poniedziałek, 10 kwietnia 2017

A. Morin Perou Toumi noir 70 % ciemna z Peru

Tyle ostatnio pojawia się u mnie nowych czekoladowych marek - a to Idilio Origins, w której się zakochałam, a to "nowa-stara" miłość, Pacari, wszelkie amerykańskie ciekawostki... A ja po prostu zatęskniłam za starym, dobrym Morinem, do którego mam ogromny sentyment. W końcu to marka, od której zaczęłam swoją przygodę z prawdziwą czekoladą.

Tym razem sięgnęłam po tajemniczą tabliczkę z kakao z, z tego co udało mi się wyczytać, północnej części Peru. Próbowałam już peruwiańskiego Morina - z prowincji Chanchamayo (63 % kakao), więc nie chodzi o samo Peru, a o "Toumi". Długo szukałam, o co chodzi, ale właściwie nic nie znalazłam. No, oprócz informacji o tumi, czyli ceremonialnych peruwiańskich nożach związanych z kulturą Inków...

A. Morin Perou Toumi noir 70 % to czekolada ciemna o zawartości 70 % kakao z Peru.

Po otwarciu zobaczyłam piękną tabliczkę o lśniącym i intensywnym, ciepłym kolorze, który wydał mi się wręcz soczysty.
Była bardzo twarda, choć jakoś specjalnie nie trzaskała. W ustach rozpuszczała się bardzo przyjemnie, nie za tłusto, raczej kremowo, ale też z pewnym piaszczystym efektem.

Specjalnie... to ona pachniała. Po prostu bosko kwiatowo, dość owocowo, ale przede wszystkim mocą kakao, objawiającą się jako średnio prażona nuta kojarząca się z żyzną, rozgrzaną przez letnie słońce ziemią.
W tych "kwiatoowocach" wyróżniłabym granatowe winogrona, borówki amerykańskie i słodziutkie, aromatyczne banany. Na kwiatach się nie znam, ale wyobraziłam sobie takie kwitnące wczesną wiosną o lekkim, rześkim aromacie.

Natychmiast po zrobieniu kęsa docierał do mnie "słoneczny", delikatny wyraz tej czekolady.
Nieprzesadnie prażone kakao wypuszczało nutkę nieco ziemistą, po chwili zmieniającą się w nieprażone, ale wyraziste orzechy.

Były one spowite dość silną słodyczą. Nie była jednak prosta, a taka... słodko karmelowa, wchodząca w bardziej rześkie klimaty, co koniec końców skojarzyło mi się z bananami. O tak, słodycz była tu karmelowo-bananowa.

Nie było to jednak żadne zasłodzenie. Z pomocą szybko przychodziła cała ekipa owoców - prawda, również słodkich, ale już o wiele bardziej soczystych. O dominację walczył granat i mieszanina malin oraz truskawek.

Pierwsza nuta, ta orzechowo-ziemista, wywalczyła sobie z czasem nieco więcej miejsca, odsłaniając mi grillowane orzechy i nutę, którą w pierwszej chwili nazwałam "piach-orzech". Był to smaczek ciepłej ziemi (skojarzenie nasilane przez konsystencję) o jasnym kolorze. Po chwili stało się jasne, że to piasek. Piasek i orzeźwienie... morska bryza, o tak. Orzechy grillowane na plaży, a do tego koktajl ze wspomnianych wcześniej malin, truskawek i granatu, rześkość. Mniam!

Po chwili jednak to całe orzeźwienie przestało wydawać mi się takie "słoneczne". Ono było bardziej... prażono-suszone? Mięta! Herbata miętowa, taka niezaparzona. O tak, to było to. Ta nuta nie wydała mi się jednak specjalnie ziołowa, bo w dużej mierze była złagodzona bananową słodyczą.

Na koniec w ustach pozostawał ten suszono-prażony posmak, będący mieszaniną orzechów  i mięty... choć już nie tak oczywiste. Bardziej mięty i suszonych kwiatów.

Ta czekolada była stateczna, raczej prosta i głęboka. Wiem, że smaki brzmią dziwnie i dynamicznie, ale wcale takie nie były. Rozwijały się leniwie i nie były aż tak wyraziste, a zasnute "kakaowością". Ewidentnie czułam jednak kwiaty, owoce (truskawki, maliny, banany), orzechy i miętę. Może brzmi to "dziko", ale były tak łagodne, że idealnie pasowały. Niektórym mogłaby jednak pewnie wydać się za słodka. Mi... "bananowa" słodycz nigdy nie przeszkadza.

Po degustacji wczytałam się w opis producenta i zdziwiłam się, że żadnych owoców tam nie było, a kwiaty (białe), orzechy (włoskie) i mięta - owszem. Obiecanej lukrecji jednak za nic nie czułam, czego trochę mi szkoda.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21 zł (dostałam zniżkę <3) za 100 g
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 9 kwietnia 2017

wafelki Attack Coconut; Tastino Roger Kokosowy

Zawsze mówiłam, że uwielbiam połączenie kokosa i białej czekolady. Po ostatnim teście wafelków o tym smaku zmieniło się to w "lubię dobrze wykonane połączenie...". W zasadzie... miałam po nich dość jakichkolwiek kokosowych rzeczy, ale moja natura kazała mi już dużo wcześniej kupić też parę wafelków kokosowych w mlecznej czekoladzie... W końcu mleczna jest lepsza od białej, możliwe też, że to cukrowość białej zabijała kokosowy smak, prawda? Jako że na blogu jest już według mnie wzorowo wykonany kokosowy wafelek (Prince Polo Kokosowe), postanowiłam zakupić go ponownie, żeby mieć się do czego odnosić. Utwierdziłam się też w przekonaniu, że słusznie wystawiłam mu ocenę, mimo że... powiedzmy tak: gdyby był czekoladą lub tworem droższym, nie byłabym aż tak łaskawa, bo oceniłam go w skali "wafelkowej".

