piątek, 30 stycznia 2026

(Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kawałkami Karmelu i Solą Morską ciemna z karmelem

Po (Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kandyzowaną Skórką Pomarańczową czułam, że dziś przedstawiana będzie smaczna. Wzięłam ją więc na trasę, na której zrobieniu bardzo mi zależało i na którą naprawdę długo jak na mnie musiałam poczekać. W końcu jednak dane mi było na nią ruszyć. Z Palenicy Białczańskiej poszłam do Doliny Pięciu Stawów Polskich, aby stamtąd wejść na Szpiglasowy Wierch. Zanim jednak znów miałam odwiedzić ten jeden z moich ulubionych szczytów, zatrzymałam się trochę przy jednym ze stawów, aby otworzyć i zrobić sesję zdjęciową czekoladzie. Właśnie przedstawianej.
 
(Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kawałkami Karmelu i Solą Morską to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z kawałkami karmelu i solą morską; marki własnej Netto.

Po otwarciu poczułam paloną gorzkość czekolady, słodkiej w niskim stopniu. Gorzkość wydała mi się prosta w sposób ani pozytywny, ani negatywny. Czuć zwykłość białego cukru, ale wzbogaconego o wanilię i leciutki, łagodny karmel. Na tym etapie nie było takie oczywiste, że to tabliczka z karmelem, ale czuć go.

Tabliczka zdradzała obecność dodatków pojedynczymi prześwitami. Przy łamaniu była twarda niczym skala, a jej trzaski brzmiały głośno i imponująco. W przekroju pokazało się średnio dużo kawałków karmelu wielkości małej i średniej.
W ustach czekolada rozpływała się wolno. Trochę lepkawo i bardzo maziście. Wykazywała miękkość i aksamitną kremowość, a jej tłustość stała na średnim poziomie. Kawałki karmelu trochę poganiały ją z rozpuszczaniem się, same rozpuszczając się tylko częściowo. Wyłaniały się z czekoladowej mazi po jakimś czas. Niektóre wydawały się w niej osadzone do samego końca, dosłownie pojedyncze wypadały z niej i luźno turlały się po ustach. Niektóre rozpuszczały się wraz z czekoladą. Zrobienie kęsa, by nie trafić na karmel było bardzo trudno (w domu na próbę oddzieliłam z różnych stron kostki po trochu, by spróbować samej czekolady.). Sól pojawiała się co jakiś czas, nie tak często.
Wydawało się, że kawałków dodano dość sporo, acz na koniec w ustach zostawało nie za wiele, bo część się rozpuszczała. Wystąpiły małe kawałki oraz średnie i małe płatki. Pierwsze zostawały na koniec, drugie rozpuszczały się.
Wśród kawałków karmelu raz po raz zaplatał się kryształek soli. Czasem rozpuszczał się wraz z resztą, acz kilka razy został mi w ustach naprawdę duży kryształek doli (i, dla mnie, o kilka razy za dużo). Trafiały się kryształki soli wielkości kawałków karmelu.
Z ciekawości ze trzy raz pogryzłam kawałki obok czekolady. Wtedy były szliście chrupiące i twardawa, ale delikatne, rzadko bardzo twarde. Choć ogólnie nie uczyniły z czekolady zlepka-ulepka, wtedy obok wydawała się trochę ulepkowa, więc wolałam zostawiać karmel na koniec.
Kawałki karmelu gryzione na koniec nie porzuciły swej chrupkości, acz były nieco mniejsze, delikatniejsze i bardziej skrzypiące. Wciąż przypominały trochę szkło, a do tego spotkałam się z lepkością. Nie oblepiały jednak zębów męcząco.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia palonej, dosadniej gorzkości, do której po chwili zaczęły docierać soczyste sugestie i słodycz.

Słodycz wpisała się w palony ton, chyląc się ku karmelowi, ale spory udział w niej ogółem miała też wanilia. Wkroczyła odważnie. Słodycz stanęła na średnim poziomie z aspiracjami do jeszcze lekkiego wzrostu.

Karmel ewidentnie jako oczywisty dodatek długo się nie ujawniał, ale baza nawet bez kawałków smakowała leciutko palonym karmelem. Nie wiem, czy przesiąkła, bo karmel-dodatek nie był szczególnie palony. Wiem za to, że czekolada spróbowana osobno wydawała się bardziej gorzka w palono kakaowo prosty sposób, a mniej soczysta. Soczystość podkręcała sól i karmel trochę też.

Karmel, by wkroczyć czasem potrzebował paru chwil, czasem zajmowało mu to dłużej. Raz czuć go mocniej, raz słabiej, ale w tle pobrzmiewał prawie cały czas. Nie zawsze jednak tak jawnie.

Raz po raz przemykało słonawe echo, ale rzadko kiedy czułam po prostu słoność. Ona rację podkręcała paloność ogółu i soczystość.

Soczyste wtrącenia umacniały się, przybierając na wyrazistości. Do głowy przyszły mi słodkie jeżyny ze słodko-kwaskawymi malinami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z czekoladowej toni wyraźnie wyłaniały się kawałki dodatku. Przełożyły się na lekki wzrost słodyczy do poziomu średnio-wysokiego, bliżej wysokiego niż średniego. Trochę też złagodziły paloną gorzkość.

Niegryziony karmel czuć dobrze. Nie był szczególnie palony. Raczej mleczny.
Czasem robiło się dość słono, ale raczej na chwilę. Sól jednak starała się wydobyć z karmelu palony charakter, a bazie przypominała o soczystości.
Gdy w kęsie akurat trafił się duży kryształek soli, czuć ją, jednak nie starała się zdominować reszty. Słoność z kwaskawym echem nasilała się, nasilała... I czasem przez wielkość kryształów było to aż za silne. Trochę soli dobrze odnajdowało się w tej kompozycji, ale niektóre kryształki przesadzały (i te wypluwałam).

Gdy na próbę pogryzłam karmel wcześniej, obok czekolady okazał się mocno mleczny, słodki i łagodny. Sam w sobie nie wydawał się szczególnie słony. Pobrzmiewała mi w nim za to lekka sztuczność, związana ze słodyczą.

Baza końcowo starała się jednak wrócić do silniejszej gorzkości, ale z tym było trudno. Gdy pojawiła się sól, kierowała uwagę raczej na soczystość niż gorzkość. A jednak przyszła mi do głowy rozpuszczaną w rondlu czekoladą z masłem, lekko przypalającą się masą czekoladową albo raczej... Trochę przypalony domowy mleczno-kakaowy karmel?

Karmel gryziony na koniec wyszedł słodko i mleczne, łagodnie. Był karmelowy i trochę sztuczny. Gdy zaś na koniec został kryształek soli, wypluwałam czym prędzej. Zdarzyło się to kilka razy; więcej, niż bym sobie życzyła (raz czy dwa mogę wybaczyć, ale to naprawdę było z... około 8 razy?).

Po zjedzeniu został posmak palonego, ale słodkiego i łagodnego karmelu oraz palono gorzkiej czekolady. Czasem czułam też jakby kwaskawa sól. Towarzyszyła czekoladzie Gorzkiej w palony sposób i dość soczystej niczym mieszanka słodko-cierpko-kwaskawych owoców leśnych.

Czekolada wyszła bardzo smacznie w prosty, niewymagający sposób. Przede wszystkim wyszła gorzko w palony sposób, a jej słodycz nie była przesadzona. Dobrą robotę zrobiła tu wanilia, a i nuta karmelu w samej bazie na plus. Soczyste akcenty podobały mi się, jednak do dodatków mam zastrzeżenia. Wolałabym nie trafiać na duże kryształki soli. Mniejsze, rozpuszczające się były w porządku. Karmel strukturę i formę miał przyjemną, ale żałuję, że nie był palony i pobrzmiewał trochę sztucznie. Gdyby tylko karmel i sól wykonano lepiej, byłoby doskonale. 
Zarówno w górach, jak i domu to była przyjemna degustacja, no tylko ta sól...


ocena: 9/10
kupiłam: ojciec kupił w Netto
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki karmelu 4% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, naturalny aromat, emulgator: lecytyny sojowe), sól 0,5%, emulgator: lecytyny sojowe; ekstrakt z wanilii

czwartek, 29 stycznia 2026

krem NaMa Crema di Cocco & Mandorla

Lubię połączenie migdałów i kokosa, więc jako że nie lubię białej czekolady, ubolewam, że przeważnie kremy w tym wariancie robią z nią. A jednak nawet one potrafią smakować! Dosłodzenie tym składnikom nie przeszkadza. Stąd dziś przedstawiany krem sycylijskiej marki NaMa wydał mi się obiecujący. Acz sama marka bardzo enigmatyczna: trudno znaleźć coś o niej. Ponoć pełna nazwa to Natura & Mandorle. Chociaż... w dniu degustacji zaczął mnie martwić inny element składu. O ile w pierwszej chwili zawahałam się, czy miód aby nie przesłodzi, tak później zaczęła mnie zastanawiać ta "mąka kokosowa". Najpierw założyłam, że chodzi o miazgę / pastę kokosową, ale w końcu zgłupiałam. A może miał to być twór nie wiadomo jaki jak "manna kokosowa" wymyślona przez Basię Basię na potrzeby Basia Basia Manna kokosowa Kokos + nic więcej? No nic, pozostało sprawdzenie.

NaMa Crema di Cocco & Mandorla to krem migdałowo-kokosowy z miodem.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam silny zapach słodko-neutralnych migdałów blanszowanych i płatków migdałowych oraz mąki kokosowej. Acz... w zasadzie nie tylko kokosowej, bo w zapachu było coś ogólnie mącznego. Do głowy przyszła mi też kasza manna zrobiona na mleku kokosowym lub z dodatkiem pasty kokosowej. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu i choć sugerowała trochę ciasteczka czy raczej surowawą masę na nie, kokosowe cookie dough z białą czekoladą, to wydawała się w pełni naturalnie migdałowo-kokosowa. Miód ukrył się w naturalnej słodyczy tych elementów. A do tego... odnotowałam dziwny, niejasny kwasek. Po zlaniu oleju i w trakcie jedzenia kompozycję wyraźnie przeplatał delikatny kwasek kokosa.

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju, który wyglądał jakoś tłusto-wodniście. Aż ostrożnie sprawdziłam, czy nie był to miód... Nie był. Zlałam 5 łyżeczek, a odrobinę, acz nawet nie połowę łyżeczki (jakąś 1/3?) już wymieszałam. Wyglądało na to, że krem podeschnął i może tego oleju potrzebować więcej, jednak jak mieszałam dłużej, pasta przybierała bardziej kremową strukturę, jakby nasiąkając od wierzchu i wilgotniejszych części. Jadłam, cały czas mieszając, i nie miałam wrażenia, że krem był wyschnięty. Z zaskoczeniem odnotowałam, że nie był jakoś szczególnie lepki (a tego spodziewałam się po dodatku miodu).
Ogólnie cechowała go gęstość i pewien konkret, jednak nie był to wyjątkowo syty krem. Tłusty na poziomie średnio-wysokim, okazał się bardzo zwarty, acz w miękki, wręcz mięciutki sposób i trochę ciągnący.
W ustach rozpływał się w tempie wolno-średnim, pokazując się z kremowej, plastycznie-zawiesinowej strony. Choć wyglądał na gładki, okazał się pyliście-proszkowy. Gdy na próbę trochę pogryzłam masę, wiórkowo trzeszczała i skrzypiała leciutko. Oprócz proszkowości czuć w nim znikomy motyw jakby... niezbyt gładkiego sernika z mocno zmielonymi wiórkami. Był trochę lepki, ale nie od miodu, a w sposób typowy dla kremów orzechowych, a do tego miękki. Końcowo na język wylegały drobinki i małe kawałki wiórków, w których raz po raz zaplątał się jakiś średni kawałek. Trochę to urozmaicało konsystencję, ale nie było zbyt wymagające, gdy o gryzienie chodzi. Ot, raz po raz można na tym było zawiesić ząb. Zmielone wiórki delikatnie skrzypiały, trzeszczały. Przy niektórych zagarnięciach były pojedyncze drobinki, przy paru nieco więcej.

W smaku najpierw przemknął mi motyw dość mdławy, przywodzący na myśl mąkę... Acz żadną konkretnie. Dopiero po sekundzie czy dwóch do głowy przyszła mi mąka kokosowa. Swą obecność zgłosiła też leciutka słodycz.

W tle przemknął niby kwasek. Niemal iluzoryczny, trudny do uchwycenia, a po chwili prawie zupełnie kryjący się.

Zaraz odezwały się też migdały. Pomyślałam o delikatnych, surowych migdałach blanszowanych o słodko-neutralnawym charakterze. Migdały te mknęły przed siebie, szczycąc się właśnie łagodnością. Po chwili wydały mi się bardzo wyraziste w tę swoją delikatność.

Czasem, gdzieś hen, w oddali doszukałam się miodu - tak delikatnego, że dałabym się nabrać, iż to tylko złudzenie. Takiego, którego jest za mało, by poczuć, że to miód, ale na tyle, by wplótł dziwne echo. Echo, które związało się z niby nieobecnym kwaskiem? Ale coś mi tam w tle wadziło.

Początkowy mączny akcent i migdałom zasugerował trochę mączne echo. Wyobraziłam sobie zblendowane płatki migdałowe, właśnie mąkę migdałową... Acz dzielnie zawróciła ona zaraz na tor płatków i w końcu samych migdałów. Wciąż pozbawionych skórek i surowych. Migdały wyraźnie stanowiły bazę i dominowały w pierwszej połowie rozpływania się porcji.

Słodycz poniekąd wiązała się z migdałami, jednak z czasem okazało się, że płynie też z kokosa. Za jej sprawą kokos i migdały połączyły się w harmonii. Kokos stał tuż za migdałami. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszło mi słodkie kokosowe cookie dough. Wciąż wiele do powiedzenia miała mąka kokosowa, ale... wyobraziłam sobie masę na ciasteczka nie tylko z mąką kokosową, ale też podmielonymi wiórkami. Pewnie z kawałkami blanszowanych migdałów. Na pewien czas kokos prawie zrównał się z migdałami.

Słodycz rosła, umacniając wizję masy ciasteczkowej kokosowo-migdałowej, a także dopowiadając jej nutkę białej czekolady. Powiedziałabym, że cała słodycz płynie tylko z migdałów i kokosa. Miód skutecznie się ukrywał w zasadzie cały czas. Nie było czuć nuty miodu, ale dziwny, niedookreślony akcent. Delikatnie pobrzmiewał mi też kwasek - właśnie związany z tych echem miodu. Nawet nie mogłam dookreślić, czy to miód wyszedł kwaskawo, czy miód podkreślał kwasek (kokosa).

Wydawało mi się, że parę razy w tle wychwyciłam mglisty kwasek wyraźniej kokosa, ale potem kokos wracał do wizji kokosowego cookie dough, robiło się drapiąco słodko i... przechodził w mleczko kokosowe? Wyobraziłam sobie kaszę mannę na mleczku kokosowym, posypaną sporą ilością blanszowanych migdałów i trochę przesłodzoną. Końcowo migdały znów postarały się trochę wyprzedzić kokosa. Albo raczej na nowo przyciągnąć do siebie uwagę. W gardle zaś trochę drapało od słodyczy, jednak jakby w oderwaniu od smaku.

Po zjedzeniu został posmak migdałowo-kokosowy, słodki w naturalny sposób, jakby tylko za sprawą migdałów i kokosa. Myślę tu o migdałach łagodnych, pozbawionych skórek oraz mące kokosowej. Ta próbowała zdobyć się na pewną neutralność, jakby wbrew swojemu naturalnie słodkiemu charakterowi. Do głowy przyszła mi masa ciasteczkowa cookie dough kokosowa z migdałami. Do głowy przyszła mi raz czy drugi biała czekolada, ale i jakiś kwasek miodowo-kokosowy pobrzmiewał. Słodycz stała na średnim, ale niewiarygodnie naturalnie kokosowo-migdałowym tonie. Miód zupełnie się ukrył, wpisując się w kokosa i migdały, ale dodając też dziwnego kwasku albo podkreślając go.
Struktura, gęsta i nie za tłusta, a jednocześnie nie sucha, podobała mi się.

Ogólnie krem wyszedł mocno średnio (w nie średniej, a wysokiej cenie), bo sporo drobiazgów mi w nim nie grało, co jak się pozbierało, to razem przełożyło się na negatywny odbiór. Nie podobało mi się, że kokos tak ewidentnie smakował mąką kokosową, a miód wiązał się z kwaskiem, który był nie na miejscu. Miodu dodano za mało, by czuć wyraźnie, że tam jest, ale na tyle sporo, by wplótł czy podkreślił nieprzyjemne akcenty i drapał. Jak układał się w wizję kokosowego cookie dough, to ok, ale wolałabym, by był to bardziej kokos pastowy albo wiórkowy. Próbowałam się wkręcić, się wczuć, ale po jakiś 25 gramach sobie darowałam. Słodko i z dziwnymi posmakami, że zwyczajnie nie miałam z niego przyjemności. Nie lubię niedookreślonych kwasków i mącznego efektu. W dodatku nie widziało mi się próbowanie tego z czymś (np. w twarożku czy z jogurtem), bo po prostu brak w tym potencjału.

Dałam Mamie, ale nie chciała, bo po spróbowaniu powiedziała: "Okropny. Nawet nie umiem nic więcej o nim powiedzieć. Migdałów jak zwykle nie umiałam uchwycić, no, kokosa może czułam... Tak, kokosa to jeszcze...".


ocena: 4/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 32,49 zł (za 200g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały 75%, mąka kokosowa, miód

wtorek, 27 stycznia 2026

Vegetalia Chocolate Negro 73 % ciemna

Ta czekolada wyglądała niepozornie, gdy tak scrollowałam, co ciekawego można by zamówić ze strony Naturitas. A jednak... Może właśnie tym, że nigdy jej nie widziałam, a wszelkie informacje w opisie były bardzo skąpe, mnie skusiła? Taką tajemniczością? Oby smak nie zawiódł! Acz patrząc na kakao w proszku w składzie (na opakowaniu czekolady, bo na stronie, z której zamawiałam, pominęli) i to, że ten włoski producent to ogólnie producent ekologicznej żywności, czekolady są jedną z wielu kategorii, to mogło być różnie. Chyba powinnam się raczej spodziewać efektu bardziej średniego; acz wierzyłam, że wciąż smacznego.

Vegetalia Chocolate Negro 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao.

Po otwarciu poczułam palono-ciepły zapach, kojarzący się z czymś rozgrzanym: rozgrzanymi skałami, suszącą się na słońcu trawą, przechodzącą w siano, leżące w pełnym słońcu. To też trochę suchych, wysuszonych kwiatów oraz palony karmel... acz raczej jako rozpuszczalna kawa karmelowa. Za nią zaznaczyło się kakao w proszku - zwykłe, ale nie tanio-odtłuszczone. Za tym wszystkim chowały się owoce, jakby duszono-gorące, bulgoczące... Właśnie robiony dżem brzoskwiniowy... brzoskwiniowo-morelowy?

Tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, niczym grube pałeczki puste w środku. 
W ustach rozpływała się łatwo i powoli, maziście łącząc wysoką tłustość z suchym wrażeniem. Była gęsto-zbita, acz nie mocno i marginalnie lepka. Przypominała trochę wyjęte z lodówki i lekko mięknące masło. Z czasem przewinęło mi się w niej wodniście-oleiste echo.

W smaku pierwsza pokazała się zdecydowana, średnio wysoka słodycz karmelu z aspiracjami do wzrostu. Za karmelem odnotowałam przebłyski bardzo słodkiego, wręcz przesłodzonego dżemu brzoskwiniowego.

Zaraz odezwała się cierpkość - swoją obecność zaznaczyło kakao w proszku, mieszające się i przechodzące w suche trawy, wysuszoną roślinność na terenie, który już nawet nie pamięta deszczu. 

Owocowe echo było bardzo słabe i z każdą chwilą mniej jednoznaczne. Do głowy przyszły mi poziomki, rwane prosto z krzaka. Słodkie i z motywem... leśnej roślinności? Ta już nie była taka sucha, acz zaraz umknęła, wiele nowego nie wnosząc.

Owoce ogólnie robiły tylko za subtelne echo, które na długi czas w ogóle się zatraciło.

Cierpkość kakao otworzyła drogę porządniejszej gorzkości. Wyszła palono-ciepło, przywodząc na myśl gorące, rozgrzane słońcem skały i skaliste zbocza gór. Proste kakao raz po raz się z tego ciepła wyłamywało, acz nie było ogólnie zbyt mocną nutą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość trochę załagodziła maślaność. Słodycz karmelu wykorzystała to i skokowo wzrosła do dość wysokiej, ale jeszcze nie przesadzonej.

Gorzkość podjęła walkę i wyszła z tego w zasadzie zwycięsko. Choć skupiła się na... cieple? Po rozgrzanych skałach pojawiło się więcej suchych roślin, traw. Suszących się, ale jeszcze nie siana. I właśnie w tych jeszcze nie do końca suchych, jeszcze trochę żywych raz po raz przemykało mi echo czerwonych owoców, chyba poziomek. Kakao też próbowało ukryć się właśnie w nich, acz ono optowało za suszonymi.

Goryczka trochę upominała słodycz, prowadząc chwilowo karmel ku wręcz gorzkawym tonom karmelu lekko przypalonego...? A może rozpuszczalnej kawy o smaku karmelowym? Gorzkość w jedno splatała się z paloną słodyczą.

Wątła, owocowa nutka - raczej czerwonych... poziomko-truskawkowa? - podpowiedziała słodyczy kwiaty. Raczej suche, suszone, ale wciąż wonne... Może podsuszone tylko częściowo, dopiero suszone? Wyobraziłam sobie suche pole z kwiatami... makami?

Słodyczy jakoś udało się znów podskoczyć, maślaność nie dała za wygraną i do głowy przyszła mi słodka bułeczka... Z owocowym nadzieniem, które zmieniało się jak film klatka po klatce: jak jagodzianka, ale z nadzieniem brzoskwiniowo-morelowym albo... brzoskwiniowo-poziomkowym/truskawkowym... a w końcu w ogóle czerwono owocowym oraz... kruszonką orzechową? Suche trawy zmieniły się w prażono-krokantowe orzechy (w karmelu?) chyba laskowe. Bułeczkę tą musiano polać polewą kakaową, choćby tylko dla ozdoby, ale tak, by proste, cierpkawe kakao w proszku jeszcze mogło się zaznaczyć.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej bułeczki z dżemem żółtego koloru oraz karmelu. Jakby trochę karmelowej w wydźwięku orzechowej kruszonki oraz proszku kawowego / suchej kawy rozpuszczalnej o smaku karmelu. Palona gorzkość na końcówce zmieszała się z prostym kakao w proszku, ale obie wydawały się załagodzone, bo i maślaność wyległa wyraźnie.

Czekolada byłaby bardzo dobra, gdyby kakao w proszku mniej dawało o sobie znać. Mam wrażenie, że gdy miazga robiła mu miejsce, słodycz wkraczała do akcji i skokowo wzrastała. Karmel miał wiele do powiedzenia. Echo owoców, brzoskwiniowo-morelowego dżemu i poziomek, tchnęło świeżość w kompozycję raczej suchą: bazującą na rozgrzanych skałach i suszonych trawach, suszonych kwiatach. Pojawiły się akcenty maślane, po prostu palone, karmelowo-kawowe i bułeczkowo-kruszonkowe, które dobrze tu to i owo podkoloryzowały. Ogólnie jednak i tak jestem zaskoczona, że mimo tych wad, wyszło tak smacznie. Podobała mi się jednoznaczna obrazowość paru nut.
Mam jednak żal do strony sklepu, że "zapomniano" tam o kakao w proszku w składzie, a do producenta, że nie zdecydował się na ambitniejszy produkt.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 13,50 zł
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 26 stycznia 2026

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif biała z kremem pistacjowym i ciastem kadayif / kataifi

W Dniu Matki ojciec wysłał mi zdjęcie dziś przedstawianej czekolady, bo jego Partnerka dostała ją w prezencie i pomyśleli o mnie, czy będę chciała spróbować, to by nie otwierali, poczekali, aż zrobię zdjęcia i wezmę, ile chcę. Zrobiło mi się niezwykle miło, mimo że jestem bardzo sceptyczna do wszystkiego, co płynące na fali mody na dubajskie czekolady. A do tego trzyma mnie zniesmaczenie Germiyan Angel Hair Chocolate. A jednak... jedzona przeze mnie "dubajska" - Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache -  nie była taka typowa, bo z ciemną czekoladą. A typ zakłada, że ma być chyba mleczna lub biała. Faktycznie, ciemna była trochę za ciężka. Może więc warto spróbować jej takiej... bardziej typowej?

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif to czekolada biała barwiona z nadzieniem pistacjowym z kawałkami pistacji oraz ciastem kadayif / kataifi; "dubajska".

Po otwarciu poczułam delikatny, nieprzesłodzony zapach jakby smażono-karmelizowanych - ale nie zupełnie na słodko? - ciastek i wafelków. Pomyślałam o  tłustych feuilletine, ale nie za bardzo cukrowych, a kierujących się w wytrawniejszą stronę. Czułam też pudrowo słodką, truskawkową nutę leciutko truskawkowych lodów mlecznych (bardziej gelato). W mocno palonych, niesłodkich waflach. Przewinęły się jeszcze duszne pianki marshmallow truskawkowe i słodkie chrupki kukurydziane o smaku truskawkowym (np. Flipsy). Po przełamaniu do wszystkich tych ciastkowo-waflowych nut doszła jeszcze orzechowość - może i pistacje? Acz w ciemno trudno byłoby je uchwycić.

Gruba tabliczka była ciężka i konkretnie-delikatna. Choć wyglądała na plastikowo-masywną, ani trochę nie była twarda. Gruba warstwa czekolady łamała się miękko, prawie rwała, a wnętrze zdecydowanie się rwało i wręcz ciągnęło. Nitki ciasta kataifi trochę się kruszyły i sypały wokół. Kiedy robiłam kęsa, czekolada wgniatała się w nadzienie, a zielonkawy krem mocno się spod niej wyciskał. 
Ciasto kataifi okazało się warstwą otuloną z obu stron kremem pistacjowym, w którym widać parę drobinek pistacji. Zatopiono w nim bowiem malusieńkie i małe kawałki oraz trochę wręcz kropeczek.
Acz bardzo, bardzo trudno wygrzebać sam krem, bo nitki ciastka bardzo się w niego wmieszało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko. Była gęsta i tłusta w maślano-śmietankowy sposób, a także lepka. Zmieniała się gęsty, bagienkowaty krem. Ani śladu plastikowości czy ulepkowości. 
Nadzienia szybko wyłaniały się spod niej.
Rzadsze pistacjowe wykazywało plastyczną miękkość i oleistość. Rozpuszczało się dość szybko i zaraz znikało. Wyszło raczej gładko, choć i pylistość w nim poczułam. Urozmaicały je kawałki pistacji. Były małe i średnie, mieszały się w jedno z ciastem.
Ciasto kataifi dodało chrzęstu i konkretu. Było twardawe i nie rozpuszczało się. Starałam się gryźć je bokami, tak, by nie gryźć czekolady i kremu. Wówczas twardo, czasem wręcz kamiennie chrupało. Pistacje plątały się wśród nitek, odróżniając się od nich miękkością.
Całość zostawiała mocno otłuszczone usta.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i mocno mlecznym smakiem. Słodycz rosła dość szybko, dając się poznać jako trochę cukrowa. Mleko nie dało mu się jednak zagłuszyć. Było pełne i po chwili wzbogaciło się o śmietankę, a także... echo mleka truskawkowego. W tle przewinęła się nuta lodów śmietankowych, leciutko pobrzmiewających truskawkami.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieprzesiąknięta nadzieniem, lekko truskawkowa i szybko zasładzająca w cukrowy sposób. Nadzienie trochę tonowało jej słodycz.

Słodycz rosła, a ja pomyślałam jeszcze o piankach marshmallow lekko truskawkowych i... truskawkowych chrupkach kukurydzianych (dokładniej Flipsach)? Nadzienie po chwili zaczęło dołączać do czekolady, nie zagłuszając jej. Do samego końca miała sporo do powiedzenia.

Krem pistacjowy kontynuował mleczno-śmietankowy wątek. On jednak trochę rozbił tę mocną mleczność bardziej oleiście-nijakim, wręcz trochę wodnistym smakiem. Był średnio słodki, jednak wyraźnie czuć jego cukrową naturą. Znacząco dosładzała go czekolada, pod którą chwilami zdawał się podpinać. Pistacje delikatnie z niego pobrzmiewały. Wyszły naturalnie, ale bardzo stłamszono. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, że tam są.
Gdy spróbowałam kremu osobno, był średnio słodki, mleczno-oleisty i mało pistacjowy, że aż trzeba się tego smaku doszukiwać.
Wyłaniające się pistacje leciuteńko podkręcały pistacjowość, ale w całokształcie nie były najlepiej wyczuwalne. Ogólnie krem szybko się zatracał w duecie czekolady i ciasta.

Ciasto kataifi po chwili bardzo podkręcało skojarzenie z truskawkowymi chrupkami kukurydzianymi, a po chwili ogólnie z chrupkami. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nawet niegryzione umacniało się i trochę rozganiało smak kremu i czekolady. Niegryzione jednak nie było zbyt wyraziste.

Kremu i czekolady jednak robiło się szybko coraz mniej i trudno powstrzymać się od gryzienia.
Ciasto gryzione, czy to obok czekolady razem z kremem, czy już bliżej końca, jak te prawie znikały wyszło jak niesłodkie, wytrawniejsze wafle duńskie do lodów. Z dziwnie wyciętą cukrowością. Gdy spróbowałam go osobno, wyszło niczym wytrawno-neutralna, mocno przypieczono-wysmażona wersja wafelków feuilletine. Było to trochę ciastowe, ale w sposób neutralny.
Gryzione wcześniej pistacje gubiły się w cieście i cukrowości.

To krem i czekolada dodawały całości słodyczy. Kontrast ten wyszedł dziwnie. Mdłość oleju, cukrowość i pudrowe truskawkowe echo czekolady kontrastowo splatały się i kłóciły ze sobą. Końcowo, mimo że smak był w sumie też wytrawny, cukrowość trochę drapała w gardle. Truskawkowe echo prawie zniknęło, a do końca pobrzmiewająca czekolada poszła bardziej w cukrowo-śmietankowym kierunku. Jej smak wyraźnie długo się utrzymywał.

Ciasto gryzione na koniec smakowało bardziej wytrawnym, przesmażono-wypieczonym wafelkiem i robiło drobne aluzje do przypalonej skórki chleba. Na koniec, gdy zostało same, kojarzyło mi się jeszcze z przypalonymi orzechami i niesłonymi paluszkami pszennymi.
Gryzione na koniec pistacje wyszły trochę pistacjowo, ale łagodnie. Łatwo, by zgubiły się wśród ciasta, ale tu już wyraźniej się wyłaniały.

Po zjedzeniu został posmak wytrawnych, wysmażono-wypieczonych waflo-chrupek (?) oraz cukrowość aż drapiąca w gardle. Czułam też nutę oleju i nijakość, mdłość, dziwnie mieszającą się z pudrowo truskawkowym, z kolei słodziusim echem.

Dziś przedstawiana tabliczka była bardzo uboga w pistacjowy smak, za to słodka i śmietankowa. Niestety też trochę oleista. Biała, śmietankowa i nieprzesłodzona, ale słodka wyraźnie czekolada na równych prawach rozbrzmiewała z ciastem, które... kompletnie mi nie pasowało. Wytrawnie-smażone i dziwne. Struktura bardzo nie w moim guście: za miękko, za rozlazło, za tłusto.
Ta tabliczka wydaje się jednak w miarę porządnie zrobioną dubajską czekoladą, bez taniości i tandety. Okazała się więc pozytywnym zaskoczeniem, bo nastawiłam się na paskudztwo, a była w zasadzie... całkiem w porządku jak na to, czym miała być. Gdyby pistacje były w niej wyraźniejsze, mogłaby i 6 zdobyć. A jako że 1 z dwóch warunkujących dubajkość rzeczy uciekła, no to jest średnio. Acz nie obrzydliwie. Jestem pod wrażeniem, że takie składniki mnie nie obrzydziły.

Gdy tak pomyślałam o Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache, to muszę przyznać, że biała czekolada mniej przytłacza tego typu nadzienia i bardziej pasuje. Z kolei gdy pomyślałam o Germiyan Angel Hair Chocolate, echo truskawek dziś przedstawianej zostało o wiele lepiej zrobione, bo ze względu na delikatność, nie raziło sztucznością.

Otrzymałam jeden pasek, ale zjadłam ledwo pół i drugie oddałam Mamie. Jej opinia: "Jestem pozytywnie zaskoczona. Jak na coś takiego... nastawiłam się na coś złego, a ona nawet niezła była. Nie niesmaczna. Do tego nadzienia jednak chyba bardziej mleczna by pasowała i wtedy byłaby ok. Tak słodko, pistacji nie czuć, ale jakoś to wyszło... nieobrzydliwie, o wiele lepiej niż ta z anielskimi włosami*".
*Mama miała na myśli Germiyan Angel Hair Chocolate.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekolada kupiona w Żabce - widziałam w gazetce)
cena: - (jak wyżej: cena to 19,99 zł)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada biała (50%: cukier, tłuszcz kakaowy 24,6%, pełne mleko w proszku 14%, demineralizowana serwatka w proszku,, laktoza, koncentraty roślinne: krokosz barwierski, rzodkiewka; lecytyna słonecznikowa), kremowe nadzienie pistacjowe (37,5%: cukier, pistacje 29,5%, oleje roślinne: słonecznikowy i bawełniany; odtłuszczone mleko w proszku, demineralizowana serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat, sól, barwniki: E141, E100), ciasto kataifi / kadayif (12,5%: mąka pszenna, olej słonecznikowy, sól)

sobota, 24 stycznia 2026

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate ciemna z Kongo

Ta czekolada, zgodnie z opisem producenta, wyróżniała się z oferty, bo po raz pierwszy, Zoto zaangażowało hodowców kakao do procesu obróbki kakao po zebraniu ziaren. Już po zakupie pierwszej partii ponoć uznali, że to kakao może konkurować z najlepszymi na świecie. Dodali "mimo że mówimy o ziarnach forastero", co mi się trochę niezbyt spodobało, bo uważam, że czasem sukces tkwi w prostocie, nie uważam, że któreś kakao jest smaczniejsze, inne mniej z zasady. W każdym razie, producent tym samym przyłożył się do stworzenia w regionie spółdzielni rolników, którzy odtąd mieli źródło dochodu, które odmieni ich życie na lepsze. Szukałam co oznacza nazwa kakao / tabliczki, Kilimamenza. Nie znalazłam nic. Ok, to nazwa własna, ale myślałam, że może coś znaczy w jakimś języku. Na opakowaniu przeczytałam tylko, że tabliczkę zrobiono w małej ilości, z lokalnego blendu. Kakao to fermentowało 7 dni w skrzyniach po 100kg, było obracane 4-krotnie. Suszenie trwało 6 dni na słońcu, w otwartej przestrzeni, a prażenie 19 minut w 120 stopniach C. Producent opisał smak tej tabliczki jako "bardziej dostępną dla osób, które nie są ekspertami", wyjaśniając że jest "doskonała na rozpoczęcie przygody z wykwintną czekoladą". Ciekawe.

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao  (68% miazga + 7% tłuszcz) z Kongo, z prowincji Ituri.

Po otwarciu poczułam rześki, niemal wodnisty, ale też wyraźnie słodko-soczysty zapach brzoskwiń UFO / ciasteczkowych o delikatnym charakterze. Mieszały się z kwiatowymi ziołami albo mieszanką kwiatów i ziół, z których na pewno wyraźnie wyłaniał się rumianek, łącząc słodycz z lekką cierpkością. Za kwiatami i brzoskwiniami pojawiła się jeszcze bardziej słodko-esencjonalna soczystość chyba świeżych, wielkich moreli i arbuza. Obok tego pojawiły się łagodne, niemal neutralnie-maślane pekany i spokojne, stare jasne drewno.

Twarda czekolada... przybyła do mnie w zasadzie zupełnie połamana, więc nie bardzo miałam, jak ją połamać, jak należy. Gdy jednak przełamywałam jakieś większe kawałki, wydały mi się twardawe i pochrupujące w pełno-masywny sposób. Jak jak zawsze w przypadku Zoto, widać było cienką warstwę, jakby doklejoną na spodzie, ale tym razem - ku mojemu zaskoczeniu - nie odskakiwała.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęsty, miękki i gładki krem. Była tłusta i zarazem lekko soczysta. Trochę lepka, a końcowo cierpko-suchawa, wręcz taninowa. Zostawiała lekko suchawe wrażenie, które próbowało odciągać uwagę od tłustości.

W smaku najpierw pojawiła się słodycz palonego, chrupko-szklistego karmelu. Goniły go słodko-cierpkawe i rześkie - bo bardzo świeże - kwiaty.

Kwiaty dogoniły karmel, a jego paloność podkreśliła ich cierpkość. Naprzód wyskoczył rumianek i zaczął wśród nich bardzo wyraźnie dominować. Pomyślałam dokładniej o mocnym naparze z koszyczku rumianku.

W tle pojawiły się wodniste owoce... Po chwili rozpoznałam w nich delikatne, słodkawe brzoskwinie ufo / ciasteczkowe. Dołączyły do nich owoce słodsze, wyrazistsze, ale jakby bardzo uważające, by pomóc, a nie przygłuszyć brzoskwinie. Przyszły mi do głowy banany przemieszane z morelami, może jako smoothie. Przemknęła mi w nich jeszcze delikatna, ciężkawo-soczysta cierpkość... Acz owoce ogólnie trzymały się raczej tyłem.

Rumianek trochę się wycofał, wszedł w szeregi całego bukietu ziół i kwiatów. Temu daleko było do jednoznaczności, ale i słodycz, i cierpkawość ewidentnie cały czas czuć. Lekka gorzkość zaczęła rosnąć właśnie poprzez ziołowe napary. Karmel przepychał się trochę z kwiatami - ich przepychanki przełożyły się na ogólny wzrost słodyczy.

Gorzkość nie była jednak tylko ziołowa. Ogólna, lekko palona weszła niezależnie od innych nut. Przechwyciła paloność od karmelu, który zdążył się już całkiem zgubić. Chyba? Nie była jednak wysoka, bo obok znalazły się łagodzące ją orzechy pekan i maslaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do pekanów dołączyło jasne, stare drewno o bardzo spokojnym charakterze. Wraz z orzechami budowało pewną neutralność w kompozycji. Przy pekanach na chwilę znów zaplątał się karmel jako motyw karmelizowania, jednak zaraz jakoś zniknął.

Słodycz utraciła większość paloności, a ja wyobraziłam sobie ziołowy napar posłodzony miodem. Rumianek z miodem? Rumianek ogólnie przypomniał o sobie i zaczął wracać do gry, sugerując lekką... ostrawość?

Owoce trochę zmieniły swój wydźwięk, jednak dalej nie pchały się na przód. Wciąż czułam w nich wodę i do głowy przyszły mi różne melony i jasny arbuz. Arbuz wręcz trochę kwaskawy...? Do tego brzoskwinie i banany starały się utrzymać. Ogółem jednak owoce przemknęły i znów wycofały się jeszcze bardziej.

Rumianek znowu zaczął przewodzić wśród ziół i za ciosem poszedł dalej: objął władzę nad całą kompozycją. Słodycz przybrała mocno kwiatowo-ziołowy klimat.

Pekany i drewno zrobiły się niemal neutralne, orzechy te zapomniały bowiem zupełnie o karmelu. Doleciała do nich lekka maślaność i razem starały się łagodził cierpką gorzkość o ziołowym charakterze.

Cierpkość jednak zgłosiła sprzeciw, końcowo wychodząc dość mocno. Drewno, nagle bardziej drzewa, jednak wsparły zioła. Te wytoczyły swą cierpkość, pod którą nieoczekiwanie podczepiła się cierpkawość lekko owocowo kwaskawa, jak jasnego arbuza z czymś niejednoznacznym.

Po zjedzeniu został posmak orzechów pekan i rumianku, zestawionych z jasnym arbuzem i wodnistą brzoskwinią ufo, trochę osłodzonych karmelem - znowu palonym. Pozwolił sobie na paloność ze względu na charakterniejsze, wręcz pikantne nuty ziołowo-drzewne.

Czekolada była bardzo ciekawa, jednak dla mnie trochę za mało gorzka, a zbyt spokojnie-neutralna chwilami. Zioła pod przewodnictwem rumianku i drewniano-pekanowe nuty jednak zachwycały i tak. Akcenty owocowe były delikatne - i dobrze, bo akurat brzoskwinie ufo, melonowo-morelowo-arbuzowe nuty mnie nie przekonały. Zwłaszcza, że mowa o owocach wodnistych, arbuzach jasnych. Słodycz ogólnie miała sporo do powiedzenia, mimo że nie była silna. Próbowała ugrać coś a to z palonym karmelem, a to kwiatami, a to bardziej z miodem, ale cały czas się zmieniała. Słodycz i niska gorzkość sprawiły, że obstawiałabym raczej 70% niż 75% kakao. Acz możliwe, że to przez cukier - biały, nie trzcinowy.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 621 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

piątek, 23 stycznia 2026

Cokoladovna Lana Mlecna Kefirova ciemna mleczna 50 % z Belize z kefirem / kefirowa

Choć to bardziej czekolada mleczna niż ciemna, na jej widok zabłysły mi oczy. Kefir uwielbiam i ostatnio ni to piję, ni jadam bardzo często, ale czekoladę kefirową jadłam tylko raz. Z ogromną ochotą bym do czegoś takiego wróciła. Nie ukrywam, że po Naive Kefir Probiotic Milk Chocolate poprzeczka dla dziś przedstawianej zawisła bardzo wysoko. Na wstępie prezentowała niestety się nieco mnie elegancko, bo czekolada czeskiej marki Lana trafiła do mnie bez tekturowego opakowania. Przedstawiciel marki wyjaśnił, że zwyczajnie nie opłacało im się robić specjalnego kartonika, bo to jedynie limitka. Od razu z żalem pomyślałam, że to wielka szkoda, że jak już się takie czekolady trafiają - chodzi mi o naprawdę niecodzienne i atrakcyjne alternatywy mlecznych - to jako edycje limitowane. Czyżby naprawdę tylko mnie tak intrygowały?

Čokoládovna Lana Mléčná Kefirova to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao z Belize z kefirem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach nabiału i ziemi, sugerujący nie tylko porządnie ciemno-mleczną tabliczkę, ale też jakieś inne niż krowie mleko i mleko zsiadłe. Kefir nie był tu pierwszym skojarzeniem, acz też wyraźnie go czuć. W głowie zaplątała mi się nawet myśl o mieszance mleka koziego i owczego z wyraźnie zaznaczoną nabiałową cierpkością. Kefir czułam zwłaszcza w trakcie jedzenia przy uważnym wąchaniu. Na tym jednak nie koniec, bo z mlecznością wiązał się też po prostu wręcz wiejski motyw nabiału bardzo naturalnego, prosto od krowy i świeżo ubitego, wiejskiego masła. Czułam też ciepło siana i lekko prażonych orzechów oraz lekko grzybowy akcent niektórych mousse'ów kakaowych. Słodycz stała na znaczącym poziomie i przybrała postać palonych karmelków. W kompozycji zagościł też kwasek: trochę ewidentnie związany z nabiałem, trochę cytrynowy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusto-sucha, obiecująca kremowość. Przy łamaniu w zasadzie nie trzaskała, acz tylko jakoś nieznacznie pykała  i trochę się kruszyła. Kiedy odgryzałam kawałek, pod zębami czułam miękkość.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, niby kremowo, ale nie gładko. Najpierw wydawało się, że będzie leciutko proszkowo-gładkawa, jednak z czasem nasiliło się proszkowe, wręcz szorstkie wrażenie. Chwilami jakby starała się wygładzić, ale wracała do tego. Wykazywała leciutką, marginalną tłustość, a mimo to, uraczyła mnie niezbyt gęstą, miękką kremowością. Trochę zalepiała, po czym znikała coraz bardziej wodniście, a pod koniec zostawiała lekko cierpkie wrażenie.

W smaku pierwsza pojawiła się średnio wysoka, ale szybko i odważnie rosnąca słodycz karmelków. Początkowo lekko palonych, takich, w których paloność dopiero nabiera siły.

W oddali zaznaczył się akcent mleczno-nabiałowy z kwaskawym echem - nie od razu było jasne, że są ze sobą powiązane.

Za karmelkami pojawił się orzechowy krokant, a więc chrupiąca, słodka masa z orzechów - konkretnie laskowych - w słodko-palonym karmelu. Zrobiło się trochę bardziej karmelowo niż karmelkowo a orzechy rosły w siłę.

Przy tym skarmelizowaniu orzechów pojawiła się lekka goryczka, cierpkość. Czyżby cierpkość nie tylko kakao, ale i nabiału?

Mleczność, nabiał umocniły się, z oddali wkraczając na pierwszy plan. Był to wątek trochę mleczny, ale nie zwyczajnie mleczno czekoladowy. Najpierw nabiał trochę nieśmiało zasugerował jakieś inne niż krowie mleko. Kozie...? Mieszankę koziego z owczym... Specyficznie kwaskawo-cierpkawe, ale bez "nuty kozy". Kwasek i łagodność tak się splotły, że zaraz odgoniły to skojarzenie, a zasugerowały mleko zsiadłe. I w końcu faktycznie kefir. Wszystko w wiejsko-sielskim ujęciu.

Słodycz zdążyła już mocno wzrosnąć do poziomu wysokiego. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydawało się, że stara się podbić pierwszy plan (co w sumie jej się nigdy nie udało), ale i jej charakter zrobił się poważniejszy, głębszy, bo wyraźnie palono karmelowy. Nuty kefiru i zsiadłego mleka nie dały jej się zdetronizować.

Gorzkość też się trochę nasiliła, pilnując, by nie zrobiło się za słodko. Wysunęła trochę gorącej ziemi, a ja pomyślałam o spacerze ziemistą ścieżką w pełnym słońcu. Możliwe, że przez wieś, bo wątek nabiału coraz bardziej rozgaszczał się w wiejskiej wizji.

Gorzkość paloną, ziemistą zaczęły trochę łagodzić orzechy. Ogólnie mieszanina, będąca niejednoznaczną orzechowością, acz z raz po raz wybijającymi się na przód prażono-karmelizowanymi laskowcami. Czułam orzechy, które po pewnym czasie... wsparła maślaność. Ta wyłoniła się z sielsko-wiejsko nabiałowych tonów i dołączyła do orzechów i gorzkości, przekładając się na niesamowitą harmonię.

Już wyraźnie kefir dbał o kwaskawo-cierpkie nuty, wyszedł chwilami wręcz rześko. Niczym stojąca w cieniu szklanka kefiru czy maślanki w upalny dzień. Bo... chwilami kefir wzbogacał się o łagodniejsze, maślankowe echo. Kwaskawy, charakterny, ale jednocześnie w pewien sposób łagodny nabiał końcowy zaprosił do gry...

Cytrusy? Cytrynę i trochę limonki. Podkradły się pod kwasek nabiału, po czym całkiem nieźle zaprezentowały jako one same, końcowo sprowadzając wysoką, ale bardzo paloną już w tym momencie, słodycz do poziomu średniego. Mieszając się z nią przełożyły się na myśl o słodko-kwaśnej, rześkiej lemoniadzie z cytryn i limonek. Albo... shake'u z tych cytrusów z kefirem.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawego nabiału, w tym w miarę wyraźnie kefiru, mieszającego się ze słodką, kwaśno-rześką lemoniadą cytrynowo-limonkową. Obok zaznaczyła się goryczka ziemi, spójnie kryjąca się trochę za cierpkością kefiru i jakby innego niż krowie - ale żadnego konkretnego - mleka. To też wątek słońca i siana; przytulnej wsi oraz lekko solonego, wiejskiego masła.

Czekolada smakowała mi, mimo że była trochę za słodka. Karmelkowo-karmelowa słodycz pozwoliła sobie na wiele, mimo że i gorzkości ziemi nie brakowało. Trochę karmelizowanych laskowców, krokantu i nuty cytrynowo-limonkowej lemoniady w udany sposób wzbogacił kwaskawo-cierpki nabiał. Kefir wyraźnie, ale nie tylko. Kompozycja podrzucała całe mnóstwo skojarzeń: mleko kozie, kozio-owcze, maślankę, zsiadłe mleko. Kefir bowiem był wyczuwalny falowo, nie zawsze mocno jednoznacznie. Tabliczka wyszła więc w sumie nabiałowo, niecodziennie mlecznie i bardzo charakternie, dynamicznie, mimo że wszystkie nuty wyszły niesamowicie harmonijnie.

To była bardzo ciekawa czekolada, wyraźnie inna niż większość ciemnych mlecznych, z ewidentnie wyczuwalnym kefirem, ale... nie tylko. Dziś prezentowana nie była aż tak jednoznacznie kefirowa co Naive Kefir Probiotic Milk Chocolate.

Kawałeczek dałam Mamie, która opisała: "Czuć, że jest to ciemna mleczna, ale nie powiedziałabym, że kefirowa. Po prostu czułam, jakby było w niej za mało mleka". Mamy nie porwała.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, kultury bakterii kefirowych

środa, 21 stycznia 2026

Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate ciemna z Boliwii

Hiszpańską markę Pol Contreras miałam okazję już poznać (Pol Contreras Vilaprino Belize 80 % Cosecha 2019 Chocolate negro / Dark Chocolate), jednak o niej samej za wiele nie zapamiętałam. Informacje o marce przyćmiła pyszna czekolada o cudownych nutach. Szef kuchni Pol Contreras pracował w najlepszych restauracjach w Hiszpanii i całej Europie, a ostatnimi laty bardzo zainteresował się czekoladą. Z tego, co znalazłam w internecie, stara się maksymalnie eksperymentować, odchodząc trochę od innych wytwórców bean-to-bar, a robiąc swoje czekolady w sposób bardziej kreatywny, charakterystyczny dla szefów kuchni wyróżnionych gwiazdkami Michelin. Ponoć, robiąc czekoladę, stara się "łączyć te dwa światy". Co ważne, podróżuje po miejscach uprawy kakao, gdyż interesuje go, z czym pracuje. Chodzi zarówno o jakość ziaren, jak i kupowanie ekologicznych surowców z poszanowaniem dla rolników i zasad sprawiedliwego handlu. Mnie bardzo cieszyło, że wszystkie jego tabliczki, jakie widziałam, miały po 80% kakao. Czyżbym najbardziej lubiła tę samą zawartość co Pol? Jeśli tak, można by przypuszczać, że ogólnie to samo lubimy w czekoladach? Dobre doświadczenia z pierwszą i jak dotąd jedyną jedzoną jego czekoladą to właśnie sugerowały. Miałam nadzieję, że dzisiaj prezentowana utwierdzi mnie w tym. Wszak została zrobiona z boliwijskich ziaren, które ponoć smakują wyjątkowo "dziko" i przypominają amazońskie, peruwiańskie kakao. To jakaś naturalna, rdzenna hybryda. Ja uwielbiam Boliwię jako region kakao, a i Peru bardzo lubię. Ucieszyła mnie też wzmianka o tym, że to kakao było prażone bardzo lekko. A także zmiana cukru na po prostu trzcinowy, nie panela.

Pol Contreras Vilapriñó Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao lekko prażonego z Boliwii, z gminy Alto Beni; konszowanie trwało 20 godzin.

Po otwarciu poczułam świeży, żywy zapach słodkich kwiatów i zielonych roślin oraz łodyg, zestawiony z suchszym, przytulnym wątkiem starych książek. Przy nich zaznaczyło się też już trochę liczące sobie, ale wciąż aromatyczne drewno. Kwiaty odpowiadały za lekką słodycz, lecz dbały też o poczucie... wręcz wilgoci. Do głowy przyszły mi rośliny pokryte rosą oraz jeszcze zielone orzechy laskowe; leszczyna. W tle zaznaczyły się subtelne owoce, w zasadzie coś owocowego... lody i budyń, ale na pewno nie na ciepło. Pewna byłam co do wariantu truskawkowego, ale zestawionego z... jakimś żółtym. Marakujowo-ananasowym? W niskiej słodyczy zaznaczył się jeszcze akcent palonego masła, przechodzącego już w toffi.

Tabliczka o kremowym wyglądzie wydała mi się konkretna i masywna, a także twarda. Gdy ją łamałam, trzaskała trochę chrupko, a trochę jak niespecjalnie suche gałęzie.
W ustach rozpływała się maziście w średnim tempie. W pierwszej chwili wydała mi się lekko soczysta i tłusta. Szła trochę w kierunku plastycznej kremowości, zmieniając się w proszkowy budyń. Motyw ten odwracał uwagę od maślanej tłustości. Z czasem soczystość bardzo się rozkręciła. Końcowo zaś pokazała się wodnistość i nieco cierpki efekt, a czekolada znikając, zostawiała mocno proszkowe wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam silną, trochę cierpkawą gorzkość dymu. Od razu było ciężko. Za dymem wkroczyła sadza, może nawet siarka o trochę ściągających zapędach. Mignęła mi pewna kwasowość, acz nawet nie zdążyłam jej dookreślić.

Nagle bowiem odezwała się słodycz o zupełnie odmiennym, łagodniejszych charakterze. Tuż za nią mknął kwasek - także indywidualista, mający pomysł na siebie. Kwasek ten zaserwował soczyste owoce. Powiedziałabym, że egzotyczne, m.in. marakuja.

Słodycz powoli się rozchodziła. Była spokojna, rosła nieznacznie, ale bardzo uładziła siekierowy początek; jakby zawstydziła te dymno-sadzowe nuty. Dała się poznać jako karmelowa. Palona znacząco, ale nie mocno. Moc palenia dopiero się rozkręcała. W tle pojawiło się palone masło, które zadbało, by karmelowa słodycz cały czas trzymała się niskiego poziomu.

Gorzkość choć zaczęła jako niesamowicie silna i dosadna, trochę złagodniała. Wciąż była intensywna, ale już nie tak siekierowa. Acz nie tylko za sprawą słodyczy; znacząco wygłaskała ją świeżość zielonych roślin, wiążących się z motywem wody, rosy.

Marakuja zupełnie przejęła kwasek. Pomogła jej w tym limonka, która równie wyraźnie wyłoniła się z toni egzotycznych, żółtych i cytrusowych owoców. Jako że słodycz weszła i rozwijała się jednocześnie z kwaśnymi, soczystymi owocami, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakby... owoce zainteresowały się słodyczą.

Trochę tej słodyczy sobie pożyczyły, pokazując mi lody owocowe. Lody głównie marakujowe, acz wyraźnie zrobione na śmietance. Pomyślałam o kwaśnej śmietanie, ale wtedy do kwasku dołączyła cierpkość o bardzo owocowym charakterze.

Do marakui i limonki dołączyło kiwi, a po chwili na pewien czas je wyprzedziło. Połączyło kwaśność ze słodyczą i cierpkością, a do tego trochę ściągało. Potem zaś opanowało się i przemieszało z marakują, limonką i innymi egzotycznymi owocami, może ananasem, w lodowym wydaniu. Lody o smaku "owoce tropikalne" przez moment dominowały, po czym dołączyły do nich lody truskawkowe.

Lody truskawkowe cechowała już silniejsza, trochę pudrowa słodycz, mimo że i słodko-kwaśnego, świeższego charakteru im nie brakowało.

Ogólna słodycz pojawiała się to tu, to tam. Mocarne nuty dymu i sadzy trochę się wycofały. Gorzkość jednak cały czas była intensywna, choć zmieniła się w bardziej... przyjazną? Z sadzy wyłoniło się drewno, by zaraz wraz ze słodyczą przejść w stare książki. Stare książki i drewno zapewniły przytulny klimat. W oddali poczułam jeszcze orzechy - niejasne, rozmyte, i w zasadzie ukryte w... kwiatach. Te bowiem na końcówce wróciły z nową siłą.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych owoców: limonki, marakui, kiwi i może ananasa, ale też kwaśnej śmietany. Do tego ostał się cierpkawy, ciężkawy dym i sadza, ale wymieszane z niemal ciepłymi w wydźwięku, starymi książkami. Słodycz przywróciła kwiaty i połączyła ciepło-ciężkawe nuty z rześkością.

Czekolada była pyszna i bardzo dynamiczna. Uderzyła na początku mocarną gorzkością dymu, sadzą, by następnie złagodnieć w świeżo roślinny sposób. Słodycz kwiatów i karmelu oraz kwaśność egzotycznych owoców (marakuja, limonki, kiwi) ciekawie się przeplatały. Potem truskawki zaczęły osładzać owoce, a karmel przemieszał się z mniej słodkimi książkami - ciągle więc nuty jakoś na siebie wpływały i się zmieniały. Intensywnie było cały czas, choć była to różna intensywność. Tylko słodycz nie wyszła tak intensywnie, co się chwali. Nie więc przeszkadzała kwaśności, gorzkości i świeżości. Gdyby miała lepszą, gęstszą i nie taką proszkową strukturę, wystawiłabym 10.


ocena: 9/10
cena: €11 (za 70g; około 47 zł)
kaloryczność: 424,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 20 stycznia 2026

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem

Kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi, a ten zaciekawił tym, że połączył pistacje z innymi orzechami. Różne pasty właśnie z łączonych orzechów wspominam bardzo dobrze. Marki tej jednak nie znałam, więc jeszcze nie byłam taka "hurra optymistyczna", bo jedzona niedawno Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 % pokazała mi, że także kremy 100% czasem mogą zawieść.

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem to krem orzechowy 100% z migdałów i pistacji.

Po otwarciu poczułam dość wytrawny, "zielono"-maślany zapach. Wydał mi się bardzo świeży i surowawy. Migdały i pistacje musiano prażyć minimalnie, ale za to zaplątała się tam nutka borowików na maśle. Osłabła jednak po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia, acz nigdy nie ucichła zupełnie. Sprawiała, że zapach nie był zbyt przyjemny. Obok czułam też niesłodki, delikatny marcepan - ten z kolei w trakcie jedzenia się nasilił. W tle wychwyciłam nutkę białej czekolady, nasilającej się i... podrzucającej myśl o marcepanie oblanym białą czekoladą (o niesłodkim środku, ale właśnie słodkim wierzchu).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, lecz spora część na wierzchu samego kremu też była oleista. Zlałam 3 łyżeczki, a trochę - tak z pół łyżeczki? - musiałam już przemieszać, bo mocno się to samo z siebie mieszało z pastą. I właśnie: ona wcale nie potrzebowała tego dodatkowego oleju, bo była lejąco-rzadka.
Mieszając, tylko na dnie trafiłam na pewną gęstość, ale i tam nie było naprawdę gęstej masy. Całość jawiła się jako płynno-półpłynna. Przemieszałam niedokładnie, by chociaż pod koniec mieć nieco gęstszy krem. Widać pojedyncze kropeczki, ale żadnych kawałków i drobinek. Choć w opisie jest "bez skórek" czarne punkciki były właśnie nimi. I na oko już mogłam stwierdzić, iż krem jest miękki i oleisty.
W trakcie jedzenia potwierdził swoją oleistość i miękkość. Wyszedł wręcz mięciutko i niemal idealnie gładko. Choć jakby ze świetnie skrywaną, prawie nieuchwytną, znikomą pylistością. Dosłownie kilka punkcików zaznaczyło się na języku - i tak jednak na tyle małych, że nie do gryzienia. Krem kleiście zalepiał usta i wydawał się lekko gęstnieć. Mimo że ogólnie dość rzadki, popisał się pewnym konkretem, sytością. Rozpuszczał się w tempie średnim. Jego tłustość chwilami mi przeszkadzała, acz nie wyszedł okrutnie ciężko. Jej odbiór nasilała idealnie gładka struktura. Kojarzyła się z aksamitnym, gęstawym sosem - ale jednak sosem - i smarem. A jednak... przewijała się w nim ledwo uchwytna, wręcz złudna proszkowość i jakby ukryta, iluzoryczna suchawość, wychylająca się sporadycznie. Co ciekawe, nie zaburzyły tego, że krem ogólnie wyszedł gładko. Bardzo gładko.

W smaku od razu poczułam słodycz, przypominającą łagodny, maślany krem. Krem... do przełożenia ciasta, tortu o jasnym kolorze i lekko migdałowym motywie. Słodycz rosła, sugerując biało czekoladowe ganache, krem śmietankowo-maślany.

Pistacje i migdały weszły do gry powoli. Najpierw wydały mi się wyrównane, lecz po chwili jakby trochę się rozdzieliły. Acz cały czas łączyła je subtelna słodycz.

Migdały trochę wyszły na przód i przez pewien czas lekko dominowały. Szybko umacniały się w swej naturalnej słodyczy. Powiedziałabym, że to wręcz migdały słodziutkie nieprażone. Na pewno pozbawione skórek, co pielęgnowało myśli o maślano-śmietankowym, słodkim, niemal biało czekoladowym kremie. Migdały przybrały nugatową szatę.

Pistacje także zawarły w sobie naturalną słodycz, jednak one miały i wytrawniejsze zapędy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wysunęły się na prowadzenie, trochę prześcigając migdały. Zrobiły drobną aluzję do borowików na maśle, umocniły ogólną maślaność. Przemknęło mi echo podprażenia, ale tak subtelne, że uwierzyłabym, iż złudne. Także pistacje wydawały się raczej surowe. Dodały pewnej świeżości, jakby "motyw zieleni", a jednak potem pozwoliły, by wszystko to zalała słodycz. Pistacjowego nugatu, nugato-ganachu na śmietance i białej czekoladzie.

Migdały też zmieniły się w jakiś baton z nugatem i chyba subtelnym dodatkiem marcepanu, sowicie oblany białą czekoladą najwyższej jakości. Wysoka słodycz i maślano-śmietankowy motyw rosły i rosły, zaskakująco jednoznacznie oddając biało czekoladowy krem. Pistacje i migdały na nowo się zrównały, splotły się na biało czekoladowej arenie. Słodycz wydała mi się przez moment aż ryzykownie wysoka, po czym odpuściła, oddając pole maślaności z echem śmietanki.

Po zjedzeniu został posmak słodkich pistacji i migdałów, wkomponowanych w szlachetne, biało czekoladowe nugaty, ganasze i inne kremy, słodkości. Czuć wyraźnie, że cała słodycz bawi się tylko tymi skojarzeniami, a w istocie jest w pełni naturalna. Wyszło to surowo i łagodnie, a jednak dosadnie w tym. Jednocześnie czułam wyraźną, jakby świeżo-roślinną, wytrawność. Raz po raz przyszła mi do głowy smakowa wytrawniejsza suchawość pistacjowych skórek, ale nie wyraźnie one. Czuć, że krem był bez nich, a to jedynie złudzenie.

Krem bardzo, bardzo mi smakował, a jedyny mój zarzut dotyczy konsystencji. Szkoda, że krem nie był gęstszy i że nie czuć w nim miazgowego efektu. O ile jednak gładkość uważam za ok (miazgowość wielbię), tak rzadkość mi przeszkadzała. Smak starał się nadrobić. Wytrawniejszy zapach nie sugerował tego, jak słodko to smakowało. A jakaż to była słodycz! Aż nierealistycznie szlachetnie biało czekoladowa, nie sposób nie myśleć o ciastach z kremem, ganache'ach i nugatach w czekoladzie białej, a jednak... wszystko to płynęło tylko z natury. Migdały i pistacje bez goryczkowatych skórek serwowały 200% słodyczy w dobrym stylu. W ciemno powiedziałabym, że w kremie jest po 50% jednych i drugich. Urzekł mnie też ich surowy wydźwięk. Wytrawniejsze akcenty wyszły ciekawie - borowiki na maśle? Myślę, że to przez kontrast do słodziuteńkości, napędzonej przez blanszowane migdały, tak ten naturalny wytrawniejszy element pistacji został jaskrawo podbity.

Krem smakował mi bardziej niż np. Olini Masło z nerkowców i pistacji, ale punkt odjęłam za konsystencję.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 34,99 zł (za 175g)
kaloryczność: 668 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: migdały 60%, pistacje 40%