wtorek, 15 września 2026

Zotter Himbeer Kirsch mit Kubris-Crunch / Raspberry Cherry with Pumpkin Crunch ciemna 70 % z malinowo-wiśniowym marcepanem i nugatem z pestek dyni z karmelizowanymi wafelkami "brittle"

Mój stosunek do nadziewanych czekolad Zottera zmienił się na przestrzeni lat o 180 stopni. Od uwielbienia i zaintrygowania przeszłam do niechęci i znużenia. Dziś prezentowana już z samego opisu wydała mi się przeładowana. Głosi on, że warstwa z wiśni, malin i marcepanu odnosi się do "smaku babcinych deserów". Na pewno nie mojej babci. Z kolei nugat dyniowy to ponoć Zotterowe popisowe unowocześnienie. Niewątpliwie rzadko się go spotyka, ale według mnie tylko brzmi fajnie. W żadnej tabliczce jeszcze mnie nie zachwycił. Coś czułam, że ta nie będzie inna.


Zotter Himbeer Kirsch mit Kubris-Crunch / Raspberry Cherry with Pumpkin Crunch to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (28%) malinowo-wiśniowym marcepanem i (28%) praliną / nugatem z pestek dyni z karmelizowanymi wafelkami "brittle". 

Po otwarciu poczułam zapach palono-dymnie gorzkiej czekolady, która kojarzyła się trochę z ciemnym chlebem, o niskiej, również palonej słodyczy karmelu, której towarzyszył równie wyrazisty migdałowy marcepan. Udawał, że kryje trochę ciężko-słodkiego alkoholu. Zgrały się i nakręcały. Za nimi stanęły czerwone owoce, przede wszystkim wiśnie. Mimo że niewątpliwie kwaśne, to zarazem pudrowe słodkie. Czuć je zwłaszcza, gdy wąchało się wierzch. Po przełamaniu za to do tego wszystkiego dołączył jeszcze niedookreślony motyw słodkiego i tłustego, maślanego nugatu.

Tabliczka była twarda i wydawała się masywna, ale że to w sumie złudzenie, wyszło na jaw przy łamaniu. Sama średnio gruba czekolada trzaskała, ujawniając miękkie wnętrze: tłusty i plastyczny nugat lepko-wilgotny, trochę wręcz żelkowo-galaretkowaty marcepan, w którym widać trochę sporych pestek malin. Choć nugat z kolei wyglądał na gładki, przy robieniu kęsa czasem słychać było i czuć chrzęszczenie, chrupanie jakby cukru. Wtedy też - przy odgryzaniu kawałka - konkretna czekolada wgniatała się w miękki marcepan.
W ustach czekolada odpadała od nadzienia i rozpływała się w średnim tempie. Cechowała ją tłusta kremowość i gęstość. Maziście pokrywała podniebienie i miękła, z czasem ujawniając nadzienia, z kolei zbite i zlepione ze sobą.
Owocowy marcepan szybko upuszczał trochę soczystości, dając się poznać jako wilgotny i plastyczny, acz rozpuszczający się powoli. Najwolniej ze wszystkiego. Konkretny nugat wkraczał powoli, bo też się nie spieszył. On jednak bardziej zlewał się z czekoladą, a znikał trochę przed nią.
Nugat był tłusty, byłby wręcz śliski, gdyby nie ogrom małych i mikroskopijnych wafelków. Większość z nich była  wielkości kryształków cukru. W tej warstwie czuć zarówno masywność orzechów, jak i oleistość. Trudno było gryźć same wafelki obok czekolady i nadzień, więc jako że nie cierpię gryzienia czekolad, zostawiałam je na koniec. Gdy pogryzłam wcześniej  na próbę, przypominały cukier.
Marcepan owocowy trochę tonował tłustość i częściowo pochłaniał chrzęszczącą wafelkową drobnicę. Gdyby nie on, mogłyby drapać podniebienie. Marcepan był specyficznie grudkowy, ale też bardzo galaretkowo-żelkowy. Przypominał przecierowo naturalną, zwięzłą galaretkę z pestkami malin, która mocno się lepi i którą można jak się chce rolować i formować. Niechętnie rozchodził się na grudki ze względu na to owocowe zżelowanie. Marcepan rozpuszczał się najwolniej. Zostawał jako luźna, plastyczna żelka o przecierowej strukturze.
Na koniec w ustach zostawały głównie pestki malin, marcepanowe, drobne grudki i wafelki: jako cienkie płatki oraz drobinki przypominające kryształki cukru.
Gryzione na koniec delikatne wafelki pochrupywały już bardzo delikatnie, jako że nasiąkły i zmiękły. Nawet zaczynały się rozpuszczać. Mimo to, skojarzenie z cukrem uparcie się ich trzymało.
Pestki malin oczywiście twardo chrupały. Zaskoczyło mnie to, jak dużo ich na koniec zostawało.
Grudki marcepanu miękko trzeszczały.

W smaku czekolada była palono gorzka i delikatnie słodka w karmelowym stylu. Zawarła w sobie motyw dymu, ciemnego chleba i marcepanu.

Gdy spróbowałam czekolady osobno, wydała mi się nieco łagodniejsza i bardziej wyważona w kwestii gorzkości i słodyczy, niż w zestawieniu z wnętrzem. Powiedziałabym też, że pobrzmiewa sama w sobie migdałami, nie zaś, że przesiąkła marcepanem.

Nadzienia szybko się odzywały, zwłaszcza owocowy marcepan.

Marcepan eksplodował smakiem kwaśnych wiśni i malin. Przez ułamek sekundy zrobiły aluzję do cytryny, ale nie. To były głównie kwaśno-cierpkie wiśnie. Maliny starały się nadążyć. I one przedstawiły się jako kwaśne. Choć wyszły bardzo soczyście, dość świeżo, czuć, że to suszone / liofilizowane.
Migdały trochę wypłynęły po chwili, wraz z maślano-śmietankowymi nutami. Słodycz nie spieszyła się, dopiero rosła wraz z rozwojem smaku owoców oraz rozpuszczaniem się nugatu. Wtedy robiło się trochę pudrowo, a kwaśność jeszcze przez moment wydawała się przerysowana, po czym słabła. W dodatku przy czekoladzie w marcepanie zdawała się kryć goryczka.
Marcepan spróbowany osobno wydał mi się nieco bardziej migdałowy, ale nadal zdominowany owocami.

Dyniowy nugat do kompozycji dodał nijakość i oleistość, acz jego rola w kompozycji ogóle była marginalna. Przez niego, przez ten brak charakteru, owoce chyliły się ku przesadzie w kwestii kwaśności. Nugat wydawał się wręcz neutralny, dopiero z czasem, po owocowym uderzeniu, dało się w nim doszukać akcentu dyni oraz lekkiej mleczności. Starał się pomóc wyłonić migdałom z marcepanu.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak znacząco zaczęła podskakiwać cukrowość. Wyłaniające się z nugatu wafelki smakowały bowiem głównie po prostu cukrem, trochę tylko karmelowo.
Nugat spróbowany osobno był zdecydowanie bardziej mleczny, a także ewidentnie dyniowy. Choć nie jakoś mocno. Odnotowałam w nim też nutkę białej czekolady. I czuć, że zawierał cukrowe wafelki.
Gdy z ciekawości raz pogryzłam wafelki w trakcie rozpływania się kęsa, dałabym się nabrać, że to kryształki cukru (no, może przynajmniej trzcinowego). Bo wtedy czuć jedynie niewyraźne echo wafelków.

Kwaśność wiśni i malin z czasem słabła i robiło się też coraz bardziej słodko w konfiturowym stylu.

Wafelki wyłaniające się z nugatu podnosiły słodycz o cukrowym wydźwięku. To pewnie też jakoś tę konfiturowość nakręciło.
Sama czekolada po debiucie nadzienia wydała mi się bardziej gorzka i jeszcze bardziej palona, wyraźnie dymna.
Nugat i czekolada znikały, pozostawiając owocowy marcepan.

