wtorek, 21 marca 2017

Zotter G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss mleczna z nugatem z orzechów laskowych z całymi migdałami, orzechami laskowymi i nerkowca oraz rodzynkami pokryta białą czekoladą

Z serii G.Nuss.Tafel Zottera ciekawiły mnie dwie tabliczki, mimo że żadna z nich nigdy nie była jakimś tam "must have". Po bardzo pozytywnym zasłodzeniu, jakie zafundowała mi smakowita G.Nuss.Tafel Mandel, sięgnęłam też po drugą, jednak tę już otrzymałam w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy wraz z opakowaniami zmieniono coś jeszcze, ale co tam.


Zotter G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss to mleczna czekolada z nugatem z orzechów laskowych z całymi migdałami, orzechami laskowymi i nerkowca oraz rodzynkami pokryta białą czekoladą.
Zawiera 50 % składników kakaowych (miazgi i tłuszczu).

Po otwarciu poczułam niezwykle mocarny i smakowity, w 100 %-ach naturalny, zapach orzechów laskowych w otoczeniu mlecznoczekoladowym i nieco karmelowym. Podkreślały go wyraźne, choć raczej subtelne, przyprawy korzenne, w które cudownie wpisywały się prażone migdały. Wszystko to ozdabiał akcent soczystych rodzynek, a w tle zawisła wanilia z rześką nutą... anyżu? Predysponowało to tę czekoladę do zdobycia 10!

Tak samo jej wygląd był po prostu przepiękny. Warstewka białej czekolady otulająca tabliczkę serii NougsusNougat i całkiem sporo całych bakalii na wierzchu. 
Okazało się to dość twarde przy łamaniu, lecz w ustach rozpływało się gładko i tłusto. 

Najpierw przywitało mnie wyraziste mleko, odrobinka orzeźwiającego anyżu i jakby jedynie waniliowa słodycz. Wspomniane przyprawy świetnie się ze sobą połączyły, bo nie było ani mdląco waniliowo, ani zbyt ordynarnie anyżowo. Niezwykłe i pyszne połączenie, które jednak szybko zmieniało się w wyrazistszą mleczność.

Do mleczności dołączał akcent czekoladowy i orzechowy. Bardzo szybko to orzechy laskowe, w wydaniu błogo pralinowym, lecz nie za słodkim, zagarnęły sobie całą "scenę do popisu". Nieśmiała korzenność, która pojawiła się wraz z laskowcami, sprawiła, że zrobiło się ciepło, wręcz kontrastowo do anyżowego orzeźwienia z początku. Słodycz nieco wzrosła, ale nie nadmiernie. Liczyłam, że przyprawy korzenne też się nasilą, ale pozostawały delikatne aż do końca.

Chrupiące i wyraziste migdały i, odkrywające o wiele mniej znaczącą rolę, orzechy laskowe nieco je podkreślały i chwilowo wypychały naprzód, ale jednocześnie same za dużo sobie zaskarbiały, zaburzając wszelkie waniliowo-anyżowo-czekoladowe nuty. 

Przy słodkawym, lekko przyprawionym nugacie, najlepiej wyszły chrupiące, ale i zarazem nieco miękkawe orzechy nerkowca. Ich smak był charakterystycznie delikatny, choć świetnie wyczuwalny. Zakochałam się w tym, jak wyszły wraz ze słodkimi, średnio soczystymi (więc w sumie też nieco "chrupiącymi") rodzynkami. Miałam szczęście, że w mojej tabliczce znalazło się sporo nerkowców i rodzynek, w dodatku obok siebie.

Niestety, było też sporo miejsc pozbawionych bakalii, gdzie sam nugat orzechowy wydawał mi się mdły, jakoś brakowało mi tam nawet smaku czekolady. Czekoladowość tabliczki była podkreślana nutą prażenia wydobywającą się z całych orzechów, ale... całość tym nie przesiąkła. Smaczek ten pojawiał się tylko przy rozgryzaniu.

W trakcie jedzenia tej czekolady miałam wrażenie, że Zotterowi coś nie wyszło, przekombinował to. Nawrzucał tu bardzo dużo różnych dodatków, w efekcie czego, tak naprawdę... czułam niedosyt wszystkiego. Po recenzji Basi (której swoją drogą nie trafił się ani jeden migdał) liczyłam na mocne przyprawy korzenne, a moja tabliczka była nieco mdła, jeśli o nie chodzi (w sumie pewnie były jakieś zmiany, bo składy się nieco różnią). Pozytywnie zaskoczyło mnie jednak, jak znaczącą rolę odegrała biała, waniliowo-anyżowa, warstewka. Świetnie wyszła z nerkowcami i rodzynkami.
Wydaje mi się, ze lepiej byłoby gdyby Zotter zrobił dwie oddzielne czekolady: nugat z nerkowcami i rodzynkami w tej białej czekoladzie oraz czekoladowy nugat z migdałami,  laskowcami i przyprawami korzennymi (z lub bez białej warstwy). Niestety, tak jak jest, wszystko to ze sobą po prostu nie współgra. Wydawało mi się, że jem resztki mieszanki studenckiej i całkiem smaczną czekoladę, a nie integralną kompozycję. Smacznie, ale mogło być jeszcze smaczniej.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 10%, rodzynki 7%, orzechy nerkowca 4%, migdały 4%, odtłuszczone mleko w proszku,  lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, kardamon, anyż, cynamon

poniedziałek, 20 marca 2017

Choco-Lisa Classic Goat Milk Chocolate mleczna 37 % z kozim mlekiem

O firmie Choco-Lina... nic Wam nie powiem, bo sama nic nie wiem. Znalazłam w internecie, że robią czekolady głównie z mlekiem owczym, ale nie tylko ich produkcją się zajmują. Oferują jakieś eko, bio przyprawy i mieszanki (np. do pieczenia ciastek), a ja kupiłam ich dwie tabliczki tylko ze względu na mleko (owcze i kozie), bo bardzo lubię "inne" mleczne czekolady, a takich wciąż jest na polskim rynku za mało. Zaczynam od koziej, bo... "bo data".

Choco-Lisa Classic Goat Milk Chocolate to czekolada z mlekiem kozim (18 %) o zawartości 37 % składników kakaowych (miazga + tłuszcz).

Producentem jest wspomniana Choco-Lina - rozumiem, że owca ukradła "n", a koza wstawiła "s" w zastępstwo? Nie widzę w tym sensu, trochę to dezorientujące.

Po rozchyleniu srebrnego papierka poczułam spokojny, raczej łagodny, ale wciąż wyrazisty zapach smakowitej mlecznej czekolady o trochę karmelowym wyrazie i z kozią nutką, która nie wydała mi się inwazyjna.

Czekolada okazała się dość twarda, ale nie trzaskała. Rozpływać się zaczynała dopiero w ustach, nie była nazbyt tłusta, a tłustawo-kremowa ze znacząco proszkowym motywem.

Już od pierwszej chwili poczułam słodki karmel przenoszący się z zapachu. W smaku jednak był intensywniejszy, co przełożyło się na silną słodycz. Z czasem nieco wzrastała, ale i stawała się coraz głębsza, bo do smakowitego karmelo-toffi dołączała wanilia. 

Delikatny akcent kakao nie miał problemu z zaznaczeniem się, ale odniosłam wrażenie, że nawet nie próbował wyjść bardziej na wierzch, mimo że kozia słonawość jakby starała się go do tego zachęcić.

A no właśnie! Bardzo silnym smakiem okazało się tu mleko - wyraźnie kozie, ale subtelne. Wszelkie skojarzenia ze zwierzakiem, sianem itp. są tu nie na miejscu. Smak ten przejawiał się raczej w naturalnej słonawości i specyficznym smaczku, ale w połączeniu z karmelową słodyczą wcale nie wydawał się "chamski", mimo dosadności, którą się odznaczał.

Chwilami karmel dominował, robiło się wtedy naprawdę słodko, by następnie to nuta koziego mleka wychynęła na wierzch, co było jakby przerwą od silnej słodyczy. Całość wydała mi się pełna uroku i interesująca. Karmel z kozim posmakiem? Wyszło naprawdę smakowicie i bardzo, bardzo słodko w przyjemny sposób. Czekolada nie była przesłodzona, akcencik kakao się w niej znalazł, co obaliło moją teorię wysnutą przy koziej Domori. Wtedy stwierdziłam, że im więcej kakao, tym kozia nuta silniejsza, ale nie w tym przypadku. Choco-Lina zaserwowała mi kozią słodycz, co bardzo mi smakowało. Bardzo, owszem, ale jak wszystkie głównie mleczno-słodkie czekolady... nie aż na tyle, by zdobyć maksa. 

Kolejna kozia czekolada i... kolejna zupełnie inna. Choco-Lina, jak widać, jest dla słodyczomaniaków wolących słodkie czekolady i chcących zasmakować mocno koziej czekolady, wspomniana Domori jest bardzo wyważona zarówno jeśli chodzi o słodycz, koziość jak i kakao (nazwałabym ją uniwersalną), Askinosie cieszyła mnogością nut, więc określiłabym ją jako "dla osób nietolerujących krowiego mleka", a nie jako kozią, oraz Zotter Labooko z mocnym, kozim smakiem i dużą ilością kakao (zdecydowanie jedna z moich ulubionych czekolad tak ogółem).


ocena: 8/10
kupiłam: biogo.pl
cena: 20,30 zł za 90 g
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko kozie w proszku 18 %, masa kakaowa, wanilia bourbon

niedziela, 19 marca 2017

Zott Belriso Krówka

Uwielbiam sobie czasem zrobić ryż na mleku i dodać do niego jakieś dodatki typu orzechy, owoce. Od kubeczkowych z kolei trzymam się z daleka. Raz kupiłam i obrzydził mnie chłód tego glutkowatego tworu, już pomijając skład, który oczywiście przegrywa z domową wersją. 
Po dzisiaj opisywany sięgnęłam z podwójną awersją: raz, że gotowe ryże mnie trochę obrzydzają (no ale krówka! i piękne opakowanie!), dwa - okoliczności, w jakich do mnie trafił. Objechałyśmy z Mamą kilka supermarketów w poszukiwaniu moich kochanych Mullerów de Luxe, jednak wszędzie były tylko puste kartony i w końcu, w ostatnim, myślałam, że się poryczę. Mama coś tam sobie i tak nabrała, po czym usłyszałam "Zobacz, promocja na krówkowe Belriso! Wiesz jakie to pyszne?" i zachwalanie, że to ostatnio jej ulubiony deserek. Zrezygnowana, i ja się zdecydowałam. Nie muszę chyba dodawać, że już w domu, moja złość na brak Mullerów ulokowała się właśnie w tym niewinnym ryżu?

Zott Belriso Krówka to "krówkowy deser mleczny z ryżem".

Po otwarciu poczułam bardzo słodki karmelowo-krówkowy zapach. Muszę przyznać, że należał raczej do tych przyjemnych i niesztucznych.

Zawartość kubeczka wydała mi się średnio gęsta, ale zwarta. Całość była po prostu glutowato budyniowa (te "zmielone krówki" zupełnie się roztopiły tworząc właśnie gładki budyń) i pełna ziarenek ryżu o dziwnej konsystencji. Oprócz twardości, bardzo znacząca była tu mączność i ona mi jakoś tak gryzła się z budyniowatą resztą. W ogóle wydawało mi się to dość dziwne (budyń z ziarenkami ryżu... moje ryże są gęste i no... inne). Meh, to jednak deser nie w moim stylu.

Tak czy inaczej spróbowałam. Jak się spodziewałam, dominowała tu słodycz. Zdziwiłam się jednak, że deser wciąż był porządnie mleczny. Ryż oceniłabym jako schodzący na dalszy plan. 
Wspomniana słodycz była rzeczywiście nieco krówkowa, kajmakowa. Karmel w smaku zaznaczał się o wiele słabiej, niż w zapachu. Była to jednak Słodycz przez duże "S" (bardzo silna), bez głębi, wyrazistości. Wydawało mi się, że coś próbuje się w niej ukryć (sztuczność?), ale nie wiem.

Pod koniec jedzenia uznałam, że nie dość, że ta słodycz jest zdecydowanie za silna, to jeszcze nieco nijaka. Trochę krówkowa? Owszem, ale jakby mi ktoś próbował wmówić, że deser ma być karmelowy lub toffi, dałabym się nabrać. To po prostu nie była jednoznaczna, wyrazista krówka.
Przez to uznałam, że krówkowe Belriso jest po prostu nudne. To i przesadzona słodycz przeszkadzało  mi przy jego gramaturze (200 g), bo biorąc to wszystko pod uwagę, deser lepiej wypadłby, gdyby miał 150 g. 
Mimo wszystko, jak na ryż na mleku, chyba jest całkiem niezły. Ot, można spróbować; ja jednak zdania o tego typu deserach nie zmienię, a oceniam powtarzając sobie, że nie mogę odjąć punktów za to, że po prostu nie przepadam za tymi ryżami na mleku (chociaż korci). Utwierdziłam się jednak w przekonaniu, że takie coś mnie obrzydza.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: nie wiem, Mama płaciła
kaloryczność: 116 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleko 64 %, permeat mleka, ryż 9 %, drobno zmielone krówki 5% (cukier, syrop glukozowy, śmietanka, zagęszczona słodka serwatka, masło, syrop cukru trzcinowego, sól, lecytyna sojowa,, aromat), cukier, mleko w proszku odtłuszczone, dekstroza, syrop karmelowy, jaja w proszku, substancje zagęszczające: mączka chleba świętojańskiego, karagen; skrobia modyfikowana, sól, aromat

piątek, 17 marca 2017

Valrhona noir Abinao 85 % ciemna z Afryki

Po bardzo tajemniczym blendzie Valrhona noir Andoa 70 %, został mi jeszcze jeden. Nie bez powodu właśnie on, bo nie dość, że kolorystycznie świetnie pasuje do bloga, to jeszcze (powód właściwy) ma aż 85 % kakao, co jest wyjątkowe w przypadku tej marki. Pochodzi ono z Afryki, ale dokładny region nie jest znany, tak samo jak gatunek kakao (informacje znalezione w internecie były bardzo rozbieżne i nie pochodziły z pewnych źródeł, więc je pomijam). Liczy się, co ja wyczuję i koniec.

Valrhona noir Abinao 85 % to oczywiście ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Afryki.

Po otwarciu złotko-sreberka poczułam mocno prażony, intensywny zapach. Plątał się między drzewami iglastymi (oczami wyobraźni zobaczyłam sosny piniowe), a ziemią i orzechami, podkręcany jakby przez lekko kwaskowatą cierpkość wina lub kefiru. W trakcie jedzenia wydawało mi się, że wywąchałam także, daleko w tle, wanilię.

Przełamałam piękną, ciemną tabliczkę, przy czym usłyszałam porządny trzask. Była niezwykle twarda, choć kiedy trzymałam ją w rękach wydawała mi się dziwnie sucha, a w przekroju - ziarnista. W ustach jednak stała się "lepiszcza", jakby starała się sprawiać wrażenie kremowej, ale z pewną suchością. Nie było w tym jednak nic nieprzyjemnego, pasowało do smaku.

W tej kwestii w pierwszej chwili poczułam wyraziste orzechy. Najpierw pomyślałam o piniowych, ale już po chwili byłam pewna - orzeszki ziemne, jak nic! W dodatku bardzo szybko, wraz z nieco zalepiającą konsystencją, skojarzyły mi się z masłem orzechowym. 

Zrobiło się gorzko, a kakao z pełną mocą uderzyło palonym smakiem. Orzechowa nuta wciąż trwała uparcie, jednak był to moment, w którym to bardziej ziemiste nuty zaczęły dominować. Do tego dochodził jeszcze przypalony kwasek, otwierający drogę cierpko-kwaskowatym nutom.

Rozwijając się, wypuściły całkiem sporo taninowo-kefirowych smaczków, które ogólna przyjemna gorzkość nieco hamowała. Sama przybrała wyraz przydymiony i jakby... skrywała skąpą, waniliową słodycz. 

Odrobinka słodyczy i nuta kefiru przełożyła się na delikatnie mleczny element na końcówce. Obok niego, taniny przybrały spokojniejszą postać czerwonych owoców, albo raczej konfitury z nich - z przewagą truskawek. Była to smakowita, choć przypalona konfitura. 
W posmaku gorzkiego, palonego kakao znów czułam orzechy, ziemię i... nie wiem dlaczego, ale nie mogłam odpędzić od siebie skojarzenia ze smaczkiem skórki brzoskwini.

Muszę przyznać, że bardzo smakowała mi ta czekolada. Znikoma słodycz i mocny smak to coś, czego zawsze szukam w ciemnych czekoladach, a ta... miała bardzo specyficzne fisztaszkowo-taninowe nuty, chociaż ogółem była bardzo prosta. Mimo że nie miała w sobie dzikości, nie można jej odmówić charakteru.
Jestem ciekawa, z jakich regionów pochodzi kakao. W ogólnym klimacie było coś, co kojarzyło mi się z czekoladami z Tanzanii, może trochę z Madagaskaru, ale gdybym miała zgadywać, obstawiałabym też Ekwador, a przecież to niemożliwe, skoro ziarna pochodzą z Afryki... Może to mocne prażenie tak wszystko "zamazało"?


ocena: 9/10
kupiłam: naszakawa.pl
cena: 14,82 zł (za 70 g)
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i mogłabym

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt wanilii

czwartek, 16 marca 2017

Ehrmann Grand Dessert Choc Noir

Kolejny deser kupiony podczas pobytu u Taty w Krakowie, czyli do zjedzenia w niezbyt komfortowych warunkach. Uznałam, że istnienie ciemnej wersji Desselli musi się jakoś u mnie na blogu zaznaczyć (nie zdążyłam zrecenzować orzechowej zanim obie od Ehrmanna zniknęły z Biedronki). Dodatkową motywacją było, że według mnie Dessella była wyraziście czekoladowa, ale wyraziście mleczno czekoladowa, a według Olgi - czekoladowa. Niby pamiętałam też jej recenzję ciemnej, ale skoro inaczej odbieramy tamtą... Kto wie, jak ja odbiorę tę? Chociaż przyznaję, że wahałam się, czy ta recenzja ma sens, skoro po deser sięgnęłam już nieco przejedzona...?

Ehrmann Grand Dessert Choc Noir to deser mleczny z ciemną czekoladą i bitą śmietaną ważący 200 g.

Po otwarciu poczułam wyraziście czekoladowy, kakaowo wytrawny zapach z mdącym i ciężkim akcentem sztucznej śmietanki.

Wiem, że wierzch nie wygląda za ładnie, ale to dlatego, że mi wredota uciekła z siatki i turlała się jak opętana na tylnym siedzeniu samochodu. :P

Spróbowałam biały twór z wierzchu. Był tłusty, ale raczej lekki niż ciężki. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu mazisto-śliskim. Struktura skupiała na sobie uwagę, bo smak był mdły i taki typowy: bita śmietana z odrobiną sztuczności.

Nie smakowała mi, więc wywaliłam, by się nie katować i nie psuć sobie reszty (w końcu uwielbiam "budynie" Ehrmanna). Mimo wszystko proporcje wydają się dobre - i śmietanki, i budyniowatej części jest dużo (gdybym lubiła zwykłą bitą śmietankę, pewnie bym się cieszyła).

Budyń okazała się cudownie gęsty, nie za tłusty, czyli taki, jak u Ehrmanna zawsze. Wydał mi się jednak wyjątkowo proszkowy.Nie czułam w nim mlecznej bazy, czego trochę mi szkoda, ale czułam czekoladę. Mocną, wyrazistą i niewątpliwie wytrawna, z zaznaczonym kakao. Pierwsza, druga łyżeczka i wszystko było w porządku.

Dopiero po nich poczułam lekką cierpkość, co też tylko podkreśliło wytrawność, ale... taka "podkreślona" zrobiła się już "udawana", krótko mówiąc: tania, a nie smakowita i głęboka.

Niestety dalej było już tylko gorzej, bo pojawiał się kwaskowaty akcent odtłuszczonego kakao, a proszkowa konsystencja jeszcze bardziej zwracała na to moją uwagę.
Bardzo dawało się we znaki i sprawiło, że całość wydała mi się muląca.

Słodycz była stonowana, ale z tym smaczkiem taniego kakao też tylko drażniła.

Wytrawna wersja Desselli nie przypadła mi do gustu. Dupa odtłuszczona, a nie wytrawna ciemna czekolada. Niby i np. w przepysznych Mullerach de Luxe jest odtłuszczone kakao, ale i porządniejsza czekolada, a nie jak tutaj - ciemna czekolada zrobiona z odtłuszczonego kakao. Eh.
W dodatku te mdlące goryczy takowego w połączeniu ze zwykłą (a nie np. czekoladową) śmietanką już w ogóle mnie dobiły. Niby nie było paskudne, ale... bardzo przeciętne, mało pomysłowe, a przecież Ehrmanna stać na więcej.


ocena: 6/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 2,69 zł
kaloryczność: 122 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, śmietanka 20 %, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia kukurydziana modyfikowana, ciemna czekolada 2,7 % (kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, cukier, tłuszcz kakaowy), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna wołowa, aromat naturalny, emulgator: E472b

środa, 15 marca 2017

Zotter NougatVariation mleczna 60 % z nugatem migdałowym oraz z orzechów laskowych z brittle (karmelizowanymi kawałkami orzechów)

O tej czekoladzie nie mam za wiele do powiedzenia. Chciałam inną, mam tę i tyle. Nugat, kawałki orzechów... to ostatnio coś, czego w czekoladach nie szukam, ale jak już jest to... może będzie pysznie? W końcu trzeba i ze stałą ofertą Zottera ruszyć z miejsca, a nie tylko za nowościami się uganiać.


Zotter NougatVariation to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z nugatem migdałowym oraz z orzechów laskowych z karmelizowanymi kawałkami tychże orzechów (tzw. brittle - chrupiąca masa z cukru z siekanymi orzechami).

Po otwarciu zobaczyłam czekoladę, która wydała mi się ciemniejsza niż zwykle w przypadku mlecznych 60 % Zottera i poczułam intensywny zapach, w którym dominowały prażone orzechy laskowe i migdały. Wyraźnie zaznaczały się się tu motywy prażenia, soli i karmelu. Otaczało je wyraziste kakao o palono-orzechowym wyrazie.

Przy łamaniu tabliczka okazała się twarda i zbita, ale wydała mi się trochę chrupka przez kawałeczki zatopione w jednej z warstw. 

Czekolada wydała mi się zaskakująco gorzka jak na 60 % i na pewno mocniej palona niż zwykle. Bardzo mi się to podobało, tym bardziej, że wraz z tym jak rozpuszczała się powoli i kremowo, nie zanikł jej nieco orzechowy charakter.

Świetnie pasowała do znacząco słodkich i dość tłustych nugatów. Do głosu pierwszy dochodził ten... który akurat był "na dole", w zależności od ułożenia kawałka. Jak był w ustach częścią laskową "do języka", to i smak laskowców pojawiał się jako pierwszy. 

Nugat z orzechów laskowych sam w sobie wydał mi się słodki, ale nie jakoś szczególnie. Bardzo wyraźnie czułam tu orzechy i sporą szczyptę soli, a także "ciepłą" nutkę cynamonu. Był bardzo smakowity, ale niestety kawałki orzechowego brittle strasznie napędzały słodycz. Miały chrzęszcząco-chrupiącą konsystencję, część karmelizowana nieco oblepiała zęby, co upodobniało to do kryształków cukru albo kawałków z Toblerone (na szczęście nie w smaku), jednak i sporo było tu kawałków orzechów, które było czuć. Sól cudownie walczyła z prawie-cukrowością i podkreślała wyrazisty smak orzechów laskowych.

Nugat migdałowy był zupełnie gładki, delikatny i słodki, ale również wyrazisty. Gdy już jego smak przebił się w kompozycji, migdały pokazywały swój charakterek i smakowitość. Warstwa ta była cudowna, choć łagodna, bo także w dużej mierze mleczna. Nie był to więc czysto migdałowy nugat, a bardziej mleczno-migdałowy, ale i tak smaczny. 

Całość zamykał palono-orzechowy smaczek czekolady z nieco wzmocnionym motywem mlecznym. 

Przyznaję, że czekolada była smaczna, bardzo, bardzo orzechowa, ale mogła być lepsza. Mój główny zarzut dotyczy "brittle". Wprowadziło to wręcz cukrowy element i mimo że do zasłodzenia nie doszło dzięki dość sporej ilości soli i prażonym nutom, to wolałabym, żeby orzechy po prostu zostały mocno skarmelizowane, dzięki czemu byłoby "chrupiąco orzechowo i palonokarmelowo", a nie "chrzęszcząco-cukrowo i orzechowo".

PS To, że jednak ta do mnie trafiła, to chyba uśmiech losu. Chciałam inną (Thousand Layer Nougat, czyli z migdałowym brittle), ale bardzo cieszę się, że najsłabszy element tabliczki tutaj był związany właśnie z laskowcami, a nie uwielbianymi migdałami. :D


PS 2 Obecnie na stronie Zottera w składzie NougatVariation pojawiło się jeszcze mleko odtłuszczone w proszku, a kaloryczność wzrosła do 607 kcal / 100 g, ale ja podaję to, co jest u mnie wydrukowane na opakowaniu.

ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały 12 %, orzechy laskowe 11 %, pełne mleko w proszku, masło, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana, cukier)

wtorek, 14 marca 2017

Primavika masło orzechowe piernikowe

Uwielbiam słone masła orzechowe, ale przy Smucker's Goober Grape Peanut Butter & Grape Jelly Stripes odkryłam, że i ze słodkawą nutą może mi smakować. Dlaczego miałabym w takim razie nie próbować eksperymentalnych smaków? Takich jak... piernik? W końcu piernikowe przyprawy uwielbiam, a ostatnio coś mnie wzięło na jakąś kanapkę na chlebie ze śliwką - toż to smarowidło wydaje się do niego strzałem w dziesiątkę!

Primavika masło orzechowe piernikowe jest masłem orzechowym z fistaszków z przyprawami piernikowymi (lub jak kto woli "korzennymi") i solą morską dostępne w słoiczku 185 g.

Po otwarciu słoika poczułam oczywiście zapach trochę słonawych, prażonych fistaszków, ale także słodko pierniczkowy, ze znaczącym udziałem cynamonu i goździków oraz nieco mniejszym imbiru.

Masło okazało się nieco ciągnące, o wiele rzadsze od np. lidlowego ale nie tak lejące jak TerraSana 4-Mix, pełne było malutkich drobinek orzeszków oraz przypraw.

W smaku było oczywiście prażono fistaszkowe. Przy tym prażeniu wyraźnie zaznaczała się sól, ale nie było jakoś bardzo słone. Raczej słonawe.
Po prostu słodkim... też bym go nie nazwała. Raczej pierniczkowo słodkim, w taki specyficzny sposób. O tak! Tutaj wyczułam bardzo mocny smak goździków oraz oczywiście cynamon. Z czasem robiło się nieco pikantnie w charakterystyczny korzenny sposób. Ogólnie jednak cała mieszanka przypraw korzennych przywodziła na myśl słodkie pierniczki (a nie piernik). Słodkawe do tego stopnia, że nawet mi nie przeszkadzało (a kocham słone masła orzechowe, więc jest dobrze!). Przyprawy także nie były na tyle silne, by zaburzyć smak masłoorzechowy, choć były wyraziste. Bez przegięcia w żadną ze stron. Bardzo dobrze wyważone.

Łyżeczką ze słoika oprócz cynamonu wyraźnie czuć i goździki, i imbir - barrdzo to smakowite, ale delikatne, nieprzesadzone, wtedy słodycz bardziej daje się we znaki.

Jadłam je z chlebem ze śliwką i.... ta pierniczkowość świetnie do niego pasowała. Dopiero na chlebie odkryłam, jak istotna była w tym maśle słonawość (nie słoność!). Świetnie się to uzupełniało z kwaskowatymi śliwkami.

Smaczne, ciekawe, takie "z pomysłem", ale raczej jako ciekawostka na zimowe poranki lub wieczory.
Sama wolałabym chyba jednak... ja wiem? Czy to więcej soli (rzecz gustu), czy mniej cukru... Nie pogardziłabym też mocniejszymi ostrymi przyprawami (mimo że były trafione, ja wolę naprawdę mocne smaki), chociaż w sumie było uroczo znacząco goździkowo-cynamonowe  i... chyba wolałabym większe kawałeczki niż takie drobinki. Wszystko to na zasadzie "chyba wolałabym...", a nie "powinni dać mniej / więcej", więc to takie "moje narzekanie" (w końcu kobietą, i w dodatku Polką, jestem).
Może i skład mogłoby mieć lepszy, ale w sumie ma stosunkowo niską cenę.
Polecam, mimo że niczego mi nie urwało, bo po prostu warto spróbować, ale nie żeby tam zaraz latać i specjalnie szukać.


ocena: 8/10
kupiłam: sklepvita.pl
cena: 5.09 zł (była jakaś promocja -20% + przesyłka)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki arachidowe prażone 81 %, cukier, lecytyna sojowa, mieszanka przypraw, sól morska

niedziela, 12 marca 2017

Vivani Ecuador 70 % Chili ciemna z Ekwadoru

Są marki czekolad, które "na dany moment niezbyt mnie interesują". Jedną z takich jest Vivani. Prawda, ich kawowa jest jedną z najlepszych, jakie jadłam, ale z kolei ciemna z marcepanem była taka sobie. Biała z wanilią... kiedyś mnie zachwyciła, po powrocie do niej uznałam, że jest smaczna, ale jadłam lepsze białe (np. Domori, Original Beans). Biorąc to pod uwagę stwierdziłam, że jak już po któreś sięgać, to nie po nadziewane. A skoro w ofercie mają ciemną z chili... To jaką tu niby wybrać, jak nie z uwielbianym dodatkiem?

Vivani Ecuador 70 % Chili to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Arriba pochodzącego z Ekwadoru z chili.

Po rozchyleniu papierko-sreberka zobaczyłam bardzo ciemną tabliczkę oraz poczułam zapach... rzeczywiście ciemnej czekolady. Plątały się tu nuty prażenia, naprawdę minimalna słodycz - jakby coś kwiatowego. Wszystko wskazywało na moc kakao, ale w dość łagodnym wydaniu. Diabeł tkwi w szczegółach? Dodatek dobrze się kamuflował.

Dopiero po przełamaniu, któremu towarzyszył głośny trzask raczej cienkiej, ale twardej czekolady, zobaczyłam spore kawałeczki i pesteczki suszonych papryczek. 

Po zrobieniu kęsa, czekolada zaczynała powoli się rozpuszczać w sposób dość tłustawy, kremowy, ale jednak z pewnym sucho-pylistym efektem w tle. Przyznam, że podobało mi się to, bo nie było za tłusto, ale wolałabym coś bardziej szorstkiego (zbytnia kremowość nie pasuje mi do chili).

Najpierw czułam cudowną gorzkość kakao i trochę słodyczy. W pierwszej chwili wydało mi się to prostym połączeniem zwykłej, ale smakowitej czekolady, jednak z czasem słodycz zaczęła stawać się nieco kwiatowa. Nie była zbyt nachalna, zwłaszcza kiedy pojawiały się mdłe przebłyski papryczek. Wtedy robiło się jeszcze bardziej gorzko-palono, ale wciąż względnie łagodnie, by nagle...

Do głosu doszedł "wyciskać łez". Rozgryzłam bowiem parę kawałków wyłaniających się z czekolady. Ostrość przy nich była tak mocna, że na moment odwracała uwagę od czekolady. Raz i drugi poczułam się, jakby zaraz autentycznie miały mi zacząć lecieć łzy, po czym pikanteria spływała do gardła, łagodniała tam, a czekolada w ustach robiła się... słodziutka i wręcz "milusia". 

Kwiatowa słodycz, kojarząca mi się z petuniami, rosła, jednak nie do stopnia przesady i odkrywała jakby nieco mleczną nutkę. Końcówka była łagodna i w dużej mierze słodkawa, choć wciąż ciemnoczekoladowa.

Taki schemat powtarzał się przy każdej kostce. Prosta, raczej gorzka czekolada, mocna ostrość i łagodna, kwiatowa słodycz - 3 fazy. Przypuszczam, że moc chili, która ujawniała się tylko chwilami przy kawałkach papryczek, podkreślała na zasadzie kontrastu tę łagodność, słodycz. Z jednej strony wyszło ciekawie, a z drugiej... wolałabym cały czas ciemnoczekoladową gorzkość i chili, niż "słodziaśną" końcówkę. Myślę, że lepsze wkomponowanie dodatku (np. bardziej zmielone i wszechobecne chili) mogłoby to zmienić.
Tak czy inaczej, to bardzo smakowita czekolada warta polecenia. Na pewno jest mniej słodko-tłusta i znacznie ostrzejsza, głębsza od Lindta Excellence Chili, a cenowo porównywalna. Zabrakło mi tu jednak mocniejszego charakteru ekwadorskiego kakao, którym rozpieściła mnie np. czekolada Tesco finest.


ocena: 9/10
kupiłam: sklep ze zdrową żywnością w Krakowie
cena: 11 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: w sumie możliwe

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, suszone chili

sobota, 11 marca 2017

Nature & Cie ciastka z czekoladą i ziarnami gryki

Ciastka z kawałkami czekolady nie należą do słodyczy, które mnie interesują, ale ostatnio zorientowałam się, że jakoś często na nie trafiam. Tesco Finest Quadruple Chocolate Cookies bardzo mi smakowały, Bonne Maman Sables tout chocolat w sumie były ok, a teraz przyszła kolej na takie, po które nie sięgam z obojętnością, a z podejrzliwością. Są bowiem bezglutenowe, a z takimi ciastkami chyba nie miałam jeszcze do czynienia, bo ogółem nieco mnie odpychają (wydają mi się pseudo zdrowe, mimo że dopuszczam, że mogę się tu kierować stereotypami). Dostałam je w ramach współpracy z Altoria, jako dodatek do produktów Bonne Maman.

Nature & Cie Biscuits aux pepites de chocolat to bezglutenowe ciastka z czekoladą ciemną i ziarnami gryki.

Po otwarciu poczułam... zapach trochę rozmoczonego kartonu. Przysięgam, to było właśnie to, może trochę słodkawe, a może to było moje życzenie.

Ciastka były suche i twarde jak kamienie, ale twardość nie przeszkadzała im w pękaniu, rozpadaniu i kruszeniu się.

Przy gryzieniu zachowywały się dziwnie, bo zmieniały się w twardy pył. Po zanurzeniu w  herbacie zaś... oj, to był doskonały przykład mokrego, rozciapcianego, ale nadal twardego kartonu. 
Po dwóch ciasteczkach wydawało mi się, że mimo tej suchości na moich ustach zebrała się warstewka tłuszczu.

O smaku aż nie wiem co napisać. Był bardzo nijaki, kartonowy. Ni to słodkie, ni "wytrawne". W końcu pojawiał się taki lekko karmelowy smaczek, ale w sumie... nie zaliczyłabym go do słodyczy. Kawałki czekolady były tłuste i twarde, ale rozpuszczały się całkiem nieźle. Były zdecydowanie za małe, jakoś zanikały w całości, bo i nie było ich specjalnie dużo.
W smaku dodawały akcent kakao i wydawało mi się, że stanowią główny "dosładzacz".
Z czasem uznałam, że chyba w całych ciastkach czuć odrobinę kakao, ale takiego jakby starego, pyłkowego. 
Drugim dodatkiem były twarde drobinki gryki. Nie wnosiły prawie nic, ale możliwe, że dokładały się do kartonowości lekko roślinnym smaczkiem. 

Ciastka wykończyły mnie zarówno prawie brakiem smaku, twardością (od której aż szczęka zaczyna bardzo szybko boleć) oraz przede wszystkim ogólną kartonowością. Można to więc w sumie pewnym smakiem nazwać, ale to raczej takie... Sama nie wiem, jak to określić. 

Większość oddałam Mamie, bo mnie samo wąchanie ciastek męczyło, ale jej też nie smakowały ("takie próchno", jak to ujęła), więc nakarmiłyśmy nimi kosz na śmieci - i to bez wyrzutów sumienia, bo do jedzenia się to nie nadaje. 
Nie znam się na bezglutenowych rzeczach, ale jestem pewna, że można zrobić takowe o wiele lepiej.

Jedyne, co można tu pochwalić to sposób pakowania i to, że kawałki czekolady nie były plastikiem bez smaku (ale dobrą czekoladą też nie), ale z kolei skład (no dobra, nie ma glutenu, ale jakie paskudy są) przy cenie wygląda mi na kpinę.


ocena: 1/10
kupiłam: dostałam od Altoria.eu
cena: w zależności od sklepu ok. 15 zł za paczkę 130 g (ja dostałam)
kaloryczność: 446 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: skrobia kukurydziana, mąka kukurydziana, cukier trzcinowy, olej palmowy, kawałki czekolady 9,4 % (cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, ekstrakt waniliowy), skrobia ziemniaczana, glukoza w proszku, kakao w proszku, nasiona gryki, sól, substancja spulchniająca: węglan amonu; lecytyna słonecznikowa

piątek, 10 marca 2017

Zotter Mitzi Blue Minty Goat ciemna mleczna 64 % z kozim mlekiem i ziołami oraz ciemna 70 % miętowa

Nie ukrywam, że jakoś nie przepadam za Mitzi Blue Zottera. Wszystkie, które jadłam były raczej kiepskie, a ogólnie zazwyczaj nie podobają mi się ich proporcje (interesujący mały dysk, a duża część nudna).
Parę jednak jakiś czas temu zakupiłam - raz, że smaki były tak ciekawe, że nie mogłam opuścić, a dwa... może po prost miałam pecha i trafiłam na nieudane smaki?
W końcu białe ryżowe (Starry Sky i Softly Falls the Snow) albo z bekon mogły być tylko eksperymentami...

Zotter Mitzi Blue Minty Goat to mleczna czekolada z mlekiem kozim o zawartości 64 % kakao z suszonymi ziołami (duży dysk) oraz ciemna czekolada 70 % miętowa (mały dysk).

Mleczną kozią 64 % jadłam już w postaci Labooko i jest to jedna z moich ulubionych czekolad, ale na ciemną miętową Labooko już się nie załapałam. Wydaje mi się jednak, że ta będzie ciekawsza...

Po otwarciu folii poczułam wyrazisty zapach koziego mleka oraz sporej ilości kakao i mięty w naturalnym, ziołowym wydaniu. Muszę przyznać, że było to niecodzienne połączenie, ale uznałam je za niezwykle smakowite!

Przy łamaniu czekolada przyjemnie trzaskała, a zioła nie odpadały. Malutki dysk był znacznie twardszy, pewnie zarówno ze względu na to, że to ciemna, a nie mleczna czekolada, ale został on też po prostu jakby "natopiony" na mleczną, toteż ta część była grubsza.
Mam jednak zastrzeżenia co do proporcji - tak ogółem w Mitzi. Małych dysków zawsze jest mi jakoś za mało...

Zwłaszcza przy tym smaku! Mały dysk zrobiony z miętowej ciemnej czekolady 70 % był po prostu boski. W pierwszej chwili zwracałam uwagę na subtelność i charakterność kakao - czuć je było świetnie, choć wydawało się bardzo łagodnie prażone. Szybko dołączała do niego słodycz, ale wydawała się w dużej mierze miętowa i... niezwykle chłodząca.
Przypominało to czekoladę z naparem z najprawdziwszej mięty - przepyszne!

Większą część stanowiła mleczna kozia czekolada posypana ziołami. Miała niezwykle wyrazisty smak. W pierwszej chwili bombardowała "kozim" smakiem mleka, czyli specyficzną lekką "pikantnawą słonawością". Była ona mocno podkręcona zdecydowanym smakiem kakao. A może to to ona podkręcała kakao? Tak czy inaczej, kozie mleko i taka zawartość tworzą obłędne połączenie!

Dodatkowo, ta słonawość wydała mi się też nieco podkreślona przez miętowy akcent i... w dziwny sposób również nakręcała ogólną miętowość.

Mam wrażenie, że tabliczka mocno nasiąkła olejkiem miętowym z małego dysku, gdyż również wydawała się miętowa, jakby ten smaczek nie pochodził tylko od suszonych ziół. Tak swoją drogą, nie było ich za wiele i w smaku też dużej roli nie odgrywały - nadawały tylko odrobinę słodkawej, oczywiście naturalnej, ziołowości.

Miętowość ta mocno orzeźwiała, ale była naturalna i słodkawa w łagodny, specyficzny sposób.

Wydaje mi się, że mięta uwydatniała się wzajemnie z kozimi nutami na zasadzie kontrastu. Słodkawe, ziołowe orzeźwienie i słonawość koziego mleka - to aż dziwne, jak to cudownie zagrało. Myślę, że głębia kakao, które samo jakby miało nuty orzechów i ziół, tak udanie i harmonijnie to połączyła.

Całość wydawała mi się niezwykle naturalna i esencjonalna. Solidność koziego mleka, mięta jedynie w ziołowym wydaniu i moc kakao, na której to wszystko się rysowało zdobyły moje serce całkowicie.
Przepyszna, po prostu przepyszna czekolada. Śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych miętowych, jakie jadłam, a już na pewno najciekawsza.
Nie pomyślałabym, że mięta i kozie mleko okażą się tak trafionym połączeniem!


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią bym do niej wróciła

Skład: Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, kozie mleko w proszku 10%, tłuszcz kakaowy, zioła 1% (mięta kędzierzawa, melisa, mięta wonna, aksamitka, koniczyna, chabry, róże), sól, olejek miętowy 0,02%