piątek, 28 listopada 2025

SOL Creamy Vegan 40 % wegańska orzechowa "mleczna" z orzechów nerkowca z białkiem dyni, ryżem, gryką, lucumą i herbatą gryczaną

Tę czekoladę dostałam gratis i choć mówi się, by "darowanemu koniowi w zęby nie zaglądać", żałowałam, że padło akurat na coś takiego. Nawet specjalnie nieczytając składu, dziękując za przesyłkę i gratis, zapytałam właścicielkę marki, czym właściwie ten gratis jest. Otrzymałam odpowiedź, że wegańską, zdrowszą alternatywą dla czekolad Kinder i im podobnych. Po takim opisie, będąc sceptyczną do wegańskich zamienników, uznałam, że drobiażdżek ruszy ze mną w góry. Gdy parę dni przed wyjazdem przepisywałam skład, trochę zwątpiłam. Czy aby na pewno? Zamiennik Kinder? Skład dzisiaj przedstawianej czekolady bardzo mnie zaskoczył. Nie miałam pojęcia, że można jakoś wykorzystać białko dyni oraz że istnieje coś takiego jak herbata gryczana. Gdy zgooglałam, znalazłam coś, co wyglądało jak po prostu prażona gryka. W tabliczce Sol wystąpiło jednak i to, i po prostu "gryka". Ta herbata ponoć w smaku jest "słodkawa, z zaznaczoną nutą prażoną, lekko orzeszkową". Kolejną ciekawostką była Pouteria lucuma. Nie zdziwiłam się, że już jadłam jakąś czekoladę z nią (Vosges Raw Almond Butter 80 % Cacao with Lucuma), ani że zapomniałam, czym jest. Musiałam sobie przypomnieć: lucuma to owoc zielonego drzewa Pouteria lucuma, rosnącego głównie w górach Ameryki Południowej. Nazywa się go złotem Inków, bo jest bardzo zdrowy. Ponoć mimo kremowości, kruszy się, a smakuje bardzo słodko jak syrop klonowy lub bataty z toffi. Wracając do malutkiej tabliczki Sol... Po składzie powiedziałabym, że to kompozycja o wiele bardziej złożona niż zamiennik Kinder. Przez moment się zawahałam, czy przypadkiem w górach mi coś nie umknie - może lepiej jednak zabrać się za to w domu? W końcu jednak uznałam, że na wypadek, gdyby była dziwna nie po mojemu, bardzo słodka to jednak bardziej tolerancyjna będę w górach. Otworzyłam ją na szczycie Ostre, na który przybyłam ze szczytu Sip. Poszłam z niego dalej żółtym do Žaškovské sedlo, a potem zielonym do Sedlo pod Ostrým. Z niego odbiłam na wspomniane już Ostre, ponapawałam się widokami, porobiłam zdjęcia czekoladce i ruszyłam kawałek z powrotem do Sedlo pod Ostrým. Stamtąd już zeszłam żółtym do Ľubochňa i asfaltem do Stankovany.


SOL Creamy Vegan to orzechowa czekolada o zawartości 40% kakao nugatowa / z pastą nugat z orzechów nerkowca / orzechowa "mleczna" wegańska z białkiem dyni, ryżem, gryką, lucumą i herbatą gryczaną.

Po otwarciu poczułam motyw gryki i ryżu, co trochę skojarzyło mi się z herbatą z prażonym ryżem, ale nie zupełnie. Chodziło bardziej o ten prażony motyw - choć też nie tak jednoznacznie - ryżu. Mieszał się z orzechową mąką, ale i samymi orzechami. Wydały mi się z jednej strony lekko gorzkawe, jak czasem włoskie, a z drugiej... Nerkowcowe? Obok stała słodycz: mieszanina melasy, rześkiego karmelu (cukru kokosowego), kwiatów oraz fuzji syropu klonowego i miodu gryczanego, ale bez specyficznego elementu drapania, jaki pojawia się w miodach. Słodycz miała w sobie coś z ciasta ze słodkich warzyw: dyni? batatów? Ale znów: żadne z nich nie było jednoznaczne.

Cienka tabliczka była w dotyku sucha, a przy łamaniu, mimo że twarda, trzaskała lekko. Sprawiała wrażenie kruchej.
Szybko okazało się, że dodatki dodano do niej zmielone.
W ustach rozpływała się powoli, trochę leniwie, ale nie opornie. Strukturę miała chropowatą, a jej tłustość trzymała się tyłów, lecz i tak ją czuć, mimo że obok wystąpiła suchość. Kojarzyła mi się trochę z kremami orzechowymi oraz, z każdą sekundą coraz bardziej, z kleistym kleikiem. Kleikiem zbitym, acz nie gęstym. Z czasem chropowatość przechodziła w pylistość. Czekolada kształt zachowywała prawie do końca, robiąc się jednak gibka i na moment trochę lepkawo-mazista. Aż nagle łatwo rzedła i znikała.

W smaku pierwsza zaznaczyła się słodka melasa i motyw mąki. Melasa aż lekko goryczkowata? Goryczka przemknęła, po czym prawie się schowała, a melasa przeszła w palony... Karmel?

Mąka odciągała uwagę od słodyczy i po chwili zmieniła się w kleik ryżowy. Kleik karmelowy, zrobiony na roślinnej alternatywie mleka. Za nim pobrzmiewał zbożowy motyw, nasilający się jako... Kasza gryczana na mleku?

Po kaszy pojawiły się orzechy. Najpierw jako napój roślinny (i może mąka migdałowa?), a nagle jednoznacznie jako nerkowce. Naturalnie słodko-maślane, lekko prażone. Wskoczyły na pierwszy plan i trochę się cofnęły. Dalej pobrzmiewały delikatnie.

Orzechy przypomniały o prażonej nucie, która mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodyczy podszepnęła ciasto z syropem klonowym. Słodycz wystrzeliła do góry, lecz mimo to, ogółem trzymała się średniego poziomu. Ciasto... z dyni albo batatów? Ale takich, do których wkradła się wodnistość. Dynia mogła to być co najwyżej nijaka makaronowa. Ciasto na maślano-mącznym spodzie.

Wodnistą nutę z czasem zabarwiła rześkość cukru kokosowego o karmelowym w specyficzny sposób. tonie oraz kwiatów. Wydobyła z oddali soczystość.

Wyobraziłam sobie kleik ryżowo-gryczany z bardzo słodkim syropem wiśniowym.

Na końcówce wróciła mąka, acz już tylko jako echo, a mi do głowy przyszedł też miód gryczany, z motywem kwiatów gryki, tylko że w wersji dziwnie palonej.

Posmak należał do palonej słodyczy syropu klonowego i melasy, za którym stanęły ryż i gryka. Trochę jako kleik, trochę jako coś wegańskiego - napój i/lub zdrowe ciasto na bardzo mącznym, słabo wypieczonym spodzie. Czułam też soczystość syropu wiśniowego, mieszającego się z rześkością cukru kokosowego.

Całość do mnie zupełnie nie przemówiła, mimo że muszę przyznać, że była ciekawa. Plus, że nie przesłodzona, a jednak pełna słodkich nut. Ta mieszanka karmelu, melasy, syropu klonowego, miodu i ciasta narzuciły jakiś charakter nutom mąki, kleiku ryżowo-gryczanemu, napoju roślinnego, wodnistej dyni. Wszystkie one były w pewnym sensie mdławe. Wyszła z tego nazbyt rozmyta, rozproszona mieszanka różnych nut i posmaków, a ja zdecydowanie wolałabym jakiś jeden konkretny motyw przewodni. Myślę, że gdyby np. tabliczka była bardziej tylko nerkowcowa, bez np. białka dyni, ryżu, wyszłaby o wiele lepiej.

Efekt taki, że od biedy można zjeść bez emocji, bo to maleństwo, ale też bez żalu komuś oddać. Ja ostatnie 8 gramów oddałam już Mamie, bo mnie to nudziło, a i chciałam jej pokazać dziwność. Opisała: "Dziwna taka, jakbym jadła coś z mąką, jakąś kaszę... coś ryżowego? Takiego wegańskiego, roślinnego. Dziwne to było mdłe, bez charakteru. Ale jak to zamiennik mlecznych dla wegan, to faktycznie po prostu nie jestem grupą docelową. Takie to chyba trudno zrobić, więc nie można powiedzieć, że jest zła".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od sol_chocolate na Instagramie
cena: jak wyżej
kaloryczność: 537,49 kcal / 100g
czy kupię znów: nie
 
Skład: tłuszcz kakaowy, ziarna kakaowe, cukier kokosowy, orzechy nerkowca, białko dyni, ryż, gryka, lucuma, herbata gryczana

czwartek, 27 listopada 2025

Babayevsky Dark Chocolate with Ginger Biscuits ciemna 43,3 % z cynamonem, ciastkami korzennymi i kawałkami pomarańczowymi

Jakiś czas temu trafiłam w internecie na pięknie wyglądającą, rosyjską czekoladę. Była z wiewiórką na kartoniku, z orzechami laskowymi. Niestety bazę miała mleczną, więc nie w moim typie. Zainteresowałam się, czy są czekolady ciemne tej marki. Owszem, Babaevsky (najstarsza manufaktura  czekolady w Rosji) takowe robi, ale trudno je zdobyć. Sytuacja geopolityczna jak widać ma też na takie rzeczy ogromny wpływ (nie dziwne). Gdy udało mi się znaleźć te czekolady na eBayu, zdziwiłam się, na jak pomysłowe warianty trafiłam. Niestety, nie wszystkie akurat były dostępne - wybierałam, co akurat było. Traf chciał, że nie te najbardziej niecodzienne. Chooociaż... Dziś przedstawiana nie wydała mi się wariantem popularnym. No, dopóki się nie wczytałam, czym jest. Kupiłam ją jako ciemną z ciastkami korzennymi, więc trochę mnie zaskoczył jej realny skład. Może po prostu w Rosji trochę inaczej rozumieją "ciemną czekoladę"? A jednak, choć trafiło się coś mniej mojego niż myślałam, wciąż nie brzmiało źle. Chyba... Szkoda tylko, że niedługo przed nią jadłam Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, na bardzo długo zaspakajając ochotę na czekolady śmietankowe. Wzięłam ja na Sip; na szlak, który z czynników niezależnych ode mnie bardzo długo odkładałam. Ruszyłam ze wsi Stankovany zielonym szlakiem do Podšíp. Tam przeszłam na żółty aż na szczyt. Ależ było stromo! W końcu jednak weszłam i mogłam napawać się wspaniałymi widokami. Oj, było warto się powspinać po niemal pionowym podejściu!


Babayevsky Dark Chocolate with Ginger Biscuits / БАБАЕВСКИЙ Шоколад темный с имбирным печеньем to ciemna czekolada o zawartości 43,3% kakao z cynamonem, ciastkami korzennymi / pierniczkami i kawałkami pomarańczowymi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mlecznej, trochę cukrowo słodkiej czekolady z mocno cynamonowymi ciastkami korzennymi. Za nimi zaznaczyła się leciutka cierpkość. Na tyle delikatna, że nawet trudno było ją nazwać jednoznacznie kakaową. Do tego czułam trochę nieokreślony motyw aromatu cytrusowego, echo czegoś niby pomarańczowego, ale niezupełnie. Słodycz całości stała na średnim poziomie.

Na spodzie średnio grubej, niezbyt ciemnej (ciemnawo mlecznej) tabliczki było widać średniej wielkości ciastka w kształcie kulek (jak się później okazało, połówek kulek). Kawałki pomarańczowe ukryły się, dopiero w trakcie jedzenia wyszło na jaw, iż znalazły się tam, gdzie nie było ciastek. Kawałki wystąpiły pod postacią małych kostek koloru prawie czarnego. Dodatków dodano optymalną ilość, prawie w równych proporcjach: kawałków pomarańczowych było mniej.
W trakcie jedzenia okazało się tylko, że dodatki rozmieszczono bardzo nierówno. Gdzie były ciastka, nie było kawałków pomarańczowych. A gdzie nie było ciastek, znalazły się kawałki pomarańczowe i to przeważnie po 2 czy nawet 3 obok siebie. Rzadko trafiało się obok i ciastko, i kawałek pomarańczowy. Były też miejsca pozbawione dodatków w ogóle.
Przy łamaniu czekolada trzaskała średnio głośno i krucho. Kruchego chrzęstu dodały jej ciastka, przeważnie łamiące się wraz z czekoladą.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była mazista i proszkowa. Gęstość i tłustość stały na średnim poziomie. Czekolada dała się poznać jako kremowa i trochę zbita, nie spieszyła się z wypuszczenie z siebie dodatków.
Dodatkom pozwalam się rozpuszczać i trochę je podgryzałam jakiś czas po zniknięciu czekolady. 
Ciastka, gdy się pokazały, tylko w pierwszej chwili jawiły się jako suche. Szybko nasiąkały i rozpadały, częściowo rozpuszczały, rozbijając gęstawość bazy. Były konkretne i mączne, trochę pyliste. Rozpuszczały się wraz z bazą. Ciastka gryzione wcześniej obok czekolady zachowały konkret. Dały się poznać jako krucho-suche.
Kawałki pomarańczowe długo kryły się w czekoladowej masie, aż w końcu zaczynały wtłaczać niską, jakby lepką soczystość. Rozpuszczały się po bardzo, bardzo długim czasie. Gryzione wykazywały jędrność, a ich miękkość wyszła na przeciętnym poziomie. Przypominały galaretki-cukierki w czekoladzie. Bardzo kleiły się do zębów, ale porozgryzane szybciej się rozpuszczały.

W smaku czekolada najpierw mignęła niedookreśloną goryczką. Gorzkość spróbowała się zaznaczyć, ale coś jej nie wyszło. Pomyślałam o goryczkowatym motywie przerysowanego cynamonu, ale właśnie bardziej o tej goryczce i przerysowaniu niż samym cynamonie.

Słodycz wkroczyła wraz z mlekiem. Zahaczyła o cukier, wzrosła, ale trzymała się raczej średniego poziomu. Pokazała się, przygłuszyła goryczkę i spokojnie trwała.

Cynamon jednak ostał się, z tym że prawie bez goryczki. Czułam go zawsze, także w kęsach bez ciastek - smakowała nim sama baza.

W niektórych kęsach, niezależnie, czy trafiła się kostka pomarańczowa, czy nie, już w tym momencie zdarzyło się delikatnie zaznaczyć echu pomarańczy w wydaniu olejkowo-galaretkowym. Wprowadzała lekko sztuczne echo, które czasem dopadało i cynamon. Czekolada miejscami leciutko przesiąkła kawałkami pomarańczowymi.

Mleko nasiliło się, trzymając się słodyczy. Licha cierpkość z tła wraz z tym wyraźnym mlekiem przełożyła się na myśl o czekoladach typu Milka Dark Milk (ja jadłam Milka Dark Milk Salted Caramel), nie zaś o śmietankowych (jak założyłam, wczytawszy się w skład). Mleko nawet jak przez moment mrugnęło do śmietanki, smakowało głównie pełnym mlekiem.

Słodycz i cynamon rozchodzące się od ciastek, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco zabarwiły mleko. Niegryzione, rozpuszczające się ciastka wprowadziły motyw słodkich, pszennych ciastek cynamonowych. Wypieczonych słabo, za to raz czy drugi próbujących robić aluzje do ciastek zbożowych. Choć były wyraźnie korzenne, brak w nich pikanterii i goryczki.
Ciastka wchodziły na pierwszy plan, ale w poszanowaniu czekoladowej bazy, korzystając z niej jako z tła.

Chwilami cynamonowość bazy, zwłaszcza zestawiona z cynamonowymi ciastkami i pomarańczą, wydawała się przerysowana i aż gryząca. Nie jednak jakoś okrutnie.

Obok ciastek prężnie działały mleko i cukier, lecz po fali korzenności, cynamonu, trochę bardziej wychyliła się subtelna cierpkość kakao. Osłabiła trochę słodycz.
Zaraz jednak cukier zmieszał się z cynamonem i cierpkość znów czasem wydawała się jakaś mało kakaowa. Zaraz cynamon trochę rozgrzał język i gardło, odwracając uwagę od słodyczy; pochłaniając ją.

Kawałki pomarańczowe czuć wyraźnie głównie w kęsach z nimi, gdyż tabliczka specjalnie nimi nie przesiąkła. A nawet, gdy się trafiły, to bardzo długo nie dawały o sobie znać. W końcu jednak w cierpkość wprowadzały cytrusowość. Zdarzyło mi się pomyśleć o duecie pomarańczy i limonki, jednak gdy kostki wyłaniały się z czekolady, okazały się smakować niczym w miarę naturalna galaretka z nektaru lub napoju (nie soku!) pomarańczowego. Słodkiego, lekko kwaskawego i soczystego w specyficzny, dosłodzony sposób. Gdy kawałki pomarańczowe rozbrzmiewały w pełni, dominowały nad czekoladą i zupełnie odwracały uwagę od ciastek, gdy już jakimś cudem trafiły się obok.

Gdy po czekoladzie gryzłam kawałki pomarańczowe, wciąż w głowie miałam nektar czy napój (nie sok) pomarańczowy. Wkradł się w niego motyw lekkiego przerysowania. Jeszcze nie cukierkowość, ale w tym kierunku to zmierzało. Oprócz słodyczy i kwasku, pobrzmiewała w nich lekka, galaretkowa cierpkość.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu i cytrusów, w które wkradło się lekkie przerysowanie. Gdy w kęsie akurat był kawałek pomarańczowy, bardzo mocno ostał się na koniec, prawie zagłuszając resztę. Wtedy pomarańcza pobrzmiewała goryczką i trochę sztucznością. Ogólnie zawsze czułam pewną sztuczność, jakiś aromat, ale nie bardzo mogłam uchwycić, czego dokładniej. Oprócz tego czuć cukier i bardzo niską cierpkość kakao. Z nią związała się goryczka, ale znów niedookreślona - nieszczególnie kakaowa.

Nie bardzo wiem, jak podsumować tę czekoladę. Wyszła jak trochę mniej zgrana, bardziej przerysowana i nie tak słodka Heidi WinterVenture Orange & Cinnamon, w której coś nie wyszło. Koniec końców, jej mleczność pasowała do ciastek cynamonowych i pomarańczy, poskromiła słodycz, jednak... tabliczka nie miała nic wspólnego z ciemnymi czekoladami, a jej tytuł brzmi ewidentnie: "ciemna". Za to oszukaństwo odjęłam cały punkt. Jak na mleczną, zaprezentowała się przyjemnie, bo jej słodycz była przystępna, a akcent kakao się pojawił. Gdy zaś chodzi o dodatki: świetnie zrobione pod względem struktury ciastka. Bardzo zgrane z bazą! Cudnie się rozpływały wraz z nią, tworząc harmonijną kompozycję, ale jak się chce, to można też gryźć i wtedy porządnie chrupią. Do pomarańczy mam bardzo mieszane uczucia. Nie zachwyciła mnie, ale pasowała. Mogła by być lepiej zrobiona, ale zła nie była. Jedyny większy zarzut to to, że co i rusz wkradało się przerysowanie w kwestii cynamonu i pomarańczy. Inny, trochę mniejszy, to byle jakie rozmieszczenie dodatków.

W górach poszła, w domu jak dojadałam resztę, by zweryfikować, też, choć mnie było za słodko. Nie moja bajka, lecz choć z wadami, zrobiona w porządku.


ocena: 6/10
kupiłam: eBay
cena: $48,66 za 3 różne tabliczki po 90g, łącznie z przesyłką
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 11,6%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek korzennych 8% (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, imbir sproszkowany, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, mielony cynamon, sól morska, środek spulchniający: wodorowęglan sodu E500, wodorowęglan amonu E527; przeciwutleniacz, mieszanina tokoferoli E306, lecytyna sojowa), kawałki pomarańczowe (koncentrat soku jabłkowego, skoncentrowany sok pomarańczowy, gruszki, błonnik cytryn, środek żelujący: pektyna E440; regulator kwasowości: kwas cytrynowy E330, przetworzony olej palmowy, naturalny aromat pomarańczowy), lecytyna sojowa mniej niż 1%, E476 polirycynooleinian poliglicerolu, mielony cynamon, aromat cynamonu

wtorek, 25 listopada 2025

Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 90 % Kakao ciemna z Dominikany

Zawsze bardzo mnie kuszą nowe ciemne czekolady Beskidu. Niezależnie od tego, czy uda im się zdobyć kakao z nieodkrytego wcześniej regionu, czy np. kakao, na którym już działali, ale w nowym wydaniu. Dobrym przykładem jest Hispaniola z Dominikany, z którego już sporo Beskid miał tabliczek. Wszystkie jednak 70-85% kakao albo mleczne, więc dziś przedstawiana bardzo się wyróżniała. Pamiętałam, że Beskid Dominikana Hispaniola Bio 85 % mnie zachwyciła, a biorąc pod uwagę, że posłodzono ją cukrem kokosowym, który według mnie niezbyt pasuje do czekolad, bo jest zbyt imperatywny, dzisiaj opisywana budziła wielkie nadzieje.


Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 90% Kakao to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z regionów Hato Mayor i El Seibo; wersja po zmianach 2023/24.

Po otwarciu przemknął zapach mocno wypieczonych, słodkich w trochę karmelowy sposób, ciastek korzennych, mieszających się z orzechami oraz motywem nabiału złożonego z maślaności, łagodnego, tłustego sera (żółtego?) i kwaśnej śmietany. Obok stanęły owoce, jakby trochę przygaszone... nie tyle palonym, co dymnym motywem. Dym bowiem też stanowił tu ważny element. Czułam też ananasa, coś bardziej cytrusowo-słodko złożonego (do głowy przyszedł mi jackfruit, acz jadłam tylko suszonego) oraz sok z suszonych śliwek. Z nimi wiązał się mało jednoznaczny akcent ciemnych owoców: wiśni i jakiś leśnych? Goryczka, łącząc się z owocami, zaobfitowała jeszcze w grejpfruta. Z orzechów wyróżniłam prażone arachidy w ciągnącym karmelu (jak ze środka np. Snickersa), jakieś kwaskawe... piniowe (?) i gorzkawe włoskie. Ostatnie cudownie zgrywały się z dymem i serem (może jednak nie tak łagodnym?).

Tabliczka była twarda i głośno trzaskała podczas łamania. Wydawała się krucho-chrupka i zarazem skalista.
W ustach rozpływała się kremowo i powoli. Była gęsta, tłusta i ciężkawa. Bardzo długo zachowywała kształt, roztaczając po ustach lepkie fale. Fale, które z czasem robiły się coraz bardziej soczyste i rzadkie.
Po zniknięciu czekolada zostawiała lekko cierpkie wrażenie.

W smaku przywitała mnie słodycz kwiatów. Była lekka, ale wyraźna i rosła nieznacznie, zajmując miejsce raczej z tyłu. Trafiły tam na... odrobinkę karmelu?

Na przód wskoczyła gorzkość. Pomyślałam o gorzkości dymu, mieszającej się z orzechami włoskimi, które i trochę słodyczy kryją, zapewniając spójność przekazu na linii słodycz-gorzkość.

Podpłynęła pod nią maślaność, budująca grunt pod raczej wytrawniejszy wydźwięk, choć ten nie od razu rozbrzmiał. Pod maślaność podpięły się bowiem orzechy arachidowe, w wydaniu kremu 100%. Prażone i zmielone na pastę bardzo oleistą, z wyraźnie wydzielonym olejem.

Z gorzkości dymu - i okopconego drewna? -  ostrożnie wyłoniły się zioła, a po sekundzie czy dwóch przemknął kwasek. Kwasek ziół? Te zaznaczyły swą obecność, lecz nie spieszyły z rozwojem. Kwasek za to poszedł w kierunku bardziej owocowym. Pomyślałam o czerwonych podwędzanych, ale niezbyt jednoznacznych. Ich soczystość wydawała się jakby hamowana i dość wytrawna. Kolejnym skojarzeniem był sok z wędzono-suszonych kwaśnych śliwek węgierek. Z czasem jednak motyw czerwono-ciemnych owoców osłodził się za sprawą owoców leśnych. Ten owocowy miks zaczął trochę się wyciszać.

Kwiaty prawie zupełnie zniknęły na rzecz ziół. Z tym, że zioła zapewniały coraz to wyższą gorzkość, nie słodycz. Trochę słodyczy znalazło się w owocach. Gdy ciemne słabły, pojawiały się inne. Jakby żółte, ale trudne do nazwania.

Po prażeniu, jakie roztaczały orzechy, większość słodyczy zrobiła się bardziej palono-karmelowa. Acz cały czas raczej wycofana. 

Do orzechów włoskich i kremu z prażonych fistaszków mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyło więcej różnych. Przemknęła myśl o słodkawych pistacjach, jakiś niedookreślonych tłustych orzechach... A potem je wszystkie umocnił motyw palonego drewna.

Ogólna gorzkość dołączyła też do owoców pod postacią grejpfruta. A ten wywołał trochę cytrusów. Pomyślałam o cytrynie, ale nie tylko. Coś było w tym cytrusowego, ale nie jakiś konkretny cytrus.

Cytrusy obudziły śmietanę, subtelną, trzymającą się na boku.. Kwaśna śmietana z ochotą łączyła się z ziołami. Ziołowa śmietana po chwilę przeszła raczej w... ser? Mleczno-maślany, a jednak trochę kwaskawy ser żółty w ziołach.

Kwaśność cytrusów nie pędziła przed siebie. Cały czas trzymała się poziomu raczej średniego. Była spokojna i pozwoliła się osłodzić... żółtym owocom... w tym chyba ananasowi. Do głowy przyszło mi coś łączącego ananasa z bananami, ale ani ananas, ani banany. Może jakiś jackfruit (z opisu w internecie pasuje; tak wyobrażam sobie jego smak)? I wciąż też owoce czerwono-leśne trochę przy tym pobrzmiewały.

Zioła wróciły z nową mocą. Pomyślałam o palonych ziołach, a owoce dodatkowo trochę przysłonił dym. Podszepnął tu i ówdzie wędzone akcenty (owocom, serowi). Gorzkość zrobiła się mocna, a ziołowość podpowiedziała karmelowi nieco wręcz korzenny ton.

Ton... ciastek korzennych, bardzo mocno przypieczonych? Aż z lekką goryczką? Na języku osiadła pewna pikanteria. Jedzonych w towarzystwie lekko podwędzonej, ciemnej herbaty. Goryczkę podchwyciły orzechy, które wyraźnie zdominowały orzechy włoskie. Może też częściowo jako krem 100%?

Po zjedzeniu został posmak trochę maślany, maślano-serowy oraz orzechów głównie włoskich, ale w zasadzie nie tylko. Na pewno czułam kwasek cytrusów z przewagą cierpkawego, goryczkowatego grejpfruta (więc też nie taką czystą, mocną kwaśność), owoce żółte i sporo goryczkowatych ziół w towarzystwie cierpkiej herbaty. Do nich chyba wróciły kwiaty z początku.

Czekolada rozkochała mnie w sobie ze względu na wyrazistą, dominującą gorzkość. Sporo dymu, orzechów włoskich i ziół, podwędzane akcenty świetnie pasowały do wytrawniejszych, choć znikomych, motywów śmietany i sera żółtego. Kwaskawo słodkie owoce żółte, trochę ciemnych i czerwonych oraz cytrusowych stanowiły nieoczywisty i nienachalny dodatek. Słodycz w ogóle wyszła przyjemnie niska - ciekawie przeszła od kwiatów, przez karmel po ciastka korzenne, a i do owoców zawitała.
To jedna z lepszych czekolad, jakie ostatnio jadłam!
Wyszła bardziej harmonijnie niż Beskid Dominikana Hispaniola Bio 80 % czy Beskid Dominikana Hispaniola Bio 85 % z cukrem kokosowym - wytrawność zgrała się z leciutką słodyczą. Mam wrażenie, że w nich jednak wyższa słodycz na zasadzie kontrastu podkręcała sie z wytrawniejszymi tonami.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 475 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 24 listopada 2025

E. Wedel Tymbark Czekolada Mleczna Jabłko Mięta mleczna z nadzieniem miętowym i jabłkowym

Od lat mam słabość do połączenia jabłka i mięty, inspirowanego właśnie smakiem napoju Tymbark. Kiedyś jeszcze raz na jakiś czas, w dzieciństwie, gdy Mama go kupowała do picia, pijałam, choć nigdy smakowe picie nie było moją bajką. Po latach za nic mi nie wchodzi, jednak to, że wariant mi się podoba, nie uległo zmianie. Nie raz robiłam sobie też jogurt z jabłkiem i miętą, inspirując się tym napojem. Stąd i czekolada, gdy ojciec powiedział, że jak chcę, może mi kupić, w zasadzie zainteresowała mnie na tyle, że uznałam, iż przygarnę, by spróbować.


E. Wedel Tymbark Czekolada Mleczna Jabłko Mięta to czekolada mleczna o zawartości 29% kakao z mlecznym nadzieniem miętowym (30 %) i nadzieniem jabłkowym (20 %); edycja limitowana.

Na ciekawy pomysł wpadli twórcy opakowania: wewnątrz nadrukowany był kapsel z napisem, nawiązujący oczywiście do słynnych tymbarkowych kapsli.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach cukrowej, mocno mlecznej czekolady, zestawionej z landrynkowymi jabłkami, częściowo wpisanymi w przecierowo-szarlotkową konwencję. Do głowy przyszło mi nadzienie jabłkowe, mające oddawać szarlotkę oraz cząstki jabłkowe (nie jabłko suszone). Jabłko cechowała kwaśność, ale i w słodycz się wpisywało. Sztuczność zawisła jako groźba - nie była jednoznaczna, chowała się w tle. Gdy się skupić i na pewno przy podziale i w trakcie jedzenia, dało się wychwycić odrobinę olejku miętowego. Wszystko to we wręcz duszno słodkich, cukierkowo-cukrowych realiach. Nic tu do niczego nie pasowało.

Czekolada była w dotyku tłusta i ulepkowata. Rwała się zamiast łamać; wykazując kruchość. Nic sobie nie robiła z linii podziału. Wydawała się zbyt delikatna i skora do rozwalania się.
Tabliczkę wypełniały dwa nadzienia: tłusto-proszkowe, bardziej kremowe białawe, idące przez całość na dole oraz żelowate w wierzchu każdej kostki. To ciągnęło się i bardzo lepiło, wyglądało na trochę przecierowe.
Gdy robiłam kęsa, gruba czekolada wgniatała się w nadzienia. Wierzchy kostek pękały i odrywały się od bazy kostek - strasznie to wszystko niezgrane i niekomfortowe do jedzenia. 
W ustach czekolada rozpływała się szybko i miękko. Była tłusta i proszkowa, a mięknąc przybierała postać gęstawego ulepka. Nadzienia to podchwyciły, przez co całość przeistaczała się w miękką, tłustą i bezkształtną masę.
Kostki szybko pękały, a nadzienia wyłaniały się. Jabłkowo-żelowate, jako te rzadsze, wypływało szybciej. Wykazywało niegładką prawie przecierowość, jednak nie był to przecier. Przypominało raczej przecier z galaretki z mikroskopijnymi grudkami galaretkowymi. Kleiło się i rozpuszczało wodniście. Dolne (miętowe?) podpinało się pod czekoladę. Okazało się jeszcze tłustsze od czekolady w sposób mazisto-oleisty i jeszcze bardziej proszkowe. Co jakiś czas, w każdym kęsie, trafiały się w nim punkciki proszku (widoczny na zdjęciu nr 4), trochę innego od bazowej proszkowości mleka - były bardziej... sucho-trzeszcząco-lepkawe.
Całość zostawiała nieprzyjemne wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku czekolada przywitała się cukrem, który po chwili okazał się lekko doprawiony waniliną. Dołączyło jednak też sporo mleka. Czuć pełne mleko w proszku, jednak słodycz tak się nasilała, że to ona zajęła pierwszy, drugi, a nawet trzeci plan. Sprawiła, że czekolada wyszła dość plastikowo i szybko zasładzała.

Czekolada miejscami wydawała się lekko przesiąknięta nadzieniami, zwłaszcza tam, gdzie stykała się z żelem. A nadzienia nie czekały długo na swoją kolej. Odzywały się niemal równocześnie, wyskakując przed czekoladę.

Na moment żel jabłkowy zajął pierwszy plan, po czym zmieszał się z dolnym kremem.

Żel jabłkowy smakował... właśnie żelem jabłkowym. Był słodki i kwaskawy, oddający cukierkowo-landrynkowe jabłko, które aspiruje do przecieru, ale przecierem nie jest. Pojawiła się w nim sztuczność, ale nie rażąca. Mieszając się z czekoladą mleczną, raz czy drugi zrobiło aluzję do nadzienia szarlotkowego.

Dolny krem wchodził poprzez słodko-tłuszczowy, trochę mleczny motyw, by nagle - po paru chwilach - zaskoczyć kwaśnością. Bazowo był słodki i mdławy, jednak wystąpiły w nim intensywne wystrzały. W nim też pojawiło się coś niby jabłkowego, ale nie jabłkowego, a po chwili motyw goryczkowatego olejku miętowego. W pierwszej chwili nie był oczywisty, bo zgrywał się z kwasem, wraz z którym potem rósł. Nagle było aż zaskakująco kwaśno. Czułam jakby kwasowaty aromat miętowy, sztuczną miętę, co rozchodziło się punktowo. Dolny krem miał w sobie coś z napoju Tymbark jabłko&mięta, ale nie smakował naturalnymi ani miętą, ani jabłkiem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nadzienie górne jabłkowe i dolne (miętowe), połączyły się w harmonii. Pomogły sobie. Żel wydawał się bardziej przecierowy, a dolne... nie było już tak nieadekwatnie kwaśne. Pojawiało się ochłodzenie, jakby pić miętowy, schłodzony napój. Sztuczna miętowość nasilała się, aż w końcu zaczęła dominować, aż gryząc w język.

Przesłodzona, wanilinowa czekolada mleczna trwała jakby obok, w oddali. Sprawiała wrażenie za ciężkiej i nie na miejscu. Jej mleczność nie umiała się w tym wszystkim odnaleźć. A jednak gdy nadzienia zniknęły, czyli raczej gdy gryzłam brzegowy fragment, dobrze czuć właśnie ją. Wraz z kilogramem cukru. Dziwny, nieokreślony kwasek jaki pobrzmiewał, jeszcze bardziej ją spłycił.

Po zjedzeniu został posmak sztucznego aromatu miętowego i kwasek... kwasek jakby właśnie nieudanego aromatu miętowego i kwasek przecieru jabłkowego. Czułam przy nim cukierkowość, wtapiającą się w ogólne przecukrzenie.

Czekolada mi nie pasowała. Dolne nadzienie wyszło aż niepokojąco - smakowało trochę sztucznie kwaśną miętą? Było dziwne, nie szczególnie miętowe, ale z nutą mięty... Tymbarkowo? Ewentualnie karykaturalnie, bo zupełnie nie pasowało to do mlecznej czekolady. Żel jabłkowy wyszedł w porządku, choć też trochę cukierkowo. Tabliczkę uważam za dziwną - może jako limitka-eksperyment i może być. Nie była bowiem obrzydliwa czy skrajnie tragiczna; po prostu nieprzyjemnie dziwna, ale bez traumy. Bardzo nie podoba mi się niepodzielna forma, skora do rozwalania się i łamania nie po liniach.
Po trochę więcej niż kostce darowałam sobie.

Spróbowałam gryza po schłodzeniu i w zasadzie nie wyszło to jakoś szczególnie inaczej, a trochę mniej słodko i twardo przez chłód - ale każda czekolada zachowałaby się tak samo.

Mama trochę spróbowała i powiedziała: "Bardzo kiepska ta czekolada. Jakbym jadła pastę do zębów z czymś kwaśnym. Najpierw sztuczna, miętowa pasta, a potem sztuczna, dziwna jakby kwaśna mięta. No jak mogli taki smak tak zepsuć... W ogóle gdzie im kwaśność do mięty?!. Po trochę darowałam sobie. Jak bym miała oceniać to góra 4 łaskawe, ale nie... Chyba nie zasłużyła. Raczej 3?".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 492 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyny sojowe i E 476; aromat), cukier, tłuszcz palmowy, zagęszczony przecier jabłkowy 7%, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, roztwór cukru inwertowanego, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromaty, naturalny aromat miętowy, emulgator: lecytyny sojowe

sobota, 22 listopada 2025

krem Grizly Nut Symphony by Grizly

Uwielbiam markę Grizly i np. do Kremu z orzechów laskowych 100% co jakiś czas wracam. A żeby przesyłka się opłaciła, zawsze gdy zamawiam coś, co już znam, staram się też wybrać coś nowego. Nie jest to trudne, bo wiele ich past wygląda bardzo smakowicie. Niektóre jednak są mocno kombinowane, złożone i słodzone, zwłaszcza z linii tworzonej z instagramerką MamaDomisha. Dziś przedstawiany przypominał kremy z tej linii, ale chyba nie był z niej właśnie. Na ich stronie opis głosił "z linii ekskluzywnej". Słowa "orzechowa symfonia" od razu do mnie trafiły, a gdy spojrzałam na skład, z nim też nie było źle. Co prawda nie podobało mi się wymieszanie czekolady białej i mlecznej, ale uznałam, że może jakoś to przejdzie. Napisali bowiem, że "pierwsze skrzypce grają w niej orzechy laskowe, prażone migdały, prażone pistacje i wysokiej jakości mleczna czekolada!" - biała może więc się gdzieś schowała? Dopiero jednak robiąc zdjęcia słoiczkowi, zorientowałam się, co też było inspiracją: słodkości "Mozart Kugeln" (ja jadłam Reber Mozart Kugeln), które do mnie nie przemawiają, bo uważam je za przeładowane. Tak, zorientowałam się dopiero po zobaczeniu kompozytora na etykietce... w trakcie robienia zdjęć do recenzji (podczas zakupów jakoś go... nie zauważyłam?!).

Grizly Nut Symphony by Grizly to krem z migdałów i pistacji z białą czekoladą oraz krem z orzechów laskowych i czekolady mlecznej, stylizowany na Mozartkugeln.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny, bardzo złożony zapach. Migdałowy marcepan mieszał się z trochę nugatowo-migdałową słodyczą oraz lekko prażonymi orzechami laskowymi. Te zdawały się w jedno splecione z bardzo słodką, niemal kinderkową czekoladą mleczną. Pomyślałam o czekoladzie mlecznej z białą, mleczną warstwą (jak w jajkach Kinder). Gdy nachylałam się nad częścią brązową, ewidentnie dominowała mleczna czekolada. Jaśniejsza część pachniała bardziej marcepanowo-nugatowo.
Przy mieszaniu, nakładaniu i jedzeniu nasilał się motyw marcepanu i choć sporadycznie dało się w nim wychwycić pistacje, kryło się w nim też pewne przerysowanie. Marcepanowość a to wyłaniała się, a to wycofywała. Całość była znacząco słodka; ogólnie ewidentnie krem przyjął słodką, jednak nie przesłodzona, konwencję.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju i trochę malutkich grudek tłuszczu kakaowego (proces ten zwie się wykwitem), z czego zlałam, ile się dało, czyli prawie 8 łyżeczek (31g), a dosłownie parę kropel już wymieszałam.
Najpierw pomyślałam, ż to u mnie stało się coś bardzo dziwnego, że krem się rozwarstwił, ale gdy skonsultowałam się z producentem, okazało się, że tak powinien wyglądać (na dole jaśniejszy krem, na górze warstwa mleczno-nugatowej czekolady).
Krem podpadł mi formą, która mnie zaskoczyła, przypominając dwukolorowe desery typu Monte. Na wierzchu i tak mniej więcej do połowy, tworząc wielki rdzeń, była część jasnobrązowa (czekoladowo-orzechowa), a na dnie i przy ściankach jasnobeżowa (migdałowo-pistacjowa). Było to problematyczne przy mieszaniu i nakładaniu, bo zależało mi, by warstw nie wymieszać. A przynajmniej nie zupełnie. Nie chciałam też zjeść najpierw jednej, potem drugiej. Stąd przełożyłam część jasnobrązową do oddzielnej miseczki i nałożyłam sobie mniej więcej po połowie każdej. Kolejnym problemem było, jak przemieszać suchsze fragmenty z tymi bardziej oleistymi? Jasnobeżowa, dolna warstwa podeschła miejscami i musiałam nieźle się nagimnastykować, by to do niej dodać troszeczkę oleju, nie zaś do jasnobrązowej, która ani trochę tłuszczu więcej nie potrzebowała.
Warstwa jasnobrązowa, w której widać pojedyncze brązowe kropeczki skórek, była ewidentnie bardziej kremowa i rzadka, acz wyraźnie czuć w niej zagęszczenie czekoladą. Wykazywała tłustość trochę oleistą, ale i miękko-czekoladową. Była ciągnąca i lepka, a także przez większość czasu bardzo gładka. Tylko chwilami wyłamywała się z niej drobna proszkowość. Usta zalepiała konkretnie, ale łatwo odpuszczała. Choć cały czas utrzymywała lepkość, rozpuszczała się w średnim tempie, trochę rzednąc. Rozpuszczała się szybciej od części beżowej. Miękką czekoladowość czuć w niej cały czas. Ona z czasem, przy jedzeniu większej ilości, do pary z oleistością trochę przytykała w sposób tłusto-czekoladowy.
Warstwa jasnobeżowa z mnóstwem sporych kropeczek-drobinek skórek, okazała się masywniejsza. Syta i wręcz twardawa, wykazywała tłustość bardziej orzechową. Była średnio ciągnąca, dość zbita, a miejscami trochę suchawa. Rozpływała się wolniej, a lepkość wykazywała średnią. Czuć w niej znikomy miazgowy efekt; może bardziej ziarnistość. Efekt tak jednak subtelny, że gryzienia nie wymagał. Gdy jednak masę gryzłam, trochę skrzypiała jak marcepan z mąki migdałowej.
 
Warstwy oczywiście różniły się też smakiem. Powiedziałabym jednak, że obie bazują na tych samych orzechach i migdałach, tylko że np. w różnych proporcjach. W istocie musiały się zwyczajnie trochę przemieszać i nasiąknąć.

W przypadku brązowej, pierwsza rozbrzmiała bardzo słodka czekolada mleczna. Do głowy przyszła mi czekolada podbita białą, mleczną warstwą - coś jak w jajkach Kinder Niespodzianka. Cukier pozwalał sobie na wiele. Po chwili przyszedł mi na myśl marcepan oblany taką czekoladą. Przemknęły bowiem właśnie marcepanowe migdały.

Niestety, był w tej marcepanowości akcent aromatu. Lekka migdałowość tej warstwy nie była przejrzysta, czysta (realnie migdałów w brązowej części w ogóle nie było), a już po chwili także nutka orzechów laskowych się przy niej znalazła. Te już były wyrazistsze. Przeplotły czekoladową słodycz, co tę ogólną trochę zahamowało. Laskowce raz po raz tchnęły odrobinę goryczki swymi skórkami (goryczka nie pojawiała się przy każdym zagarnięciu). Orzechy laskowe zaczęły wypierać marcepan, w jedno mieszając się z przesłodzoną czekoladą mleczną. W końcu zrobiło się bardzo giandujowo. Jasna część podkreślała tu orzechy laskowe, ale i migdały sugerowała. A jednak z czasem po ich debiucie, początkowa marcepanowość tej części wydawała mi się jeszcze bardziej przerysowana. Słodycz cukrowej mlecznej czekolady z kolei drapała w gardle.

Część jaśniejsza przywitała mnie smakiem bardzo mlecznej i bardzo słodkiej białej czekolady. I w niej przemknęła cukrowość, ale błyskawicznie rozproszyły ją lekko prażone, naturalnie słodkie, niemal słodziuteńkie... orzechy laskowe? Miały nugatowy, słodziusi charakter, skojarzyły mi się odlegle z Kinder Bueno White (2015, 2020). W ciemno upierałabym się, że laskowce dodano także do jasnej części, ale na pewno nie (dopytałam o to producenta). Po chwili przybyła nuta... mąki migdałowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przemknął marcepan i wyraźny motyw pistacji. Orzechy laskowe wycofały się, zrobiło się bardziej migdałowo-pistacjowo. Biała czekolada trwała obok, trochę męcząc. Nugatowość tej warstwy jednak tak zaadoptowała tę słodycz, że ta część wydawała się bardziej przystępna, gdy o słodycz chodzi. A także naturalniejsza (bez wątku przerysowania w marcepanie).

Gdy tak jadłam, zagarniając raz jedną, raz drugą część, doszłam do wniosku, że obu warstwom na dobre zrobiło zestawienie: w harmonii się uzupełniały. Raz mocniej zagrała czekolada mleczna z orzechowym echem i marcepanowość, raz biała i nugat orzechowo-migdałowo-pistacjowy. Czekolady zlewały się trochę w cukrowo słodkiej mleczności, co też nie było złe.

Część jasna za sprawą białoczekoladowej nugatowości bardzo harmonijnie dopasowała się do kinderkowo-mlecznoczekoladowej nutki części brązowej. Marcepan z czasem robił się coraz mniej jednoznaczny. Wyłaniał się epizodycznie. Raz po raz podbijały go pistacje, których smak trzymał się tylko jasnej części.

Po zjedzeniu został posmak mocno nugatowo-buenowaty i jednocześnie lekko marcepanowy. Z jednej strony trochę przerysowany, ale z drugiej wyraźnie zwyczajnie migdałowy. Czuć też jakby złudne echo marcepanu płynące z pistacji, nie zaś pistacje jako one same. Sporo w posmaku miała do powiedzenia przesłodzona czekolada. Znów myślałam o takiej a'la jajka Kinder, której słodycz aż trochę drapała w gardle.
Krem do mnie nie przemówił. Przede wszystkim, nie podobało mi się, jak został zrobiony - że tak warstwowo, że chcąc nałożyć pół obu warstw, trzeba się natrudzić. Jak chcieli robić krem dwuczęściowy, o wiele lepiej sprawdziłoby się, gdyby warstwy umieszczono obok siebie przedzielone pionowo. Taka forma, na jaką się zdecydowali, sprawdza się raczej w deserach jedzonych na raz, a choć ja potrafię zjeść i 200g kremu orzechowego na raz, ten na raz byłby za duży nawet dla mnie (po zlaniu oleju co prawda gramatura była niższa, ale z kolei wariant smakowy - tak słodki - sprawiał, że aż tyle by za bardzo męczyło). Struktura w porządku. Ogół gładki i masywny, tłusty, ale w przystępny sposób. Część bardziej czekoladowa i bardziej migdałowo-nugatowa współpracowały. Zapach ciekawy. Mieszanina marcepanu, nugatów, połączenie orzechów laskowych i migdałów była całkiem smaczna. Pistacje trochę za bardzo się gubiły. Czekolada o tak uroczym, mocno mlecznym wydźwięku pasowała, lecz gdyby była mniej słodka i gdyby białej dodano jeszcze mniej, wyszłoby lepiej. Tak bardzo słodka konwencja mnie trochę męczyła pod koniec jedzenia. Całość kojarzyła się trochę z kulkami Mozarta, była w porządku, ale jak one, nie zachwyciła. 


ocena: 6/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 30,39 zł za 250g
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład prażone orzechy laskowe, prażone migdały 24,7 %, czekolada mleczna 14,8 % (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), biała czekolada 12,3 % (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), prażone pistacje 7,4 %; mleko w proszku, ghee, naturalny aromat

piątek, 21 listopada 2025

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Equateur Noir 73 % ciemna z Ekwadoru

Choć sporo myślałam o tym, dlaczego market Leclerc ma dwie tak podobne do siebie czekolady marki własnej i nie wymyśliłam niczego ciekawego. Dopiero sprawdzając recenzje odkryłam, że o ile dziś prezentowana jest z ekwadorskiego kakao, tak jej koleżanka o zawartości 72% kakao, tylko inspirowana Ekwadorem. (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto Extrafino / Czekolada Gorzka 72 % była zwyczajnie w porządku. Może więc ta o nieco wyższej zawartości kakao, a bez odtłuszczonego kakao w proszku, miała wyjść lepiej? Możliwe. Acz to kolejna dziwna sprawa: zazwyczaj % kakao producenci podbijają w czekoladach o wyższych zawartościach kakao, z doświadczenia powiedziałabym, że powyżej 75%. A tu... podbili w tej o niższej. Dziwne, dziwne. Jednak dzięki temu wiedziałam, jak ułożyć degustacje, by potencjalnie lepszą zjeść jako drugą.

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Equateur Noir 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Ekwadoru; marki własnej marketu Leclerc.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach galaretki pomarańczowej, mieszającej się z piernikiem i cappuccino. Do głowy przyszły mi kostki piernikowe "domino" z cierpkawo-soczystą galaretką pomarańczową, ale w dziwnej wersji z pianką marshmallow zamiast marcepanu. Kostki w ciemnej, palonej czekoladzie, która w harmonii łączyła się z wyraźnym palonym akcentem w cappuccino. Mocno gorzko nie było, ale czuć goryczkę, pilnującą, by słodycz nie pozwoliła sobie na wiele. A ta, przedstawiając się jako waniliowo-piankowa, aspirowała do dość wysokiej. Mimo że na tym etapie stała jeszcze na średnim poziomie. Mieszała się z motywem... wiosennych, ale intensywnych słońca i kwiatów? Do głowy przyszły mi też słodkie pomarańcze dojrzewające w słońcu.

Tabliczka w dotyku zdradzała lekką kremowość, a przy łamaniu  trzaskała chrupko i głośno.
W ustach rozpływała się średnio wolno i maziście, długo zachowując zbitość. Po pewnym czasie miękła, eksponując maślaną tłustość i kremowość.

W smaku pierwsza rozeszła się znacząca słodycz. Stanęła na średnim poziomie z łatwością i lekko rosła. Bardziej zajęła się prezentowaniem różnych oblicz, niż wzrostem jako takim. Najpierw mignęła mi słodkimi piankami marshmallow, po czym dodała im waniliowe echo.
Gdzieś w tle zaś słodycz otarła się o dojrzałe, soczyste mandarynki.

W tym czasie zaznaczyła się delikatna gorzkość. Rosła spokojnie, dając się poznać jako ciepła, trochę palona. Od razu trochę łagodziła ją maślaność, więc od razu czuć, że ogólnie bardzo gorzko nie będzie.

W oddali mandarynki zgubiły część słodyczy i zmieniły się w soczyste pomarańcze z zaznaczoną cierpkawą skórką. Takie skąpane w słońcu; dojrzewające w ciepłym miejscu. Soczysta, cytrusowo-słodka nuta była obecna cały czas - niby w tle, ale raz po raz subtelnie zapuszczając się na pierwszy plan.

Na nim pojawiły się drzewa, do których szybko doskoczyło ciepło, ale bynajmniej nie palone. Drzewka pomarańczowe przez myśl mi przeszły, ale bardziej skupiłam się na wyrazistszym ciepło-orientalnym, wonnym sandałowcu.

Pianki wirowały z wanilią. Raz myślałam o piankach waniliowych, raz te motywy się rozchodziły, aż nagle przy piankach trafiłam na cynamon. Cynamonowe pianki? Słodycz wykazywała chęć wzrostu, choć cały czas trzymała się jeszcze średniego poziomu (do wysokiego jednak było już blisko).

Gorzkość o trochę palonym charakterze zahaczyła o kawę, ale szybko jakby wystraszyła się zbyt mocnego wydźwięku i polało się cappuccino. Z lekką, paloną gorzkością, ale mocno załagodzonego spienionym mlekiem - to właśnie w nie przeszła maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drzewo sandałowe poprzez ciepło zmieniło się w cynamon, a ten przywołał piernik. Piernik ciepło-słodki, pozbawiony ostrości, za to z nutą pomarańczy. W jedno zmieszał się z kawą, idąc w stronę piernikowego cappuccino.

Pomarańczowe echo trzymało się delikatnej goryczki, ale i ciepłem się otuliło, przez co na myśl przyszedł mi pomarańczowy likier Cointreau - niby z gorzkich pomarańczy, ale słodki. Może w ogóle w formie jakiś piernikowych czekoladek? Albo... delikatnie nasączający piernik? Rozgrzewał alkoholowością i słodyczą. A cynamon to podchwycił.

Cynamon, jaki doszedł do pianek i wszechobecne, soczyste akcenty, w kwestii słodyczy trochę pozmieniały. Oto znalazły się tam nuty bardziej rześkie: cierpkawe, trochę ziołowe, ale jednocześnie słodkie kwiaty. Przygłuszyły piankowo-waniliowy wątek, po czym wzbogaciły się o jednoznacznie słodkie kwiaty bzu i delikatniejsze kwiaty pomarańczy.

Słodycz kwiatów nagle mocno zabarwiła soczystość pomarańczy, która wyszła o wiele bardziej "na słodko". Wyobraziłam sobie kostkę piernikową z trochę likierowo pomarańczową galaretką w palonej, ciemnej czekoladzie. Nutka pomarańczy przełożyła się na kolejną zmianę wydźwięku słodyczy. Bardzo spójnie połączyła ją z cierpkością tak, że nie udało jej się dotrzeć do wysokiego zapędu, mimo takowych ambicji.

Po lekkiej, soczystej goryczce pomarańczy palona kawa pozwoliła sobie na więcej i na końcówce cappuccino zmieniło się jednak w kawę czarną. Czarną, choć lekko słodkawo, już bardziej nawet lekko ostro, piernikowo doprawioną.

Po zjedzeniu został posmak cynamonowej kawy i drzew,  chyba ciepłego sandałowca, a także echo pomarańczy, trochę przechodzącej w likier pomarańczowy, i cierpkawo-słodkich kwiatów. W nich łączyła się kwiatowa słodycz i cierpkość kwiatów bardziej ziołowych.

Czekolada smakowała mi bardziej niż (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto Extrafino / Czekolada Gorzka 72 %. Nuty miały podobne, ale w dziś przedstawianej wyszły głębiej, ambitniej, bo kakao w proszku ich nie zaburzało. Szkoda, że słodycz miała piankowe zapędy, ale ogólnie na szczęście nie wyszła za wysoka. Czułam też sporo wanilii, piernikowej słodyczy oraz kwiatów. Piernikowa kawa, cappuccino z palonym akcentem oraz drzewa, w tym ciepły sandałowiec, świetnie pasowały do wszechobecnych akcentów mandarynek i pomarańczy: zarówno owocu, jak i likieru pomarańczowego, piernika z pomarańczą czy galaretki. Dziś przedstawiana nie była sucha, a maślano-kremowa i miękka, ale jeszcze nie nazbyt miękka jak na ciemną - bardzo wyważona struktura.
Podlinkowana też zaserwowała kwiaty, ale więcej lukru i cukru. O dziwo wyszła bardziej pomarańczowa, więcej w niej skórki z pomarańczą, ale już piernik miał trochę polewowy wydźwięk, a przez kakao w proszku pomyślałam po prostu o gorącym kakao. Też czuć ciepło i drzewa, ale mniej orientalne.


ocena: 9/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Leclerc
cena: jakieś 8,50 zł (a dokładniej 60 za 7 różnych czekolad z tej serii, więc nie wiem, ile dokładnie za jaką)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym dostać

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy

środa, 19 listopada 2025

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto Extrafino / Czekolada Gorzka 72 % ciemna

Ta marka własna Leclerc wydaje mi się dziwna. Dlaczego ciemne czekolady z określonych regionów mają niby być inspirowane Ekwadorem? Najpierw wydawało mi się, ż większość z tej linii jest z kakao z Ekwadoru, ale skoro tak, to to nie jest inspiracja, a kraj pochodzenia. Długo myślałam, że market ten ma dwie bardzo podobne tabliczki. I nie mogłam tego zrozumieć, stąd intrygowało mnie porównanie. Zaczęłam od tej o mniejszej - o "cały" 1%! - zawartości kakao. Różnica jednak tkwiła jeszcze w jakości kakao i tego, co tu na zawartość się złożyło. Dziś opisywana bowiem zawierała też kakao w proszku. Na dobrą sprawę, dopiero sprawdzając teksty zorientowałam się, że... ta tabliczka jest inspirowana Ekwadorem, ale nigdzie nie napisali, że z ekwadorskiego kakao. W tej drugiej, o zawartości 73%, za to kraj pochodzenia kakao jasno napisali.

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto Extrafino / Czekolada Gorzka 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao; marki własnej marketu Leclerc.

Po otwarciu poczułam ciepło gorzki zapach rozgrzanych słońcem, wiekowych, wysokich drzew oraz piernika z cynamonem i polewą kakaową. Cynamon również podkręcał ciepły wydźwięk, a polewa zdradzała obecność odtłuszczonego kakao w proszku. Znacząco upraszczało gorzkość i cierpkość. W tej osiadła dość silna palona nuta. Trochę jakby piernik po brzegach przypiekł się aż na chrupko...? Przez myśl przemknęła mi jeszcze skórka chleba żytniego, ale ze względu na słodycz, zanurzona w kremie kakaowym. Słodycz była istotna, mimo że stała na średnim poziomie, łącząc cukier z wanilią i kwiatami, które pilnowały, by nie zrobiło się za ciężko.

Tabliczka w dotyku wydawała się trochę sucha. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki sposób.
W ustach rozpływała średnio chętnie, powoli i maziście, przedstawiając się jako zbita i niegładka. Miękła jakby tylko powierzchownie. Wykazywała maślaną tłustość, którą z czasem urozmaiciła i osłabiła jej poczucie lekką pylistość. Na moment robiło się trochę sucho, po czym znów bardziej maziście-tłusto. Czuć też lekką kremowość. Kawałek kształt zachowywał niemal do końca.

W smaku od razu rozbrzmiała bardzo wysoka słodycz. Wydała mi się wręcz trochę lukrowa, zaraz przeszła jednak w prostszy, bardziej cukrowy klimat. W ciągu kolejnych sekund urozmaiciła ją jeszcze wanilia. Słodycz przybrała ciepły, prawie ciężkawy wydźwięk.

W tle przemknęło coś rześkiego... Pomarańcza? I po chwili wyraźnie zaznaczyła swoją obecność bardzo słodka, soczysta pomarańcza. Tchnęła w słodycz coś lżejszego - przemknęły nieśmiałe kwiaty. Choć nie były intensywne same w sobie, trochę załagodziły cukrowy wydźwięk. Słodycz przestała rosnąć. Po prostu została na tym średnio-wysokawym poziomie.

Gorzkość weszła do gry. Zaczynała od średniego poziomu, jednak tendencję miała wzrostową. Zaserwowała mocno palony motyw, przekładający się też na cierpkość.

Pomarańcza została sprowadzona do jedynie odrobiny skórki. Właśnie cierpko-goryczkowatej. Taka przeszła na tyły i ogólnie niewiele miała do powiedzenia. A jednak pomyślałam o pierniku właśnie z delikatną nutą pomarańczy.

W palonym motywie znalazło się ciepło, które to piernik kontynuował. Nasilał się, choć z czasem zapomniał o pomarańczy... choć lekką soczystość sobie zostawił. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa także gorzkość się zawahała, ja odnotowałam lekką maślaność, po czym piernik ruszył z nową dawką gorzkości. O słodyczy jednak nie zapomniał.

Pokazał się jako piernik polany polewą kakaową z prostym kakao odtłuszczonym w proszku. Przemknęła mi jeszcze myśl o chlebie żytnim z trochę duszno-cukrowym kremem kakaowym, acz szybko znikającym za piernikiem. To upraszczało gorzkość, acz... nie tak zupełnie. Z piernika wychylał się cynamon, jakby właśnie lekko goryczkowaty i na pewno bardzo ciepły.

Złożona słodycz piernikowo-cukrowa trochę mieszała się z kwiatami ogrodowymi, od których czuć i ciepło, i pewną wilgoć. Wyobraziłam sobie idealnie uporządkowany, podlewany ogród skąpany w późnowiosennym słońcu. Ogród, w którym rośnie też trochę drzew.

Drzewa podchwyciły delikatną gorzkość. Z czasem przeniosły mnie do jakiegoś parku - też ukwieconego i zadbanego? - ale właśnie ze starymi, wiekowymi drzewami, cieszącymi się ze słońca. Wciąż było bardzo ciepło. Przy drzewach chyba przemknęła mi odrobinka ziemi.

Ciepło końcowo zmieszało się z prostym kakao w wizji gorącego kakao z cynamonem oraz echem pomarańczy i jakby konkretnie olejku pomarańczowego. Wróciło trochę soczystości. Słodycz starała się ukryć, choć i tak przemykało coś przesłodzono-denerwującego... jakby komuś wpadła do tego dosłownie jedna pianka? Którą i tak za wszelką cenę próbowały przysłonić... kwiaty?

Po zjedzeniu został posmak odtłuszczonego kakao w proszku - tu wyległo w pełnej okazałości - oraz rozgrzanych drzew. Słodycz wyszła trochę cukrowo, ale ze względu na silne poczucie ciepła, do głowy przyszedł mi cukier cynamonowy. Czułam też akcent kwiatów i echo pomarańczy.

Czekolada wyszła w porządku, jednak kakao odtłuszczone bardzo mi tu przeszkadzało. W dłuższej perspektywie wychodziło bowiem przed to, co głębokie i charakterystyczne. Czuć bowiem, że miała potencjał i sporo ciekawych nut, ale ono skutecznie je upraszczało. Piernik, rozgrzane słońcem drzewa, ogród i park, a więc kwiaty i nuty słońca związane z wyraźnie gorzkim smakiem, osłodzone trochę przesadnie, trochę cukrowo, ale jeszcze nie zupełnie przesłodzone wyszłyby świetnie, gdyby mogły lepiej się rozwinąć. A tak wyszły po prostu smacznie. Kompozycja gorzko-słodka, trochę zbyt słodka (po większej ilości trochę męcząca), ale znośnie, z lekką soczystą nutą - efekt w sumie prosty, a z potencjałem do złożoności. Obstawiam, że to może być blend, w którym jest m.in. ekwadorskie kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Leclerc
cena: jakieś 8,50 zł (a dokładniej 60 za 7 różnych czekolad z tej serii, więc nie wiem, ile dokładnie za jaką)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator: lecytyny; naturalny aromat waniliowy