Maliny doścignęły wiśnie i zrównały się z nimi. Bliżej końca rozkład sił w owocach w zasadzie co kęs, to był nieco inny. Czasem, gdy trafiło się akurat więcej cząstek malin z pestkami, te wyprzedzały wiśnie. Potem zaś to kwaśne, soczyste wiśnie wyskakiwały na przód. Owoce zaczęły przypominać domową, kwaśną konfiturę wiśniowo-malinową i kompot wiśniowy. Pozwoliły marcepanowym migdałom trochę się pokazać, ale i tak zatracały się one w soczystości.

Na koniec, gryzione pestki malin wytoczyły swój specyficzny smaczek, za to drobinki marcepanu wydawały się nijakie.
Wafelki gryzione na koniec wciąż częściowo pobrzmiewały cukrem, ale okazały się też trochę pszenno-kartonowe. Powiedziałabym, że to "opłatkowe" andruty ze sklepików szkolnych (z mojego dzieciństwa). Nikły jednak pod dominacją pestek.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych wiśni i malin, z echem iluzorycznie cytrynowym, ale też pewna pudrowa, owocowa słodycz. Z nią wiązała się też cukrowość. Ta mieszała się z nieco tekturowym echem wafelków oraz oleiście mdławym, a słodkim nugatem. Marcepan czuć wraz z dymno-gorzką, stonowaną czekoladą w tle.

Tabliczka pod żadnym względem mnie do siebie nie przekonała. Jedynie sama czekolada z wierzchu niezmiennie była dobra, ale co z tego, jak przez większość czasu to i tak nadzienia skupiały na sobie uwagę? Marcepan wyszedł nieprzyjemnie kwasowato jak na marcepan. Wiśnie i maliny przygłuszały samą marcepanowość, która ledwo dawała sobie radę. Żelkowa struktura, dużo pestek malin też mu na dobre nie wyszły. Z tego jednak mogłaby być dobra galaretka owocowa! Zawsze smakowały mi galaretki Zottera, więc bardzo żałuję, że nie zdecydował się na takie rozwiązanie. Mieszając takie żelowe owoce z marcepanem nie wyszło to na dobre ani owocom, ani marcepanowi - jedno drugiemu przeszkadzało. Ale potencjał był! I całe szczęście, że Zotter akurat tej tabliczki nie próbował jeszcze podkręcać cytryną.
Tłusty, nijaki w smaku nugat z dyni urozmaicały nieprzyjemne wafelki udające cukier, a na końcu smakujące trochę kartonowo. Na zasadzie kontrastu podkreślało to-to kwasowość marcepanu. Było więc i denerwująco słodko, i kwaśno, bez zgrania czy przyjemnego przełamywania się.
Zdecydowanie wolałabym ciemną czekoladę 70% nadzianą po prostu konfiturowym, Zotterowo galaretkowym nadzieniem wiśniowo-malinowym. Zotter robi świetne galaretki, więc szkoda, że od tego odszedł, za to zaczął kombinować z mieszaniem... czego się tylko dało. Natłok elementów jakby z przypadku, które choć nawet jakoś tam współpracowały, to nie tworzyły zachwycającej kompozycji.
Nie moja bajka, za dużo "ale", więc po 13 gramach sobie darowałam i resztę oddałam Mamie.

Kojarzyła mi się trochę z Cherries + Pumpkin Marzipan - w zasadzie w zamyśle / opisie wyszła jak ona, trochę przerobiona - i Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries. Jakby Zotterowi kończyły się pomysły i po prostu łączył wszystko, co już w sumie było.

Opinia Mamy: "Jak najpierw spróbowałam wszystko razem to... tam zupełnie nic nie czuć z tego całego opisu. Po prostu kwaśno było, zaleciało mi cytryną i nieciekawie, niesmacznie to wyszło. Gdy jednak zaczęłam rozdzielać na warstwy, wreszcie poczułam wszystko! Gdy jadłam sam marcepan, czuć, że to nie cytryna, a maliny i wiśnie. Kwaśne i dominujące. Sama marcepanowość uciekała, ale nieważne, bo w sumie i tak było smacznie. Gdy wzięłam się za drugą warstwę, też się zdziwiłam, bo nawet tę dynię poczułam! I wafelki, które fajnie chrupały. Ja lubię takie dodatki, więc ta warstwa osobno (!) bardzo mi smakowała. Ogólnie obie fajne części, ale tylko oddzielnie, więc czekolada jako całość mi nie pasowała. Na tyle, by nie dojeść do końca tego, co dostałam".


ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 85g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, marcepan 13% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, pestki dyni 10%, suszone wiśnie 5%, pełne mleko w proszku, kawałki wafelków 3% (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowany ekstrakt słodowy jęczmienny, sól), syrop z cukru inwertowanego, koncentrat wiśniowy 2%, liofilizowane maliny 2%, maliny 2%, liofilizowane wiśnie 1%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa, cukier trzcinowy pełny, sól, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna słonecznikowa, cynamon

poniedziałek, 14 września 2026

wino Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet [18 LAT+]

Swego czasu myślałam, że fajnie byłoby na blogu zamieścić kilka recenzji alkoholi, ale okazało się, że zwyczajnie nie jestem ich fanką. Łagodnie mówiąc. A wydawanie na alkohol ogromnych sum wydaje mi się absurdalne. Z kolei tanie twory zwyczajnie mnie obrzydzają. A jednak dopuszczam dodawanie alkoholu do gotowania. Gdy chcę zrobić coś z przepisu, bardzo dokładnie się go trzymając, mała ilość alkoholu w daniu nie wydaje mi się niesmaczna. Czasem nawet porządna alkoholowość - jak w truflach czy niektórych ciastach - wydaje się pożądana. Dziś prezentowane wino postanowiłam zrecenzować, bo i tak je właśnie do gotowania kupiłam, ale też dlatego, że zwykłego białego u mnie na blogu nie było. Czerwone owszem, a białe tylko azjatyckie śliwkowe.

Tu jednak muszę przeprosić wszystkie osoby niepełnoletnie, które nie ukończyły 18 lat. Ten wpis przeznaczony jest bowiem tylko dla osób dorosłych.

Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet to białe wino półsłodkie ze szczepu Muscat o zawartości 13% alkoholu, wyprodukowane przez Vinaria Romanesti w Mołdawii.

Wina spróbowałam w temperaturze pokojowej, bo nie lubię schłodzonych rzeczy i nie sprawiłoby mi żadnej przyjemności gdyby miało być chłodne.


Już po odkręceniu i powąchaniu z butelki wino wydało mi się lekkie, łagodne. Pachniało słodko-likierowo słodko-kwaskawymi brzoskwiniami / nektarynkami i mieszanką jasnych owoców, w tym chyba zielonymi winogronami, oraz białych kwiatów. Jego znacząca słodycz sugerowała wino raczej słodkie niż półsłodkie.


Wino miało kolor niemal wodnisty, lekko słomkowy. Także w strukturze wydało mi się lekkie i rzadkie. Pite zaś lekko szczypało, jakby złudnie musowało w język.

W smaku w pierwszej chwili wydało mi się nieco wodniste, a jednocześnie kwiatowe, jak jakaś rozrzedzona woda kwiatowa. Niemal bez alkoholu?!

Ten pojawił się nagle, uderzając jak błyskawica i równie szybko trochę się cofając. Tuż za mocnym, a odskakującym alkoholem, zjawiły się niedojrzałe owoce o wyrazistej kwaśności. Owoce zostały na dłużej niż mocny alkohol, nabierając słodyczy. Do niezbyt dojrzałych zielonych winogron dołączyły słodko-wodniste gruszki oraz... Chyba jasne brzoskwinie / nektarynki. Na pewno o smaku bardziej słodko-kwaśnym. Słodycz rosła szybko, kojarząc się trochę z owocowym likierem, czym przywrócił wyraźniejszą alkoholowość, a także wciąż z białymi, słodkimi kwiatami. Kwasek utrzymywał się, mimo że puścił słodycz przodem. Pomyślałam jeszcze o cytrynie i...