Na pierwszy ogień poszedł ten, który przyciągnął mój wzrok "pomysłem", mam tu na myśli nazwę i ogólnie bojowniczy wygląd (dlaczego kojarzy mi się z np. zabezpieczonym przez wojsko terenem i jakimiś koszarami?). Doinformowałam się, że stoi za nim producent Góralków.


Attack Coconut od I.D.C. Holding to "wafle przekładane kremem o smaku kokosowym (58 %) w mleczno-kakaowej polewie".

No właśnie. Już na początku "miła" niespodzianka w postaci "polewy ...". 
Później okazało się, że zarówno od Prince Polo jak i Rogera odróżnia go ilość warstw - są bowiem tylko dwie (ale i tak grubawe) warstwy kremu.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo delikatny zapach. Był to słodki kokos i słodkie kakao. 

Warstwa polewy prześwitywała, ale po jej spróbowaniu ucieszyło mnie to. Miała bowiem kiepski smak polewy właśnie. Mdłe kakao i silna "mlecznawa" słodycz, meh. Trzyma się to jednak porządnie, nie kruszy, nie odpada ani nic.
Ta mlecznawa słodycz została później mocno podbita smakiem kremu. Ten wręcz porażał cukrowością w pierwszej chwili, a gdy się już nieco rozszedł w tłusto-proszkowawy sposób, raczył łaskawie i rzeczywiście mlecznym smakiem, a na moment i całkiem wyraźny kokosowy smak się pojawiał.
W połączeniu z kakaową polewą stworzyło to kiepskawy, mleczno-kokosowy wafelek.
Same warstwy waflowe wydawały się nie mieć smaku, ale miały w sobie jakąś nutę stetryczenia.

Struktura wafelka była za to w porządku, bo całość wydawała się leciutka i przyjemnie chrzęszcząco-chrupiąca. Na plus także gramatura, jako takie "małe co nieco".

Małe to jednak, a i tak zasładzające (zjadłam może trochę więcej niż 1/3 i miałam przesyt słodyczy). Mimo że czuć smak kokosa, to i jak na ten procent wiórków (najwięcej ze wszystkich opisywanych i mlecznych, i białych), wydaje się mało kokosowe (taak, kokosowe tylko przez chwilkę). Najwidoczniej za dużo cukru i tak napchali.
W Prince Polo zaś był ten smak i zapach kokosa mimo silnej słodyczy (aromaty zrobiły swoje) i jednak czekolada, a nie polewa udająca ją.
Mocny przeciętniak.


ocena: 5/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 0.89 zł za 30 g (29,67 zł / kg)
kaloryczność: 557 kcal / 100 g; wafelek 30 g - 167 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, polewa mleczno-kakaowa (cukier, oleje roślinne: palmowy, masło Chea, mleko pełne w proszku 12 %, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 7 %, serwatka w proszku, emulgatory: E442, E476; aromat), oleje roślinne (palmowy, kokosowy), cukier, wiórki kokosowe 7 %, serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczone, mąka sojowa, skrobie kukurydziane, lej słonecznikowy, lecytyna sojowa, mleko pełne w proszku, substancja spulchniająca: węglany sodu; żółtko jaja w proszku, aromat

------------------

Tastino Roger Kokosowy to "wafelek przekładany kremem kokosowym w czekoladzie mlecznej" produkowany dla Lidla.


Znając lidlową słodycz trochę się obawiałam, czy możliwe jest zrobienie wafelka jeszcze słodszego od tego Attack'u...

Po otwarciu aż się skrzywiłam. Poczułam strasznie słodki tanioczekoladowy zapach i zobaczyłam wafelka, którego producent ewidentnie nie pożałował czekolady. Czując jednak to, co czułam, wolałabym chyba ujrzeć twór jej pozbawiony.

Tak czy inaczej spróbowałam. Czekolada okazała się wręcz cukrowo słodka, owszem, ale w sumie czuć było smak czekolady mlecznej - przeciętnej, bo przeciętnej, ale nie zaraz obrzydliwej. Całkiem nieźle wyszła z częściami waflowymi, bo one same w sobie stanowiły dość znaczącą część i odznaczały się lekką słonawością. Dzięki temu smakowały lepiej niż te w Attack'u, bo w ogóle jakoś smakowały, ale za to strasznie się kruszyły, a czekolada z wierzchu odpadała na wszystkie strony gorzej niż w Prince Polo.

Krem specjalnie zostawiłam sobie na koniec, bo... był po prostu słodko-sztucznie-mleczny. W dodatku ta sztuczność miała w sobie jakiś kwaskowaty element. Konsystencję miał po prostu tłustą, a w wafelkach jakoś wolę takie bardziej proszkowe kremy. Ten był taki... jakby to była sama baza, jakby czegoś nie dodali. Kakao? Orzechów? KOKOSA? Najwidoczniej już nawet o aromaty kokosowe ciężko... 

Tutaj powiedziałabym, że mam do czynienia ze słodszym od Attack'u i Prince Polo (razem wziętych) wafelkiem mlecznoczekoladowym. Twór z za dużą ilością i cukru, i chemii, a zupełnie bez kokosa. I co z tego, że jest na nim mleczna czekolada, skoro też nie taka, jakiej by się chciało?


ocena: 2/10
kupiłam: Lidl
cena: 0.79 zł za 40 g (19,75 zł / kg)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g; wafelek 40 g - 218 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 30,1 % w tym 0,1 % w kremie (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, Shea), serwatka w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat), tłuszcze roślinne (palmowy częściowo utwardzony, palmowy), mąka pszenna, cukier, serwatka w proszku, wiórki kokosowe 2,6 %, skrobia ziemniaczana, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu; aromat, sól

------------------

Czas na małe "po słowie". Jeśli kogoś zastanowiła tak wysoka ocena przy Prince Polo... no cóż. Mało cukrowego kremu, warstwy waflowe w porządku i na tyle mało czekolady mlecznej (a nie polewy!), że nie zasłodziła, a do tego jednak dość wyraźny kokos. Jak widać, inni producenci mają problem nawet z osiągnięciem takiego poziomu, więc uważam go za bardzo, bardzo udany wafelek kokosowy.
Ogólna konkluzja jest taka... mimo że ani do dwóch wyżej opisanych, ani tym bardziej do tamtych białych, nie chcę wracać, to wydaje mi się, że w mlecznej jakoś ten kokos wychodzi wyraźniej. Attack jest najbliżej Prince Polo (także cenowo - najsmaczniejsze są najdroższe, ale to chyba nie dziwi), ale i tak nie polecam. Cukrowość i stetryczenie albo piekielna cukrowość i chemiczny prawie kwasek? Zabierzcie je ode mnie.

od lewej: Prince Polo, Roger, Attack

sobota, 8 kwietnia 2017

Chuao Triple Nut Temptation ciemna 60 % z Wenezueli z prażonymi migdałami, orzechami laskowymi i pistacjami

Jeśli miałabym coś powiedzieć o marce Chuao Chocolatier, to chyba to, że doszłam do wniosku, że ma przepyszną czekoladę i pyszne, trafione lub zupełnie nietrafione dodatki. Taki trochę "ryzyk fizyk", ale jednak zawsze z dobrą czekoladą. Tym razem nie musiałam obawiać się dodatków, bo... no cóż... wszystkie z tej tabliczki kocham.

Chuao Triple Nut Temptation to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Wenezueli z prażonymi migdałami, orzechami laskowymi i pistacjami.
Ta w odróżnieniu od reszty Chuao, które próbowałam, ma całe 100 gramów.

Po otwarciu poczułam przepiękny zapach pistacji i migdałów (z którego to duetu - o dziwo - dominowały te pierwsze) z wyraźnie prażonym, jakby wręcz naturalnie słonawym, akcentem. W nim zawarte było też smakowite kakao i ogólna "orzechowość".

Czekolada była dość gruba, solidnie wypełniona całymi, wielkimi orzechami (spokojnie, jest bez GMO) - nie trafiłam na kostkę bez nich, za to oczywiście trafiały się różne połączenia (np. migdał i pistacja, laskowiec i migdał itd.).

Tabliczkę spokojnie można nazwać konkretną, choć w ustach czekolada rozpuszczała się łatwo; szybko miękła, bo była tłusta (jak na mój gust trochę za bardzo). Na szczęście orzechy miały doskonałą konsystencję - tak chrupiącą, jak tylko można to sobie wyobrazić.

Czekolada mocno nasiąkła dodatkami, głównie migdałami, więc ogół był po prostu orzechowy. Trudno mi było wyodrębnić jakieś nuty kakao, ponieważ czekolada wydawała się raczej prosta. Myślę, że to przez słodycz, która cały czas o pół kroku wyprzedzała kakao. Nie była może przesadzona, ale odbierała część charakteru, pozostawiała je po prostu łagodnie gorzkawe, z ewidentnie prażonym posmakiem (choć nie było to mocne prażenie). W nim skrywała się też odrobinka kawy, więc ogółem czekolada była prosta, ale smaczna.

Największą atrakcją były oczywiście orzechy. Wszystkich dodano mniej więcej po równo i wszystkie były świeże, niesolone, solidnie uprażone, a więc i wyraziste.
Zachwyciły mnie pistacje - nigdy nie jadłam czekolady, w której byłyby aż tak wyeksponowane. Nie miały problemu z wybiciem się ponad czekoladę, laskowce i migdały ich nie zagłuszały. Duże, calutkie sztuki zielonego cuda zatopione w łagodnej czekoladzie zdobyły moje serce.
Migdały również były cudownie wyraziste, choć im już raz i drugi zdarzyło się na moment i czekoladę zagłuszyć (na szczęście nie pistacje).
Orzechy laskowe świetnie "weszły" w sam czekoladowy smak, choć niektóre wydały mi się po prostu... za duże, przez co miałam wrażenie, że to orzechy oblane czekoladą, a nie czekolada z nimi, ale co tam. Dwa trafiły się też przeprażone, ale to akurat szczegół, który mi specjalnie nie przeszkadzał.

Całość smakowała mi, mimo że wolałabym, żeby czekolada była chociaż minimalnie mniej tłusta i mniej słodka (co nie znaczy, że nie była dobrej jakości). Ogromną sympatię zyskała u mnie już samym połączeniem całych pistacji, migdałów i orzechów laskowych, z czym się nigdy dotąd nie spotkałam. Myślę, że na górski szlak trudno o lepszy wybór, ale przez kilka malutkich szczególików po prostu nie mogę przyznać wyższej oceny.


ocena: 8/10
kupiłam: Wegmans (chyba; ktoś mi kupił)
cena: cena tej czekolady to 8.50 $ (za 100g), ale nie wiem, czy akurat za tą płaciłam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale gdyby była dostępna w Polsce, w góry na pewno bym ją jeszcze kupiła)

Skład: ciemna czekolada (kakao 60 %, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia). migdały, orzechy laskowe, pistacje

piątek, 7 kwietnia 2017

Original Beans Cusco Chuncho 100 % ciemna z Peru

Zorientowawszy się, jak wiele mam peruwiańskich czekolad w szufladzie, stwierdziłam, że warto byłoby sobie mały przegląd Peru zrobić.
Zresztą i tak nie mogłam doczekać się spróbowania nowej (ok, nie takiej już nowej, ale jeszcze niepróbowanej przeze mnie) czekolady bardzo lubianej przeze mnie marki Original Beans, która jest obecnie jedyną setką z ich oferty.
W dodatku szczególną setką, bo z kakao z peruwiańskich And, z doliny Sacred Cusco. Miejsce to znajduje się bardzo blisko Cuzco, czyli stolicy legendarnego państwa Inków oraz starożytnego miasta Machu Picchu. W tzw. Sacred Valley rośnie jeden z najrzadszych szczepów kakao spotykany w Peru, czyli "Chuncho". 

Original Beans Cusco Chuncho 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao chuncho z Peru.

Po otwarciu poczułam złożony i niezwykle smakowity zapach. Bardzo wyraźna była tu soczysta cierpkość kojarząca się z winem lub ciemnymi, czerwonymi owocami oraz prażony motyw ni słodu, ni po prostu zboża, przez mocny charakter czekolady podchodzący wręcz pod... whisky. Taką dość słodkawą. I właśnie słodycz też była tu znacząca. Kojarzyła mi się z miodową whisky. Przyznam, że nie zapowiadało to aż 100 % kakao.

Ciemna tabliczka przy łamaniu była twarda, w ustach zachowywała się jak wysokoprocentowa ciemna czekolada, ale nie tak, jak typowe setki. Zalepiała w trochę mazisty, bardzo gęsty sposób, ale kojarzyła się z takim... zalepiającym kremem. Pod koniec jakby puszczała trochę soku. 

W pierwszej chwili czekolada wydała mi się niezwykle łagodna, wręcz jak jakaś mleczna (ale może bardziej "mleczna" - w sensie na jakimś roślinnym mleku), odrobinkę orzechowa.

Pojawił się delikatny kwasek - być może czerwonych owoców, ale nie zdążyłam się nad tym zastanowić, a już przybierał na sile, przy czym robił się coraz bardziej kwachowaty, a nie po prostu kwaśny. Skojarzył mi się z mokrym asfaltem, otoczonym przez zielone trawniki - również mokre. Sceneria jak po deszczu.

Nie było to 100 % asfaltu, bo zaczęłam też myśleć o nieco bardziej kefirowych nutach, ale... nie, jednak asfalt to zdominował. Kwaśny asfalt, obok którego cały czas kręciła się roślinna nuta. Nagle całkiem nieźle rozkręciła się nuta prażenia. Sprawiła, że moje myśli skierowały się ku jakimś... słodom, zbożom. Można tu mówić też o pewnej mokrości, jednak... Wyobraziłam sobie zboże porastające ciemną ziemię nasączoną... whisky. Pole po deszczu whisky? (O kaszy z nieba słyszałam, ale o whisky?)

To wszystko, choć dziwaczne, utworzyło "roślinne" przejście do prawie-soczystości. W tle spróbowała zabłysnąć jakaś lżejsza nuta, którą podchwycił kwas. Zrobił się jakiś kłujący, jak czasami sól. Jednocześnie doszukałam się tu takiego "ściskającego" kwasku marakui. Nie mogę jednak powiedzieć, że było owocowo. 

Na sam koniec przybyło słodkawe ukojenie. Miodowa whisky z zapachu stała się po prostu nutą słodyczy, kwasek zniknął, a w ustach pozostał łagodny, nieco orzechowy posmak. Żadnego ściągania, a po paru sekundach to już w ogóle nie powiedziałabym, że jadłam setkę, a po prostu ciemną czekoladę o przystępnej zawartości kakao.

Ta czekolada była głównie kwaśna i dość dziwna. W trakcie jedzenia w głowie pojawiały mi się dziwne określenia, takie jak: perfumowany i kwaśny asfalt, skwaśniały miód. Miała boski zapach i cudną konsystencję. Smak był nieprzerażający, chociaż nie w moim stylu. Był mocny, ciekawy, ale był kwaśny, a ja wolę bardziej gorzkie nuty. Kwaski to lubię owocowe lub "nabiałowe", a ten... no, był inny.

Wydała mi się połączeniem Les Chocolats de Pauline Noir Perou 100 % (z którą wiąże ją nuta ziemi i whisky, choć dają zupełnie odmienne efekty - OB jest "deszczowo mokra", a Pauline "dymno-sucha") i Zotter Labooko Peru 100 % (ogólny kwas miał podobny charakter).

Muszę przyznać, że z peruwiańskich setek smakowała mi najmniej, bo była względnie łagodna (w porównaniu do Zottera), a połączenie nut whisky-ziemia-roślinność z mocnym kwachem jakoś mi się gryzie. Tak czy inaczej, to czekolada warta uwagi, która wciąga przez swoją dziwność.


ocena: 8/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: dostałam
kaloryczność: 610 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa

środa, 5 kwietnia 2017

Georgia Ramon Almonds & Pumpkin Seeds ciemna z Dominikany 50 % z prażonymi migdałami, mąką migdałową, pestkami dyni i solą

O marce Georgia Ramon nie wiem kompletnie nic oprócz tego, że jest niemiecka i ma dość... kontrowersyjne połączenia smaków w swojej ofercie, w której znajdują się nie tylko czekolady. Ja zaopatrzyłam się w parę różnych czekolad, jak mi się wydawało przy zamawianiu - najciekawszych, z których to na sam początek i tak próbowałam wybrać najmniej ciekawą. "Dynia i migdały" - nasiona dyni rzadko spotyka się w słodyczach, ale w porównaniu do np. czekolady z brokułami, pomyślałam: "to nie jest aż tak niespotykane" i, wciąż z ochotą, sięgnęłam po czekoladę, by wreszcie przeczytać jej dokładniejszy opis... I wejść w stan nadzwyczajnej ciekawości.

Georgia Ramon Almonds & Pumpkin Seeds to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z prażonymi migdałami (z Uzbekistanu), mąką migdałową i solonymi nasionami dyni (z Austrii).

Po otwarciu poczułam przede wszystkim migdały z dość znaczącą prażono-słoną nutą w towarzystwie nieśmiałej, delikatnej czekolady bez mocarnego kakao. Ogólnie zapach był delikatny, a jego wyraz był bardziej orzechowy niż czekoladowy.

Czekolada wyglądała pięknie, jednak nie zmieniło się moje negatywne nastawienie do kostek-drobnicy.
Kolor był intensywny ale sugerował raczej mleczną niż ciemną. Po przełamaniu twardej tabliczki zobaczyłam sporo drobinek migdałów i pestek ze znaczącą przewagą tych pierwszych.

Spróbowałam i trochę się zdziwiłam. Czekolada rozpuszczała się łatwo, ale zupełnie niegładko. Nie była tłusta, bagienkowata, lepiąca, szorstka - właściwie do opisania jej konsystencji nie pasuje mi żadne słowo, którym dotychczas opisywałam inne czekolady. Ta była specyficzna - nietłusta i niegładka - prawdopodobnie za sprawą mąki migdałowej. Bardzo to było czuć, choć pod względem struktury nie był to dla mnie ani plus, ani minus.

Drobnica, jaką były migdały i pestki dyni, trochę mnie irytowała. Uważam, że były za małe, choć naprawdę dobre jakościowo - świeże i mocno chrupiące, ale nie twarde. W zasadzie... kawałków migdałów było i parę całkiem sporych, więc je można uznać za dodatek zadowalający. Gorzej z dynio-liliputkami.

W smaku już od pierwszej sekundy czułam migdały. Najpierw zabłysnął charakterny, prażony smaczek o naturalnie słonawym wyrazie, ale po chwili migdałowość zaczęła kojarzyć się z nugatem, z dość wyraźną (ale też jakby naturalną) słodyczą. 
Prażone kawałki migdałów przebijały tę słodkawą "nugatowość" swoim charakternym, jakby słonawym, smakiem. Przy nich czekolada robiła się bardzo migdałowa, a kakao jakby próbowało wpasować się w te orzechowe klimaty, choć samo w sobie aż tak dużej roli nie odgrywało. 

Prażone smaki zostały podkreślone odrobinką soli, jednak wydawało mi się, że po prostu nią to doprawiono, że sól nie jest tu dodatkiem samym w sobie. To była dosłownie szczypta, ale - przy tym całym migdałowym prażeniu - zadowalająca. Wszystko to odwracało uwagę od, i tak słabej, słodyczy. Wyszło więc coś a'la minimalnie słodki nugat.

Pestki dyni zostały zagłuszone migdałami. Raz i drugi coś tam poczułam, ale ogólnie ich rola była znikoma.

Przez całą degustację czekolada jawiła mi się jako przede wszystkim moc migdałów - takich bardziej słodkawych i mocno prażonych. Migdały, migdały i jeszcze raz migdały, doprawione odrobinką soli i na przyjemnie orzechowo-czekoladowym tle. Było bardzo smacznie, ale też... mało czekoladowo. Nie wiem, czy kojarzycie Chateau Rum, Rodzynki i Orzechy gdzie rum wypchnął kakao i wskoczył na jego miejsce - z tą było podobnie, tylko w przypadku GR to oczywiście migdały dominują. Kocham migdały, jednak... brakowało mi tu mocniejszego kakao. Czuję także żal, że w zasadzie idzie zapomnieć o tytułowej dyni...
Powiem więc tak: to bardzo smaczna migdałowa ciekawostka.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 22 zł (dostałam zniżkę <3) za 50 g
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, mąka migdałowa (15%), prażone migdały (7%), nasiona dyni (5%), sól morska

wtorek, 4 kwietnia 2017

Odra Trufle klasyczne, kawowe

Na zakończenie "truflowej serii" specjalnie zostawiłam sobie te, o których czytałam na blogach i usłyszałam od mamy, że są najlepsze oraz, że tak powiem, specjalne, bo tej samej marki o smaku kawowym. Jeśli ktoś regularnie odwiedza mojego bloga, to wie, że kawę i wszystko, co z nią związane kocham całym sercem. Nie ukrywam, że miałam nadzieję na miłe zakończenie cukierkowego testu.

Odra Trufle to "cukierki mleczno-kakaowe z nutą spirytusu oblane ciemną czekoladą".

Po rozwinięciu papierka, a nawet już wcześniej, poczułam wyrazisty zapach alkoholu o ewidentnie rumowym wyrazie w towarzystwie czegoś, co nazwałabym słodką masą kakaowo-czekoladową, co (mimo że tak nie brzmi) było zaskakująco smakowite.

Warstwa czekolady na cukierku nie była bardzo gruba, a całość mogła się pochwalić zwartością i pewną solidnością, mimo że trufla była miękkawa (o wiele miększa od Śnieżki), nieco wilgotna i zarazem sucho-przemielona. Powoli się rozlepiała w ustach, w czym było coś nieco zalepiająco-gęsto-chrzęszczącego. Nie umiem tego lepiej opisać. Tylko czekolada z wierzchu wydała mi się jakaś sucha i mało czekoladowa.

W smaku najpierw poczułam niewyraźny "kakaowaty" smak czekolady z wierzchu, która była najzwyczajniej słodka i taka sobie, by już dosłownie w drugiej sekundzie w ustach rozszedł się pyszny, jakby wręcz rześki, smaczek rumu.

Wraz z tym usta zalewało alkoholowe tsunami wręcz uderzające do głowy. Dawno nie jadłam aż tak alkoholowych słodyczy, jednak ten mocarny alkohol tutaj wciąż nie miał w sobie ni krzty obrzydliwości, nie smakował spirytusem.

Na pewno przełożyła się na to czekoladowa kakaowość, kojarząca się z nasączoną alkoholem masą zrobioną z kakao i czekolady o wyrazistym smaku, oraz bardzo silna słodycz. Nie atakowała tak od razu, to moc alkoholu jakby otwierała jej drogę. Naprawdę przychodziła dopiero, gdy bohaterowie pierwszego planu (silny alkohol i wyrazista kakao-czekoladowość) zdążyli już zdobyć moje serce.
Robiło się niezwykle słodko (choć w sumie było słodko cały czas, ale odbieranie tego było... specyficzne), ale nie było w tym nic niesmacznego.

Trufle Odry bardzo mnie zaskoczyły. Okazały się wręcz nieprzyzwoicie, lecz smakowicie alkoholowe (tak w ogóle to smak rumu został świetnie oddany bez jego obecności w składzie), a przy tym wyraźnie czekoladowo-kakaowe, na taki "wytrawnawy" sposób. Silna słodycz nie odstraszała, choć pozostawał po niej (i po alkoholu) charakterystyczny posmak. Ogólnie były bardzo charakterystyczne, wyróżniające się.
Nie sądziłam, że aż tak mi posmakują, a konsystencja... wydaje mi się idealnie cukierkowo truflowa.


ocena: 9/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Kauflandzie
cena: cena to 24,90 zł / kg
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: może kiedyś

Skład: cukier, czekolada 19,5% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476, E492; aromat), syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, częściowo utwardzony tłuszcz palmowy, alkohol etylowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, drożdże, aromat


Odra Trufle kawowe to to "cukierki mleczno-kakaowe z kawą rozpuszczalną i nutą spirytusu oblane ciemną czekoladą".

Po rozwinięciu czarnego papierka (rany, on jest taki prosty, a taki piękny...) poczułam całkiem niezły zapach czekoladowocukierkowy z wyraźnie zaznaczoną "słodyczową" kawą.

Jeśli o konsystencję chodzi, czekolada z wierzchu była taka sama jak w klasycznej wersji, a wnętrze wydało mi się bardziej mokre. Wciąż było przemielone, powoli rozchodzące się i plastyczne z suchawo-nasączonym efektem trufli, ale momentami gładsze i po prostu mokre. Skrywało bowiem kropelki spirytusu i kawy (jak mniemam).
W smaku różnice między kawowymi, a klasycznymi są ogromne, co czuć już od kontaktu z czekoladą. Przesiąkła ona bowiem kawą, co sprawiło, że wydała mi się bardziej czekoladowa (ale wciąż na jakiś taki "cukierkowy" sposób).

Wnętrze smakowało nasilającą się kawą, która była tu niewątpliwie głównym smakiem.
Dość szybko dochodziła jednak do niej słodycz, pewna mleczność, przez co zamiast charakteru espresso, robiła się taka... "cukierkowo słodyczowa".

Nie znaczy to jednak, że nie była wyrazista, bo ogólna czekoladowość i kakao tylko ją podkręcały, a nuta alkoholu (również bardzo znacząca, ale o wiele słabsza i nie aż tak rumowa jak w przypadku klasyka) pojawiająca się, nasilająca i rozgrzewająca dopiero z czasem, sprawiała, że kojarzyło mi się to z jakimiś kawowo-czekoladowym likierem.

Całość jest więc poważna, mocna, ale i słodka, przez co nie aż tak wytrawna jak klasyk. To pyszne trufle, ale... były już bardziej truflowo-kawowocukierkowe, niż tylko truflowe. No i jednak bez aż tak mocnego alkoholu słodycz bardziej dawała się we znaki, ale przecukrzonymi nazwać ich nie mogę.


ocena: 8/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Kauflandzie
cena: cena to 24,90 zł / kg
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogę się poczęstować, ale sama nie kupię

Skład: cukier, czekolada 19 % (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476, E492; aromat), syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, częściowo utwardzony tłuszcz palmowy, alkohol etylowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, kawa rozpuszczalna 1,6 %, aromat, drożdże

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Mieszko Trufle z rumem

Wczoraj Was zaskoczyłam truflami Śnieżki, co? To dzisiaj dołożę, bo lecimy z "serią recenzji". :P
Mieszkając z Mamą i patrząc, jak zajada pewne rzeczy, zaczęło mnie irytować to, że praktycznie nie mam w pewnych kategoriach słodyczy rozeznania. Ostatnio, uzmysławiając sobie, jak niewiele smacznych słodyczy z rumem zdarzyło mi się jeść (jedyna zadowalająca mnie rzecz to chyba Chateau Rum, Rodzynki i Orzechy) i widząc te oto cukierki... podkradłam trzy. A co! A to, że zjadłam tylko jednego... i tyle z mojego zapału do trufli. Dlaczego?


Mieszko Trufle z rumem Oryginalne to "wyrób w czekoladzie z rumem", trufle z rumem w czekoladzie ciemnej, lub - jak ja o nich myślę - cukierki czekoladowe z rumem.

Rumu w nich jest aż 0,8 %, reszta alkoholu (1,7 %) to alkohol etylowy, a pozostałe składniki... są co najmniej dziwne. Wiadomo jednak też coś o samej czekoladzie - masa kakaowa to minimum 43%, a oprócz masła kakaowego zawiera tłuszcze roślinne.
Niektóre składniki napawają mnie nawet lękiem (sprawdziłam na opakowaniu, w którym można je kupić np. w Tesco), ale odrzućmy tę "oryginalną", jakże "wykwintną" otoczkę, jak również słownictwo, i przejdźmy do "degustacji" cukierków ważących po 16 gramów każdy.

Po rozkręceniu papierka poczułam zapach kojarzący mi się z "taniawymi" czekoladowymi cukierkami. Nie było to zbyt zachęcające. Dopiero po przekrojeniu pojawiła się też jakby i rumowa sugestia, ale... nie to, że zapachniało dobrym alkoholem - raczej aromatem.

Warstwa czekolady okazała się dość gruba i niestety kiepska. Była bardzo, bardzo słodka - i to do tego stopnia, że nie trudno stwierdzić czy to mleczna, czy ciemna. Konsystencję miała bardzo, ale to bardzo tłustą i rozpuszczała się szybko, ujawniając dziwne wnętrze wcale nieprzypominające trufli. Było zwarte i twardawe, nawet nieco jakby-kruche, ale też gładkie i gumiaste. Wydało mi się nienasączone, niewilgotne (ale w sumie suchym bym go nie nazwała). Nie podobało mi się to.

Smak również pozostawiał wiele do życzenia. Sama czekolada była cukrowo czekoladowa, dość niskiej jakości, a środek smakował jak najbardziej przeciętny pod słońcem czekoladowy cukierek. Straszliwie słodki, trochę "kakałkowaty", "mlecznawy". Nie miał wyrazistego smaku - pewnie w dużej mierze przez porażającą słodycz. Nie waliła cukrem, ale była o wiele za silna.

Z czasem pojawiał się niepewny alkoholowy posmak, który w sumie można by przeoczyć. Coś tam w w gardle zadrapało, ale równie dobrze mógł to być cukier.
Rum? Nie powiedziałabym, mimo że jest w składzie (a w wielu cukierkach tego typu nie ma).

Bardzo, bardzo słodkie czekoladowe cukierki i tyle w temacie. Alkoholu prawie brak, więc... kolejny nieudany rumowy słodycz.
Szczerze? Po jednym miałam dość, więc mama ucieszyła się z oddania jej dwóch pozostałych.
Mnie nie smakowały (nazwałabym je wręcz niejadalnymi), ale założę się, że osoby lubiące czekoladowe cukierki odebrałyby je znacznie lepiej. Nie lubię cukierków jako takich, ale konsystencja tego wydała mi się jakaś po prostu dziwna.
Wolałam mięknącą scukrzono alkoholową masę o wyrazistym, słodko-kakaowo-alkoholowym smaku, Śnieżki.

Ogólnie zawsze myślałam, że Mieszko robi dobre cukierki, ale jak zaczęłam je próbować... Najpierw okropne krówki, teraz nietruflowe trufle... Kojarzyły mi się bardziej z paskudnymi Ritter Sport Jamaica Rum, choć były nieco lepsze. (*Gdyby były tabliczką czekolady, dostałyby 2-3 w zależności od ceny.)


ocena: 5/10*
kupiłam: moja Mama kupiła w Lewiatanie
cena: 16,90 zł / kg
kaloryczność: 453,4 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, czekolada 19% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne: palmowy, masło, shea, ziarno owocu mango w zmiennych proporcjach; tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa,  E476; aromat), syrop glukozowy, śmietanka w proszku, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, częściowo odtłuszczone mleko w proszku, częściowo utwardzony tłuszcz roślinny (palmowy, sojowy, rzepakowy), tłuszcz palmowy, alkohol etylowy 1,7%, kakao, mleko w proszku odtłuszczone, rum 0,8%, serwatka w proszku, miazga kakaowa, migdały, orzechy, orzeszki ziemne, substancje utrzymujące wilgoć: sorbitole, inwertaza; emulgatory: lecytyna sojowa, E492; tłuszcz mleczny, aromaty.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Śnieżka Trufle Premium

Cukierki zawsze były najmniej lubianą przeze mnie formą słodyczy. Nie znam się więc na nich zupełnie, ale o niektórych mam jakieś wyobrażenie. Na przykład wiem, że trufle papierkowe (jak to je sobie nazywam), czyli czekoladowe cukierki z alkoholem nie mają nic wspólnego z belgijską truflą. Nie krytykuję ich za to, że w sumie są czymś innym - o nie! Mało tego... lata temu jadłam takie przepyszne, wilgotne i wyraziście rumowe, że do dziś raz na jakiś czas nachodzi mnie na nie ochota. Problem w tym, że nie mam pojęcia, jakiej firmy były. Na dziś mam więc takie podrzucone mi przez Mamę i wychwalane przez nią pod niebiosa.

Śnieżka Trufle Premium to czekoladowe cukierki z alkoholem w ciemnej czekoladzie dostępne chyba tylko "na wagę".
Nie wiem, czy różnią się czymś od zwykłych trufli Śnieżki - na pewno opakowaniem, bo te są w sreberkach, które według mnie wyglądają tak sobie.

Po rozwinięciu sreberka poczułam mocno alkoholowy zapach w towarzystwie bardzo słodkiej, ale z wyraźnie zaznaczonym kakao, czekolady. Nie wskazywało to co prawda na składniki pierwszej klasy, ale złe nie było. 

Cukierki nie były za twarde, mimo że zwarte i solidne.
Czekolada na wierzchu wydała mi się jednak się za tłusta i miękka, jak na ciemną (mimo że do ulepka jeszcze jej sporo brakuje). Nie jest na tyle gruba by miało to jakoś specjalnie przeszkadzać, no ale... 

Za to wnętrze było "na plus", chociaż w sumie to też nie ideał. Tłustawość przełamywała pewna chrzęszcząca proszkowość, upodabniająca je do niezbyt dobrze wymieszanej kakaowej masy. Momentami jednak to chrzęszczenie za bardzo zbliżało się pod chrzęszczenie cukru... Na szczęście nie w formie kryształków, a scukrzonego alkoholu, ale nawet mi nie przeszkadzało, bo całość wydawała się bardzo nasączona alkoholem, wilgotna. Masa miękła i rozpłaszczała się powoli, dzięki czemu mogłam dokładnie "przyjrzeć się" smakowi.

W tej kwestii nie ma co się rozpisywać, bo cukierki okazały się mocno alkoholowe, wręcz uderzające do głowy i wyraziście kakaowo-czekoladowe. Mocny alkohol nie walił spirytusem, chociaż i do wykwintnych nie należy, rum to nie jest, lecz mimo to w cukierkach znalazł się pewien taki "rumowy smaczek" (chwała aromatom?).
Nie czuć nieprzyjemnego smaczku odtłuszczonego kakao, mimo że i w nim tu nie ma głębi.
Jeden i drugi smak wybiły się ponad słodycz, która dokuczać zaczynała dopiero po jakimś czasie, tak więc można być spokojnym - za szybko się nie zacukrzymy. Niestety z czasem miałam po nich posmak, jakbym się cukru najadła, ale wyleczyłam to herbatą i tyle.

Ogółem jednak... mocno alkoholowo i mocno kakaowo, a przy tym niemal zasładzająco, ale... można rzec, że jest w tym zasłodzeniu coś uzależniającego.
Może to nie cukierki najwyższych lotów, ale wyrazisty smak i w sumie niezła konsystencja przy stosunkowo niskiej cenie. 
Parę razy w przeszłości trafiałam na o wiele gorsze cukierki tego typu, ale te niestety nie są tymi ze wspomnień.


ocena: 7/10
kupiłam: moja Mama kupiła w Biedronce; ja widziałam w Lewiatanie
cena: cena w Lewiatanie to 18,99 zł / kg
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie wiem, czy sama kupię, ale mogę się poczęstować

Skład: cukier, czekolada 19 % - masa kakaowa 47 % (cukier, miazga kakaowa tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476, aromat), tłuszcze roślinne częściowo utwardzone (palmowy, sojowy, rzepakowy), kakao o częściowo obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, woda, mleko pełne w proszku, spirytus, aromat, lecytyna sojowa, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza