sobota, 13 stycznia 2018

Lifefood Nut & Cherries surowa 60 % z wiśniami, rodzynkami, orzechami brazylijskimi, migdałami i maca

Wiele bym dała, żeby czasem być mniej roztrzepaną podczas zakupów. Irytują mnie te nieprzemyślane, których ukoronowaniem może być kilka rzeczy z zamówień ze stron ze zdrową żywnością (dołączyłam się do kogoś "na jedną przesyłkę"). Postanowiłam zamówić wtedy kilka czekolad, tylko nie zwróciłam uwagi na jeden szczegół: zamiast miazgi, zawierają proszek. Wcześniej dałabym sobie rękę uciąć, że to normalne ciemne, ale... taak, teraz nie miałabym czym recenzji pisać. Obiekt dzisiejszej to jedna z takich "niespodzianek", a zakupiona razem z batonem LifeBar Really Raw Cherry, w celu spróbowania i czekoladowej propozycji tej firmy na temat wiśni.

Lifefood Nut & Cherries to surowa "ciemna czekolada" o zawartości 60 % składników kakaowych (tłuszcz + proszek) z wiśniami, rodzynkami, orzechami brazylijskimi, migdałami i sproszkowanym korzeniem maca, słodzona syropem z agawy.

Po otwarciu poczułam smakowite połączenie kakao i cierpkich, soczystych wiśni. Wszechobecny kwasek był złagodzony słodyczą o chłodnym efekcie, ale jakby karmelowym wydźwięku. Muszę przyznać, że było całkiem smakowicie, choć niespecjalnie czekoladowo.

Tabliczka okazała się miękkawo-rwąca przy łamaniu. Zawierała spore kawałki wiśni, ale i orzechów (trochę mnie to zaskoczyło, bo spodziewałam się zmielonych, jak w tych wegańskich niby-mlecznych).

Po włożeniu kawałka do ust, rozpuszczał się szybko, tłusto i wodniście.
Wgryzając się, właściwie nie sposób natrafić na dodatki, więc muszę już w tym momencie zaznaczyć, że to one rządzą tabliczką i wyszła "raczej do gryzienia".

Sama czekolada okazała się bowiem bez wyrazu. Od samego początku co prawda czuć gorzkawość, ale bardzo mdłą. To nie był gorzko czekoladowy smak, a gorzkawość bliżej nieokreślona, wręcz neutralna. Owszem, czułam tu i dymna nutę surowego kakao, ale w towarzystwie masła, a także słodyczy. To nie była czekolada, a coś tłuszczowo-rozwodniono-gorzkawego.
Słodycz też była mdła, ale przez ogólnie mało wyrazisty smak, skupiała na sobie uwagę w denerwujący sposób.

Wspomniane dodatki wyszły wyraziście i smakowicie świeżo, jednak smakowały mi, dopóki udawało mi się trafiać na poszczególne. Gdy rozgryzałam różne dodatki na koniec, tak że się przemieszały, wraz z kwaskowata nutą surowego kakao, chwilami tworzyły smak kojarzący się z czymś nadpsutym.

Ogólnie orzechy nadawały migdałowej nuty, ale że były nieprażone, to wyszły trochę... drewniano-neutralne. Nie pasowały do czekolady.
Wiśnie pasowałyby do surowo kakaowego tworu, bo były charakterne i cierpko-kwaśne, ale niestety przeszkodziły im rodzynki - naturalnie scukrzone, ale i soczyste, słodko-kwaśne. Właśnie one wraz z brazylijskimi przełożyły się na dziwne, nadpsute skojarzenia.
Rodzynki i wiśnie oddzielnie, po połączeniu z czekoladą kojarzyły się z przegotowanym, rozwodnionym kompotem. Może nawet coś korzennego się tu zaplątało (korzeń maca?), ale wciąż w stopniu niezadowalającym.

Jedząc to miałam wrażenie, że jem produkt wyjątkowo nieprzemyślany. Wszystkiego tu pełno, to raczej tabliczka do chrapania i przeżuwania. Mnóstwo smaczków złożyło się w... Nijakość.
Kocham wiśnie, surowe czekolady, orzechy, ale to mi nie smakowało. Miałam wrażenie, że to taki szpanerski wyrób czekoladopodobny mający na ciekawe dodatki skusić wielbicieli surowego, zdrowego jedzenia.

Właściwie nie było niesmacznie, ale nie w moim.stylu. Komuś na pewno może posmakować - oddałam mamie, która lubi wszelkie owoce i orzechy w czekoladzie. Ja kocham czekoladę, suszone owoce, orzechy, ale oddzielnie, a z dodatkami to uwielbiam czekoladę... Nie zaś śmietnik z dobrych dodatków w polewie będącej nie wiadomo czym i tak też smakującej.


 ocena: 3/10
cena: 11 zł (za 70 g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy tłuszcz kakaowy 37%, surowe kakao w proszku, surowy syrop z agawy, orzechy brazylijskie 6%, suszone wiśnie 6%, rodzynki, migdały 4%, maca w proszku

czwartek, 11 stycznia 2018

Franceschi Chocolate 60 % Venezuela Carenero ciemna z Wenezueli

Ostatnia tabliczka Franceschi z linii Fina była najbardziej tajemniczą, bo z wenezuelskiego regionu, z którym jeszcze się nie spotkałam (przynajmniej świadomie). Po dwóch próbowanych byłam skłonna uznać raczej, że to dlatego, że nie jest zbyt ciekawy (i dobre marki się nim nie interesują?), niż że to jakieś niezbadane cudeńko, lecz obszar Barlovento ma ponoć długą historię związaną z hodowlą kakao, sięgającą czasów niewolnictwa, więc... pozostało zjeść, by się przekonać, jak będzie.

Franceschi Chocolate 60 % Venezuela Carenero to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao trinitario (szczep Carenero) z Wenezueli z regionu Barlovento ze stanu Miranda położonego na północnym wybrzeżu.

Od razu po otwarciu poczułam ciepłą woń drzew i rozgrzanej ziemi w towarzystwie silnej słodyczy kojarzącej się z waniliowym kremem, sosem lub nawet lukrem (w pewnym momencie bałam się, że zaraz zrobi się bezowo mdląco). Dało się w niej jednak wywąchać też nutę delikatnych i słodkich owoców - gruszek i może jakiś czerwonych.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała; wydała mi się krucha. W przekroju wyglądała na ziarnistą, a w ustach rozpływała się maziście-kremowo, wręcz lepko i... chrzęszcząc. Taka proszkowo-chrzęszcząca struktura odegnała poczucie tłustości i bardzo mi do gustu przypadła (kojarzyła się z połączeniem dawnych Menakao i kremu z wafelków Lusette).

W pierwszej chwili poczułam silną słodycz wanilii, jakby wkomponowaną w mleczny krem. Wydała mi się ciężka, ale nagle została przełamana soczystością.

To wybiła się nuta czerwonych owoców. Pomyślałam o słodkich, dojrzałych porzeczkach i wiśniach, ale z czasem jednoznaczność została zachwiana.

Otóż rozwinęła się ciepła nuta drzew, rozgrzanej ziemi i orzechów. Nie było w tym jednak nic palonego, to taka... ciepła, nawet nie taka gorzka, kakaowa nuta czekoladowej esencji, sosu. Wraz z soczystością owoców zmieniła wyczuwalny początkowo waniliowy mleczny krem w kefir, a w owocach zaplątał się grejpfrut (co skojarzyło mi się wręcz z Madagaskarem).

Wanilię jednak wciąż czułam. To ona, choć w tle, wywalczyła w cieple i soczystości miejsce łagodnym owocom, takim jak "egzotyczna gruszka" (wiem, dziwnie to brzmi, ale nie znalazłam lepszego określenia), może mango.

Całe to drzewno-ziemisto-orzechowe ciepło przełożyło się na to, że do wanilii dołączyły też inne przyprawy - korzenne i słodkie. Goździki?

Mimo ciepła i soczystości końcówka znów robiła się bardziej waniliowa, wręcz trochę lukrowa ("uważaj, bo zaraz zrobię się bezowa"), ale a szczęście już nie mdląca.

Posmak należał do niej, ale i do soczystości wiśni, gruszek, porzeczek, grejpfruta (miksu, a nie wyrazistych owoców). Miało to rozgrzany i soczysty klimat.

Całość bardzo mi smakowała. Było słodko, ale na szczęście wiele soczystych i ciepłych nut drzew, przypraw nadały temu lekkości. Kupiło mnie skojarzenie z Madagaskarem i taka "pierwotna",  wręcz "byle jaka" konsystencja. Czuję jednak, że gdyby zaczęto robić te czekolady z 70 % kakao i np. zastąpiono zwykły cukier (może to on odpowiada za te lukrowe i bezowe nuty Franceschi?) jakimś ciekawszym (trzcinowy? kokosowy?), mogłaby zgarnąć dychę bez problemu.

Gdy już zwątpiłam we Franceschi, na koniec linii Fine trafił mi się taki smaczny kąsek. I dobrze! Ciemne czekolady pewnie jeszcze nie raz mnie zaskoczą, dlatego już zacieram ręce na linię Premium.


ocena: 8/10
cena: 13,99 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

środa, 10 stycznia 2018

Zotter Gourmet Journey to Peru Passion Fruit - Lime - Sweet Potato - Maize ciemna 70 % z kremem marakujowo-batatowym i kukurydziano-limonkowym z białą marakujową czekoladą i brandy

Lubię odkrywać smaki świata, więc czekolada inspirowana daniami z Peru bardzo mnie zaintrygowała. Zwłaszcza, że znalazły się w niej bardzo lubiane przeze mnie (niecodzienne w czekoladach) składniki.


Zotter Gourmet Journey to Peru Passion Fruit - Lime - Sweet Potato - Maize to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z cienkimi warstwami białej marakujowej czekolady nadziewana kremem marakujowo-batatowym (ze słodkich ziemniaków) z sokiem z limonki i kukurydziano-limonkowym (60%) na bazie polenty (kasza kukurydziana), białej czekolady, marynowanej cytryny i limonek z brandy.

Od razu po otwarciu poczułam silny limonkowo-cytrynowy zapach podkreślony alkoholem i doprawiony nieco białoczekoladową słodyczą. Dopiero po przełamaniu poczułam też sugestię marakui i coś, co skojarzyło mi się niemal słodko marchewkowo.

Czekoladę i nadzienia łatwo porozdzielać, ale już rozdzielenie czekolad było niemożliwe. Ich, "na oko" równe, warstwy rozpływały się powoli i kremowo. Nadzienie kukurydziane (na górze) stanowiło większość i miało bardziej zbito-suchawą strukturę kaszy - za sprawą jej drobinek i mnóstwa większych i mniejszych kawałków cytryn (głównie jędrnych, soczystych skórek), chociaż nie brakowało mu też tłustawej kremowości. Marakujowo-batatowe było wręcz soczyście-mokre, rzadkie i lepiąco-plastyczne, bardzo lekkie.

W smaku już od pierwszego kęsa czekolada wydała mi się bardzo nieśmiała, bo szybko dołączyła do niej waniliowa słodycz, pewna mlecznawość i kwasek.

A właściwie kilka kwasków, bo ledwo się zaznaczyły, a już zaczęły rozwijać się i rosnąć.
Prędzej po ustach rozchodził się oczywiście rzadszy krem o znaczącym kwasku limonki i marakui. Było w tym także coś specyficznie marakujowo słodkawego, a także słodycz, która skojarzyła mi się z sokami marchwiowo-owocowymi (batatów może nie czuć zbyt wyraźnie w całej kompozycji, ale chwilami wyłapywałam ich nutkę i to właśnie ją tak nazwałam). To było egzotycznie kwaskowate, rześkie i niewyobrażalnie soczyste. Czułam ogromny niedosyt tej warstwy, bo była ciekawa i niespotykana.

Od początku wyczuwalna mlecznawość z czasem przynosiła także nuty kaszy i białoczekoladowo-maślane, na których tle prezentowały się cały czas nasilające się kolejne kwaski. Te zdecydowanie skupiały na sobie najwięcej uwagi. Były to intensywne cytrusy, czyli niezwykle autentyczne cytryny, których smak cudownie zaznaczał się przy goryczkowatych skórkach oraz cytryny wręcz "kwaśnocukierkowe", co napędzała cały czas obecna w tle pudrowo-cukierkowa słodycz. Równie intensywny był smak limonki; momentami aż dziwnie konkretnie-goryczkowaty, co nakręcał alkohol. Raz i drugi aż mnie zapiekł w język, choć alkoholu jako alkohol wyraźnie nie czułam... Nad wszystkim bowiem dominowały cytryny i limonki. Było kwaśno i gorzkawo, do której to gorzkawości skórek dołączały kolejne elementy.

Pod koniec spod kwasków wychylał się też, jakby podkreślony alkoholem, cynamon. Przy nim poczułam przez ułamek sekundy pewną różaną nutę, której towarzyszył posmak (bardzo wątły) marakui. Kompozycję zamykała bowiem czekolada (rozpływała się powoli) - ku mojemu zaskoczeniu - raczej ta biała (najpierw stwierdziłam: "po co tam ona?", ale z tym marakujowym posmakiem dobrze wyszła). Była głównie słodka, troszeczkę mleczno-jogurtowa, minimalnie kwaskowata (mogłaby być bardziej marakujowa). Ciemna... też gdzieś tam była, ale wchodziła w gorzkawy posmak i kaszę, którą tam sobie dopiero rozgryzałam.

Czekolada smakowała mi, ale pozostawiła wiele niedomówień, niedosyt. Nie była tym, na co się nastawiłam i... wprowadziłabym w niej wiele poprawek - zmianę proporcji albo i zrobiła z niej dwie różne tabliczki. Uwielbiam cytrusy i ich gorzkie skórki, ale tutaj... tego było za dużo. Nie, że kwach wykrzywiał gębę, ale po prostu pewne smaki, np. marakuja, brandy były tym przytłumione, a inne (bataty, ciemna czekolada) niemal niewyczuwalne. Bardzo złożona tabliczka, która okazała się być za bardzo... przemieszana.
Ciemnej czekolady powinno być o wiele więcej, a to marakujowo-batatowy krem powinien stanowić większość. Cytryny i limonki jednak też bardzo mi smakowały... więc je wkomponowałabym do jakiejś tabliczki z polentą i, powiedzmy, kukurydzą (nie jako kasza, a po prostu kukurydzą).


 ocena: 7.5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, verjuice - sok z zielonych winogron, bataty, suszone marakuje, sok cytrynowy, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat limonkowy, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, kasza kukurydziana, brandy z cukru trzcinowego, masło, migdały, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, skarmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, cynamon, olejek cytrynowy, chili Bird's eye, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

J.D. Gross Ekwador 56 % ciemna z płatkami chili

Uwielbiam ciemne czekolady J.D. Gross - nawet w ich 60 %-owej (Amazonas) nie brakuje kakao, więc gdy tylko pojawiły się nowości, kupiłam je bez wahania. Chcąc dowiedzieć się, jak wielki zapas zrobić opisywanej dzisiaj, otworzyłam ją bardzo szybko (zazwyczaj zakupione czekolady leżakują sobie w mojej szufladzie parę miesięcy). W końcu... czekolady z chili ubóstwiam, a o naprawdę dobrą, trafioną z proporcjami trudno.

J.D. Gross Ekwador 56 % z płatkami chili to ciemna ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao arriba z Ekwadoru z chili.

Po otwarciu poczułam bardzo smakowitą woń wyrazistego, palono-kawowego kakao w towarzystwie słodyczy karmelu i odrobinki śmietanki. Po przełamaniu poczułam nawet sugestię pikanterii chili.

A jakież to było przełamanie! Usłyszałam cudowny trzask, tabliczka była bowiem twarda (wydała mi się nieco grubsza od reszty J.D. Gross).
W ustach okazała się pełna, gęsta i idealnie kremowa, jakby zawierała dodatek śmietanki. Była tłustawa, ale w sposób przyjemny. Ucieszyłam się, że była gładka - chili to idealnie zmielone drobinki (choć właśnie i drobinki), nie zaś duże płatki.

W ustach rozchodziła się słodycz o karmelowym wydźwięku. Rosła, ale ani razu nie zrobiła się za silna.

Od początku bowiem rozwijała się także gorzkawa nuta o dość mocnym stopniu palenia (co też pewnie napędzało skojarzenie z karmelem). Niosła smak pysznej, palonej kawy, która z czasem przypominała nieco kawę ze śmietanką.

Szybko zaznaczała swoją obecność pikanteria - najpierw bardzo subtelna. Kiedy słodycz nabrała pewnej (kwiatowej?) lekkości, ostrość związała się z nią, eksponując smaczek papryczki chili. Zrobiło się niemal... soczyście.

Chili nie odpuszczało, dochodziło zewsząd i umacniało swoją pozycję w oparciu głównie o słodycz, co świetnie ją złamało (miałam wrażenie, że papryczka zajęła część miejsca słodyczy, dzięki czemu czekolada wcale nie była tak słodka, jak wskazuje na to zawartość kakao). Pikanteria zaczęła trochę przypiekać w gardle, w ustach podsycając tym samym gorzkawość kakao.

Ogólna silna, ale nie zabijająca reszty smaków, ostrość chili i palono-kawowe kakao cudnie zagrały na końcówce, pozostając także w posmaku, w którym czuło się również karmelowo-śmietankową słodycz.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała. Pikanteria świetnie wpisała się w słodycz, uprzyjemniła ją, a kakao pokazało, co potrafi. Było trochę gorzkawo, choć przystępnie. Podobnie chili - było mocne, ale nie na tyle, by coś zagłuszyć. Uważam, że proporcje w tej czekoladzie dobrano genialnie (choć nie miałabym nic przeciwko większej zawartości kakao). Nie wydawała się tłusta, a kremowa.
Porównując ją do ogólnodostępnych tabliczek, uważam, że jest genialna i nie ma sobie równych. Weźmy takiego Lindta - ostatnio go sobie przypomniałam i odebrałam jako nieco za słodkiego i podchodzącego pod ulepek, choć wciąż dobrego jak na taką czekoladę (cena, dostępność). W J.D. Gross nie mam do czego się przyczepić.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak (zapas już zrobiony)

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, papryczka chili 0,2%, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z laski wanilii

---------------

Aktualizacja z dnia 29.03.2019 (nowe opakowanie):
Tym razem, gdy zrobiłam kęs, w słodyczy szybciej pojawiła się ta lekkość, która wydała mi się wręcz soczyście-owocowa. Bosko się to zgrało z pikanterią. Jakieś parę miesięcy temu jadłam ostatnią z zapasu, jaki zrobiłam poprzednio (i fakt, data ważności była już blisko), ale jestem w 100%-ach przekonana, że tegoroczna jest soczystsza i równie obłędna.

Jakoś w 2020 czekolada weszła do stałej oferty i zmieniła opakowanie. Wydaje mi się, że od tego czasu przestałam w niej trafiać na płatki chili; że zaczęli dodawać je zupełnie na gładko. Nie czuję w niej wielkich zmian, jednak wydaje mi się nieco łagodniejsza, jeśli chodzi o samą bazę - jakby nieco bardziej maślana niż gorzka, jednak nie dam sobie ręki uciąć, że to zmiany producenta (może obecnie 56% to dla mnie zdecydowanie za mało?). Ocenę jednak podtrzymuję, bo w tej cenie nie znam lepszej z chili.

niedziela, 7 stycznia 2018

wafelek Lusette smak Cappuccino

Moje zdanie o wafelkach jest bardzo zmienne. Są mi obojętne, ale czasem mnie na nie najdzie i wtedy zaczyna się poszukiwanie jakiegoś niezasładzającego. Lusette czekoladowe bardzo mi smakowało nawet mimo silnej słodyczy, lecz nugatowe było już za słodkie, toteż do nowego smaku podeszłam dość ostrożnie. Jednak, jako że cappuccino to wciąż smak kawowy (mimo że delikatny) nie mogłam do niego nie podejść w ogóle.


Lusette smak Cappuccino to "kruchy wafelek przekładany kremem (70%) o smaku cappuccino w polewie kakaowej", którego producentem jest I.D.C. Holding.

Po otwarciu poczułam dość intensywny zapach przedstawiający średniej jakości kawę ze śmietanką, co w połączeniu z nutą słodkiego "kakałka" skojarzyło mi się z cukierkami kawowymi, mimo że i wafel zdradzał swoją obecność. W sumie wyszło całkiem przyjemnie.

Przez zapach i ogromną ilość beżowego, niemal białego kremu spróbowałam trochę niepewna.

Całość była zarazem lekka (nie przytłaczała tłustością, chrupała delikatnie), ale i konkretna, treściwa. Mimo tłustawości, wcale nie miałam poczucie że jem coś nazbyt tłustego, bo suche wafelki dobrze to przełamały, a sam krem był bardzo, bardzo specyficzny: zbity, proszkowy i nieco suchawy, przez co niemal trzeszczał, chrzęścił. Bardzo mi się to spodobało.
Polewa na wierzchu to warstwa bardzo cieniutka, więc wtapiała się w resztę.

Po zrobieniu kęsa poczułam niemal cukrową słodycz, która nieodzownie łączyła się z wyrazistym mlekiem, śmietanką. Właściwie wydawało się, że to słodycz tejże śmietanki.

Bardzo szybko wgryzł się w nią smaczek kawy, początkowo bardzo delikatny, ale po chwili coraz dosadniejszy. Gdy doszedł do tego kakaowy smak polewy (było jej tak niewiele, że właściwie całkiem udanie udawała ciemną czekoladę) i również trochę kakaowo-słodki smak mocno wypieczonego wafelka, poczułam gorzkawość. Raz mignął mi i jakby delikatny, bardzo odległy goryczko-kwasek, ale tylko odrobinka.
Gorzkawość niewątpliwie pochodziła od kawy. Smakowicie zespoiła się z silną słodyczą i śmietanką.

Pod koniec ta gorzkawość, przy wciąż obecnej śmietankowej cukrowości (mającej pewien urok), zdawała się dominować.

Wafelek pozostawiał posmak bardzo, bardzo mlecznego i kakaowego cappuccino.

Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Owszem, smakował bardzo mleczną (takiej mleczności nie kojarzę nawet w niektórych mlecznych wafelkach, ale w sumie od lat żadnego nie jadłam), słodką kawą, ale... to jest właśnie cappuccino. Np. Pryncypałki Cappuccino wcale nie wyszły kawowo.


ocena: 8/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 0,99 zł (50g)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g; wafelek - 279 kcal
czy kupię znów: w sumie mogłabym

Skład: tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), mąka pszenna, cukier, polewa kakaowa 14% (cukier, tłuszcze roślinne: palmowy, Shea; kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 17%, serwatka w proszku (z mleka), emulgatory: fosfatydy amonu, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat), mleko odtłuszczone w proszku 12%, mleko pełne w proszku 5%, serwatka w proszku, skrobia kukurydziana, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, olej słonecznikowy, kawa (0,1%), aromaty, aromat naturalny kawy, dekstroza, emulgatory (lecytyny), barwnik (karmel amoniakalny), substancja spulchniająca (węglany sodu), żółtko jaja w proszku

sobota, 6 stycznia 2018

Franceschi 60 % Venezuela Sur del Lago ciemna z Wenezueli

Moje pierwsze spotkanie z Franceschi ostudziło nieco mój zapał, ale z kolei magiczny napis "Sur del Lago" przywodzący na myśl Domori Sur del Lago Venezuela 70 %  i wybitną Idilio Origins 2ndo Seleccion Amiari Meridena 72 % , budził nowy entuzjazm. Sur del Lago jest bowiem wenezuelskim rejonem bardzo blisko największej na świecie laguny - Maracaibo, od którego nazwy potocznie nazywa się też rosnące tam trinitario. Ponoć odziedziczyło trochę specyfiki criollo, niegdyś dominującego w regionie.

Franceschi Chocolate 60 % Venezuela Sur del Lago to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao trinitario z Wenezueli z regionu Sur del Lago leżącego w stanach Zulia i Merida.

Od razu po otwarciu poczułam chłodny efekt lukrecji / anyżu i mięty, od którego odchodziła pewna wilgoć przywodząca na myśl syrop malinowy i miód. Tworzyła ona most do ciepłej, palonej nuty, w której doszukałam się czegoś wytrawnego, konkretnego, ale i sporo suszonych / pieczonych owoców (jabłek?).

Przy łamaniu tabliczka trzaskała, a w ustach rozpływała się na gładki krem, trochę lepiąco, co wręcz upodabniało ją do gęstego syropu i miodu.

W smaku najpierw poczułam sugestię pikanterii i kwaskowatych, ale wciąż przede wszystkim słodkich owoców. Pomyślałam o suszonych morelach i (także słodkim) syropie z czerwonych owoców (malin?), ale zaraz zostały zalane inną słodyczą.

Momentami dominującą, o bananowo-bezowym charakterze, tutaj może bardziej bezowym (a przynajmniej tak sobie bezy wyobrażam), albo i jak owocowy krem / lukier. Na szczęście dzięki owocowej nucie wciąż było przystępnie.

Nadchodziła właśnie i bardziej owocowa słodycz. Nuty palenia, lukrecja i lekka pikanteria sprawiły, że skojarzenia obracały się tylko wokół suszonych owoców: gąbczastych jabłek, słodkich śliwek kalifornijskich, mango (suszonego nie jadłam, ale tak mi się skojarzyło). Słodkie, suszone jabłka wywalczyły sobie dominującą pozycję.

Po tym wzrosła palona nuta, pojawiła się sugestia pieprzu, co wraz ze słodyczą podkręciło skojarzenie z miodem. Znów wyraźniej poczułam syrop, ale już nie malinowy, a czekoladowy, który kończył degustację.
Posmak był raczej palono-gorzkawo czekoladowy, choć także silne wspomnienie bezowo-suszonych owoców się utrzymywało. 

Muszę przyznać, że smakowała mi, choć charakter jej słodyczy nie trafił w mój gust i mi przeszkadzał (Fransceschi zaczęły jawić mi się jako połączenie nienawidzonych, bezowych Amedei i uwielbianych "syropowych" Domori). Ta miała bowiem sporo wspólnych nut z Domori Sur del Lago (syrop-miód, lukrecja i gorzkawa końcówka). Część jej słodyczy trochę przypominała suszono owocowy charakter słodyczy Idilio Origins 2ndo 72 % (która jednak zdecydowanie wygrywa także ze wspomnianą Domori) - a więc niemal herbaciane suszki, jednak o wiele słodszej Fransceschi zabrakło jednoznaczności.


ocena: 7/10
cena: 13,99 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

piątek, 5 stycznia 2018

Menakao Dark Chocolate 63 % Bold & Intense Arabica & Cocoa Nibs & Sea Salt ciemna z Madagaskaru z nibsami, solą i kawą

Nowe Menakao nie wzbudzają we mnie już takiego entuzjazmu jak dawne, bo za wiele się naczytałam, że to już nie to samo. Wystarczy spojrzeć na zawartość kakao, a próbowana 63 % orange & cranberries też nie miała już tego kopa. Jednak że kawę uwielbiam, czekolady z solą też, a na to połączenie jeszcze nie trafiłam, ta mnie zaintrygowała.

Menakao Dark Chocolate 63 % Bold & Intense Arabica & Cocoa Nibs & Sea Salt to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao z Madagaskaru z kruszonym, palonym kakao, solą morską i kawą Arabica.

Od razu po otwarciu opakowania poczułam wyrazisty zapach kawy w soczystym otoczeniu czerwonych owoców, słodkich cytrusów oraz cytrusowego kakao w ewidentnie nibsowym kontekście. Z kolei przy nieśmiałej nutce kefiru znalazła się jakby... kwaskowata słonawość. Podobał mi się ten zapach, choć już czułam, że dodatki zdominują nuty samej czekolady.

Ta przy łamaniu była twarda i trzaskająca, a dodatki okazały się porządnie w nią wtopione. Nawet w ustach długo w niej pozostawały. Nibsy miały bardzo świeżą, soczystą strukturę. Znalazły się tam pod postacią sporych i malutkich kawałeczków i... wydaje mi się, że były jedynym chrupaczem - w sensie, że kawałków ziaren kawy nie dodano w postaci posypki.
Były za to całkiem spore kryształki soli, także malutkie, ale ogólnie znalazłam ich tylko odrobinkę.
Czekolada długo pozostawała w ustach, bo rozpuszczała się dość opornie i szorstko. Nie była to jednak charakterna szorstkość Menakao (a przynajmniej nie tylko), a taka... nasilona poprzez obecność zmielonej kawy.

Jak widać, sporo kostek nie miało posypki, co bardzo mnie ucieszyło. Przyjemnie było jedzenie tej tabliczki sobie urozmaicić. Zaczęłam od kawałka bez dodatku.

Od pierwszego kęsa poczułam kawę - jawiła się jako goryczka zespojona z łagodną nutką grejpfruta.

Ten jednak stanowił przejście do słodziutkich cytrusów, bo właśnie słodycz również natychmiast się zaznaczała. Od razu skojarzyła mi się z dojrzałymi, słodziutkimi mandarynkami i pomarańczami. Słodycz uplasowała się na znaczącym poziomie, ale wciąż była cytrusowo rześka.
Gorzkość ogólnie przez wzgląd na te owoce nie była specjalnie silna, a smak kawy i tak wszystko to sobie podporządkował. Nie zabił tych smaczków, ale nieco je tłamsił.

Spod kawy przebijały się także czerwone porzeczki i twaróg / kefir, lecz one nie miały aż takiej siły przebicia. Tonęły gdzieś w kawie. Dopiero kiedy do ust brałam kostkę z dodatkami, wszystko ulegało zmianie. Kwaskowate nibsy podkreślały właśnie te kwaśniejsze smaki, choć też nie tyle wspomniane czerwone porzeczki, co cytrusy. Rozgryzając kakao wyraźnie czułam cytrusowo-limonkowe niuanse, po których nadchodziła nie za mocno palona, a wręcz soczysta goryczka kojarząca się z piwem. I to jakim! Naturalnym, właśnie limonkowym, przy którym ponownie ładnie zarysował się kefir.

Słonawość raz i drugi podkreśliła te bardziej kwaśno cytrusowe nuty, ale i kawę, nie zaś samą menakaową czekoladowość.

W posmaku ponownie to kawa dominowała, jednak po całej tabliczce była to kawa i "słodki sok wyciśnięty z cytrusów".

Całość bardzo mi smakowała. Podobało mi się to, że nie było monotonnie, a kawa pod taką postacią pasowała do nut czekolady. Niestety uszczknęła część specyfiki Menakao. Posypka na szczęście nie zdominowała kompozycji, bo były "luki". Ta tabliczka skupiała się bardziej na charakterze dodatków, a sama czekolada była jakaś za nieśmiała. Myślę, że więcej kakao, a mniej cukru, może i więcej soli załatwiłoby sprawę, chociaż... Menakao 63 % cocoa nibs & sea salt smakowała mi bardziej, czekolada była w niej bardziej wyeksponowana, a zawartość kakao taka sama. W dzisiaj opisywanej zabrakło mi trochę charakteru dzikości, nieokiełznania Menakao, ale i tak to była miła degustacja. 


ocena: 8/10
cena: nie pamiętam (za duże zamówienia składam :P)
kaloryczność: 597,5 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kawa Arabica, palone i kruszone kakao, lecytyna słonecznikowa, sól morska

środa, 3 stycznia 2018

Zotter Blueberries on Lemon Cream ciemna 70 % z kremem borówkowym i cytrynowo-białoczekoladowym z warstwą białej czekolady

Niektóre owocowe nadziewańce Zottera wydają mi się kwaskowate jakby Zotter przesadził z cytryną, czy akurat pasuje to do kompozycji, czy nie. Bardzo lubię cytrusowe smaki, ale właśnie mam wrażenie, że nie zawsze wychodzą. Połączenie owoców z czekolady z dzisiejszej recenzji wydało mi się nagle śmiesznie proste, a zarazem niespotykane, wyszukane. Kwaśne cytryny i słodziutkie borówki? Uwielbiam jedne i drugie, ale chyba na ich połączenie trafiłam po raz pierwszy i pomyślałam, że - zwłaszcza w ciemnoczekoladowej otoczce - mogą wyjść przepysznie.


Zotter Blueberries on Lemon Cream to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem borówkowym (30%) oraz cytrynowo-białoczekoladowym (30%) z cienką warstwą białej czekolady na spodzie.

Po otwarciu poczułam zapach cytrynowo-jagodowy, ale mający bardzo ciężki klimat. Kojarzył się bardzo alkoholowo, jak nalewka albo też coś trochę drożdżowo-słodkopudrowego. Na pewno dużą rolę odegrał tu też cynamon.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała, choć twarde były tylko warstwy czekolad. Z rozczarowaniem odkryłam, że są one mniej więcej równe. Obie rozpływały się powoli i kremowo. Rozdzielenie ich graniczyło z cudem.
Nadzienia były mięciutkie, bardzo plastyczne (a więc też trudne do podziału, bo lepiły się do siebie), ale w ustach rozchodziły się szybko, ujawniając drobinki (pesteczki jagód i kawałeczki cytryn). Były bowiem tak soczyste, jak rzadki mus lub koktajl owocowy. Sok lał się niczym ze świeżych owoców, dzięki czemu to kompozycja niezwykle lekka.
Niezbyt podobała mi się konsystencja całości, bo zabrakło przejścia między powolnie rozpływającymi się czekoladami, a tymi soczystymi nadzieniami. Żeby nie zaburzyć lekkości, dodałabym więcej owoców zamiast soku.

Smak zaskoczył mnie podobnie jak zapach, bo od samego początku ciemnej czekoladzie zabrakło siły przebicia - niby ją czuć, ale jakoś słabo. Słodycz z wychynięciem nie miała jednak problemu i to ona zdominowała czekolady, choć wcale aż tak bardzo słodko nie było.

Niemal natychmiast odezwał się bowiem i kwasek owoców. Ich smak wydał mi się niezwykle autentyczny.

Dominowała cytryna, oczywiście bardzo kwaśna. Miałam jednak wrażenie, że obcuję z całymi jej plasterkami, a więc nie tylko sokiem, a także gorzkimi skórkami (efekt ten chyba nakręcało kakao - mało wyczuwalne jako ono samo). Ta warstwa była jednak i słodkawa (nuta białej czekolady), przyprawiona dość konkretnie, niemal wytrawnie.

Do kwasku cytryn szybko dołączał kwasek jagód. Rosła również słodycz - ich naturalna, ale i taka przywodząca na myśl "słodziutkie waniliowe mleczko", bo warstwy białej czekolady najlepiej zespajały się właśnie z tą warstwą.
Jagodowy krem okazał się genialny; czułam się, jakbym jadła garściami świeże owoce: różne sztuki, czyli dojrzałe i słodkie, kilka kwachowato-niedojrzałych, nieco przejrzałe - już wręcz podfermentowane. Wraz z przyprawami znów kojarzyło się to wręcz alkoholowo. Niestety, jagody nie miały okazji wyraźnie wybić się ponad cytrynę - była wszechobecna (ale na szczęście smakowita).

Pod koniec kwasek cytryny nieco odpuszczał, wydawało mi się, że kompozycję zaskarbiła sobie w tym momencie słodycz, chociaż mam wrażenie, że to po prostu poczucie spowodowane kontrastem, bo wcale tak słodko nie było. Wyłaniał się też smak mleka, co pozwalało jeszcze borówkom trochę się zaprezentować, ale słabiej.
Kompozycja została zamknięta akcentem kakao, ale też jakoś mało wyrazistym.

Wszystkie części czekolady były przepyszne, jednak po zjedzeniu miałam niedosyt, bo czułam, że się nie zgrały. Jestem trochę zirytowana na złe proporcje - cytrynowy krem (mimo że pyszny) za bardzo narzucał się borówkowemu. Oba były niewiarygodnie świeżo owocowe (tak, jakbym te owoce jadła - normalnie poziom marakujowej Pacari) i bardzo kwaśne, ale nie miałam wrażenia, że to kwasek przerysowany. Niestety, przez ilość białoczekoladowych składników przez kontrast czasem słodycz (wcale nie za mocna) trochę nie pasowała. Ciemna czekolada jakoś w tym wszystkim utonęła... Wolałabym, żeby było o wiele więcej ciemnej niż białej (bo akurat tu i ta pasowała, tylko nie w tej ilości) i więcej kremu jagodowego niż cytrynowego. Czuję, że gdyby tak zmienić proporcje, mogłaby trafić do moich ulubionych owocowych czekolad.


 ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 467 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowy cukru inwertowanego, borówki amerykańskie, sok z cytryn, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, mleko, koncentrat soku cytrynowego, suszone borówki, słodka serwatka w proszku, nierafinowany cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, cynamon

wtorek, 2 stycznia 2018

Deluxe Miód z kwiatów pomarańczy

Lubię oferty Deluxe Lidla, bo mimo że jest wśród produktów spod tego szyldu wiele baboli, można i coś ciekawego upolować. Ostatnio poszłam po bakaliowe krążki, a obok dostrzegłam... miód pomarańczowy. Tak się złożyło, że niedawno naszło mnie na spróbowanie takiego, ale szkoda było mi pieniędzy na zamawianie wielkiego słoja przez internet i... powodów przeciw znalazłam mnóstwo, ale miód w pamięci zalegał. A tutaj... trafił się w dość niskiej cenie, więc mimo wszystko postanowiłam dać mu szansę.

Deluxe Miód z kwiatów pomarańczy to miód nektarowy, a właściwie mieszanka miodów pochodzących i niepochodzących z UE, wchodzący w lidlową ofertę "Deluxe". Słoik 250g.

Po odkręceniu poczułam słodki zapach typowy dla miodu wzbogacony o zaskakująco wyraźne nuty. W dużej mierze były to kwiaty, co wyszło bardzo podobnie do miodów wielokwiatowych, których nie jestem zbyt wielką fanką, bo są zbyt delikatne, "przemieszane" i głównie słodkie. Tutaj jednak istotną rolę odegrała także nuta cytrusów. Łączyła się z kwiatami, ale przywodziła na myśl dojrzałe pomarańcze.

Jasny, o niemal słomkowym kolorze, miód był jeszcze rzadki, przez co lany z łyżeczki miał problem z uformowaniem stożka, ale za to robił to w uroczy spiralny sposób. I tak aż do strumyczka jak nitka. Świadczy to więc o jego prawdziwości. Bardzo dobrze.

Wreszcie spróbowałam. Najpierw oczywiście uderzyła słodycz, ale bardzo szybko rozniosła w ustach poczucie... ukwieconej łąki lub sadu z równie ukwieconymi, pylącymi drzewkami cytrusowymi. Mnóstwo kwiatów i wręcz posmak ich pyłku. To był wysublimowany, ambitny smak, ale niewątpliwie słodko-słodki.

Ten kwiatowy pyłek z czasem złączył się z posmakiem, który nagle stał się zaskakująco wyraźnie pomarańczowy. Dojrzałe, słodziutkie pomarańcze, a także słodkie, kandyzowane i dosłownie z odrobineczką leciuteńkiej (ale jednak) goryczki skórki pomarańczy były tym, co pojawiło się w mojej głowie.

One, wraz z mnóstwem kwiatów i poczuciem "stępionej zwykłomiodowej słodyczy", zamykały to wszystko i zostawały jako leciutko prawie-piekący słodko-cytrusowy posmak.

Ten miód był bardzo słodki i dość delikatny, mocno kwiatowy, ale z wyraźnymi nutami pomarańczy. Zaskoczył mnie tym, że w sumie mi smakował, bo wolę charakterniejsze, ciemne miody. Tutaj w tej subtelności... też odnalazłam charakterek.

Długo zastanawiałam się, z czym go jeść, by nie zabić jego smaku.
Spróbowałam na kanapce (bo jak nachodzi mnie na miód, to właśnie jako "kanapka z miodem"). Lubiane przeze mnie połączenie żytniego chleba, twarogu i miodu w tym wypadku nie wypaliło, bo wyszło uroczo słodko, czyli tak, jakbym użyła zwykłego, wielokwiatowego miodu.

Odkryłam jednak, że miód z kwiatów pomarańczy wypada genialnie z samym chlebem żytnim. On tak... wchodzi w konkretny smak pieczywa, w jego zakwasowy kwasek i smakuje bardziej... cytrusowo. Oprócz kwiatowo miodowej słodyczy, czuć wtedy pomarańcze jakby z lekkim kwaskiem, co bardzo mi smakowało.

Miód ten był bardzo dobry, smakował jak powinien, choć czuję, że lepszego producenta, czy bardziej swojski dopiero miażdżyłby pysznym smakiem, no ale... tani i dobry, rzeczywiście z pomarańczową nutą, a nie jakieś deluxe-exclusive-super-premium-oszustwo.

ocena: 8/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł
czy znów kupię: nie

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Lindt Creation Dark Chocolate Sublime Mint ciemna 47 % z nadzieniem waniliowym, miętowym sosem i nibsami

Czekolady Lindt w zrozumiały sposób nie kręcą mnie już tak, jak dawniej; w ogóle nie wiem, czy mogę jeszcze powiedzieć, że kręcą mnie jakkolwiek, ale jestem pewna, że do marki mam jakiś tam sentyment. Właściwie to Lindt otworzył mi drogę do szukania coraz to lepszych czekolad.
Zauważyłam tak swoją drogą, że w blogosferze jest mało recenzji miętowych Lindtów (bo mało kto lubi miętowe czekolady?), a że i w sklepach rzadko takie widuję, kiedy zobaczyłam tę podczas pobytu u Taty, wiedziałam, że ją chcę. W końcu ja miętę i czekoladę uwielbiam!

Lindt Creation Dark Chocolate Sublime Mint to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao nadziewana kremem waniliowym, miętowym coulis (sosem) i kawałkami kruszonego kakao.

Po rozerwaniu sreberka poczułam intensywny zapach mięty i bardzo słodkiej, ale ewidentnie ciemnej, bo z mocno zaznaczonym kakao (choć i z pewnym mlecznym akcentem) czekolady.

Przy łamaniu tabliczka lekko chrupała, a w ustach jej konsystencja zaskoczyła mnie pozytywnie.
Sama czekolada nie była ulepkiem, jej gruba warstwa rozpływała się powoli, tłustawo, ale i z suchawym efektem, co mi tu akurat pasowało. Kostki były zwarte, nic się nie rozwalało. Rzadsze nadzienie (miętowe) szybciej wydobywało się ze środka, gorzej było z tym białym, bo ono już było tłuste i tyle. Rozpływało się szybko, a że ujawniało kawałki chrupiących nibsów (na szczęście nie za twardych), nie wydało mi się jakieś strasznie ciężkie.

W smaku najpierw dość długo dominowała czekolada. To typowy Lindt, a więc bardzo słodki, ale i wyraźnie kakaowy, leciutko gorzkawy i przystępny. Nawet po latach degustowania czekolad muszę przyznać, że całkiem dobry.

Dość szybko słodycz zrobiła się lżejsza dzięki chłodzącemu efektowi mięty, której smak sam w sobie przebił się tu jako przyjemny, słodki posmak. Nie był zbyt nachalny, to tylko smakowita nuta.

Chłodek z czasem zaczął jednak przegrywać ze słodyczą białego kremu. Był głównie słodki i mocno mleczny. Mógłby być o połowę mniej słodki. Żałowałam też, że nie czuć w nim migdałów obecnych w składzie, ale na szczęście nie był też taki znowu mdły, choć przy mięcie i kakao wyszedł trochę bez wyrazu, ale znośnie mlecznie.

Kawałki kakao zatopione w tym kremie stanowiły niezły przerywnik od słodyczy, dodawały całości odrobinki kwasku kakao, ale wydały mi się bardzo mało wyraziste. To chyba przez ich wielkość i znikomą ilość.

Na koniec pozostawał posmak miętowych czekoladek i kakaowo-mleczny akcent, a także poczucie słodyczy i tłustości jeszcze w granicach normy.

Muszę przyznać, że to smaczna tabliczka, jednak czułam pewien niedosyt. Ja postawiłabym na czekoladę 70 %, a nie 47 %, białe nadzienie mogłoby być bardziej migdałowe (migdały są w składzie, jest tam jednak też wanilina której na szczęście również nie czuć), a i nie obraziłabym się za silniejszy smak mięty, może większe nibsy. To czekolada z wieloma niedociągnięciami, ale pretendująca do grupy najlepszych Lindtów (gdyby wymienione rzeczy pozmieniać).


ocena: 8/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 11,99 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym np. dostać

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, mleko w proszku, cukier inwertowany, syrop glukozowy, migdały, stabilizator (sorbitole), laktoza, kruszone ziarno kakaowe 08,%, lecytyny sojowe, naturalny aromat miętowy, barwnik (chlorofile i chlorofiliny), wanilina