czwartek, 28 sierpnia 2025

Moka Origins Ghana Dark Chocolate 72 % Single Origin ciemna z Ghany

Na myśl o tej tabliczce, uśmiechałam się z rozkoszą. Zamawiając 2 różne jeszcze nie wiedziałam, jak pyszna będzie Moka Origins Tanzania Dark Chocolate 85% Single Origin Kokoa Kamili. Podlinkowana sprawiła, że zaczęłam bardzo ciepło myśleć o tej amerykańskiej marce. Dodatkowy plus należy im się za to, że sporo podają o zakupionym kakao. To np. Amelando i Trinitario pochodzące od producenta ABOCFA Cooperative, a partnerem zaopatrzeniowym jest Uncommon Cacao. Podali też, jakie ziarna mają certyfikaty (USDA Organic, Non-GMO, Kosher, Fair Trade) i... na jakiej elewacji rosną (610 stóp).

Moka Origins Ghana Dark Chocolate 72% Single Origin to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Trinitario Amelonado z Ghany.

Po otwarciu uderzył mnie zapach czekoladowo-nerkowcowego mousse'u. Naturalnie słodkawe nerkowce mieszały się z wiórkami kokosowymi i także słodkawymi fistaszkami. Wręcz zmielonymi na gładki, delikatny krem. W tle, w czekoladowym napowietrzonym deserze kryła się drobna ziemistość. Słodycz stała na wysokim, ale łagodnym, nienachalnym poziomie. Zapewnił ją nie tylko mousse, ale też jakby orzechowe, nerkowcowe krówki, a w oddali znikoma, słodka soczystość. Trochę... daktylowo-dymna?

Gładka tabliczka wydawała się masywna i kremowa, a przy łamaniu trzaskała jak delikatne gałązki, trochę krucho, nie za głośno, ale masywnie.
W ustach rozpływała się wolno, wręcz leniwie, ale chętnie. Długo zachowywała zbity kształt, choć powierzchownie miękła. Dała się poznać jako kremowo-kleista i gładka. Robiła się coraz bardziej mazista, a z czasem - choć wciąż utrzymywała kształt - maziście-luźna.

W smaku najpierw poczułam wręcz uroczo słodką krówkę. Zawahała się, po czym umocniła się, acz bez wyraźnego wzrostu słodyczy. Krówkę coś spróbowało przełamać... a mi nagle do głowy przyszła krówka orzechowa - chyba nerkowcowa.

Wkroczyły bardzo łagodne orzechy i maślaność. Wyraźnie dominowały orzechy nerkowca, choć za nimi kręcił się jeszcze jakieś.

Krówka osłabła, a gdzieś w oddali przemknęły bardzo, bardzo słodkie rodzynki oraz daktyle, utwierdzające je w słodyczy. Słodkie do potęgi, ale jednak wplatające choć namiastkę soczystości. Jednocześnie daktyle miały w sobie coś dymnego.

Przy nerkowcach pokazały się fistaszki. Podobnie jak nerkowce wyszły naturalnie słodkawo, musiały być surowe albo prawie surowe. Do głowy przyszedł mi naturalny krem arachidowo-kokosowy, acz nie zagrzał miejsca na długo. Arachidowe echo zaprosiło bowiem do gry kakao, które roztoczyło gorzkość i to ona skupiła na sobie uwagę. Gorzkość początkowo była niska, ale odważnie rosnąca.

Słodycz nasilała się znacznie wolniej i słabiej. Wplatała się w łagodność i była w pełni integralna z nerkowcami, które po paru chwilach pokazały się jako czekoladowo-nerkowcowy mousse. Zdominował wszystko i był niewiarygodnie jednoznaczny, obrazowy. Do głowy przyszły mi też czekoladowe wegańskie lody na bazie nerkowców (przecież to smak rodem z Syrenka smak Podwójna Czekolada!).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w nerkowcowo-czekoladowym, szlachetnie gorzkim i zarazem urokliwie naturalnie słodkim mousse'ie pojawiła się ziemia. Sprawiła, że gorzkość zabrzmiała trochę dosadniej, trochę niemal... truflowo?

Znów przemknęły rodzynki. Niesoczyste, ale jednak jakoś tam owocowe. Mieszały się z... figami? Figami w czekoladzie? Ponownie odnotowałam specyficznie lekko piekące daktyle, teraz jednak podobnie jak figi, w czekoladzie ciemnej, podkreślającej dymny wydźwięk.

Nagle przy ziemi przemknął olej kokosowy i na pierwszy plan wkroczył kokos. Olej zmienił się w miazgę kokosową, a potem wątek ten nasilił się jako wiórki kokosowe. Zwieńczyły czekoladowo-nerkowcowy mousse i splotły się w harmonii z nerkowcami. Razem zajęły pierwszy plan. Łagodność kokosa i nerkowców, choć dominowała i trochę okręciła sobie wokół palca (wiórka?) gorzkość, to nie obniżyła jej.

Suszone owoce zaczęły układać się w jakiś czekoladowy deser z nimi, a potem w bardzo jednoznaczną wizję zdrowych batonów. Na pewno czułam figowo-kokosowego, prasowanego batona wypełnionymi wiórkami. Być może też kawałkami orzechów - nerkowca i pojedynczymi arachidów? Fistaszki zmieniły się w krem, miazgę.

Końcowo słodycz zagrała trochę mocniej, a mi do głowy przyszły batony opierające się na miazdze z daktyli, które w ustach zmieniają się w słodką papkę. Papkę z czekoladą, bo i ta wizja szlachetnej słodyczy jakiś deserów utrzymywała się do końca.

Po zjedzeniu na bardzo długo został posmak zdrowego batona nerkowcowo-kokosowego słodkiego od suszonych owoców, acz już nie było takie oczywiste, jakich dokładniej. Czułam też wyraźnie echo ziemi i goryczkę, podkręcającą słodycz, wręcz słodziuteńkość nerkowców i wiórków kokosowych.

Czekolada zachwyciła mnie w sposób trochę niespodziewany. Mimo gorzkości i lekko ziemistego akcenty, wyszła przede wszystkim łagodnie. Ale! Nie za łagodnie, jak to często w moim przypadku bywa, a łagodnie w sposób pożądany. Ten występ nerkowców i kokosa był przecudowny. Akcent krówki, mousse'u czekoladowo-nerkowcowego, pojedyncze przebłyski słodkich fistaszków i sporo suszonych owoców świetnie to wykończyły. Wizja zdrowych, prasowanych batonów też jak najbardziej pasowała. Kompozycja bez szaleństw i ogromu nut, a ciesząca jednoznacznością i spokojnym przekazem.


ocena: 10/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $10.00 (za 68g; około 38 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 27 sierpnia 2025

Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache ciemna 70 % z nadzieniem pistacjowym z tahini i białą czekoladą oraz ciastem Kataifi

Nie rozumiem viralowego fenomenu czekolad dubajskich, tak jak i mody na pistacje (uwielbiam pistacje, ale one są dobre... zawsze, a nie bo moda). Jakiś czas temu dosłownie zalały internet i gazetki marketów. Ja jednak zwróciłam na nie uwagę dopiero gdy zobaczyłam je na stronie Beskidu. Jeśli oni takie coś zrobili, znaczy, że może być dobre, ale nie dlatego, że to dubajskie, a dlatego, bo producent wie, jak zrobić dobrą czekoladę. Skusiłam się na jedną - w końcu nadziewana tabliczka Beskidu? Tego jeszcze nie było! No i oczywiście trochę poczytałam, co mnie czeka. Czekolada dubajska to tabliczka wypełniona masą z pistacji i ciasta kataifi (rozdrobnione ciasto filo). Beskid nadzienie wzbogacił o białą czekoladę i tahini (miazgę z sezamu). Zrobili ciemną, mleczną i białą, lecz mnie zainteresowała tylko ta. Z ich strony dowiedziałam się, że od listopada 2024 robią swoje tabliczki dubajskie "bez kolorowych zdobień na korpusie" - faktycznie, że widziałam zielone esy-floresy na zdjęciach w internecie. A to że się na to nie załapałam, no cóż.

Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem ("ganaszem") z pistacji, pasty sezamowej tahini i białej czekolady z kawałkami ciasta Kataifi. 

Po otwarciu poczułam delikatny zapach ciemnej czekolady, mieszającej się ze słodyczą, która skojarzyła mi się z połączeniem waty cukrowej i śmietanki. To był motyw nieco kryjący się za czekoladą o dymno-palonym charakterze. Jej słodycz wydała mi się średnia, może lekko karmelowa i przepleciona soczystością. Też słodką, acz trochę egzotyczną, należącą np. do dojrzałego granatu. Wąchając czekoladę przyszło mi jeszcze do głowy wilgotne drewno porośnięte mchem, sam mech i zboże. Po przełamaniu pojawiły się subtelne, solone pistacje i echo ciasteczek w białej czekoladzie.

Czekolada stanowiła grubą, twardawą warstwę. Wydawała się nieco zawilgocona i rozciskała środek. Przy robieniu kęsa też się w niego wgniatała - zupełnie nie pasowała do nadzienia, była za masywna do niego. Środek bowiem był bardzo miękki i wilgotny; złudnie włóknisty. Przy łamaniu plaskał i sprawiał, że całość w zasadzie się rwała. Gdy odgryzałam kawałek, z zaskoczeniem trafiłam na twardy chrzęst - moje zęby przebiły się przez twarde, rzężące drobinki w nadzieniu (niewidoczne gołym okiem).
Tabliczkę nadziano po całości, a nie poszczególne kostki, co biorąc pod uwagę rozbieżność w strukturze nie było najlepszym pomysłem. Całość łatwo się rozwalała, dosłownie rozjeżdżała, a wyciskające się spod czekolady nadzienie oklejało palce. Wymuszało to robienie dużych kęsów, czego nie lubię, zwłaszcza, gdy coś jest tak... przytykające (ale o tym za chwilę).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Była gęsta i konkretna, bardzo długo zachowywała zbity kształt, przez co niezbyt chętnie łączyła się z nadzieniem. W zestawieniu z nim zmierzała w polewowo-ulepkowatym kierunku.
Nadzienie potwierdziło swoją miękkość i plastycznność. Najpierw wydało mi się wilgotne, a po chwili zaskakująco kremowe - pomijając ciastowe nitki, było gładkie. Było też bardzo tłuste, ale w bardziej oleisty, kremowy sposób. Trochę kojarzyło mi się z półpłynnym kremem 100% z pistacji lub tahini, w porywach wręcz z tłustym, pistacjowym mousse'em. Cechowała je zaklejająco-przytykająca lepkość, mimo że nie było ciężkie. Zmieniało się w tłusto-mazistą, zwięzłą zawiesinę (?). Z oleiście-śmietankowej masy zaraz wyłaniało się sporo różności: średnio długich "nitek", czyli kawałków ciasta o strukturze twardych wafli i pojedyncze kryształki (soli? cukru?). Wnętrze rozpuszczało się w tempie średnim i w większości znikało szybciej od czekolady. Acz i jej już wtedy, z kawałkami filo, nie zostawało tak wiele.
Nadzienie gryzione trzeszczało, rzęziło i kryształkowo chrupało. Wolałam jednak, by się rozpuszczało, a kawałkami zajmowałam się na koniec. 
Nieliczne kryształki soli rozpuszczały się wraz z resztą, na koniec może tylko raz czy dwa coś zostało. 
Kawałków ciasta, specyficznie twardych "nitek" nie pożałowano. Chrupały, trzeszczały i rzęziły. Po pewnym czasie w ustach miękły, ale nie rozpuszczały się.
Choć także nadzienia nie pożałowano, wydawało się przytłoczone ciężką czekoladą (ale jako że nie podobała mi się struktura nadzienia, czekolada akurat w moim przypadku była wybawieniem). Całość była problematyczna w jedzeniu.
Każdy kęs zdawał się znacząco otłuszczać usta.

W smaku czekolada przywitała mnie średnio wysoką słodyczą i paloną, dymną gorzkością. Zaznaczyła się w niej lekka ziemistość i subtelna soczystość. Słodycz przedstawiła się jako prosta, a z czasem całość przejawiała klimat lasu z mnóstwem drzew, porośniętych mchem. Słodycz rosła znacząco w toporny, cukrowy sposób. Do głosu szybko dochodziło nadzienie.
Kiedy spróbowałam czekolady osobno, wydała mi się bardzo słodka właśnie w nieambitny sposób, ale jednocześnie przyjemnie, dosadnie gorzka. Soczystość skojarzyła mi się za to z bardzo słodkim granatem, gdy tak przeplatała wizję omszałych drzew. W zestawieniu z nadzieniem, soczystość uciekała, nim udało mi się ją dookreślić.

Nadzienie odzywało się po paru chwilach. Szybko nabierało mocy i zaraz skupiało na sobie większość uwagi. Spod czekolady wypłynął wytrawniejszy smak kremu, miazgi z prażonych pistacji. Ewidentnie dominowały, choć zdawały się otulone bliżej nieokreślonym, tłuszczowym motywem. Czasem pokazywały się jako w dodatku słonawe. Słodycz wyłaniała się powoli. Podążało za nimi oleiście-goryczkowate echo. W pierwszej chwili niedookreślone, ale kiedy wzrosła też słodycz nadzienia, okazało się, że to olej sezamowy i tahini, a więc miazga z prażonego sezamu. Sezam w zasadzie jako on sam był tu jedynie echem, choć... gdy tak słodycz ogółu rosła, zdarzyło mi się pomyśleć o roślinnej, pistacjowej chałwie. 
Z rzadka przemykało słonawe echo, co podkreśliło biało czekoladową słodycz.

Krem spróbowany osobno był smakowo jednocześnie i mdławo-oleisty, i bardzo słodki, i wytrawny. Dominowały w nim miazgowe pistacje, ale jakby rozrzedzone sezamowym tłuszczem, co nadało im dziwnie wytrawnie-roślinny wydźwięk. Sam aż mdlił, pojawiała się w nim... nuta obrzydliwości. Z czekoladą było smaczniejsze.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wnętrze podkręciło palono-dymną gorzkość czekolady, a ta jakby zaczęła trochę punktować zgrzyty środka. Nadzienie wydało mi się bardzo wytrawne, a jednocześnie denerwująco, aż drapiąco słodkie - przez myśl przemknęła mi nawet jakaś pistacjowo-śmietankowa wata cukrowa. Wytrawniejsze nuty prażonych pistacji i sezamu walczyły ze słodką, śmietankową białą czekoladą. Ciemna czekolada jednak zabiegała o harmonię tego wszystkiego.
Kawałki ciasta, te "twarde nitki" wylegające na język nie wnosiły za wiele - były jakby andrutowo neutralne i bardzo delikatne w całości.
Trochę spróbowałam ich pogryźć osobno, obok czekolady - wciąż mi w głowie siedziały wytrawniejsze, ale neutralne andruty.

Czekolada w obliczu tego nadzienia z czasem wydawała się coraz bardziej płytka, zasładzająca i smakowo tłusta. Zanikała jej soczystość... Zostawała słodycz (aż trochę rozgrzewająca gardło) i nuta drzew pokrytych mchem, może pewna zbożowość? Czekolada jakby próbowała trochę dopasować się do  pistacji i sezamu. Wraz ze środkiem dała mocno zielono roślinnie-drzewny wydźwięk.

Gryzione na koniec kawałeczki okazały się kawałeczkami-nitkami ciasta filo. Tym razem jednak wyszły wyraźniej. Smakowały podobnie do ciasta francuskiego i trochę minimalnie wytrawniejszymi, podkolorowanymi andrutami. Choć nigdy nie jadłam churrosów, w głowie pojawiło mi się, że tak mogłyby smakować, zwłaszcza, gdy przemknęło mi coś jakby podsmażonego.
Bardzo rzadko zaplątało się też słonawe echo.

Po zjedzeniu został posmak drzewno-dymnej, marginalnie soczystej czekolady i wytrawnych, prażonych pistacji, zmieszanych z pewną roślinnością, mchem. Czułam też bardzo wysoką, prostą i toporną słodycz, która wyszła aż muląco zasładzająco (chyba przez połączenie z tłuszczowością). Słoność nieprzyjemnie zaznaczała się na języku wraz z "tłustym ciastem".

Ogół niespecjalnie mi podszedł. Nie lubię pistacji w takim prażono-słonym wydaniu. Goryczka tahini, neutralne ciasto zestawione z białą czekoladą wyszły dziwnie - niby bardzo słodko, a nieczekoladowo, niesłodyczowo wytrawnie. Sama czekolada jak na Beskid też nie była wybitna, ale sama w sobie smaczna (w sumie najbardziej smakowały mi kostki brzegowe, gdzie czekolady było znacząco więcej), ale... chyba do tego wnętrza bardziej pasowałoby coś słodszego i lżejszego - mleczna. Może lepiej ograłaby tę wytrawność? Ciemna na strukturę to już kompletnie nie pasowała do wnętrza. Czekolada była za twarda i masywna do miękkiego, plastycznego środka. Choć nie lubię takich nijakich chrupaczy, te tutaj akurat ratowały sytuację, bo trochę osłabiały poczucie zatłuszczenia, ale i one... miały w sobie coś z tłustości.
Jak już się kupiło, można zjeść, się wkręcając, ale to nie moja bajka. Ciekawostkowo można poznać, ale gdy już to-to poznałam, końcówce - 4 kostki - oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Może i dobra ta czekolada, ale jakaś taka nie dla mnie; dziwna. W tym nadzieniu nie rozpoznaję nawet pistacji, ale ja je znam tylko jako orzechy, nie jakieś kremy. Ten był dziwny, w ogóle prawie nie słodki. Nie czułam się, jakbym czekoladę, coś słodkiego jadła. Dziwne uczucie. Sama czekolada z wierzchu, ciemna, ale bardzo mi smakowała. Czekolada niezgrana niestety ze środkiem, za twarda, że się rozciskało. Dziwne takie coś w tym środku chrupie, takie patyki, ale to akurat nawet fajne. Nie powiedziałabym, że to jakieś ciasto. Jako ciekawostka fajnie poznać, ale ani sama bym sobie tego nie kupiła, ani więcej żadnej takiej dubajskiej czekolady nie chcę".

Na pewno na plus, że skład dobry - bo jak dla porównania zerknęłam na kilka innych dubajskich, wszystkie miały olej palmowy. Wszystkich cena mocno wygórowana.
Prażono-wytrawne pistacje zmieszane z wysoką słodyczą, tak jak w Ruda Kita Słodka Pistacja | Migdał Pistacja Nerkowiec, nie podeszły mi.


ocena: 6/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 34,30 zł (za 110 g, a w zasadzie 122g, bo moja tyle ważyła; dostałam rabat)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa), nadzienie pistacjowe 50% (pistacje, biała czekolada: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy 32%, lecytyna sojowa; ciasto kataifi: mąka pszenna, woda, olej słonecznikowy, sól, sorbinian potasowy; tahini: sezam; sól, barwnik)

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % ciemna z Bali (Indonezji)

Sporo tabliczek szwedzkiej marki Standout zjadłam w 2021, jednak od tamtego czasu nie było okazji, by jakieś niepróbowane zdobyć. Składając większe czekoladowe zamówienie, w którym dominowały tabliczki Zoto, zaczęłam rozglądać się, co jeszcze innych marek można by dołożyć. I wtedy mój wzrok przyciągnęło jaskrawe, jakże odmienne od tych mi znanych, opakowanie Standout. Zrobiłam szybkie rozeznanie: jak rozumiem, takie szaty graficzne otrzymują ich limitowane tabliczki. Dziś przedstawiana była właśnie limitowaną. Zrobiono ją z kakao od spółdzielni z Jembrany, Kerta Semaya Samaniya (KSS), której historia to opowieść o wytrwałości, cierpliwości i kreatywności, bo nie miała lekko z przebiciem się. Jednym z kluczowych filarów strategii KSS jest równość płci. Postanowili przeciwstawić się temu, że historycznie w takich gospodarstwach rolę kobiet ograniczano do pomocnic. Ruszyły szkole w uprawie kakao dla kobiet, co otworzyło drogę rolniczkom do tego, by mogły samodzielnie sprzedawać swoje kakao bezpośrednio do KSS (bez pośredników ciągnących kasę). Dobrze, że wspierają przedsiębiorcze kobiety. Pomyślałam, że z ogromną ochotą zjem coś od Standout z Indonezji.

Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z wyspy Bali (z Indonezji), z regencji Jembrana; fermentacja ziaren trwała 6 dni w liściach bananowca w drewnianych skrzyniach, a suszenie "domowe" 6-8 dni; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam lekko kwaskawy zapach niedookreślonych czerwonych owoców i bananów, mieszających się z dosadną słodyczą a'la cukier kokosowy o mocno rześkim, karmelowym charakterze. Kwasek podkręciła marakuja, wpisująca się trochę w serek owocowy (acz jakby... wodniście wegański?) z marakują oraz trochę przywodzącą na myśl algi zieloną herbatę z marakują. Taki lekko glonowy wydźwięk herbaty wprowadził mokre od deszczu drzewa i glebę, wręcz błoto. Za tym wszystkim stanęły orzechy - niezbyt oczywiste.

Tabliczka w dotyku wydawała się zdradzać tłustość. Na pewno była bardzo twarda i dość głośno trzaskała przy łamaniu.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkim. Była maślano tłusta i zbito-gęsta, a jednocześnie lepkawa. Z czasem zmieniała się jakby w zbitą, konkretną i gładką masę sernika na zimo z serków homogenizowanych, do którego wkradła się wodnistość oraz drobna soczystość. Końcowo troszeczkę wysuszała niczym bardzo mocny, cukrowy alkohol.

W smaku pierwszą poczułam słodycz bardzo, bardzo rześką. Z jednej strony pojawiły się rześkie owoce, w których pierwsze mknęły melony, z drugiej zaś jakby rześko karmelowy cukier kokosowy.

Owoce szybciej rozłożyły swój wachlarz. Przy nieco wodnistym melonie pojawiły się też gruszki. Chyba mignęły mi jeszcze średnio dojrzałe banany. Słodycz rosła za ich sprawą, ale i wodnistość w nich pobrzmiewała. Podobnie zaraz zrobiło się z karmelowym motywem.

W oddali przemknęła niejasna nuta drzew i jakiś orzechów.

Po cukrze kokosowym przyszła woda kokosowa i żelowa kostka kokosowa nata de coco z kwaskawym echem.

Kwasek zatlił się także w owocach, by już po chwili rozbrzmieć wyraźnie jako zielona herbata z sokiem z marakui. Marakuja miała imperatywne zapędy, ale w sumie... wciąż pozwalała też melonom całkiem nieźle pobrzmiewać.

Zielona herbata wprowadziła gorzkość i cierpkość, po czym sama trochę osłabła. Narzuciła cukrowo-karmelowemu kokosowi trochę powagi, a ja pomyślałam o jakiejś kokosowej brandy i kokosowym rumie z echem kwasku. Orzechowe echo ponownie przemknęło w tle, jakby szukając sposobności na wzrost.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa herbata całkowicie przeszła jednak w drzewa, mokre od deszczu. Pomyślałam o takich, które deszcze znoszą od kilka dni i których pnie, konary wydają się kompletnie przesiąknięte wodą. Ich korzenie tonęły w mokrej glebie, błocie.

Ciężki, słodko-kwaskawy alkohol - kokosowy rum? - z kolei zaczął nasączać sobą... rodzynki? Wyjątkowo kwaśne i soczyste. To znów przypomniało o bardziej owocowej strefie, w której rządziła się marakuja (rządziła się w owocowej strefie, nie w całej kompozycji).

Marakuja osiadła w serku owocowym... A dokładniej w lekko wodnistej wegańskiej alternatywie serka zrobionej z kokosa. Kwasek wzbogacił się o czerwone owoce... Chyba poziomki, wśród których zaplątało się sporo biało-zielonych sztuk. Jednocześnie znów wzrosła słodycz i zmieniła trochę wydźwięk owoców z wodnistego na bardziej skondensowany. Spory udział miały tu banany, którym pomogły gruszki.

Owoce z czasem zmieniły się w sos do lodów z malin i poziomek ze sporą ilością marakui. Polano nim lody karmelowo-rumowe, bardzo słodkie i chyba urozmaicone kwasowatymi rodzynkami, nasączonymi alkoholem i z dodatkiem pojedynczych orzechów (włoskich?). Słodycz wyszła aż ciężko, jakby należała do jakiegoś mocnego alkoholu. A tego trzymało się kokosowe echo.

Po zjedzeniu został posmak ciężko alkoholowych, chyba rumowych, lodów ze słodyczą jakby cukru kokosowego o karmelowym wydźwięku z marakujowym sosem. Znalazły się tam już nieokreślone owoce czerwone. Słodycz wyważyła gleba, błoto i orzechy - w posmaku ewidentnie charakterne włoskie.

Czekolada wyszła intrygująco i smacznie, choć dla mnie nieco za słodko. Była bowiem bardzo dosadnie słodka (gdyby była mniej słodka, ocena byłaby maksymalna). Melony, gruszki, banany, serek "homogenizowany" kokosowy o owocowym smaku, lody z sosem z czerwonych owoców mimo kwaśności marakui i kwasku rodzynek to już było sporo słodyczy, a przecież jeszcze tyle czułam tu jakby cukru kokosowego, dosadnego, cukrowo słodkiego i jakby kokosowego rumu / brandy! Słodycz była więc bardzo złożona, ale co za tym idzie, wysoka. Kwasek był soczysty, ale nie tak imperatywny. Gorzkość wyraźna, ale średnio mocna. Zielona herbata, drzewa i błoto, końcówka orzechowa to bardzo przyjemny splot, ale niestety nie dominował. Podobało mi się, jak marakuja się w to wszystko wmieszała. Kokosowe nuty wody kokosowej, nata de coco, cukru kokosowego, wegańskiej kokosowej alternatywy kokosa i w końcu jakby kokosowa brandy i kokosowy rum - to dopiero coś niespotykanego! Zobaczyłam nuty producenta "azurec" to alkohol z kokosa - obstawiam, że właśnie to czułam, tylko nie znam tego, więc mi do głowy nie przyszło. To, jak obrazowa i jednoznaczna w swoim przekazie była, nawet mnie wydało się niecodzienne.

Karmel, drzewna herbata, banany, gruszki i czerwone owoce od razu przypomniały mi Beskid Chocolate Indonezja Bali Jembrana Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, mimo że wydźwięk miały różny.


ocena: 9/10
cena: €6.95 (za 50g; około 29 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100g
czy kupię znów: nie, ale zacnie byłoby do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier

niedziela, 24 sierpnia 2025

Turlaj Klopsa Czekolada Rozumie Pasta Czekoladowo-Orzechowa

Marka Turlaj Klopsa przewinęła mi się kiedyś w internecie, jakiś ich krem zobaczyłam, ale bardziej się nie zainteresowałam. Gdy drugi raz się na nich natknęłam w zimowo-yulowo-gwiazdkowym okresie, chyba akurat weszła "jakaś zimowa nowość". Wtedy poświęciłam przeglądaniu kremów dłuższą chwilę i uznałam, że chyba się skuszę. Ogólnie zajmują się cateringiem i ciastami, a kremy wyglądały ciekawie i kusząco, mimo że to nie ich produkt wiodący. Niestety, z przesyłką były małe kłopoty, ale w końcu zakupione słoiki dotarły do mnie. Zaczęłam od czekoladowego, bo... Bo był znacząco inny od dwóch pozostałych? Bo daty? Po prostu... Odkąd zdecydowałam się krem zamówić, kilka razy zmieniali na stronie jego opis. W końcu zostało, że "do złudzenia przypomina Nutellę". Pech, bo jej nie lubię. Szkoda, że nie było to wspomniane wcześniej.

Turlaj Klopsa Czekolada Rozumie Pasta Czekoladowo-Orzechowa to czekoladowy krem z orzeszków ziemnych i orzechów laskowych; wegański.

Po odkręceniu poczułam intensywny, bardzo słodki zapach czekoladowy; nie czekolady, a właśnie czekoladowy, kojarzący się z kremem typu Nutella w bardziej kakaowej, ciemno czekoladowej wersji, wymieszaną z cukierkami typu Michałki. Na czekoladowo-kakaowej, przesłodzonej w duszny sposób, płaszczyźnie splatały się bowiem orzechy laskowe z ziemnymi. Słodycz wykazywała cukrowość z wyraźnie waniliowym, ocierającym się o wanilinę, echem. Miało to niestety trochę plastikowo-taniawą naleciałość.

Na wierzchu olej się nie wydzielił, a krem wyglądał jak połączenie Nutelli z zastygłą masą kakaową. Podczas mieszania wyszła jednak na jaw jego mazistość i miękkość. Był bardzo gęsty, ale niczym smar, bez konkretu czy twardości.
W ustach krem rozpływał się w tempie średnim w mazisty, zalepiająco-czekoladowy sposób. Cechowała go wysoka kremowość i oleista miękkość. Wyszedł bardzo tłusto, ale nie ciężko czy konkretnie w orzechowy sposób. Kojarzył się z kremami typu Nutella, tylko że z zaznaczającymi się epizodycznie drobinkami orzechów. Odnotowałam w nim lekką pylistość, co przełożyło się na trzeszczący efekt, gdy z ciekawości pogryzłam masę. Z czasem krem rzedł w oleiście-wodnisty sposób.
Drobinki wyczuwalne na języku nie wymagały gryzienia, ale raz po raz postarałam się je zębami złapać. Okazały się bardzo delikatne, wręcz miękkawe, choć trafiłam też na parę czarnych, kamiennych kropeczek.
Krem zostawiał wrażenie mocno otłuszczonych ust.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz cukrowo-waniliowa płynąca z kremu typu Nutella w wersji nieco bardziej kakaowej. Wizja tego typu smarowidła była niezwykle jednoznaczna, choć już po chwili doleciała do niej arachidowa nuta.

Słodycz rosła cały czas, przybierając na duszności i ciężkości. Otarła się o wanilinę, było w niej coś tandetnego, acz nasilające się kakao odwracało od tego wydźwięku uwagę. Właśnie bardziej kakao niż ciemną czekoladę tu czuć, acz i ona się przewijała. Gorzko jednak nie było.

Orzechy laskowe straciły swój pierwszy impet i ustąpiły miejsce prażonym fistaszkom. Te odważnie wkroczyły na pierwszy plan, przyozdobione słodko-kakaowym słodko-kakaową otoczką. Realia zaczęły zmieniać się z kremu orzechowo-kakaowego na jakiś przesłodzony fistaszkowy blok czekoladowy i również przesłodzone cukierki typu Michałki. Wpisała się w to duszność i tandeta, kierująca myśli ku polewie kakaowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach te za słodkie, kakaowo-arachidowe wątki królowały.

Zaraz jednak orzechy laskowe leciutko przypomniały o sobie. Trzymała się ich delikatna, prażona nutka. Zaczęły mieszać się z fistaszkami, jednak choć czuć je wyraźnie, pozostawały za nimi w tyle. Arachidy i kakao rozgościły się bowiem na pierwszym planie - tylko przesadzoną słodycz do siebie dopuszczały. A ta końcowo, mimo wyrazistości orzechów i całkiem sowitej dawki kakao, wyszła drapiąco i przytłaczająco. Jak na taki całkiem kakaowo-ciemno czekoladowy klimat, było zdecydowanie o wiele za słodko i cukrowo, a przez to trochę tandetnie.

Końcowo w głowie siedziały mi tanie duszno słodkie cukierki czekoladowo-kakaowe i czekoladowy krem o właśnie nieco zbyt wanilinowo-cukrowym charakterze. Zrobiło się muląco słodko. W gardle drapało od cukru, a do smaku zakradła się nuta oleju (i... "woskowa"... lecytyny?!).

Po zjedzeniu został posmak dusznej, waniliowo-wanilinowej słodyczy jakby kremu typu Nutella i fistaszków. Czułam się, jakbym zjadła wspomniane produkty z nie najwyższej półki, acz orzechy ziemne z dodatkiem laskowych trochę próbowały ratować sytuację. Niestety, ich starania zepsuła oleistość, przypieczętowująca tani wydźwięk. Duszno-cukrowa słodycz aż wgryzała się w język i drapała w gardle.

Krem nie usatysfakcjonował mnie, ale uwierzę, że wielbicielom Nutelli może przypaść do gustu. Nie lubię takiej konsystencji oleistego smaru / kremów typu Nutella, preferuję te naturalnie orzechowe. W dodatku smak... Słodycz przybrała duszno-tani wydźwięk, co bardzo przeszkadzało ze względu na to, jak wysoka była. Zdecydowanie przesadzona jak na kakaowo-ciemno czekoladowy klimat, jaki chyba starano się uzyskać. Dobrze przynajmniej, że orzechów arachidowych i laskowych nie brakowało, z czego mocniej czuć arachidowe. Krem miał bardziej kakaowy wydźwięk niż czekoladowy - małe niedopasowanie do nazwy.
Kremy orzechowe jem same łyżeczką - tego nie dałam rady chyba nawet 1/4. Słodycz i wydźwięk kompletnie mnie zamuliły - trudno to łyżeczkować.
Przyszły mi do głowy AllNutrition Nutlove Crunch i Pięć Przemian Krem Migdałowo-Czekoladowy Keto Friendly, ale w wersji nie słodzikowej, a konwencjonalnie cukrowej.

Uznałam jednak, że skoro i tak trafiły do mnie aż 2 słoiki, dam jeszcze temu kremowi szansę z czymś.

Ze względu na "nutellowość" kremu, przyszło mi do głowy, że chyba najczęściej ludzie smarują takimi produktami pszenne bułki i chleb. Do takich nie zamierzałam się zbliżać, ale skoro Mama znowu kupiła Carrefour Classic Bułeczki Mleczne, postanowiłam jedną podkraść i coś z nią pokombinować (czyt. posmarować kremem).
Po posmarowaniu bułeczki kremem, w zapachu i smaku zupełnie ją zdominował. Bardzo dosadnie czuć wszelkie jego wady, a więc tanią, bardziej arachidową nutellowość i cukrowość, a w dodatku spłycił mleczny smak bułeczki. Pod nim wydawała się bardziej zwyczajnie pszenna i aż jak zwykłe pszenne przyprawiła mnie o ciarki na plecach (robi mi się tak od zwykłego pszennego pieczywa), ale z zachowaną słodyczą. Słodycz kremu i bułeczki trzymały się razem. To było okrutnie bułkowo-nutellowe, że całej nie dałam rady tak zjeść. Razem wyszło bardzo tanio.

Innym razem, bez przekonania, zrobiłam twarożek z orzechami laskowymi i orzeszkami ziemnymi ziemnymi (po 20g) oraz recenzowanym kremem. Dodałam go jakieś 35g, a i tak było mi go za dużo, zmęczył mnie pod koniec swoją tanią słodyczą. Z samym twarożkiem wyszedł jako tako, jak po prostu kiepski, nutellowo-arachidowy krem. W zestawieniu z orzechami, bardziej dawała się we znaki jego taniość. Wyszedł zasładzająco tandetnie. Co ciekawe, gdy zagarniałam krem z orzechem laskowym, właśnie laskowa nuta w samym kremie się nasilała, idąc w nutellowym kierunku. Gdy zaś zagarniałam krem z fistaszkiem, robiło się z tego tanie arachidowo-michałkowe nuttelowe mazidło. Szkoda orzechów i twarożku na takie coś, choć było to zjadliwe... Zjadliwe, bo już zrobiłam i nałożyłam, ale wolałabym zjeść twarożek z orzechami bez kremu.

Reszta kremu poszła do Mamy. Najpierw nieufnie spróbowała na śniadanie na tostach z serem żółtym i powiedziała: "Krem wydał mi się smaczny, obiecujący, ale w tym wydaniu nie miałam, jak się wczuć". Do reszty kupiła więc herbatniki Leibniz i jadła je posmarowane kremem, z niektórych robiąc "markizy": "Ten krem jest smaczny. Taki zwykły, przeciętny czekoladowy krem, ale na plus. Taki trochę jak Nutelle różne, trochę za słodki. 5 wystawiłaś? O, to i dobra ocena w tej cenie, bo jak na taki zwykły czekoladowy to trochę drogi".


ocena: 5/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 22 zł za 200g
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe, orzechy ziemne, cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, sól, lecytyna sojowa, olej rzepakowy, naturalne aromaty

piątek, 22 sierpnia 2025

Kasama Chocolate 88 % Costa Esmeraldas Ecuador ciemna z Ekwadoru

Kasama to kolejna, kompletnie nieznana mi marka. W 2015 założyła ją grupa przyjaciół z Vancouver: Stefan, Dom, Oliver i Vince. Do dziś właśnie tam (w Kanadzie) robią ręcznie czekolady. A pomyśleć, że wszystko zaczęło się od tego, jak tata jednego z nich wysłał zdjęcie, jak trzyma wielki owoc na wycieczce po Filipinach. Myślał, że to mango, a był to... kabos kakaowca. Przyjaciele spotkali się i stwierdzili, że fajnie byłoby poznać, co na tamtej filipińskiej rodzimej farmie hodują. Spróbowali więc działać z ziarnami kakao i... przepadli w tym. Obecnie są sowicie nagradzani. A markę nazwali słowem, oznaczającym przyjaźń, koleżeństwo i współpracę.

Kasama Chocolate 88 % Costa Esmeraldas Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 88% kakao z Ekwadoru, z prowincji Esmeraldas.
Po otwarciu poczułam rządzący motyw ogólnie prażono orzechowy z migdałami na czele. To one zdawały się rozdawać karty kompozycji. Mieszały się ze złożoną słodyczą kwiatów i bardzo słodkich, niemal czarnych winogron granatowych. Tak słodkich, że mimo kwasku i cierpkości, przywodziły na myśl dżem lub amerykańskie "jelly" (dżemową galaretkę), zrobione z miodem. Miodem mocno kwiatowym. Słodyczy dołożył też karmel, robiący aluzje do rumu - goryczkowatego, soczystego w ciężki sposób, ale nie jakoś szczególnie alkoholowego. W oddali zaznaczyła się palona kawa, a ja wyobraziłam sobie jakieś lody (deser?) kawowo-rumowy, nie rum sam w sobie.

Niemal czarna, lekko pylista w dotyku tabliczka wydawała się bardzo masywna. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno i krucho - z kolei wręcz sugerując delikatność.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo była zbito-gęsta i lekko mazista, a potem coraz bardziej miękła i stawała się luźno-maziście zawiesinowa. Cechowała ją gładkość i średnia tłustość trochę jakby śmietankowo-mleczna. Końcowo nieco cierpko ściągała.

W smaku najpierw poczułam średnio wysoką, a aspirującą do wysokiej, słodycz kwiatów, którym wtórowały soczyste i niemal zasładzające winogrona granatowe o wręcz czarnym odcieniu. Przy nich już po chwili zaznaczyła się bardziej cierpka skórka, przełamująca słodycz.

Ciemne winogrona obiecały kwasek, acz nie wprowadziły go tak od razu. Wisiał w powietrzu niczym burzowe powietrze, które jasno mówi, że zaraz się zacznie... Przy cierpkości ujawniła się delikatna gorzkość o nieco palonym charakterze. Może nawet z sugestią ziemi? Powoli rosła.

Swoją obecność zaznaczyła maślaność, acz potem jakby się wstrzymała i stanęła gdzieś z boku. Wtedy do słodyczy dołączył karmel. Lekko wzrosła, ale i częściowo zmieniła wydźwięk. Przerobiła część winogron na bardzo słodki dżem i amerykańską, dżemową galaretkę "jelly". Drobna kwaśność się w tym zaplątała, ale bała się pokazać bardziej. Kwiaty pod wpływem karmelu trochę się rozmyły, zaczęły spoglądać ku mocno kwiatowemu i jakby karmelizowanemu miodowi. Miodowi, który zdradzał kwasek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość osiągnęła średnio-wysokawy poziom. Była palona, trochę palono-cierpka. Odpowiadała za tło, nie mając aspiracji do wystąpienia jako gwiazda kompozycji. Jeszcze dalej za nią, przemknęła mi maślaność.

Winogrona przez moment trzymały się jeszcze dżemowego wydźwięku i zaczęły się mieszać z kremem 100% z migdałów. Kremem lekko prażonym, lekko gorzkawo-wytrawnym... który w końcu zmienił się w prażone migdały po prostu.

Od migdałów rozeszła się bardziej prażona nuta i ogólna orzechowość, której migdały w skórkach przewodziły. Raz po raz bliżej końca zahaczały o przeprażenie.

Gdy zrobiło się poważniej i wytrawniej, winogrona wróciły do bardziej świeżo-surowej wersji siebie i zdecydowały się na kwaśność. Pomyślałam o niezbyt dojrzałych winogronach granatowych, wręcz cierpkich. To wykorzystał jakby lekko zbuzowany sok z ciemnych owoców... winogron i porzeczek? Mieszanki porzeczek z przewagą czarnych. Cierpki kwasek tej mieszanki podbił gorzkość i jednocześnie maślaność. Potem owoce zaczęły łagodnieć, a ja wychwyciłam wśród nich jeszcze trochę słodkich śliwek (ni świeżych, ni suszonych?).

Maślaność i niezachwiana niczym słodycz wygłaskały kwaśność i osłabiły cierpkość, coraz bardziej i bardziej tonując owocowy motyw.

Karmel wszedł w nieco rumowe klimaty. Czułam specyficzną ciężkość i goryczkę, pewną soczystość a'la kwasek, ale niekoniecznie mocny alkohol. Gorzkość nasiliła się, przedstawiając mi palone ziarna kawy, które końcowo zmieniły się w czarną kawę, chyba espresso nieco podkręcone rumem właśnie. Słodycz nagle jakby przygasła i w tym samym momencie poczułam maślane wykończenie.

Po zjedzeniu został posmak cierpkich ciemnych winogron, ze wskazaniem na ich skórki i niezbyt dojrzałych (ale też nie zupełnie niedojrzałych) czarnych porzeczek. Trochę osłodziły je kwiaty i karmel jakby nasączony rumem, acz bez mocnej alkoholowości. Pojawiła się też gorzkość mocno palonej kawy i trochę przeprażone migdały.

Czekolada wydała mi się bardzo, bardzo ciekawa. Nuty winogron z cierpkimi skórkami, zbuzowany sok porzeczkowy pojawiały się po debiucie bardzo słodkich winogron ciemnych i wręcz dżemu winogronowego. Kwiaty, potem karmel i miód, a końcowo rumowy karmel czy leciutki krem migdałowy, migdały i orzechy, a końcowo przeprażone migdały odpowiadały za dynamikę. Szkoda tylko, że kawa stanowiła króciutki epizod - z nią to wszystko w ogóle mogłoby zachwycić i rozkochać w sobie, a tak było po prostu bardzo smacznie - czegoś jednak takiego jak więcej kawy mi trochę brakowało.
Kwasek niski, gorzkość niby nie jakoś szczególnie wysoka, ale kompozycja i tak wyszła charakternie i poważnie. Słodycz z kolei niby była wysoka, ale właśnie wcale tak specjalnie na przód się nie pchała.
Ciekawe, trochę nieczęste wydanie, bardziej cierpko-poważne, Ekwadoru.


ocena: 9/10
cena: £8.95 (za 55g; około 45 zł)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 21 sierpnia 2025

Muller Mousse Yoghurt Style Original

Że ta recenzja się pojawi, w ogóle nie miałam pojęcia... Czy zaczęłam recenzować nabiał? A skąd! Po prostu aż do momentu otwarcia nie miałam pojęcia, że oto przede mną kolejny deser. Jako że kiedyś bardzo lubiłam Mullera, ten produkt sprawił mi żal. Poczułam się aż zdegustowana tym, co on odstawia i poczułam ogromną chęć wylania żalu, bo to, na co trafiłam zaskoczyło nawet mnie, wielką pesymistkę...


Müller Mousse Yoghurt Style Original to "produkt mleczny fermentowany, słodzony", czyli mousse z jogurtem.

Opakowanie zawiera 2 sztuki po 95g.
Mousse wyjęłam z lodówki na 2 godziny przed jedzeniem, by doszedł do temp. pokojowej.

Po zerwaniu wieczka uderzył mnie duszny, wręcz trochę mdlący zapach, który skojarzył mi się z tanim i sztucznym serkiem homogenizowanym, marnie próbującym udawać wariant waniliowy. 

Mousse okazał się dość ciężki i bardzo tłusty. Przy każdym kontakcie z łyżeczką plaskał i czasem natychmiast tracił część ze swojej mousse'owości. Był mało wytrzymały, łatwo zmieniał się w gładko-tłustą masę. W ustach napowietrzanie uchodziło natychmiast, a masa kojarzyła się z gęstawym, specyficznie cierpko-ściągającym zęby serkiem homogenizowanym. Tłustość zaś kojarzyła się ze śmietaną. Otłuszczał usta i realnie ściągał zęby.

W smaku od początku czułam się, jakbym władowała do ust słodką śmietanko-śmietanę. Słodycz błyskawicznie osiągnęła wysoki poziom, roztaczając motyw sztucznej, serkowej wanilii. Słodzona śmietana mieszała się więc z kiepskim serkiem homogenizowanym.

Po chwili wyłonił się kwasek, niezdarnie udający jogurt; wyszła z tego raczej śmietanowa karykatura jogurtu. Wysoka słodycz nie pomagała.

Słodycz konsekwentnie trzymała się dusznej, sztucznej nuty serka waniliowo-śmietankowego; nie był to czysty cukier.
Motyw tak tanio dosłodzonej śmietany szybko robił się mdlący.

Po zjedzeniu została cierpkość, która wraz ze sztucznością rodem z taniego serka pseudo waniliowego wydawała się wręcz wgryza w język. Było mdląco, ale nie cukrowo, słodko, a do tego kwaskawo-cierpko jak po jakiejś jogurtowej śmietanie.

Poległam po trochę ponad połowie kubeczka. To, że nie spodziewałam się produktu słodzonego, to jedno, ale to, jaki wydźwięk ta słodycz przybrała, wołało o pomstę do wszechświata. Słodzona, udająca sztuczny serek śmietana z konsystencją karykaturalnie mousse'ową? Ja dziękuję! 

Mama po dokończeniu mojego i drugiego całego powiedziała: "No okropny produkt! Mnie tam jakoś się z serkiem nie kojarzył, a szkoda. Za to czułam się, jakbym jadła słodką, dziwnie sztuczną, śmietanę. Najpierw tak słodycz i śmietana uderzyły, potem jakiś kwasek, ale nie powiedziałabym, że jogurtowy czy w ogóle przyjemny".


ocena: 2/10
kupiłam: Kaufland (zleciłam Mamie)
cena: około 7 zł (za opakowanie 190g; jak wyżej - Mama nie pamięta)
kaloryczność: 132 kcal / 100 g; sztuka (95g) - 125 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko fermentowane (mleko pełne, koncentrat mleka odtłuszczonego, śmietanka, żywe kultury bakterii fermentacji mlekowej), cukier, żelatyna wieprzowa, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowy, aromat (zawiera mleko), substancja pianotwórcza: azot

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Rapunzel 70 % Kakao Edelbitterschokolade / Chocolat extra noir ciemna z Boliwii

Marce Rapunzel już na dobre przypisałam przesładzanie. Miałam jednak do czynienia tylko ze smakowymi opcjami. Gdy nadarzyła się okazja, uznałam, że warto byłoby też spróbować ich czystych czekolad. Z opisu dowiedziałam się, że marka wspiera lokalnych rolników w krajach, z których składniki kupuje: poprzez El Ceibo w Boliwii (kakao) oraz Planeta Verde w Brazylii (cukier).

Rapunzel 70% Kakao Edelbitterschokolade / Chocolat extra noir to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Boliwii, słodzona cukrem trzcinowym Rapadura.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach czekoladowego puddingu, deseru mlecznego z likierowo-truflowym, czekoladowym sosem. Wtórował mu wręcz melasowy, mocno palony karmel i melasa - minimalnie soczysta? Melasa z winogron? Gorzkość oddawała cappuccino z odrobinką mleka, a do głowy przyszły mi jeszcze mocno palone, melasowe krówki typu krucho-suchszego oraz ciastka, może baton z płatków owsianych zlepionych karmelową masą-lepiszczem (coś takiego: Ania Baton Crunchy Owsiany). W kompozycji zaplątało się bowiem ciepło... jakby jakiś przypraw?

Czekolada dotarła do mnie w opłakanym stanie. Mimo to, dane mi było ją raz po raz przełamać - wtedy też okazała się twarda i głośno trzaskała głośno. Wydawała się bardzo zbita, a w dotyku lekko pyłkowa. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Była gładka i tłusta, kojarzyła się trochę z chłodnym masłem. Poczucie tłustości osłabiał jednak lekki, pylisty efekt. Z czasem układało się to w mazistą, miękką kremowość. Mimo bowiem trzymania kształtu, masa miękła niczym maślany pudding.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz bardzo mocno palonego karmelu, której towarzyszyła prawie tak samo dosadna palona gorzkość.

Gorzkość skojarzyła mi się z gorącą, cierpką, ziarnistą kawą z ekspresu, za której sprawą słodycz też zaczęła robić się poważniejsza i jakby lekko goryczkowata sama w sobie. Karmel zmienił się w mocno paloną, ciężką melasę. Melasę z winogron o nikłej soczystości?

Do kawy w tym czasie dodano odrobinkę mleka. Gorzkość łagodniała, a choć wciąż czułam goryczkę ziaren, to w głowie miałam raczej cappuccino. Zakradło się mleko, podkreślone wanilią. A cappuccino musiało to być nienachalnie posypane lekko kakao w proszku.

Mleko nie próżnując, zbliżyło się na chwilę do słodyczy, tworząc obraz mocno palonych, melasowo-karmelowych, kruchych krówek. Krówek kakaowych? Może nawet niekoniecznie samych krówek, co wspomnianych już ciastek, batonów smakujących krówkowo, a zrobionych z wypieczonych płatków owsianych, zlepionych słodko-paloną masą. Ciepła słodycz robiła wręcz aluzje do przypraw. Słodycz na chwilę się zawahała, jednak w ramach krówkowego motywu znów zaczęła nieco rosnąć.

Gorzkość nie pozostawała w tyle. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mocna paloność przywiodła na myśl kominek w salonie z drewnianymi meblami. Drewno w nim trzaskała i ogrzewało scenerię.

W oddali przemknęła leciutka soczystość. Pomyślałam o doprawionych cynamonem, chyba trochę korzennie, powidłach śliwkowych - właśnie robionych, jeszcze ciepłych? Śliwki jak już się pojawiły, tak zostały do końca, subtelnie pobrzmiewając gdzieś w tle.

Ciepło zagościło więc i do słodyczy. Palone, karmelowo-melasowo-krówkowe tony ewidentnie przeplotła ciepła korzenność. Owsiano-krówkowe ciastko-batony zmieniły się w ciastka korzenne. Korzenność zbliżała się do pikanterii, lecz nagle zmieniła kierunek.

Korzenność nagle prawie zupełnie uciekła na rzecz rozgrzewającego alkoholu, a ja nagle poczułam się, jakbym jadła zrobiony na mleku deser, pudding kakaowo-czekoladowo-cynamonowy z charakternym, likierowo-truflowym sosem czekoladowym. Jego słodycz i alkoholowość, odległa pikanteria lekko rozgrzewały język. W nim też kryła się cierpka nutka kakao w proszku i wanilia. Korzenność nie dawała za wygraną, przekładając się na posypkę z ciastek korzennych, owsiano-krówkowo-korzennych, wieńczącą opisany pudding.

Po zjedzeniu został posmak truflowo-kakaowy i mocno palono karmelowo-melasowy, lekko doprawiony cynamonem, co przełożyło się wręcz na lekkie gryzienie w język. Przyprawy na cynamonie nie skończyły - bardziej złożona korzenność jakby chowała się za motywem palonego, kominkowego drewna. Paloność ogólnie stanęła na wysokim, poważnym poziomie.

Czekolada wyszła smacznie, choć mogłaby być odrobinę mniej słodka. Podobał mi się jej poważny wydźwięk, jaki fundowały melasowe krówki i pudding korzenny z sosem truflowo-likierowym. Choć słodycz była wysoka, zagościło mleko w ramach cappuccino, to ogół nie był przesłodzony czy łagodny. Gorzkość ładnie się wyeksponowała. Palone nuty i pewne ciepło dobrze się spisały. A kakao w proszku nie dawało się za bardzo we znaki, nie przeszkadzało, mimo że wyczuwalne. Wydaje mi się, że cukier Rapadura (inaczej Panela / Muscovado) dobrze je ograł. O ile delikatniejsze nadzienia przesładzał kompletnie, tu się sprawdził, chowając kakao w proszku.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 16,76 zł (za 80g)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy pełny Rapadura 27%, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, wanilia Bourbon

niedziela, 17 sierpnia 2025

Dobry Orzech Pasta z Migdałów z Kokosem i Białą czekoladą

Choć nie lubię białej czekolady i nie przemawia do mnie większość kremów orzechowych, do których jest dodawana, akurat zestawienie migdałów i kokosa właśnie z nią, uznaję. Oczywiście, w granicach rozsądku, by nie było za słodko. Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem odebrałam bardzo pozytywnie, jednak ze względu na wielkość opakowania wiedziałam, że do niego nie wrócę. Stąd myśl, że warto dać szansę dzisiaj przedstawianemu. Zamawiając, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. A po zjedzeniu paru kremów Dobrego Orzecha... też nie ułożyłam sobie w głowie żadnego wyobrażenia.

Dobry Orzech Pasta z Migdałów z Kokosem i Białą czekoladą to czekoladowo-migdałowy krem z prażonych, blanszowanych migdałów z pastą kokosową i białą czekoladą.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkiego kokosa. Do głowy przyszła mi biała czekolada z wiórkami oraz tłusty krem z pralinek typu Raffaello. Biała czekolada była istotnym elementem, niewątpliwie dosładzającym i napędzającym mleczność. Zalatywała trochę tanio. Raz po raz przemknęło mi echo kwasku kokosowo-śmietankowego. Obok wyraźnie pokazały się migdały - choć one nasiliły się dopiero, gdy uporałam się z olejem i już w trakcie jedzenia. Wtedy rozbrzmiewały na równi z kokosem. Tchnęły w kompozycję szlachetną wytrawność, mimo że i one zawierały słodycz.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam, ile się dało, czyli jakieś 4 łyżeczki. Odrobina oleju mieszała się już niestety za bardzo z ruchomo-lejącym, rzadkim wierzchem kremu. 
Podczas mieszania okazało się, że na dnie krem nieco podsechł, ale biorąc pod uwagę, jak lejąco-tłusta była większość słoika, wyrównało się... Trochę trwało, nim rozmieszałam grudki, w jakie krem się pozbijał, do jednolitej konsystencji, ale w końcu osiągnęłam jednolicie-kremowy efekt. Wtedy krem wciąż był raczej rzadki i półpłynny, ale jednocześnie trochę kleisty. Wyglądał na bardzo oleisty. Widać w nim do tego pojedyncze drobinki wiórków i czarne kropeczki.
W ustach rozpływał się w tempie średnio-szybkim, bardzo łatwo rzednąc. Na chwilę trochę zalepiał, ale prędko odpuszczał. Był rzadkawo-miękki. Czuć w nim proszkowość i pylistość, napędzane głównie mocno zmielonym kokosem, nie migdałami. Tłustość była wysoka. Połączyła w sobie kremową, tłusto-mleczną czekoladę z oleistością.
Gdy z ciekawości pogryzłam pastę, trzeszczała jak delikatne wiórki kokosowe wymieszane z jakimś pyłkiem.
Gdy masa rzadko zniknęła z ust, zostawały w nich pojedyncze drobinki kokosa, wręcz proszek kokosowy. Nie wymagały gryzienia, ale urozmaicały strukturę. Ja je jako tako czasem ciamkałam - wyszły subtelnie krucho-chrupko.

W smaku krem przywitał mnie wysoką słodyczą. Wyszła trochę rozpoznawalnie, ale nie chamsko cukrowo, na co przełożyła się biała czekolada. Pokazała się, mignęła taniością, po czym minimalnie wycofała słodycz. Tak, że stanęła na poziomie bardzo wysokim, nie straszliwie wysokim.

Czekolada pozostawiła za to wyrazistą mleczność. Przemknęło mi nawet mleko w proszku, ale zaraz mleczność zaczęła się zmieniać. Poczułam wręcz śmietankowość, co po chwili spójnie wprowadziło kokosa. Wykazywał też wysoką, w pełni naturalną słodycz i pewien mleczny ton, więc zgrał się z czekoladą w jedno. Tak, że biało czekoladowość przestała być taka oczywista.

Migdały pojawiły się za nimi, dość szybko. Wplotły ledwo uchwytną prażoną nutkę oraz ogrom słodyczy. Słodycz kremu pod ich wpływem zdecydowała się na bardziej kokosowo-migdałowy, niecukrowy wydźwięk, a jednak... pralinki typu Raffaello zagościły w mych myślach. Czułam się, jakbym jadła krem z pralinek, niekoniecznie w wersji wyidealizowanej. Wegańskie Raffaello? Migdały kryły jakby roślinnie wegańską nutkę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji migdały dosłownie przez ułamek sekundy obiecały pewną wytrawność, ale... jednak nie nadeszła. Zatraciły się w swej słodyczy. W dodatku wróciła wyższa, białoczekoladowa słodycz. Okazała się trochę przesadzona, mimo że częściowo podporządkowana migdałom. Kokos również się w niej odnalazł, na dobre sprawiając, że czułam się, jakbym jadła wspomniane pralinki w wersji pozbawionej migdała ze środka. 

Słodycz kremu kokosowo-migdałowego zmierzała w drapiącym kierunku. Nie pomogły akcenty kokosa bardziej wiórkowego, który wyłonił się wraz z wyłaniającymi się drobinkami. Zwieńczył wizję pralinek kokosowych i białej czekolady o nazbyt słodkim, trochę tanim smaku.

Po zjedzeniu został posmak średniej białej czekolady, słodkiego kremu i miazgi kokosowych. Biała czekolada zbytnio się rządziła - pomogła w tym sobie drapaniem w gardle. W oddali zaznaczyły się słodko-kremowe migdały. 

Krem mi nie podszedł. Już po paru łyżeczkach wiedziałam, że nie dam rady za dużo go zjeść osobno (kremy orzechowe przeważnie, dość często jem po prostu łyżeczką). Wyszedł za słodko i za rzadko, jak sos. Nie rozumiem, po co tyle białej czekolady do tak słodkiego duetu jakim jest miazga kokosowa i blanszowane migdały. One przecież same w sobie potrafią wręcz zasładzać. Do kremu kokowo-migdałowgo z białą czekoladą widziałabym właśnie nieblanszowane migdały dla przełamania. Ten smakował... niczym krem z pralinek typu Raffaello, ale bez migdała w środku. A to przecież on był zawsze główną atrakcją. Biała czekolada w sumie wpasowała się, ale niczego dobrego nie wrosła... po prostu była.

Jako że kojarzyło mi się to bardziej z sosem niż kremem, postanowiłam tak to wykorzystać. Jako że do głowy przyszły mi pralinki typu Raffaello pozbawione migdałów, czułam, że tam aż się prosi całe migdały dodać. Stąd i pomysł na twarożek z tym kremem i migdałami.
W zestawieniu z naturalnymi, wyrazistymi migdałami krem... wyszedł blado migdałowo. Kokosa jako tako czuć, ale niestety na przód wybiła słodka biała czekolada. Wyszedł jak bardzo słodki, sosowaty dodatek, który niby wyszedł nieźle z twarożkiem, ale nie tak, bym miała to połączenie szczególnie chwalić.

Uznałam, że można by to też podrasować w kokosowym stylu i zrobiłam jaglankę (bo od dawna za mną chodziło). Inaczej jednak niż zwykle, bo ugotowałam ją na odrobinie wody i mleczku kokosowym light, a już w misce posypałam jeszcze wiórkami. Dodałam do tego łychę kremu (jakieś góra 25g?).
Ku mojemu zaskoczeniu, krem nie popłynął od ciepła kaszy, a wręcz chwilami wydawał się ciutkę gęstnieć. Wyszedł bardzo lepiszczo, a tłustość dawała się we znaki.
W smaku na pierwszy i chyba drugi plan wybiła słodycz białej czekolady. Pod wpływem ciepła zasładzała i drapała w gardle po sekundzie czy dwóch. Za słodyczą znalazł się kokos. Nie wydawało mi się, że to mleczko kokosowe i wiórki go podkręcały. Po prostu w cieple kokos jakoś bardziej niż migdały uczepił się słodyczy. Migdały... odeszły na bardzo daleki plan. Kasza zdawała się je trochę wydobywać, ale dałoby się zapomnieć, że to krem migdałowy. Wyszło to raczej jak zacukrzający, białoczekoladowy kremo-sos. Na ciepło to najgorsza opcja.

Jak widać, nie wyszedł najlepiej ani sam w sobie, ani do czegoś. Ani sam, ani z czymś mi ten krem nie pasował, więc oddałam Mamie. Jej słowa: "W pierwszej chwili, gdy samego kremu spróbowałam łyżeczką, wydał mi się niedobry, jak tania biała czekolada. Gdy go próbowałam jeść z ciastkami pełnoziarnistymi, to czułam w nim wyraźnie mleko w proszku i głównie białą czekoladę. Kokosa potem. Całość mi nie smakowała i w dodatku zbyt lejąca była". Mama nie skończyła kremu, więc resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 5/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 28 zł za 180g
kaloryczność: 609,2 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone blanszowane migdały 70%, pasta kokosowa 15%, biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii)