środa, 26 sierpnia 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Wenezuela Chuao 90 % ciemna z Wenezueli

W stosunku do czekolad o zawartości 80-95 % jestem bardzo nieufna. Gdy trafię na dobrą, jestem zachwycona, bo to chyba moja ukochana zawartość, ale problem w tym, że dobre trafiają się rzadko. O wiele łatwiej o oszukane, a więc zapchane tłuszczem kakaowym lub kakao odtłuszczonym. Oczywiście, te składniki nie zawsze mi przeszkadzają, ale przy tej zawartości potrafią wszystko zepsuć. Tej marce jednak ufałam i gdy ta nowość (w momencie trafienia do mnie) weszła do oferty, nie mogłam się doczekać zjedzenia jej. Sprawiła mi ogromną radość już samym przybyciem, bo... dostałam ją w ramach wcześniej rozpoczętej współpracy współpracy - a to była paczka-niespodzianka.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Wenezuela Chuao 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Wenezueli z regionu Chuao; konszowała 48 godzin.

Rozchyliwszy papierek poczułam intensywną woń drzew skąpanych w słońcu oraz soczyście słodkich cytrusów: pomarańczy, mandarynek i grejpfruta. Leciutki kwasek cytryny, podkradający się też pod nabiał, trochę to podkreślił, trzymając się na tyłach. Przemycał również odrobinę ziemistości.

Tabliczka okazała się twarda, sprawiała wrażenie kamiennej. Przy łamaniu trzaskała ujawniając lekko ziarnisty przekrój.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę opornie, potem coraz chętniej. Przypominała w tym zimne masło. Wydała mi się gęsta i zbita, idealnie gładka, a z czasem trochę bardziej mazista. Mazista jak gęsty nabiał, trochę jak on (masło, śmietanka) tłusta i zarazem soczysta. Czekolada nie wyszła więc nazbyt ciężko.

W smaku od początku poczułam ogrom cytrusów. Zaznaczył się jako kwaśna cytryna. Rozszedł się na dwie części, nieco odbiegając od statecznej bazy, utworzonej szybko przez drzewa i nie za mocno prażony motyw.

Z jednej części zrobiło się dość kwaśno, ale wciąż nienachalnie. Do głowy przyszedł mi twaróg i cytrusowo-nabiałowe twory. Pomyślałam o śmietanie i jakiś kefirowo-jogurtowych zmiksowanych koktajlach w cytrusowych wariantach. Chodzi mi raczej o słodko-kwaśne cytrusy, w tym pomarańcze.
Po pewnym czasie kwaśność zaczęła nabierać niemal mało spożywczej mocy. Mignęła mi siarka, podkreślona ziemistością z zapachu. Cytrusy zyskały goryczkowaty charakterek - to ich skórki.

W tym samym czasie cytrusy rozbudowywały również słodycz. Cytryna w tej strefie tylko podkreślała soczystość słodkich pomarańczy i mandarynek. Skórki i tu się znalazły, ale wydały mi się słodko-goryczkowate. Karmelizowane? Pojawił się karmelowo-prażony wątek, osładzając kompozycję, mimo że pomarańcze i mandarynki, w pełni dojrzałe i soczyste, radziły sobie same. Ten jednak wzbogacił je o... szczyptę cynamonu?

Karmel, razem ze skórkami i w ogóle odnosząc się do cytrusowych, tych kwaśniejszych nut mieszających się z nabiałem, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przełożył się na skojarzenie z sernikiem. Sernikiem pomarańczowym i... trochę opieczono-palonym. Oczami wyobraźni zobaczyłam mocno wypieczony, może przyprawiony cynamonem, spód. W drugiej połowie poprzez karmelowość właśnie wróciły drzewa z zapachu.

Im bliżej końca, tym bardziej gorzkawo-drzewny, goryczkowato skórkowo-karmelowy robił się smak. Drzewa otulone promieniami słońca wyszły na pierwszy plan. Porastały ciemną ziemię, na którą jednak nie zwracało się aż tak uwagi.

One właśnie, drzewa żywe, a rozgrzane słońcem (i cynamonem?), pozostały w posmaku wraz z ogromem soczystości pomarańczy, cytryn i grejpfruta. Ten wyłonił się jako element scalający drzewa i owoce, a także przypominający o nabiale.

Całość była wprost przepyszna! Kwaśna za sprawą cytrusów, które na dobrą sprawę okazały się także bardzo słodkie. To znów nabiałowe twory - jakieś shake'i i sernik... drzewna baza nie pozostała bierna, a słodycz karmelu nie mogła się lepiej wpasować.
To czekolada wprost przepyszna, pozbawiona ciężkości, a jednak nie za lekka, a dostarczająca tego, co 90-tka powinna.

To karmel i śmietana znane zarówno z mlecznej, jak i 70 % Beskidu. To jednak podkręcone na maksa na kwaśno drzewa w słońcu, kwaśno-nabiałowe i mandarynkowe tony 70tki.
Z sernikiem bardzo kojarzyła mi się również Idilio Origins 12imo Finca Torres, ale była o wiele słodsza, niekwaśna.
Wyszła kwaśniej, ale w sposób cudownie cytrusowy, niż większość jedzonych dotąd czekolad z tego regionu. Nie porzuciła nabiału i przypraw (choć była w nie uboga - tylko trochę cynamonu czułam). Podobał mi się związek drzew i karmelu.
Osobiście w większości wolę czekolady-obłędnie-czekoladowe niż mocno owocowe, ale... ta mnie zachwyciła. Kojarzyła się trochę z jednym z moich ulubionych regionów, soczystym Madagaskarem i zaserwowała mi owoce, które uwielbiam, a których prawie nie jem (bo nie lubię ich obierać i nie mogę utrafić z kupieniem doskonałych).


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

4 komentarze:

  1. Po mlecznej od Ciebie mogłabym spróbować niemal każdej innej, byle tylko nie miała żadnych parszywych dodatków, a ta nie ma. Lubię twaróg - mimo ostatnich przeżyć serowych z Vosgesem :P - a cytrusy tym razem chętnie bym 'zniosła'. Zwłaszcza w wydaniu sernikowo-pomarańczowym z karmelem. Ileż tu pysznych złocistości <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli... smakowała Ci? Bo "niemal każdej innej..." brzmi trochę "niemal każdej, tylko błagam, nie tej, co dostałam" haha.
      Kocham Beskid - tu chyba nawet bardziej niż Original Beans.

      Mimo że też posypek (czasami myślę o niektórych jako o "nalepkach") nie lubię, ale np. ich z bananem była w miarę ok. Oczywiście jednak czystym plantacyjnym się nie równa. <3

      Usuń
  2. Ciekawi mnie kakao z Wenezueli. Jeśli chodzi o ten kraj, to dotychczas miałam okazję próbować tylko 70% i to w formie czekolady do picia, a gorąca czekolada jest dla mnie czymś zupełnie innym niż tabliczka. Dlatego też chętnie kupiłabym tę czekoladę Beskidu, szczególnie, że najbardziej lubię tabliczki o zawartości kakao od 90% w górę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę jeszcze nic z Wenezueli? Masz więc sporo do nadrabiania, bo akurat tam co region, to może nieco inaczej smakować. Ja mam jednak z tym regionem jeden zasadniczy problem. Również wolę mocne smaki, ale Wenezuela naturalnie sama z siebie ma raczej łagodne nuty. Wszelkie te Chuao to właśnie Wenezuela, a są to ziarna najdelikatniejsze i zarazem najbardziej cenione. Nauczyłam się więc patrzeć na to, co na Akademiach Czekolady np. zdobyło złoto, było chwalone, że i w smaku, i konsystencji "creamy" i... omijam te. Bo zazwyczaj dla mnie są za łagodne, haha. To... taka tam rada. Niezbyt profesjonalna, ale ludzka!

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.