środa, 5 października 2022

Rozsavolgyi Csokolade Chuno Nicaragua - Jinotega 72% ciemna z Nikaragui

Za sprawą Csokolade Mababu Tanzania 75 % przypomniałam sobie o zacnej, węgierskiej marce Rózsavölgyi. Nie zanosiło się jednak, by pojawiła się w Sekretach Czekolady. Nie wiedząc o tym, ojciec przypadkiem trafił w internecie na ich tabliczkę inspirowaną sushi i zaproponował, że mi ją kupi. Zdecydowałam się więc na nieco większe zakupy na stronie producenta, wybierając czyste ciemne (w końcu nie musiałam płacić za przesyłkę). Jedzenie zaczęłam od propozycji, która była potencjalnie najłagodniejsza. Miałam tylko nadzieję, że nie np. za łagodna czy nudna.
Kakao, z którego robione są te tabliczki, rośnie w mglistych górach na północy kraju, a zostało nazwane po jednym z pierwszych jego hodowców. Farmy zajmują mniej niż 3,5 hektarów, a ziarna z nich potem siedzą sobie w drewnianych skrzyniach.

Rózsavölgyi Csokoládé Chuno Nicaragua - Jinotega 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Acriollado Chuno z Nikaragui, z okolic miasta Jinotega.

Po otwarciu zapach wydał mi się aż smutno delikatny (może to kwestia zapakowania w papier?). Jednoznacznie skojarzył się jednak z suchymi, jesiennymi liśćmi. Nasilił się dopiero po krótkiej chwili. Patrzyłam w wyobraźni na mnóstwo bukietów suszonych liści, do których dołączył drobny wątek orzechów i papieru... ten był chwilami średnio przyjemny, a chwilami cudnie przypominający nowe książki. Słodycz od razu startowała z dość wysokiego poziomu, dając się poznać jako pudrowa. To w dużej mierze także syrop malinowy, za którym znalazły się czerwone porzeczki i inne czerwone, ale na pewno już słodkie (syropowo?) owoce. Do tego trochę delikatnych, słodkich moreli... suszonych, ale i trochę kwaskawo-świeższych?

Czekolada koloru ciemnej śmietankowej w dotyku wydawała się pyliście kremowa. Okazała się średnio twarda i średnio trzaskająca, acz przy odgryzaniu kęsa jawiła się już jako twardsza i niewątpliwie masywna. A przy tym nieco pyliście krucha.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, zaskakująco miękko. Mimo że kremowo, to jednocześnie pyliście jak jakiś nietłusty, a właśnie niemal proszkowy budyń. Znikała dość wodniście, ale nie bardzo rzadko. Jakaś tam masywność się utrzymywała.

W smaku najpierw rozeszła się spokojna, ale wyrazista słodycz. Pomyślałam o waniliowo-malinowym pudrze. Wanilia zahaczyła o suchość liści, trochę jakby cukier waniliowy z torebki, ale w droższym i szlachetniejszym wydaniu.

Maliny popłynęły jako słodki syrop malinowy. Odnotowałam w nim lekko miodowy aspekt, acz ten wiązał się z wanilią i cukrem pudrem. Słodycz rosła bez kompromisów, jednak po chwili dołączyły do niej przebłyski kwasku.

Wraz z nią na szczęście także soczystość. Drobna, należąca do delikatnych, miękkich i jaśniutkich suszonym moreli. Chwilami próbowały przebić się czerwone porzeczki (acz też może bardziej syrop porzeczkowy?), kierując myśli ku morelom świeżo-surowym, ale na długo nie zagościły. Morele zaprosiły więcej suszonych owoców, w tym daktyli. Daktyle przedstawiły się jako nieco charakterniejsze, pomyślałam o najmniej słodkiej odmianie Daglet Noir, może w wersji między suszonymi, a świeżymi, bo soczystymi. 

Za daktylami pojawiła się drobna gorzkość. Dopieściła wątek liści, obecny niemal od początku. Gorzkość liści, suchych jesiennych bukietów z nich zrobionych, nasiliła się mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Wyszła niemal na przód, gdzie splatała się ze słodyczą daktyli, aż zaznaczającą wówczas swoją obecność w gardle. Oddawała jesienne drzewa i nieśmiałe, niejednoznaczne orzechy. Raz po raz wyłapywałam nawet odrobinkę jakby nasączono-soczystego słodu.

W tle rozlała się śmietankowa nutka, która poniekąd wciągnęła w siebie część pudrowości. Pomyślałam o lodach robionych niemal domowo, z malutkiej np. rodzinnej lodziarni. Znów myśl o pudrowej wanilii, acz bardziej w przyprawowym tonie. Wyobraziłam sobie jej laski, ziarenka, co wiązało się z ciepłym klimatem oraz jakiś dżem morelowy z imbirem i wanilią. Dołożył się do drapania w gardle, wywołanego jakby soczystymi daktylami. To chyba też inne, właśnie słodko-ciepłe przyprawy, acz w ilości minimalnej. Wyciągnęły z oddali wątek książek - już nie takich nowych, a bardziej starych i związanych z suszonymi liśćmi.

Choć przez większość czasu słodkie, czerwone i syropowe owoce rozchodziły się jakby niezależnie, pomykając na tyłach suszonych tonów, pod koniec nieco się zmieszały. Czułam syrop malinowy, jakby mieszający się nieco opornie z... orzechowym pyłkiem? Pomyślałam o pudrowo słodkich orzechowych lodach z sosem malinowym. Malinowy syrop i morele na koniec pokusiły się o lekki kwasek. Morele wyszły z tonów suszonych, pokazując swą świeższą, soczystszą twarz dosłownie na parę sekund. Potem niemal zupełnie zniknęły w śmietankowo-liściowej toni.

Po zjedzeniu czułam posmak jakby słodkich, suszonych liści, wanilii i motyw suszonych owoców niemal miodowych (w tym daktyli), ale ewidentnie soczystych. Po zjedzeniu liście nie były już tylko bukietami, ale przypomniały też o drzewach. Całość była jednak jakby zamknięta w kompozycji śmietankowej (nie ciemnoczekoladowej), jakby to były lody śmietankowe.

Czekolada smakowała mi, choć była bardzo delikatna - miała charakter ciemnej śmietankowej. Pudrowa słodycz na szczęście wiązała się z motywem książek i liści, jednak i tak mi jej nieco za dużo było. Owoce wystąpiły tylko jako "na słodko", a więc malinowy syrop i suszone (daktyle, trochę moreli), acz ogólnie czułam ich nie tak znowu wiele. Nieśmiałe orzechy, lody - wszystko to delikatne, sielankowe. Niczym ciepła, wczesna jesień lub pierwsze letnie dni.
Również miodowa, orzechowa i śmietankowa była Manufaktura Czekolady Chuno Nikaragua 70%, jednak w niej doszukałam się też przypraw, a nie tylko ciepła. Nie smakowała liśćmi i słodyczą, a słodkimi kwiatami. Była bardziej gorzka, trochę kawowa, więc i bardziej mi smakowała. 
Mleczny, orzechowy, z przyprawami, czerwonymi owocami (wiśnie, grejpfrut) i suszonymi (raczej "miodowe figi" niż morele i daktyle) był A. Morin Nicaragua Chuno Noir 70%, acz ten w ogóle był głębszy, soczystszy i zachwycający.
W dzisiaj opisywanej czuć specyfikę regionu, acz przy tak słodkim wydźwięku wydała mi się nieco zbyt delikatna, subtelna.


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 2450 HUF, czyli ok. 32 zł (za 70g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 4 października 2022

Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Remy Martin ciemna 45 % z nadzieniem karmelowo-śmietankowym z koniakiem Remy Martin

W zasadzie trudno mi powiedzieć, dlaczego skusiłam się na te tabliczki (z tej serii mam jeszcze jedną). Nadziewane, alkoholowe przeszły mi - to wiem. Tu niby płacił ojciec podczas wspólnych zakupów w Auchanie, ale i tak. Po co mi one? Markę Anthon Berg uważam za niezłą, ale nic alkoholowego ich nie jadłam. A to chyba właśnie bardziej w alkoholowych propozycjach się specjalizują? Z internetu kojarzyłam jakieś czekoladki-buteleczki. Sama nie wiem, koniec końców. Czyżbym nie chciała pozostać w tyle z tym, co pojawia się na rynku? Nie... Dziwne to, ale w końcu stanęłam przed perspektywą otwarcia.

Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Rémy Martin to ciemna czekolada o zawartości 45 % kakao z nadzieniem karmelowo-śmietankowym z koniakiem Remy Martin.

Po otwarciu poczułam mocno alkoholowo-śmietankowy zapach karmelo-toffi z dość wyraźnym, palono-gorzkawym tłem. Całość cechowała cukrowość, ale z racji dosadnego alkoholu, nie odpychała. Czuć lekką cierpkawość, truflowość. Po przełamaniu, podziale kostek nasilił się śmietankowo-karmelowy, słodki, aż sztucznawy wątek. Wprowadził już lekką taniość.

W dotyku tabliczka wydała mi się średnio masywna, tłustawo-polewowa. Mimo grubości, miała w sobie coś z delikatności.
Przy łamaniu gruba czekolada trzaskała, pękając. Okazało się, iż skrywała sporo niezbyt gęstawego nadzienia. Z przegryzionej kostki wylewało się powoli, może nie zupełnie, ale denerwująco (a wielkie kostki nie zachęcają, by pchać całą do ust - jedną tak zjadłam i choć było to niekomfortowe, to chyba to wbrew pozorom najlepsza opcja, zapewniająca spójność całości i czystą degustację). Jakoś tam się kostki trzymało. Było lepkie, ale nie ciągnęło się.
W ustach sama czekolada rozpływała się powoli, w miarę ochoczo. Była minimalnie, jakby prawie złudnie pyliście-proszkowa, tłusto-mazista, nieco polewowo-czekoladkowa, ale całkiem w porządku. Gęstniała, oblepiała usta, by dość szybko wycisnęło, wyległo spod niej nadzienie. W ustach dało się poznać jako rzadkie (jak gęstawy sos do lodów?). Ilościowo ciężkawa czekolada zdawała się nieco je przytłaczać.
Wnętrze to minimalnie gęstawy, ale rzednąco rozpuszczający się śliskawo-gładki krem o półpłynnej konsystencji. Przypominał bardziej tłustawe i klejące zagęszczone mleko. Znikał szybciej od czekolady.
Czekolada na sam koniec wydała mi się niestety bardziej plastikowa, ulepkowata.

W smaku sama czekolada uderzyła słodyczą cukrową, może lekko "waniliowatą". Na pewno szybko zdecydowała się na maślaność. Miała także likierowo-truflowe, karmelkowo-alkoholowe echo (nawet spróbowana osobno) - obstawiam, że przesiąkła nadzieniem (acz nie wykluczam, że to aromat). Przytoczyła w tym lekką, ledwo uchwytną goryczkę, cierpkość o palonym charakterze, kojarząc się z kawą.

Nadzienie szybko dało o sobie znać jako mocno słodki alkohol. Płynął ze sztucznie słodkiej, cukierkowo-karmelkowej toni. Doszedł do tego mleczno-maślany smak leciuteńko palonego karmelu... wręcz toffi. Podkręconego procentami o soczystym echu. Odnotowałam lekką soczystość "rodzynkowato-winogronowatą", podsycającą niestety sztuczność (powiedziałabym, że syrop glukozowy czuć wyraźnie). Koniak przyszedł mi do głowy, był mocny i na pewno nie chamski. Gdy nadzienie porządnie wyległo spod czekolady, nieco zapiekło w język i zdecydowało się na śmietankową, coraz bardziej tanio karmelkowo-toffi słodycz. W sztuczność wpisał się też właśnie tłuszczowo-kiepski motyw. Nie pasowało to do cały czas wyczuwalnego alkoholu. Wszystko to ani przez moment nie wyszło przed czekoladę, a jedynie zrównało się z nią.

Gardło zostało rozgrzane już w połowie rozpływania się kęsa głównie cukrem i słodyczą osobliwie sztuczną. Alkohol nie zdominował reszty, a tylko dołączył do niej, więc kolejne fali mazi spływającej do niego, rozgrzewanie to rozszerzyły na alkohowość. Całość, kiedy nadzienie przemieszało się porządnie z lekko kawową czekoladą, skojarzyła mi się z "irish coffee" (kawą z alkoholem i śmietanką po prostu).

Sama czekolada po tym wszystkim wydała mi się bardziej maślano-rozmyta. Wciąż za to intensywnie i irytująco cukrowa, mimo że z cierpkawym echem.

Po zjedzeniu został posmak sztucznego, cukrowo-słodziaśnego, śmietankowego toffi oraz mocnego alkoholu, pewna niesprecyzowana soczystość i wątek cukrowo-maślanej czekolady. Niby ciemnej, ale słabo. Kojarzyła mi się z kawą z dużą ilością śmietanki, ale właśnie też całkiem niezłym koniakiem. Czułam się jakaś zaklejona słodyczą.

Całość uważam za średnio dobrze zrobioną nadziewaną czekoladę z alkoholem. Gruba, trzaskająco-skorupkowa warstwa czekolady przytłaczała nadzienie, do jedzenia było to problematyczne. Ciężka czekolada niezbyt pasowała do takiego kremu. Gęsty krem nie wylewał się w sekundę, ale jednak i... mam ogromne zastrzeżenia co do jego jakości. Karmelowa toffiowatość przesłodziła kompozycję. Było w tym przez to coś z Pawełka Toffi, ale w ciemnoczekoladowej wersji, z alkoholem nieco lepszym. Co jednak z tego, skoro słodycz zawaliła sprawę. Śmietankowość całości zaskoczyła. Wydaje mi się, że przez to sam koniak stracił. Lindt Cognac zdecydowanie wygrał jakością, "szkiełkiem" i... mimo wszystko wyszedł mniej zasładzająco-odpychająco. W Bergu bowiem i sama czekolada, choć ciemna, to do tego zasładzania się dołożyła. Niestety, to zasładzanie najgorszego typu, bo syropu. Takie dość... czekoladkowe to. Niby coś lepszego, a jednak na taniej bazie.
Po dwóch i kawałku (rozwalonej do zdjęcia) kostkach nie miałam ochoty na więcej. Słodkie i takie jakieś "krzykliwe". Utwierdziłam się - choć doprawdy, nie wiem, po co wciąż mi te utwierdzanie się potrzebne - że mnie to już nie kręci. I po prostu chyba koniaku nie lubię (inaczej: samego w sobie na pewno nie lubię, a w czekoladach...?). Nie dla mnie takie niewygodne do jedzenia zacukrzacze. Gdy jednak pomyślę ogólnie o nadziewanych alkoholowych czekoladach z jakimi miałam do czynienia, trudno się jej jakoś szczególnie czepiać.
Mama zjadła kostkę i powiedziała: "to nadzienie bardzo smaczne, kojarzyło mi się trochę z Pawełkiem, ale taki dobry alkohol czuć, za to ta czekolada zupełnie nie; ciemna, a cukrowa, a w dodatku za dużo jej w stosunku do tego nadzienia. Już byłabym gotowa jakoś tylko je powyjadać, ale za leniwa jestem, więc reszty po prostu nie chcę." Pół żartem, pół serio dodała, że jak jej to nadzienie powybieram łyżeczką, to z ochotą zje, ale podpowiedziałam, że przy tym składzie nie warto, więc reszta trafiła do ojca.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: 12,99 zł (za 90g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 476 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, mleko skondensowane, tłuszcz roślinny w nadzieniu (palmowy, shea), koniak 1,3% (Remy Martin), stabilizator (syrop sorbitolowy), lecytyna sojowa, naturalny aromat, sól, syrop, zagęszczacz (pektyna)

poniedziałek, 3 października 2022

Zotter Squaring the Circle 75% Dark Choco with Date Sugar ciemna z cukrem daktylowym

Choć przy kupowaniu przez internet najzwyczajniej opłaca się wybierać więcej przy jednej przesyłce (bo komu opłacałoby się pakować, wysyłać jedną małą tabliczkę?), to jednak zawsze występuje problem, że można się władować w kilka kiepścizn. Zotter Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar nie zachwycił mnie - słodycz daktyli bez ich intensywnego smaku nie wydaje mi się fajna. Crema Cashew utwierdził mnie w dodatku, że cukier z daktyli sprawia, iż produkt się po prostu nie rozpuszcza (albo robi to bardzo niechętnie). Niestety, to właśnie razem z nim przybyła do mnie dziś opisywana czekolada. Zastanawiam się sama, czy gdyby nie to, ominęłabym ją, czy i tak spróbowała, łudząc się, że 75% kakao da radę? Biorąc pod uwagę, że pochodzi z nielubianej przeze mnie linii autorstwa córki Zottera (Julii), sama nie wiem. Wspomniana mleczna Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar nie chwyciła mnie, podobnie jak i klonowe (ciemna 70% czy nerkowcowa "mleczna").

Zotter Squaring the Circle 75% Dark Choco with Date Sugar / Quadratur des Kreises 75 % Dunkle Schoko mit Dattelzucker Vegan to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao; słodzona cukrem zrobionym ze zmielonych daktyli.

Po otwarciu uderzył mnie zaskakująco wyrazisty zapach daktyli. Jakbym to paczkę suszonych, twardszych sztuk otworzyła. Ich słodycz mieszała się z charakterną melasą i palonym karmelem. Do tego doszło dymne tło, serwujące sporo gorzkości. Zaplątały się w nim orzechy, może... masa makowa ze słodkimi suszonymi owocami (nie tylko daktylami, ale też suszonymi morelami i figami) oraz orzechami. Włoskimi? Całość, choć dość poważna, zaskoczyła mnie wysoką słodyczą.

W dotyku tabliczka wydała mi się twarda, ale jednocześnie kremowa i udająca lepkawą, choć to w zasadzie to nie pierwsze, co przyszło mi do głowy po otwarciu. Otóż przybyła do mnie zupełnie połamana. O specjalnym łamaniu nie było więc mowy (a ja miałam czekoladowe puzzle, bo chciałam ładne zdjęcia), ale tam, gdzie dane mi było ją przełamać czy gdy odgryzałam kęsa, okazało się, że była zwyczajnie twardawa. Wydawała lekkie trzasko-pyknięcia.
W ustach dość długo utrzymywała kształt, jednak twardawość porzucała prędko. Rozpuszczała się z łatwością. Dała się poznać jako kremowo-gładka, niemal śmietankowa. A mimo że lepkawa, to przypominająca trochę lód (jak na lód topiący się powoli, ale jak na ciemną czekoladę zwyczajnie). Z czasem jednak lekko popuszczała swej nie za gęstej mazi, wykazując minimalną soczystość.
Wysuszała na koniec.

W smaku uderzyła słodyczą cukro-karmelu. Przez sekundę mignął mi czysty cukier, ale zaraz jakby podpalił się na ciemny karmel, a już po chwili po ustach rozlał się daktylo-miód. Potem już po prostu daktyle. Nagle wydały mi się niezwykle jednoznaczne, na dobre rozgościły się na pierwszym planie. Wszelkie skojarzenia z cukrem zaskoczyły na tor owocowy. Wyobraziłam sobie suszone, naturalnie scukrzone owoce, głównie figi.

Prędko swoją obecność zgłosiła także gorzkość. Należała do gęstego, aż ciężkawego dymu. Pomyślałam o jego kłębach, niosących pikanterię i ziemistość. To jak słodkawe i ostre w korzenny sposób kadzidełka, a także z czasem coraz więcej ziemi. Ziemi czarnej, brudnawo-ostrej. Wydała mi się chłodna.

W tym czasie słodycz nie próżnowała. Zbudowała obraz miodowej masy przede wszystkim z ogromem słodkich, charakternych daktyli. Myślę tu o jakiejś głębszej smakowo odmianie, np. Daglet Noir (różne porównywałam na instagramie). One same w sobie zawierają jakby nutę czekolady i tu, mniej więcej jakoś w połowie rozpływania się kęsa, jawiło się to jako czeko-daktyle lub daktylolada (wymyślam te dziwo-twory). Daktyle lawirowały między suszonymi daktylami suchego, twardszego typu, a zupełnie świeżymi, zmieszanymi z soczystością innych owoców suszonych (ale soczystych!). Soczyste, miękkie suszone morele, a przy nich słodkie, acz z namiastką kwasku suszone figi, które przybrały brązowy kolor ("klasy B", bo są źle ususzone / niedosuszone, acz ja lubię takie).

Mimo że daktyle dowodziły, z czasem z czarnej ziemi i ciężkiego dymu wyłonił się mak. Zasugerował on rozchodzącej się masie konkretnie miodową masę makową, z makiem goryczkowatym, a także mnóstwem orzechów włoskich.

Na moment orzechy włoskie niemal zrównały się z daktylami. Wspierała je ziemia i dym, dzięki czemu nieco złagodziły słodycz. Chociaż... chwilami same w sobie fundowały trochę orzechowej słodkawości i... pieczoności?

Pieczono-ciepłe, pikantne tony po konkretnym przemieszaniu się ze słodyczą zaobfitowały w ostre ciastka korzenno-melasowe. Czuć paloność, sporo ciepłych, grzejących w gardle przypraw. Na języku zaznaczyły się jako lekkie pieczenie, czemu wtórowała daktylowa słodycz. Ciastka te owoców nie zawierały - musiały to być jednak ciastka z orzechami. Daktylowość starała się trzymać obok.

A jednak orzechy włoskie w pewien sposób łączyły i ciastka korzenne (a raczej ich zimowy wydźwięk), i ziemiste wątki, i masę z owocami suszonymi. Tam i pod koniec daktyle dominowały. Znów wyłapałam też suszone morele oraz pewną rześkość i minimalny kwasek soczystych owoców (jakby masę próbowano przełamać odrobinką soku z cytryny?).

Soczystawe, suszone owoce pod koniec złagodniały z tym wszystkim niemal do kwiatowych realiów. Kadzidełka zaserwowały jakąś ostrawo-kwiatową kompozycję, a przed oczami stanął mi daktylowy biszkopt. Może tort Dacquoise (nigdy nie jadłam, to wyobrażenie; podążając googlowym tropem: Dacquoise - dakłas - to tort bezowy z daktylami, orzechami włoskimi i kremem na bazie sera mascarpone, bitej śmietanki i masy krówkowej; dokładniej dwa bezowe płaty przełożone tym wszystkim). Pod koniec pod kwiatami znów odnalazł się jakby owocowy cukier albo coś nieco ostro-słodzikowego, więc może nawet jakaś owocowa beza albo zdrowa alternatywa bezy... Z walczącym o przetrwanie kwaskiem owoców w oddali.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie jak po daktylach, nawet pewne wysuszenie. Mimo to, nie było tak słodko-słodko. Czułam też wyrazistą goryczkę ziemi i dymu, a także - co ważne - posmak daktyli (a nie tylko ich słodycz) i suszonych owoców niedookreślonych. Nawet orzechy się trochę utrzymały, acz złagodzone kwiatową nutą.

Całość zaskoczyła mnie, jak intensywnie daktylowa była. Do tego nie zatraciła powagi, a więc gorzkości dymu, ziemi. Orzechy włoskie i mak doskonale wpasowały się właśnie do daktyli. Wszelkie korzenno-ostre, miodowo-karmelowo-melasowe skojarzenia tworzyły zgrany bukiet.
Mnie było to co prawda za słodkie (zwłaszcza, gdy wkraczał "owocowy cukier" i skojarzenie na końcu z dacquoisem), ale tak siląc się na obiektywizm, nie była mocno za słodka. Po prostu słodka jak na 75%. Choć po kilku kostkach daktylowa słodycz dawała się we znaki, wszystko było na tyle uzasadnione i głębokie, że spokojnie zjadłam całość (faktycznie się zasładzając konkretnie już na koniec).
Bałam się, jak będzie z rozpływaniem etc., a tu okazała się udanie przypominać przeciętną ciemną.

Ogromna różnica między nią, a wersją mleczną! Chyba nie zaburzone niczym innym daktyle, na kakaowym tle miały większe pole do popisu. W smaku Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar to ogrom słodzideł, a więc karmel, melasa, ciastka, krówki, toffi - mnóstwo wszystkiego. Choć niektóre pojawiały się także w dzisiaj prezentowanej, jej słodycz skupiła się na daktylach. Do tego nie zapomniała o soczyście kwaskawych owocach, wtłaczając je w realia masy z daktylami. Dym i ziemia (które w mlecznej były jedynie nutkami), cudnie się wyeksponowały. I w zasadzie to właśnie w tej ciemnej był błogo śmietankowy element.
To w takim razie świetnie zrobiona daktylowa czekolada! Tylko że biorąc pod uwagę tę słodycz... może zasadniej byłoby podnieść w niej miazgę kakaową do aż 80%?


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 17,90 zł (za 70 g; cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier daktylowy 25%, tłuszcz kokosowy

niedziela, 2 października 2022

(Cukry Nyskie) Auchan Petit Beurre Herbatniki Blacky

Żałuję, że te ciastka trafiły do mnie dopiero, gdy już ciastka stały się idealnym przedstawicielem produktów nie w moim typie. Kiedy w Polsce pojawiły się Oreo, marzyłam o tym, by pojawiły się jako same herbatniki, bez kremu. Przed blogiem zdarzało mi się jadać Oreo albo z mlekiem, zagłuszającym krem, albo... wywalając krem łyżeczką na talerzyk. Ten (krem, nie talerzyk) potem z ochotą zjadała Mama, bo jej smakował, natomiast herbatniki nie. Nigdy jednak Oreo często u nas nie gościły. Ojciec jakoś akurat zapamiętał albo (co jest bardziej prawdopodobne), uznał "czarne herbatniki" za dziwne, a wiedząc, że lubię kolor czarny i według niego "dziwne jedzenie"... Przywiózł mi je. Widząc wahanie, dodał, że zawsze mogę spróbować i z powrotem mu oddać, bo chce jakiś spód do ciasta z nich zrobić. Uznałam więc, że warto zobaczyć, jak to z nimi.


Auchan Petit Beurre Herbatniki Blacky to maślane "herbatniki czarne" kakaowe, produkowane przez Cukry Nyskie dla Auchan.

Ciastka pachniały całkiem wyraziście średnio wypieczonym i zaskakująco słodziutkim herbatnikiem z lekką naleciałością goryczkowatej palonej nuty (już prawie spalenizny nieokreślonego pochodzenia, acz w pozytywnym sensie). Słodycz wydała mi się cukrowa, nieco wręcz uroczo-waniliowa i... zaskakująco czekoladowo-kawowa w ciastowym kontekście. Kakao z kolei było podejrzanie ukryte w tym wszystkim.

Wyjęte z paczki herbatniki nie kruszyły i nie osypywały, ale wydały mi się lekko pyliste. Już w dotyku zdradziły, że nie są suche jak pustynia. Wydawały się ciężkawe, zwarte i masywne. Łamane chrupały, trzaskały i dopiero się kruszyły.
Choć gryzione w pierwszej chwili były się dość twarde i chrupiące w świeży sposób, zaraz okazały się lekkie i, choć nie zupełnie puste w środku, to nietwarde, a papuciejące jak ciasto. W ogóle w ustach bardzo szybko rozpływały się. Zaskoczyły lekkością, ich wnętrze szybko nasiąkało. Robiły to gęstawo, zmieniając się w zawiesinowo-ciastową papkę. Nie zalepiały przy tym zębów. Okazały się lekko tłustawe, ale też minimalnie pyliście kakaowe. Nie były ani specjalnie gęste, ani puste. Nie zostawały w zębach, wiec zapewniły degustację raczej czystą i szybką.
Maczane w mleku nasiąkały nim z łatwością i nie rozpadały się, ani nie zanieczyszczały go przesadnie.

W smaku nad wszystkim rozłożyło parasol leciutkie, minimalnie goryczkowate kakao... czy raczej delikatne "kakałko". Wtórowała mu palona nuta, jednak wydało mi się... jakieś ulotne, uciekające.

Pod nią zabrzmiała nieprzesadzona, ale zaskakująco wysoka słodycz. Miała cukrowo-waniliowy (czy raczej "waniliowaty") charakter i wpisywała się w typowo herbatnikowy smak. To wyszło aż uroczo ciasteczkowo, co biorąc pod uwagę kolor było dziwne. Cukrowość szybko się rozkręciła.

Łagodność z czasem trochę się zreflektowała i zmieszała z kakao. Choć wciąż nie czułam wyraźnie kakaowego smaku. Zrobiło się gorzkawo, z paloności wyłoniła się namiastka... spalenizny? W trakcie degustacji nagle zaleciało mi węglem, ale potem straciłam pewność. Na pewno bardziej niż kakaowo, wyszło czekoladowo.

Mniej więcej w połowie czy to gryzienia, czy rozpuszczania kęsa, odnotowałam pewną tłuszczowość w tle - jakby masło-margarynę. Pilnowało to, by nie można było mówić o goryczce czy gorzkości. Margarynowa nuta za bardzo mi się narzucała, tym bardziej że mieszała się z wysoką słodyczą.
Ta nie wzrosła drastycznie, acz ośmieliła się. Podłapała te tłustsze nuty i gorzkawość, po czym splotła je w obraz nieco przypalonego, budżetowego ciasta czekoladowego... Może nawet czekoladowo-kawowego? Z nutą słodkiego, sztucznego aromatu.

Po zjedzeniu został trochę sztucznawy posmak, wpisany w ciastowo-słodki, margarynowy klimat. Goryczka i cierpkość były znikome, a całość wyszła zaskakująco uroczo. Herbatnikowo-ciastowo... czekoladowo, tak charakterniej, ale tanio.

Spróbowałam z mlekiem, jak to się np. Oreo zaleca jeść. Muszę przyznać, że zaskakująco przyjemnie to wyszło - to chyba najlepsza opcja na te ciastka. Nawet lepiej niż z herbatą, bo mleko chyba jeszcze podkreśliło tę kakaowo-spaleniznowatą cierpkość, goryczkę. Właśnie po zanurzeniu w mleku można już o pewnej kakaowo-przypalonej goryczce mówić. Herbata natomiast poniekąd jakby ją wchłonęła. Z nią wyszły "przeciętniej ciastowo-czekoladowo".

Ciastka uważam za zaskakująco niezłe, choć przeciętne. Nie brak im gorzkawości zadziwiająco czekoladowej (za nic nie podejrzewałabym, że wywołają skojarzenie z ciastem czekoladowym bardziej niż po prostu przytoczą smak kakao), acz jak dla mnie i tak była za niska. Nie obraziłabym się, by po prostu były dosadniej, mocniej kakaowe. Przesłodzono je jednak - i to w sposób, który tu zupełnie nie pasował. Chrupiąco-świeże, rozpływające się - w zależności od tego, jak się je jadło. Jakościowo jak na takie ciastka też w sumie bardzo poprawne. Margarynowość mi przeszkadzała, ale niestety to chyba cecha typowa herbatnikowych ciastek.
Gdy wczytałam się w skład - z goryczą pomyślałam, że no tak, po co czarne ciastka robić mocno kakaowe, jak można to węglem zapchać... I czuć to w smaku.
W sumie mogę je z czystym sumieniem polecić osobom szukającym ciemnych herbatników, ale raczej nie szukającym "czystych Oreo". Były bardziej słodko-herbatnikowe od Oreo. Strukturę miały zupełnie inną. W sumie z ciastek już nie czerpię przyjemności, ale dobrze wiedzieć, że jeszcze i ciastka zdarzają się całkiem spoko i w miarę ciekawe. Dziwi mnie jednak nieustannie, że nikt nie wpadnie na to, by jednak zrobić niepodważalnie oreowate bez kremu.
Mama też spróbowała i w niej też większych emocji nie wzbudziły. Podsumowała: "takie łagodne, zwyczajne, bezpłciowe; mnie to tylko ten kolor aż odstrasza, ale właśnie rozumiem, że jak ktoś chce porządnie kakaowe, to się zdziwi, bo zupełnie takie nie są". Połączyłyśmy się w nierozumieniu, po co robić niby takie aż czarno kakaowe ciastka, żałując kakao... A herbatniki trafiły do ojca.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: 2,50 zł (za 200g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 436 kcal / 100 g; 1 ciastko (ok. 5,4g - 24 kcal)
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy z upraw zrównoważonych, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 6,3%, syrop cukru inwertowanego, demineralizowana serwatka w proszku, serwatka w proszku, substancje spulchniające: (węglany amonu, węglany sodu, difosforany, pirosiarczyn sodu), sól, lecytyna sojowa, barwnik: węgiel roślinny; aromat

sobota, 1 października 2022

Aruntam Sensory Chocolate 90% Virgin Bio Dark Chocolate & Coconut Blossom Sugar Esmeraldas Ecuador | Arriba Nacional ciemna z Ekwadoru

Przyszło mi do głowy, że zaraz po Domori Fondente Criollo 90 %, a także po poznaniu Aruntam 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional przyszedł doskonały moment, by sięgnąć po nieco lżejszą koleżankę tej drugiej, czyli właśnie 90%. To, że 10% czasem oznacza nieskończenie wiele różnic wiem nie od dziś, ale... jakie tym razem? Co prawda posłodzono ją cukrem kokosowym (choć to twór teoretycznie zacny, nie używam go - jak i żadnego innego słodzidła - a także uważam, że lepiej niż do czekolad, nadaje się do innych rzeczy), który wiele wnosi do produktu, do którego się go dodaje, ale wydaje mi się, że na tyle dobrze znam czekolady słodzone trzcinowym i nim, że nie będzie problemem wyłapanie, za czym to on stoi. Od razu jednak pomyślałam, że sam jest tak specyficznie rześki, że chyba dobrali go idealnie do kakao. Ciekawe, czy miałam rację.

Aruntam Sensory Chocolate 90% Virgin Bio Dark Chocolate & Coconut Blossom Sugar Esmeraldas Ecuador | Arriba Nacional to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru, z plantacji Esmeraldas.

Rozcięcie złotka było jak otwarcie okna w wietrzny dzień, który uderza rześkością i aromatem zielonych roślin. Pojawiła się też wysoka słodycz jasnego miodu, może miodu akacjowego o niemal przezroczystym kolorze. Akacje, aloes, eukaliptus i inne zielone rośliny ścigały się, a wtórowały im kwiaty. Białe na pewno, w tym jaśmin i delikatniejsze dzwonki. Mieszały się z owocami, które też w pewien sposób cechowała kwiatowa rześkość, zwiewność. Egzotyka bez dwóch zdań. To lychee, ale też banany... czy raczej aż ciężkawy nektar bananowy, przy którym znalazło się sporo orzechów (ziemnych?) i trochę ziemi. W trakcie degustacji czasem słodkie, dojrzałe i niemal czarne banany wydawały się wychodzić na przód... A za nimi sporadycznie kryły się przebłyski słodkich czerwonych owoców. Mimo goryczki, nie był to zapach wskazujący na tę zawartość kakao. W tle czuć także drobny kwasek, ale wpisany w owocową rześkość.

Tabliczka była twarda w dość dziwny, jakby skaliście-szklany sposób. Łamała się z naprawdę głośnym trzaskiem, nawet trochę się krusząc. Mimo że skalista i masywna, nie wydawała się ciężka. Przekrój miała ziarnisty. Co więcej, dostrzegłam w nim kryształki.
W ustach przez jakiś czas twardość podtrzymywała. Stawiała lekki opór, wydawała się nieprzystępna. Miękła jakby od wewnątrz. Okazała się gładko-kremowa, niby maślana, ale nie mocno tłusta. Robiła się gibka, trochę gumowa i skąpo "zrzucała z siebie" kolejne, bardziej miękkie fale, nie będąc miękką zupełnie. Pod koniec wydała mi się wręcz wodniście-soczyście rzednąca... Na jakby nieco rozrzedzone smugi smaru. Pokrywała nimi usta i zalepiała trochę. 

W smaku pierwsze uderzyły słodziutkie, białe kwiaty. Wyobraziłam sobie jaśmin, konwalie, inne dzwonki, jakieś delikatniejsze egzotyczne... Wszystko pokryte rosą, oddające rześkość poranka. Egzotyka przytoczyła kwiaty kaktusów, a ja pomyślałam o samych zielonych kaktusach, które kryją w sobie wodę.

Do rześkości i słodyczy prędko dołączył miód. Miodzik dosłownie. Także on podkreślił roślinność. Pomyślałam o miodzie akacjowym, jego niemal przezroczystym kolorze i... może miodzie kwiatowym? Mieszał się z kwiatami i zapraszał owoce... Też słodkie, o niemal kwiatowych zapędach.

A jednak po paru chwilach odnotowałam także gorzkość. Wizja kaktusów stała się wyrazistsza - rosły na pustyni, co oczywiste: poczułam pewne ciepło w tle. Lekką pikanterię? Uwypukliła gorzkość. Ta skojarzyła mi się z asfaltową drogą, biegnącą przez pustynię. To trochę jak szybki rajd przez takie ciepło cabrioletem, gdy czuć wiatr i... którym jedzie się w jakieś odludne, leśne i chłodniejsze miejsce?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czułam dym, niemal gorąc, a także skryte za nim kawę i ziemię. Kawę paloną średnio mocno, a ziemię... rozgrzewaną słońcem, owszem, ale pod spodem czarną i wilgotną. Po cieplejszym epizodzie kumulowały się nuty zielonych roślin. Mignął ogórek (jak coś w wariancie "ogórek&aloes"?), który przeszedł w ogórka rogatego, czyli kiwano (pisałam o tym na instagramie) i inne zielenie. Pojawiła się tam cierpkość i kwasek.

Z czasem słodycz natarła z nową siłą jako słodkie banany i nektar bananowy. Trzymał się ich słodki, jasny miód. Kompozycja wydała mi się głównie słodka, nagle złagodniała w aż maślanym sensie. Maślaność i śmietanka stworzyły bazę bardzo łagodną, a potem... rośliny obudziły w tym orzechową nutę. Poczułam surowe fistaszki, w skórkach, które przywróciły gorzkość.

Surowe fistaszki otworzyły drogę ziemi. Odnalazły się w niej węgielne nuty, w które zmieniła się paloność. Pomyślałam o węglu roślinnym. Może również kawę w tle czułam? Kawę i... "słodkiego kokosa"? Słodzoną, kokosową kawę? Ziemia jednak smagnęła pikanterią, a słodycz dobudowała jej korzenny wydźwięk, robiąc to chili i cynamonem. W pewnym momencie wydała mi się lekko melasowa, nieco palono karmelowa. Korzenność wiązała się ze wcześniejszym poczuciem ciepła, jakby łącząc kontrasty. Wciąż było bowiem było także bardzo rześko. Czyżbym czuła lukrecję / anyż? A przy nich nadal eukaliptusowo-aleoesowe tony?

Śmietanka zrobiła się śmietaną, w owocach pojawiła się kwaśność wyrazista. To cytryna, coś trochę karambolowatego, ogórkowo rogatego... Cierpkość trafiła na banany i nieco wyhamowała. Mieszały się bardziej jakby... ze śmietanką kokosową? Jak zrobiony na niej owocowy deser? Wyłapałam grejpfruta... ale nie wiem, czy czerwonego. Chyba, bo motyw czerwonych owoców jakoś pobrzmiewał... ale może bardziej jako truskawka? Na pewno wciąż czułam egzotykę, słodko-rześkie lychee, coś kaktusowego. Bananowo-kaktusowy nektar? 

Owoce na końcówce zmieszały się z orzechami. Nie było już ani specjalnie ciepło, ale rześko, acz... czułam pikanterię chłodnej lukrecji, a także jakby przygłuszoną chłodem słodycz miodu. Do tego pewna lekkość, a więc kwiaty, nie dawała spokoju. Czerwono owocowy akcent zasugerował dziką róże, ale bardziej niż owoce, to kwiaty.

W posmaku została ziemista, trochę asfaltowa goryczka oraz ostrość przypraw, ziemi... Czułam niemal odświeżenie w ustach, lukrecjowo-anyżowe odrętwienie języka oraz pewien chłód. Sporo na koniec przybyło maślaności, śmietany. Banany nieco spasowały, choć jakby przykryte kwiatami były i one.

Całość bardzo mi smakowała. Kwiaty, rośliny, akacjowo-kaktusowe tony, ten właśnie specyficzny miód, banany budowały kompozycję głęboką, rześką i intrygującą. Za gorzkość odpowiadały wątki ziemi, asfaltu... ale nie była to gorzkość mocna. Orzechy ziemne cudnie wszystko wyważyły, acz i tak słodycz aż zaskoczyła. Pojawiły się nuty melasy, a przy fistaszkach chyba "słodkiego kokosa". Nie była jednak silna dzięki całej tej rześkości. A tej nie brak kwasku cytryny i śmietany.
Była podobna do 100%  i - co ciekawe - nawet nie to, że bardziej słodka (acz trochę owszem) w odbiorze ogólnym, bo bardzo, bardzo rześka. O ile 100% była bardziej słodko-gorzka, tak dzisiaj opisywana słodko-"rześkokwaskawa". Wzięłam to w cudzysłów, bo nie była to taka oczywista kwaśność. Częściej bardziej sugerowana przez rześkość. To na pewno cukier kokosowy ją tak rozbudził.
100% wyszła bardziej drzewnie, 90% zaś roślinnie.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: może w odległej przyszłości

Skład: ziarna kakao, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 30 września 2022

Laurence Premium Handmade Dark Chocolate 85 % Cocoa ciemna

Czasem zdarzy mi się trafić w internecie na "dobrą zwyklejszą" czekoladę i skusić się na nią. Są to takie, których nigdy nie widziałam, niepopularne, ale nie z tych, co to wygrywają odznaczenia na Akademiach Czekolady. Chcę zawsze mieć też jakieś prostsze do odkrywania. Nie lubię bowiem nudy, ale nie każdy dzień jest odpowiedni na te najlepsze czekolady (gorszego dnia takich jakoś mi szkoda). O Laurence nigdy wcześniej nie słyszałam, więc ostrożnie kupiłam jedną. Z tego, co na szybko wyczytałam, rodzina Laurence założyła swoją firmę w 1922 roku w greckim mieście Saloniki, czyli działają już od trzech pokoleń. Ponoć sami dokładnie dobierają składniki, przyprawy etc. No, obstawiałam (czyt. byłam pewna w 99%), że nie chodzi dokładnie o same ziarna kakao, bo w ofercie całkiem sporo tabliczek z dodatkami, a także innych rzeczy mają.

Laurence Premium Handmade Dark Chocolate 85% Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao.

Po otwarciu uderzył zapach kawy. Kawy gorzkiej, czarnej, ale nie siekiery. Wyraźnie pokazało się gorzkawe cappuccino, zestawione z mocno słodkimi pralinkami w tym właśnie wariancie. Czuć śmietankę, a także obrazowy motyw polewy cukrowo-kakaowo-ciemnoczekoladowej, pokrywającej wspomniane pralinki / czekoladki. Ogólna słodycz jednak była nieco stonowana intensywną wanilią, więc sama cukrowość nie dawała się we znaki aż tak bardzo. Palono-polewowy motyw wiązał się z intensywnym kakao, ale nie przełożyło się ono na pełną szlachetność kompozycji. Niemniej, zapach był w porządku.

Jako ciekawostkę na wstępie napiszę, że najpierw wzorku na kostkach nie mogłam ogarnąć, jednak kiedy dotarło do mnie, iż przedstawia damę w kapeluszu, nie mogłam odegnać skojarzenia z Panią Walewską.
Cienka tabliczka w dotyku wydała mi się potencjalnie kremowo tłusta. Przy łamaniu cechowała ją przeciętna twardość, a także średnio głośne trzaski. Gdy odgryzałam kawałek, zupełnie nie wydawała się twarda. Choć także przekrój sugerował jeszcze gładkość, doszukałam się w nim pojedynczych kryształków.
W ustach rzeczywiście była kremowa, dość tłusta w śmietankowo-maślany sposób. Chwilami sprawiała wrażenie aż śliskawej, a mimo to pyliście-pyłkowej. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, z łatwością mięknąc na gibką, zawiesinową masę śmietankowego, rzadkawego budyniu, który lepił się do podniebienia. Na moment jakby gęstniała, po czym coraz bardziej rzedła i znikała trochę wodniście. Pozostawiała lekką pylistość; wrażenie, jakby coś pod zębami miało trzeszczeć. Było też sporo drobinek niedokładnie zmielonego kakao i małych grudek kakao w proszku - osobliwe uczucie.

W smaku również od początku dominowała kawa. Odważna, czarna i gorzka, acz nie powalająco mocna. Zakręciła się przy niej gorzko-palona nutka, pewna suchość.

Zaraz nadciągnęła też słodycz. Niczym cukrowa burza z waniliowym grzmotem. Kawę zasłodzono, wanilia dosłownie się w nią wgryzała, wydając się przy tym trochę karykaturalną. Raz po raz na ratunek do kawy doskakiwała cierpkość, ale i ona tonęła w słodyczy.

W wyobraźni ujrzałam całe mnóstwo słodkich czekoladek / pralinek cappuccino. Ewidentnie w ciemnoczekoladowej polewie, słodkich w specyficzny sposób. Aż nieco ciężkawy, cukrowy... To mieszało się jednak z wanilią, z której ilością też przesadzono. Czekoladki musiano podać do kawy.

Kawa wbrew pozorom miała się całkiem nieźle. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o gorzkawym cappuccino, może z dosypanym kakao. Rozlała się śmietanka, skupiająca uwagę raczej na wanilii niż cukrze, ale i tak zrobiło się za słodko. Cappuccino... zmieniło się w cappuccino waniliowe, a wśród czekoladek właśnie i takich, waniliowo-śmietankowych, waniliowo-maślanych wariantów nadzień się pojawiło. Wanilia chwilami ewidentnie była przerysowana. Przez to choć już przy pierwszych kęsach słodycz wyszła za mocno, ale jeszcze jakoś do zniesienia bez zbytniego narzekania, tak przy trzeciej kostce zaczynała już denerwować.

Kawa jednak, w takiej czy innej postaci, cały czas dowodziła. Czasem wracała ta czarna, zwyklejsza... niosąca paloność. Palona gorzkość chyliła się sporadycznie ku polewie kakaowej, by potem mrugnąć do orzechów. Palone orzechy? Orzechy zatopione w czekoladowo-kakaowej polewie? Coś takiego, co w końcu upuszczało motyw kakao w w proszku. Było cierpkie, proste i przynajmniej nieco tonujące słodycz.

Cierpkość kakao pozostała w posmaku. Wtedy udało jej się wyklarować spośród orzechów konkretniej orzechy włoskie. Niestety do tego czułam też za dużo słodyczy zarówno waniliowej, jak też "czekoladkowo-polewowo" czysto cukrowej. Mimo że obyło się bez drapania w gardle, i tak nie było najlepiej, bo przesłodzenie i tak czułam. Do tego usta były jakby nieco otłuszczone, a w ustach ostało się poczucie suchości jakby od pyłku kakao (a czekolada nie była pyłkowa).

Całość była w porządku, ale "premium" bym tego nie nazwała. To dobre wydanie czekoladek cappuccino, dość łagodnej czarnej kawy. Kompozycja prosta, gorzkawa, ale niestety też strasznie słodka. Nie od samego cukru na szczęście, a też wanilii, ale jednak. Nie przemówiła do mnie tłusto-rzednąca konsystencja, ale też nie była szczególnie zła. Czekolada w zasadzie dobra, ale w jej cenie (i niższej) można znaleźć o wiele więcej lepszych (choćby Lindt Excellence 85%). Zasładzająca, acz jeszcze do zjedzenia. Chociaż pod koniec (jak zostały mi 3 kostki), była tak denerwująco (ale nie że aż tak MOCNO) słodka, że zostawiłam tę końcówkę na kolejny dzień. 


ocena: 7/10
cena: 13,10 zł (za 80g)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowe, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 29 września 2022

Domori Fondente Criollo 90 % Dark Chocolate ciemna z Wenezueli (nowa 2021)

Idąc za ciosem, dalej na degustacje wybierałam te o najwyższych zawartościach kakao. Odnośnie dzisiaj prezentowanej to nawet nie wiem, czy motywowane to było ogromną ochotą czy raczej tym, że uznałam, iż zalega mi w komodzie zbyt długo, będąc taką niewiadomą. Wolałam szybciej sprawdzić, czym jest.

Domori Fondente Criollo 90 % Dark Chocolate to ciemna czekolada zawierająca 90 % kakao criollo (blend różnych podgatunków) z Wenezueli.

Gdy rozcięłam papierek, poczułam się, jakbym nachyliła się nad sowicie przypieczonym brownie z orzechami. Dominowały włoskie, ale możliwe, że przewinęły się tam też surowe fistaszki i migdały. Te drugie niemal na pewno, ale jakby było to ciasto np. na mące migdałowej, a wypełnione włoskimi i... z włoskimi poutykanymi na wierzchu. Orzechy wprowadziły gorzkość, a także sporo drzew. Daleko w tle pobrzmiewała cierpkość czerwonych owoców. Może czerwonych suszonych? I jakby mdławych, jasnych suszonych moreli? Ogólnie w kompozycji niewiele ich wywąchałam.

Nie za gruba tabliczka trzaskała donośnie, jakby była bardzo krucho-masywna, pełna, wręcz sprasowana i trochę jak grube, suche gałęzie. Wydawała dosłownie huki. Była bardzo twarda, a przekrój miała ziarnisty i nieco kryształkowy (te lśniły).
W ustach przez pewien czas utrzymywała twardość, po czym miękła na gibką, gęsto-zwartą grudkę jakby zbitego kremu z orzechów. Z czasem udawała masywne, gęste i maziste brownie o wysokiej, maślanej tłustości. Lepkawymi, nieco oleistymi smugami pokrywała usta, znikając w gęstawy sposób.

W smaku przywitała mnie wysoka maślaność i bułeczka ze słodkim kremem migdałowym. Możliwe, że maślana bułeczka. Na pewno grubo posmarowana kremem zrobionym z delikatnych, pewnie blanszowanych migdałów. Wyobraziłam sobie taki w wariancie biało czekoladowym, nieco śmietankowo-mlecznym. Maślaność zaprezentowała się więc właśnie ze słodkiej, niemal uroczej, ale wciąż szlachetnej strony.

Migdały po chwili z łatwością zaczęły królować na pierwszym planie. Otoczyła je gorzkość, która pojawiła się z opóźnieniem i potem jakby starała się nadrabiać. Podkreśliła migdały, już nie takie delikatne i blanszowane, a surowe, ze skórkami. Dołączyły do nich słodkawo-gorzkawe orzechy włoskie. Gorzkość rosła bez kompromisów, acz naprawdę mocna była tylko przez pewien czas.

W tle pobrzmiewały owoce, pewna słodka soczystość... Bardzo słodka, ale podporządkowana tym orzechowym tonom. Soczystym, sugestywnie kwaskawym szeptem odzywała się pomarańcza (deserowa?). Oczami wyobraźni zobaczyłam suszone plastry pomarańczy - może palono-karmelizowane? Wprowadziły ciepło... nie jednak prażenie, a... pieczenie / palenie?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, niczym grom z nieba, uderzyło brownie. Gorzkie od kakao, ze sporą ilością masła, a także znacząco słodkie. Słodycz wydała mi się w pierwszej chwili palono-pieczona, więc to jakieś brownie... polane karmelem? Wyobraziłam sobie, jak spływa on pomiędzy orzechy włoskie zatopione w wierzch ciasta. 

Ciasta... mazistego, lepkawego. I gęstego za sprawą daktyli, z których m.in. musiało być zrobione. Jakby jego baza była migdałowo-daktylowa... soczysta, ale też słodka. W pewnej chwili poczułam trochę śliwek suszonych kalifornijskich, ale zaraz ukryły się. Nieco lepiej poszło przebicie się słodkim, suszonym morelom... nieco mdławym, a jednak soczystym, co podkreślała pomarańczowa mgiełka.

Palony wątek i gorzkość nieśmiało zasugerowały ziemię, ale kompozycja trzymała się raczej łagodności. To jakby... ziemista kawa? Coraz więcej kawy. Kolejne, gorzkawo-palone uderzenie to kawa właśnie. Czarna i intensywna, dla przełamania po tym słodko-maślanym brownie.

Soczystość od suszonych owoców przeszła z czasem w strefę bardziej cierpkawą i na moment przez "przemieszanie" niedookreśloną. Czułam czerwone owoce... Może w trochę dżemowo-syropowym sensie? Głównie chyba truskawki, ale... Myślę raczej o sproszkowanych, pudrowych liofilizowanych... Słodkich na pewno. Zasugerowały truskawkowo-białoczekoladowy krem... może truskawkową białą czekoladą (różowawego koloru)? Może z nutą karmelu - jakby ta czekolada była karmelowa z truskawkami? Na pewno jednak poprzez śmietankowo-maślany wątek splatająca się z opisywanym już brownie oraz maślaną bułeczką. Może to właśnie ją posmarowano białoczekoladowo-migdałowo-truskawkowym kremem?

Wydawało mi się, że w te słodkie twory truskawki próbują tchnąć w to kwasek, ale szło im opornie (bo były słodkie, a nie kwaśne). I jakby tak pomagała im..."umorelowiona pomarańcza"? Nagle obok truskawek pojawił się dżem morelowy z nutą deserowej pomarańczy. Był słodki, ale też cierpkawo-cytrusowy.

Pod koniec cierpkawość podpięła owoce pod kakao, które to - choć tonowane maślanością - wróciło do drzew i kawy. Jakby tak już po skończeniu maślanej bułeczki, deseru uraczyć się czarną kawą, wdychając i podziwiając piękne, stare drzewa. 

Po zjedzeniu został posmak drzewno-migdałowy, nieco cierpko pomarańczowy, ale wygładzony maślanym wątkiem. To maślane brownie z cierpkawym echem kakao i kawy. Czuć też trochę owoców, dziwaczną suchość i soczystość, jakby pochodzenia bardzo słodkich suszonych owoców (daktyli i moreli - może nie wyjątkowo jednoznacznych, ale jednak).

Całość zachwyciła mnie gorzkimi uderzeniami. Migdały, brownie i kawa były przepyszne. Orzechy włoskie i drzewa doskonale się odnalazły. Słodycz daktyli, moreli, nieoczywistych truskawek i tworów biało czekoladowych o dziwo nie wyszła za silna. Trochę owoców (odrobinka pomarańczy i może jednak w porywach truskawki) nie dodało dużo kwasku, a zadbało o soczystość. Ciekawe były pieczono-palone nuty bez wskazania na mocne prażenie kakao. Chwilami w ciemno nie powiedziałabym, że to aż 90% kakao. Mimo jednak, że taka łagodna, to była tak... Konsekwentna? Wyważona? Tak spójna i wciągająca, malująca obraz, że w trakcie degustacji wahałam się, czy nie będzie to 10. Czegoś jednak zabrakło.

Kompozycja wydała mi się jeszcze nieco złagodzoną masłem i słodszą wersją dawnej Domori Cacao Criollo 90 %. Tamta smakowała wyrazistszymi truskawkami i suszonymi owocami (morele, śliwki), ale więcej w niej np. kwaśnych owoców (marakui, jabłek). Kawa, orzechy znajome, a choć podlinkowana mignęła też charakternym chlebem na zakwasie, obie ogółem to maślane bułeczki.

Daktyle, kawa, orzechy i dżem truskawkowy to z kolei nuty prosto z 80%. W obu znalazły się suszone owoce, acz w 80% chyba wyrazistsze (figi, rodzynki). Podlinkowana dodatkowo uraczyła mnie niezwykle interesującymi nutami sezamu, była słodsza, ale na szczęście w dobrym stylu, bo karmelowo-miodowo, bananowo i suszono owocowo. Podobnie jednak smaczne w swoich kategoriach. Dzisiaj prezentowanej bliżej właśnie do niej, niż do kawowo-wiśniowej 100%, która uderzała ziemią i krajobrazem po pożarze.


ocena: 9,5/10
cena: 39 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale po jakiś zmianach czy coś, mogłabym wrócić, by je sprawdzić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

środa, 28 września 2022

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Migdały w mlecznej czekoladzie 44 %

W gimnazjum przez pewien czas dzień w dzień zjadałam po paczce migdałów w czekoladzie i cynamonie z Lewiatana. Żadne inne mi tak nie smakowały. Potem zniknęły, a mnie zupełnie to przeszło. Obecnie uwielbiam same orzechy, bakalie; te w czekoladzie za nic u mnie przejdą. A jednak cóż to? Taka recenzja u mnie? Otóż gdy tylko pojawiły się dwie nowe ciemne tabliczki z ciekawych regionów od Manufaktury Czekolady, zamówiłam. A jako, że na blogu nie raz pisałam o nich pozytywnie, dostałam parę gratisów. Żaden w moim guście, ale uznałam, ze z chęcią sprawdzę, jak ma się ich nietabliczkowa oferta, skoro już dostałam. Kiedyś jadłam Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Aronia w mlecznej czekoladzie i muszę przyznać, że to produkt na poziomie. W tym przypadku wiedziałam, że tylko spróbuję, a resztę oddam Mamie - ona nadal, niezmiennie od lat lubi migdały w czekoladzie (choć woli laskowce, rodzynki i inne w czystej, a migdały to w czekoladzie i cynamonie).

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Migdały w mlecznej czekoladzie to prażone migdały w mlecznej czekoladzie o zawartości 44 % kakao.
W słoiczku znajduje się 120 g.

Zapach należał głównie do wyrazistych, złudnie surowych migdałów, otoczonych lekko pyłkową, subtelną mgiełką kakao. Migdały wydały mi się wzmocnione drzewną nutą płynącą z samej czekolady lub będącej wynikiem jej połączenia z migdałami. Nienachalne mleko i znikoma słodycz jedynie zaakcentowały swoją obecność, więc wyszło to naturalnie szlachetnie.

Zawartość słoiczka wyglądała całkiem porządnie: mniej więcej równej wielkości migdałów lekko oprószonych pylistym kakao znalazło się tam więcej, niż można się po tak małym pojemniku spodziewać.
Pyłek kakao trochę zostawał na dłoniach czy np. talerzyku, ale nie schodził z wyrobu zupełnie.
Okazało się, że każdy jajowaty twór składa się z dość grubej warstwy masywnej, twardej czekolady oraz migdała średniej wielkości. Migdałów nie blanszowano - miały skórki.
Pyłek kakao w ustach szybko znikał, minimalnie je obkleił na sekundę, ale ogólnie niewiele wnosił. Czekolada rozpływała się powoli. Tylko chwilowo była masywna. Po chwili miękła i gięła się nieprzyjemnie gibko-ulepkowato. Okazała się tłusta, z pewną proszkowością (jako kontynuacja pylistości posypki). Z czasem trochę się wygładziła. Rozgryzana w celu dostania się do migdała, nie tylko miała w sobie sporo z ulepko-plastiku, a była plastikowym ulepkiem.
Jedną sztukę pogryzłam szybciej, w całości. Wtedy czekolada była mocno ulepkowato, gęsto-miękka, nieprzyjemna. Przytłaczała migdała - wydawało się, że jest jej za dużo w stosunku do niego.
Migdały zatopiono w niej świeżo twarde, chrupiące. Gryzione dłużej wykazywały lekką, trzeszcząco-mięsistą soczystość. Raczej świeże, acz nie takie delikatniusio-świeżusie (czasem potrafią przecież być tak delikatne, ze niemal miękkawe), tylko świeżo twardawe, porządne  w pozytywnym sensie. Mama potwierdziła, że wszystkie były jakości zacnej (a nie, że np. mi się dobre trafiły).
Nigdy nie umiem takich rzeczy jeść - żaden sposób mi nie odpowiada, acz tutaj...
Spróbowałam dwóch opcji. Najpierw pozwoliłam się całości swobodnie się rozpuszczać i dopiero pod koniec nadgryzłam migdała i pogryzłam go dokładnie, gdy czekolada już zniknęła.
Druga opcja to od razu pogryzienie wszystkiego i, nie wierzę, że to piszę, to jakoś chyba lepiej pracowało.

W smaku najpierw czuć oczywiście delikatne, gorzkawe kakao. Wydało mi się bardzo łagodne, mimo że cierpkawe jak to kakao w proszku (ale nie chamskie). Dopiero po chwili dopuściło do siebie gorzkawo-orzechową czekoladę. Ta szybko okazała się bardzo mleczna i słodka w sposób cukrowo-waniliowy, a także przesiąknięta migdałowym wątkiem. Wydała mi się aż kontrastowo dziwacznie słodziuteńka. Zaraz pomyślałam o jakimś zasłodzonym, ciepłym mleku kakaowo-migdałowym. Była w tym lekka maślaność, a akcent migdałowo-orzechowy narastał.

Mniej więcej w połowie rozpływania się otoczki, cukrowo zadrapała w gardle. I cukrem głównie smakowała. W ustach wprawdzie czułam echo migdała, ale zacukrzająco-mleczna czekolada była główną bohaterką. Z czasem zarejestrowałam w niej odrobinkę soczystości. Jakby żywicznej, rodzynkowej?

Rozkręcił się gorzkawo-migdałowy klimat. W wyobraźni zobaczyłam sporo drzew, które wniosły namiastkę goryczki.

Zaraz zniknęła, zostawiając cukrowość i delikatną mleczność. Te walczyły umiejętnie o swoje. Migdał gryziony po niej, potrzebował chwili, by rozkręcić się w swej wyrazistości. Okazał się prażony tak minimalnie, że aż złudnie surowy. Po debiucie goryczkowatej skórki, smakował naturalnie słodko-maślano. Migdały były więc łagodne, a jakości zacnej (tylko że czekolada odciągała od niej uwagę); świeżawe (nieprażone, ale nie takie świeżuteńko-świeże z marzeń).

Drugą sztukę - jak już wspominałam - od razu po prostu pogryzłam. Wtedy lekka cierpkawość i goryczka kakao przywitały się, a następnie zatonęły w mlecznej słodyczy. Ta była wysoka, cukrowo-waniliowa, ale nie zdążyła na dobre zasłodzić, bo od razu przełamał ją migdał. Gorzkawość skórki zmieszała się z kakao, a potem było... słodko. Słodko od naturalnego, surowawego migdała oraz słodko od cukrowej czekolady. Narzucała się migdałowi, który wyszedł średnio wyraziście.

Po zjedzeniu w obu przypadkach czułam głównie posmak migdała, ale z cukrowym drapaniem w tle. Mleczność oraz nutka "drzewnego kakao" nieco to wygładziły, ale i tak cukrowość migdałowi tu niepotrzebna... A była i drażniła. Goryczka skórki trochę pomogła, ale nie na tyle, bym miała ochotę na kolejne sztuki.

Całość może i była w porządku, ale zupełnie nie dla mnie. Czekolada migdałom do chrupania zupełnie nie jest potrzebna, zwłaszcza tak słodka. Co prawda jej mleczności nie mam nic do zarzucenia, ale ulepkowatości owszem. Rozpuszczana była po prostu nudna i przecukrzona. Nie wierzę, że to piszę, ale lepiej się to zaprezentowało gryzione szybciej, bo czekolada nie zdążyła znudzić i zasłodzić. Wtedy jednak z kolei migdał jakoś zanikał, a ulepkowato-plastikowa czekolada nie była atrakcyjna do jedzenia. Szkoda, bo to właśnie same migdały były tu warte uwagi.
Nie moja bajka, w dodatku zrobiona przeciętnie (w nieprzeciętnej cenie, z tego co sprawdziłam).
Pyłek, który okazał się (patrząc na skład) błonnikiem kakao (produkuje się to z łusek kakaowych i można 1:1 zastępować nim kakao w proszku - w zasadzie jest nim) wyszedł prawie nieistotnie. Mnie odpowiadałaby jego o wiele większa ilość jako ciekawa alternatywa dla np. cynamonu (bo przeważnie chyba w nim spotyka się migdały). A jednak także klasyczny dodatek cynamonu nie byłby tu złym posunięciem. I tak jednak prawie całość bez żalu oddałam Mamie (ta zdecydowanie wolałaby cynamon). Jej to niezbyt smakowało jako całość, bo: "jak się wkłada do ust to najpierw tak głównie gorzko od razu, a potem okazuje się, że czekolada jak jakiś plastik, w smaku przeciętna; tylko te migdały w środku przepyszne, nie za twarde, więc tylko dla nich zjadłam".
No tak, nie ma to jak być czekoladziarnią, która robi migdały w czekoladzie tak, że... czekolada tylko przeszkadza. Smutne.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od manufakturaczekolady.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 17,50 zł (za 120g)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna 64% (cukier, prażone ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, lecytyna słonecznikowa, laska wanilii), migdały prażone 35%, błonnik kakaowy