Cytrynowej nalewce? Alkohol zapiekł w gardle i na języku, dodając do owoców niemal korzenną pikanterię. Poprzez nią wróciła moc, powiedziałabym, że zaskakująco dosadna jak na wino. Trochę niemal wódkowo-gryząca.

Po wypiciu został posmak niezbyt dojrzałych zielonych winogron i gryzienie w język ordynarnego alkoholu, który próbował udawać korzenność. Czułam nieco rozgrzewającą alkoholowość, mieszającą się z kwiatami i słodko-kwaskawymi owocami, ale nie uderzało w głowę ani nic. Dosadność dotyczyła wydźwięku, nie realnej mocy.

Wino uznałam za mocno średnie, nawet w tej cenie. Zapewne można wypić, ale ja za nic nie miałabym na to ochoty.

Do gotowania nie sprawdziło się. Kiedy zaczęłam smażyć z nim mięso wołowe, rozszedł się słodko-kwaśny, trochę likierowy zapach, potem zatonął w reszcie. Gdy jadłam mięso z sosem z pastą gochujang, wino poniekąd wpisało się w słodycz miodu i cukru trzcinowego, ale też dodało dziwnego motywu, który kojarzył mi się z jasnym, lekko owocowym piwie, które zostało na drugi dzień po imprezie i się odgazowało. Dobrze, że danie było bardzo pikantne i dość słodkie, więc wino znalazło się na dalekim planie.

Reszta przypadła Mamie. Jej opinia: "Ono ma być półsłodkie?! Chyba ćwierćsłodkie jak już. Powiedziałabym, że w ogóle wytrawne. Takie kwaśne, wręcz kwachowate, więc niesmaczne. Nie wiem, jak w tym kwasie można jakiekolwiek owoce, nuty czuć. Ja w nim czuję tylko kwaśność, nawet jak podeszłam z dobrymi chęciami, by się wczuć."


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 750ml; promocja)
kaloryczność: 88 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

sobota, 12 września 2026

Kina Chocolates Merida 70 % Cacau Venezuela ciemna

Często to powtarzam, ale taka jest prawda: lubię poznawać nowe marki czekolad. Zwłaszcza te dobre, ale mniej znane. Wśród nich jest tak wiele perełek! Z tego powodu obecnie czekolady do degustacji zamawiam przeważnie z Club del Chocolate. Dziś przedstawianą właśnie tam zamówiłam, bo w zasadzie tylko tam widziałam tę markę z Barcelony. Założył ją pochodzący z Peru Oscar, certyfikowany degustator, który po zdobyciu wykształcenia w dziedzinie kakao i czekolady, uznał, że czas podzielić się doświadczeniem i odczuciami z innymi. Spodobało mi się motto firmy, jakoby każda ich czekolada opowiadała "fascynującą historię pasji, troski i zaangażowania w jakość". Ja zakupiłam czekoladę z Ekwadoru o chyba najbardziej standardowej jaka może być zawartości kakao. Wolałabym wyższą, ale gdy kompletowałam zamówienie, dostępne były tylko 2, w tym ta. Skusiła mnie jednak nutami obiecywanymi na stronie. Wracając do czekolady: z opisu dowiedziałam się, że kupiono ją od spółdzielni ze stanu Merida tworzonej przez 80 rolników, którzy stosując metody agroleśnictwa, uprawiając różne odmiany kakao. Kina zdecydowała się na Criollo. Choć nie podoba mi się słodzenie czekolad degustacyjnych białym cukrem, postanowiłam Kinie dać szansę - wszak Chapon i Zoto pokazały mi, że także z białym można uzyskać pyszny efekt.

Kina Chocolates Mérida 70% Cacau Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Criollo z Wenezueli, ze stanu Merida.

Po otwarciu poczułam kwiatowy zapach mieszający się ze słodyczą miodu i bananów. Kwiaty z nią stworzyły wizję konfitury z płatków róż i lżejszych, bardziej uroczych fiołków. Pomyślałam też o torcie czekoladowym z takową, nasączonym słodkim czerwonym winem (z echem octu?). Banany wsparły soczyste i zasładzające, zarazem pożółkłe, ale wciąż twardawe, winogrona zielona. Za tym wszystkim trochę powagi zaprezentowała przekopana ziemia i niedookreślony, lekko prażony motyw pestek, ziaren, w tym sezamu.

Twarda, sucha w dotyku tabliczka podczas łamania dała się poznać jako skalista. Trzaskała głośno i głucho, ujawniając ziarnisty przekrój, w którym lśniły kryształki.
W ustach rozpływała się niezbyt kremowo, w średnim tempie, zachowując zbity kształt. Najpierw lekko pyliście, potem coraz bardziej ziarniście, niemal piaszczyście, acz na szczęście bez żadnych kryształków cukru. Raz po raz za to trafiałam na niedomielone drobinki kakao. Tłustość wydała mi się w niej znikoma, a soczystość niby obecna, ale nie jakaś wyrazista. Odciągała od niej uwagę pylistość przepleciona z ziarnistością. Czekolada wydawała się pełna, ale końcowo łatwo rzednąca, niczym jakiś konkretny, gęsty likier.

W smaku pierwsza pokazała się wysoka słodycz, która mogłaby szybko osiągnąć pułap przesady, gdyby w kolejnych sekundach nie dołączył do niej motyw wilgotnie-kwiatowy, kojarzący się z właśnie podlewanym (aż nieco za bardzo) storczykiem.

Słodycz trochę pohamowała śmietankowa nuta, ale tylko na chwilę, bo zaraz zasugerowała... toffi na śmietance? Likier toffi? Umknęło mi jednak ze względu na soczystość. Motyw wilgoci kwiatów, ogólnie jakby zawilgocenia, dopingował soczystość.

Tę wprowadził średnio dojrzały, ale już słodki, a nie cierpki banan. Gdy tylko soczystość się rozgościła, w oddali odnotowałam echo kwasku... Choć nie kwasek w pełni. Pomyślałam o czerwonych owocach, ale i je zalała słodycz, serwując mi bardzo słodkie czerwone wino. Poczułam się trochę przytłoczona tą słodyczą.

Słodycz cały czas się nasilała, choć i gorzkość się pojawiła. Ta rosła jednak o wiele wolniej i słabiej. Słodycz zahaczyła o zwykłą cukrowość i gdy tylko pomyślałam, że już przesadziła, zaczęła trochę udawać miód. Czerwoną herbatkę owocową przesłodzoną miodem?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przewinęła mi się gdzieś na tyle subtelna orzechowość nerkowców. Robiła za kontrapunkt dla słodyczy, co po chwili zauważyła gorzkość i połączyła się z nią. Razem nieco wzrosły.
W wilgotnym motywie pojawiła się ziemia, która pilnowała, by kompozycja mimo dominującej słodyczy miała w sobie też szlachetną powagę.

Słodycz jeszcze chwilę szła siłą rozpędu, a cukrowo-miodowe nuty mieszając się z kwiatami zaobfitowały w konfiturę z płatków róż i fiołków. Nieco przesłodzoną, ale intensywnie kwiatową, bardzo wonną. Konfiturę... jednak z dodatkiem owoców? Przez myśl przemknął mi tort przełożony taką i porządnie nasączony słodkim czerwonym winem.

Słodycz zmieniła kierunek na jednak soczystszy. Przez sekundę poczułam najsłodsze możliwie zielone winogrona, które przechodzą w brąz, ale jeszcze zachowując twardawą strukturę. Przy nich jednak... odnotowałam... słodką gnilność?

Ależ nie! To ziemia! Zebrało się jej więcej. A jako że orzechy - maślane nerkowce? - nie odstępowały jej ani na krok, same wplatając prażony motyw, zrobiła się ciepła, rozgrzana. Orzechowość jakby tylko na to czekała - wysunęła nieco bardziej na przód prażenie. Tu jednak okazało się, że ten prażony miks orzechów zawiera też pestki, ziarna. Albo głównie pestki: dyni, słonecznika, sezam.

Po zjedzeniu został posmak wręcz trochę cukrowy, acz może nie samego cukru a skrystalizowanego miodu oraz konfitury kwiatowej z przesłodzonym czerwonym winem. Wrócił też średnio dojrzały banan i sporo ziemi i orzechów. Ziemia wydawała się łączyć rozgrzanie, prażenie z wilgocią.

Całość wyszła smacznie, ale czułam niedosyt ziemi. Trochę orzechów, sezamu, pestek próbowało stonować słodycz, ale nie dawały rady. Podlewany storczyk, konfitura różano-fiołkowa, kwiaty ogólnie, miodowo-cukrowe zapędy, przesłodzone czerwone wino i banany ze zbrązowiałymi winogronami stworzyły naprawdę bardzo słodką kompozycję. Słodycz wyszła za silna. I tu mam ogromny żal do producenta o dodany cukier. Czuję, że z trzcinowym te nuty wyszłyby charakterniej, nie tak cukrowo zasładzająco chwilami. W dodatku trochę więcej kakao mogłoby naprawdę zdziałać cuda.
W dodatku niezbyt przemówiła do mnie ta pyliście-ziarnista struktura. Wolałabym też, by wszystko rozpływało się wolniej - wtedy może słodycz rozłożyłaby się inaczej i wydawała się słabsza? Czyli biały cukier jednak przeszkadza.


ocena: 7/10
cena: € 6,50  (za 70g; około 28 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 11 września 2026

Lindt Excellence 70 % Cacao Framboise Noisettes Noir ciemna z malinami i karmelizowanymi orzechami laskowymi

Kiedy mijałam podczas zakupów z ojcem i miałam trochę czasu, gdy on szukał miejsca parkingowego, nowo otwarty sklep firmowy Lindta, z ciekawości zaszłam. Miałam się tylko rozejrzeć, bo dobrze wiedziałam, że ceny Lindta w firmowym sklepie i na ich stronie są absurdalnie wysokie, wyższe niż w większości sklepów. Bezsens. Zobaczyłam jedną potencjalnie interesującą i gdy do niej szłam, zobaczyłam dziś prezentowaną. Pomyślałam, że w górach mogłaby jakoś przejść. Ostatnimi czasy Lindt mocno mi podpadł i nie wierzyłam w kolejne nowości. Z drugiej jednak strony... Lindt czy nie Lindt... I tak w góry nie raz zabierałam wątpliwe czekolady. Ze sklepu jednak wyszłam z pustymi rękami. Cena jednak mnie zniechęciła. Podczas zakupów zagadnęłam ojca o te czekolady i powiedział, że mi je kupi. To przesadziło. To i promocja, bo jednak w regularnej cenie 30 zł... Szkoda by mi było nawet niemoich pieniędzy.
Jak zaplanowałam, wzięłam ją oczywiście w góry. Jako że wciągnęłam się w chodzenie także zimą i miałam parę wysokich tatrzańskich szczytów zimą na swoim koncie, przyszła pora na Kozi Wierch. Akurat miała być luka pogodowa z wyższą temperaturą, słońcem i znikomym wiatrem. Ruszyłam rano z Palenicy Białczańskiej do Doliny Pięciu Stawów przez szlak przy Siklawicy. Niespodzianka! Niemiła niestety. W postaci padającego śniegu. Padał coraz konkretniej, a gdy wyszłam na wypłaszczenie terenu zaczęło okrutnie wiać. Widoczność się psuła, ale szłam dalej, łudząc się, że może na podejściu będzie lepiej. Minęłam punkt Pod Kozim Wierchem i spróbowałam wchodzić, ale niestety. Nie było widać, gdzie szlak, nie było żadnej drogi. Tylko śnieg, w którym się zapadałam. Parę metrów przede mną szedł jakiś człowiek, ale tak padało i wiało, że natychmiast zawiewało ślady. A ja ledwo mogłam iść i oddychać. Z bólem zadecydowałam, że wracam. Znalazłam jednak jakieś miejsce, gdzie wiało nieco mniej, i szybko porobiłam zdjęcia czekoladzie. Myślałam, że przez wiatr zamarzną mi ręce, ale czego się nie robi dla czekolady?

Lindt Excellence 70% Cacao Framboise Noisettes Noir to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kawałkami karmelizowanych orzechów laskowych i kawałkami malinowymi.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodki zapach cukierkowych malin z akcentem bardziej naturalnej maliny suszono-liofilizowanej. Palona, trochę kawowa czekolada znajdowała się dopiero za nimi. Gorzkość w ogóle była niska. Słodycz natomiast średnio wysoka, głównie malinowa, choć też trochę waniliowa i karmelowa. Lekko palony karmel czuć zwłaszcza wąchając spód.

Na spodzie tabliczki znalazło się sporo malutkich kawałków orzechów laskowych o kolorze, sugerującym prażenie i karmelizowanie oraz malin. Nie były po prostu naklejone, a porządnie wtopione, jakby wciśnięte w czekoladę, co się chwali.
W dotyku dodatki na spodzie tabliczki były suche, więc można by się nabrać, że to wśród nich są liofilizowane maliny, a nie cząstki malinowe.
Przy łamaniu tabliczka trzaskała średnio głośno, chrupko, a dodatki trzymały się porządnie. Dodatki zatopiono umiejętnie, bo tylko parę kawałków orzechów odpadła.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, racząc mnie gładką kremowością i wysoką tłustością. Zmieniała się w maślano tłusty krem, który opływał "lekkim" olejem, jednak  zachowując zbitość i kształt. Dodatki bardzo długo trzymały się gęstej masy.
Malinowe kawałki, w pierwszej chwili suche i wręcz twarde, też się w dużej mierze rozpuszczały, całkiem nieźle udając naturalne maliny liofilizowane. Trzeszczały i zmieniały się w sok. Od orzechów rozchodziła się wodnistość - to karmelowa otoczka się rozpuszczała.
Czekolada w tym czasie cały czas się grzecznie rozpływała. W końcu uwalniała kawałki malinowe i orzechy. Gdy na próbę pogryzłam je obok czekolady, wcześniej nie wyszło to najlepiej, bo czekolada szła w ulepkowatą stronę. Maliny były ok, chrupkawe i zmieniające się w proszek, z drobną soczystością, zaś orzechy... dziwne. Krucho-chrupiące w sposób cukrowy. Jakby utwardzone cukrem? I mało orzechowe. Orzechowa chrupkość schodziła na daleki plan. Zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec.
Orzechy ogólnie, mimo początkowej twardości, były delikatne. Nawet na koniec na części zostawało trochę karmelowej warstwy, dodającej dziwnego motywu jakby zawilgocenia na twardo i krucho. Pod tym laskowe okazały się raczej miękkie. Pochrupywało to trochę, ale przynajmniej było bardziej orzechowe.
Malinowe kawałki, końcowo zmalały i były trochę soczyste, ale też w porywach trzeszczące, a do tego sporo w nich pestek malin. Całkiem nieźle im szło udawanie malin liofilizowanych.

W smaku palony wątek rozbrzmiał jako pierwszy, choć niemal w tej samej chwili odezwała się też cukierkowa malina. Dopiero rozkręcała słodycz, a i tak prędko stopowała gorzkość.

Oczywiście gdy kawałek legł dodatkami na języku, te szybciej się odzywały, ale ogólnie nie jakoś szczególnie mocno... A przynajmniej nie jawnie od nich.

Palony wątek był gorzki, ale delikatnie (od razu przypomniała mi się Lindt Excellence Mild Dark 70 % Cocoa). Zerkał tęsknie ku kawie, ale ta zaczęła się wycofywać. Jej miejsce prawie zupełnie przejęła maślaność.

