poniedziałek, 21 stycznia 2019

Zotter Lingoberries + Peanuts + Salt ciemna 70 % z fistaszkowym nugatem z kawałkami orzeszków, chili i solą oraz kremem z borówki czerwonej (brusznicy) i białej czekolady

Jestem pewna siebie... Do czasu. Do czasu, gdy znajdę się w głupiej sytuacji i nieśmiałość aż mnie paraliżuje. Kontrastowy ze mnie człek, tak jak i trochę kontrastowa wydała mi się dzisiaj przedstawiana tabliczka. Sól i chili, dużo słodyczy w ciemnej otoczce? Brzmiało, jak coś pasujące go do mojego nastroju, gdy mało brakowało, a przez pomyłkę i nieogarnięcie władowałabym się na uroczystość dla wybitnych profesorów i osób z zaproszeniami... Zaproszenia nie mając. Potrzebowałam czymś się w domu poratować przed sczeźnięciem ze wstydu. I wciągnąć się w coś... I znaleźć zajęcie "na potem" (wyszukanie, co to ta brusznica: jak się okazuje, owoc - rzeczywiście podobny do żurawiny - bardzo zdrowa "królowa jesieni").


Zotter Lingoberries + Peanuts + Salt to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z nugatem z orzeszków ziemnych z kawałkami fistaszkowego brittle (orzeszkami w cukrze), chili i solą oraz kremem z kandyzowanej borówki czerwonej (brusznicy) i białej czekolady.

Już w trakcie rozchylania papierka poczułam obłędnie fistaszkowo-czekoladowy zapach, kojarzący się z wyidealizowaną wersją Snickersa. Spód tabliczki pachniał fistaszkami odmienianymi przez wszystkie przypadki, w tym masłem orzechowym.
Wierzch był również bardzo fistaszkowy, ale też soczyście czerwonoowocowy - coś jak sok z żurawiny? Wszystko wkomponowane w łagodną, paloną ciemną czekoladę.
Po przełamaniu oczywiście nasiliła się woń środka: soczystość owoców, słodycz i fistaszki rozbrzmiały, teraz już razem.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się dość twarda i zwarta, suchawa.
Kremowa, nie za tłusta gruba warstwa czekolady skrywała dwa mniej więcej równe nadzienia. Owocowe, bardziej plastyczne, zawierało drobinki owoców, a tłuste, ale bardziej suchawo-kruche orzechowe - kawałki orzeszków w cukrze.

W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo.
Miękkie nadzienie owocowe wyciskało się bokami. Niosło soczystość, ale nie brakowało mu także tłustości mleka. Było śliskawe i kremowe, z mnóstwem o wiele za drobnych farfocli / skórek / miniłodyżek, które chwilami wydawały się nie mieć smaku.
Nugat rozpływał się wolniej. W pierwszej chwili (zwłaszcza wydzielony), wydawał mi się suchawy, ale jego kremowa tłustość szybko to zmieniała. Do połowy rozpuszczania się był to po prostu gęsty, zbity tłusty krem, ale potem przybierał formę gęstego, zalepiającego masła orzechowego. Drobinki w nim zatopione okazały się małe, ale wyczuwalne. Wyszły świeżo-miękkawo (gdy trafił się kawałek bez otoczki, lub gdy nie spieszyłam się z rozgryzaniem), ale niestety w większości pokrywała je warstwa chrupiąco-trzeszczącego cukru (rozgryzane szybko - były niczym uderzenie cukru, a gdy pozwoliłam im się rozpuszczać, ogólnie dosładzały).
Całość łatwo porozwarstwiać, więc kawałek i tak spróbowałam, ale dobrze wszystko się zgrywało, więc wolałam przegryzać się przez całość (acz gryzłam "różnie").

W smaku po ustach najpierw rozchodziła się łagodnie gorzkawa w kawowym kontekście czekolada o dość mocnym stopniu palenia. Wydała mi się lekko dymno-orzechowa, poważna, acz z karmelową słodyczą.

Czekoladę od pierwszych chwil podkreślała fistaszkowa nutka, ale nie była odosobniona.
Karmelowość podkreślała silna, pudrowa słodycz wnętrza - zupełnie kontrastowo do czekolady, jednak znalazło się i coś dla kakao - nutka fistaszków, łącząca się z nim, przez co znów lekko skojarzyło mi się to ze Snickersem-idealnym.

Do głosu szybciej i wyraźniej dochodziło nadzienie owocowe, przebijając wszystko silnym kwaskiem kojarzącym się z żurawiną i trochę czerwoną porzeczką (?). Soczystej kwaśności czerwonych owoców towarzyszyła silna słodycz, nadająca trochę pudrowocukierkowego wyrazu. Naturalnie owocowy smak nakręcał się przy skórkach, a chwilami jakby tonął. Gdy spróbowałam tę warstwę osobno, poczułam jakby cukier puder, ale w całości wydawała mi się bardziej białoczekoladowa, śmietankowa.

To jakby za sprawą słodyczy i śmietanki nadzienia się łączyły. Maślana nutka i słodycz otuliły delikatny już potem kwasek i otworzyły drogę fistaszkom. Te najpierw były delikatne i naturalne, potem coraz bardziej charakternie arachidowe, podprażone z migającym w tle masłem orzechowym. Raz po raz swoją obecność zaznaczył smak chili o delikatnej pikanterii. Nugatowa słodycz przez chwilę łączyła się z pudrowością i nakręcała się przy kawałkach orzeszków.  W pewnym momencie jednak orzeszki ziemne pokazywały pazurki, w gardle zapiekło chili. W ustach rozeszła się ostrość (chwilami wydawała się wręcz pieprzna), a na języku poczułam odrobinkę soli, podkreślającą skojarzenie z masłem orzechowym. Sól jedynie podkreślała fistaszki, nie było jej dużo. "Smakowa tłustość" przemknęła i... znów zrobiło się pudrowo, gdyż trafiać zaczęłam na orzeszki w cukrze. Cukier wyskakiwał ponad wszystko, by zaraz się schować.

Jako że nadzienia rozpuszczały się mniej więcej równocześnie, z małymi różnicami, w pewnym momencie przyszło skojarzenie z dżemo-galaretką żurawinową z masłem orzechowym (choć "mało masłoorzechowym").

Bliżej końca maślana nugatowość i cukier łączyły się z orzeszkami arachidowymi i chili w dziwnie spójny sposób. Słodycz rosła, podkręcając śmietankowo-białoczekoladowy klimat, trochę odganiając wciąż wyczuwalną czekoladę.

W posmaku pozostała moc fistaszków i kojarząca się z żurawiną soczystość; poczucie silnej słodyczy i kwaskowatego owocu "przemodelowanego na słodką nutę". Czułam wspomnienie pikanterii i zatłuszczenie ust.

Całość wyszła bardzo ciekawie, smacznie i z ogromnym potencjałem, ale wydała mi się strasznie niedopracowana albo przekombinowana. Nie rozumiem, po co w niej tyle cukru - po co brittle? O wiele lepiej wyszłyby po prostu kawałki orzeszków. Po co kandyzowana borówka? Dlaczego nie suszona? Przez to po prostu czuć cukier, co strasznie mnie denerwowało, sprawiło, że było za słodko. Bez tego chyba byłoby ok. Nadzienia były bowiem słodkie, ale z pysznymi elementami przełamującymi. Kwasek a'la żurawina i wyrazista, acz nie wypalająca, pikanteria chili to strzał w dziesiątkę. Dosłownie odrobinka soli podkreśliła odległe skojarzenia z masłem orzechowym, co przełożyło się na skojarzenia z PB&jelly (może nie jestem fanką tego połączenia na kanapce czy w "kolacjowej misce", ale tak w czekoladzie wyszło pysznie; przy pierwszych kęsach zastanawiałam się, czy nie wolałabym więcej soli - otóż nie - tu sprawdziła się jako podkreślenie). Nugat był wyraziście fistaszkowy, a ciemna czekolada to najlepszy możliwy wybór.
Silna tłustość wyszła bardzo przystępnie z racji tego, że była bardzo orzechowa.
Wszystko było by cudowne, gdyby nie ten nadmiar cukru... Płakać się chce - toż to mogła być czekolada na 10! A tak... Czuję, że nawet te 9 jest trochę naciągnięte (ale niech ma - za pomysł, za ciekawy owoc).


 ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzeszki ziemne, tłuszcz kakaowy, borówka czerwona (brusznica), cukier puder, pełne mleko w proszku, syrop ryżowy, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat z borówki czerwonej, słodka serwatka w proszku, mleko, masło, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, chili Bird's eye, cynamon

niedziela, 20 stycznia 2019

Mesjokke D.A.R.C. Angel 72 % ciemna z Nikaragui

Na koniec przygody z Mesjokke zostawiłam sobie ciemną, wydającą się najzwyklejszą. Wychodzę z założenia, że czasem klucz tkwi w prostocie i... jako że marka ogółem jakoś mi nie podeszła, liczyłam, że może będzie tak i tym razem, w sensie, że chociaż na koniec się czymś popisze.
Czekoladę dziś prezentowaną zrobiono z kakao od kompanii Cacao Bisiesto, która sprzedaje je od lokalnych farmerów z Nikaragui.

Mesjokke D.A.R.C. Angel 72 % to ciemna o zawartości 72 % kakao trinitario z Nikaragui z okolic miasta Matagalpa.
Czas konszowania to 24 godziny

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach w mocno prażonej tonacji. Przede wszystkim czułam ogrom orzechów, ale też paloną kawę. Za nimi plątały się nieco przejrzałe, kwaskowate owoce - ma myśl przyszły mi "korzenne" wiśnia / żurawina (?) i pomarańcza. Wszystko to otulała kwiatowa, zwiewna słodycz, ale też coś trochę tytoniowego.

Tabliczka łamała się z głośnym, jakby pustym trzaskiem.
W ustach rozpływała się powoli. Mimo że była gęsta i dość zbita, szybko miękła, przypominając w tym ciepłą plastelinę. Początkowo wydawała się szorstko-piaszczysta, ale gdy rosła też pewna kremowość, coraz bardziej kojarzyła mi się jakoś z cukrem pudrem. Chwilami próbowała udawać lepiszczo-zawilgoconą, ale odebrałam ją raczej jako nazbyt wodniście-soczystą (ach, gdyby tak skreślić pierwszy człon!).

W pierwszej chwili smak wydał mi się bardzo niepewny siebie, jakby nie wiedział, co zaserwować, więc podał wszystkiego po trochu, w wersji łagodnej.

Oto mignęła mi lekka słodycz - ni kwiaty, ni karmel, a za chwilę rozeszła się palona gorzkawość.

Gorzkawość opierała się na palonej kawie. Uwaga kierowała się co prawda bardziej na paloność, ale ziarna kawy w niej dominowały. Mieszały się z orzechami włoskimi, a po chwili dołączyły do nich akcenty tytoniu i cygar. W tym wszystkim było coś rozgrzewającego i zawilgoconego zarazem.

Słodycz gwałtowanie wzrosła, z opalanego karmelu stając się kwiatowym miodem. Jasnym i słodkim, takim niecharakternym (za takimi nie przepadam).

Zawilgocenie i miód, a także konsystencja, podsunęły mi na myśl piernik... a ten razem z kawą sprawił, że gdzieś poprzez słodycz przemykały się śliwkowo-wiśniowe, leciutko kwaskowate akcenty. Owoce te wydały mi się przejrzałe, bardzo rozmiękłe... i chyba prawie pikantnie podprawione na korzenną nutę... albo to te cygara i tytoń?

To wszystko po przemieszaniu się wydało ziemistą nutę. Łagodna kawa sprawiła, że wyszła przystępnie. Pod koniec pojawiła się również sugestia słodkiej pomarańczy... jakby wyjętej z czegoś korzennego (suszonej? z grzańca?).

Po czekoladzie pozostał gorzki posmak dymu / paloności jako cygara, tytoń i kawa, ale też ziemistość oraz orzechy z poczuciem zawilgocenia. Było też bardzo słodko - tak słodko mdło, nijako - jak jasne miody lub za delikatnie palony karmel.

