Tę czekoladę kupiłam razem z Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, by opłaciła się przesyłka. Pamiętałam Choceur Feinherb Mandel, która była po prostu w porządku i pomyślałam, że dziś przedstawiana w górach powinna się sprawdzić. Wzięłam ją w nie w drugiej połowie sierpnia. Dokładniej na Jarząbczy Wierch i Jakubinę od słowackiej strony, czyli z Uzkiej doliny, parkingu. Weszłam niebieskim, dość stromym, szlakiem przez Razcestie pod Hrubym Vrchom, przeszłam na zielony szlak i tak znalazłam się na Jarząbczym. Niestety okrutnie tam wiało, więc ze zdjęciami się spieszyłam. Z niego udałam się na Jakubinę, czyli Raczkową Czubę (dowiedziałam się o tym dopiero przygotowując tego posta), którą to Słowacy zwą Jakubiną, Polacy Raczkową. Potem zeszłam widokowymi Otargańcami, zataczając pętlę.
Po otwarciu poczułam intensywny zapach podprażonych orzechów laskowych w towarzystwie przesłodzonej cukrem i wanilią czekolady. Ta znajdowała się nieco za orzechami i w zasadzie trochę im przeszkadzała, przybierając nieco plastikowo-duszny wydźwięk. Wanilia wyszła jakoś tak... Tanio, jak rzeczy o smaku czy o zapachu, nie z wanilią. Przez myśl przemknęły mi jeszcze... miękkie czekoladowe ciastko-pierniki (w kształtach precli, gwiazdek itp., jak pierniki w czekoladzie Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet) w polewie kakaowej?
Na widok tak pokaźnej ilości orzechów aż wytrzeszczyłam oczy. Nie spodziewałam się, że zobaczę właściwie orzechy zlepione czekoladą. Niektóre siedziały dosłownie jeden na drugim.
Gruba czekolada była bardzo twarda. Zarówno ze względu na grubość, jak i ogólną masywność. Przy łamaniu trzaskała, właśnie zapowiadając masywność, ale też kruchą chrupkość orzechów. W ogóle orzechy dodały tabliczce trochę elementu kruchości, rozpadania się. Orzechy albo łamały się wraz z nią (rzadziej), albo zostawały w którejś części (przeważnie). Czasem zaś w ogóle wyłamywały się i wyskakiwały z czekoladowej tafli. Zdecydowanie dominowały całe, ale sporo było też połówek oraz parę kawałków. Pochwalić się mogły wielkimi rozmiarami, ale i trochę mniejszych było. Wszystkie za to łączył fakt, że nie posiadały skórek.
Da się zrobić jedynie malutkiego kęsa-kęsika bez orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Czuć w tym udział cukru - nie kryształki, ale jakby rozpuszczanie się cukru pudru (?). Była gęsta i tłusta w zbito-maślany sposób, przy czym czasem zahaczała ulepkowata plastikowość. Odebrałam ją jako teoretycznie gładką, ale z marginalną pylistością. Uparcie starała się pokrywać orzechy, jak długo się dało. Wolałam je więc zostawiać je na koniec, bo gdy gryzłam wcześniej, trudno było nie gryźć czekolady. A ta wtedy wychodziła bardziej ulepkowato.
Chwilami orzechów było aż trochę za dużo, bo uciekało poczucie czekoladowości. Czułam się, jakbym jadła orzechy w polewo-czekoladzie.
Orzechy gryzione były przeważnie chrupiące. Zwłaszcza całe. Niektóre bardziej, inne mniej kruche. Wśród połówek i kawałków trafiały się pojedyncze nieco bardziej miękkawe sztuki.
W smaku od razu poczułam przesadzoną słodycz. Błyskawicznie odezwała się nuta waniliowa, raczej aromatu niż wanilii, a tuż za nią cukrowość. Przybrały duszny wydźwięk. Rozbrzmiewały na równych prawach tak dosadnie, że wydawało się, że czekolada na słodyczy zakończy.
Orzechy laskowe dość szybko zaznaczały swoją obecność. Gdy robiąc kęsa zahaczyłam o któregoś, oczywiście od razu wyraźnie, a tak po prostu podkradając się pod słodycz.
Orzechów nie musiałam rozgryzać, by poczuć ich akcent. Gdy z ciekawości spróbowałam samej czekolady, okazała się lekko przesiąknięta prażonymi orzechami, ale w zasadzie zaskakująco słabo. Bez nich za to wydała mi się wyraźniej lukrowo-śmietankowa i bardziej waniliowa niż "o smaku wanilii".
Słodycz obok orzechów trwała w najlepsze. Niewiele robiła sobie z ich motywu - nie dały rady jej przełamać. Wanilia i cukier z czasem ułożyły się w motyw śmietankowego frostingu, śmietankowego lukru.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy doleciała lekka cierpkość, która skojarzyła mi się z przesłodzonym, proszkowym budyniem czekoladowo-kakaowym. Przemknęła mi też smakowa, orzechowa kawa instant. Gorzkości jednak na próżno tu szukać.
Gdy z ciekawości ze dwa razy pogryzłam orzechy obok czekolady, rozbrzmiały wyraźnie, jednak zamiast przełamać słodycz, sprawiły, że czekolada wyszła bardziej plastikowo. Wolałam więc zostawiać je na koniec.
Acz nawet bez rozgryzania orzechów, baza chyliła się trochę w plastikowym kierunku tego właśnie naaromatyzowanego budyniu nie najwyższych lotów. Plastikowo kakaowo-czekoladowego, w którym kawa szybko się zatracała, ale w którym znalazł się lukier i duszna wanilia. Właśnie też jakaś trochę plastikowa, acz starająca się zaskoczyć na naturalniejszy tor.
Do głowy przyszła mi jeszcze tania polewa waniliowa i jakaś cukrowo-lukrowa glazura np. na piernikach, którą próbowano uszlachetnić wanilia. I tak było jednak za słodko, a w gardle robiło się trochę ciepło. Acz przy tej ilości, czekolady nie było znowuż tak wiele, by mogła bardzo drapać. I tak jednak męczyła słodyczą i w zasadzie brakiem czegokolwiek innego. I tak bardzo delikatną gorzkość przysłoniła łagodna, maślana nutka.
Acz lekki akcent... a'la kawowy kawy instant z cukrem? Pierników czekoladowych w polewie kakaowej? Chyba próbował się jakoś chociaż w tle, za słodyczą, zaznaczyć.
Orzechy gryzione na koniec bez trudu przebijały się zza czekolady. smakowały naturalnie słodko, średnio mocno prażonymi laskowcami. Niektóre próbowały udawać surowawe. Gdy brałam się za orzechy, czekolada odchodziła w niepamięć.
Po zjedzeniu został posmak prażonych orzechów laskowych, w których czasem zaplątywała się goryczka. Ta wiązała się z cierpkością samej czekolady. Ta miała w sobie coś z kawy, ale jako proszkowy budyń czekoladowo-kakaowy. Ogólnie czułam też przesadzoną, duszną waniliowa słodycz i lekkie drapanie cukru w gardle.
Orzechów było aż za dużo, przez co ogół wyszedł mało czekoladowo. A jednak tak smakującej czekolady nie chciałabym więcej. Jako więc że orzechy były dobre, szczęśliwie nieprzeprażone, zwłaszcza w górach można zjeść. Przyszło mi ją kończyć w domu i... choć kiepskość i słodycz bazy dawały się we znaki, to też do zrobienia. Dziwne, jakby dobre, naturalnie smakujące orzechy podkreśliły kiepskość czekolady, a nawet ją... spotęgowały? Np. wanilia kojarzyła się z aromatem, mimo że dodano po prostu ekstrakt.
Gdy tak pomyślałam o Choceur Feinherb Mandel - czekolady w zasadzie były podobne, jednak migdały bardziej smakowo wtopiły się w czekoladę, wydobywając z niej nuty pierników i kawy. Orzechy laskowe były wyczuwalne jakby obok, przez co czekolada pozwoliła sobie na więcej tandety. Słodycz obrała w niej nieprzyjemnie lukrowo-waniliowy wydźwięk, a niska gorzkość i część wanilii poszła w plastikową czekoladowość.
ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (za 200g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: cukier, miazga kakaowa, orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy





























