wtorek, 12 lutego 2019

Zotter Champagne + Raspberries ciemna 70 % z czekoladowym kremem z szampanem oraz nadzieniem malinowym

Szampan to jeden z tych alkoholi, które omijam. Jaki by on nie był, tak jak białe wino, jest u mnie na przegranej pozycji, tak samo jak niektóre Zottery z nimi. Przeważnie bowiem producent dodaje je do jasnych nadzień. Za ciemnymi czekoladami z ciemnoczekoladowymi nadzieniami z alkoholem Zottera z kolei jestem gotowa wskoczyć w ogień. Do dzisiaj przedstawianej miałam mieszane uczucia, bo z taką kompozycją jeszcze się nie spotkałam, a owocowo-alkoholowe nadzienia Zottera odbieram bardzo różnie.
Do tej tabliczki dodano konkretnie szampana producenta Fleury, co mi nic nie mówiło, ale szybko wygooglowałam. Obecny właściciel, Jean-Pierre Fleury, to winiarz w czwartym pokoleniu, od 1989 stosujący zasady biodynamiki, mający ekologiczne certyfikaty, kultywujący ponad stuletnią tradycję rodzinną. Wszystko wytwarzane ręcznie, uprawę gleby wykonuje się przy użyciu zaprzęgu konnego. Specjalnością Fleury są szampany wytwarzane z gron odmiany Pinot Noir, zarówno z owoców własnych jak też skupowanych od partnerów, pochodzących z 8 hektarów certyfikowanych winnic biodynamicznych.


Zotter Champagne + Raspberries to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z czekoladowym kremem z szampanem (40%) oraz nadzieniem malinowym (20%).

Po otwarciu poczułam się, jakby miała przed sobą czekoladowy mousse, do którego dodano sporo słodko-rześkiego alkoholu. Zbliżywszy się do tabliczki poczułam palony charakter czekolady oraz maliny. Z zaskoczeniem wyłapałam też nutkę pudrową i niemal białoczekoladową.
Po przełamaniu maliny robiły się odważniejsze i mieszały z pudrowością.

Ciemna tabliczka głośno trzaskała, gdyż była twarda i zwarta.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, powoli ujawniając nadzienia. Szybciej wymykało się spod niej owocowe, co wcale nie dziwi z racji jego plastyczności. Wydało mi się wyjątkowo maziste, ale wciąż zwarte. Było soczyste, ale wciąż nieco mleczne, a nie tylko owocowe, choć chwilami sprawiało wrażenie nieco śliskiego. Co więcej, skrywało parę malinowych pesteczek (obeszłoby się bez nich).
Krem czekoladowy był znacząco tłusty w maślano-śmietankowym kontekście. Rozpływał się znacznie wolniej i idealnie gładko.
Całość dało się łatwo podzielić, ale w sumie nie ma to sensu, bo to spójna, smakowita całość.

Najpierw kubki smakowe przywitała czekolada o gorzko-palonym smaku i palonokarmelowej, subtelnej słodyczy.
Szybko dołączył do niej malinowy smak. Nadzienie owocowe mignęło kwaskiem, a później roztoczyło słodycz. Jednoznacznie skojarzyło mi się ze słodkim, malinowym kompotem, choć na brak soczystego kwasku nie mogę narzekać. Płynął on z tych malin, także świeżych, które to zadebiutowały w pewnym momencie, by rozejść się na rzecz bardziej słodko-mlecznego smaku.

Mleczność i maślaność popłynęły z nadzienia czekoladowego, które również częściowo wpisało się w kwasek. Gdy spróbowałam je osobno, z zaskoczeniem odkryłam, że też smakowało kwaskowato owocowo. Było owocowe, ale wyraźnie owocowo-alkoholowe. Roztaczało alkoholowy smak, który ja nazwałabym likierowym. Ilościowo całkiem sporo, ale nie był on strasznie mocny. Smakowicie nakręcił ciepły wydźwięk kompotu malinowego, a całość na chwilę zrobiła się tak "ogólnie owocowa" - doszukałam się truskawek, owoców leśnych, sugestii wiśni czy jasnych winogron.

Po tym, jak szampan zagrał wyraźniej, słodka malinowo-mleczna nuta zrobiła się nieco pudrowa, ale zaraz zebrała się mleczno-maślano-waniliowa ekipa i przekierowała słodycz w kierunku czekoladowym.

Maślana czekoladowość z rześkim, kwaskowatym alkoholem i słodyczą pod koniec na zasadzie kontrastu podkreśliły palono-gorzki, niemal dymny charakter samej czekolady.

To właśnie głównie gorzko-wytrawny smak czekolady zamknął kompozycję, pozostając w posmaku, w którym to swoją szlachetną słodycz wymieszał ze świeżymi malinami i owocami leśnymi (truskawki?) a także dość mocnym poczuciem alkoholowości.

"smakowita" pestka
Jestem zaskoczona, że tak bardzo smakowała mi ta czekolada. Jej słodycz była znacznie niższa, niż się spodziewałam, a kwasek... zaskakująco wyraźny, choć w pełni owocowy i jakby "wytrawniej" alkoholowy (choć czuć, że to lżejszy alkohol). Czuć... czuć jakość. Podobał mi się kompotowo-truskawkowy wydźwięk malin i to, że nie brak wytrawności.
Strukturze nie mam nic do zarzucenia, bo tabliczka wyszła konkretnie, ale nie nazbyt tłusto. Nie była też aż tak bardzo owocowa, a dosłownie kilka pesteczek nie przeszkadzało.
Naprawdę przepyszna, acz z bardzo subiektywnych względów wyższej oceny nie wystawię (mi jednak w pewnym momencie te posmaki pudrowy i maślany "trochę nie ten"... i chcę wyróżnić oczywiście alkoholowe kompozycje z 10/10, które kocham).


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 497 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wiem, w sumie kiedyś mogłabym (ale wątpię)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop ryżowy, Marc de Champagne, maliny, suszone maliny, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowane maliny, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, suszone borówki amerykańskie, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia

poniedziałek, 11 lutego 2019

lody Gelatelli Premium Belgijska Czekolada

Wybór tych lodów na "wielką szamkę" był chyba dziwny nawet jak na mnie. Przy In 't Veld My Favourite Things 72 % Kakao Ziege pisałam, że poczułam się zazotterowiona i szukałam czegoś innego. Wybrałam In 't Veld, ale myślałam też o Domori. Tego pomysłu jednak zaniechałam, bo jakoś akurat na Domori nie miałam ochoty. Tamtego dnia chodziły mi po głowie też lody, ale nie... Koniec końców do lodów myślami wracałam w ciągu tygodnia (to był październik, a więc "moja pogoda na lody") i... w kolejną niedzielę stanęłam przed wyborem lodów właśnie. Znów jednak miałam ochotę na czekoladę (w sumie codziennie ją mam). Jakoś się to połączyło i postanowiłam sięgnąć po lody (miałam nadzieję) bardzo czekoladowe, pamiętając dobre Haagen-Dazs Belgian Chocolate (w których wiórki czekolady cudownie się rozpływały, w przeciwieństwie do typowych wiórków czekoladowych w lodach).

Gelatelli Premium Belgijska Czekolada to lody czekoladowe z kawałkami belgijskiej czekolady (12%), produkowane dla Lidla i występujące w opakowaniach o zawartości 430g/500ml.

Po otwarciu  poczułam zapach czekolady, mlecznej bazy i kakao (dokładnie w tej kolejności). W pierwszej chwili nie kojarzyło się to z mleczną czekoladą, ale w trakcie jedzenia (zwłaszcza, gdy lody się już mocno topiły), owszem.

Masa lodowa była bardzo gęsta, zbita i twarda. Jak się potem okazało, porządnie syciła. Wszystko to za sprawą śmietanki, której tłustość oczywiście czuć, acz nie w nadmiarze. Masa topiła się bardzo powoli, odsłaniając mnóstwo okrągłych kawałków czekolady. Te w ustach rozpływały się co prawda odpowiednio do lodów w miarę szybko (choć oczywiście wolniej od nich), ale mimo to wydawały mi się plastelinowo-ulepkowate i tłuste. Pałętały się po ustach i chwilami sprawiały wrażenie niemal trzeszczących od proszku (a nie były proszkowe).

W smaku od początku przewodził czekoladowy smak z wyraźnie wyczuwalną śmietankowo-mleczną bazą i nutką łagodnego kakao w tle. Szybko dołączyła do tego słodycz. Rosła aż wzrosła do poziomu nieco zbyt silnego jak na lody ciemnoczekoladowe, ale nie była silniejsza od innych lodów z np. lidlowej serii amerykańskiej czy Haagen Dazs.
Wraz z jedzeniem miałam wrażenie, że gdzieś za bardzo ucieka ciemnoczekoladowość samej masy. Cały czas czułam wprawdzie leciutko gorzkawe kakao, ale na znaczeniu przybierała raczej bazowa śmietankowość i słodycz. Przez to lody smakowały bardzo delikatną czekoladą.

Słodycz napędzały także kawałki czekolady. Jak na ciemną na pewno były za słodkie, jednak one już dodawały smaku ciemnoczekoladowego. Nie były niestety jakoś specjalnie intensywne czy głębokie w smaku, a w dużej mierze maślane. Po większej ich ilości podkreślały kakaowy smak masy.

Po lodach pozostał czekoladowo-lodowy posmak, nieco mniej kakaowy. Czułam, że były trochę za słodkie, za mało gorzko-czekoladowe, ale nie czułam się przesłodzona. Brakowało mi tu kopa kakao czy głębi ciemnej czekolady. Było ot, czekoladowo, całkiem smacznie, ale bez szału. Wolałabym, żeby smakowały wyraźnie ciemnoczekoladowo. To jednak niewątpliwie lody czekoladowe, nie zaś kakaowe, ale... takie bardzo łagodnie czekoladowe (mleczno-maślane wręcz).

Nie podobała mi się jednak forma dodatku. Te kawałki miały nieprzyjemną strukturę, kojarzyły się z tanią tandetą. Lepiej by było, gdyby były wiórkami - cieniutkimi wióreczkami! - jak w przypadku Haagenów.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 10,99 zł (za 430g)
kaloryczność: 294 kcal / 100g; 253 kcal / 100ml
czy kupię znów: nie

Skład: 36% bita śmietana, mleko odtłuszczone, cukier, miazga kakaowa, 3% kakao, mleko w proszku odtłuszczone, żółtko jaja, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa

niedziela, 10 lutego 2019

Moser Roth Sommer Edition Banana Split mleczna z nadzieniem bananowym i kremem śmietankowym

Lubię banany odkąd pamiętam, ale od bananowych słodyczy dawniej stroniłam, nie przeszkadzało mi, że jest ich tak mało na rynku. Żyłam w przekonaniu, że przeważnie wychodzą sztucznie. Tak się jednak stało, że w ciągu ostatnich paru lat, wszystkie bananowe czekolady, które jadłam, smakowały mi. Zotter Chocolate Banana to jedna z moich ulubionych nadziewanych. Pokazuje ona, że dobrze zrobione bananowe nadzienie "to jest to". Jako że do produktów z Aldiego jestem pozytywnie nastawiona, bananowego nadziewańca marki własnej tego marketu przepuścić nie mogłam.

Moser Roth Sommer Edition Banana Split to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z nadzieniem bananowym (20%) i kremem śmietankowym (25%).
To edycja limitowana na lato 2018; składała się z 5 minitabliczek (łącznie 187,5g).

Już w trakcie rozchylania papierka po całej kuchni rozniósł się słodki zapach banana w asyście głęboko mlecznej czekolady. Banan dominował, reprezentując zarówno naturalny, rześki owoc, jak i odrobinkę aromatu, co i tak przełożyło się na smakowitą kompozycje. Po przełamaniu nasila się mleczność, niemal śmietankowość, a ja pomyślałam o lodach śmietankowych (może z "waniliowatą" nutą).

Tabliczka łamała się łatwo, ale nie topiła się w rękach. Czekolada była właściwie twardawa, ale przy odgryzaniu kawałka wierzch nieco się łamał / wgniatał z racji formy nadzienia. Żadnej z jego warstw nie pożałowano.
Jak to ja, pozwoliłam sobie kostkę trochę podzielić i wtedy śmietankowe nadzienie wydało mi się nieco proszkowo-kruche, niezbyt zwarte.
W ustach czekolada szybko stawała się miękkim, tłusto-kremowym bagienkiem, ale rozpływała się powoli, zalepiając usta i odsłaniając nadzienia, które rozpływały się w zbliżonym do siebie tempie.
Na górze był gęsto-ciągnący, nieco lepiący i gładki (choć jakby nie do końca) żel z soczystym efektem, a na dole krem o znaczącej tłustości. Nie był proszkowy, ale czuć, że proszek stanowił dużą jego część. Gdy żel wyciskał się spod czekolady, biały krem kontynuował zalepianie wraz z nią. Wydawał się przy tym coraz lżejszy, w pewnym momencie jakby napowietrzony - jak mousse lub topiące się / "roztrzepane" lody włoskie.

Od pierwszej chwili w smaku czekolada okazała się głęboko, wyraziście mleczna, a przy tym bardzo słodka. Mimo rosnącej słodyczy, mleko wydawało się rządzić i na moment pozwoliło maślanemu akcentowi na lekką sugestię kakao.

Ze słodyczą szybko przypłynęła bananowa nuta z soczyście-owocowym motywem. Lekka sztucznawość została zatopiona ogromem mleka, w tym momencie bardziej śmietanki. Owocowa nuta nadała temu lekkości, wychwyciłam orzeźwiający owocowy kwasek, a smak naturalnych, bardzo słodkich bananów zdominował kompozycję.

Zza bananów z białego kremu wyszła lekko nijako-mleczna, trochę margarynowa nuta. Słodycz jednak stłamsiła ją, sama osiągając poziom przesady. Sytuację ratowała odrobinka wanilii i skojarzenie z lodami włoskimi, jakie przyniosła. Te "lody włoskie" cudownie zgrały się ze słodkimi bananami.
Z łagodniejącego smaku bananów wyrwała się nieznaczna sztuczność, jednak nie było w niej nic napastliwego, miała swój urok (bo cały czas jednak z naturalnym bananem się łączyła).
Bliżej końca, gdy rzadsze nadzienie owocowe się rozeszło, białe raczyło smakiem śmietanki i mleka w proszku.

Na końcówce słodycz cukrem zadrapała nieco w gardle, w ustach zaś dominowała ta banonowo-waniliowa. Śmietanka kojarzyła się z bitą śmietanką lub lodami, a odrobinka czekolady przybrała na mleczności i związała ją znakomicie z już bardzo delikatną bananową nutą (zakładam, że to już tylko kwestia tego, że czekolada przesiąkła bananowym aromatem).

W posmaku pozostał sztucznawo-naturalny banan (właśnie w posmaku najbardziej czuć jego chemiczność) oraz poczucie bardzo silnej słodyczy. Co więcej czułam śmietankowość a'la bita śmietanka i mleko w proszku. Po jednej minitabliczce tłuszcz trochę dawał mi się we znaki, a po jednej i kostce czułam się już nieco zasłodzona... Jednak na niej nie poprzestałam, bo wszelkie gorsze nutki były naprawdę delikatne i nikły w mocno bananowo-mlecznym, otulonym czekoladą, smaku. Mało tego - jedną minitabliczkę zostawiłam "luźną", żeby ewentualnie oddać Mamie. Nie oddałam, wszystko poszło dla mnie.

Mimo wad (za słodko i za tłusto oraz jednak te drobne posmaki), całość uważam za naprawdę dobrą i wartą polecenia. Banan wyszedł intensywnie, ale głównie naturalnie, sama czekolada dobra (poziom Lindta bez dwóch zdań), a krem śmietankowy wyszedł jak zacny mousse. Tabliczka zszokowała mnie tym, że mimo zasłodzenia, jakie niosła, nie wyszła nazbyt ciężko, a nawet... niosła pewną rześkość (owocową soczystość i skojarzenie z lodami).
Nie wiem, dlaczego, ale myślę o niej jako o J.D. Gross Orzechy laskowe 32 % mleczna z musem orzechowym i orzechami laskowymi w wersji bananowo-śmietankowej.


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 187,5g)
kaloryczność: 529 kcal / 100g; jedna minitabliczka (37,5g) - 198 kcal
czy kupię znów: może i mogłabym (gdyby była w stałej ofercie)

Skład: mleczna czekolada (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślaka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), tłuszcze roślinne (shea, palmowy), cukier, syrop glukozowy, przecier z banana 6,2%, śmietanka w proszku 4,8%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, laktoza, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, kwasek cytrynowy, sól

sobota, 9 lutego 2019

Zotter Ginger + Lemon ciemna 70 % z czekoladowym kremem ze świeżym imbirem, miodem i imbirowym likierem oraz cytrynowym kremem na bazie białej czekolady i cytryn

Pewnie już wspominałam, że zamawiając wszystkie nowe nadziewane Zottery nie zagłębiałam się w szczegóły, jakie dokładnie czym są. Dzisiaj przedstawiana tabliczka od razu skojarzyła mi się z Candied Ginger ze względu nie na imbir, a raczej na opakowanie. Wyobraziłam sobie kostkę kandyzowanego imbiru w czekoladowo-cytrynowym kremie, co w sumie wydawało mi się całkiem w porządku, bo tamta bardzo mi smakowała. Jakże się zdziwiłam (i ucieszyłam!), gdy zorientowałam się, że tym razem Zotter użył świeżego imbiru. Reszta jak reszta, dobór składników wydał mi się nieco za słodki, ale co tam.


Zotter Ginger + Lemon to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z czekoladowym kremem ze świeżym imbirem, miodem i imbirowym likierem oraz cytrynowym kremem na bazie białej czekolady i cytryn.

Po rozchyleniu papierka poczułam ciężko-zwiewny, wytrawnie-słodki zapach o nieco mydlanym charakterze. Zbliżywszy nos do spodu wyraźniej czułam świeży, mydlano-pikantny imbir i cytryny w pudrowo-słodkim kontekście. Gdy wąchałam wierzch tabliczki, cytrynowa nuta wydała mi się soczystsza. Z kolei po przełamaniu nasiliła się mydlaność i pojawiła się sugestia alkoholu. Paloność ciemnej czekolady osadziła się na tyłach.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się zaskakująco twarda i zawarta, trzaskała z dodatkowym chrupnięciem (jakby i nadzienia były twarde). Całość w sumie dało się łatwo rozwarstwić, bo nadzienia były dość zróżnicowane, ale ja to zrobiłam tylko na kawalątku z ciekawości, bo wszystko smakowało o wiele lepiej razem.

W ustach czekolada okazała się tradycyjnie kremowa, z lekko suchawym efektem.
Powoli odsłaniała zwarte, gęste nadzienia, które rozpływały się mniej więcej w tym samym czasie, ale cytrynowe znikało szybciej (bo było go mniej).
Czekoladowe było idealnie gładkie, lekko śliskie i mało tłuste. Sprawiało wrażenie raczej suchego. Z zaskoczeniem odkryłam, że wypełniały je drobinki i kawałki (niektóre nawet wielkości małego paznokcia) imbiru. Był mięciutki, jędrny i soczysty.
Nadzienie cytrynowe okazało się strasznie proszkowe i tłuste w śmietankowym kontekście. Nie brakowało mu soczystości i... twardo-jędrnych, prawie przezroczystych, żółtawych drobinek - tak małych, że nawet nie wiem, czy to imbir, czy cytryna.

W smaku czekolada najpierw raczyła mocno palonym smakiem o charakterze dymu, który... kłębił się i kłębił, aż w końcu robił się ciężko mydlany, jakby trochę perfumowy, bo przesiąknięty imbirem. Czekolada wydała mi się głównie gorzka, delikatnie karmelowo słodka.

Słodycz szybko podkręciły nadzienia, ale ogólnie bardzo nie wzrosła.

Do głosu szybciej dochodziło czekoladowe. Przebijało się ziemistą nutą, która zamiast w czekoladowość, poszła w mydlano-mącznym kierunku. Przez moment smak wydał mi się mączno-mdły (trochę jak słodycze proteinowe), a po chwili ta "mdłość" przeszła w słodko-pikantną mydlaność, do której dołączyła mgiełka miodu. Poczułam świeży imbir o nienachalnej pikanterii, a także pewnej soczystości. Pojawił się rozgrzewający efekt słodkiego alkoholu, a jednocześnie pewna rześkość (anyż?). Ogólna słodycz nasiliła się i wraz z  alkoholem nadała imbirowi korzennego charakteru.

Nadzienie cytrynowe samo w sobie smakowało głównie słodko-śmietankowo, trochę cukrowo i świeżą, a więc soczyście kwaśną cytryną.

Cudownie jednak łączyło się z czekoladowym nadzieniem, uzupełniając je. Oto niezwykle nakręciło soczystość imbiru i dodało kompozycji lekkości za sprawą kwasku. Cytryna po połączeniu z likierowo-miodowym smakiem i imbirem przełożyła się na skojarzenia z grzańcem lub charakterną herbatą. Słodycz tej części co prawda osłabiała pikanterię, ale jednocześnie rozbiła mdłość i tchnęła w całość śmietankowy akcent. Kawałki imbiru wyłaniały się dopiero po jakimś czasie i raczyły subtelną, rozgrzewającą ostrością i... zaskakującą słodyczą. Wydały mi się nieco "naturalnie pudrowe". Z kolei drobiażdżki przypominały raczej skórki cytryn.

Pod koniec smak robił się trochę bardziej maślany, wyraźnie imbirowy ale w bardzo łagodnym kontekście, zaprawiony słodkim likierem. Cytryna się w ten likier dziwnie wemknęła. Czekoladowo-dymne nuty świetnie wpisały się w imbir i cytrynę.

Właśnie cytryna pozostała w posmaku razem ze świeżym imbirem, słodyczą imbiru właśnie, ale i taką ogólną. Czułam też słodki, nie za mocny alkohol, dokładający się do poczucia lekkiej suchości, jakie zostawiła kakaowa nutka. To jednak imbir, ten leciutko pikantnie-rozgrzewający, pozostawał najdłużej (naprawdę długo).

Ta czekolada wyszła harmonijnie jak... idealna medytacja Zen (smakiem tak trochę z Indiami mi się skojarzyła): wszystko poukładane, uzupełniające się wzajemnie i bez szaleństwa, ale bardzo charakterystyczne. Smakowała mi, a jakże, ale... nie cały czas. Spodobała mi się jej imbirowa świeżość, cytryna i nieprzesłodzone, a jednak słodkie, alkoholowo-śmietankowe otoczenie otulone ciemną czekoladą. Pochwalam niską tłustość, brak tych dziwnych "cienkich warstw" i nawet podobało mi się, że pikanteria i alkohol nie były zbyt silne (większa ich ilość tu by nie pasowała), ale wszystko psuła mączna mdłość. Kiedyś wegańskie (sojowe) nadzienia Zottera miały charakterek, a tu? Może to zestawienie go z nadzieniem niewegańskim (kontrast?) Coś nie wyszło. Ogół jednak i tak dał radę.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 497 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, imbir, syrop ryżowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), likier imbirowy, sok cytrynowy, pełne mleko w proszku, miód, odłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku cytrynowego, mleko, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, anyż, cynamon

czwartek, 7 lutego 2019

Kilian & Close Panama Bocatorena 85 % ciemna z Panamy

Wybierając coś na tę degustację, patrzyłam pod kątem: "co mi tu zalega?", mając na myśli wszelkie pojedyncze sztuki. Nie ukrywam, że jednocześnie nie chciałam się zawieść, a i tak czułam, że za dużo mi ostatnio się skumulowało tych słodszych czekolad, toteż chciałam poczuć moc kakao. Padło na Kilian and Close, o której nic mi wiadomo nie było, oprócz tego, co znalazłam "na szybko": że to marka niemiecka założona w 2014 r., że ostatnio wyróżniona przez Akademię Czekolady, oczywiście bean-to-bar, ot - sam opis mnie nie porwał. Czynniki, które skłoniły mnie do zakupu były zupełnie inne: skład (bez tłuszczu kakaowego, tylko miazga oraz cukier kokosowy, czyli tylko dwa, i to jakie cudowne, składniki), oraz proste i "naturalne" opakowanie. Jakoś do mnie przemówiło takie połączenie srebrzyście lśniących napisów i najtańszego kartonu.

Kilian & Close Panama Bocatorena 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao bocatorena z północnej Panamy, słodzona cukrem kokosowym z Indonezji.

Natychmiast po otwarciu poczułam prażone orzechy oraz nuty winogron i jeżyn. Mignął mi też gęsty karmel oraz krówki, które po chwili ułożyły się w wilgotny biszkopt karmelowy. Mimo prażonej nuty, wydźwięk zapachu był wilgotny, co zaraz przypieczętowała lekka kawa i pewna ziemistość, która wraz z jedzeniem, mieszając się z owocami, kojarzyła się bardziej z żywymi roślinami, trawą pokrytą rosą.

folia nadała "apetycznego" wyglądu
Ciemna, idealnie gładka już w dotyku, tabliczka okazała się piekielnie twarda. Ledwo ją połamałam. Trzaskała przy tym głośno.
W ustach okazała się niecodziennie zbita i gęsta. Wydała mi się zawilgocona. Była idealnie gładka, niemal śliska i bez dwóch zdań tłusta, ale to poczucie nie przodowało. Bardziej zwracałam uwagę na to, jak niemal sadystycznie zalepiała swoimi gęstymi smugami.

Jako pierwsza rozeszła się spokojna, ale wyrazista gorzkość. Miała wydźwięk niemal przeprażonych orzechów, przy których pojawiła się lekka cierpkość.

W tle rozbrzmiała nieśmiała, jakby przymglona słodycz karmelo-kajmaku (struktura idealnie mu odpowiadała).

Cierpkość uwolniła soczystość i kwasek owoców. Poczułam jeżyny oraz smaczek... goryczkowato-cierpki, należący do skórek winogron. Same winogrona (i granatowe, i jasne) też, ale przede wszystkim skórki. Mglista słodycz podkreśliła raczej te zielone i dodała im akcentów trawy pokrytej rosą.

Słodycz w tle rozwinęła się. Przez dłuższy moment (mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa) dominowała jednoznacznie kojarząca mi się z krówkami i biszkoptem (krówkowym biszkoptem? ciastem typu krówka? - nie jadłam go, ale wygooglowałam na szybko i uznałam, że pasowałoby). Na znaczenie tej nuty właściwie zaczęłam zwracać uwagę dopiero mniej więcej po zjedzeniu połowy czekolady, gdy przyzwyczaiłam się do kwasku.
Owocowa kwaśność na stronie podszeptywała bowiem cytrusy. Słodycz jednak postawiła na swoim, prezentując mi mandarynki. Po chwili wyraźniej zabrzmiał szlachetny, bardziej palony karmel, poniekąd dalej trzymający się słodyczy, ale częściowo oblekający gorzkość. Paloność wyzwoliła niemal dymne nuty.

Robiło się coraz bardziej owocowo. Najpierw poczułam wyraziste jeżyny: zarówno te dojrzałe, słodkie, jak i cierpko-kwaśne, niedojrzałe. Przetarły drogę wielgachnym, kwaskowatym śliwkom (oczami wyobraźni zobaczyłam takie kaszakowate, kwaśno-słodkie), które potem przez dłuższy czas wiodły prym. Następnie znów wróciły cytrusowe sugestie, ale cały wydźwięk sprawił, że kojarzyły się z ananasem i niedojrzałymi, ściągającymi bananami. Cały czas snująca się przy owocach roślinność wahnęła się w kierunku lukrecjowego chłodku.

Kwaśność zahaczyła również o orzechy, wciągnęła je do zabawy. Kwaskowate orzechy, do których dołączyła ziemistość, harmonijnie połączyły wyrazisty kwasek i gorzkość. Ananasowe nuty próbowały dodać do nich nutkę orzecha kokosowego, ale gorzka orzechowość bliżej końca przeszła w bardziej kawowo-dymny smak.

To właśnie lekko kawowa, chyba bardziej dymna gorzkość pozostała w posmaku wraz z kwaśnością owoców (śliwki, ananas) i odległą słodyczą ściągającego banana i przymglonego karmelu (i kajmaku?). Towarzyszyło temu poczucie zawilgoconej roślinności (coś trochę lukrecjowego), a także znaczącej paloności. Posmak utrzymywał się niewiarygodnie długo.

Muszę przyznać, że po pierwszym kęsie nie myślałam, że tak się w nią wciągnę. Okazała się mocno kwaśno-gorzka, ale w szlachetny sposób. To pełnia smaku! Prażono-palone nuty łączyły się z zawilgoceniem. Orzechy i dym były bazą, ale puściły przodem ogrom owoców, które jednak nie sprawiły, że kompozycja była jakoś specjalnie lekka / rześka. To śliwki, jeżyny, winogrona oraz mieszanina ananasów, mandarynek i bananów. Mimo że słodycz była znikoma, chwilami miała wydźwięk idealnego krówkowego biszkoptu. Czekolada wyszła więc w pewien sposób ciężko, bo a to gorzkość, a to takie ciasto, cierpko-kwaśne owoce, ale... miała tę rześkość roślin i lukrecji.
Jedyne, co bym zmieniła to ta tłusto-gładka "śliskość" kojarząca się z karmelem / kajmakiem, ale... ona pasowała do smaku, jak by nie patrzeć. Po prostu nie była w moim stylu.
Bardzo, bardzo mi smakowała i myślę, że gdybym nie jadła naprawdę oszałamiającej Duffy's Panama Tierra Oscura 72 %, wystawiłabym 10 (ale tak muszę jakoś wyróżnić Duffy's).

Duffy's była podobnie skonstruowana (tam ta gorzka baza to drzewa i orzechy, K&C - orzechy i dym; podobne było też pojawienie się pod koniec lukrecji - w Duffy's o wiele mocniejszej, a także niejednoznaczne owoce, w tym ananas). Zotter Labooko Panama 72 % bardziej odpowiadał jej smakiem (prażone orzechy, karmel, również ananas, z tym silnym mokro-roślinnym poczuciem, zwiewnością - Zotter raczej kwiatową, K&C roślinnie-lukrecjową).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 30,31 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 617,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarno kakao, cukier kokosowy

środa, 6 lutego 2019

Baron Luximo Premium Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku piernikowym i kawałkami ciasteczek korzennych

Spojrzawszy na tytuł można by pomyśleć coś w stylu "no, recenzja na czasie", ale... właśnie nie. Czekolada zawitała bowiem do sklepów w zeszłym roku, a przeze mnie została zjedzona kilka miesięcy przed publikacją (na początku jesieni). Piszę o tym tylko dlatego, że w sumie nie wiem, czy w tym roku serię wznowiono, a jeśli tak, to czy czegoś nie pozmieniano. Wiem, że razem z nią pojawiły się jeszcze jakieś smaki, ale tata podarował mi tylko tę, stwierdzając, że pewnie za bardzo lubię miód, by kupić mi czekoladę z miodem. Wyszedł pewnie z założenia, że coś takiego jak "złe ciastka korzenne" nie istnieje, ja jednak patrząc na producenta... postanowiłam nie nastawiać się negatywnie. Ha! Gdy za czekoladę się zabrałam, jakoś skojarzyła mi się trochę z Czekolaterię, tylko taką "bardziej zimową".

Luximo Premium Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku piernikowym i kawałkami ciasteczek korzennych to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z nadzieniem (50%) o smaku piernikowym i kawałkami ciasteczek korzennych, produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki. Pojawiła się jako edycja limitowana zimą 2017 jako czekolada o masie 157,5g podzielona na 5 mini-tabliczek.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam się skonfundowana, bowiem uderzył mnie zapach cukru i sztuczna nuta... czegoś słodkiego, ale mało spożywczego, a kojarzącego się z chińskimi kamiennotwardymi gumami do żucia o bliżej nieokreślonym smaku. Poczułam również ogrom wyrazistego mleka i słodziutkich ciasteczek korzennych. Cynamonu nie pożałowano, ale nawet on nie uprzyjemnił zapachu. Ten był korzenny i z dziwną, obrzydliwą nutą.

Już w dotyku minitabliczka była tłusta, ale przy łamaniu wykazała się twardością. Nadzienie przełożyło się na lekką kruchość.
Czekolada rozpływała się leniwie, ale bardzo łatwo z racji silnej, maślanej tłustości. Stawała się mocno proszkowym bagienkiem, odsłaniającym zbite, ale szybko przybierające na plastyczności plastelinowo-margarynowe nadzienie wypełnione dość twardymi w ziarnisty sposób ciasteczkami. Z czasem trochę miękły, uwalniając oleistość.

W smaku już w pierwszej sekundzie po zrobieniu kęsa sama czekolada poraziła mnie cukrem i chemią. Obok wyrazistego smaku pełnego mleka, który rozszedł się nieco później, trwał cukierkowo-owocowy, bliżej nieokreślony aromat (czuję go w każdym mlecznym Baronie).

Po pewnym czasie aromat ten zaczął dominować, choć z pseudo owocowego zrobił się na chwilę bardziej jak jakieś "żelki o smaku coli" (moje wyobrażenie), potem nieco pseudo cynamonowy.

Słodycz i mleko kontynuowały panoszenie się także kiedy to nadzienie wyszło na pierwszy plan, ale wtedy poczułam też coś lekko autentycznie cynamonowego.
Wnętrze okazało się sztuczne, ale właśnie cynamonowe. Zaserwowało ogrom cukru, ale takiego... Z którym pewna mdłość margaryny próbowała rywalizować, z racji czego wyszło za słodko, ale nie aż tak morderczo cukrowo.
Korzenno-cukrowa słodycz mieszała się z bardziej mlecznym, ale nadal lekko cukierkowym smakiem.

Ciasteczka wydawały się nie mieć wyrazistego smaku, ale trochę podbijały smak cynamonu (normalnego). Chyba jednak i słodycz wzmacniały. Gdy pod koniec zebrało się ich więcej, wydały mi się raczej kartonowo-zbożowe.

Po czekoladzie pozostał korzenny posmak w całej mieszanie sztuczności, słodyczy i margaryniastości.

 Całość wyszła w sumie korzennie, ale też bardzo słodko i sztucznie, na pewno nie piernikowo. Nadzienie było mdłe, nijako-mleczne z nijakimi ciastkami.

Nie smakowała mi, aromaty Barona znów mnie wykończyły po małej ilości (nie podołałam trzem kostkom), choć obiektywnie nie była to czekolada wyjątkowo zła, a trochę poniżej przeciętnej. Właściwie mój największy zarzut dotyczy samej czekolady (okropnie naaromatyzowana, samo nadzienie to po prostu przeciętniak).
Przypomniała mi się straszliwie tłusta Ritter Sport Spekulatius, która przynajmniej miała zadatki na coś dobrego, ta Luximo to po prostu kiepska, mało wyrazista nuda.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam (ale kupiona w Biedronce)
cena: -
kaloryczność: 566 kcal / 100 g; mini-tabliczka (31,5g) - 178 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz roślinny w zmiennych proporcjach (palmowy, shea), mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, kawałki ciasteczek korzennych 2% (mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy, przyprawy, sól, subtsancja spulchniająca: węglany amonu, naturalny aromat cytrynowy, substamncja spulchniająca: węglany sodu; karmelowy syrop cukrowy), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, naturalny aromat cynamonowy, naturalny aromat

wtorek, 5 lutego 2019

Schluckwerden Jamaica - Rum Truffles / Kulki rumowe

Kiedy wybrałyśmy się z Mamą do Aldiego (btw. chyba pierwszy raz odmieniam tę nazwę i dziwnie się z tym czuję, bo odmieniana kojarzy mi się z imieniem Alojzy :O) po zimowe czekolady (które miały być od 15.10) i ich nie znalazłyśmy... ja się zirytowałam i postanowiłam objeździć inne Aldi w mieście, a Mama... ona to potrafi zadowolić się czymkolwiek. Znalazła sobie a to jakieś ciastka, a to rodzynki w czekoladzie, a to inne kulki-trufle. Limitki. Niby kulki to zupełnie forma nie moja, ale... Te jakoś na pierwszy rzut oka, gdy Mama wkładała je do koszyka, dobrze mi wyglądały. Skojarzyły mi się z jedzoną parę lat temu Bombą Hrabską z warszawskiej cukierki Lukullus, która wtedy wydała mi się tworem absurdalnym i... bardzo smacznym. A poza tym... jakoś tak po piracku, karaibsko rumowo-kokosowo, się kojarzyły. W domu porwałam je na sesję zdjęciową, po czym... odpodobały mi się, więc wzięłam tylko jedną. Normalny człowiek pewnie by je sobie w ogóle darował, ale ja poczułam potrzebę zjechania ich, że tak pozytywnie mi się skojarzyły, będąc badziewiem.

Schluckwerden Jamaica - Rum Truffles / Kulki rumowe to kakaowe cukierki z rumem w posypce produkowane przez Horst Schluckwerder OHG.

Przy otwieraniu dosłownie uderzył mnie zapach mocnego, niezbyt przyjemnego alkoholu. Do wyrazistego rumu niestety docierały "czekoladopodobne nuty taniości", przez co w mojej głowie pojawiło się jedno słowo: spiryt.

W opakowaniu było 20 sztuk. Ku mojemu zaskoczeniu całkiem spore kulki okazały się miękkie i tak obtoczone posypką, że nie odpadała, a trzymała się porządnie.
Posypka to typowy pseudoczekoladowy plastik rozpuszczający się jak cukier, a wnętrze... Bardzo miękka i plastyczna, niemożliwie tłusta masa z margaryny. Odznaczała się pewną rzadkością i wilgocią. Była jakby ulepiona z tłuszczu i trzeszczącego proszku, cukru lub skrystalizowanego alkoholu i ch... tylko producent wie czego jeszcze.

Posypka... skojarzyła mi się z czymś mało spożywczym, sztucznie naaromatyzowanym, jak tanie, paskudne i kolorowe cukierki i cukier. Gdy tylko odrobina tego zaczęła rozpuszczać mi się na języku poczułam potrzebę wyplucia tego i zdezynfekowania ust.

W smaku masy od samego początku na prowadzenie wyszedł smak taniości, a więc mieszaniny margaryny i czegoś czekoladopodobnego. Margaryna w czystej postaci szybko wyszła na pierwszy plan.
Słodycz była silna, wręcz porażająca, a i tak narastająca dopiero z czasem, wraz z alkoholem. Cukier i alkohol uderzały do głowy i drapały w gardle. Cukrowość wyszła tu bardziej cukro-pseudoczekoladowo (to prawie plus w porównaniu do posypki), ale alkohol przez taniość całości smakował po prostu najtańszym, najohydniejszym spirytusem. Gdybym nie widziała składu, nigdy nie powiedziałabym, że to rum.

Cukier i alkohol jakoś dziwnie wysuszyły usta, kakałkowy smak połączył się z wszechobecną margaryną, by razem pozostać w posmaku i na ustach.

Ostrożnie odgryzłam kawałek i... za chwilę wyplułam to, co nie zdążyło się rozpuścić. Okropny posmak jednak pozostał. Jego pozbyłam się mocną herbatą, ale traumy... już nie tak łatwo się pozbyć. "Mamo, dlaczego?!"


ocena: 1/10
kupiłam: podkradłam Mamie (a ona kupiła w Aldim)
cena: - (zapłaciła około 3,70 zł?)
kaloryczność: 395 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, tłuszcz palmowy, rum z Jamajki 4%, mielone migdały, substancja zagęszczająca*: guma arabska; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza; stabilizator: agar; emulgator: lecytyny
*tłumacz ładnie wybrnął, używając słowa: "zagęstnik"

poniedziałek, 4 lutego 2019

In 't Veld My Favourite Things 72 % Kakao Ziege ciemna mleczna z Peru i Meksyku z kozim mlekiem i solą

Ostatnimi czasy poczułam się trochę zazotterowiona. Nie miałam nic przeciwko, jednak gdy musiałam kombinować, jak ułożyć recenzje w kolejce wpisów tak, by dzień po dniu nie publikować recenzji tej samej marki, pomyślałam, że na tę październikową, mglistą niedzielę wybiorę... no i właśnie nie wiedziałam co. To, że ostatnio skończyłam swoje zapasy wycofanej już Zotter Labooko Goat's Milk, podsunęło mi, że może coś podobnego innej marki: dużo koziego mleka i jeszcze więcej kakao. Jak na ironię, ta tabliczka również była już niedostępna (bo fabryka In 't Veld uległa zniszczeniu w wyniku pożaru).

In 't Veld My Favourite Things 72 % Kakao Ziege to ciemna mleczna czekolada o zawartości 72 % kakao z Peru i trinitario z Meksyku z mlekiem kozim i solą.

Po otwarciu poczułam głównie czysto kozi zapach, kojarzący się z kozim jogurtem naturalnym w towarzystwie palonych nut o wydźwięku orzechów. Doszukałam się również ziół z pewną filiacją z lekkością. Na nią składały się niejednoznaczne, bo ukwiecone, charakterne owoce takie jak aronia czy czarny bez.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała w suchy sposób.
Ani w dotyku, ani w ustach nie zdradzała swej tłustości. Gdy rozpływała się, owszem, tłustość mleka czułam, ale proszkowo-ziarnista struktura rozganiała to poczucie. Idealnie się w tym zakamuflowało kilka kryształków i dużych płatków soli (o których dowiedziałam się dopiero w trakcie degustacji). Konsystencja wyszła jak najbardziej pozytywnie, bo wydawała się nieuładzona i dzika.

W smaku od pierwszej chwili poczułam stateczną gorzkość. Szybko przybrała postać dymu, choć paloność nie była w niej wiodącym czynnikiem.

Palone nuty odważniej wyłoniły się raczej przy słodyczy karmelu, której nadały powagi i wykwintności. Niska słodycz zupełnie podporządkowała się gorzkości dymu, który zdawał się kłębić nad ciemną ziemią.

Z ziemistymi nutami prędko zszedł się kwasek albo raczej cierpkość koziego mleka. Kozia nuta pojawiła się, by przez chwilę zagrać delikatną, a następnie uderzyć pełną mocą.
Po ustach rozeszła się słoność, w dużej mierze ta naturalna koziego mleka, trochę jakby wstrzymując pozostałe smaki. Wszystko zdominował czysto kozi smak. Poczułam się, jakbym właśnie zabrała się za naturalny jogurt kozi.

Kwasek przybrał nabiałowo-soczysty charakter, dymna goryczka zasugerowała skórkę cytryny, co umożliwiło przebicie się owocom. Najpierw trochę cytryny spłynęło od jogurtu koziego do zadymionej ziemi, a po chwili doszukałam się nut suszonych owoców... coś jak jakieś suszone jagody albo jagódko-aronia wgnieciona w ziemię. Tchnęło to w kompozycję pewną lekkość, dym spróbował przebrać się za mgłę lub kwiatowość, sugerując czarny bez. Cytrusy i jogurtowość, ich rześkość, paradoksalnie podkreślała sól.

Słonawość trafiła na słodycz, podbijając smak karmelu, za którego sprawą pod koniec czekolada nieco złagodniała.

Mglisty dym wymieszał się z łagodnością, ale charakteru nie utracił. Poprzez lekką ziołowość, która pojawiła się nie wiadomo skąd, przeszedł w orzechowo-zbożowe klimaty (świetnie pasujące do ziarnistej struktury). Kwasek i gorzkawość skumulowały się tu w kwaskowatych orzechach włoskich z gorzkawymi skórkami, a kozie mleko odnalazło w ziołach zacne ujście dla pikanterii.

Po wszystkim pozostał na długo wyrazisty posmak łączący słonawy, ale mleczny karmel, ogrom koziego smaku i ziemisto-dymny duet gorzkości i kwasku.

Czekolada bardzo mi smakowała. Intensywna i dosadna w kwestii koziości (niemal chamski, dominujący kozi smak, który kocham) i ziemiście-odymionej kakaowości z owocowymi zapędami. Mimo to, znalazło się w niej trochę miejsca dla niemal kwiatowej lekkości, co przy nieposkąpionej ilości soli to nie lada sztuka. No i właśnie... sól zajęła się w dużej mierze podkręcaniem poszczególnych aspektów, bo bardzo słono (mimo sporej ilości) nie było.
Lubię czekolady z solą, ale tu chwilami miałam wrażenie, że obyło by się bez tego dodatku.

To chyba druga po Zotterze tak charakterna kozia czekolada, jaką jadłam. Nie przebiła go jednak właśnie z racji soli. Zotter to bardziej "KOZIA ciemna mleczna czekolada", a Int "CIEMNA KOZIA czekolada" (duet). Uważam, że im więcej kakao, tym lepiej, ale im więcej kakao i soli w czekoladzie koziej... Tym bardziej moja uwaga była rozproszona. Założę się, że ta część podsumowania nie została by napisana, gdybym Zottera nie znała - wtedy In 't Veld mogłaby wejść na listę naj-najukochańszych czekolad, a tak... odrobinkę jej zabrakło.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,59 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, pełny cukier trzcinowy, pełne kozie mleko w proszku 10%, surowy tłuszcz kakaowy, sól

niedziela, 3 lutego 2019

Zotter Hemp Bonbon ciemna 70 % z konopnym nugatem z karmelizowanymi nasionami konopi i cienką warstwą białej kokosowej czekolady

Na spożywczym rynku jakiś czas temu nasiona konopi stały się coraz powszechniejszą ciekawostką, mi jednak były i są zupełnie obojętne. Cenię sobie pomysłowość, więc chyba nie dziwne, że przypadł mi do gustu mi się zamysł "dla błyskotliwych" Zottera - Hempseed and Mocha. Z kawą? No, jak to kogoś nie pobudzi, to chyba mu już nic nie pomoże! To podoba mi się, bo lubię pomysłowość. Drugą czekoladą z nugatem konopi jaką jadłam była Zotter "Boozy Couple" Hemp and Schnapps, która podeszła mi nieco mniej. Obie reprezentują jednak całe kompozycje, połączenia. A właściwie dalej nie wiedziałam, jak taki czysty nugat konopny sam w sobie smakuje. W końcu oddzielanie małego skrawka to nie to samo, co zjedzenie tabliczki nadzianej prawie tylko takim nugatem. Nie, żebym się jakoś specjalnie napaliła (he he), ale...


Zotter Hemp Bonbon to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z konopnym nugatem z karmelizowanymi nasionami konopi i cienką warstwą białej kokosowej kuwertury ("czekolady" - chciałoby się napisać, ale to raczej polewa); wegańska.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach gorzkawego dymu i... Grzybów. Łączyły się one z mocno paloną ciemną czekoladą, prażonymi orzechami i nutą kojarzącą się z ziołami i / lub sianem. Po przełamaniu grzybowy wątek nasilił się do tego stopnia, że na myśl przyszły mi pieczarki ze śmietaną. I właśnie, do wszystkiego doszła jeszcze śmietankowo-mleczno-maślana toń. Kompozycja wydała mi się dziwnie wytrawna.

Przy łamaniu tabliczka okazała się twarda, konkretna i w pewien sposób krucha.
Podzielenie na części nie sprawiało większych problemów, toteż kawałek spróbowałam właśnie tak, ale w sumie wszystko czułam prawie tak samo, gdy przegryzałam się przez całość; białej czekolady było tak mało, że trudno cokolwiek o niej powiedzieć.
Czekolada rozpływała się kremowo, a warstwa białej kokosowej stanowiła tłusto-suchawe przejście do nadzienia.
Nugat okazał się strasznie tłusty w maślanym kontekście. Był wręcz śliski, ale przy tym zbity i wolno rozpływający się. Dużo znalazło się w nim nasion o lekko chrupiącej i zarazem świeżo-miękkawej strukturze.

W smaku sama czekolada smakowała karmelowo, ale minimalnie słodko, a bardziej w kontekście paloności i o wiele bardziej gorzkawo - też w palonym, choć już bardziej dymnym kontekście. Kojarzyła mi się z zawilgoconym dymem i w zawilgoceniu tym poczułam jakąś grzybową sugestię.

Słodycz podbiła białoczekoladowa warstwa, dodając odrobinę maślano-orzechowej nuty. Paradoksalnie wprowadziła pewną neutralnawość / mdłość. (Próbując osobno, ustaliłam, że w całości to chyba właśnie ona dodawała lekko kwaskowatą nutę, bo nugat wydał mi się bardziej "czysto słodki".)

W ustach bardzo szybko rozprzestrzeniał się smak śmietankowo-maślany. On był raczej mdło-neutralny, ponieważ słodycz rosła jakby obok.

A rosła bardzo szybko, bo nie była jednoznaczna. Z jednej strony wydała mi się przypominać cukier puder, z drugiej... słodziaśny karmel. Paloność przechodziła do innych nut, a karmel pozostawał po prostu słodki (nie łączył się jednak z maślanością i w żadne toffi nie przeszedł). Pojawiła się silna nuta wanilii, ale z czasem nieco się zmieniła.

Rósł też smak maślany. Powoli opuszczał orzechy, stając się coraz bardziej grzybowym. Najpierw pomyślałam o zawilgoconych pieczarkach, zakręciła się przy tym "siankowa nuta", ale właśnie gdy wymieszały się z masłem... dołączył do nich i śmietankowy (śmietanowy?) smak. Na moment zrobiło się bardzo wytrawnie, znowu pomyślałam o grzybach w śmietanie, a potem wróciła słodycz.

Dopomogły jej w tym ziołowo-siankowo-orzechowe nuty. Lekko apteczne zioła i jakby jakaś... ziołowa wanilia? Taka mieszanka, do której z czasem dołączył karmel. Była to dziwna mieszanina: słodka, ale z goryczką. Słodycz i grzyby przypominały tu słodkawe, japońskie grzyby shiitake.

Słodycz i maślaność nagle diametralnie wzrosły. Karmel mignął, a po chwili zagłuszyła go lekka pikanteria ziół. Przy rozgryzanych nasionach pikanteria rosła, a tło robiło się śmietankowo-mdłe. W oddali na moment wychylił się leciutki kwasek, ale zaraz zakrył go dymno-pikantnawy smak.

Zrobiło się bardziej orzechowo, palono-ziołowo i wszystko to wyciszyła spokojna, gorzkawa ciemna czekolada.

Posmak został właśnie ciemnoczekoladowy i palono-ziołowy. Czułam też ogrom masła oraz grzybową sugestię. Odczuwałam słodycz, ale wcale nie wydawało mi się, że zjadłam coś bardzo słodkiego.

Całość była dziwna, jakoś mi nie podeszła. Wydała mi się za mało czekoladowa, dziwnie złożona. Czekolada przyjemna, ale nadzienie? Okropnie słodkie, ale nie że przesłodzone, tylko... ta jego chwilami pudrowa słodycz gryzła się z tym, jak smakowało. Bo smakowało grzybami w śmietanie i masłem. Miało to jednocześnie mdły, jak i pikantnie-ziołowy klimat. Wydaje mi się, że chodzi o to, że złudzenie śmietanki utworzyły tłuszcze i napój ryżowy, a więc coś, czego nie lubię. Plączący się lekki prawiekwasek (jak z Labooko Coconut) chyba tę śmietanowośc podkręcał. Grzyby może nie były aż tak pierwszoplanowe, ale to... taka niechciana w czekoladzie grzybowość.

Całość była mi chyba za... za wegańska? Mdła, słodka, a jednocześnie wytrawna w sposób "jedzeniowy", a nie ciemnoczekoladowy.
Nie była zła, bo chyba konopie czuć wyraźnie (smakowała tak specyficznie, że to pewnie one), ale po prostu nie dla mnie.


 ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, nasiona konopi, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, sproszkowany napój ryżowy (ryż, olej słonecznikowy, sól), wiórki kokosowe, olej słonecznikowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodekstryna), lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, lecytyna słonecznikowa

piątek, 1 lutego 2019

Duffy's Panama Tierra Oscura 72 % ciemna z Panamy

Rozsądzając, którą z dwóch pozostałych posiadanych czekolad Duffy's wziąć do degustacji, tego dnia kierowałam się przeczuciem, że Panama to region, którego nuty są spokojniejsze od Gwatemali. Właśnie na coś wyrazistego, ale nie szalonego, może wręcz nudnego, miałam ochotę. Nie pomagał fakt, że z obu krajów jadłam bardzo niewiele tabliczek, ale z Panamy jednak więcej i... cóż, czułam, że Gwatemala może czymś zaskoczyć. A już odbiegając od wszystkiego, opakowanie Gwatemali było ładniejsze (podoba mi się kultura Majów, a za kolorem pomarańczowym nie przepadam), więc zostawiłam sobie na koniec.

Duffy's Panama Tierra Oscura 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Panamy, z okolic miasta Tierra Oscura.

Od razu po otwarciu poczułam intensywny, poważny zapach drewniano-skórzanych mebli oraz osnuwającą go soczystość egzotycznych owoców. Najszybciej wyłapałam ananasa i limonkę, a potem jeszcze coś z czerwonych leśnych nie dawało mi spokoju. Skórzane rzeczy zajmujące ciemny pokój... podsunęły owocom odrobinę chłodu; w głowie pojawiło mi się "chłodna landryna" (cokolwiek by to miało oznaczać).

Przy łamaniu tabliczka trzaskała, ale nie wydała mi się w żaden sposób charakterystyczna w tej kwestii. Oryginalność ukazała dopiero po umieszczeniu kawałka w ustach. Początkowo była normalnie kremowo-tłustawa, lecz po chwili rosła proszkowość. Kawałek mięknął i zahaczał o ulepekowatość, ale po chwili jakby ktoś wycisnął z niego sok. Gdy ten "popłynął", czekolada ponownie robiła się coraz bardziej gładko-maślana, aż na koniec miałam wrażenie, że z ust znika mi bardzo soczysty, idealnie gładki krem.

Od pierwszej chwili dominowała stateczna i niezaburzona gorzkość drewna, mająca ciepło-palony wydźwięk. Ani przez moment nie miałam wątpliwości, że to ona rządzi, jest bazą.

Gładko spłynęła po niej niejasna, choć dość silna słodycz. Jakby "nieobecna duchem", właśnie taka jak duch, wydała mi się rześka, ale... zaraz obrosła w pikanterię. Zaczęłam myśleć o jakimś niejednoznacznym, może przypalonym i gorzkawym karmelu.

Z tła przebiły się słodko-kwaskowate owoce. Soczysty ananas i odrobinka limonki pojawiły się, raz i drugi jakbym wychwyciła jakieś czerwone owoce (truskawki?), ale zaraz niemal zupełnie wtopiły się w gorzkawe otoczenie.

Oto drewno znów wystąpiło w towarzystwie skór, ale tym razem i pikantnego karmelu. Odebrały owocom kwasek, a że słodycz rosła... przez moment te poważniejsze nuty się z nią przepychały. Poczułam dojrzałe kaki i jakby... figi? Coś bardzo, bardzo słodkiego... a po chwili już przejrzałego, co sugerowała gorzkawa baza. Pojawiały się także niejednoznaczne, orzechowe wątki. Miks prażonych orzechów równoważył słodycz i gorzkość.

Nagle, pod koniec, w ustach dosłownie wybuchł lukrecjowy smak. Podobne do mięty ochłodzenie, silna słodycz i niemal pikanteria. Lukrecja / anyż zdominowały wszystko, po czym zaczęły łagodnieć i łączyć się z gorzkawo-drzewną nutą i złożoną, nie za mocną słodyczą owoców i karmelo-lukrecji.

Po wszystkim pozostał nieco pikantny posmak, poczucie gorzkości drewna i skóry oraz owocowy motyw.

Czekolada wyszła cudownie intensywnie, choć wiele nut w niej było nieoczywistych. Silna, stateczna gorzkość drzew panowała nad wszystkim, do tego stopnia, że nawet słodycz karmelu miała w sobie coś z palonej gorzkości. O lukrecjowo-anyżowej pikanterii już nie mówię! A owoce... ich wycofany motyw świetnie pasował do kompozycji: najpierw trochę egzotycznej soczystości, potem moje ukochane kaki i figi.
Wszystko to przełożyło się na prawdziwie gorzką, ale wyważoną czekoladę. Mimo stateczności, miała bardziej "pokazowe" momenty z pazurkiem.
Wszystkie smaki jak najbardziej moje, jedynie konsystencję wolałabym mniej "mięknącą", ale to szczegół. Czekolada była tak pyszna, że i tak dołączyła do ulubieńców (choć przez strukturę chwilę siedziała na ławce rezerwowych).

O tak, znów trafiłam na drewniano-ananasowe nutki, charakterny karmel i figi, które tak pokochałam w Zotter Labooko Panama 72 % (choć Zotter był bardziej orzeźwiająco kwiatowy, cytrusowo-ziemisty; Duffy's to lukrecja i drewno). To także przypalony karmel i egzotyczne, słodkie żółte owoce z A. Morin Panama noir 70 %, który jednak był bardziej słodki (karmelowy właśnie, owoce w Morinie to banany, ale i jakieś nieokreślone inne; Duffy's kaki i figi).


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 16,59 zł (za 60 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa