środa, 21 stycznia 2026

Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate ciemna z Boliwii

Hiszpańską markę Pol Contreras miałam okazję już poznać (Pol Contreras Vilaprino Belize 80 % Cosecha 2019 Chocolate negro / Dark Chocolate), jednak o niej samej za wiele nie zapamiętałam. Informacje o marce przyćmiła pyszna czekolada o cudownych nutach. Szef kuchni Pol Contreras pracował w najlepszych restauracjach w Hiszpanii i całej Europie, a ostatnimi laty bardzo zainteresował się czekoladą. Z tego, co znalazłam w internecie, stara się maksymalnie eksperymentować, odchodząc trochę od innych wytwórców bean-to-bar, a robiąc swoje czekolady w sposób bardziej kreatywny, charakterystyczny dla szefów kuchni wyróżnionych gwiazdkami Michelin. Ponoć, robiąc czekoladę, stara się "łączyć te dwa światy". Co ważne, podróżuje po miejscach uprawy kakao, gdyż interesuje go, z czym pracuje. Chodzi zarówno o jakość ziaren, jak i kupowanie ekologicznych surowców z poszanowaniem dla rolników i zasad sprawiedliwego handlu. Mnie bardzo cieszyło, że wszystkie jego tabliczki, jakie widziałam, miały po 80% kakao. Czyżbym najbardziej lubiła tę samą zawartość co Pol? Jeśli tak, można by przypuszczać, że ogólnie to samo lubimy w czekoladach? Dobre doświadczenia z pierwszą i jak dotąd jedyną jedzoną jego czekoladą to właśnie sugerowały. Miałam nadzieję, że dzisiaj prezentowana utwierdzi mnie w tym. Wszak została zrobiona z boliwijskich ziaren, które ponoć smakują wyjątkowo "dziko" i przypominają amazońskie, peruwiańskie kakao. To jakaś naturalna, rdzenna hybryda. Ja uwielbiam Boliwię jako region kakao, a i Peru bardzo lubię. Ucieszyła mnie też wzmianka o tym, że to kakao było prażone bardzo lekko. A także zmiana cukru na po prostu trzcinowy, nie panela.

Pol Contreras Vilapriñó Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao lekko prażonego z Boliwii, z gminy Alto Beni; konszowanie trwało 20 godzin.

Po otwarciu poczułam świeży, żywy zapach słodkich kwiatów i zielonych roślin oraz łodyg, zestawiony z suchszym, przytulnym wątkiem starych książek. Przy nich zaznaczyło się też już trochę liczące sobie, ale wciąż aromatyczne drewno. Kwiaty odpowiadały za lekką słodycz, lecz dbały też o poczucie... wręcz wilgoci. Do głowy przyszły mi rośliny pokryte rosą oraz jeszcze zielone orzechy laskowe; leszczyna. W tle zaznaczyły się subtelne owoce, w zasadzie coś owocowego... lody i budyń, ale na pewno nie na ciepło. Pewna byłam co do wariantu truskawkowego, ale zestawionego z... jakimś żółtym. Marakujowo-ananasowym? W niskiej słodyczy zaznaczył się jeszcze akcent palonego masła, przechodzącego już w toffi.

Tabliczka o kremowym wyglądzie wydała mi się konkretna i masywna, a także twarda. Gdy ją łamałam, trzaskała trochę chrupko, a trochę jak niespecjalnie suche gałęzie.
W ustach rozpływała się maziście w średnim tempie. W pierwszej chwili wydała mi się lekko soczysta i tłusta. Szła trochę w kierunku plastycznej kremowości, zmieniając się w proszkowy budyń. Motyw ten odwracał uwagę od maślanej tłustości. Z czasem soczystość bardzo się rozkręciła. Końcowo zaś pokazała się wodnistość i nieco cierpki efekt, a czekolada znikając, zostawiała mocno proszkowe wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam silną, trochę cierpkawą gorzkość dymu. Od razu było ciężko. Za dymem wkroczyła sadza, może nawet siarka o trochę ściągających zapędach. Mignęła mi pewna kwasowość, acz nawet nie zdążyłam jej dookreślić.

Nagle bowiem odezwała się słodycz o zupełnie odmiennym, łagodniejszych charakterze. Tuż za nią mknął kwasek - także indywidualista, mający pomysł na siebie. Kwasek ten zaserwował soczyste owoce. Powiedziałabym, że egzotyczne, m.in. marakuja.

Słodycz powoli się rozchodziła. Była spokojna, rosła nieznacznie, ale bardzo uładziła siekierowy początek; jakby zawstydziła te dymno-sadzowe nuty. Dała się poznać jako karmelowa. Palona znacząco, ale nie mocno. Moc palenia dopiero się rozkręcała. W tle pojawiło się palone masło, które zadbało, by karmelowa słodycz cały czas trzymała się niskiego poziomu.

Gorzkość choć zaczęła jako niesamowicie silna i dosadna, trochę złagodniała. Wciąż była intensywna, ale już nie tak siekierowa. Acz nie tylko za sprawą słodyczy; znacząco wygłaskała ją świeżość zielonych roślin, wiążących się z motywem wody, rosy.

Marakuja zupełnie przejęła kwasek. Pomogła jej w tym limonka, która równie wyraźnie wyłoniła się z toni egzotycznych, żółtych i cytrusowych owoców. Jako że słodycz weszła i rozwijała się jednocześnie z kwaśnymi, soczystymi owocami, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakby... owoce zainteresowały się słodyczą.

Trochę tej słodyczy sobie pożyczyły, pokazując mi lody owocowe. Lody głównie marakujowe, acz wyraźnie zrobione na śmietance. Pomyślałam o kwaśnej śmietanie, ale wtedy do kwasku dołączyła cierpkość o bardzo owocowym charakterze.

Do marakui i limonki dołączyło kiwi, a po chwili na pewien czas je wyprzedziło. Połączyło kwaśność ze słodyczą i cierpkością, a do tego trochę ściągało. Potem zaś opanowało się i przemieszało z marakują, limonką i innymi egzotycznymi owocami, może ananasem, w lodowym wydaniu. Lody o smaku "owoce tropikalne" przez moment dominowały, po czym dołączyły do nich lody truskawkowe.

Lody truskawkowe cechowała już silniejsza, trochę pudrowa słodycz, mimo że i słodko-kwaśnego, świeższego charakteru im nie brakowało.

Ogólna słodycz pojawiała się to tu, to tam. Mocarne nuty dymu i sadzy trochę się wycofały. Gorzkość jednak cały czas była intensywna, choć zmieniła się w bardziej... przyjazną? Z sadzy wyłoniło się drewno, by zaraz wraz ze słodyczą przejść w stare książki. Stare książki i drewno zapewniły przytulny klimat. W oddali poczułam jeszcze orzechy - niejasne, rozmyte, i w zasadzie ukryte w... kwiatach. Te bowiem na końcówce wróciły z nową siłą.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych owoców: limonki, marakui, kiwi i może ananasa, ale też kwaśnej śmietany. Do tego ostał się cierpkawy, ciężkawy dym i sadza, ale wymieszane z niemal ciepłymi w wydźwięku, starymi książkami. Słodycz przywróciła kwiaty i połączyła ciepło-ciężkawe nuty z rześkością.

Czekolada była pyszna i bardzo dynamiczna. Uderzyła na początku mocarną gorzkością dymu, sadzą, by następnie złagodnieć w świeżo roślinny sposób. Słodycz kwiatów i karmelu oraz kwaśność egzotycznych owoców (marakuja, limonki, kiwi) ciekawie się przeplatały. Potem truskawki zaczęły osładzać owoce, a karmel przemieszał się z mniej słodkimi książkami - ciągle więc nuty jakoś na siebie wpływały i się zmieniały. Intensywnie było cały czas, choć była to różna intensywność. Tylko słodycz nie wyszła tak intensywnie, co się chwali. Nie więc przeszkadzała kwaśności, gorzkości i świeżości. Gdyby miała lepszą, gęstszą i nie taką proszkową strukturę, wystawiłabym 10.


ocena: 9/10
cena: €11 (za 70g; około 47 zł)
kaloryczność: 424,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 20 stycznia 2026

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem

Kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi, a ten zaciekawił tym, że połączył pistacje z innymi orzechami. Różne pasty właśnie z łączonych orzechów wspominam bardzo dobrze. Marki tej jednak nie znałam, więc jeszcze nie byłam taka "hurra optymistyczna", bo jedzona niedawno Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 % pokazała mi, że także kremy 100% czasem mogą zawieść.

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem to krem orzechowy 100% z migdałów i pistacji.

Po otwarciu poczułam dość wytrawny, "zielono"-maślany zapach. Wydał mi się bardzo świeży i surowawy. Migdały i pistacje musiano prażyć minimalnie, ale za to zaplątała się tam nutka borowików na maśle. Osłabła jednak po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia, acz nigdy nie ucichła zupełnie. Sprawiała, że zapach nie był zbyt przyjemny. Obok czułam też niesłodki, delikatny marcepan - ten z kolei w trakcie jedzenia się nasilił. W tle wychwyciłam nutkę białej czekolady, nasilającej się i... podrzucającej myśl o marcepanie oblanym białą czekoladą (o niesłodkim środku, ale właśnie słodkim wierzchu).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, lecz spora część na wierzchu samego kremu też była oleista. Zlałam 3 łyżeczki, a trochę - tak z pół łyżeczki? - musiałam już przemieszać, bo mocno się to samo z siebie mieszało z pastą. I właśnie: ona wcale nie potrzebowała tego dodatkowego oleju, bo była lejąco-rzadka.
Mieszając, tylko na dnie trafiłam na pewną gęstość, ale i tam nie było naprawdę gęstej masy. Całość jawiła się jako płynno-półpłynna. Przemieszałam niedokładnie, by chociaż pod koniec mieć nieco gęstszy krem. Widać pojedyncze kropeczki, ale żadnych kawałków i drobinek. Choć w opisie jest "bez skórek" czarne punkciki były właśnie nimi. I na oko już mogłam stwierdzić, iż krem jest miękki i oleisty.
W trakcie jedzenia potwierdził swoją oleistość i miękkość. Wyszedł wręcz mięciutko i niemal idealnie gładko. Choć jakby ze świetnie skrywaną, prawie nieuchwytną, znikomą pylistością. Dosłownie kilka punkcików zaznaczyło się na języku - i tak jednak na tyle małych, że nie do gryzienia. Krem kleiście zalepiał usta i wydawał się lekko gęstnieć. Mimo że ogólnie dość rzadki, popisał się pewnym konkretem, sytością. Rozpuszczał się w tempie średnim. Jego tłustość chwilami mi przeszkadzała, acz nie wyszedł okrutnie ciężko. Jej odbiór nasilała idealnie gładka struktura. Kojarzyła się z aksamitnym, gęstawym sosem - ale jednak sosem - i smarem. A jednak... przewijała się w nim ledwo uchwytna, wręcz złudna proszkowość i jakby ukryta, iluzoryczna suchawość, wychylająca się sporadycznie. Co ciekawe, nie zaburzyły tego, że krem ogólnie wyszedł gładko. Bardzo gładko.

W smaku od razu poczułam słodycz, przypominającą łagodny, maślany krem. Krem... do przełożenia ciasta, tortu o jasnym kolorze i lekko migdałowym motywie. Słodycz rosła, sugerując biało czekoladowe ganache, krem śmietankowo-maślany.

Pistacje i migdały weszły do gry powoli. Najpierw wydały mi się wyrównane, lecz po chwili jakby trochę się rozdzieliły. Acz cały czas łączyła je subtelna słodycz.

Migdały trochę wyszły na przód i przez pewien czas lekko dominowały. Szybko umacniały się w swej naturalnej słodyczy. Powiedziałabym, że to wręcz migdały słodziutkie nieprażone. Na pewno pozbawione skórek, co pielęgnowało myśli o maślano-śmietankowym, słodkim, niemal biało czekoladowym kremie. Migdały przybrały nugatową szatę.

Pistacje także zawarły w sobie naturalną słodycz, jednak one miały i wytrawniejsze zapędy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wysunęły się na prowadzenie, trochę prześcigając migdały. Zrobiły drobną aluzję do borowików na maśle, umocniły ogólną maślaność. Przemknęło mi echo podprażenia, ale tak subtelne, że uwierzyłabym, iż złudne. Także pistacje wydawały się raczej surowe. Dodały pewnej świeżości, jakby "motyw zieleni", a jednak potem pozwoliły, by wszystko to zalała słodycz. Pistacjowego nugatu, nugato-ganachu na śmietance i białej czekoladzie.

Migdały też zmieniły się w jakiś baton z nugatem i chyba subtelnym dodatkiem marcepanu, sowicie oblany białą czekoladą najwyższej jakości. Wysoka słodycz i maślano-śmietankowy motyw rosły i rosły, zaskakująco jednoznacznie oddając biało czekoladowy krem. Pistacje i migdały na nowo się zrównały, splotły się na biało czekoladowej arenie. Słodycz wydała mi się przez moment aż ryzykownie wysoka, po czym odpuściła, oddając pole maślaności z echem śmietanki.

Po zjedzeniu został posmak słodkich pistacji i migdałów, wkomponowanych w szlachetne, biało czekoladowe nugaty, ganasze i inne kremy, słodkości. Czuć wyraźnie, że cała słodycz bawi się tylko tymi skojarzeniami, a w istocie jest w pełni naturalna. Wyszło to surowo i łagodnie, a jednak dosadnie w tym. Jednocześnie czułam wyraźną, jakby świeżo-roślinną, wytrawność. Raz po raz przyszła mi do głowy smakowa wytrawniejsza suchawość pistacjowych skórek, ale nie wyraźnie one. Czuć, że krem był bez nich, a to jedynie złudzenie.

Krem bardzo, bardzo mi smakował, a jedyny mój zarzut dotyczy konsystencji. Szkoda, że krem nie był gęstszy i że nie czuć w nim miazgowego efektu. O ile jednak gładkość uważam za ok (miazgowość wielbię), tak rzadkość mi przeszkadzała. Smak starał się nadrobić. Wytrawniejszy zapach nie sugerował tego, jak słodko to smakowało. A jakaż to była słodycz! Aż nierealistycznie szlachetnie biało czekoladowa, nie sposób nie myśleć o ciastach z kremem, ganache'ach i nugatach w czekoladzie białej, a jednak... wszystko to płynęło tylko z natury. Migdały i pistacje bez goryczkowatych skórek serwowały 200% słodyczy w dobrym stylu. W ciemno powiedziałabym, że w kremie jest po 50% jednych i drugich. Urzekł mnie też ich surowy wydźwięk. Wytrawniejsze akcenty wyszły ciekawie - borowiki na maśle? Myślę, że to przez kontrast do słodziuteńkości, napędzonej przez blanszowane migdały, tak ten naturalny wytrawniejszy element pistacji został jaskrawo podbity.

Krem smakował mi bardziej niż np. Olini Masło z nerkowców i pistacji, ale punkt odjęłam za konsystencję.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 34,99 zł (za 175g)
kaloryczność: 668 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: migdały 60%, pistacje 40%

niedziela, 18 stycznia 2026

Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao ciemna z Dominikany z suszoną wołowiną z przyprawami

Po Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao przyszła pora na dziś przedstawianą. Choć podlinkowana w pierwszej chwili wydała mi się ciekawsza ze względu na błędne wyobrażenie o żurawinie, od razu założyłam, że dziś przedstawiana bardziej mi posmakuje. Acz nie pomyślałam, że do tej dodano inaczej przyprawioną wołowinę. W jej przypadku bowiem to już nie był blend, jak podlinkowana mleczna, a kakao Hispaniola z Dominikany. Czyżby dobrali przyprawy do nut bazy? BBQ brzmi dobrze, acz nie byłam przekonana, czy dobrze do czekolady. Zwłaszcza tej, która w wykonaniu Beskidu ma raczej słodkie nuty.
Dziś przedstawianą wzięłam na trasę na Krzyżne, na które jednak niestety nie doszłam przez brak czasu. Czas na czekoladę jednak znalazłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyska i Czerwony Staw w Dolinie Pańszczycy. Właśnie przy stawie o niesamowitych kolorach.


Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z suszoną wołowiną w przyprawach BBQ, wyprodukowana we współpracy z Wild Willy.

Po otwarciu poczułam zapach głównie mięsa o odymiono-wędzonym charakterze w towarzystwie wina, splatających się z nie za słodką, soczystą czekoladą. Pomyślałam o cytrusach, w tym pomarańczach i mandarynkach, ale też owocach czerwonych. Wspomniane cytrusy przybrały wydźwięk wina pomarańczowego, a czerwone mieszały się z przyprawami. Te porządnie wyłoniły się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Na pewno czułam oregano i pomidory, paprykę w proszku (może słodką?), ale też pikanterie chyba pieprzu. Chwilami wszystko to robiło aluzje do żółtego sera i wędzonego twarogu. Słodycz jawiła się jako jasno miodowa.

Na spodzie raczej nie widać dodatków, doszukałam się ze dwóch czy trzech prześwitów. 
Tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno jak suche, grube gałęzie. Przekrój trochę rozwiał wątpliwości: w czekoladzie zatopiono trochę małych kawałków suszonego mięsa (acz nie oddawało to rzeczywiści, bo mięsa było mnóstwo, acz zakamuflowało się).
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-maziście i powoli. Była maślano tłusta i zbita. Trochę miękła, acz kształt zachowywała niemal do końca. Szybko wyszło na jaw, że bogato urozmaicają ją malutkie, małe i parę średnich kawałków wołowiny. Abstrahując od nich, charakteryzowała ją idealna gładkość. Zrobienie kęsa bez mięsa w zasadzie było niemożliwe.
Wiele kawałków to dosłownie drobinki. Niektóre pokrywały przyprawy, chyba głównie pieprz, a ja miałam wrażenie, że zaplątało się też trochę przypraw luzem.
Gdy na próbę spróbowałam pogryźć kilka kawałków obok czekolady, były twarde jak kamienie i twardo chrupały. Utwierdziłam się, że było tam też sporo przypraw.
Zdecydowanie wolałam zostawiać dodatki na koniec. Czekolada znikała, a suszone mięso zdążyło trochę nasiąknąć, acz nigdy nie wyzbywało się swej twardości.
Kawałki wołowiny gryzione na koniec zachowały twardość, ale w kontakcie z zębami, trochę... troszeczkę w pewnym stopniu miękły. Zrobiły się trochę żujne, ale wciąż konkretne. Twarde w suszony sposób, jak prawdziwe beef jerky powinno być (a nie gumowe jak podrabiane masówki).
 
W smaku od razu przeważnie czułam paloną gorzkość i lekką soczystość. Mięso tylko w niektórych kęsach już w tym momencie, szybko dawało o sobie znać. Jak już to robiło, nie miałam problemu z powiedzeniem, że to właśnie suszona wołowina, ale mocno przyprawiona.

Soczystość zawahała się. Być bardziej ciężko owocową czy...? Wahanie okazało się chwilowe. Rozbrzmiało wytrawne czerwone wino i ocet winny. I... Jabłkowy?

Czekolada nie zdecydowała się na silną gorzkość. Roztoczyła raczej twaróg... Twarożek? Twaróg z pomarańczą? I z echem jabłek. Delikatna słodycz podszepnęła sernik, ale... Doleciała nutka odymiono-wędzona i pomyślałam o twarogu wędzonym.

Wytrawny, mięsny acz nie dosadnie jednoznaczny, wątek dołączył do kompozycji. Mięso przejawiało lekką soczystość, co zgrało się z narastającym motywem wina. Zrobiło się trochę bardziej soczyście, bardziej owocowo i do wina dołączyły wiśnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięso przeważnie pobrzmiewało jeszcze lekko, ale w asyście wyraźnych przypraw. Tym odwagi nie brakowało. Jak się już odezwały, zaraz i uderzyły.

Czułam na pewno sos sojowy, ale nie mocną słoność. Coś ziołowego, prawie pikantnego... Ale w sumie nic jednoznacznego. Podbiły palony wątek samej czekolady. Od razu nie skojarzyło mi się to z sosem czy marynatą barbeque czy grillem, acz takowy klimat trochę to-to miało.

Ze dwa razy na próbę pogryzłam dodatki obok czekolady. Mięso gryzione wówczas było jakby prawie pozbawione mięsnego smaku. Bardziej czuć w nim wtedy słoność i przyprawy. Raz mignął mi pieprz, raz coś ziołowego - czyli dużo zależało od danego kawałka.

Wraz z wyłaniającym się przyprawionym mięsem, bardzo rosła słodycz. Blisko jej było do jasnego miodu, acz nie powiedziałabym, że to miód w 100%. Zaplatały się tam jeszcze zioła, dodające słodyczy goryczki. Gorzkość nieśmiało zasugerowała... Herbatę? Bardziej jakiś napar. Może echo miodu karmelizowane go? Na pewno lekko drapiącego w gardle.

Zioła i przyprawy chwilami wydawały się jednością. Raz po raz wyłaniało się coś warzywnego... Soczysty pomidor? Kryjący się jednak w motywie czerwonych owoców i wina.

W niskiej, ale wyraźniej gorzkości czekolady doszukałam się jakby od środka ją łagodzących orzechów i czegoś... Strączkowego? Zrobionego z sowitą dawką przypraw z miodem. Przy większej ilości mięsa z przyprawami, czasem pojawiała się też myśl o jakimś przyprawionym egzotycznym daniu z owocami... Cytrusami i/lub mango?
Z kolei gdy kawałków trafiło się mniej, zawitała myśl o miodowych krówkach.
Jako że nie dało się zrobić kęsa bez dodatków, mogę tylko gdybać, że baza ogólnie nimi przesiąkła.

Gdy czekolada znikała, przyprawy wychodziły na przód. Często poprzez pikanterię. Nie musiałam gryźć kawałków dodatku, by je poczuć. Kawałki wołowiny smakowały bardzo różnie.

Ogólnie można rzec, że gryzione na koniec mięso okazało się o wiele wyraźniejsze niż gryzione wcześniej. Acz też nie zawsze tak przejrzyście, bo trzymały się go przyprawy. Niektóre kawałki były słabiej, inne mocniej przyprawione. Słoność i pieprzność odsłoniły smak suszonej wołowiny, nie do pomyślenia z czymkolwiek innym. Powiedziałabym, że czasem podkreślały ją właśnie pieprz i lekka słoność. Czasem było w niej coś octowo-soczystego. A czasem suszona wołowina pobrzmiewała cichutko. Co jakiś czas trafiałam na lekko palono-cukrową słodycz. Często przewijały się jeszcze zioła, w tym oregano oraz echo paprykowo-pomidorowe. Rzadko, ale jednak dość mocno rozbrzmiewał czosnek, który psuł wszystko. Był okropny.

Po zjedzeniu został posmak głównie przypraw i suszonej wołowiny. Było pikantnie. Ziołowo-pieprzne nuty pojawiały się niemal zawsze, podobnie jak lekka słoność, integralna z mięsem. Gdy jednak trafiłam na czosnek (zdarzyło mi się ze dwa razy), zagłuszał wszystko. Przyprawy ogólnie trochę zagłuszały mięsność. Czekolada nieśmiało stanęła za nimi jako winno-cytrusowa soczystość, lekko ziołowa cierpkość i słodycz. Czasem wydawała się zwyklejsza, czasem lekko miodowa. Dość często na języku czułam też pieczenie pieprzu.

Czekolada nie rozkochała mnie w sobie. W mięsie czułam niedosyt mięsnego smaku, a za dużo było mi przypraw nie w moim guście. Były zbyt imperatywne w stosunku do czekolady. A jak już trafiłam na czosnek, w ogóle byłam zniesmaczona. Czekoladowa baza nie w pełni współgrała z mięsem, acz nie mogę powiedzieć, że nie pasowała. Lekką ziołowość, twaróg i twaróg wędzony, pomarańcze, owoce czerwone i wino, ocet winny z odrobinką orzechów starał się, jak mógł. Słodycz była w porządku, przyjemnie udawała miodowa, ale choć nie przesadzona, wydawała się trochę zbyt... Zwykła? Nie charakterna? Baza jakby starła się odciąć od dodatków. A te, przez takie ich podrobione, też nie wyszły tak wyraziście, jak mogłyby.
Czy rozpoznałabym bazę kakaową, Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao z 2024? W zasadzie czuć nuty tego kakao, ale to nie była dokładnie ta sama czekolada. Raz, że bardzo zmieniły ją dodatki, a dwa, że posłodzono ją białym cukrem i zwiększono zawartość kakao.

Wolałam mniej, adekwatnie przyprawiona wołowinę z Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od wildwilly.pl
cena: 28 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 437 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: ziarno kakao, cukier, suszona wołowina 5% (szynka wołowa ligawa, pomidory suszone, ocet jabłkowy, sól himalajska, nierafinowany cukier trzcinowy, cebula, papryka, burbon, czosnek, przyprawy), emulgator: lecytyna sojowa

sobota, 17 stycznia 2026

Be Keto Vegan Chocolate 70 % Cocoa Magic Pecans 100% Keto ciemna z orzechami pekan

Czekoladę kupiłam jako ciemną z pekanami, ażeby zabrać ją w góry. Liczyłam, że przy tej zawartości kakao to, że jest keto, zejdzie na dalszy plan (po prostu chciałam wybrać coś jeszcze, by jak już coś zamawiam, zamówić więcej i przesyłka się opłaciła). Marki oczywiście nie znałam, ale na potrzeby posta postanowiłam co nieco przeczytać. Dowiedziałam się, że BeKeto to pierwsza marka w Wielkiej Brytanii i Europie w pełni poświęcona diecie ketogenicznej i niskowęglowodanowej (low-carb). Ich misją jest pomoc jak największej liczbie osób w osiągnięciu stanu ketozy i optymalnego zdrowia poprzez stosowanie według nich najzdrowszego, niskowęglowodanowego stylu życia. Ja wiem, że to kompletnie nie dla mnie, a pojedyncze keto produkty, których próbowałam były okropne. Nie wiem, dlaczego liczyłam, że z tą czekoladą będzie inaczej. To, co czyni z niej produkt keto, jest głównie olej MCT. W internecie znalazłam, że ma mnóstwo zalet (m.in. jest stabilnym źródłem energii, pomaga w odchudzaniu, chroni przed utratą masy mięśniowej, stabilizuje poziom glukozy we krwi, wzmacnia odporność, poprawia pamięć u osób chorych na Alzheimera, poprawia stan skóry i włosów), a jednak, gdy poszukać dokładniej, można przeczytać też o skutkach ubocznych. Tym, co we mnie obudziło nadzieję, że tabliczka może być ok, było to, że ponoć olej ten nie ma smaku. Dla bezpieczeństwa wzięłam ją w Tatry, a więc w góry, w których nic nie jest w stanie popsuć mi humoru. Zgarnęłam ją na nie za wysoki, ale jakże widokowy szczyt: Gęsią Szyję, na którą poszłam z Palenicy Białczańskiej przez Rusinową Polanę.

Be Keto Vegan Chocolate 70 % Cocoa Magic Pecans 100% Keto to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z olejem MTC i orzechami pekan; bez cukru, słodzona słodzikami (inulina, oligofruktoza, erytrytol, glikozydy stewiolowe).

Po otwarciu poczułam silny, wręcz napastliwy zapach wanilinowej, sztucznawej kawy. Być może z odrobiną mleka. Towarzyszyły jej czekoladowe, miękkie pierników w taniej polewie kakaowej. Mieszały się ze słodkim chłodem i goryczą leków. Całkiem sporo orzechów pojawiło się, jednak nie były to pekany, a ogólna orzechowość czekolady. Ta miała bardzo tanio polewowy wydźwięk. Orzechy pekan czułam tylko, gdy mocno się zaciągałam, przystawiając nos do nich.

Gdy zobaczyłam spod tabliczki, pomyślałam, że te 3 orzechy to kpina. Fakt, były duże, ale ekhem... 
Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę polewowa i leciutko proszkowa. Była tłusta, a przy łamaniu trzaskała niezbyt głośno. Raczej krucho pykała. Sprawiała wrażenie kruchej, choć nie kruszyła się. Orzechy pekan wtopiono w nią mocno - łamały się wraz czekolada. Gdy odgrzałam kawałek, pyliście trzeszczała.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, ujawniając pylistość, z czasem przechodzącą w proszkowość.
Przez pewien czas pozostawała zbita, acz z czasem robiła się lekko zawiesinowa. Szybko pokazała się też tłustość oleju. Pylistość i proszkowość starały się trochę chować, ale i je czułam. Nie wyrównało, nie przełamało się. Z czasem jeszcze przewijała się wodnistość.
W przypadku kęsów z orzechami, te po pewnym czasie po prostu odpadały od czekolady i sobie były. Wolałam gryźć je dopiero na końcu. Ich struktura zawsze była taka sama. Orzechy były tłuste i miękkie w świeży sposób.

W smaku pierwsza odezwała się chłodna niska słodycz, która okazała się rosnąć błyskawicznie. Nagle zrobiła się silna, pokazując swój napastliwie słodzikowy charakter. Kojarzyła mi się trochę ziołowo i z czymś sztucznym mentolowym, ale nie miętą.

Przy ziołowym motywie znalazła się nieprzyjemna cierpkość leków do łykania, które się rozgryzło lub rozpuściło w ustach; które nie powinny znaleźć się na języku i karzą za to goryczowatym posmakiem.

Za słodyczą pojawiła się sugestia mleka. Z czasem trochę się odważyło. Wiązało się z jakby smakową tłustością i słodyczą waniliny. Do głowy przyszło mi sztuczne mleko "waniliowe". Tylko że jakby słodkie w sztuczny sposób. Od sztucznego cukru?

Słodzik próbował się ukryć i przemieszał się z ziołami. Te płynęły chyba z nut kakao, nie były tylko narzucone przez słodycz. Acz chwilami słodzikowość wydawała się wręcz przenikliwa.

Ta przenikliwość nakręcała się za sprawą gorzkości bazy, która skojarzyła mi się z tanią kawą i sztucznymi orzechami. W porywach może też... czekoladowymi piernikami w taniej polewie kakaowej?

Kiedy w kęsie trafił się kawałek pekana, jak go nie gryzłam, i tak nie było go czuć. 
Orzech gryziony wcześniej wyszedł nazbyt delikatnie, prawie bez smaku, nie rozwinął swojego potencjału.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam kwasek ziół i jakby słodzikowość przechodzącą w ten kwasek. Ogólna słodycz osiągnęła poziom wysoki i męczyła, acz bardziej wydźwiękiem niż siłą.

Jednocześnie nasilił się motyw waniliny. Wzmagał sztuczność orzechów. To na pewno nie były pekany, ta nuta płynęła z samej czekolady. Było tam coś z orzechów laskowych, ale w sztucznawym wydaniu, a z czasem i one uciekały. Wtedy została po prostu ogólna, niedookreślona orzechowość.

Słodycz słodziku w tym czasie rozbrzmiała z nową mocą. Wciąż czułam wanilinę, która sugerowała tandetną orzechową kawę i plastikową polewę z odtłuszczonego kakao, ale i nasilił się wręcz zimny w wydźwięku słodzik. Wydawało się, że przeze niego sztuczność gryzła wraz z chłodem. Goryczka trzymała się go też, obfitując w skojarzenie z goryczowymi w najgorszy możliwy, sztuczny sposób lekarstwami.

Pekany gryzione na koniec okazały się wyraziste w swej łagodności. Serwowały swą naturalną, subtelną słodycz i jakby maślaność. Czuć je, powiedziałabym, że surowe orzechy pekan. Echo czekolady, jej posmak, im nie przeszkadzało.

Po zjedzeniu został raczej niesmak niż posmak. Kojarzył mi się z goryczowato-słodzikowymi lekami oraz tandetną waniliowo-orzechową kawą. W kęsach z pekanami, czuć je, a trochę zgaszone gryzącym w język słodzikowym chłodem.

Czekolada wyszła źle. O ile faktycznie, oleju MCT jako takiego nie czuć w smaku, tak w strukturze trochę owszem. A także wodnistość słodzików. To jednak nie było jeszcze takie najgorsze; po prostu nie było przyjemne, ale z zacnym smakiem można by znieść. Ten był jednak daleki od zacnego. Słodziki zepsuły go zupełnie. Do tego te nieprzyjemne motywy waniliny i polewy... Te 3 orzechy wyglądały śmiesznie, mimo że ich procentowa zawartość może i była całkiem wysoka - może trochę dodali do masy czekoladowej zmielonych? Rozumiem jednak, że dieta ketogeniczna jest bardzo specyficzna i... osoby na niej mogą być o wiele bardziej przyzwyczajone do słodzików. Te, które zgooglałam, podobno smakują podobnie do cukru. Otóż nie. Słodziki te mają bardzo specyficzny smak.

(SuroVital) CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate mimo że tłustsza i z nieprzyjemną słodyczą, wyszła o wiele lepiej. Nie tak tanio i sztucznie. Utwierdziłam się jednak, że słusznie omijam produkty keto.

Byłam pewna, że zjadłam jakieś 20g, bo czekolada wydawała się nie kończyć i jawiła się jako syta. Gdy zważyłam, ile zjadłam i w górach, i w domu weryfikując odczucia, okazało się, że raptem 10g... Więcej nie byłam w stanie, więc oddałam Mamie. Mama trochę spróbowała i oddała mojemu ojcu stwierdzając: "Nie smakowała mi... Jak często w tych czekoladach co od Ciebie dostaję*, czułam w niej jakieś gorzkie leki".
*Przeważnie jak już coś dostaje, jest to złe; dobrymi się nie dzielę.


ocena: 3/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 14,24 zł (za 80g; promocja)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, orzechy pekan 25%, tłuszcz kakaowy, błonnik (oligofruktoza), kakao w proszku, słodziki (erytrytol, glikozydy stewiolowe), olej MCT, emulgatory: lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu; naturalny aromat, alfa-tokoferol (witamina E jako przeciwutleniacz?)

czwartek, 15 stycznia 2026

Table Chocolate Dark 84 % Trinitario & Criollo Madagascar, Sambirano Valley ciemna z Madagaskaru

Ta tabliczka zwróciła na siebie moją uwagę nazwą i... i tym, że jej nie znałam, co w zasadzie się łączyło. Taką bym zapamiętała, a tak byłam pewna, że nawet wzrokowo się na nią nie natknęłam. Może to i nic dziwnego, skoro jest stosunkowo nowa. Założyli ją Remy i Andrea w listopadzie 2021 roku, acz z czekoladą i cukiernictwem mieli już do czynienia. Remy w wielu krajach w pięciogwiazdkowych hotelach poznał wiele tajników gastronomii i choć zawodowo w sumie pracował z czekoladą od 10 lat, dopiero w 2021 odkrył, że to był tylko wierzchołek góry lodowej bogactwa kakao. W temat porządnie wkręcił się, zajmując się czekoladą na poważnie i zakładając pierwszą w Liverpoolu bean-to-bar czekoladziarnię. Nazwę nadali swojej marce w odniesieniu do tego, że o swojej czekoladzie wszystkie informacje wykładają jasno na stole; niczego nie ukrywają i podają detale odnośnie tego, z jakich składników tworzą. Wszak jest się czym chwalić, bo stawiają na sprawdzone źródła. Tę konkretnie czekoladę zrobiono z ziaren z plantacji Bertila Åkessona, Bejofo Estate, który od roku zakupu (1998) bardzo rozwinął uprawę bardzo wysokiej jakości kakao. Obecnie 3000 rolników je hoduje, fermentuje i suszy, trzymając się protokołów określających jakość. To ręcznie sortowane kakao ze zbiorów październik-styczeń fermentowało 6 dni, suszyło się 7-14 dni.

Table Chocolate Dark 84 % Trinitario & Criollo Madagascar, Sambirano Valley to ciemna czekolada o zawartości 84% kakao trinitario i Criollo z Madagaskaru, z dystryktu Ambanja, z Doliny Sambirano, z plantacji Bejofo Estate.

Po otwarciu poczułam zapach grejpfruta, mieszającego się z drobnymi czerwonymi owocami. Do głowy przyszły mi czerwone porzeczki i kwaśne czereśnie. Grejpfrut mieszał się trochę z ogólną cytrusowością, acz ta trzymała się raczej tyłów, gdzie odnotowałam też kwaśne rodzynki. Kwasek wydawał się jednak znacząco osłodzony dzikimi kwiatami i wanilią. Dokładniej czarną kawą ze sporą ilością wanilii. Kwiaty zaś przechodziły w słodko-pikantnawe zioła, w których krył się pikantnie-rześki chłód. Doszukałam się jeszcze odrobiny czarnej kawy, acz naprawdę w oddali.

Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, wydawała się zdradzać tłustość, a przy łamaniu trzaskała niezbyt głośno. Była średnio twarda, zwłaszcza tam, gdzie była cieńsza. Trafiła się bowiem nierówna: z jednej strony bardzo cienka, z drugiej przeciętna.
W ustach rozpływała się bardzo kremowo i w tempie średnim, robiąc się miękko-plastyczną. Pokrywała podniebienie mazistymi, lepkimi smugami, a po chwili upuszczała sporo soczystości. Dała się poznać jako minimalnie tłusta i niby starająca się zdobyć na gładkość, acz jednak cały czas z pyłkowym efektem. Znikała trochę rzadko i ściągała jak niedojrzałe owoce.

W smaku pierwszą poczułam niepewną siebie maślaność, która jakby znalazła się tam przypadkiem i zaraz cofnęła, a jej miejsce zajęła delikatna, acz już kwaskowata maślanka.

Maślanka kwaskiem otworzyła drogę owocom, przede wszystkim cytrusom, ale tak przemieszanym, że przez chwilę nie mogłam niczego wyróżnić, aż z pomocą przyszedł mi grejpfrut. Sam bowiem wyszedł na przód, przypominając o gorzkości i łącząc kwasek ze średnio silną słodyczą.

Jakby trochę obok zaczęła rozchodzić się i lekko rosnąć słodycz. Ogólna soczystość zasugerowała banana, ale niezbyt dojrzałego, jeszcze cierpkiego. Dołączyła do niego wanilia, jakby czując się zobowiązana, że musi dosłodzić. I potem banan trochę się wycofał. W słodyczy właśnie przemknęło mi jeszcze... coś. Lukrecja? Bardzo niejednoznaczna, ale chyba tak.

W tle pokazała się lekka gorzkość, ogólnie raczej sporadycznie bardziej się wyłaniała, acz dbała o echo... głównie związane z grejpfrutem, ale też trochę... kawowe?

W tym czasie owoce nie próżnowały. Kwasek rozkręcił się i rozgościł na pierwszym planie, z rozsądkiem i poszanowaniem słodyczy, rządząc kompozycją. Do grejpfruta i reszty cytrusowej ekipy podeszły drobne czerwone owoce... Najpierw trudne do nazwania, acz gdy zbierało się ich coraz więcej i więcej, w końcu wyraźniej wyłoniły się kwaśno-słodkie czereśnie. Tuż za nimi pobrzmiewały bardziej cierpkie czerwone porzeczki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia okazała się dosładzać też kawę. Banan na chwilę trochę przycichł, by pokazać się w nowej odsłonie: jako słodki i wilgotny chlebek bananowy, może... z dodanym kefirem, aby był bardziej wilgotny? Chlebek z kwaśnymi rodzynkami! Rodzynki zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę, aż... też się cofnęły.

Kwaśność owoców trochę załagodziła też maślanka - jakby tak postawić ją obok, do chlebka. Ogólnie wciąż soczystość była wysoka, acz ten motyw słodkiego wypieku, wypieczoności jakby troszeczkę ją tonował. Wyobraziłam sobie wilgotny słodki chlebek posypany karmelowym cukrem pudrem.

Mieszał się z wanilią, więc słodycz wzrosła do odważnego poziomu średnio-wysokiego, ale... nagle zatonęły w kwiatach.

Całe mnóstwo owoców: mieszanka cytrusów i czerwonych wystawiła na przód swych przywódców, którymi byli grejpfrut z czereśniami i porzeczkami. Cytryna i ogólnie cytrusy stanowiły bardziej wtrącenia, czerwone wydawały się bardziej jednostajne, konsekwentne... We wszystkich plątała się cierpkość.

Kwiaty także tę cierpkość w sobie zawarły i zaprosiły zioła oraz... pewien świeżo-ostry chłód. Lukrecję! Świeżo-cierpkawe zioła, pewna ich goryczka i słodycz zaobfitowały w motyw lukrecji, wychodzącej z kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak czerwonych porzeczek z lukrecją, która trochę gryzła w język, osłodzonych kwiatami. Grejpfrut, ogólnie cytrusy i inne czerwone owoce pobrzmiewały jako echo. Kwiatów próbowała trzymać się jeszcze wanilia, a i lekki motyw owocowego wypieku się ostał.

Czekolada wyszła kwaśno-słodko; dość soczyście, ale nie czysto, nie tylko soczyście. Nie umiem myśleć o niej inaczej niż jak o "kwaśnym Madagaskarze zrobionym na słodko, w cukierniczym wydaniu" - faktycznie chyba czuć tu to podejście cukiernika z najszlachetniejszych restauracji, gdzie dba się o wyważenie i tonowanie smaków. Grejpfrut i czerwone porzeczki, trochę mniej czereśni i cytryny stały na czele bogatego, owocowego wątku. Doszły do tego kwaśne rodzynki, łączące kwaśność ze słodyczą poprzez chlebek bananowy. Podobnie działała maślanka - harmonizowana i łączyła. Dołączyła też wanilia, waniliowa kawa i kwiaty, przechodzące końcowo w zioła i lukrecję. Acz na tyle słodko, że nie powiedziałabym, że ma 84%, a raczej 74%. Bardzo ciekawe zwroty akcji i właśnie... akcja. Gdyby tak jeszcze było więcej gorzkości, a czekolada wolniej rozpływała i miała gęstszą strukturę, byłoby idealnie. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić 9, ale jakoś... jednak nie. Odrobinę jej zabrakło.


ocena: 8/10
cena: £6.50 (za 70g; około 32 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 14 stycznia 2026

Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan mleczna z marcepanem z rumem oraz karmelizowanymi orzechami włoskimi i laskowymi

Czekolady nadziewane w ogóle nie robią już na mnie wrażenia, acz jaka jakaś ciekawa i smaczna, porządna się trafi, mogę raz na jakiś czas spróbować. Opakowanie dziś przedstawianej rzuciło mi się w oczy, bo szklanka zasugerowała whisky, a ja od razu wyobraziłam sobie ciemną czekoladę nadziana marcepanem z whisky i wielkimi kawałkami orzechów włoskich. Gdy przeczytałam opis, posmutniałam. A jednak jakoś miałam dziwnego laga, bo rzeczywistość nie dotarła do mnie tak, jak powinna, i gdy ojciec zaczął pospieszać, włożyłam ją do wózka. Fakt, że gdybym miała sama tyle na nią wydać, prawie na pewno bym odłożyła, ale no cóż. Może jednak i tak trafiło mi się coś ciekawego? Sama w to nie wierzyłam i otworzyłam, sceptycznie nastawiona. 

Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan to mleczna czekolada o zawartości 33% kakao nadziewana marcepanem z rumem i orzechowym krokantem, czyli karmelizowanymi orzechami włoskimi i laskowymi.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach alkoholu, w którym łatwo rozpoznać rum. Rum ciężko-słodki i, gdy zbliżałam się do tabliczki, aż trochę drapiący i duszący alkoholowością. Był mocny i dominujący. Marcepan migdałowy, orzechy włoskie i mleczna czekolada stały na równi, podporządkowując mu się. Słodycz zajęła wysoki poziom i zdradzała cukrowość, a jednocześnie wydawało się, że ma też rumowe pochodzenie. Wyszło to ryzykownie trochę zbyt cukrowo.

Tabliczka w dotyku wydawała się niby masywna, jednak i w pewien sposób delikatna. Łamała się twardo ze względu na grubą warstwę tłustej czekolady, ale i tak bez trzasku. Wydawała się trochę krucha. Sam marcepan był konkretny i zwarty, ale bardziej miękki, trochę wgniatający się. W dotyku wydał mi się wilgotnie-lepkawo-scukrzony. Widać w nim średnie i małe kawałki orzechów w karmelu, czy w zasadzie krokantu.
Czasem czekolada odskakiwała od nadzienia przy podziale. Nie podobało mi się takie rozwalanie się całości.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, dając się poznać jako bardzo kremowa i maziście-lepka. Była tłusta w pełnomleczno-śmietankowy sposób, a także znikomo proszkowa. Mimo to udało jej się zbudować mazistą kremowość. Miękła, a marcepan starał się z nią spójnie mieszać. Czekolada jednak znikała szybciej, a w ustach zostawało mnóstwo drobinek, grudek marcepanu.
Grudkowy marcepan wykazywał średnią plastyczność. Niby dało się go formować i rolować, ale jawił się jako luźno-suchawy, mimo że nie mogę nazwać go po prostu suchym. Był średnio przemielony i miękki. Choć początkowo sprawiał wrażenie trochę podeschniętego, z czasem okazał się w miarę wilgotny, choć wciąż z suchawym wrażeniem.
Co jakiś czas z marcepanu wyłaniały się raczej drobne i trochę średniej wielkości kawałki krokantu, w których orzechy stanowiły znikomą część. Gdy wypadały z marcepanu, sporadycznie stukały o zęby. Kawałki to sporo twardawo-krucho-chrupiącej skorupki z cukru. Gryziona rzęziła, pozostawiona sama sobie trochę się rozpuszczała. Tylko na próbę ze dwa razy pogryzłam to wcześniej, obok reszty - wtedy dodatek wydawał się o wiele bardziej cukrowo-chrupiący6 i nieprzyjemny. Wolałam więc zostawiać go na koniec.
Krokant orzechowy gryziony na koniec zachował pewną twardą kruchość, "chrupiącość", ale już i orzechy odegrały nieco większą, acz i tak małą, rolę. Jedne i drugie były miękkawo-pochrupujące.

W smaku czasem, gdy robiąc kęsa trafiłam na orzecha włoskiego, to on zabłysnął pierwszy, po czym usunął się.

Czekolada przywitała mnie wysoką, cukrową słodyczą, do której po chwili dołączyło mleko. Słodycz pomknęła do przodu, dominując, ale przez parę sekund i mleko nie dawało za wygraną. Po chwili okazało się, że czekolada lekko przesiąkła nadzieniem - nutka rumu jeszcze podkreślała cukrowość, kierując ją w trochę tandetnym kierunku.
Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, potwierdziło się: przesiąkła nadzieniem i osobno też nie wyszła dużo lepiej, choć mleko wyszło nieco wyraźniej.
Sporo zależało też, jaki kawałek akurat ugryzłam. W przypadku brzegowych, czekolada wspinała się na wyżyny i smakowała nieco bardziej mlecznie.

Marcepan bardzo szybko doszedł do głosu poprzez rum. Spod czekolady wypłynął jako sztucznie rumowa nuta, acz to było tylko złudzenie (w składzie nie ma aromatów), chyba podszepnięte przez nijako-zgłuszone migdały. Po chwili rum zaczął się nasilać i choć wciąż wydawał się przerysowany, niewątpliwie był... rumowy. Mocny, ciężkawy i zacukrzający, co nasiliła silna alkoholowość.

Migdały nie nadążały za nim. Marcepan okazał się trochę nazbyt migdałowo delikatny - rum zupełnie zdominował całość. Migdały jakoś jedynie pobrzmiewały. Chwilami miałam jednak wrażenie, że i w masie marcepanowej pobrzmiewa akcent orzechów włoskich... acz może to goryczka podszepnięta przez rum*? Słodycz w towarzystwie rumu czuła się pewniej. Także wnętrze szybko okazało się cukrowo słodkie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodycz, a w zasadzie połączenie cukru i silnego rumu, aż drapało w gardle.

Z czasem rumowość przegnała czekoladę. Zrobiła z niej mleczne, nieprzyjemnie cukrowe tło pod swoją nachalną, przesadzoną rumowość, które to tło i tak znikało szybciej. I nie był to nawet taki mocny alkoholowy motyw, co przytłaczający, słodki smak rumu. Chwilami wydawał się wgryzać w język.

Wraz z wyłaniającymi się kawałkami krokantu słodycz jeszcze podskakiwała. Do rumu spójnie dołączał motyw trochę, ale w sumie łagodnie palonego cukru. Karmelizowanie przygłuszało nierozgryzane orzechy. Za to gdy na próbę pogryzłam ze dwa kawałki obok reszty, były po prostu cukrowe, nawet mniej karmelizowane.

Migdały końcowo trochę się nasiliły, ale i tak nie był to zbyt wyrazisty marcepan przez rum. Słodycz za to była wyrazista.

Gryzione na koniec, oddzielone od drobinek marcepanu, orzechy smakowały w porywach nieco bardziej orzechowo, ale wciąż trzymała się ich palona cukrowość. Czasem kawałeczki były zupełnie nijakie (to orzechy laskowe tak się zatracały), czasem lekko nijako-gorzkawe - bo właśnie goryczką wyróżniały się włoskie. Czasem czuć, że to one, ale przez rum wydawały się zbyt stłamszone.
Gdy zaś na koniec gryzłam i grudki marcepanu, i te kawałki dodatku, wszystko mieszało się w jedno: w łagodnie migdałowo-orzechowawy motyw, zgaszony przez rum.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie, które drapało wraz z rumem. Alkoholowość była dość silna, ale to nie ona, a smak, wydźwięk, charakter rumu męczył. Wyszedł jakoś tak... przerysowanie, mimo że realnie nie był sztuczny. Czekolada przez niego poszła w tandetną cukrowość, marcepan nie miał siły przebicia. Orzechy zagłuszono karmelizowaniem - o ile włoskie jeszcze się raz po raz dobijały do głosu, tak laskowe się zagubiły.

Tabliczka, choć nie w moim guście, bo jednak mleczna, miała potencjał, ale rum zawalił sprawę. Myślę, że inny alkohol (np. whisky?) i dodanie go mniej uratowałyby sytuację. A tak niestety całość wyszła smutno tanio, cukrowo, nijako gdy chodzi o marcepan i dodane orzechy, a dominująco, okrutnie rumowo. Nie chodzi o to, że rumowa czekolada smakowała rumem, a o to, że oprócz rumu wszystko inne było bez charakteru. Za bardzo się panoszył.
*Nie sądzę, że przy takim mocnym skarmelizowaniu, marcepan miałby jak przesiąknąć włoskimi.

Po 1,5 kostki odpadłam i oddałam Mamie. Jej opinia: "Ach, to marcepan z rumem?! A, to dobrze, bo już myślałam, że naprawdę wcale bardzo marcepan znielubiłam. Bo ten był jakiś niesmaczny, chyba właśnie przez ten rum. Ostatnio w ogóle zauważyłam, że rumowe słodycze wychodzą niesmacznie. Tak i ta czekolada też. Sama jakaś nieciekawa, przesiąknięta środkiem. Marcepan jakoś tak dziwnie się rozpadał, a w środku miał dziwne kulki. Powiedziałabym, że to jakieś chrupki z cukru, w których w ogóle orzechów nie czuć. I w sumie karmelu czy karmelizowania też nie za bardzo, a cukier. Kiepska, ale zjadłam, w sumie nie wiem, po co. Bo mi się coś słodkiego, cokolwiek chciało? Dałabym jej może 5...? Bo większość dzisiejszych słodyczy jest paskudna, a ona w sumie aż taka paskudna nie była. Chociaż przy tej cenie... może jednak 4?".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 110g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), migdały 25%, cukier, rum 2,4%, orzechy włoskie 2,1%, orzechy laskowe 1,8%, syrop cukru inwertowanego

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Ecuador 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna z Ekwadoru (nowa 2025)

Kupując w zasadzie hurtem czekolady Meybony w Auchanie, zapomniałam, że z tą linią miałam już do czynienia w 2020, Meybona Ecuador 72 %. W domu zorientowałam się, acz dalej nie wiem, czy marka rozwinęła tę linię, czy zawsze była taka duża, a po prostu tamtym razem market sprowadził tylko jedną. Nieważne! Trochę niechcący więc przyszło mi zweryfikować, czy czekolada nadal smakowała tak samo jak w 2020 czy też się zmieniła. Skład sugerował pierwsze, tabela wartości drugie. A robiąc zdjęcia zorientowałam się, że nigdy... nie widziałam malutkich flamingów. Jakoś nigdy w żadnym filmie przyrodniczym mi się nie rzuciły w oczy - a proszę, grafik odpowiadający za szatę graficzną czekolady, o nich pomyślał! 

Meybona Feine Dunkle Schokolade Ecuador 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao Nacional de Arriba z Ekwadoru; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam mocno kwiatowy zapach, mieszający się z motywem lekko karmelowego serka homogenizowanego. Czułam też maślaność i przyprawy, co było trochę znajome, ale nie identyczne co w wersji z 2020 roku. Kwiatowość tym razem wyszła odważniej i intensywniej. Mieszała się z motywem kadzidła. Orzechy wydały mi się karmelizowane, a kawa korzenna; korzenna z dużą ilością cynamonu. W zasadzie więcej do powiedzenia miała sama korzenność niż kawa.

Twarda tabliczka i tym razem przywitała mnie głośnym, trochę chrupkim trzaskiem i ziarnistym przekrojem.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęsty, tłustawy krem. Pokrywała podniebienie smugami, mięknąc i udając trochę tłusty serek homogenizowany, zostawiający na koniec leciutką pylistość. Wydała mi się jednak nieco suchsza niż kiedyś. Jej tłustość nie dawała się we znaki. Końcowo za to pojawiła się jeszcze lekka soczystość, która cierpko, wręcz tanino ściągała na koniec.

W smaku pierwsze poczułam słodkie, soczyste cytrusy: mandarynki i chyba pomarańcze. Pomarańcza otworzyła drogę gorzkości, stawiając na swoją wyrazistą skórkę. Pomyślałam o słodkim, maślanym, puszystym cieście ze sporą ilością skórki. Cieście słodkim, ale i bardzo soczystym.

Cieście... bananowym? Chlebku bananowym z dodatkiem pomarańczy, który mocno posłodzono wanilią. Wanilia zaznaczyła swoją obecność, po czym... zalały ją kwiaty. Całe mnóstwo kwiatów. Wyobraziłam sobie intensywnie pachnące, kolorowe bukiety żywych kwiatów - w tym konkretnie tulipanów - o jasnych kolorach.

Odnotowałam lekką paloność. Początkowo wyszła trochę karmelowo, jak... karmelizowane orzechy? Słodko karmelowe, średnio mocno wypieczone ciastka maślane z orzechami laskowymi? Maślaność z czasem słabła, dodając tylko te lekkie akcenty, aż w końcu zupełnie zmieniając się w waniliowy serek homogenizowany.

Soczyste akcenty przejęły czerwone owoce, a słodkie cytrusy trochę się wycofały. Wyraźnie czułam słodko-kwaskawego granata i dojrzałe, miękkie wiśnie. Trzymały ze sobą sztamę; jak wyczuwalne, to w duecie. Wprowadziły lekką cierpkość, podkreśliły też cierpkość serka homogenizowanego. Do głowy przyszły mi też... cierpkawe banany? Dojrzałe, ale... jakby tak ściągnąć zębami całą "nitkę"-włókno (wiązki łyka), a po chwili zagryźć słodką, miękką częścią bez włókna.

Kwiaty mieszały się z kadzidłem. Żywiczne, lekko kościelne kadzidło przez pewien czas wydawało się jednością z kwiatami, potem zaczęło trochę dominować. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do kwiatów i kadzidła dołączyły jeszcze przyprawy korzenne.

Korzenność wprowadziła kawę. Kawa dała się poznać jako mocno korzenna, cynamonowa, a jednak i gorzka. Zrobiona na ziarnach lekko palonych - paloność była niewątpliwie obecna, ale nie za mocna. Gorzkość zdecydowała się przybrać wydźwięk bardziej cierpkiego, kakaowego syropu - a jakże! Wlanego do korzennej kawy. Ich gorzkości połączyły się i końcowo wyszły całkiem mocno.

Z owoców do gry wróciła pomarańcza. Kontynuowała gorzkość poprzez swą skórkę, jednak... coraz trudniej było mi myśleć o świeżym owocu. Oczami wyobraźni patrzyłam na serek homogenizowany pomarańczowy: ze skórką i z mocno skórkowym owocowym wsadem. W jego homogenizowanej słodyczy przewinął się też... banan? Jakby to był serek w wariancie pomarańcza&banan. Serek bazowo mógł też być subtelnie posłodzony wanilią, jednak pomarańcza rządziła w nim zupełnie (że tego banana w zasadzie nie byłam pewna).
Przy cierpkawo-słodkim wsadzie pomarańczowym, na końcówce próbowała się też jeszcze wyłonić wiśnia... chyba wciąż z granatem.

Po zjedzeniu został posmak słodkiego, ale i soczyście-goryczkowatego serka homogenizowanego pomarańczowego, mieszającego się z wanilią (nie serka waniliowego!) i kwiatami. Kwiaty przypomniały też o kadzidle. Czułam lekką gorzkość i dość wysoką cierpkość: pomarańczy, owoców czerwonych i kakao... kakaowego sosu? Kakaowej kawy?

Czekolada smakowała w zasadzie prawie tak, jak w 2020, ale wydała mi się inna w wydźwięku, a jej akcenty... trochę inaczej się rozłożyły. Przede wszystkim, choć i  tym razem dość tłusta, to jednak tłusta w bardziej przystępny sposób, z pylistością, która bardziej to stonowała. Wanilii czułam mniej - ona w smaku w 2020 wydawała się podkreślać maślaność. Tu czułam więcej kwiatów, owoców (tych samych, ale więcej) i przypraw, pojawiło się też kadzidło, co wydało mi się bardziej ekwadorskie. W dodatku wydała mi się nieco mniej palono gorzka, dzięki czemu dosadniej rozbrzmiały inne wątki. Czekolada była jakby... poprawioną wersją Meybona Ecuador 72 % z 2020 - trochę mniej waniliową, minimalnie mniej paloną, troszeczkę mniej tłustą. Te detale się jednak pozbierały i suma summarum przełożyły się na ogólnie lepszy odbiór do tego stopnia, że zdecydowałam się opublikować nowego posta, zamiast robić aktualizację, jak najpierw pomyślałam. Cena wprawdzie wzrosła dwukrotnie, jednak biorąc pod uwagę, że tak wzrosły ceny wszystkich czekolad i innych produktów, to półki nie zmieniła.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon