środa, 11 lipca 2018

Zotter Egg Liqueur / Egg Dance ciemna mleczna 50 % z kremem mlecznym na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym i wanilią

Rok temu bardzo, bardzo zależało mi na dzisiaj prezentowanej czekoladzie, jednak chłopaki od Zottera nie sprawdzali jej, bo zainteresowanie mogłoby być za małe itd. W tym roku, gdy jakoś przestało mi zależeć, bo wszelkie adwokaty i zabajone już mnie nie kręcą, pojawiła się w ofercie. Mimo obietnicy złożonej samej sobie, że nie kupuję przez parę miesięcy żadnych słodyczy, zamówiłam dwie tabliczki. O co chodzi? Adwokat to obecnie ulubiony smak mojej Mamy, więc gdy zobaczyłam tę limitkę, stwierdziłam, że przyszła pora, by sprezentować jej pierwszego nadziewanego Zottera. A przy okazji po prostu nie mogłam nie zamówić i sobie. Tak, zawsze znajdzie się jakiś powód, by kupić czekoladę.
Ajerkoniak, adwokat to likiery jajeczny przeważnie na bazie spirytusu. Ten Zottera został zrobiony na jabłkowej brandy.


Zotter Egg Liqueur / Egg Dance to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana kremem mlecznym na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym na jabłkowej brandy i wanilią.

Po otwarciu poczułam wyrazistą fuzję pełnego, naturalnego mleka i orzechowej, nie za słodkiej czekolady. Tym razem za płynącą z niej orzechowością kryły się też migdały.
Zapach wydał mi się w pewien sposób soczysty, ale soczysty trochę octowo. Ewidentnie czułam bowiem jabłkową nutę, która dopiero po przełamaniu tabliczki zrobiła się bezsprzecznie alkoholowa. Było w tym (po przełamaniu) dużo wanilii i charakterniejszych, ale bliżej nieokreślonych przypraw.

Tabliczkę odebrałam jako konkretną, mimo że nie trzaskała. Nadzienie było bowiem tylko trochę plastyczne, a tak to raczej zbite i tłuste, choć na szczęście w mleczny (a nie np. maślany) sposób. Wyszło spójnie z bardzo kremową czekoladą.

Kawałek spróbowałam (jak zawsze) dzieląc, ale szybko stwierdziłam, że nadzienie osobno (bez czekolady) jest tak słodkie, że po prostu nie da się go jeść.

Przegryzając się przez całość bardzo długo dane mi było rozkoszować się smakowitą czekoladą o głęboko orzechowym charakterze i znikomej, troszkę karmelowej, słodyczy. Jak na ciemno mleczne Zottery po którymś tam kęsie zaczęła mi się wydawać mało mleczna, a bardziej "ciemnoczekoladowa" przez kontrast po posmaku, ale tak przy rozpływaniu się kęsa mleko stanowiło, wraz z waniliową nasilającą się słodyczą, harmonijne przejście do nadzienia.

Waniliowa i ogólna słodycz nasilały się. W ustach rozchodził się smak mleka także wzrastający bardzo znacząco. W końcu mleko i wanilia zaczynały spychać na bok czekoladę mleczną, a ja czułam się, jakbym jadła białą, bo taki przybrała klimat.
Na scenie pojawił się konkretniejszy akcent. Także zaliczał się do słodyczy, już niemal cukrowej, ale... była to "cukrowość" brandy. Alkohol pokazał się najpierw jako słodkie zaznaczenie, jabłkowa soczystość takowego alkoholu, jednak szybko zaczął rozgrzewać, niemal podpiekać język, w czym pomógł mu imbir.

Gdy alkohol zbliżył się do mleka i słodyczy, dołączyła do tego specyficzna słodka jajeczność. O tak, skojarzenia poszły w advocatowym kierunku, choć nie był to jednoznaczny jego smak. Było likierowo, ale tak... likierowo inaczej (przez jabłkową nutę brandy).
Słodycz z pomocą alkoholu niemal drapała w gardle, co z podrapywaniem języka zbliżyło się niebezpiecznie do mojej granicy wytrzymałości.

Orzechowość czekolady ze szczyptą cynamonu też walczyły o głos, dzięki czemu przynajmniej nutka migdałów wyszła trochę marcepanowo (a nie np. nugatowo). Ogólnie jednak wydała mi się bardzo stłumiona.

Pod koniec alkohol, kontrastowo do słodyczy, robił się bardziej ordynarny... Chociaż nie. Słodycz też była ordynarna. To właśnie brandy i słodycz pozostawały w posmaku. Niby było to trochę "jajeczne", ale z chwilami za bardzo wyczuwalną jabłkową brandy i za słodko - waniliowo, ale i cukrowo. Bardziej niż z likierem jajecznym ta czekolada kojarzy się po prostu z... białą z alkoholem.

Wyszło to bardzo tłusto-mlecznie i tak... ordynarnie, choć bez wyrazistego i głębokiego smaku. Nie było mdło, ale nie było też głębi. To chyba jeden z gorszych nadziewanych Zotterów, jakie jadłam, ale nie niezjadliwy (choć do ostatniego kęsa zastanawiałam się, czy kończyć, czy oddać Mamie - z trudem, ale skończyłam).

PS Nawet pewnie nie wyobrażacie sobie, jak źle czuję się z tym, że akurat coś takiego Mamie podarowałam... I jej też nie pasowała, choć z innych powodów ("za pełno mleczne, za mało zabajone i ciemna czekolada... ciemna, tak?").


ocena: 5/10
kupiłamfoodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, mleko, syrop fruktozowo-glukozowy, jabłkowa brandy, migdały, słodka serwatka w proszku, żółtka jaj 2%, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia 0,2%, sól, lecytyna sojowa, cynamon, sproszkowany imbir

poniedziałek, 9 lipca 2018

Marou Tien Giang 70 % ciemna z Wietnamu

Z degustacjami czekolad jest jak... nie, właściwie to nie ma "jak". Są to chwile wyjątkowe, nieporównywalne do niczego innego i niezwykle dla mnie ważne. Uczucia i emocje towarzyszące po sięgnięciu po daną tabliczkę bywają nie do opisania, zwłaszcza, gdy chodzi o np. ostatnią posiadaną marki, która w stosunkowo krótkim okresie czasu z łatwością zdobyła specjalne miejsce w moim sercu. Zmieniła też moje pierwsze skojarzenie z Wietnamem - o ile kiedyś zawsze kojarzył mi się z konfliktami zbrojnymi (przez słabnące już zainteresowanie wojskowymi klimatami), tak teraz z bombą smaków, pyszną czekoladą. I dobrze.

Marou Tien Giang 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu, z prowincji Tien Giang.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach o wytrawnym charakterze. Przede wszystkim czułam ziemię spowitą dymem, co też mocno kojarzyło mi się z jakimiś pestkami (dyni?). Poważny wydźwięk podkreślała subtelna nutka... będąca jakby mieszaniną oliwek, octu i alkoholu. Owoce zaznaczały się subtelnie i tak spójnie z resztą, że nazwanie ich łatwe nie było. Suszone figi? A za nimi coś leśnego - owoce czarnego bzu? jeżyny?

Przy łamaniu ciepłobrązowa tabliczka trzaskała niczym żywe gałązki, a w ustach rozpływała się kremowo-lepko, jakby proszkowo chrzęszcząc. To soczysty, nietłusty krem, nawet trochę wysuszający pod koniec. Może nie brzmi dobrze, ale to było sadystycznie przyjemne, jakby czekolada miała plan zamęczyć pysznością.

Czekolada przedstawiła się jako uderzająca dosadnym, acz niezwykle wyważonym smakiem.
Zaczęło się słodko-gorzko. Wykwintna gorzkość zdawała się rozchodzić w nieskończoność. Sporo w niej prażenia i dymu, lecz nie odebrałam jej jako mocno palonej.

Dym kłębił się i wił niczym rozleniwiony dziki kot na nutach ziemistych i kojarzących się z pestkami, nasionami (dynia, słonecznik itd.). Wśród nich znalazło się też całkiem sporo bliżej nieokreślonych, ale na pewno prażonych orzechów. Chwilami robiło się naprawdę wytrawnie.

Przy tym wszystkim słodycz również się rozwijała. Początkowo trzymała się na uboczu, niosąc wiele owocowej rześkości. To jasne winogrona, powoli pokazujące pazurki, zmieniając się w kwaskowate rodzynki. Te zaś z czasem zaczęły kojarzyć mi się z figami.
Na scenie pojawiła się bowiem leciutka słodycz... karmelowo-bananowa? Esencjonalna i prosta w naturalny sposób, taka może miodowa (producent właśnie o miodzie pisze).

Dym, ziemię i pestki nagle podkreśliły jakieś mocniejsze przyprawy - pieprz? chili? jałowiec? Ten trzeci trzymał się dymu, a pikanteria ogólnie się wpasowała. Również słodycz skorzystała z podkreślenia, co przełożyło się na skojarzenia z - w pierwszej chwili czymś miodowo-octowo-alkoholowym - syropem z winogron i / lub owoców leśnych (jeżyny na pewno; może coś czerwonego?).
Raz i drugi klimat zrobił się niemal zadziorny, bo pikantnie korzenny i trochę miodowy (jak masa makowa?).

Po tym wracał dym, mniej słodka, a bardziej wytrawna korzenność i orzechy. Prażenie nabierało impetu przez wysuszający efekt.
Na długo pozostawał gorzkawy posmak dymu zwieńczony odrobinką szlachetnej, złożonej słodyczy.

Jedząc, mniej więcej w połowie tabliczki uznałam, że czekolada jest przepyszna, jak reszta Marou i że wystawię jej 9, ale im bliżej było końca... Cóż, nagle zorientowałam się, że utopiłam się w jej głębi, "sadystyczna" czekolada zalepiła mi nie tylko usta, ale i umysł, serce. Stateczna i wyważona, a jednocześnie dosadna, pewna siebie.
Jej charakter to drzemiący, ale nie chowający pazurów dziki kot. Szlachetna gorzkość. Cała ziemistość i dym, prażone pestki z odrobiną pikanterii i słodyczą pochodzącą głównie od uwielbianych przeze mnie słodkich tworów (figi, banan, charakterniejszy ni karmel, ni miód, jeżynowate sugestie).

Niektóre nuty były podobne co w innych Marou, mam jednak wrażenie, że Tien Giang była najbardziej zdecydowana i czekoladowa.


ocena: 10/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 30 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  585 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy


------------
Aktualizacja z dnia: 16.10.2020 ...powiedzmy, że aktualizacja, bo tym razem to miniaturka (24g).

Właściwie nie zamierzałam pisać tej aktualizacji, chciałam wrócić dla siebie, a nie na bloga, ale jak zobaczyłam, że miniaturka wygląda inaczej, uznałam, że warto ją pokazać. A w trakcie jedzenia odkryłam coś jeszcze.

Czekolada i znów zapachniała mi intensywnie wytrawnie, a więc ziemiście-dymnie, różnymi pestkami, podkreślonymi głównie oliwkami i octem. Tym razem jednak w dymie doszukałam się jeszcze podwędzonego sera jakby... w towarzystwie drewnianych beczek. Wyraźna soczystość owoców dodała temu głębokiej, ale delikatnej słodyczy. 

Miniaturowa wersja rozpływała się szybciej i bardziej mięknąc, co uważam za minus. W moim odczuciu im tabliczka cieńsza, tym gorzej, bo smaki przewijają się szybciej.

Od początku była słodko-gorzka, acz tym razem jakoś bardziej zwróciłam uwagę na słodycz (bo rozchodziła się szybciej). Nie za mocna, ale szlachetnie karmelowo-bananowo-miodowa, przy czym jakby poprzez banana łączyła się z innymi nutą. Dzięki jego leciutkiej soczystości i cierpkawości. 

A to właśnie wszelkie inne nuty i tym razem odegrały ważniejszą rolę. To znów przecudowna gorzkość ziemi, dymu (aż lekko podwędzona jak zapach). Tym razem jednak czułam więcej drewna, od którego odchodziły ostro-wytrawne przyprawy, podkreślone octowo-alkoholowym motywem. Wiedząc, że sporo będzie tu pestek, bardzo się na nich skupiłam. Oprócz gorzkawych pestek dyni, to przede wszystkim słonecznik... taki... wilgotny niczym prosto z żytniego pełnoziarnistego chleba. Sam w sobie był taki... ziemisty. Nutka sera i oliwek zawracały do soczystości owoców.

Z czasem nie tylko bananów, ale znów leśnych i rodzynkowatych.

Czekolada pozostawiła pikantnie-wytrawny posmak oraz ogrom esencjonalnej, szlachetnej słodyczy.

Zaskoczyła mnie tym, że w zasadzie odebrałam ją prawie tak, jak zapamiętałam. Właściwie wiele zdań z aktualizacji usunęłam, bo były powieleniem tych z recenzji (do której wróciłam później). Pamiętając nuty, którymi zdobyła moje serce, bardziej się na nich skupiłam. To już nie było: "o! Czuję pestki! Jakie? Dynia, ...", a "ok, dynia, słonecznik - jakie dokładniej? przecież jak rodem z mojego chleba...". Zachwyciła mnie jak za pierwszym razem. Naszła mnie myśl, że gdybym miała okazję tak dokładnie wczuć się we wszystkie nuty zawsze już za pierwszym razem... moje recenzję ciągnęłyby się jak Kodeks Karny. Fajnie więc tak dopisywać kolejne paragrafy, ustępy i nowelizacje po jakimś czasie. ALE!
Pluję sobie w brodę (trochę*), że chcąc przypomnieć sobie ten boski smak, a jednocześnie zaoszczędzić ("bo już znam"), zdecydowałam się na miniaturkę. Nie spodziewałam się, że to będzie takie... rozprasowane, tzn. że tabliczka będzie tak cienka.
To trochę... jakby oglądać film w przyspieszonym tempie. Przyjemność była więc mniejsza, ale cóż. To i tak jedna z moich ulubionych czekolad.
*Przynajmniej już teraz wiem, że następnym razem TRZEBA brać pełnowymiarową.

niedziela, 8 lipca 2018

Lindt Creation Les Macarons Fraise mleczna z kremem truskawkowym z kawałkami migdałów i kremem mleczno-bezowym z kawałkami herbatników i bezy

Przy okropnie sztucznym truskawkowym Wedlu wspomniałam o truskawkowym Lindt'cie. Do niego i spieszyło mi się, bo miałam ochotę na jakąś zwyklejszą nadziewajkę truskawkową, chciałam porównać, i odkładałam otwarcie w czasie, bo... Tabliczka pochodzi z nowej linii, stylizowanej na makaroniki w różnych smakach. Trzeba Wam wiedzieć, że ciastka makaroniki uważam za chyba najgorszy twór, jaki ludzkość mogła wymyślić. Bezowo-pudrocukrowe coś, jeszcze przełożone kremem...? Koszmar, po prostu koszmar. Dlaczego więc mimo wszystko nie trzymałam się od tej czekolady z daleka? Po prostu Creation to raczej luźne interpretacje deserów, z których zagraniczne smaki naprawdę wychodzą ciekawie: Amarettini w gruncie rzeczy "nie do końca amarettinowe", Knusper Praline była niecodzienna; "nasze" Creme Brulee na tamten moment mi smakowała, Chocolate Cake (ale tylko płaskie kostki) to jeden z moich ulubionych Lindtów, a średnią Tiramisu z tym ciastem skojarzyć trudno. Co więcej, kawałki bezy w tej konkretnej to jedynie 1%, a tabliczka była "w płaskiej formie" (lubianej przeze mnie; nową bojkotuję i za nic tych grubonadzianych nie kupię).

Lindt Creation Macaron / Les Macarons Fraise to mleczna czekolada nadziewana truskawkowym ganaszem na bazie mleka z kawałkami migdałów i kremem mlecznym al'a beza z kawałkami herbatników i bezy.

Już rozprawiając się ze sreberkiem poczułam smakowity zapach mocno mlecznej, słodkiej czekolady. Mleczność ta była smakowita i bezkresna, a z wyraźną truskawkową nutą przywodziła na myśl mleczny koktajl truskawkowy. Owoce te zachowały pewną naturalność, lecz i "konfiturkowością" raczyły. Aromat sprawiał bardzo miłe, pełne uroku wrażenie.

Kremowo-tłusta czekolada stanowiła grubą warstwę, ale nie można narzekać na ilość nadzienia. Zdaje się, że białego było o wiele więcej, więc jedynym moim zastrzeżeniem są proporcje białe : truskawkowe (wolałabym więcej truskawkowego).
Truskawkowe nadzienie to nie dżem czy żel, a krem - bardzo plastyczny, lekko ciągnący i lepiący. Był tłustawy i soczysty, przypominał bowiem owocowy krem na bazie mleka. Z zaskoczeniem odkryłam w nim kawałeczki migdałów - straszna drobnica, raczej miękkawa.

Jeszcze bardziej zaskoczył mnie biały krem. Okazał się bowiem kremem tłusto-proszkowym, rozpływającym się trochę jak cukier puder. Ten był solidnie najeżony twardymi i ostrymi kawałkami - o ile ciastka po prostu chrupały, tak kawałki bezy... szczęście w nieszczęściu nie kojarzyły mi się z bezą, a po prostu skryształkowanym cukrem pudrem. Trochę ostry, chrzęszczący cukier? Potworność, ale chyba mniejsze zło niż byłaby to beza. Bezę chyba jednak udaje cała biała część...

Po zrobieniu kęsa bardzo długo to czekolada dominowała. Tradycyjnie smakowała wyrazistym, smakowitym mlekiem i raczyła bardzo silną, acz nie cukrową, słodyczą.

Najpierw do głosu delikatnie, potem silniej, ale nigdy dominująco, dochodził krem truskawkowy. Mleczna słodycz po prostu narastała, stając się bardziej owocową, co skojarzyło mi się ze słodziutkim truskawkowym mlecznym koktajlem. W tle zaznaczył się leciutki truskawkowy kwasek, który nadał czekoladzie lekkości. Całość wyszła zaskakująco naturalnie i smakowicie. O dziwo i migdały wyczułam przy ich rozgryzaniu (chwilowo i troszeczkę, ale jednak).

Potem jednak, gdy nadzienie owocowe się nieco rozeszło, a czekolady zrobiło się mniej, wyraźniej odzywało się nadzienie białe. Ono nie miało problemu z wybiegnięciem przed szereg, gdyż smakowało specyficznie. Podtrzymało mleczność, jednak ta kojarzyła się z zasłodzonym mlekiem skondensowanym, a po chwili zaserwowało smak cukru pudru. Bardzo szybko odsłoniło mnóstwo twardych kawałków: smak ciastek pojawiał się epizodycznie, bo większość ich kawałków wydawała się pozbawiona go, za to cukier nakręcał smak cukru (ale i tak nie było bardziej słodko, niż w przypadku zwykłych nadziewanych z białym kremem).
Rozumiem, że to nadzienie miało udawać bezowe makaroniki - na moje nieszczęście chyba w bardzo udany sposób, ale też nie tak jednoznacznie, że bym zgadła.

Końcówka po dominacji cukru pudru próbowała ratować honor Lindta i podrzuciła, po dokładnym porozgryzaniu, migdały do posmaku, wraz z mlekiem i kwaskiem truskawki.

Czekolada wyszła więc bardzo, bardzo słodko. Paradoksalnie, mimo że cukrowo, wcale nie oznacza to, że ją przesłodzili. Trudno jest mi się tu tej cukrowości czepiać... Miał być makaronik / beza, więc... no jest. Czuć bowiem cukier, jak to opisałam, ale jednak nie zabił on czekoladowości, bezkresnej mleczności, a truskawka sprawiła, że właściwie przecukrzenia totalnego nie odnotowałam. Owszem, z czasem było mi za słodko, ale moja tolerancja jest niska, a normalny człowiek pewnie po prostu zjadł by mniej.

Całość okazała się niecodzienna i specyficzna. Nie mogę powiedzieć, że to zła tabliczka, że mi nie smakowała, ale też nie mogę powiedzieć, że w 100%-ach smakowała (a tym bardziej, że np. "nawróciła mnie na bezy", bo aż tak tym nie smakowała; nie smakuje jak "czekolada z bezą"). Podobało mi się to, jak naturalnie wyszła (nienachalna truskawka w mlecznej toni); za adekwatność również należy się pochwała. (Akurat w tym przypadku liczyłam na nieadekwatność. Obdarowana jedną kostką Mama, która lubi bezy itp. była zachwycona, ale sama nie wpadła na to, że to coś bezowego, dopiero jak powiedziałam.) Zupełnie nie podeszła mi jednak chrupiąca część - migdałów (świetnie, że są!) mogłoby być więcej, ciastka za twarde, chrzęszczący cukier irytujący.


 ocena: 7/10
kupiłam: ktoś na zlecenie (chciałam "Lindty, które są tylko we Francji")
cena: ok.15 zł (za 150g, ale nie wiem, ile jest warta)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, masło skoncentrowane masło, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, stabilizator: sorbitol; 1% sok z koncentratu truskawek, 1% gorzkie herbatniki (cukier, skrobia pszenna, mąka pszenna, pestki moreli, barwnik: karmel E150b), białko mleka, proszek do pieczenia: wodorowęglan amonu), 1% beza (cukier skrobia pszenna, białko mleka), cukier inwertowany, syrop glukozowy, 0,4% migdały, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, zagęszczony sok cytrynowy, naturalne aromaty, aromat, barwniki spożywcze: karminy

sobota, 7 lipca 2018

Happy Benjamino Lemon Spirulina + Protein ryżowa 45 % ze spiruliną i cytryną

Nie rozumiem, dlaczego spirulina jest postrzegana jako dodatek kontrowersyjny. Wiele rzeczy z nią smakowało mi i wcale nie czułam w nich jakiś dziwnych, obrzydliwych nut. Połączenie spiruliny i cytryny? Mi wydało się ciekawe i od razu przypomniały mi się Libeert Lemon & Ginger i Pacari Spirulina, a potem zaczęłam sobie wyobrażać, jak połączenie tego może smakować. Po co się jednak zastanawiać, gdy można sięgnąć do szuflady? Cieszyłam się na ten moment, aż do chwili, gdy okazało się, że o czekoladzie miałam zupełnie błędne wyobrażenie.

Happy Benjamino Lemon Spirulina + Protein to czekolada ryżowa o zawartości 45 % kakao z Nikaragui ze spiruliną i cytryną. To chyba "mleczna" wegańska, białkowa (białko ryżowe).

Cytrynowy zapach poczułam jeszcze przed otwarciem kartonika. Potem oczywiście nasilił się i to do tego stopnia, że później miałam problem z pozbyciem się go z dłoni. Szybko się ulatniał i nie był już taki silny, ale odebrałam go jako "wgryzający się".
Była to cytryna częściowo soczysta, a częściowo goryczkowata w sposób a'la jakieś galaretki, żelki (raczej moje wyobrażenie). Przy łamaniu i jedzeniu poczułam też algową nutę akwarium, pylistość kakao i dziwnie... papierową proszkowość.

Było to dość upiorne wraz z tym, co widziałam. Najpierw myślałam, że czekolada jest zepsuta, bo wyglądała dziwnie. Nie był to wydzielony tłuszcz, ani zwykły osad. Matową tabliczkę pokrywał jakby pyłek, którego nie dało się pozbyć. Miała jakby zbeżowiało-zszarzały kolor. Aż telefon miał problem ze złapaniem ostrości i koloru - na zdjęciach wygląda nieco inaczej.
Przy łamaniu nie była twarda, ale miękka też nie. Odebrałam ją za jako dziwnie mączną.

Ostrożnie spróbowałam. Tu dopiero przeżyłam szok. Otóż czekolada leniwie, choć w tempie normalnym, miękła do złudzenia przypominając bardzo, bardzo ciepłą plastelinę. Była tłusta i strasznie mączna.

Natychmiast poczułam goryczkowaty posmak olejku cytrynowego, który potem zrobił się też trochę kwaskowaty, ale nie kwaśny. Była to taka "słodka cytrusowość" kojarząca się ze słodkimi cukierkami, gumami rozpuszczalnymi (luźne wyobrażenia).

Równie szybko w ustach rozeszła się pylistość. Zarówno sucho kakaowa, taka wyprana ze smaku, choć nieco orzechowa, jak i dziwnie po prostu mdła. Miałam wrażenie, jakbym jadła mąkę z nieco orzechowymi nutami. Kakao... wydało mi się strasznie wyprane ze smaku. Właściwie kakao jako takiego nie czułam. Czułam za to maślaność.

W tle, przy tym mdłym smaku pojawiło się coś akwariowatego, algowego...? Takiego proszkowo-spirulinowego. Nie wiem, czy ktoś z Was kiedyś próbował czystą sproszkowana spirulinę. Ja tak i nie uważam, by była zła. To był właśnie jej smak, tylko jakby wymieszany z mąką. Potem do głowy przyszło mi, że w sumie może się to kojarzyć z makaronem ryżowym. Spirulina nasilała się, aż w pewnej chwili niemal dominowała.

W sumie nie miała i konkurencji, bo inne smaki były mdłe. Akwarium połączyło się z cukierkową cytryną i skojarzyło mi się z jakimiś... "sprzedawanymi w kioskach chińskimi gumami do żucia o smaku teoretycznie żadnym, a praktycznie karmy dla rybek, które przesiąkły papierowym opakowaniem". O dziwo w smaku cytryna właściwie odchodziła w niepamięć.

Po wszystkim pozostawał dziwny posmak... jakby odżywki białkowej (?), kartonu, lekko orzechowo-maślany, sztucznie cytrynowy i algowo-rybkowy. Po połowie kostki (w sumie są dość spore) myślałam, że zwymiotuję. Miałam poczucie, jakbym najadła się plasteliny.

Byłam pewna, że to ciemna czekolada (np. 70 %), co sugeruje kostka widoczna na opakowaniu, zdrapałam nalepkę z tłumaczeniem i... 45 % kakao. Cóż... to i tak dużo, bo "po smaku" nie powiedziałabym, że tam w ogóle jest miazga. Obstawiałabym raczej mieszankę tłuszczu kakaowego i kakao w proszku.

Takiego oblecha dawno nie jadłam. Nie podchodzą mi wegańskie zamienniki mlecznych, białkowych rzeczy nie lubię, ale... Nie wiem, gdybym miała rozpatrywać to jako czekoladę "mleczną ryżową", może powinnam wystawić nieco wyższą ocenę, ale ja czuję się oszukana ("mlecznej ryżowej" za nic bym nie kupiła). Patrząc na opakowanie łatwo odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z ciemną czekoladą. Trzeba patrzeć na skład... no, zawartość kakao odkryłam dopiero po zdrapaniu nalepki z tłumaczeniem, a np. śmietanka kokosowa zasugerowała mi nadzienie czy coś (a przynajmniej coś niezłego). Nie podlega jednak dyskusji fakt, że smakowało okropnie.


ocena: 1/10
kupiłam: Naturalny24
cena: 12,90 zł (za 70g)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, białko ryżu w proszku 13%, śmietanka kokosowa, białko migdałów w proszku 8%, spirulina w proszku 1,5%, lecytyna słonecznikowa, olejek cytrynowy 0,04%, wanilia Bourbon

piątek, 6 lipca 2018

Ritter Sport Spekulatius mleczna z ciastkami korzennymi i mlecznym kremem z przyprawami korzennymi i kakao

Po mało korzennych pierniczkach chodziło za mną coś korzennego. Poniekąd to dobrze, bo zbliżała się pora na Ritter Sport, za którą to marką nie przepadam, ale tego smaku nie chciałam przegapić. Teoretycznie lubię ciasteczka korzenne (inna sprawa, że właściwie nigdy mi nie smakują, bo zawsze "coś jest nie tak"), a tutaj... Cóż, liczyłam na korzenność, nie tyle na pyszną czekoladę, bo jednak nadziewany mleczny Ritter nie pretendował do zostania moją czekoladą roku.

Ritter Sport Spekulatius to mleczna czekolada nadziewana korzennymi ciastkami maślanymi (14%) i mlecznym kremem z przyprawami korzennymi i kakao (31%).

Po otwarciu poczułam zapach mocno mlecznej, cukrowej czekolady-ulepka w towarzystwie łagodnej i słodziutkiej korzenności. Od razu na myśl przyszły mi jasne, maślane korzenne ciastka w towarzystwie mleka.

Łamiąc czekoladę miałam wrażenie, że zaraz zacznie się topić, więc zdziwiłam się, trafiwszy na opór przy łamaniu. Solidnie nadziana nie kruszyła się, ani nie rozpadała. Podważając nożem łatwo ją podzielić na warstwy, ale normalnie są zwarte, nie rozpadają się, bo ciastko i krem zostały pomysłowo połączone (trochę jak kołki-puzzle). To mi się podobało.
Podobała mi się też struktura ciastka, które w ustach rozpływało się, stając się przyjemnie zalepiającą papką (nie lubię chrupaczy w czekoladach), ale można było je też schrupać. Okazało się bowiem bardzo maślane, trochę nazbyt natłuszczone. Żadnej twardości, suchości; podniebienia nie drapało.
Niestety, gorzej było z kremem, bo miałam wrażenie, że to gruda oleju z margaryną i mieszaniną drobinek przypraw i proszku. Był okropnie tłusty, podobnie zresztą jak ulepkowata czekolada.

Sama czekolada smakowała głównie mlekiem i cukrem, ale doszukałam się też jakiejś "nutki taniości" (na szczęście żadnego mleka w proszku, sztuczności itd.).

Środek bardzo szybko dochodził do głosu - obie części odzywały się jednocześnie, wzajemnie się uzupełniając. Oczywiście spróbowałam je też osobno.

Krem odebrałam jako przede wszystkim mleczny. Kakao w nim można szukać ze świecą (i się nie znajdzie), ale trafia się na cynamon. Ogólnie czuć tu leciutką, słodką korzenność. Właśnie: ogólnie krem wyszedł również bardzo, bardzo słodko. Mimo to mleko dominowało, choć niestety dopuszczało i bardziej margarynowe akcenty.

Te łączyły się z margarynowymi akcentami ciastka - a może ciastko nimi nasiąkło? Nie wiem, bo jawiło mi się raczej jako niezłe jakościowo, wypieczono je bowiem idealnie (czuć podpieczoność, ale nie spalono go), mimo słodyczy nie wyszło cukrowo, a jego smakiem przewodnim było masło. Dobre maślane ciastko z nutką cynamonu (i chyba innych przypraw). To chrupacz bardzo delikatny, ale smaczny i pasujący do mlecznego kremu.

Po dwóch kostkach czułam zatłuszczenie na ustach, było bardzo słodko i mlecznie. Czułam słodziuteńką, bardzo delikatną korzenność cynamonu w słodkim mleku. Kakao czy jakiegokolwiek mocniejszego, wyrazistszego smaku / posmaku nie odnotowałam.

Niestety, ta czekolada to ogromny potencjał, świetny pomysł, ale... w gruncie rzeczy niewypał. Wyraziście kakaowy krem i charakterne ciastko korzenne jako nadzienie to moje marzenie, ale czuję, że mogłabym zakochać się również w łagodnie korzennej mleczno-maślanociastkowej kompozycji, gdyby była lepsza jakościowo. Oleistość, kiepska jakość, a także ogólnie przesadna tłustość i słodycz odpychały mnie, że po dwóch kostkach resztę oddałam Mamie. Jej bardzo, bardzo by smakowała, gdyby nie tłustość.
Ciekawa, ponadprzeciętna czekolada, ale niezadowalająca.


ocena: 6/10
kupiłam: sklep z niemieckimi słodyczami
cena: 3,50 zł
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mąka pszenna, laktoza, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku, masło klarowane, masło 1%, przyprawy, lecytyna sojowa, skrobia pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop karmelowy, słodka serwatka w proszku, sól, ekstrakt z wanilii bourbońskiej

czwartek, 5 lipca 2018

Krakuski Paluszki Piernikowe z galaretką pomarańczową w czekoladzie

Ciastek jem bardzo mało odkąd pamiętam. O Krakuskach zdania nie mam, ale gdy zobaczyłyśmy z Mamą dzisiaj opisywane, przypomniałam sobie, jak miłym zaskoczeniem były śliwkowe pierniki Krakuski. Postanowiłyśmy dać szansę limitce w podobnym klimacie. Tym bardziej, że Mama lubi wszelkie ciastka, paluszki z galaretkami. Wiem, że to dziwny czas na taki produkt, ale mam długie kolejki wpisów (to recenzja z końca kwietnia).


Krakuski Paluszki Piernikowe z galaretką pomarańczową w czekoladzie to po prostu pierniczki w formie paluszków, które zawierają 29 % galaretki i 29 % czekolady ciemnej, a także są dekorowane czekoladą mleczną (2,7%); są produkowane przez Bahlsen i sprzedawane w paczkach 126g.

Po otwarciu poczułam silny zapach korzennej pomarańczy w towarzystwie pierniczków w czekoladzie. Sztucznawością zalatywało tylko odrobinkę, ale i pewna taniość się wkradła.

Paluszki przy pierwszym kontakcie wydały mi się polewowo-tanie, ale okazało się, że struktura była jak najbardziej przyjemna. Raczej tłusta czekolada zachowywała się normalnie, okazała się dość grubawa - jak w batonach.
Pod nią, tylko na górze, kryła się cieniutka warstwa nieco scukrzonej galaretki, chwilami udającej gęsty, soczysty żel. Lepiło się to trochę, ale w całości nie przeszkadzało mi, bo tak bardzo z galaretką się nie kojarzyło (nie lubię galaretek, więc się ucieszyłam). Tylko że... poskąpili tego czegoś.
Sam piernik zaskoczył mnie swoją lekkością, był bowiem mięciutki i rozpływający się w ustach, mimo suchości.

W smaku czekolady prym wiodła słodycz, jednak czuć jej "ciemność", a więc element gorzkawości. Nic specjalnego, ale zła nie była. Wspomnianą słodycz na pewno napędzała dekoracja - według mnie beznadziejny pomysł, bo wyglądała tanio, a mleczności oczywiście nie czuć (i dobrze).

Galaretka jednoznacznie kojarzyła mi się z sokiem pomarańczowym o słodko-kwaśnym smaku z całkiem wyraźną goryczką skórki pomarańczowej. Była to trochę "skórka z aromatu", a więc sztuczna, ale że warstwa ta była drobnym dodatkiem, nie wyszła zbyt nachalnie. Odebrałam jej smak jako zaskakująco udany.
Goryczka pomarańczy przyjemnie łączyła się z kakao i z bazą, czyli piernikiem.
Jedno drugim nasiąkło, bo piernik wydawał mi się nieco pomarańczowy, a galaretka korzenna. Wśród przypraw na pewno nie brakowało cynamonu, goździków, ale było i coś konkretniejszego (kardamon? gałka?).

W całości przyprawy pobrzmiewały sobie cały czas w tle, pewna pomarańczowość podobnie. Pierniczkowość miała wyrazistszy moment, ale ogólnie to słodka czekolada jakoś za bardzo się nad tym wszystkim chełpiła.

Po dwóch sztukach, które zjadłam czułam średnią czekoladowość i sztucznie galaretkowopomarańczowy posmak. Bez przecukrzenia, bez straszliwej chemii... w każdym możliwym tego słowa znaczeniu, bo ani napastliwa sztuczność mnie nie męczyła, ani, jak się to mówi, chemii nie poczułam. Nie miałam ochoty na kontynuowanie znajomości i oddałam resztę Mamie. Jej nie smakowały, "bo jak paluszki to muszą być z galaretką, a ta galaretka jakaś mało galaretkowa i mało jej".

Całość wyszła bardzo słodko, ale z przyjemnymi goryczkami. Wolałabym charakterniejszą piernikowość, jako wielbicielce czekolady przeszkadzała mi duża ilość bardzo średniej czekolady, bo zagłuszała właściwe smaki, ale ogólnie paluszki raczej udane. Nudne, bo mało korzenne, galaretki malutko (akurat mi aż tak to jej nie szkoda), ale można zjeść.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: -
kaloryczność: 402 kcal / 100 g; 3 paluszki ok. 27g - 109 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, produkt serwatkowy, lecytyny, aromat), mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko w proszku odtłuszczone, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku, laktoza, produkt serwatkowy, lecytyny, aromat) zagęszczony sok z pomarańczy 2,6%, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitole, ekstrakt z jabłek, olej palmowy, przyprawy, substancja żelująca: pektyny; regulatory kwasowości: kwas cytrynowy i cytryniany sodu; aromaty, substancje spulchniające: węglany amonu i węglany sodu

wtorek, 3 lipca 2018

Idilio Origins 1ero Porcelana Criollo Puro ciemna 74 % z Wenezueli

Uwielbiam dni, gdy już od chwili otwarcia oczu wiem, że degustacja będzie udana. Wstaję, a chwila wyciągnięcia cudeńka z szuflady się zbliża... Gdy wreszcie sięgam po tabliczkę jednej z najukochańszych marek, serce przyspiesza. Jeszcze tylko zdjęcia, a potem... cały świat znika. Jestem tylko ja i czekolada. Dobra, wracamy na ziemię: w tle muzyka, gdzieś obok kręcąca się Luna, a obok czekolady brudnopis. Na ziemię? A może to właśnie te czynniki budują magiczną atmosferę i przenoszą mnie do innego świata?

Idilio Origins 1ero Porcelana Criollo Puro to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao criollo Porcelana z Wenezueli, ze stanu Zulia.
Czas konszowania to 48 h.

Po otwarciu niemal sparaliżowała mnie skala czekoladowości zapachu. Ciągle rozrastający się czekoladowy kosmos pełen słodko-cytrusowych układów oraz galaktyk żywych, ogrzewanych przez słońce kwitnących drzew owocowych. Gdy zamknęłam oczy i wąchałam tabliczkę normalnie czułam, jakby na twarz padały mi promienie słońca. Z owoców czułam dojrzałe, słodkie pomarańcze i nuty jakiś czerwonych. Odchodził od tego... jakby grejpfrut wnikający w ziemiste klimaty? Ale i inne, niecytrusowe owoce czerwone.

Tabliczka zaintrygowała mnie kolorem, była bowiem wyjątkowo ciemna, ale z pomarańczowymi przebłyskami. Przy łamaniu trzaskała raczej delikatnie; w ustach rozpływała się błogo kremowo, idealnie gładko z lekkim efektem typowo cytrusowej soczystości. Chwilami stawała się ściągająca.

W smaku już w pierwszej sekundzie trafiłam na cały bukiet cytrusów, mających w sobie tyleż samo owocowego kwasku, co naturalnej słodyczy. Rozchodziły się w dwóch kierunkach.

Mocniejszy, bardziej charakterny był kierunek kwaskowato-gorzki. Miał wydźwięk szlachetny, ale dosadny. Do głowy przyszła mi ciemna, rozgrzana ziemia nasączona sokiem z cytrusów. Niewątpliwie czuć też skórki i pewną owocową cierpkość. Cierpkość mignęła mi jako smaczek ni winogron, ni jeżyn i uciekła na stronę słodyczy. Na jej miejsce wskoczyła wyraźna nuta dymu, która łącząc się z ziemią zasugerowała mi grejpfrutowo-ananasowy miks.

W tym czasie, najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej, rozwijały się też słodkie cytrusy, a grejpfruty robiły wycieczki do jakby... malin...owego serka? Winogronowa cierpkość zmieniła się tu w suszone owoce: rodzynki i figi, by następnie spleść się z dojrzałymi pomarańczami. Soczyste i słodkie pomarańcze ogrzane słońcem.

W ustach rozlała się cała droga mleczna (właściwie to śmietankowa). Całe mnóstwo pysznej śmietanki, która wciągnęła pomarańcze i wcześniej pojawiającego się ananasa, tworząc cudowny, śmietankowy krem owocowo-czekoladowy.
Bardzo wyraźnie czułam też słodziutki serek malinowy.

Dymno-drzewne gorzkie nuty przeistaczały się w prażenie, a kwaski wtulały się w słodycz. Skojarzyło mi się to ze słodko-kwaskowatymi miodami: malinowym i pomarańczowym. Mojej uwadze nie uszły także łagodne (niemal maślane?) orzeszkowe przebłyski.

O ile najpierw pomyślałam o fistaszkach, tak im bliżej było końca i rozchodziło się ciepłe prażenie, coraz wyraźniejsze były orzechy laskowe. Nie brakowało przy nich drzew i ziemi rozgrzanych słońcem, ale właśnie i zaskakująco orzechowo się zrobiło. Charakter prażenia i dymu, wraz z kwaskiem, na moment przemycił i nutkę kawy.

To leciutka kwaskawa cierpkość (owoców i prażenia) pozostawała w posmaku wraz z soczystością i ziemistymi nutami. Oprócz tego pozostawało poczucie po prostu boskiej czekoladowości.

Ta tabliczka to harmonijne zestawienie kontrastów: ziemi, drzew i dymu z dość mocno prażoną końcówką ze słodyczą pomarańczy, ananasów, malin wkomponowanych w błogo śmietankowe otoczenie z odrobinką miodu. Powiedziałabym, że to czekoladowość oraz ciepło, "słoneczność" tak to zespoiły. Promienie słońca, dzięki którym owoce dojrzały i które rozgrzały ziemistość, tchnęły życie, pewną lekkość, nie pozbawiając niczego charakteru. Wszystko to zamknięte w czekoladzie, gdyż kompozycja cały czas była obłędnie czekoladowa.

Wyrównane uderzenie smaków: naturalnej słodyczy, charakternej gorzkości i owocowej soczystości. 
Zakochałam się, gdyż nie mogłam odegnać od siebie myśli, że to jakby połączenie 5nto Cooperativa Amazonas (będącej jedną z moich ulubionych czekolad tak ogółem) z 1er Criollo Cru Orinoco z dodatkiem Zottera Labooko Peru 100 %.
Wszystkie wspomniane IO pochodzą z tego samego miejsca, różnią się gatunkiem kakao i... nie powiedziałabym, że Porcelana, a więc łagodne ziarna, wyjdą najcharakterniej.
Zapałałam do niej miłością jeszcze większą niż do 5nto, większą niż do (zupełnie innej) Domori 70 % Porcelana, i chyba tak tak samo "na zabój" co do (też innej porcelany) Original Beans Piura Malingas 75 %.
To wszechświat smakowitości.


ocena: 10/10
cena: 343,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 2 lipca 2018

Zotter Hempseed and Mocha (For Flashy Ones) ciemna mleczna 60 % z nugatem z konopi i orzechów laskowych oraz kremem kawowym

Ostatnio w ogóle nie nachodzi mnie ochota na nugaty - nawet te dobre i nie za słodkie. Z kawowymi słodyczami mam podobnie - nigdy nie wychodzą tak kawowo, jak bym sobie życzyła. Dziś przedstawiana czekolada nigdy nie wzbudzała we mnie specjalnie wielkich emocji, ale od dawna zalegała na liście "kiedyś tam kupić". Dodatkową motywacją było opakowanie, którego grafika nie wiadomo dlaczego kojarzy mi się z kosmosem, jakąś inną galaktyką (a bardzo lubię kosmiczne klimaty), ale... gdy w końcu zamówiłam, przyszła w "opakowaniu specjalnym". No cóż: pech. Miałam nadzieję, że przynajmniej wnętrze zaskoczy mnie pozytywnie.


Zotter Hempseed and Mocha (For Flashy Ones) to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z nugatem z prażonych ziaren konopi i orzechów laskowych oraz kremem kawowym.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach kawy z mlekiem i jakby trochę gorzkawego dymu łączącego się z orzechami. Kryła się w tym pewna... oleistość? Nuta jakiś pestek / nasion? Sama czekolada zdawała się podporządkowywać wymienionym.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się twarda i zwarta. Tradycyjnie kremowa czekolada skrywała dwa nadzienia.
Ciemne (kawowe) było plastyczne i tłuste w śmietankowo-mlecznym kontekście, jak również idealnie gładkie. Rozpływało się szybciej niż jasny nugat. Ten najpierw wydał mi się suchawo-kruchy, ale w ustach już nie. Rozpływał się niby gładko, ale bardzo gumiasto i na grudki (kojarzyło mi się to z gumką do ścierania).

W smaku sama czekolada wyszła wyjątkowo statecznie, bo nie za słodko, trochę mlecznie, a w dużej mierze kawowo-orzechowo, ale przez to, że przesiąkła nadzieniami.

Tabliczkę jadłam a to przegryzając się przez całość, a to dzieląc na warstwę - i tak dobrze, i tak.
Gdy nie dzieliłam, najpierw odzywał się nugat konopno-orzechowy, potem ster przejmował krem kawowy, a że konopny rozpuszczał się wolniej, to do niego należała końcówka.

Nugat w pierwszej chwili wydał mi się "mgliście słodki", tak trochę chłodno, jak słodzik albo anyż / lukrecja, ale po chwili słodycz tej części pomknęła w kierunku... cukierkowym. Skojarzyło mi się to z gumą balonową, jednak jakąś wymyślną, bo trochę toffi-orzechową, ostrawą. Orzechowość ta po części ewidentnie pochodziła od słodkiego, mlecznego nugatu z orzechów laskowych, ale miała w sobie też nutkę... bardziej siankowo-gorzkawą. Gorzkawość to chyba jednak niezbyt trafne słowo... Jakby jakieś przyprawy, ale... pikantna wanilia? Stłumiona i oleiście zbożowa. Powiem tak: wyraźnie czuć specyficzny smak nasion konopi (znany mi już z innych czekolad Zottera).

Kawowy krem wkradał się w bardziej mlecznym momencie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Odznaczał się znikomą słodyczą, która kojarzyła mi się trochę z karmelem (lub toffi) i mocno mleczną bazą. To ona świetnie spajała wszystkie części czekolady i wyszła smakowicie naturalnie przy siankowych nutach nugatu, a - co uważam za największą zaletę - wcale nie zabiła goryczki kawy. Kawę czuć w tle cały czas, zaś w momencie debiutu ciemnego kremu zaprezentowała się, jak należy. To wyrazista kawa z mlekiem, to fakt, ale nie żadne rozmyte i zasłodzone latte czy cappuccino.

Na końcówce co prawda wzrastała słodycz (i to znacząco), jednak siankowa orzechowość i pikantne nutki też nie pozostawały bierne. Na języku czułam dziwne odrętwienie... ale nie tyle wywołane ostrością, co jakby efektem lukrecji (ale bez wyraźniejszego jej smaku).

W posmaku pozostawało za to mnóstwo mleka, kawa i... może jakieś słodkie nutki - tak namieszane, że aż nie do nazwania.

Czekolada wyszła łagodnie, statecznie i bardzo harmonijnie. Odebrałam ją jako ciekawie naturalną, bo taką... mocno mleczną, łagodnie orzechowo-siankową. Nie była gorzka, a już na pewno nie pikantna, ale te motywy nadały jej zdecydowanego wyrazu, podkreśliły. Nie wyszła mdło, mimo że delikatnie. Smaczna i ciekawa, choć gumkowość i gumowość (haha, cóż za duet), a także ogólna tłustość znalazły się na mojej granicy tolerancji.


ocena: 8/10
kupiłamfoodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, nasiona konopi 12%, pełne mleko w proszku, mleko, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, orzechy laskowe, sproszkowany napój ryżowy (ryż, olej słonecznikowy, sól), masło, kawa w proszku 0,4%, ziarna kawy 0,4%, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, cynamon

niedziela, 1 lipca 2018

lody Bracia Koral Lody Jak Dawniej Masło orzechowe

Lodów, które kupuję nie ma zbyt wiele. Żadne małe mi nie pasują (smaki, składy i forma), a wielkie pudła mnie przytłaczają. Właściwie mogę powiedzieć, że monopol na miejsce w mojej zamrażarce mają Haagen-Dazs, ale nie chodzi o markę, a o skład - na śmietance, bez wody. Jestem na to w lodach wyjątkowo czuła, więc nie widzę sensu kupowania innych i próbowania. Moja Mama jednak nie ma problemu z męczącym nakładaniem sobie porcji i jedzenia 2-3 dni tych samych lodów, dziadostwa ze składu nie wyczuwa, więc próbuje. Po rozczarowaniu, jakim były ...., gdy znalazłam w zamrażarce dziś opisywane, postanowiłam spróbować. Nie lubię Korala, ale Lody Jak Dawniej chałwowe w sumie mi smakowały.

Bracia Koral Lody Jak Dawniej Masło orzechowe to "lody o smaku masła orzechowego", występujące w pudłach 504 g / 900 ml.

Po zerwaniu folii poczułam słaby zapach: trochę fistaszkowy, ale raczej "mlecznawy".

Wykończenie lodów wydało mi się brzydkie, sugerowało miękkość. Nie były jednak nazbyt miękkie, ale w miarę plastyczne oraz tłuste w dość oleisty sposób. Rozpływając się zachowywały pewną gęstość, ale niestety było w tym dużo gumowatości. Niby gładkie, a z poczuciem męczącej proszkowości. Zaplątały się też drobineczki orzeszków.

W smaku okazały się znacząco słodkie, choć nie cukrowe.
Przede wszystkim czułam w nich... mdłą (taką wodnistą) mleczność i śmietankę. Zalatywało mi mleko w proszku. Nie jakoś tam specjalnie bardzo, ale jednak denerwowało mnie to.

Denerwowało, bo odciągało uwagę od smaku orzeszków ziemnych. Ten niewątpliwie był wyczuwalny dość wyraźnie, ale bardziej niż stricte masłoorzechowy był taki... po prostu arachidowy. Soli nie odnotowałam.

Lody wyszły słodko-mdłe. Ten mdły smak należał co prawda do mleka, ale to doskonały przykład tego, czego nie cierpię w wielu produktach spożywczych - dodają odtłuszczone mleko, regulują je potem śmietanką i mlekiem w proszku. Nie ma szans, by w ten sposób uzyskać "pełnię mleka". Smak masła orzechowego wyszedł tu raczej jako nieśmiały posmak.
Nie podobała mi się też struktura (za dużo gumy celulozowej i syropu glukozowego?).

Całościowo wyszły nudno, bardzo przeciętnie. Ot, gładkie lody o lekkim zabarwieniu smakowym. Myślę, że wielkie grudy masła orzechowego wyszłyby im na dobre. Chciałam porównać je z lidlowymi, ale chyba nie ma sensu - te są w końcu czyste, a tamte bardzo najeżone dodatkami.
Jedno i drugie za to smakują tak, że po paru łyżeczkach zupełnie nie mam na nie ochoty. Mamie też nie podeszły.


ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła w Tesco
cena: -
kaloryczność: 252 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, miazga z orzeszków ziemnych 20%, śmietanka 15%, cukier, syrop glukozowy, glukoza, odtłuszczone mleko w proszku, barwnik: karmel amoniakalny, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, E466 guma celulozowa, karagen; sól