Całość wyszła intensywnie, ale przystępnie i leniwie w smaku. Nuty sobie płynęły, mieszały się... Nieprzepalony, wyraźnie palony smak rozpieszczał kawą i orzechami, którym nutki cygar, dymu i ziemi nadały charakteru. Było w tym coś, co razem z sugestią owoców (śliwka, wiśnia / żurawina, pomarańcze) kojarzyło się nawet z korzennością... Wszystko to trochę psuła słodycz, gdyż ona wyszła jakoś nijako. Silna, a jednak taka... po prostu słodka, chwilami "słodziusia", co ni jak mi tu nie pasowało. Z plastelinowo-pudrową strukturą po prostu zepsuła tę tabliczkę.
A mogło być tak pięknie! W końcu znalazłam w niej tyle podobieństw z Manufakturą Czekolady Johe Criollo 70 %. Manufaktura była pylista... ale tak cudownie pylista. Manufakturowe słodycz toffi i kwiatowe sugestie miały charakter, owocowo-korzenne nuty z orzechami, kawą i pierniczkami nie zostały niczym zakłócone, mimo tego, jak łagodne były. Intensywniejsze nuty Mesjokke z kolei nie poradziły sobie z nieszlachetną słodyczą. Gdyby nie ona i okropna konsystencja (która w sumie komuś innemu może aż tak nie przeszkadzać)... Mesjokke spokojnie przebiłaby Manufakturę, zdobywając 9.


ocena: 7/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 41g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy z francuskiej wyspy Reunion, lecytyna sojowa (max. 0,4%)

sobota, 19 stycznia 2019

Heidi Colors of Summer Orange & Mint ciemna 50 % z miętą i pomarańczą oraz biała ze słodką papryką

Heidi postrzegam jako przeciętniaka, który próbuje udawać ekskluzywną markę. Niektóre połączenia smakowe wydają mi się naprawdę ciekawe, więc choć wykonanie / jakość pozostają wątpliwe, zdarza mi się na nie skusić. Planując zjedzenie dzisiaj przedstawianej przypomniałam sobie Dark Mint & Lemon i przyszło mi do głowy, że takich połączeń z miętą, które robi Heidi jeszcze nie widziałam. To już plus, ale... w końcu naszły mnie obawy, jak to będzie smakowało. Obawy obawami, ale prawda jest taka, że i tak bym tę tabliczkę kupiła, bo wydała mi się za dziwna / niecodzienna, by ją ominąć. A myślałam, że to po prostu ciemna z miętą zestawiona z białą z pomarańczą... Jakież było moje zdziwienie, gdy wczytałam się w jej opis w dniu sesji zdjęciowej.

Heidi Colors of Summer Orange & Mint to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z miętą i pomarańczą oraz biała czekolada ze słodką papryką. 
(Osobiście dodałabym jeszcze, że ciemna z "suszoną miętą i sproszkowaną liofilizowaną pomarańczą", a biała z aromatami, ale to tylko na podstawie wrażeń smakowych.)

Podczas rozrywania sreberka, zaatakował mnie zapach miętówek (twardych cukierków), do którego zaraz dołączyła cukrowość ciemnej czekolady. Wzięłam wdech, by poczuć także goryczkowate połączenie aromatu pomarańczowego i suchego kakao, co wyszło zaskakująco nieźle. Nachylając się nad tabliczką poczułam także nazbyt ciężki, maślany zapach białej czekolady i jakby sugestię nieostrego chili.

Czekolada wyglądała całkiem oryginalnie, ale ja bym bardziej zmieszała kolory, bo zachodziły na siebie nielicznymi zawijaskami w niewielu miejscach. Ja bardziej bym te zawijaski pociągnęła i  w niektórych kostkach wykręciła.
W dotyku tabliczka wydała mi się sucho-tłusta, łamała się z lekkim pyknięciem, w przekroju ciemnej części ujawniając zielone drobiażdżki. 
W przypadku pomarańczowej części przy robieniu kęsa była jeszcze twardawo-zwarta, ale szybko się to zmieniało, a z kolei w przypadku ciemnej - bezsprzecznie kamienno twarda i trzaskająca.

Pomarańczowa w ustach rozpływała się tłusto-kremowo, natychmiast mięknąc i stając się plastyczną grudką, a za chwilę zalepiając usta. Była bardzo tłusta i strasznie proszkowa, przy czym poczucie proszkowości wzmacniała obecność bardzo przemielonych (ale jednak) drobinek. Rozpuszczała się szybko.
Ciemna rozpływała się wolniej i nieco mniej tłusto, sprawiając wrażenie gładkiej (jako czekolada), ale z sucho-trzeszczącymi kawałkami mięty.

Od pierwszych sekund w części koloru pomarańczowego czułam cukrową słodycz. Zadrapała w gardle, a w ustach, ku mojemu zaskoczeniu, pojawił się chłodzący efekt sztucznej mięty. W słodyczy pojawił się sztuczny motyw przywodzący na myśl gumę rozpuszczalną o smaku słodkiej pomarańczy.
Słodycz rosła, w pewnym stopniu była miętowa, a tak to raczej "chłodno-cukrowa"  Wraz z rozpływaniem się pojawiało się też mdłe mleko i maślaność, zwracające uwagę na słodko "owocowawy" aspekt trudny do określenia. Tonął w cukrze, który mieszał się z coraz odważniejszym smakiem maślanej białej czekolady. Po tym zostawał posmak białej czekolady, coś "słodko-owocowawego", ale ... wreszcie i prawie niewyczuwalną słodką paprykę udało mi się uchwycić.

Gdy zrobiłam kęs ciemnej części, od razu poczułam za silną słodycz ciemnoczekoladową, ale także lekką gorzkawość. Zaraz za nią jeszcze więcej słodyczy - nieco chłodzącej i naaromatyzowanej. Mięta odezwała się wyraźnie, ale nienachalnie. Nie chłodziła tak mocno.
Gorzkawość kakao rozniosła znacząco palony smak, który miał dość suchy wydźwięk, nakręcany przez wyłaniające się miętowe suszki. Gdy się za nie zabierałam, przebijała się ziołowa goryczka.
Pomarańcza wyłoniła się pod koniec, i to bardzo nieśmiało. Miałam wrażenie, że dodała lekkiej, soczystej gorzkawości tego owocu.
Po tej części pozostawał chłód wywołany przez miętę, a także posmak palono-ciemno-czekoladowy z przesadzoną cukrowością i delikatną nutą pomarańczy.

Miejscami części mieszały się, co wyszło ciekawie. Przy dominacji ciemnego koloru, wchodził słodko-mleczny smak, uwydatniający pomarańcze. Kawałek wydawał się bardziej maślany, a mięta tylko pobrzmiewała w tle.
Przy dominacji koloru pomarańczowego, wytrawniejszy element wnoszone przez kakao wydawał się zbawienny. Nakreślał smak pomarańczowy i pod koniec wydobywał "pomarańczową" paprykę. Nadawał mięcie naturalności.

Kiedy tak gryzłam a to trochę tego, a to tego, mieszałam, doszłam do wniosku, że to w sumie zgrana tabliczka. Nie było w niej skrajności, szokującego kontrastu. Obie były przecukrzone i maślane. W obu czułam również i miętę, i pomarańczę. Ciemna wyszła naturalniej, bo w niej wyraźnie zagrała suszona mięta, a i soczysta pomarańcza zabrzmiała z oddali (tylko dlaczego jej aż tak poskąpili?!). Biała okazała się jakby zrobiona z cukru, mdła, sztucznie mdło-prawiepomarańczowo i bardzo chłodząca w sztuczny sposób, a nawet nie jakoś wyraźnie miętowa.

W białą chyba władowali większość aromatów, zaś do ciemnej... Pożałowali pomarańczy. A szkoda, bo jej większa ilość (sproszkowanej) mogła by dać naprawdę smaczny i ciekawy efekt.

Niestety wyszło strasznie słodko, za ciężko i w sumie zadowalająco tylko w połowie. Jakby biała część była tylko "aby ładnie wyglądało". Smakowi całości chyba pomogło by nawet to, gdyby np. kolor pomarańczowy stanowił ogromną mniejszość.
Szkoda, bo czuć po niej, że mogłaby być czymś smacznym. W obecnej formie? Nie.
Części ciemnej dałabym 6, samej białej 4, miejscom mieszanym chyba też 6. Całość... Z pomysłem, a jednak przeciętna.

Tak sobie pomyślałam w odniesieniu do jedzonej dzień wcześniej Moser: Moser to takie pozytywne zasłodzenie, a ta Heidi to dobry przykład tworu przecukrzonego.


ocena: 5/10
kupiłam: Carrefour
cena: 5,49 zł (za 80g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w porszku, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, słodka papryka 0,5%, sproszkowane liofilizowane pomarańcze 0,5%, mielona mięta 0,25%, naturalne aromaty (miętowy, pomarańczowy, waniliowy)

czwartek, 17 stycznia 2019

Zotter Labooko Belize Special 72% ciemna z Belize

Sama nie wiem, dlaczego tą czekoladą zainteresowałam się dopiero teraz. Już w 2017 zachwyciła mnie Labooko Belize Toledo 82 %, więc sięgnięcie po nieco inne podejście do kakao z Belize, w większym towarzystwie innych składników powinno być oczywistym kolejnym krokiem. Bo dlaczego nie zainteresowałam się nią wcześniej-wcześniej, to wiedziałam - po prostu uznałam, że skoro jest tabliczka z wyższą zawartością, to niższą nie będę sobie "na razie" zawracać głowy. No i w 82 % się zakochałam i co? I właśnie nie wiem. Przynajmniej teraz mam co nadrabiać, bo jednak czekolady z rzadkiego, a co za tym idzie drogiego kakao (zwanego złotem Majów) z Belize, karaibskiego kraju Ameryki Środkowej, nie trafiają się często.

Zotter Labooko Belize Special 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Belize.
Czas konszowania to 21 godzin.

Po otwarciu poczułam prażony zapach o klimacie drzew rozgrzanych promieniami słońca. Towarzyszyły temu niejednoznaczne, słodkie owoce, może nawet kwiaty. Na myśl przyszły mi suszone figi i dżem morelowy. Tosty z masłem, dżemem, owocami - w sumie i o czymś takim można pomyśleć.

Przy łamaniu tabliczka głośno trzaskała w żywy sposób. Była twarda, miękła dopiero w ustach, zachowując jednak swoją formę. Wydała mi się bardzo zbita, gęsta i śliska w maślanym kontekście. W trakcie degustacji, gdy tak rozpływała się powoli, na myśl przyszło mi też awokado.

Od pierwszego kęsa czekolada przedstawiła się jako słodziutka, serwując urokliwą słodycz suszonych fig i jasnego miodu.

Po chwili miód nabrał charakteru. Oczami wyobraźni zobaczyłam plastry miodu... wyjmowane z drewnianego ula. Drewno, drzewa - zaczęło pojawiać się ich coraz więcej. Drzewa, niosące prażony motyw.

Wydźwięk był bardzo ciepły. Prażenie, najpierw bardziej jako drzewa, w połowie przyniosło ogrom - lawinę! - orzechów i migdałów. Ich wyrazisty smak niósł subtelną, spokojną gorzkość, w dodatku taką nieco przyprawioną. Mieszanka orzechów była tak bogata, że nic konkretnego nie dało się wyróżnić, ale one i migdały zdecydowanie dominowały przez pewien czas. Co więcej, mieszała się z nimi silna maślana nuta. Słodycz sugerowała także jakieś orzechy oblane miodem albo karmelem. W prażony motyw wpisały się także pewne suszkowate nuty owoców.

W tle, oprócz słodziutkich owoców, pojawił się prawie-kwasek owoców surowych, świeżych i bardziej charakternych. Jagody, jeżyny całkiem wyraźnie zaakcentowały swoją obecność.

Jak orzechy, tak również owoce z czasem otuliła maślaność. Na myśl przyszło mi wyobrażenie o tostach z masłem, przy czym też trzymała się słodycz.

Na koniec przybyła odrobinka wyraźniejszej cierpkości i wrócił prażony motyw orzechów. Sprawiły, że nuta owoców trochę się odważyła. To figi i granatowe / fioletowe owoce leśne tę cierpkość niosły.

W posmaku czułam silną, ale o łagodnym wydźwięku, maślaność, figowo-miodową słodycz, orzechy oraz leciutką cierpkość, która skojarzyła mi się z mocno ususzonymi jagodami goji lub z delikatną kawą.

Czekolada była smaczna, ale niesatysfakcjonująca. Niejednoznaczne owoce wydały mi się za delikatne, a ogólna maślaność i łagodność za silne. Figowo-miodowa słodycz i cudowne orzechy to nuty, które mogłyby wywalczyć 10/10, jednak... osadzono je w jakimś niezdecydowanym towarzystwie. Belize 82 % niosła mocno słodowe nuty, owoce leśne oraz kwaskowate jabłka i pomarańcze; nawet jej karmelowość wydawała się gorzkawa, a 72 % to... to chyba definicja tych najdroższych, "niezwykle wyważonych" czekolad.
Mi dodatkowo przeszkadzała jej tłustość. Może nie była aż tak straszliwa, ale nuty smakowe ją dodatkowo podkreślały.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 635 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól

środa, 16 stycznia 2019

deser Ehrmann Robby 4 You Milk-Snack Chocolate-Hazelnut

Nigdy nie lubiłam Monte. Myśląc o napisaniu tej recenzji i w chwili pisania tego zdania zdałam sobie sprawę, że... Może być ono nie do końca prawdziwe. Nie znam bowiem jego smaku i szczerze nie przypominam sobie, bym je kiedykolwiek jadła. Z drugiej strony jednak... Czy to możliwe? Nie wiem. Tak czy inaczej, nie wydaje mi się, bym miała coś takiego polubić. Z racji tego, że desery Ehrmanna lubię, postanowiłam właśnie jego zamiennik spróbować, bo Mama kupiła i jeden jej został bez sensu (tak to sobie podzieliła, żeby zjeść po 150 gramów jednego i drugiego dnia).

Ehrmann Robby 4 You Milk-Snack Chocolate-Hazelnut to "deser mleczny czekoladowy z orzechami laskowymi"; występujący w czteropaku (4x100g).

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach typowy dla mlecznych deserów z nutką sztucznego orzecha laskowego.

Dwudzielny deser okazał się gęsty i bardzo glutowaty zarazem. Nabrany na łyżeczkę trochę się do niej przylepiał i telepał się jak galareta. Gładki i śliski, bardzo tłusty, miał w sobie coś niezbyt przyjemnego. Mi przeszkadzała głównie tłustość.
Wydaje mi się, że białej części było mniej. Na pewno była gęstsza, ale i ciemna do rzadkich nie należała.

Na pierwszym planie uplasowała się słodycz - w obu częściach.

Jasna część w smaku okazała się przede wszystkim słodka. Potem długo, długo nic i dopiero zjawiła się śmietanka. Całkiem przyjemna, ale za delikatna.

Czekoladowa część wyszła również bardzo słodko, ale nie śmietankowo, a jedynie "mlecznawo". Nie była zbyt wyrazista, choć kakao ewidentnie się zaznaczyło... jako "słodkie kakałko dla dzieci" - bez cienia gorzkawości. Orzechy laskowe czułam tu w sztucznej formie, ale takiej podchodzącej pod nugat. Posmak aromatu orzechowego, gdy jadłam tę część osobno zbytnio mi przeszkadzał.

Warstwy wymieszane zyskały na wyrazistości i... I nie. Otóż słodycz się skumulowała, ale całość zrobiła się bardziej mlecznoczekoladowa, a w orzechowości doszukałam się posmaku Ferrero Rocher. Sztuczność się nieco rozmyła.

Po wszystkim pozostał delikatny, słodki posmak sztucznego orzecha laskowego.

Całość wyszła tak, że wcale nie miałam i nie mam ochoty czegoś takiego jeść, a jednocześnie... tak normalnie, że to coś, co można zjeść. Uwierzę nawet, że komuś może smakować. Ot, z nazwą się zgadza, jakościowo... jak to taki deser, ale raczej z tych lepszych.
Jak pisałam we wstępie, nie wiem obecnie jak smakuje Monte (i pewnie się nie dowiem, bo mnie od niego raczej odrzuca), ale tak "na czuja" stwierdzam, że ten deser... prawdopodobnie nie wyróżnia się kompletnie niczym spośród wielu podobnych, zalewających rynek.


 ocena: 5/10
kupiłam: podkradłam Mamie
cena: -
kaloryczność: 152 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: pełne mleko 65%, śmietanka 15%, cukier, serwatka, skrobia modyfikowana, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, czekolada 0,5% (cukier, kakaow proszku, tłuszcz kakaowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu), miazga z orzechów laskowych 0,5%, mleko w proszku odtłuszczone, substancje zagęszczjące: karagen, guma guar, mączka chleba świętojańskiego; aromat, sól

wtorek, 15 stycznia 2019

Zotter Bread Break Old Bread Spirit ciemna 70 % z kremem ciemnoczekoladowym z wódką z ciemnego chleba i kremem czekoladowym z wódką z białego chleba

Jest dziwne jedzenie, które mnie kręci, ale jest też dziwne, które zupełnie mnie odrzuca. Żeby było śmieszniej, moje "dziwne" często = "zupełnie normalne" dla innych. I tak np. smakują mi czekolady z mięsem, ale jak pomyślę o białym chlebie z Nutellą, mam odruchy wymiotne. Ogólnie nie lubię białego chleba, a wódka z chleba... jakoś nie brzmi przekonująco. Wódkowa mieszanka też nie wydaje się zbyt moja, ale... ciemne, alkoholowe Zottery już są jak najbardziej moje, więc mimo dziwności tej tabliczki, liczyłam, że to będzie ta "dobra dziwność".


Zotter Bread Break Old Bread Spirit to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem ciemnoczekoladowym z wódką z ciemnego chleba i kremem czekoladowym z wódką z białego chleba.
Powiedziałabym, że jasny krem był białoczekoladowy.

Po rozwinięciu papierka, poczułam zapach mocnego alkoholu, rzeczywiście może i wódki, acz bardziej w wydaniu likierowo-truflowym, a więc słodkim i czekoladowym. Czekolada niosła tu mocno palone, drzewne akcenty.
Tabliczka wąchana z wierzchu wydała mi się nieco delikatniejsza, palona, ale tak drzewno-orzechowo, wciąż mocno alkoholowa, ale i lekko śmietankowa, co nasilało się po przełamaniu.

Tabliczka była twarda, przy łamaniu wydawała dźwięki między chrupaniem, a trzaskaniem. W sumie łatwo rozdzielić ją na warstwy, bo jasne nadzienie było bardziej zbite i suche, niż lekko maziste ciemne.
 W ustach czekolada rozpływała się leniwie, kremowo i idealnie gładko. Była dość tłusta, ale pozostawiała też leciutko wysuszające poczucie pyłku kakao. Odsłaniała nadzienia, które rozpływały się w zbliżonym tempie, ale w inny sposób.
Jasne było tłustawe, choć sprawiało wrażenie bardziej suchego. Wypełniało je sporo drobniutkich kuleczek kaszy jakby al dente. Trochę przypominało to okruszki chleba, ale z racji tłustości i kremowości, ja pomyślałam raczej o wszelkich kupnych kaszach na mleku (nie cierpię ich, ale... o tym za moment). Przy idealnie gładkim, wilgotnym ciemnym, jakoś bardziej zwracałam uwagę na tłustość - wydało mi się niemal ślisko-maślane, acz z lekko wysuszającym (za sprawą alkoholu) efektem.

W smaku najpierw rozchodziła się smakowita, gorzka czekolada o palonym wydźwięku. Wydała mi się łagodna, drzewno-orzechowa i słodka w sposób palonokarmelowy. Z czasem zaczęła robić się coraz bardziej kawowa.

W pewnym momencie pojawił się dość mocny alkohol.

Skojarzenie z kawą nakręcała chyba nuta śmietanki wydobywająca się z wnętrza. Najpierw dominowała śmietankowość właśnie i silna słodycz wanilii, kojarzące się z białą czekoladą. Z neutralną nutą kaszy skojarzyło mi się to z Ehrmannem Griess, ale takim, do którego po chwili dołączyła nuta bardzo słodkiego likieru, powoli panosząca się w gardle. Bardzo wyraźnie było to czuć, gdy spróbowałam trochę jasnego nadzienia osobno.

Słodki likier zrobił się nagle ordynarny, przypiekł w język. Poczułam, że to "jakiś mocniejszy alkohol" - o tak, wódka... jeszcze ostała się pewna maślaność, ale już i czekolada się rozkręciła... w takim charakterniejszym, truflowym wydaniu. Poczułam palone, chlebowo-drzewne tony, co przywiodło na myśl whisky. Słodycz tej części wydała mi się palono-karmelowa i też trochę jak... karmelowa whisky? Ciemny krem spróbowany osobno wydawał mi się bardziej maślano-cynamonowo-czekoladowy, mniej poważny, choć wciąż naprawdę mocno alkoholowy.

Końcówka odsłoniła nieco więcej cynamonowej pikanterii, skojarzenie z drzewem i chlebem wzrosło, a alkohol uderzył do głowy i wraz z cynamonem rozgrzał język. Wychwyciłam także pewną czekoladową soczystość, w tle jakby niejednoznaczną zbożowość. Słodycz także była bardzo silna, ale taka... likierowa / truflowa. Ciemna czekolada smakowicie to zawiązała.

W posmaku pozostał mocny alkohol, jego silna słodycz i nieco wysuszający efekt, a także poczucie otłuszczonych masłem ust. Czułam też całkiem przyjemne, ciemnoczekoladowe i zarazem słodko-śmietankowe akcenty czekolady.

Całość wyszła w porządku, jednak tak się wszystko mieszało, że było mdło, bez charakteru. Jasny krem o wiele bardziej smakował mi osobno, bo wtedy wyraźniejsza była jego waniliowa śmietankowość i kasza się nie gubiła, a przy ciemnym wydawał się po prostu bardzo słodki (a kasza jakoś umykała). Z ciemnym sprawa była bardziej skomplikowana. Chwilami przy jasnym zyskiwał, gdy był taki whiskaczowo-karmelowy, a chwilami wydawał się zwyczajny. Osobno z kolei był przyjemnie wyrazisty, ale masło stanęło mu na drodze do zostania nazwanym "cudownie, obłędnie wyrazistym".

Mimo że tabliczka nie była bardzo tłusta, właśnie tłustość mi tu przeszkadzała. Masło po prostu ni jak nie pasowało do charakternego alkoholu. Ten z kolei świetnie zszedł się z białoczekoladową, śmietankową kompozycją, która nie zaburzyła poważniejszych nut palono-drzewnych. Lekką chlebowość czułam, ale niestety to raczej masło z domieszką chleba. Czekolada nie zagłuszona, więc to zawsze jakiś plus. Polenty za to chwilami było tak mało, jakby wcale jej nie było.

Nie mogę powiedzieć, że czekolada była zła... Może trochę nieprzemyślana albo niedopracowana, ale zła nie. Nie do końca w moim guście, ale zjadłam całą bez bardzo negatywnych odczuć. Brzmiąca dziwnie, ciekawie... a w gruncie rzeczy tak namieszana, że aż nudna i zwyczajna.


 ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop ryżowy, wódka z białego chleba, pełne mleko w proszku, wódka z ciemnego chleba, odtłuszczone mleko w proszku, masło, polenta (kasza na mleku), słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, lecytyna sojowa, cynamon

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dolfin Babelutte mleczna 38 % z karmelem babelutte

Babulette to francuskie cukierki karmelowe z masłem. Jako osoba nielubiąca masła, toffi tolerująca w rzadkich, szczególnych przypadkach i krzywiąca się na myśl o francuskich słodkościach, chyba nie powinnam zainteresować się tą czekoladą, ale nieracjonalna ciekawość wygrała. Ciekawość czego? Kupując, myślałam, że to jakieś szczególne cukierki, charakterystyczne, tradycyjne... Po otwarciu opakowania przypominającego kopertę trafiłam na wyjaśnienia, że Babelutte to cukierki toffi, stworzone w 1885 roku przez kobietę nazwaną później Mamę Babelutte, a potem uznane za regionalny przysmak Brugii. Ich nazwa pochodzi właśnie z języka flandryjskiego (belgijskie miasto Brugia leży w prowincji Flandria), połączenia słów "babbelen" (trajkotać) i "uit" (przestać). Ponoć podawano te cukierki dzieciakom nieprzestającym gadać, aby zakleiły sobie buzię, a wszyscy wokół mieli spokój.

Dolfin Babelutte to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao z kawałkami karmelu babelutte.

Po otwarciu poczułam zapach mleka i słodkiego karmelu z delikatnie zaznaczonym kakao. Karmelowość mało że słodka, wydała mi się na tyle maślana, że bardziej toffi. Chyba jedynie kakao sugerujące paloną nutkę kierowało skojarzenia ku karmelowi.

Tabliczka łamała się z lekkim trzaskiem, co mnie zaskoczyło. Nieco ziarnisty przekrój ujawnił kilka bardzo drobnych kawałeczków dodatku. Jak się później okazało, poskąpiono ich, ale mi to nie przeszkadzało, bo i tak trochę je czuć, a nie sprawiły, że tabliczka wyszła jakoś nimi najeżona; nie męczyły.
W ustach rozpływała się powoli, ale przyjemnie, gdyż była kremowa i gęsta, wręcz zbita. Miała skłonności do lekkiej chropowatości czy proszkowości, wyszło to jednak tak... z charakterem.
Cukierki okazały się różne, niektóre były bardziej twardawe w sposób chrupiąco-trzeszczący, inne miękkawo-uginające się. Jedne i drugie potrafiły przylepić się do zębów, a po naprawdę długim czasie jakoś tam się rozpuszczały.

Od pierwszego kęsa poczułam ogrom mleka wymieszanego z silną słodyczą maślanego toffi-karmelu.

Mleko wydało mi się tu tak świeże, wiejskie, że aż z siankowymi nutami (za sprawą kakao). Do naturalnego mleka szybko dołączył smaczek kakao przejawiający się jako nuta drzew i orzechów (i pewnie właśnie ta "siankowość"). Najpierw pomyślałam o włoskich, jednak mieszając się z mlekiem i słodyczą trochę złagodniały... Może bardziej pekany (smakują jak połączenie włoskich i laskowych)? Nie, w końcu uznałam, że jednak włoskie, bo nagle pojawiło się poczucie korzenności...

...które jednak okazało się raczej takim... podpalanym smakiem. Przy odsłaniających się kawałkach karmelu nasilała się słodycz: właśnie taka karmelowa, bo leciutko palona, ale też jak mleczno-maślane toffi.

W pewnym momencie słodycz jakby zadrapała w gardle, ale czmychnęła przed mlekiem i delikatnym kakao o ciepłym wydźwięku. Pod koniec mleko, mieszając się z maślanością (tłuszczu kakaowego?), znów wróciło do wiejsko-siankowych klimatów.

W posmaku pozostała słodycz karmelu przemieszanego z toffi, ale także jakby odrobinka soli wypływająca z tej naturalności mleka i orzechowego kakao (które jako one same o dziwo w posmaku pałętały się gdzieś w oddali).

Czekolada wyszła smacznie, bez przegięć. Mleczna jak trzeba, z nutką kakao i... bardzo słodka, jak na taki smak przystało. Na szczęście to słodycz poprzełamywana i wyrazista smakowo. Połączenie karmelu i toffi wyszło przyjemnie w smaku. W kwestii ilości i struktury dodatku, mam mieszane uczucia. Ta skromna ilość mi odpowiadała, ale nie wiem, czy przez to nie uciekła np. specyfika karmelu babelutte (nie znam jego smaku, Dolfin ma też czekoladę z karmelem i solą, ale... no nie wiem, nie sądzę, żeby to było naprawdę jakieś wyjątkowe). Jeśli jednak miałby być po prostu słodkim karmelo-toffi, to więcej bym go nie chciała, ponieważ przy tej ilości i wielkości małości struktura wyszła dobrze (acz właśnie na granicy, że więcej mogłoby równać się "gorzej").
Na blogu Sex, Coffee & Chocolate znajdziecie notkę o dawnej wersji, gdzie karmelu było 10%, a nie 4% - w tym przypadku wydaje mi się, że zmniejszenie karmelu wyszło na dobre, bo czekolada miała okazję na debiut, jednak... no właśnie: to czekolada z karmelem.
Swoją drogą, szkoda, że zmienili wanilię na aromat.
Uznałam, że ocenię ją według gustu, ot, jako czekoladę z karmelem.


ocena: 9/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy kupię znów: z takim rabatem w sumie kiedyś mogłabym

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, karmel babelutte 4% (cukry, syrop: cukier, cukier inwertowany, woda; olej kokosowy, sól), lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 13 stycznia 2019

Madecasse 92 % ciemna z Madagaskaru

Muszę przyznać, że nie często zdarza się, że mam jasno sprecyzowaną ochotę na konkretny region pochodzenia kakao. Łatwiej jest o ochotę na mniej więcej daną zawartość kakao, markę, ogólne nuty (np.: "coś owocowego", "coś gorzko-mocnego")... Ale żeby naszło mnie konkretnie na dziewięćdziesiątkę z Madagaskaru? Dobra, nie wiem, na ile to było to, a na ile przeogromna chęć po sięgnięcie wreszcie po czekoladę, którą odkładałam w czasie przeczuwając, że będzie pyszna. Markę Madecasse pokochałam od pierwsze spróbowania, toteż tej degustacji byłam pewna. A... dodatkowo ich opakowania zdobią lemury (mam na ich punkcie słabość), więc jeszcze pozytywniej mnie to nastroiło.

Madecasse Pure Dark Chocolate 92 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 92 % kakao z Madagaskaru.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, uderzył mnie intensywny, prażony zapach o wdźwięku drzew oraz soczysty grejpfrut. Później owoc ten rozszedł się na różne cytrusy, przy czym znaczące były pomarańcze i łagodniejsze mandarynki. Obok tego wszystkiego swoją obecność zaznaczyły miękkie pierniki w czekoladzie, a w trakcie degustacji dowąchałam się niemal śmietankowego akcentu.

Tabliczka była straszliwie twarda i trzaskała jak... jak łamiący się wzdłuż kij baseballowy (moje wyobrażenie zbudowane na podst. filmów).
Rozpływała się bardzo powoli, udając nieprzystępną, ale nie opornie. Była gęsta i tłusta, pozostawiała kremowo-soczyste, ale też lepiące jak smoła smugi, jednak poczucie tłustości w dużej mierze zostało przełamane dzięki piaszczystości. Czekolada przypominała bowiem niegładki w pozytywny, bo taki charakterny i nieuładzony sposób, krem.

Smak, jakby budując napięcie, płynął powoli. Najpierw poczułam bardzo gorzki dym, zza którego wyłaniały się wręcz siarkowo-smoliste, a więc kwaśne wyziewy. Palony motyw był pewny siebie i bezkompromisowy, niemal agresywny.

To on nadał karmelowej słodyczy mocno palonego wydźwięku. Niemal gorzkawy karmel w pewnym momencie jednak mimo wszystko łagodniał, ale o tym za chwilę.

Najpierw w ustach rozbrzmiał smak gorzko-słodkiego, z kwaśną nutką, grejpfruta. Za jego goryczką na pewno stał mocno palony motyw, jednak to soczystość dominowała. Rozkrajany owoc, z którego płynie sok... rozdzielane, rwane cząstki... jędrne, czerwone i soczyste. Wplątana w to goryczka białych włókien i skórka. Normalnie widziałam i czułam to!

W międzyczasie kwaśność przechodziła też w inne, wyraziste cytrusy. Odrobina gorzkiej skórki cytryny mieszała się ze słodko-kwaśnymi pomarańczami. Wspomniane złagodzenie wydźwięku słodyczy nasunęło również skojarzenie ze słodkimi, soczystymi mandarynkami.

Mandarynki, a tuż obok... mignęły mi słodkie pierniki w czekoladzie. Lekkie przyprawienie podpowiedział palony, teraz bardziej drzewny, akcent.

Bliżej końca kwaśność zrobiła się kefirowa, może śmietanowa... nie, raczej kefirowa, na pewno jednak silna i złączona z goryczką. Do "nabiałowego złagodzenia" szybko dołączyła lekka słodycz.

Pod koniec czułam kefir, słodkie mandarynki, pomarańcze, grejpfruta i słodycz karmelu, co przeniosło się do posmaku. Wyszła też pewna cierpkość, minimalne uczucie ściągania i soczystego, cytrynowego kwasku.

Czekolada wydawała się najbardziej gorzko-kwaśna, nieuładzona, dzika przy pierwszych kostkach, pod koniec jedzenia nieco słodsza, ale ogólnie to tabliczka z pazurem. Gorzka, kwaśna - ale jedynie w smakowitym wydaniu, a przy tym przyjemnie znikomo słodka. Zachwyciła mnie tym wszystkim. Idealnie oddała Madagaskar jako dziką wyspę bogatą w smak. To jedna z tych czekolad, o których można powiedzieć, że jest nie dla wszystkich, bo ma specyficznie mocny smak, jednak równocześnie nie było w niej niczego, co mogłoby odrzucić (czysta natura).
Tłustość czekolady kojarzyła się z tłustością setek, na pewno nie była zapchana tłuszczem kakaowym, ale nie przeszkadzała mi raczej dzięki piaszczystej strukturze (gdyby nie ona, mogłaby trochę).


ocena: 10/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 18,29 zł (za 75 g)
kaloryczność:  645 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

sobota, 12 stycznia 2019

Mesjokke Stardust 45 % Milk mleczna z Madagaskaru z solą morską

Przygodę z Mesjokke postanowiłam zacząć od tabliczki, która widziała mi się jako najbardziej tajemnicza, licząc, że może będzie najpyszniejsza, ale... zawiodła mnie zwłaszcza strukturą (Mystery Dark 72 % #3). Potem, czyli po Natural Blonde zobojętniałam i po Stardust sięgnęłam od niechcenia - właściwie tylko po to, by ściągnąć ją z listy i nie musieć o niej myśleć. Nie pomogło jej nawet odniesienie do kosmosu, że niby jest nie z tej ziemi... Uwielbiam kosmito-kosmiczne klimaty (gwiazdy, planety, kosmitów, Ufo, serię Alien, grę Mass Effect - w sumie wiele rzeczy z wyłączeniem "Gwiezdnych Wojen", bo tych to nie cierpię). Biorąc ją, zastanawiałam się, czy będzie to "moja galaktyka" czy raczej tych od mieczy świetlnych.

Mesjokke Stardust 45 % Milk to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao trinitario z Madagaskaru z doliny Sambirano, słodzona cukrem muscovado z solą morską. Podwójnie prażona, konszująca 48 godzin.

Po otwarciu poczułam... prawie nie poczułam zapachu. Był bardzo, bardzo delikatny, bo mimo że z zaznaczonym kakao o orzechowo-siankowym wydźwięku, to bardziej słodko-karmelowy, trochę jak budyń. Nieco za nijaki, by powiedzieć, czy pozytywnie, czy negatywnie.

Zupełnie nie pasował do bardzo ciemnego wyglądu. Nie powiedziałabym, że to mleczna, tym bardziej że nawet przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka była twarda i głośno trzaskała / chrupała.
W ustach okazała się trochę oporna, rozpływała się bardzo długo. Odebrałam ją jako bardzo zbitą, nie za tłustą, ale początkowo dziwnie plastikowo-śliską. Zaraz miękła, a w połowie rozpływania się kęsa, zaczęła przejawiać coraz większą chropowatość, aż w końcu stała się zbitkiem proszku, który opływał trochę kremowo-wodnistymi smugami. Wszystko to w połączeniu ze smakiem kojarzyło mi się z nieco rozwodnionym budyniem, w którym czuć proszkowość.

Zapach od pierwszej chwili znalazł odzwierciedlenie w smaku, bo był delikatny i karmelowo-budyniowo słodki. Wydawało mi się, że w tle może i coś owocowego się czaiło. Karmel ze zwyczajnie słodkiego szybko nabrał palonego charakteru. Uszlachetnił się, w czym pomogła mu szczypta soli. Nieśmiało dało o sobie znać również mleko, przy tym wszystkim kojarzące się trochę budyniowo.

W międzyczasie pojawiły się orzechy. Najpierw niezbyt jednoznaczne (na pewno jednak trochę gorzkawe, charakterne i prażone), potem ewidentnie laskowe.

Po orzechach sól zaczęła przybierać na sile. W pewnym momencie było naprawdę dość mocno słono, ale że i słodycz gwałtownie wzrosła, na myśl przyszło mi jakieś nieco przesolone toffi. Odchodziła od niego maslaność albo raczej kwaskowata nabiałowość i... wilgotna ziemistość?

W tle, za solą, mignęła mi nuta lekko kwaskowata. Pomyślałam o cytrusach, jakiś jagodach i jeżynach... Niezbyt dojrzałych ale i nie pierwszej świeżości. Wgniecionych w czarną ziemię?Nadpsutych? Taki motyw też się wkradł, ale kręcił się raczej przy orzechach i nabiale.

Rosnąca słodycz wciąż była karmelowa, ale w połączeniu z orzechami zaczęła kojarzyć mi się z Ferrero Rocher, ale jakby w swojej wytrawniejszej, ciemnoczekoladowej wersji. Dość mocno palony smak podkręcał się z nutką kakao. Wciąż bardzo słodkie (ferrerowate), wyraźne orzechy laskowe przez moment dominowały.

Zaraz jednak utonęły w smaku mlecznego budyniu. Ten tu niósł wanilię i palone karmelo-toffi. Karmel znów przywołał sól.

Po wszystkim pozostał mocno prażono-palony posmak, w którym królował karmel (niemal przypalony) i orzechy (jako Ferrero). Poczucie słoności było dość silne, ale ono weszło poniekąd w kwasek. Ten był całą owocowo-nabiałową mieszaniną.

Całość wyszła naprawdę ciekawie, choć nie powiedziałabym, że jakoś przełomowo. Ogrom nieprzesłodzonego karmelu przyjemnie wyszedł z laskowcami i budyniem, a mocne palenie nie gryzło się z sugestią kwasku (którego skądinąd nie było wiele).
Konsystencja mi nie podeszła. Wolałabym, żeby była po prostu chropowata, wszystko inne działało na niekorzyść.
Ogólnie smakowała mi, ale bez szału. Nuty świetne, a jednak bez "tego czegoś".


ocena: 8/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 41g)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier muscovado z Mauritius, kwiat soli z La Guerande, mleko w proszku, wanilia, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa