niedziela, 11 stycznia 2026

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Pomarańczą ciemna z Ekwadoru z pomarańczą liofilizowaną

Z Rohacza Płaczliwego wróciłam kawałeczek czerwonym szlakiem i wciąż trzymałam się właśnie czerwonego, zmierzając na Ostry Rohac. Ależ tam było wspinania się! Składy, ekspozycje i łańcuchy, miejscami dość niebezpiecznie, ale jakże ekscytująco. Byłam pewna, że opisywaną czekoladę otworzę dopiero na Jamnícke sedlo z cudnymi widokami na minięty szczyt, ale gdy tylko znalazłam się na Rohaczu Ostrym, zakochałam się w skalistym miejscu i widokach i uznałam, że muszę je uhonorować czekoladą. Zwłaszcza, że nie wiało (potem na przełęczy wiało straszliwie, ale tego jeszcze nie mogłam wiedzieć). Do parkingu w Uzkiej Dolinie wróciłam niebieskim szlakiem przez piękne doliny. A cóż to wzięłam na Rohacz? Jak pomyślałam o BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % Ekwador i jej lekkiej, nieszczególnie soczystej nutce pomarańczy, pomyślałam, że dodatek tego owocu może naprawdę ciekawie zadziałać na tę bazę. BTB Chocolate Czekolada Ciemna Madagascar 82% z Pomarańczą smakowała mi, ale nie była wybitnie pyszna, a po prostu dobra. Ciekawiło mnie, czy inny region i zawartość kakao sprawią, że pomarańczowa BTB Czekolada mnie w sobie rozkocha.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Pomarańczą to ciemna czekolada o zawartości 87% kakao z Ekwadoru z kawałkami pomarańczy liofilizowanej.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach soczystej, słodko-kwaśnej pomarańczy o zaskakująco świeżym wydźwięku. Wyraźnie dominowała, acz czekolada próbowała dotrzymać jej kroku, prezentując mocne nuty kwiatowo-ziołowe i trochę słabsze ziemiste. Wydawało się, że część cytrusowości - nawet nie tylko pomarańczowej? - płynie też z bazy. Czułam też trochę orzechów oraz maślaność, trochę łagodzące czekoladową gorzkość.

Twarda tabliczka przy łamaniu wydawała głośne trzaski, obiecujące konkretną masywność.
Na spodzie lśniącej tabliczki przylepiono przylepiono duże, grube kawałki pomarańczy. Przy łamaniu niektóre rwały się niechętnie, inne zostawały w którejś części. Były wtopione jako tako. Bez żadnych szczególnych działań z mojej strony, ze dwóm kawałkom zdarzyło się odpaść. W dotyku kawałki pomarańczy niby były twardawe, ale wgniatały się pod naciskiem. Gdy je przegryzałam, krucho skrzypiały.
W ustach czekolada rozpływała się raczej średnio wolno, wolnawo. Wykazywała wysoką, maślano-oleistą tłustość, a kształt zachowywała niemal do końca. wystąpiła w niej lekka pyłkowość, co tonowało tłustość. Strukturę miała taką samą, co czysta. Tu jednak po paru chwilach kawałki pomarańczy nasiąkały i odpadały od czekolady. Raz wcześniej, raz później. Nasiąkały leniwie, upuszczały skąpą soczystość, nie zapominając o tym, że w zasadzie są suchą, liofilizowaną pomarańczą.
Czasem podgryzałam pomarańczę wcześniej, ale przeważnie czekałam, aż czekolada zniknie. Ta na sam koniec cierpko ściągała.
Wcześniej kawałki owocu były bardziej krucho-trzeszczące i twardsze. Pod naciskiem zębów ze skórki pomarańczowej dziwacznie jakby schodziło powietrze.
Kawałki owocu gryzione na koniec wciąż czasem subtelnie skrzypiały, trzeszczały, ale większość znacząco zmiękła. Wówczas szczyciły się jędrnością i zwartością. Wydały mi się wręcz mięsiście żujne. Zmieniały się w gęstą papkę. Skórka jawiła się jako bardziej zwarta i twarda, miąższ zaś soczysty i lżejszy. Niektóre fragmenty miąższu wyszły nijako farfoclowo.
 
W smaku przywitała mnie gorzkość czekolady i goryczkowata, soczyście kwaśna pomarańcza. W niektórych kęsach, gdzie nie było pomarańczy lub tylko o nią zahaczyłam, czekolada miała o wiele więcej do powiedzenia, gdy zaś w ustach znalazł się duży kawałek pomarańczy, rozbrzmiewał niemal na równi z czekoladą. 

Słodycz czekolady trochę czekała z odezwaniem się. Miała kwiatowy charakter i sprawiała wrażenie wycofanej. Słodycz pomarańczy trochę pewniej się zakręciła.

Gorzkość czekolady starała się wymknąć przed pomarańczę. Poczułam ziemię oraz bardzo palony, dymny motyw, które zaraz zapieczętowały gorzkość na wysokim miejscu. Paloność zasugerowała coś razowego... Pomarańczowe razowe ciasto? Sama czekolada po chwili okazała się wyraźnie przesiąknięta pomarańczą.

Kiedy spróbowałam czekolady osobno, potwierdziło się, że trochę przesiąkła nutą pomarańczy-dodatku. A jednocześnie sama z siebie wydawała się cytrusowa. Jak jedzona z pomarańczą, była subtelnie słodka i intensywnie dymnie gorzka, a także bardzo soczysta.

Słodycz w dużej mierze trzymała się pomarańczy, ale i kwiaty mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przewinęły w tej kompozycji. Wraz z cytrusami budowały rześki klimat, trochę rozbijający ciężkość dymu.

Kawałki pomarańczy wchodziły do gry bardzo różnie. Raz szybciej, raz wolniej. 
W niektórych kęsach, gdzie było więcej miąższu, więcej miał do kwasek, w innych (gdzie więcej było skórki) goryczka. W kęsach, w których znalazł się malutki kawałek pomarańczy, czekolada miała więcej do powiedzenia, ale nawet, kiedy próbowałam fragmenty bez owocu, lekko go czuć.

Do soczystej pomarańczy z czasem dołączały wiśnie... Wiśnie? Albo raczej wino? Półwytrawne, z leciutką słodyczą.

Baza podporządkowywała się pomarańczom, ale nigdy zupełnie. Gorzkość wprawdzie jakby... Trochę łagodniała? Pojawiła się lekka maślaność, a także echo orzechów, sugerujące keks z orzechami i skórką pomarańczową.

Kwiaty uciekły, albo... Zmieniły się w cierpkawe, rześkie świeże zioła? Przemykały w oddali, aż nagle wyłoniły się bardziej. Jako zioła o cytrusowym charakterze!

Z tła do pomarańczy doleciała nutka... Koniaku? Soczyście kwaskawego pomarańczowego koniaku? Też z dymnym akcentem. 

Znów przemknęły wiśnie, tym razem w towarzystwie czarnych porzeczek. Wszystkie owoce mieszały się bardzo spójnie z alkoholem.

Im mniej było czekolady, tym odważniej rozbrzmiewała pomarańcza, jednak sama w sobie okazała się mniej wyrazista, niż się wydawało wcześniej. Czasem podgryzałam ją szybciej niż na koniec, ale była wtedy mniej wyrazista i spłycała czekoladę. Jak zostawiałam pomarańczę na koniec, lepiej to wychodziło.

Końcowo mocno pomarańczowa, trochę ziemista i kontrastowo dymno-palona czekolada oddalała się. Wzrosła w niej maślaność, jakby dając przyzwolenie, że pomarańcza może już zupełnie kończyć występ.

Ta na koniec okazała się zaskakująco delikatna, jednak nie brakowało jej ani gorzkości, ani kwasku, ani soczystej słodyczy - w różnych proporcjach, co miało związek z tym, jaki trafił się kawałek.

Gryziona pomarańcza prezentowała kwaśno-słodki smak, a także wysoką gorzkość skórki. Wiele zależało od tego, czy gryzłam akurat skórkę, czy miąższ. Zdarzyło się, że raz czy drugi bardzo udanie udawała surową i świeżą, acz cały czas czuć specyficzny, liofilizowany motyw. Kiedy gryzłam pomarańczę, wydawało się, że zupełnie zakrywa czekoladę.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim goryczkowatej skórki pomarańczy, ale znów również czekoladę wyraźnie czuć jako splot dymu, ziemi, maślaności i pomarańczowego koniaku. Wyłoniła się też taninowa, wręcz ściągająca cierpkość wina i czarnych porzeczek.

Bardzo, bardzo zgrana i harmonijna tabliczka, ale wciąż nie przekonuje mnie forma tych wielkich kawałów dodatku. Na plus niska słodycz i wyrazista, ziemiście-dymna gorzkość oraz to, że choć czekolada przesiąkła dodatkiem, nie wyzbyła się silniejszych nut znanych z czystej wersji BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % Ekwador. A jednak subtelniejsze akcenty pouciekały. Niektórych bardzo mi żal, inne w udany sposób wynagrodziła cytrusowość. Dzisiaj przedstawiana od podlinkowanej nie wyszła lepiej czy gorzej, a po prostu inaczej.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 15 zł (za 50g; acz moja ważyła 58g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, pomarańcza liofilizowana

piątek, 9 stycznia 2026

Cacao Crudo Banana / Banana Dark Chocolate 69 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru ciemna surowa

Z Baraneca, zachwycona nie tylko widokami i miejscem, ale i czekoladą Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon, ruszyłam żółtym szlakiem na Placlivo razcestie i Placlive (Placlivy Rohac / Rohacz Płaczliwy). Spacer po grzbiecie był niesamowity, a te widoki! Zeszłam do Ziarske sedlo, a potem znów porządnie pod górę, prosto na Placlivo. Ostro, po kamieniach, ale bez większych trudności. Na szczycie miałam akurat lukę pogodową: rozwiały się chmury i mgły, więc dziś prezentowanej czekoladzie trafiło się cudowne tło. Kiedy wybierałam, jakie czekolady tej marki zamówić, priorytetem były oczywiście czyste ciemne, ale właśnie... Także dzisiaj prezentowana. Od lat powtarzam, że brakuje czekolad z bananami. Dobrych czekolad z bananami. A jak już nawet są, to nie w pełni moje. Fakt, Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao była dobra, ale mleczna. Zotter Chocolate Banana z 2021 to czekolada nadziewana. A porządna ciemna z bananem? Miałam nadzieję, że prezentowana propozycja pierwszego we Włoszech produkującego surową czekoladę będzie odpowiedzią na tę moją zachciankę, wypełnieniem luki na rynku.


Cacao Crudo Banana / Banana Dark Chocolate 69 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru to ciemna surowa czekolada o zawartości 69% surowego kakao Criollo z Peru ze sproszkowanym bananem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach przecieru bananowego, przechodzącego w delikatniejszy motyw bananów liofilizowanych, wyraziście zarysowanego na ziemistym tle. Słodycz banana wzmocnił karmel o rześkim wydźwięku, co stanowiło istotny element soczystości. Tej dołożyły też wiśnie i nieśmiałe cytrusy, kryjące się w ziemi. Ogół nie był bardzo słodki, ale zarówno w kwestii słodyczy, jak i ziemistości, był dosadny. Palony karmel nie tylko słodził, ale podkreślał też gorzkość, więc ogół wydał mi się dość wyważony w swej kontrastowości.

Tabliczka była twarda niczym skała i trzaskała adekwatnie głośno. I trochę głucho? Przekrój wyglądał na trochę ziarnisty, ale patrząc na tabliczkę nietrudno stwierdzić, iż jest gładka. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno i gęsto-kremowo. Początkowo trochę niechętnie, zachowując zwarty kształt, jednak po pewnym czasie miękła i przybierała na lepkości. Dość szybko ujawniła proszkowość, czasem wręcz ziarnistość, która jednak była subtelna. Ogólnie i tak odebrałam czekoladę jako raczej gładką, choć na koniec w niektórych kęsach zostawały pojedyncze proszkowe drobinki. 
Gdy w skupieniu je wyłapywałam i gryzłam, były trzeszczące i delikatne - jak to liofilizowane, zmielone na pyłek banany liofilizowane.

W smaku od początku czuć wyraźnie banany w wydaniu słodkiego przecieru. Niemal równocześnie odezwała się czarna, wilgotna, choć pozornie, tylko z wierzchu rozgrzana ziemia. 
Banan rozgościł się na pierwszym planie, ale choć był nadrzędnym wątkiem głównym, współdziałał z innymi. Zwłaszcza ziemi udało się porządnie zaprezentować tuż obok.

W tle przemknęła soczystość. Banan też ją przejawiał, ale jego wyszła bardziej słodko esencjonalnie, ciężkawo. Soczystość w oddali zasugerowała kwasek i w pierwszej chwili pomyślałam o wiśniach. Motyw bananów był wszechobecny i znacząco je prędko osłodził, kierując wiśnie w stronę truskawek. Poczułam się, jakbym piła (jadła?) shake bananowy z nutą truskawek.

Słodycz rosła. Tę owocową wzmocnił ciepło-palony akcent karmelu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa karmel wychylił się na moment, po czym zgrał się z bananem, przystając na soczystość, rześkość.

Gorzkość także rosła. Nadal oddawała czarną, wilgotną ziemię, którą jednak z wierzchu trochę ogrzało słońce. To karmel, mimo rześkości, dopowiadał to ciepło.
Do ziemi dołączyły lekko cierpkawe, suszone zioła. Trzymały się jednak z boku. Ziemia miała o wiele więcej do powiedzenia.

Karmel nie poprzestał na cieple. Słodycz rosła wraz z wyłaniającymi się drobinkami, obok odważnej gorzkości. Do głowy przyszedł mi jeszcze ciepły, tylko co upieczony bananowy murzynek i... Bananowy piernik? Ale w sumie nieszczególnie korzenny.

W owocowym wątku, za oczywiście dominującymi bananami, przemykał raz po raz subtelny cytrus. Podkreślał soczystość bananów, które końcowo zmieniły się w słodki nektar bananowy. W tym czasie karmel wręcz trochę przytłaczał słodyczą... z kolei bardziej ciężko-paloną? Melasową?

Po zjedzeniu został posmak słodkich przecierowo-nektarowych bananów, w których dało się rozpoznać liofilizowanie; ciepłego, wręcz trochę melasowego karmelu oraz cierpkawej czekolady. Zmieszała się w niej ziemia z niejasnym, wiśniowo-truskawkowym motywem, a cierpkość przywodziła na myśl suszone, ostrawe zioła.

Czekolada odlegle skojarzyła mi się z Olini Czekolini Krem z orzechów z surowym kakao i bananami  w tabliczkowej wersji. Słodziutkie banany i ciężkie, charakterne surowe kakao stworzyły bardzo kontrastową, specyficzną kompozycję - do mnie akurat przemówiła. Choć jestem sceptyczna do cukru kokosowego, tutaj chyba dobrze się spisał, osadzając liofilizowane banany w gorzkiej bazie. Jak pisałam, całość do mnie przemówiła, ale długo wahałam się, czy aby na pewno na 10. Coś w tej kompozycji było, co mnie powstrzymało, ale w końcu uznałam, że chociażby za pomysłowość należy się podciągnąć.


ocena: 10/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 9,62 zł (za 30g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić, ale wolałabym dostać

Skład: nieprażone ziarna kakaowca, skoncentrowany sok z kwiatów kokosa, tłuszcz kakaowy z nieprażonych ziaren, liofilizowany banan w proszku 12%

czwartek, 8 stycznia 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon ciemna z Dominikany z cynamonem

Gdy tylko pogoda na wiosnę w Tatrach jako tako się ustabilizowała i zima nawet tam już odpuściła, oczywiście w nie ruszyłam. Może niezbyt rozsądnie wybrałam trudną trasę, ale... po prostu byłam wygłodniała tych wszystkich tatrzańskich smaczków. Ruszyłam zielonym szlakiem z parkingu w Uzkiej Dolinie i poszłam na Baranec przez Mladky i Maly Baranec. Znacząco pod górę, ale to bardzo przyjemny fragment. Wzięłam tam ze sobą tabliczkę hiszpańskiej marki, której jeszcze nie znałam, lecz miałam już parę różnych tabliczek kupionych. Sole to rodzinna firma, robiąca organiczne czekolady, z Barcelony. Wyglądali na bardzo w porządku, tym bardziej że degustacyjne hiszpańskie czekolady sobie cenię. Może i nieco zwyklejsze miały być dobre? Jako ciekawostkę znalazłam, że Sole słodzą swoje cukrem trzcinowym z Brazylii. Nim spróbowałam którąś z zamówionych czekolad marki Sole, jak wspomniałam, kupiłam kolejne. Robiąc bowiem większe zamówienie tabliczek z dodatkami w góry, wypatrzyłam je w przystępnej cenie i uznałam, że dam szansę trochę w ciemno, a potem jeszcze nie umiałam przejść obok innych, jakie zawitały do Auchan. Wszak nawet gdyby posiadane czyste wyszły niesatysfakcjonująco, z dodatkami to przecież co innego. A po prostu ciemnej czekolady z cynamonem to nie jadłam... Nigdy? Wszystkie mi znane były z mieszankami przypraw, gdzie cynamon może i dominował, ale nigdy nie był jedynym, tytułowym dodatkiem, albo z cynamonowymi ciastkami, czymś w cynamonie itd. Czystą po prostu z cynamonem to jadłam mleczną (Dolfin mleczna z cynamonem z Cejlonu) lub białą (Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon). Ale ciemną z cynamonem? Nie! A dziwne, bo w sumie to nie jest rzadka przyprawa. 

Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z Republiki Dominikany z cynamonem.

Po otwarciu poczułam dominujący, mocny cynamon o ostrych skłonnościach, któremu towarzyszyła palona czekolada i który znacząco osłodziła wanilia. Zarówno czekoladowa lekka gorzkość, jak i średnia, nie za wysoka słodycz były palone. Gorzkość szła w cynamonową kawę, natomiast słodycz przypominała karmel o bardzo ciepłym wydźwięku, który zapewne podyktował cynamon.

Tabliczka była twarda jak kamień, a przy łamaniu trzaskała, jakby była zbita i bardzo pełna, trochę krucho, ale nie głośno, raczej średnio.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym, jakby powierzchownie mięknąc. Sprawiała wrażenie twardej, konkretnej wewnątrz. Kształt zachowywała niemal do końca. Połączyła mazistą kremowość z wręcz ziarnistością, za którą stał cynamon. Była dość tłusta, trochę maślaną i faktycznie pełna, konkretna.

W smaku od razu przywitał mnie cynamon i złożona goryczka. Sam cynamon zawarł ją w sobie, jednak bazą gorzkości szybko okazała się palona czekolada. Po chwili zaznaczyła się też średnia słodycz.

Gorzkość wzrosła właśnie w palonym kontekście, serwując czarną kawę. Paloną, ale w sumie łagodną. Jak i sama gorzkość - była wyraźna, ale w sumie łagodna. Szybko przyszła mi na myśl kawa z cynamonem.

Cynamon umacniał się, idąc w ostrawo-gorzkawym kierunku, jednak nie brakowało mu też specyficznej, korzennej słodyczy. Słodycz cynamonu podkreślała wanilia - do odnotowania, jednak początkowo nie tak bardzo jednoznaczna, co później. Cynamon robił się coraz ostrzejszy, jednak ogół nie był mocno pikantny. Charakterny cynamon cały czas przypominał o kakao, podkreślał je. Nie tyle nawet samą kakaową gorzkość, co smak - i kawa zmieniła się w kawę cynamonowo-kakaową.

Słodycz rosła spokojnie, ale konsekwentnie. Długo trzymała się średniego poziomu. Miała lekko palony, karmelowy ton, który w jedno mieszał się z cynamonem. Wanilia dopiero po paru chwilach pokazała się wyraźniej jako ona sama, ale od razu podyktowała szlachetność słodyczy i utrzymała ją, wraz z cynamonem, do końca.
Cynamon był mocno wyczuwalny, poniekąd rządził kompozycją, jej nutami, ale nie zdominował jej. Pozwolił bazie porządnie rozbrzmieć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi słodko cynamonowy karmel i... Melasa? Ciężkawa, ale jakoś niecodziennie nie aż tak mocno palona i... Nagle się zatraciła. Wanilia wypchnęła ją z gry.

Wanilia przywołała kawę, która traciła pewność siebie. Odzyskała ją, ale jako cynamonowa latte. Z wyraźną kawową bazą. Wizja ta nie utrzymała się jednak długo, bo mleczność zaraz jakoś zniknęła.

Słodycz poszła w kierunku maślanego kremu z orzechów laskowych z cynamonem - wyobraziłam sobie słodką masę do np. tortów najwyższej jakości. Raz czy drugi zrobiła nawet nieśmiałą aluzję do kremu orzechowego, słodzonego bananami, ale to było tak ulotne, że w przypadku wielu kęsów umykało. Słodycz końcowo graniczyła z przesadą, ale w ostatniej chwili się zatrzymywała. Cynamon trochę modyfikował ten efekt, narzucając rozgrzewanie nie od słodyczy, a ostrości.

Pikanteria całkiem znacząco wzrosła do poziomu prawie wysokiego, jednak tak splotła się z palonym kakao, że nie odbierałam tego jako ostrość. Kakao w zestawieniu z cynamonem, wyszło bardziej cierpko. Cynamon przy wsparciu słodyczy jakby miał ochotę zaznaczyć się w gardle, lecz nie robił tego.

Po zjedzeniu ostał się posmak cynamonu, łączącego w równych proporcjach słodycz, ostrość i goryczkę oraz waniliowej kawy. Czułam jej palony motyw, trochę złagodzony słodko kremową maślanością.

Byłam w szoku, jak świetnie zagrał cynamon, lekko gorzka czekolada i charakterna słodycz. Ta wydawała się tak wyraźnie waniliowa, że upierałabym się, że jest dodana. Kawowy charakter bazy idealnie pasował do tych przypraw! I nawet wysokość słodyczy w żadnym wypadku nie wyszła tu na minus. Wszystko pasowało, współgrało, podkreślało się i uzupełniało!


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,46 zł
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, cynamon 2%

wtorek, 6 stycznia 2026

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate ciemna z Filipin

Po pierwszym zetknięciu z marką Kankel już wiedziałam, że będę chciała porządniej ją poznać. W Kankel Cacao Craft Chocolate Uganda 80 % czułam przesłanki, że z tym hiszpańskim producentem tego samego oczekujemy od czekolady. A jednak już pierwsze spojrzenie wystarczyło, by odkryć, że coś się zmieniło. Wygląd opakowań i to, na co położono na nich nacisk - to jedno. Ale może też... podejście do czekolady? Dziś przedstawiana była opisywana jako intensywna, a po tym, co ponoć można w niej poczuć... bardzo mi się to podobało. Czułam, że mnie zachwyci. Tabliczkę zrobiono z ziaren hodowanych i zbieranych przez lokalnych farmerów w Tupi z południowej części regionu Cotabato. I to nie byle jakich ziaren, a konkretnie hybrydy, kreolskiej odmiany trinitario, które pochodzącą z regionu Davao.

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario z Filipin, z prowincji Cotabato, z gminy Tupi.

Po otwarciu poczułam zapach drewna i grejpfruta, które wydawały się ze sobą koleżeńsko ścigać. Drewno ustanowiło poważną bazę, przekładając się na myśl o wycince w lesie liściastym. Grejpfrutowi kibicowały inne owoce: pomarańcza, kwaśny ananas, jakby bardziej egzotyczny cytrus i dojrzałe, miękkie, a co za tym idzie słodkie kiwi. Owoce połączyły subtelny kwasek ze słodyczą. Ta nie poprzestała na owocach, bo i delikatnie palony karmel wyraźnie czułam. Pojawiło się jeszcze śmietankowe echo, które jakby trochę łagodziło całość. 

Suchawa w dotyku tabliczka trzaskała dość głośno w chrupki sposób. Wyglądała na ziarniście-szorstką.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkawym. Początkowo trochę kremowo, po chwili zaś bardziej pyliście. Była dość zbita, ale ochoczo mięknąca. Odsłaniała szorstkość, wręcz piaszczystość. Wyszła suchawo, nietłusto, a z czasem soczyście. Mimo to, po zniknięciu zostawiała złudną suchawość.

W smaku pierwszą poczułam średnią słodycz śmietankowego, lekko palonego karmelu. Palony aspekt w zasadzie zaraz prawie się w ogóle zawieruszył. Śmietanka zaś pilnowała, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Za słodyczą przemknął kwasek, sugerujący cytrynę. Cytrynę, która przechodzi w jakieś bardziej egzotyczne, soczyste cytrusy. Kwasek oddalił się jednak na tyle, że trudno było doprecyzować.

Z czasem raz po raz śmietanka zaczęła wydawać mi się bardziej mleczna, ale wciąż zgrana z karmelem. Zaczęły układać się w karmel coraz łagodniejszy, coraz bardziej mleczny.

Kwasek trzymał ten lekko egzotyczny wydźwięk. Karmel zaczął mieszać się z soczystością, ale jakby obok tego kwasku. Poczułam słodkie cytrusy, głównie bardzo dojrzałego, słodko-cierpkawego grejpfruta. Obok pojawiła się jeszcze bardzo słodka pomarańcza i... coś. Pomyślałam o bardzo słodkim, egzotycznym cytrusie - słodziutkiej skórce kumkwatu? Palona nutka przeszła w cytrusową goryczkę.

Gorzkość ogółu była jednak niska. Z tła wyłoniło się drewno. Pomyślałam o szarych bukach, które... są właśnie cięte? Wyobraziłam sobie wycinkę w lesie, a więc świeży aromat ciętego drewna pośród innych zielonych drzew. Cięte drewno kryło trochę pikanterii... Pikanterii robiącej aluzje do przypraw?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owocowy kwasek trochę wzrósł, acz ogólnie wysoki nie był. Bynajmniej nie w cytrusowym kierunku. Należał do egzotyki - pomyślałam o kwaśnym ananasie i nagle osłodziły go inne, egzotyczne owoce. Słodkie, miękkie zielone kiwi, w którym przewijała się lekka cierpkość.

Słodkie cytrusy i cytrusy egzotyczne wzbogaciły się o cytrusową pikanterię... Pieprzu cytrusowego? Nagle wszystkie owoce jakby zlały się w jeden wątek - chyba właśnie przyprawy podziałały na nie tak jednocząco.

Przyprawy poniekąd mieszały się z ciętym, świeżo-ostrym drewnem. Gorzkość ostrożnie je podkreślała, sama za bardzo nie wchodząc do gry, ale jednak odrobinę wzrastając. W te świeżość i drewno wemknęły się słodko-pikantne kwiaty. Trochę i z przyprawami znalazły coś wspólnego. Zmieniły słodycz z karmelowej i owocowej na właśnie kwiatową, będącą czymś z pogranicza wspomnianych.

Owoce załagodził  trochę... jogurt? Mleczny wątek nagle przejął kwasek od owoców, osłabiając go jeszcze bardziej. Za to dosładzając na moment. Wyobraziłam sobie jogurt zmiksowany z egzotycznymi i cytrusowymi owocami, całe smoothie jogurtowo-owocowe. Po chwili jogurt zaczął zmieniać się w śmietankę, a owoce zaczęły słabnąć.

Śmietanka załagodziła słodycz, gorzkość i owocowość, ale nie wzruszyła przypraw. Przez moment myślałam jeszcze o wanilii, a więc czymś słodszym za sprawą śmietanki i kwiatów, ale nie trzeba było długo czekać, by pieprz cytrusowy zmienił się po prostu w czarny, ciężkawy pieprz. Do głowy przyszedł mi też specyficznie ostry, wyrazisty kardamon. Zrobiło się dość ostro. Drewno wpisało się w ostrość.

Po zjedzeniu został posmak nie mocno, ale z zasady ostrych i aż trochę gryzących w język przypraw, w tym kardamonu, oraz ciętej, ostrawego drewna i słodycz kwiatów - też lekko ostrych. Do głowy przyszedł mi jeszcze pikantny pieprz, jednak ogółem wcale tak ostro w posmaku nie było. Wrócił bowiem śmietankowy karmel oraz sporo owoców: grejpfrut, pomarańcza i jakby cytryno-ananas.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że czułam niedosyt gorzkości. Świeżo cięte drewno w lesie liściastym, ostre kwiaty i przyprawy: pieprz z kardamonem, mieszające się z owocami cytrusowymi i egzotycznymi, w których najwięcej miał do powiedzenia grejpfrut, ale czułam i cytrynę, kiwi i ananasa stworzyły ciekawą kompozycję. Śmietanka, śmietankowy, mało palony karmel trochę to i łagodziły, i dosłodziły, ale w żadnym wypadku nie było za łagodnie czy za słodko. Acz słodko znacząco. Choć też za sprawą owoców (w tym grejpfruta, który tu był bardzo, bardzo słodki i niekwaśny - kwasek należał do innych owoców, głównie ananasa, co wyszło trochę zaskakująco i intrygująco).

Ananas, roślinna rześkość, przyprawy - w zasadzie skojarzyło mi się to i jeszcze parę akcentów (ale te najbardziej) z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 %. Miłe skojarzenie, a i ogólnie poziom podobny.


ocena: 8/10
cena: €7,90 (za 75g; około 34 zł)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant ciemna mleczna 60 % z nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanymi wafelkami

Czekolada Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel odkąd przeczytałam jej opis, jeszcze zanim spróbowałam, wydawała mi się zbyt namieszana i przeładowana. Degustacja utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Po niej pomyślałam, że dziś przedstawianą sobie odpuszczę bez żalu, skoro do mnie nie dotarła. A jednak parę miesięcy później dostałam ją od dystrybutorki. Może bez ogromnych nadziei, ale jednak z lekkim optymizmem się za nią wzięłam. Może właśnie okrojenie pomogło i w tej nadzienie zaprezentuje się lepiej? Warstwa wiśniowa stopowała bowiem potencjał orzechowej.


Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana (42%) nugatem / praliną z orzechów laskowych z (14%) "brittle" wafelkowym, czyli karmelizowanymi wafelkami oraz cienką warstewką mlecznej czekolady o zawartości 40% na spodzie*.
*A przynajmniej tak jest w opisie.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach orzechów laskowych, łączący w sobie orzechy karmelizowane oraz nugatowe. Mam na myśli charakternie palony karmel oraz mocno mleczno-maślany, słodki, ale nieprzesłodzony nugat. W jedno mieszał się z mleczną czekoladą, jednak zwłaszcza po przełamaniu wydawało mi się, że nie tą z wierzchu. Ta bowiem jawiła się jako motyw wytrawniejszy, trochę chlebowy, może złudnie marcepanowy, choć też nie brakowało jej pełnego, naturalnego mleka i stała obok. Jakby tak obok położono nugat z laskowców i mlecznej czekolady oraz charakterniejszą, bardziej kakaową mleczną czekoladę.

Tabliczka w dłoniach wydawała się masywna i ciężka, jednak niekoniecznie twarda. Poniekąd miała w sobie coś z twardości, ale nawet nie wiązało się to z trzaskiem. Nie trzaskała. Podczas łamania słychać za to chrzęst nadzienia. Wafelków w nugacie nie widać, lecz bardzo dobrze je słychać.
Trochę zaskoczyło mnie, że w przekroju nie widać warstewki jaśniejszej, tej mlecznej czekolady 40%, o której jest mowa w opisie oraz którą widać na zdjęciach producenta. W jednym miejscu wydawało mi się, że może na coś takiego trafiłam (i próbowałam to rozwarstwić nożem), ale... chyba moja czekolada była jednak bez tej warstewki.
Gdy robiłam kęsa, nadzienie wydawało się trochę delikatne i wtedy pod zębami też dobrze słychać chrzęst wafelków.
W ustach czekolada z wierzchu rozpływała się kremowo, w średnim tempie. Dała się poznać jako maziście-tłusta i ochoczo mięknąca. Jeśli była tam jakaś warstewka, to kompletnie nie czuć jej w strukturze.
Krem orzechowy także starał się wpisać w miękkość, ale wyszło mu to tylko częściowo. Był bowiem dość masywny, zbity i maślany. Czułam w nim oleistość, lekko pyłkowy efekt, choć ogólnie starał się pokazać jako bazowo gładki. Wszystko to jednak szybko odeszło w niepamięć, bo uwagę zaczęły przyciągać wyłaniające się wafelki. Nugat rozpływał się dość szybko.
Kawałków wafelków w nugacie zatopiono mnóstwo. Były tam malutkie, średnie i trochę większych.
Wafelki wolałam gryźć różnie, ale raczej na koniec, gdy wszystko już zniknęło, a tylko na próbę parę razy pogryzłam je szybciej, starając się robić to obok czekolady. Wtedy dodawały porządnego chrzęstu, były delikatne i krucho-chrupiące, w tym część w cukrowy sposób.
Wafelki gryzione na koniec częściowo zachowały chrupkość, ale większość zwilgotniała, zmiękła i zaczęła się częściowo rozpuszczać. Niektóre wyszły miękkawo, inne miękkawo-gumiasto, trochę jak "jadalny papier". Malutkim zdarzało się cukrowo rzęzić.

W smaku czekolada roztoczyła paloną gorzkość, do której powoli dołączyła także palona, karmelowa słodycz. Po chwili dopłynęło też pełne mleko, przechodzące w śmietankę. Czekolada wydała mi się lekko chlebowo-orzechowa sama z siebie, a nie tylko przesiąknięta nadzieniem (choć to pewnie też).
Spróbowana osobno jawiła się jako bardzo subtelnie gorzkawa, a tak to intensywnie mleczna i naturalnie orzechowa. W zestawieniu z nim, nadzienie podkreślało orzechowość i wydobywało gorzkość czekolady.
Czekoladę mleczną czuć cały czas, acz na większość degustacji wycofała się i pozwoliła prezentować się wnętrzu.

Z czasem mleczność i słodycz rosły. Może za sprawą zakamuflowanej warstwy mlecznej czekolady 40%, może po prostu za sprawą mieszania się czekolady z nadzieniem. Kakaowo palony akcent wierzchu jednak się nie zatracił. Po prostu obok wzrosła mleczność.

Nadzienie podchwyciło orzechowo-mleczne wątki. Przywitało się wyraźnie nugatowo słodkim motywem orzechów laskowych, po czym dodało jeszcze nutę maślaną. Choć było bardzo nugatowo, słodycz trzymała się średniego poziomu. Wiele do powiedzenia miał wątek prażonych orzechów laskowych. Wnętrze trochę kontynuowało też mleczno czekoladowy smak - jakby i do niego wtopiono mleczną czekoladę.

Kiedy spróbowałam osobno samego nadzienia, miałam wrażenie, iż faktycznie i w nim pojawia się nuta mlecznej czekolady... a w zasadzie mleczniusiej czekoladusi, wpisanej w głęboką, laskową nugatowość, która jednak po paru chwilach przegrywała z wafelkami. Jeśli nuta czekolady w nadzieniu nie była złudna, na pewno nie była to czekoladowość choć trochę gorzka.

Słodycz rosła za sprawą wyłaniających się z nugatu kawałków - były to cukrowo-karmelowe wtrącenia. W tym konkretnie karmelowych, cukrowych wafli - pomyślałam o waflach duńskich.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z kremu wyłoniła się oleistość jakby oleju orzechowego. Laskowce z jednej strony wyszły jakoś rozmyto, z drugiej zaś motyw prażenia przybrał na sile - cukrowe wafelki nie pomogły samej laskowości, za to prażeniu-pieczeniu owszem. Z czasem jeszcze oleistość mieszała się z delikatną gorzkością, wydobywając ją z pobrzmiewającej w tle gorzkawej czekolady mlecznej. Ona, orzechowa oleistość i wafelki przez moment grały jakby przeciw laskowej nugatowości.... Mleczność nadzienia za to miała się dobrze i udało się się przywrócić smaczek orzechów laskowych (acz już osłabiony).

Coraz bardziej wyłaniająca się drobnica mocno rozkręciła słodycz palonego, karmelizowanego cukru. Za nią przemykały akcenty pieczone i pszenne. To a to trochę przygłuszało, a to na nowo podkręcało orzechowość. Ze dwa czy trzy razy wśród wafelków mignęło mi echo soli, podkreślające słodko-karmelowo-prażony motyw wafelków.

Wafelki gryzione obok czekolady przypominały po prostu trochę bardziej karmelowy cukier. Podnosiły słodycz i zagłuszały nuty i oleju, i orzechów laskowych (co miało więc plusy i minusy).

Czekolada po debiucie nadzienia z wafelkami wyszła jednak jeszcze bardziej gorzko, porządnie palono. Jej mleczność i słodycz wydawały się bardzo subtelne. Przypomniała sobie o niemal wytrawnej, chlebowej nucie.

Gryzione na koniec wafelki wciąż pobrzmiewały karmelem, trochę cukrem i były ogólnie znacząco słodkie, ale smakowały też wyraźnie lekko wypieczonymi wafelkami. Niektóre wydawały się bardziej maślane, wręcz lekko... wafelkowo-gofrowe? A przy nielicznych mignęła mi sugestia soli.

Po zjedzeniu został posmak łagodnych, cukrowo słodkich, trochę karmelowych wafelków, wkomponowanych w karmelowo-maślano-mleczne, nugatowe, ale nieprzesłodzone realia. Wafelki i mleko, karmel grały pierwsze skrzypce, orzechy znalazły się w tle, a czekoladowość prawie odeszła w zapomnienie.

Czekolada wyszła o wiele lepiej, bo bardziej przejrzyście niż Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel. Była zwyczajnie smaczna. Jednak i ona mnie w sobie nie rozkochała... To znaczy wśród dawnych Zotterów byłaby nudna, wśród nowych kiepskich jawi się jednak jako jedna z lepszych. Doceniam ją jako tabliczkę orzechowo-wafelkową, choć to nie w 100% moja bajka. Jak dla mnie wyszła trochę za słodko i nudno, a do tego ze strukturą, za jaką nie przepadam: do ciągłego gryzienia i to najlepiej wcześniej, bo potem wafelki robiły się mniej atrakcyjne. Podobało mi się, że całość nie była przesłodzona, mimo że mocno nugatowa, że czekolada na wierzchu miała gorzkawy charakterek, jednak do nadzienia niepotrzebnie wkradła się oleistość. Można było zrobić je lepiej (bardziej orzechowo-czekoladowo-mlecznie?).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy laskowe 19%, miazga kakaowa, wafelkowe brittle (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowany ekstrakt słodu jęczmiennego, sól), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olej z orzechów laskowych 2%, emulgator: lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, anyż gwiazdkowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

sobota, 3 stycznia 2026

Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate ciemna

3 tabliczki Klingele Chocolates from Heaven kupiłam jako czekolady, które wyglądały jako tako, ale pierwsza spróbowana (Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate) okazała się pyszna. Ciekawiło mnie, jak producent poradził sobie z wyższą zawartością, dla któej przypisał inny region. Szkoda tylko, że zamiast opisać trochę kakao, z jakiego zrobił tę czekoladę, zdecydował się opisać peruwiańską dżunglę, przypominając, że wśród drzew jest mnóstwo małp, tukanów i nawet jaguary. Hm... czy miało to znaczyć, że... w tabliczce nie poczuję nudy, a i coś z pazurem zawita?

Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Peru, z amazońskiego lasu.

Po otwarciu poczułam zapach ziemi i torfu oraz ziarenek dla gryzoni. Za ziemią kryło się coś palonego, może nawet odrobinka dymu, a z kolei w ziemi... jakby świeższy, żywszy motyw jakiś roślin. Do głowy przyszły mi bulwy, wykopki,... ziemniaki?! Może nie zupełnie, ale coś blisko; coś wytrawniejszego. A jednak ogólna słodycz i tak wyszła znacząco, choć nie wysoko, a średnio. Wpisywała się w owoce. W tych przewodziły pomarańcze. Po nich były mandarynki z echem pomarańczowo-cytrusowych galaretek. Za nimi doszukałam się jeszcze jakiś cierpkawych czerwonych, ale niedookreślonych owoców. Może wiśni i porzeczek?

Tabliczka w dotyku była konkretna, zdradzała trochę tłustość, a jednocześnie sprawiała wrażenie trochę suchej. Podczas łamania wydawała się z siebie głośne trzaski, obiecujące zbitość. 
W ustach rozpływała się wolno, kremowo tłusto. Wyszła masywnie, a kształt zachowywała niemal do końca. Z czasem obok tłustości pojawiło się lekko suche wrażenie, a w tle akcent cierpko-ściągający, nawet w porywach soczyście-ściągający. Czekolada znikała tłusto-rzadko.

W smaku najpierw poczułam gorzko-cierpki dym, a tuż za nim palono-karmelową słodycz, która na wydźwięk bardzo starała się do niego dopasować. Ale nie podpasować. Rosła znacząco, więc po sekundzie czy dwóch wyprzedziła dym, starając się skupić na sobie uwagę, i już zaczęła zajmować pierwszy plan, gdy... Stały się dwie rzeczy.

Przemknęły mi jakieś cierpkawe, potencjalnie kwaskawe czerwone owoce i...

Zagrzmiała gorzkość ze zdwojoną siłą. Dominował w niej dym, a zaraz umocniła go czarna ziemia. W większości gorąca, rozgrzana, ale i... wilgotniejsza? Pomyślałam o jakiś wykopkach, gdzie przekopuje się ziemię, a ta ujawnia... bulwy? Doszukałam się w niej coś roślinnie-wytrawniejszego. Żywszego? Ziemia ze względu na paloność wpisywała się w gorąc, rozgrzanie, ale jakby tęskniła za wilgocią.

W czasie, gdy gorzkość rozpościerała skrzydła, czerwono owocowe przebłyski robiły się coraz wyraźniej wiśniowe. Acz o kwasku tak osłodzonym, że do głowy przyszedł mi budyń wiśniowy.

Rośliny i bulwy skryte w ziemi zmieniły się w ziarenka-karmę dla gryzoni. Wciąż czuć więc roślinność, ale... suchszą? Dym odsłonił jeszcze popiół i węgiel, dokładając do mocno palonego wątku. Chwilami miałam wrażenie, że dym trochę... upraszcza całość? Stopuje głębię? Słodycz nie śmiała się wychylić z paloności, więc długo pozostawała głównie karmelowa, ale i z owocową nutą sympatyzowała.

Aż nagle z tej odrobiny, w zasadzie prawie znikającej wilgoci, wyłoniły się owoce. Zaczęły czerwone, cierpkie i niezbyt jednoznaczne, umacniając wcześniejsze przebłyski. Wplotły trochę kwasku i przedstawiły się jako mieszanka wiśni i czerwonych porzeczek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa średnia, już nierosnąca słodycz podchwyciła ten żywszy, niemal soczysty ton i wzbogaciła karmel o kwiaty.

Upraszczający kompozycję (?) dym, lżejsza słodycz wpuściły do kompozycji delikatny maślany motyw.

Kwiatowe echo zmotywowało owoce. Pokazały się kwaśno-soczyste, cierpkawe za sprawą skórek pomarańcze, a tuż po nich mandarynki. Te bardziej mieszały się z kwiatami i słodyczą. W końcu słodycz popłynęła i z pomarańczy. Albo... obok owoców pojawiły się słodkawo-cierpkie galaretki cytrusowo-pomarańczowe oraz wiśniowe (bo i coś słodkiego, wiśniowego wróciło)? Jakieś wymyślniejsze, z sokiem; nadziewane. Wyobraziłam sobie galaretkę w kakaowej polewie.

Słodycz ogólnie nabrała pewności siebie, ale i wytrawniejszy motyw nie zniknął. Pomyślałam o średnio dojrzałym plantanie, który łączy ziemniaka i banana. Znowu miałam w głowie bulwy kryjące się w ziemi, choć ziemistość - jakby z ciekawością - pozwoliła przez pewien czas słodyczy zaprezentować się na swój sposób.

Do głowy przyszły mi zielonkawe, cierpkie banany. To był moment, w którym ziemia i dym uderzyły znowu. Ziemia zdominowała wszystko, a cierpki dym agitował resztę nut do niej, by się jej podporządkowały. Dym miał krył cierpkość, prostotę kakao w proszku. Był jakby... upraszczający? 

Po zjedzeniu został posmak dymu i karmelu - słodycz bowiem jakoś kontrastowo wyskoczyła po tym mocniejszym zagraniu ziemi i dymu. Zaplątały się kwiaty i trudny do uchwycenia banan... Może bardziej ziemniaczany plantan? W tle tlił się też chyba owocowy, ale niejasny kwasek.

Czekolada smakowała mi, ale wyszła za bardzo dymnie-cierpko w zagłuszający, upraszczający sposób - zapewne przez kakao w proszku. Mimo to, dym częściowo i do zalet się wpisał, bo jednak napędzał gorzkość. Ziemistość była cudna, a motyw bulw, wykopków dziwny, ale ciekawy. Karmel, do którego dochodziły kwiaty oraz owoce czerwone, pomarańcze i mandarynki okazały się ciekawymi, dynamicznymi nutami.


ocena: 8/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,48 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, odtłuszczone kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa

piątek, 2 stycznia 2026

Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 %

Ostatnio miałam jakąś czarną serią w kremach orzechowych. Trafiały mi się kiepskie, a gdy kombinowałam z zamiennikiem tahini Ekogram i raz kupiłam tańsze tahini LOPER DE GRAFF SP Z O.O. na zlecenie Słodkie Hawo dla Auchan, marketowy czort okropnie wyszedł w tej formie. Uznałam, że to znak, że przyszła pora na krem 100%, obojętne z czego. Te jakoś nie rozczarowują. Mogą być smaczne bardziej lub mniej, ale zawsze smaczne. Markę i sklep ze zdrową żywnością Pi-nuts znalazłam, szukając nieodtłuszczonego kakao w proszku, a krem kupiłam, by opłaciła się przesyłka. Wyglądał... zwyczajnie, co napawało optymizmem. 

 Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 % to krem 100% z orzechów laskowych prażonych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu rozbrzmiał zapach lekko, ale znacząco prażonych, naturalnie słodkich orzechów laskowych. Trzymało się ich echo, które dopowiadały mleczną czekoladę. Po przemieszaniu i w trakcie jedzenia prażony element wydawał się lekko nasilać, umacniając tym samym słodycz.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, zgarnęłam go trochę dosłownie na czubku łyżeczki, ale to tylko dlatego, że zawartość słoiczka od góry do samego dna była płynna. Zawartość miała formę oleistego sosu ze średnią ilością drobinek orzechów. Krem był nieprzyjemnie rzadki.
W ustach próbował trochę zgęstnieć, ale i tak był rzadki. Rozpływał się szybko. Wydał mi się oleiście-lepkawy, a także tłusty w nieprzyjemny, właśnie oleisty sposób. Miał miękkawe zapędy tam, gdzie był odrobinkę mniej rzadki, ale i tak bardzo brakowało mi w nim kremowości. Choć jedząc co i raz mieszałam, skórki opadały na dno i końcowo na samym dnie była ich kumulacja, a masa minimalnie mniej lejąca. Kawałeczki i drobinki orzechów oraz skórki pływały w nim luźno, nie nadały miazgowego efektu. Odniosłam wręcz wrażenie, że jeszcze rozrzedzają bazę i przyspieszają rozpływanie się. Wymuszały też wcześniejsze podgryzanie.
Ogólnie jednak kawałki gryzłam, gdy masa zniknęła. Malutkie kawałki i drobinki orzechów oraz ich skórki w porywach były chrupkawe. Większość bardziej trzeszczała i skrzypiała niż chrupała.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz prażonych orzechów laskowych z echem oleju. Tuż za nimi zaznaczyła się goryczka, sugerująca czekoladę. Nie mleczną jak w zapachu, ale ciemną i gorzkawą.

W tle wyraźnie mignął mi olej i choć zaraz próbował się ukryć, raz po raz wyłaniał się bardziej.

Prażenie rosło wraz ze słodyczą, początkowo w równym stopniu. Po pewnym czasie jednak prażenie spoczęło na średnim poziomie, a słodycz rosła dalej. Była w pełni naturalnie orzechowa, a skojarzenie z czekoladą się w nią wpisywało.

W oddali cały czas czaiła się oleista nutka. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach oleistość umożliwiła słodyczy podbicie pierwszego planu. Przygłuszyła też skojarzenie z czekoladą, kierując myśli ku delikatnej, mleczno-maślanej bułeczce drożdżowej, którą skąpo posmarowano kremem orzechowym.

Z czasem jednak prażeniu udało się na chwilę przygłuszyć oleistość i podkreślić goryczkę. Wydobyć ją przed to bułeczkowe łagodnienie. Gorzkość zaczęła rosnąć i zrobiła się w pełni orzechowa. Nie miała jednak za wiele wspólnego z orzechowymi skórkami. Mieszała się z orzechową słodyczą, z czasem coraz bardziej ją sobie podporządkowując.

Końcowo było bardziej gorzko, wciąż prażono i słodko, ale jednak gorzko orzechowo. Mdławo oleiste echo zamiast mocarnej orzechowości sprawiło, że goryczka ta wyszła jaskrawo osamotniona.

Gryzione na koniec kawałki orzechów w większości smakowały po prostu słodkawymi, prażonymi laskowcami. Kawałki i skórki wystąpiły oddzielnie. Na skórki, które wniosły coś znaczącego w smaku, natknęłam się dopiero na sam koniec - te były gorzkie, ale w inny sposób niż gorzka była masa orzechowa. Gorzkie skórkowo.

Po zjedzeniu został oleisty posmak prażonych średnio mocno, słodkawych orzechów laskowych, trochę przeplecionych gorzkością skórek orzechowych.

Krem rozczarował mnie  konsystencją. Mało, że lejąca... ona była smutnie rzadka, jak olej. Oczywiście przełożyło się to na oleisty smak. Przez to  goryczka panoszyła się w nieprzyjemny sposób - gdyby została zestawiona z mocną orzechowością, byłoby ok, ale właśnie... Tu laskowcom zabrakło mocy. Było i słodko, i nie za mocno prażono, ale właśnie wszystko to nie było tak intensywnie orzechowe, jak mogłoby.


ocena: 6/10
kupiłam: sklep.pi-nuts.eu
cena: 13,45 zł za 100g
kaloryczność: 696 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe

środa, 31 grudnia 2025

Alter Eco 90 % Peru Chocolate Negro ciemna

Przyszła pora na czekoladę amerykańskiej marki Alter Eco, co do której byłam najbardziej sceptyczna i odkładałam ją w czasie, trochę nietypowo dla mnie. Przeważnie potencjalnie mniej smaczne wolę zjeść najpierw. Tu trochę obawiałam się, że przy tak wysokiej zawartości kakao wyjdą na jaw niedociągnięcia lub wady. Acz mimo to, udało mi się podejść do niej bez większych wyobrażeń, nadziei czy obaw. Z tego, co dowiedziałam się ze środka kartonika, czekoladę zrobiono z kakao kupionego od kooperatywy Acopagro, z którą współpracują od 2008 roku. Mali farmerzy, zrzeszeni w jej ramach, pracują w Parku Narodowym Rio Abiseo, dbając, by zachować bioróżnorodność. Kupno kakao odbywa się w ramach sprawiedliwego handlu i dzięki uczciwym cenom za kakao, wielu producentów uwolniło się od uprawy koki w latach 2000. i odzyskali w ten sposób swoją godność.

Alter Eco 90 % Peru Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Peru, z amazońskiego lasu deszczowego.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach dominujących kwaśno-cierpkich wiśni, osłodzonych... syropem klonowym? Wyobraziłam sobie wiśnie w palonym, słodkim i jakby lekko drzewnym syropie. Mieszał się z gorzkimi, spalonymi drzewami oraz drewnianymi meblami. Ze względu na ciepło kompozycji, do głowy przyszedł mi jeszcze ciepło-przytulny zamsz. W harmonii splatał się ze znaczącą, niemal duszną, słodką nutą wanilii. Ta wydobyła z kompozycji maślaność, acz nie udało jej się całości załagodzić. Sprzeciw na to zgłosiła też nutka grejpfruta i cytryny, kryjących się za wiśniami.

Tabliczka wydała mi się sucha i krucha w dotyku. Przy łamaniu potwierdziła się jej kruchość. Acz była to kruchość skalista. Twarda czekolada wydawała z siebie głośne trzaski.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę niechętnie, później już łatwiej. Miękła, eksponując gęstość oraz pewną suchawość, mieszającą się z coraz silniejszą tłustością. Ta wyszła masywnie, zbito-maślano, jednak ze względu na pobrzmiewającą suchawość, pylistość czekolada nie wyszła za tłusto. Okazała się za to dość kremowa i mazista. W porywach zdobywała się na soczystość, a na koniec trochę taninowo ściągała.

W smaku pierwszą poczułam subtelną, trochę paloną słodycz, którą szybko przeciął cierpki kwasek. Oczami wyobraźni patrzyłam na kwasową smołę.

Słodycz trochę rosła, a że paloność ogółu szybko zajęła znaczącą pozycję, słodycz też przystała na właśnie palony wydźwięk. Sporo paloności okazało się budować gorzkość albo w zasadzie bazę, grunt pod nią.

Smoła otworzyła drogę gorzkim, poważnym i ciężkim nutom, lecz w jej kwaśności nagle rozbłysła kwaśność lżejsza, soczysta. Należała do wiśni. Wiśnie przecięły smołę, nadały całości trochę lżejszego tonu, acz same nie były takie znowu lekkie. Wszak to owoce kwaśno-cierpkie. Gorzkość i tak była wszechobecna i silna... Próbowała dominować, ale to wiśnie rządziły kompozycją. Wiśnie, których trzymało się echo wytrawnego, ciężkawego wina?

Wiśnie dojrzałe, acz kwaśne. A tylko trochę dosłodzone... syropem klonowym? Słodycz jawiła się jako trochę przypalona, a mi do głowy po pewnym czasie przyszły wiśnie duszone w syropie klonowym. Wino... zrobiło się półwytrawne, lekko słodkawe i... zniknęło? Słodycz trochę wzrosła, acz cały czas była raczej niska.

Wiśnia raz po raz wychodziła na przód ze swoimi bardziej kwaśno-cierpkimi nutami. Choć częściowo wiązała się ze słodyczą, nie była to jedyna płaszczyzna, na jakiej działała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa smoła już w ogóle zaczęła się rozmywać i zmieniać w spalone drewno. Drewno to przyniosło trochę ciepła. Ciepła milutkiego w dotyku zamszu? Zamsz osadził te poważniejsze nuty w realiach bardziej udomowionych: wyobraziłam sobie drewniane meble i zamszowe obicia, odzież. Ogólna gorzkość była wysoka, jednak pokazała się jako bardziej ugodowa.

W tle, w kwaśności odnotowałam jeszcze cytrusy. Przypieczętowujące koniec ze smolistymi wątkami. Wiśnie i cytryny, trochę grejpfruta przejęły niemal całą kwaśność kompozycji.

Słodycz trochę złagodniała, wyłoniła się z niej wanilia, syrop klonowy zaś uciekł. Wanilia mieszała się z cytrusami, osadzając je w delikatniejszy wątek tortu cytrusowo-waniliowego. Z trochę nadto przypieczonymi biszkoptowymi warstwami.

Syrop klonowy ukrył się w motywie drzew. Drzewa stanęły po poważniejszej, gorzkawej stronie. Było ich coraz więcej. Czasem wydawało się, że podłączają się pod nie prażone migdały ze skórkami.

Trudno było to z całą pewnością stwierdzić, bo na końcówce wiśnie zaczęły przeżywać renesans - jakby tak w torcie między maślano-biszkoptowymi warstwami, w waniliowo-cytrynowym kremie raz po raz trafiać na kwaśne bomby: całe, jędrne wiśnie. Wiśnie... nasączone winem?

W tle pobrzmiewała subtelna maślaność, jednak nie pchała się zbytnio na przód, nie łągodziła tego wszystkiego za bardzo; po prostu sobie pobrzmiewała.

Po zjedzeniu został posmak wiśni, do których dołączyła smoła i trochę wina, oraz cytryny z syropem klonowym. Ten już nie był tak wyrazisty, przechodził w motyw spalonego drewna i mebli drewnianych. Wyłoniła się wanilia - na koniec wydawała się być tu jedynym słodzidłem.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Bałam się, że tak wysoka zawartość kakao okaże się podbita sztucznie tłuszczem czy coś i będzie mdło, ale nie. To pełna smaku tabliczka, serwująca smołę, zmieniającą się w spalone drewno i meble drewniane z zamszem oraz wiśnie, wiśnie duszone w syropie klonowym, cytrusy i cytrynowo-waniliowy tort. Gorzkość pokaźna, palonych nut sporo, ale nie wyszły zagłuszająco głębi, kwaśność przyjemna. Niby wszystko to było ciężkawe, ale w pozytywnym sensie. Na plus także wyraźna, ale niska słodycz o niebanalnym charakterze.

Była podobna do Alter Eco 85 % Peru Chocolate Negro, ale wydała mi się lepiej wykonana. Na pewno konsystencja wydała mi się lepiej wyważona. Przy 90% kwaśność miała możliwość w pełni się rozwinąć: serwując kwaśne, acz pyszne, pełne smaku wiśnie i nie niedojrzałe pomarańcze jak podlinkowana, a cytryny. Kwaśność dziś przedstawianej wyszła tak, jak powinna. Niektóre nuty gleby pouciekały, ale wszelkie drzewno-migdałowe znajome. Lekka słodycz podchwyciła paloność jako syrop klonowy.


ocena: 9/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 18,38 zł
kaloryczność: 656 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, laska wanilii