Gorzkość jakby wystraszyła się nasilającego się smaku malin. Ten był w dużej mierze cukierkowy, choć przy ogólnym wzroście i naturalniejsze maliny się do niego dokładały. Coraz odważniej. Ogólnie maliny - z lekką dominacją cukierkowo słodkich - zdominowały kompozycję. Nawet w kęsach bez malin. Acz oczywiście słabiej. Wtedy też wyraźnie czułam wanilię.
W kęsach z orzechami, a bez malin, wanilię dodatkowo wspierał leciutko karmelowy akcent.

Słodycz rosła wraz z malinowością, ale z czasem zdradzała się też niemalinowa. Przewijała się tam waniliowa nutka, ale chwilami to cukrowość trochę nadto dawała mi się we znaki. Pokazywała się zwłaszcza w kęsach z orzechami. Przy nich czuć bowiem naprawdę ostrożnie palony, bardziej "cukrowawy" karmel.

Gdy z ciekawości gryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, maliny prezentowały się średnio wyraźnie. Trochę nijakie kawałki jakby tonęły w cukierkowości. Malinowe pestki jako takie wyraźnie za to czuć. Orzechy laskowe smakowały trochę palono cukrowo, orzechowo w stopniu znikomym. To, że to orzechy laskowe uciekało. W dodatku w zestawieniu z kawałkami malinowymi, czasem też przybierały dziwnie landrynkowy wydźwięk.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się jakby "smakowa tłustość", która dołączyła do maślaności. Rosła, jeszcze bardziej osłabiając gorzkość, pobrzmiewającą już tylko w tle. Chociaż... jakby było w niej coś orzechowego? Jak np. zbyt oleisty krem z orzechów makadamia smakowy malinowy?

Jednocześnie w malinach obudziła się kwaśność malin liofilizowanych. Przebiła wszystko inne, osłabiając i słodycz, i zwalczając cukierkowo-landrynkowy klimat. Mimo wszystko słodycz nie odpuszczała, ale z tymi naturalniejszymi malinami jakby trochę... Robiła aluzje do likieru / nalewki malinowej? Czasem, gdy kawałki malinowe już znacząco się rozpuszczały, odnotowywałam w tym jakby trochę sztucznie podkręconą, tanią konfiturę.

Za to nawet gdy cukro-karmel z orzechów się rozpuścił, te prawie się nie odzywały.

Z czasem, dosłownie pod sam koniec, baza zdobyła się jeszcze na trochę cierpkości... palonej kawy? Jakby tak kwasek ją podkręcił?

Gdy gryzłam dodatki na koniec, kiedy się mieszały, zlewały się ze sobą. Nie przeszkadzało to, bo to, co zostało z malin to znikome, kwaskawe zbitki proszku szybko zmieniającego się w sok i pestki niezbyt atrakcyjne smakowo. Orzechów laskowych wciąż trzymał się motyw palonego cukru, ale wreszcie czuć też sam smak orzechów laskowych. Bardzo słaby, chwilami przesadnie prażony, ale jednak. Czasem, gdy ostało się trochę karmelu, potrafił zrobić drobną aluzję do karmelowej kawy.

Po zjedzeniu został kwaśno malinowy posmak oraz delikatniejsza, ale jednak obecna malinowa sztuczność. Maślano-oleista, znikomo gorzka czekolada stała za nimi. W niektórych kęsach wraz z palonymi, palono cukrowymi orzechami. Acz niekoniecznie laskowymi.

Nie spodziewałam się niczego porywającego po tej tabliczce, więc się nie rozczarowałam, ale myślę, że można ją jak najbardziej rozczarowującą nazwać. Baza nie przypominała dobrej Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa, a tłusto-mdławą Lindt Excellence Mild Dark 70 % Cocoa. Tak więc słodka, choć przynajmniej nie przesłodzona, ale też mało gorzka, a tłusta czekolada bez charakteru uległa dodatkowi malin. Maliny w postaci rozpuszczających się kawałków, które nieźle udawały liofilizowane kawałki, niestety smak miały głównie cukierkowy, dopiero potem naturalnie kwaśny. Nie była to co prawda powalająca sztuczność, ale też niezachwycająca. Malinowy motyw przeniknął też do czekoladowej bazy i bardzo się rządził. Orzechy laskowe dodane tu to jakaś cukrowa porażka, w której orzechów trzeba się doszukiwać. Ogół był do zjedzenia od niechcenia, zwłaszcza w górach jakoś szło, ale to można było zrobić o wiele lepiej.

Lindt Excellence Raspberry Intense Dark oceniłam lepiej i choć była o wiele słodsza, a co za tym idzie przesłodzona, mało gorzka, to jednak wydaje się bardziej przemyślana i myślę, że jak najbardziej do polecenia osobom, lubiącym "deserówki". Dzisiaj prezentowana aspiruje do czegoś premium, a efekt jest mocno średni. Gdyby kosztowała te jakieś 10 zł, jak inne czekolady, to miałaby 6, ale nie przy takiej cenie.


ocena: 5/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: 25,33 zł (w promocji)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, orzechy laskowe karmelizowane 3% (orzechy laskowe 70%, cukier), kawałki malinowe 1,5% (syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, maliny 27%), aromat, wanilia

środa, 9 września 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Gdy dopiero poznawałam czekolady Sopockiej Manfaktury (Somato), uznałam, że to dobre czekolady, ale nie rozkochały mnie w sobie chyba przez biały cukier, który wprowadzał nuty, które mi nie leżały. Kiedy jednak weszły nowości - jak myślałam, z cukrem trzcinowym - zamówiłam. O tym fakcie jednak za wiele nie myślałam. Przyćmiła go radość z zawartości kakao. Może to i lepiej, bo po degustacji okazało się, że jednak wciąż stosują biały, a na stronie sformułowanie "cukier trzcinowy" wkradło się na skutek błędu. Pomyślałam jednak, że może nie będzie źle. Czułam bowiem, że ich styl pasuje do właśnie zawartości 85%. Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms pokazała mi, że marka zmierza w bardzo dobrym kierunku i niedługo po niej sięgnęłam po kolejną zakupioną. Tą, której opis był wręcz poetycki: "ciemna, ale nie onieśmielająca. Codzienna – ale wyjątkowa. To czekolada, która mówi językiem wytrawności, ale nie zamyka się na przyjemność". Zaintrygowali mnie! Acz, jeśli mam być szczera, wystarczyło już samo pochodzenie kakao: kusząca Tanzania, a dokładniej dolina Kilombero, gdzie działa społeczne przedsiębiorstwo Kakao Kamili. Efekty od nich zawsze wychodzą dobre. Inicjatywa ta zapewnia wysoką jakość fermentacji i suszenia w jednym centralnym punkcie, gwarantując spójność i czystość smaku, a także Promuje transparentność w łańcuchu dostaw i rozwój lokalnych społeczności poprzez zrównoważone praktyki uprawy. Kakao Kamili współpracuje z drobnymi rolnikami, którym zapewnia uczciwe ceny oraz wsparcie techniczne i organizacyjne.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao trinitario z Tanzanii, z doliny Kilombero.

Po otwarciu poczułam soczyście słodki zapach suszonych fig i śliwek suszonych, łączących w sobie słodycz z kwaśnością. Acz kwasek stanął w nich na drugim planie. Odnotowałam jeszcze morele i wydaje mi się, że w całości, soczystości, ale też dymie kryły się wiśnie. A przy nich motyw kandyzowania? Ogół, oprócz znaczącego motywu owoców, uraczył mnie jeszcze dziwnym, słodko-poważnym wątkiem nalewki jakby z owoców suszonych i miodu pitnego, może... miodowego piwa? Ogólną słodycz przełamała gorzkość jakby dymu znad ziołowych kadzideł. Te umocniły przyprawy: wręcz goryczkowaty cynamon i rześko-ostra lukrecja. Za przyprawami i dymem odnotowałam też niedookreśloną wytrawność, jakby nieco podwędzaną? I chyba trochę orzechów włoskich.

Średnio twarda podczas łamania tabliczka trzaskała bardzo głośno, trochę chrupko, zapowiadając, że jest gęsta. Dotyk i wygląd zaś świadczyły o kremowości.
W ustach masywna czekolada rozpływała się... najpierw wolno, a pod koniec mocno przyspieszając. Kremowość okazała się średnia. Mieszała się z nieco pylistym wrażeniem oraz soczystością. Tłustość, choć czuć lekką oleistość, stała na niskim poziomie. To, jak czekolada stawała się niby zawiesinowym, ale trzymającym kształt kawałkiem i szorstkość odciągały od niej uwagę.

W smaku najpierw rozeszła się łagodna maślaność, do której dołączyła słodycz.

Słodycz oddawała suszone figi. Ze słodyczą podkręconą miodem? Suszone owoce, jak się zaraz okazało nie tylko figi, odciągnęły uwagę od maślaności i zajęły pierwszy plan. Zaznaczył się w nich kwasek, za sprawą którego weszły suszone śliwki. Mieszanka kwaśnych z pestką z dodatkiem maziście-lepkich, bardziej słodkich kalifornijskich (albo tego typu). Odnotowałam jeszcze kwaskawe, soczyste morele suszone - chyba kwaśniejsza odmiana czerwona. O tak, wszystkie te owoce, mimo że suszone, były bardzo soczyste.

Miód zniknął i znów trochę wypłynął, ale z pewną dosadnością - musiał to być więc miód pitny o lekkim, alkoholowym zacięciu. W pewnej chwili w słodkiej toni zaznaczył mi się jeszcze karmel, palony, a maślany, ale zniknął w soczystości owoców i.... dymie. Acz jeszcze przez chwilę jakby pobrzmiewało wspomnienie czegoś "nabiałowego", ale już nie karmel, a... maślany twaróg? Wędzony?

Gorzkość wkroczyła właśnie jako dym, unoszący się znad ziołowych kadzideł. W ziołowej strefie czułam przede wszystkim słodko-cierpkawą lawendę, ale też inne takie bardziej "kwiatowe zioła".

Dym, podpływając do owoców, zaczął sugerować też coś podwędzanego kwaśno-soczystego, ale nie mogłam tego uchwycić. Wędzone śliwki? Niezupełnie, ale coś w tych klimatach?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość nieco zmieniła wydźwięk, bo doszły do niej orzechy włoskie.

Raz i drugi przemknęły mi wiśnie. Przez sekundę wydawało się, że zmienią owocowy motyw na bardziej świeżo-soczysty, ale to one przegrały. Słodycz fig, śliwek i moreli dopadła i je, przerabiając wiśnie świeże i cierpkie na kandyzowane. Słodycz przystała na trochę kwasku, ale właśnie podporządkowanego jej. Suszone śliwki przybrały na kwasku, zmieniając się w polskie; takie, co to trzeba je długo ssysać z pestki. Wydaje mi się, że kwasek czasem zerkał ku cytrynie, ale bardzo delikatnej.

Ziołowy motyw, już trochę zruszony orzechami włoskimi, zaczął przechodzić w przyprawy. Cynamon i lukrecja wprowadziły trochę pikanterii. Lukrecja zaczęła przemieniać soczystość bardziej w po prostu ostrawą rześkość.

Znów pomyślałam o bardziej kwiatowych ziołach i w końcu kwiatach... Kwiatach suszonych? Nie, jednak i żywszych... Słodycz z suszono owocowej zrobiła się bardziej rześka...

A to wykorzystały wiśnie, pokazując się ze świeżo-cierpkiej strony. Wsparły je suszone, ale już kwaśne śliwki. Może też śliwki świeższe, drobne? Cytryna też miała w tym swój udział.

Po zjedzeniu został posmak cierpkich, raczej świeżych wiśni oraz suszonych kwaśnych śliwek i drobnych śliwek świeżych. Ich cierpkość podkreślała lawenda i inne zioła. Cynamon połączył cierpkość i goryczkę ze słodyczą miodu pitnego z dodatkiem karmelu. Czułam też lekką dymną gorzkość i wyciszającą kompozycję maślaność.

Czekolada bardzo mi smakowała. Bardzo kwaśna, ale w sposób pożądany, a nie kwachowaty, no... i nie tylko kwaśna. Suszone owoce, a więc suszone figi, śliwki i morele przebyły długą drogą, najpierw dominując jako elementy słodzące, potem wchodząc w sojusz ze wiśniami. Choć te zahaczały o kandyzowanie, sprawiły, że końcówka była śliwkowo-wiśniowo kwaśna. Motyw miodu, miodu pitnego, odrobinki karmelu i kwiatów świetnie poprowadził resztę słodyczy. Podobało mi się to, jak dużo ziół, lawendy się tu znalazło. Świetnie pasowały do dymu i przypraw: cynamonu, lukrecji. Trochę orzechów włoskich i jakby podwędzenie sprawiły, że całość odebrałam jako nieprzewidywalną, z małymi niespodziankami, ale nie kontrastową.
Po zjedzeniu jednak zaczęłam się zastanawiać: z jednej strony czekolada mogłaby być słodzona cukrem trzcinowym, co by sugerowała nutka karmelu, ale... odnotowałam też ten motyw kandyzowany, który przypisałabym do białego. Aż napisałam do Somato i, jak się okazało, nadal stosują cukier biały. Muszę więc przyznać, że przy 85% kakao całkiem nieźle go ograli, że nie był taki jawny.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale w sumie mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 8 września 2026

krem GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą

Do dziś przedstawianego kremu miałam bardzo mieszane uczucia. Jak zwykle: podobało mi się połączenie kokosa i migdałów, bo obiecywało efekt pyszny i... naturalnie słodki. Stąd nie rozumiem i nigdy nie pojmę, dlaczego różne marki go zawsze uparcie dosładzają czy to cukrem, czy białą czekoladą. To już zawsze grozi przesłodzeniem. I sprawia, że do takich wariantów jestem sceptyczna. Dziś opisywanego, mimo że wiem, że marka Gym Beam potrafi zrobić przepyszne pasty i dlatego weszłam z nią we współpracę, sama bym nie kupiła. Za duże ryzyko przesłodzenia. Skoro jednak pojawiła się okazja otrzymania kremu, postanowiłam dać szansę. A może miało to być przesłodzenie w dobrym stylu?

GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate  / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą to krem z surowych blanszowanych migdałów i kokosa z białą czekoladą.

Po otwarciu poczułam zapach przede wszystkim kokosa, dokładniej wiórków kokosowych o naturalnej słodyczy. Był to zapach łagodny i zaskakująco naturalny. Trochę kojarzył się z Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, ale w wersji biało migdałowej (nie nerkowcowej). Nie wydawało się, by kokos był tu jakoś szczególnie mocno dosłodzony, a tylko troszeczkę. Białą czekoladę na tym etapie jako element dodany trudno rozpoznać, acz czuć, że krem dosłodzono (nie jednak bardzo). Można by się nabrać, że to słodki kokos ze wsparciem delikatnych płatków migdałowych ją tak tylko sugerują.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, a krem wyglądał na zastygły jak polewa z czekolady i twardy, a tylko pokryty znikomą warstwą oleju. Tak cienką, że nie było, co zlewać, ale dodającą temu... wilgotny połysk? Wystarczyło jednak tylko tknąć łyżeczką, by okazał się wilgotny i wręcz luźny.
Podczas mieszania krem nie wykazywał najmniejszego oporu. Okazał się średnio gęsty, jakby złożony z grudkowej masy z przewagą kokosa oraz oleju. Ciągnął się i już na tym etapie dał się poznać jako niegładki i potencjalnie nawet niekoniecznie kremowy. Wydawał się oleiście tłusty.
Widać w nim pojedyncze ciemne kropeczki, a także mnóstwo przemielonych wiórków.
Gdy jadłam, krem od razu wydał mi się luźny. Chwilowo zalepiał usta i jakby szybko gęstniał, aż nieco przytykał, po czym nagle łatwo się rozpływał, rzednąc i zapominając o zalepianiu czy gęstości. Przypominał wtedy trochę nadto rozrzedzony kokosowy marcepan z motywem proszkowym, który to efekt z czasem krył się wśród wiórków. Krem był rzadkawy, ale w specyficzny sposób, i oleiście tłusty. Zmieniał się w zawiesinę z jakby nieco rozwodnionego oleju i średnio przemielonych, siekanych kawałków i wiórków kokosa z dodatkiem mąki migdałowej. Migdały tu jakby nie chciały za bardzo stworzyć integralnej masy z kokosem, który dużo miał w sobie z miazgi i oleju kokosowego. Mimo to krem nie był po prostu lejąco-rzadki. Półpłynny i nawet dość zwarty, ale właśnie... rzednący. Czekoladowa kremowość wydała się mi w nim marginalna.
A gdy krem zniknął dość rzadko, w ustach zostawał posiekany, wiórkowy kokos i pojedyncze kawałeczki migdałów. Zarówno cała masa gryziona trzeszczała i skrzypiała, jak gryzione na koniec drobinki i kawałki trzeszczały i skrzypiały. Trochę jednak inaczej. Masa wydawała się trzeszcząca w pylistym kontekście, a pozostałości na koniec trzeszczały i skrzypiały głównie za sprawą wiórków kokosowych, ale z marcepanowym echem.
To, co zostało można było gryźć i gryźć. Dominował siekany kokos, wiórki o chrupko-soczystej strukturze, który wyszedł masywnie. Pojedyncze kawałki migdałów były małe, ale i one wpisały się w to poczucie konkretu, mimo że twarde nie były.
Krem pozostawiał po sobie wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku pierwsza na przód wyskoczyła słodycz. Silna, bo złożona z intensywnej, naturalnej słodyczy kokosa oraz nieco cukrowa. Ta druga pomknęła do gardła, acz nagle jakby straciła zapał.

Kokos dał się poznać jako wiórki kokosowe o naturalnej, imperatywnej słodyczy. Bez trudu zajęły pierwszy plan, przybierając tam na kremowości. Łatwo o myśl o naturalnym, choć słodkim kremie kokosowym i wafelku kokosowym, konkretniej o wyidealizowanej Princessie. Cukrowość podporządkowała się kokosowi i choć ogólnie było bardzo słodko, wydawało się, iż wycofała się w pośpiechu.

Do kokosa po paru chwilach dołączyły delikatne migdały, najpierw podczepiając się pod motyw wafelka, a potem podmieniając go. Przewinęła się myśl o Raffello, ale długo się nie utrzymała. Na myśl przyszły mi płatki migdałowe, migdały blanszowane. One też dołożyły się do słodyczy, ale już jej nie wzmacniając, a przekierowując na jeszcze bardziej naturalny tor.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wiórkowy kokos i płatki migdałów zrównały się. Migdały, delikatne w wydźwięku, ale nie w smaku, na tym nie zatrzymały się i po paru chwilach to one wyszły na przód. Niczym szlachetny krem z naturalnie słodkich migdałów, krem leciuteńko... domowo marcepanowy? Mąka migdałowa?

Do tych nut dochodziła też słodycz, już ta dodana. I tak pomyślałam o batonie z blanszowanych migdałów zmielonych na mąkę w białej, czekoladzie; jakimś zdrowszym cieście bez pieczenia z migdałów i kokosa też właśnie dosłodzonych białą czekoladą. Jawnie cukrową, maślaną, ale nie zasładzającą zbyt okrutnie na smak.

Jedynie w gardle biała czekolada z poczuciem drapania się za bardzo zaznaczała. W kompozycji smakowej była podległa migdałom i kokosowi. Z których to na końcówce, wraz z tym jak wiórki zaczęły przeważać nad resztą masy, wiórkowy kokos znów dominował.

Gryzione na koniec kawałki okazały się głównie kokosem. Smakowały właśnie słodkimi w naturalny sposób wiórkami. Były intensywne, pełne smaku, toteż bez trudu tonowały smakową słodycz białej czekolady. Czasem wśród nich zaplątał się subtelny akcent migdałów bez skórek.

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków migdałowych, złączonych naturalną słodyczą i swoistą łagodnością. Trochę cukrowa słodycz stanęła za nimi, ale jakby lękała się bardziej narzucać i udanie trzymała tyłów i tylko w gardle pozwoliła sobie lekko się zaznaczyć jako drapanie.

Całość wyszła smacznie, aż się zdziwiłam. Podobało mi się to, jak schowała się słodycz "dodana". Biała czekolada przez większość czasu była bardzo nieoczywista. Można by się nabrać, że całość była słodka tylko za sprawą naturalnego smaku wiórkowego kokosa i blanszowanych migdałów, a dokładniej płatków migdałowych. Myślę, że wystarczyłyby - gdyby nie dodano białej czekolady albo dodano jej mniej, nie drapała by w gardle. A ten efekt akurat oczywiście mi się nie podobał. Zdecydowanie mogłoby więc być odrobinkę mniej słodko, ale obiektywnie krem na pewno do przesłodzonych nie należał.
Łatwo rzednąca, zawiesinowa i tłusta konsystencja mnie nie chwyciła, ale tragedii nie było. Wolałabym coś bardziej kremowego, jednak przy tej oleistej tłustości dobrze, że było tak wiele wiórków i drobinek, wymuszających ciągłe gryzienie.

Raz porcję z przyjemnością zjadłam po prostu łyżeczką (czyli jak zawsze), ale nie był to wymarzony deser, bo jednak ta konsystencja jakoś tak... niezbyt nadawała się do takiego jedzenia. Raz, drugi, ok, ale nie więcej. Stąd zaczęłam kombinować i oczywistym wyborem wydało mi się dodanie kremu do twarożku z migdałami: większością blanszowanych (bo założyłam, że będą pasować wydźwiękiem) oraz dodatkiem tych w skórkach. W takim wydaniu wady konsystencji się ukryły i krem dobrze pasował. Smakowo... był mniej słodki, ale nadal wyczuwalnie "dosłodzony" (to stwierdzenie, nie zarzut). Z migdałami blanszowanymi po prostu jako tako współgrał, natomiast z migdałami w skórkach zagrał bardzo dobrze, bo to połączenie umacniało skojarzenie z Raffello. Za to sama twarożkowa baza podkreślała w kremie mleczność, więc sprawiał wrażenie bardziej słodko-mlecznego niż białoczekoladowego. Udany słodki posiłek, ale też nie chwycił mnie tak bardzo, bym chciała do niego wracać.

Konsystencja przeważyła o tym, że wystawiłam mu niższą ocenę niż Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem. I w podlinkowanym bardziej odpowiadał mi charakter migdałów w skórkach, acz trudno te kremy porównywać, bo tamten był po prostu o wiele bardziej migdałowy, kokos robił tylko za dodatek. Dzisiaj przedstawiany to duet migdałów - w dodatku blanszowanych - i kokosa.
Na pewno w każdym aspekcie wyszedł lepiej niż przesłodzony i zbyt lejący Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond czy tragicznie kryształkowo cukrowy Sticky Blenders Kokos.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały łuskane 40%, kokos 40%, biała czekolada 20% (cukier, masło kakaowe, mleko w proszku, lecytyna sojowa E322)

niedziela, 6 września 2026

Aroko Chocolate 74 % Dark Ocumare Aragua, Venezuela ciemna z Wenezueli

Nazwa Aroko coś mi mówiła i wydawało mi się, że nawet jadłam jakąś ich czekoladę. Zaczęłam szukać na blogu i... Pomyliłam ją z Ara Chocolat. Jak?! Włoska marka Aroko ceni przede wszystkim wenezuelskie ziarna i poprzez czekolady chce oddać esencję tego kraju. Założyli ją Dubraska i Johonny, para z Wenezueli, która przeprowadziła się do Włoch około dekady temu. Łącząc swoje dziedzictwo z włoskim rzemiosłem, prażą, mielą i uszlachetniają każdą partię, aby wydobyć unikalny smak tkwiący w kakao. Aroko ściśle współpracuje z wenezuelskimi rolnikami, pozyskując mikropartie z pełną identyfikowalnością i zapewniając uczciwe wynagrodzenie za ich pracę.
Dziś przedstawianą czekoladę stworzono z kakao z plantacji Hacienda las Bromelias, na której uprawiane są odmiany kakao Ocumare 60, 61 i 67. Należy ona do rodziny Fischerów, którzy te genetyczne skarby hodują w ustronnym miejscu w małej wiosce Cumboto, zachowując wyjątkowy profil aromatyczny. Kakao Ocumare zasłużyło sobie na to! Jest bardzo cenione przez fachowców. 

Aroko Chocolate 74% Dark Ocumare Aragua, Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao Ocumare 60, 61 i 67 z Wenezueli, ze stanu Aragua, z wioski Cumboto.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny, wytrawny zapach goryczkowatych ziół, niemal węgla, wędzonej papryczki chili oraz cytrusów. Wytrawne zioła przechodziły w za mocną, wręcz cierpką zieloną herbatę liściastą. Wędzenie i paloność do owoców też dołożyło motyw wędzenia i w głowie pojawiły mi się wędzone wiśnie. Choć cytrusowy wątek zdawał się bardzo złożony, namieszany, na pewno wyczułam tam wybijające się grejpfruty. Obok tego wszystkiego stanęła nuta nabiału ("diary" chciałoby się rzec), składająca się ze śmietany i masła. Bez wątpienia czuć jednak też słodycz. Podkreśloną kontrastem i jakby trochę niedopasowaną. Do głowy przyszło mi masło z miodem i nieśmiałe, trzymające się tyłów, kwiaty.

Mała, ale bardzo twarda ze względu na grubość tabliczka była tłusta w dotyku. Podczas łamania trzaskała głośno, wydając się bardzo pełną.
Czekolada najpierw powoli zaczynała się rozpuszczać, dając się poznać jako kremowo tłusta i istotnie bardzo gęsta. Trzymała kształt, lecz nagle zaczynała rozpuszczać się coraz szybciej w mocno wodniście-soczysty sposób, ujawniając ziarnistość. Wciąż była do pewnego stopnia kremowa, jakby wewnętrznie gęsto-zbita, ale zarazem łatwo rzednąca i znikająca na wodę.

W smaku przywitał mnie zaskakująco łagodny, maślano-śmietanowy splot. Był mocno nabiałowy, naturalny i dość tłusty. Po chwili masło zaczęło wybijać się na prowadzenie.

Pojawiła się też słodycz i kwaśny akcent czerwonych owoców. Słodycz błyskawicznie zmieszała się z masłem, serwując mi właśnie jakieś słodkie miodowe masło, może nawet lekko korzenne? Słodycz rosła i wyprzedziła maślaność, odchodzącą na tyły. Jasny, ale cierpkawo-charakterny miód przedstawił się jako on sam. Po chwili trochę scukrzony?

Za dość wysoką słodyczą rozwijała się kwaśność świeżych, niezbyt dojrzałych, cierpkich wiśni.

Do skrystalizowanego miodu dołączyła paloność, która trochę przyćmiła miodowy charakter. Słodycz zrobiła się bardziej karmelowa, a wraz z tym, jak przenikała do niej paloność, wydawała się bardziej stonowana. Zajęła średni poziom i się go raczej trzymała. Tylko co jakiś czas nieco bardziej się wychylając.

Wraz ze wzrostem słodyczy pojawiła się i także nasilała gorzkość. Przechwyciła cierpkość, jaka zaznaczyła się w miodzie, i podała ją na swój sposób. Do głowy przyszedł mi węgiel, mocno związany z palonością, a po chwili nieco za mocna zielona herbata liściasta. Zaraz dodano jednak do niej trochę osładzającego, tonującego cierpkość miodu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa silną, cierpką zieloną herbatę urozmaiciły rozmaite, cierpkawo-wytrawne zioła, w tym szałwia. To za ich sprawą rosła gorzkość. Gdy zrobiła się silna, zaprosiła kwaśność owoców. Wydobyła cytrusy, a ja poczułam się, jakbym piła ziołowy napar - bazujący na szałwii - z miodem, cukrem trzcinowym i cytryną.

Palony klimat mocno związany z węglem z czasem natrafił na masło i nabiałowe nuty, które przypomniały o sobie. Zaczęły trochę tonować gorzkość.

Wykorzystały to coraz mniej kwaśne, ale na pewno kwaskawe, owoce. Wiśnie zrobiły się... wędzone? I ciężkawe? Zmieszały się z wędzoną, słodką papryką i chyba jakimś palonym chili. Wyobraziłam sobie papryczki opalane i wpisane w jakiś sos wiśniowo-wytrawny, pikantny, ale też słodki, lepki od słodyczy. Trudne do było do uchwycenia, aż nagle przybyło więcej cytrusów. Niekoniecznie jednak bardzo kwaśnych. Cytrynie towarzyszył grejpfrut, który szybko stanął na czele owoców, łącząc w słodkie goryczkę, kwaśność i słodycz. Ogólnie, mimo że osłabła, kwaśność poszła w bardzo soczystym kierunku.

Słodycz wydała mi się w tym momencie z jednej strony ostrożna, z drugiej silna, bo podkreślona kontrastem i jakby niedopasowana... Pomyślałam o karmelizowanych cierpko-goryczkowatych ziołach. Suszonych i karmelizowanym, a wiec trochę jakby "ocukrzonym" rozmarynie i tymianku. Przemknął mi przy nich chyba akcent kwiatów... suszonych? I słodsza, ciepła korzenność cynamonu.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych cytryn i wiśni, z echem grejpfruta oraz cierpkiego splotu zielonej herbaty i wytrawnych ziół. Czułam też węgiel i gorzkość, ale i znaczący, nabiałowy, maślany, łagodzący motyw. Słodycz wydawała się trochę cukrowa, kontrastowa, ale i podkreślająca ciężką wytrawność.

Czekolada była bardzo ciekawa, dynamiczna i po prostu smaczna. Szkoda tylko, że dość tłusta i potem tak przyspieszająca z rozpuszczaniem się na wodę. Przez to w smaku miałam wrażenie, że wszystko dzieje się na raz i trudno delektować się poszczególnymi wątkami. A było czym! Mimo że chwilami słodycz dziwnie dawała się we znaki nie przez wysokość, bo była średnia, a przez niedopasowanie. Całość bowiem wyszła dość wytrawnie i teoretycznie kwaśno z wydźwięku owocowo. Nabiałowe nuty i sporo gorzkości palono-węglowej, ziołowej, zielonej herbaty, podkreślanej ziołami w tym szałwią, ziołami-przyprawami ciekawie przeplatały się z kwaśnymi wiśniami, wiśniami wędzonymi i cytryną z grejpfrutem. Herbata zielono-szałwiowa z cytryną, sos wiśniowo-paprykowy wędzony intrygowały. Teoretycznie kwaśne motywy nie wyszły tu jednoznacznie kwaśno. Nic w tej czekoladzie nie było jednoznaczne! Słodycz cierpkiego miodu i karmelizowania jak najbardziej starały się wpisać w konwencję, ale chwilami im nie szło, a jednak nie wyszły źle, a też na swój sposób ciekawie. Czuję, że gdyby tak wszystko rozpływało się i pokazywało wolniej - gdyby miała inną konsystencję - mogłaby mieć 9 albo i 10.

A. Morin Venezuela Ocumare noir 70 % smakowała zupełnie inaczej: ciasteczkowo, Duffy's Venezuela Ocumare 72 % też, bo słodko owocowo, Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate słodko od owoców i przypraw. Dziś prezentowaną trudno do jakiejkolwiek skojarzyć.


ocena: 8/10
cena: £8.95 (za 50g; około 44 zł)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy