze sobą tabliczkę hiszpańskiej marki, której jeszcze nie znałam, lecz miałam już parę różnych tabliczek kupionych. Sole to rodzinna firma, robiąca organiczne czekolady, z Barcelony. Wyglądali na bardzo w porządku, tym bardziej że degustacyjne hiszpańskie czekolady sobie cenię. Może i nieco zwyklejsze miały być dobre? Jako ciekawostkę znalazłam, że Sole słodzą swoje cukrem trzcinowym z Brazylii. Nim spróbowałam którąś z zamówionych czekolad marki Sole, jak wspomniałam, kupiłam kolejne. Robiąc bowiem większe zamówienie tabliczek z dodatkami w góry, wypatrzyłam je w przystępnej cenie i uznałam, że dam szansę trochę w ciemno, a potem jeszcze nie umiałam przejść obok innych, jakie zawitały do Auchan. Wszak nawet gdyby posiadane czyste wyszły niesatysfakcjonująco, z dodatkami to przecież co innego. A po prostu ciemnej czekolady z cynamonem to nie jadłam... Nigdy? Wszystkie mi znane były z mieszankami przypraw, gdzie cynamon może i dominował, ale nigdy nie był jedynym, tytułowym dodatkiem, albo z cynamonowymi ciastkami, czymś w cynamonie itd. Czystą po prostu z cynamonem to jadłam mleczną (Dolfin mleczna z cynamonem z Cejlonu) lub białą (Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon). Ale ciemną z cynamonem? Nie! A dziwne, bo w sumie to nie jest rzadka przyprawa. 

Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z Republiki Dominikany z cynamonem.

Po otwarciu poczułam dominujący, mocny cynamon o ostrych skłonnościach, któremu towarzyszyła palona czekolada i który znacząco osłodziła wanilia. Zarówno czekoladowa lekka gorzkość, jak i średnia, nie za wysoka słodycz były palone. Gorzkość szła w cynamonową kawę, natomiast słodycz przypominała karmel o bardzo ciepłym wydźwięku, który zapewne podyktował cynamon.

Tabliczka była twarda jak kamień, a przy łamaniu trzaskała, jakby była zbita i bardzo pełna, trochę krucho, ale nie głośno, raczej średnio.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym, jakby powierzchownie mięknąc. Sprawiała wrażenie twardej, konkretnej wewnątrz. Kształt zachowywała niemal do końca. Połączyła mazistą kremowość z wręcz ziarnistością, za którą stał cynamon. Była dość tłusta, trochę maślaną i faktycznie pełna, konkretna.

W smaku od razu przywitał mnie cynamon i złożona goryczka. Sam cynamon zawarł ją w sobie, jednak bazą gorzkości szybko okazała się palona czekolada. Po chwili zaznaczyła się też średnia słodycz.

Gorzkość wzrosła właśnie w palonym kontekście, serwując czarną kawę. Paloną, ale w sumie łagodną. Jak i sama gorzkość - była wyraźna, ale w sumie łagodna. Szybko przyszła mi na myśl kawa z cynamonem.

Cynamon umacniał się, idąc w ostrawo-gorzkawym kierunku, jednak nie brakowało mu też specyficznej, korzennej słodyczy. Słodycz cynamonu podkreślała wanilia - do odnotowania, jednak początkowo nie tak bardzo jednoznaczna, co później. Cynamon robił się coraz ostrzejszy, jednak ogół nie był mocno pikantny. Charakterny cynamon cały czas przypominał o kakao, podkreślał je. Nie tyle nawet samą kakaową gorzkość, co smak - i kawa zmieniła się w kawę cynamonowo-kakaową.

Słodycz rosła spokojnie, ale konsekwentnie. Długo trzymała się średniego poziomu. Miała lekko palony, karmelowy ton, który w jedno mieszał się z cynamonem. Wanilia dopiero po paru chwilach pokazała się wyraźniej jako ona sama, ale od razu podyktowała szlachetność słodyczy i utrzymała ją, wraz z cynamonem, do końca.
Cynamon był mocno wyczuwalny, poniekąd rządził kompozycją, jej nutami, ale nie zdominował jej. Pozwolił bazie porządnie rozbrzmieć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi słodko cynamonowy karmel i... Melasa? Ciężkawa, ale jakoś niecodziennie nie aż tak mocno palona i... Nagle się zatraciła. Wanilia wypchnęła ją z gry.

Wanilia przywołała kawę, która traciła pewność siebie. Odzyskała ją, ale jako cynamonowa latte. Z wyraźną kawową bazą. Wizja ta nie utrzymała się jednak długo, bo mleczność zaraz jakoś zniknęła.

Słodycz poszła w kierunku maślanego kremu z orzechów laskowych z cynamonem - wyobraziłam sobie słodką masę do np. tortów najwyższej jakości. Raz czy drugi zrobiła nawet nieśmiałą aluzję do kremu orzechowego, słodzonego bananami, ale to było tak ulotne, że w przypadku wielu kęsów umykało. Słodycz końcowo graniczyła z przesadą, ale w ostatniej chwili się zatrzymywała. Cynamon trochę modyfikował ten efekt, narzucając rozgrzewanie nie od słodyczy, a ostrości.

Pikanteria całkiem znacząco wzrosła do poziomu prawie wysokiego, jednak tak splotła się z palonym kakao, że nie odbierałam tego jako ostrość. Kakao w zestawieniu z cynamonem, wyszło bardziej cierpko. Cynamon przy wsparciu słodyczy jakby miał ochotę zaznaczyć się w gardle, lecz nie robił tego.

Po zjedzeniu ostał się posmak cynamonu, łączącego w równych proporcjach słodycz, ostrość i goryczkę oraz waniliowej kawy. Czułam jej palony motyw, trochę złagodzony słodko kremową maślanością.

Byłam w szoku, jak świetnie zagrał cynamon, lekko gorzka czekolada i charakterna słodycz. Ta wydawała się tak wyraźnie waniliowa, że upierałabym się, że jest dodana. Kawowy charakter bazy idealnie pasował do tych przypraw! I nawet wysokość słodyczy w żadnym wypadku nie wyszła tu na minus. Wszystko pasowało, współgrało, podkreślało się i uzupełniało!


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,46 zł
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, cynamon 2%

wtorek, 6 stycznia 2026

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate ciemna z Filipin

Po pierwszym zetknięciu z marką Kankel już wiedziałam, że będę chciała porządniej ją poznać. W Kankel Cacao Craft Chocolate Uganda 80 % czułam przesłanki, że z tym hiszpańskim producentem tego samego oczekujemy od czekolady. A jednak już pierwsze spojrzenie wystarczyło, by odkryć, że coś się zmieniło. Wygląd opakowań i to, na co położono na nich nacisk - to jedno. Ale może też... podejście do czekolady? Dziś przedstawiana była opisywana jako intensywna, a po tym, co ponoć można w niej poczuć... bardzo mi się to podobało. Czułam, że mnie zachwyci. Tabliczkę zrobiono z ziaren hodowanych i zbieranych przez lokalnych farmerów w Tupi z południowej części regionu Cotabato. I to nie byle jakich ziaren, a konkretnie hybrydy, kreolskiej odmiany trinitario, które pochodzącą z regionu Davao.

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario z Filipin, z prowincji Cotabato, z gminy Tupi.

Po otwarciu poczułam zapach drewna i grejpfruta, które wydawały się ze sobą koleżeńsko ścigać. Drewno ustanowiło poważną bazę, przekładając się na myśl o wycince w lesie liściastym. Grejpfrutowi kibicowały inne owoce: pomarańcza, kwaśny ananas, jakby bardziej egzotyczny cytrus i dojrzałe, miękkie, a co za tym idzie słodkie kiwi. Owoce połączyły subtelny kwasek ze słodyczą. Ta nie poprzestała na owocach, bo i delikatnie palony karmel wyraźnie czułam. Pojawiło się jeszcze śmietankowe echo, które jakby trochę łagodziło całość. 

Suchawa w dotyku tabliczka trzaskała dość głośno w chrupki sposób. Wyglądała na ziarniście-szorstką.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkawym. Początkowo trochę kremowo, po chwili zaś bardziej pyliście. Była dość zbita, ale ochoczo mięknąca. Odsłaniała szorstkość, wręcz piaszczystość. Wyszła suchawo, nietłusto, a z czasem soczyście. Mimo to, po zniknięciu zostawiała złudną suchawość.

W smaku pierwszą poczułam średnią słodycz śmietankowego, lekko palonego karmelu. Palony aspekt w zasadzie zaraz prawie się w ogóle zawieruszył. Śmietanka zaś pilnowała, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Za słodyczą przemknął kwasek, sugerujący cytrynę. Cytrynę, która przechodzi w jakieś bardziej egzotyczne, soczyste cytrusy. Kwasek oddalił się jednak na tyle, że trudno było doprecyzować.

Z czasem raz po raz śmietanka zaczęła wydawać mi się bardziej mleczna, ale wciąż zgrana z karmelem. Zaczęły układać się w karmel coraz łagodniejszy, coraz bardziej mleczny.

Kwasek trzymał ten lekko egzotyczny wydźwięk. Karmel zaczął mieszać się z soczystością, ale jakby obok tego kwasku. Poczułam słodkie cytrusy, głównie bardzo dojrzałego, słodko-cierpkawego grejpfruta. Obok pojawiła się jeszcze bardzo słodka pomarańcza i... coś. Pomyślałam o bardzo słodkim, egzotycznym cytrusie - słodziutkiej skórce kumkwatu? Palona nutka przeszła w cytrusową goryczkę.

Gorzkość ogółu była jednak niska. Z tła wyłoniło się drewno. Pomyślałam o szarych bukach, które... są właśnie cięte? Wyobraziłam sobie wycinkę w lesie, a więc świeży aromat ciętego drewna pośród innych zielonych drzew. Cięte drewno kryło trochę pikanterii... Pikanterii robiącej aluzje do przypraw?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owocowy kwasek trochę wzrósł, acz ogólnie wysoki nie był. Bynajmniej nie w cytrusowym kierunku. Należał do egzotyki - pomyślałam o kwaśnym ananasie i nagle osłodziły go inne, egzotyczne owoce. Słodkie, miękkie zielone kiwi, w którym przewijała się lekka cierpkość.

Słodkie cytrusy i cytrusy egzotyczne wzbogaciły się o cytrusową pikanterię... Pieprzu cytrusowego? Nagle wszystkie owoce jakby zlały się w jeden wątek - chyba właśnie przyprawy podziałały na nie tak jednocząco.

Przyprawy poniekąd mieszały się z ciętym, świeżo-ostrym drewnem. Gorzkość ostrożnie je podkreślała, sama za bardzo nie wchodząc do gry, ale jednak odrobinę wzrastając. W te świeżość i drewno wemknęły się słodko-pikantne kwiaty. Trochę i z przyprawami znalazły coś wspólnego. Zmieniły słodycz z karmelowej i owocowej na właśnie kwiatową, będącą czymś z pogranicza wspomnianych.

Owoce załagodził  trochę... jogurt? Mleczny wątek nagle przejął kwasek od owoców, osłabiając go jeszcze bardziej. Za to dosładzając na moment. Wyobraziłam sobie jogurt zmiksowany z egzotycznymi i cytrusowymi owocami, całe smoothie jogurtowo-owocowe. Po chwili jogurt zaczął zmieniać się w śmietankę, a owoce zaczęły słabnąć.

Śmietanka załagodziła słodycz, gorzkość i owocowość, ale nie wzruszyła przypraw. Przez moment myślałam jeszcze o wanilii, a więc czymś słodszym za sprawą śmietanki i kwiatów, ale nie trzeba było długo czekać, by pieprz cytrusowy zmienił się po prostu w czarny, ciężkawy pieprz. Do głowy przyszedł mi też specyficznie ostry, wyrazisty kardamon. Zrobiło się dość ostro. Drewno wpisało się w ostrość.

Po zjedzeniu został posmak nie mocno, ale z zasady ostrych i aż trochę gryzących w język przypraw, w tym kardamonu, oraz ciętej, ostrawego drewna i słodycz kwiatów - też lekko ostrych. Do głowy przyszedł mi jeszcze pikantny pieprz, jednak ogółem wcale tak ostro w posmaku nie było. Wrócił bowiem śmietankowy karmel oraz sporo owoców: grejpfrut, pomarańcza i jakby cytryno-ananas.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że czułam niedosyt gorzkości. Świeżo cięte drewno w lesie liściastym, ostre kwiaty i przyprawy: pieprz z kardamonem, mieszające się z owocami cytrusowymi i egzotycznymi, w których najwięcej miał do powiedzenia grejpfrut, ale czułam i cytrynę, kiwi i ananasa stworzyły ciekawą kompozycję. Śmietanka, śmietankowy, mało palony karmel trochę to i łagodziły, i dosłodziły, ale w żadnym wypadku nie było za łagodnie czy za słodko. Acz słodko znacząco. Choć też za sprawą owoców (w tym grejpfruta, który tu był bardzo, bardzo słodki i niekwaśny - kwasek należał do innych owoców, głównie ananasa, co wyszło trochę zaskakująco i intrygująco).

Ananas, roślinna rześkość, przyprawy - w zasadzie skojarzyło mi się to i jeszcze parę akcentów (ale te najbardziej) z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 %. Miłe skojarzenie, a i ogólnie poziom podobny.


ocena: 8/10
cena: €7,90 (za 75g; około 34 zł)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant ciemna mleczna 60 % z nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanymi wafelkami

Czekolada Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel odkąd przeczytałam jej opis, jeszcze zanim spróbowałam, wydawała mi się zbyt namieszana i przeładowana. Degustacja utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Po niej pomyślałam, że dziś przedstawianą sobie odpuszczę bez żalu, skoro do mnie nie dotarła. A jednak parę miesięcy później dostałam ją od dystrybutorki. Może bez ogromnych nadziei, ale jednak z lekkim optymizmem się za nią wzięłam. Może właśnie okrojenie pomogło i w tej nadzienie zaprezentuje się lepiej? Warstwa wiśniowa stopowała bowiem potencjał orzechowej.


Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana (42%) nugatem / praliną z orzechów laskowych z (14%) "brittle" wafelkowym, czyli karmelizowanymi wafelkami oraz cienką warstewką mlecznej czekolady o zawartości 40% na spodzie*.
*A przynajmniej tak jest w opisie.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach orzechów laskowych, łączący w sobie orzechy karmelizowane oraz nugatowe. Mam na myśli charakternie palony karmel oraz mocno mleczno-maślany, słodki, ale nieprzesłodzony nugat. W jedno mieszał się z mleczną czekoladą, jednak zwłaszcza po przełamaniu wydawało mi się, że nie tą z wierzchu. Ta bowiem jawiła się jako motyw wytrawniejszy, trochę chlebowy, może złudnie marcepanowy, choć też nie brakowało jej pełnego, naturalnego mleka i stała obok. Jakby tak obok położono nugat z laskowców i mlecznej czekolady oraz charakterniejszą, bardziej kakaową mleczną czekoladę.

Tabliczka w dłoniach wydawała się masywna i ciężka, jednak niekoniecznie twarda. Poniekąd miała w sobie coś z twardości, ale nawet nie wiązało się to z trzaskiem. Nie trzaskała. Podczas łamania słychać za to chrzęst nadzienia. Wafelków w nugacie nie widać, lecz bardzo dobrze je słychać.
Trochę zaskoczyło mnie, że w przekroju nie widać warstewki jaśniejszej, tej mlecznej czekolady 40%, o której jest mowa w opisie oraz którą widać na zdjęciach producenta. W jednym miejscu wydawało mi się, że może na coś takiego trafiłam (i próbowałam to rozwarstwić nożem), ale... chyba moja czekolada była jednak bez tej warstewki.
Gdy robiłam kęsa, nadzienie wydawało się trochę delikatne i wtedy pod zębami też dobrze słychać chrzęst wafelków.
W ustach czekolada z wierzchu rozpływała się kremowo, w średnim tempie. Dała się poznać jako maziście-tłusta i ochoczo mięknąca. Jeśli była tam jakaś warstewka, to kompletnie nie czuć jej w strukturze.
Krem orzechowy także starał się wpisać w miękkość, ale wyszło mu to tylko częściowo. Był bowiem dość masywny, zbity i maślany. Czułam w nim oleistość, lekko pyłkowy efekt, choć ogólnie starał się pokazać jako bazowo gładki. Wszystko to jednak szybko odeszło w niepamięć, bo uwagę zaczęły przyciągać wyłaniające się wafelki. Nugat rozpływał się dość szybko.
Kawałków wafelków w nugacie zatopiono mnóstwo. Były tam malutkie, średnie i trochę większych.
Wafelki wolałam gryźć różnie, ale raczej na koniec, gdy wszystko już zniknęło, a tylko na próbę parę razy pogryzłam je szybciej, starając się robić to obok czekolady. Wtedy dodawały porządnego chrzęstu, były delikatne i krucho-chrupiące, w tym część w cukrowy sposób.
Wafelki gryzione na koniec częściowo zachowały chrupkość, ale większość zwilgotniała, zmiękła i zaczęła się częściowo rozpuszczać. Niektóre wyszły miękkawo, inne miękkawo-gumiasto, trochę jak "jadalny papier". Malutkim zdarzało się cukrowo rzęzić.

W smaku czekolada roztoczyła paloną gorzkość, do której powoli dołączyła także palona, karmelowa słodycz. Po chwili dopłynęło też pełne mleko, przechodzące w śmietankę. Czekolada wydała mi się lekko chlebowo-orzechowa sama z siebie, a nie tylko przesiąknięta nadzieniem (choć to pewnie też).
Spróbowana osobno jawiła się jako bardzo subtelnie gorzkawa, a tak to intensywnie mleczna i naturalnie orzechowa. W zestawieniu z nim, nadzienie podkreślało orzechowość i wydobywało gorzkość czekolady.
Czekoladę mleczną czuć cały czas, acz na większość degustacji wycofała się i pozwoliła prezentować się wnętrzu.

Z czasem mleczność i słodycz rosły. Może za sprawą zakamuflowanej warstwy mlecznej czekolady 40%, może po prostu za sprawą mieszania się czekolady z nadzieniem. Kakaowo palony akcent wierzchu jednak się nie zatracił. Po prostu obok wzrosła mleczność.

Nadzienie podchwyciło orzechowo-mleczne wątki. Przywitało się wyraźnie nugatowo słodkim motywem orzechów laskowych, po czym dodało jeszcze nutę maślaną. Choć było bardzo nugatowo, słodycz trzymała się średniego poziomu. Wiele do powiedzenia miał wątek prażonych orzechów laskowych. Wnętrze trochę kontynuowało też mleczno czekoladowy smak - jakby i do niego wtopiono mleczną czekoladę.

Kiedy spróbowałam osobno samego nadzienia, miałam wrażenie, iż faktycznie i w nim pojawia się nuta mlecznej czekolady... a w zasadzie mleczniusiej czekoladusi, wpisanej w głęboką, laskową nugatowość, która jednak po paru chwilach przegrywała z wafelkami. Jeśli nuta czekolady w nadzieniu nie była złudna, na pewno nie była to czekoladowość choć trochę gorzka.

Słodycz rosła za sprawą wyłaniających się z nugatu kawałków - były to cukrowo-karmelowe wtrącenia. W tym konkretnie karmelowych, cukrowych wafli - pomyślałam o waflach duńskich.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z kremu wyłoniła się oleistość jakby oleju orzechowego. Laskowce z jednej strony wyszły jakoś rozmyto, z drugiej zaś motyw prażenia przybrał na sile - cukrowe wafelki nie pomogły samej laskowości, za to prażeniu-pieczeniu owszem. Z czasem jeszcze oleistość mieszała się z delikatną gorzkością, wydobywając ją z pobrzmiewającej w tle gorzkawej czekolady mlecznej. Ona, orzechowa oleistość i wafelki przez moment grały jakby przeciw laskowej nugatowości.... Mleczność nadzienia za to miała się dobrze i udało się się przywrócić smaczek orzechów laskowych (acz już osłabiony).

Coraz bardziej wyłaniająca się drobnica mocno rozkręciła słodycz palonego, karmelizowanego cukru. Za nią przemykały akcenty pieczone i pszenne. To a to trochę przygłuszało, a to na nowo podkręcało orzechowość. Ze dwa czy trzy razy wśród wafelków mignęło mi echo soli, podkreślające słodko-karmelowo-prażony motyw wafelków.

Wafelki gryzione obok czekolady przypominały po prostu trochę bardziej karmelowy cukier. Podnosiły słodycz i zagłuszały nuty i oleju, i orzechów laskowych (co miało więc plusy i minusy).

Czekolada po debiucie nadzienia z wafelkami wyszła jednak jeszcze bardziej gorzko, porządnie palono. Jej mleczność i słodycz wydawały się bardzo subtelne. Przypomniała sobie o niemal wytrawnej, chlebowej nucie.

Gryzione na koniec wafelki wciąż pobrzmiewały karmelem, trochę cukrem i były ogólnie znacząco słodkie, ale smakowały też wyraźnie lekko wypieczonymi wafelkami. Niektóre wydawały się bardziej maślane, wręcz lekko... wafelkowo-gofrowe? A przy nielicznych mignęła mi sugestia soli.

Po zjedzeniu został posmak łagodnych, cukrowo słodkich, trochę karmelowych wafelków, wkomponowanych w karmelowo-maślano-mleczne, nugatowe, ale nieprzesłodzone realia. Wafelki i mleko, karmel grały pierwsze skrzypce, orzechy znalazły się w tle, a czekoladowość prawie odeszła w zapomnienie.

Czekolada wyszła o wiele lepiej, bo bardziej przejrzyście niż Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel. Była zwyczajnie smaczna. Jednak i ona mnie w sobie nie rozkochała... To znaczy wśród dawnych Zotterów byłaby nudna, wśród nowych kiepskich jawi się jednak jako jedna z lepszych. Doceniam ją jako tabliczkę orzechowo-wafelkową, choć to nie w 100% moja bajka. Jak dla mnie wyszła trochę za słodko i nudno, a do tego ze strukturą, za jaką nie przepadam: do ciągłego gryzienia i to najlepiej wcześniej, bo potem wafelki robiły się mniej atrakcyjne. Podobało mi się, że całość nie była przesłodzona, mimo że mocno nugatowa, że czekolada na wierzchu miała gorzkawy charakterek, jednak do nadzienia niepotrzebnie wkradła się oleistość. Można było zrobić je lepiej (bardziej orzechowo-czekoladowo-mlecznie?).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy laskowe 19%, miazga kakaowa, wafelkowe brittle (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowany ekstrakt słodu jęczmiennego, sól), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olej z orzechów laskowych 2%, emulgator: lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, anyż gwiazdkowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa