środa, 22 maja 2019

Georgia Ramon Guatemala 72 % Trinitario Dark Chocolate ciemna z Gwatemali

Jakiś czas po mlecznej GR Guatemala 62 % Trinitario Milk przyszedł czas na ciemną siostrę. Do jej otwarcia dosłownie odliczałam dni od czasu tamtej, bo zdałam sobie sprawę z tego, że jedzone dotychczas mleczne tej marki mają podobne, specyficzne cechy wspólne. Są specyficznie mleczne, że tak powiem. I tu wzrosła moja ciekawość, ile zależało w nutach podlinkowanej od mleka, a ile od kakao. Miałam się właśnie przekonać, co też potrafi pokazać ciemna czekolada z Gwatemali, bardzo ciekawego regionu, i aż nie umiem opisać wszystkich emocji, a więc ciekawości, ekscytacji, podniecenia, które mną miotały.

Georgia Ramon Guatemala 72 % Trinitario Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario z Gwatemali, plantacji Cahabón, należącej do kooperatywy Fedecovera Q'Eqchi Mayas Farmers.
Średnio prażona, mielona 72 godziny, 0 godzin konszowania.

Po rozerwaniu papierka poczułam intensywną woń jakby syropu / sosu miodowo-owocowego z suszonych moreli i malin. Było słodko, ale i z soczystym kwaskiem. Płynęły po zwiewnej, statecznej słodkiej bazie - jakby punkcie wyjściowym o kwiatowo-roślinnym klimacie. Wilgotne płatki róż, ale i jakieś fiołki, lilie (do głowy przyszła mi różowo-fioletowa kolorystyka) mieszały się z ciepłym charakterem prażenia mnóstwa migdałów i drzew. Rozgrzane drzewa, a dokładniej ich kora, niosły goryczkę kojarzącą się po czasie z przyprawami.

Przy łamaniu ciemna tabliczka ładnie trzaskała, była twarda i jakby sucho-wyprażona. Przekrój przypominał suchą, czarną ziemię.
W ustach czekolada okazała się oporna. Podtrzymała twardość, ale nie suchość. Odebrałam ją jako bardzo zbitą, ale nie zbyt tłustą, a wilgotną... opływającą wodą i sokiem. Lekko chropowato-szorstka struktura kojarzyła mi się przez to ze scukrzonym sosem / syropem i przyprawami.

Przy robieniu kęsa poczułam soczysty kwasek przyozdobiony lekką słodyczą karmelu / miodu, ale jako pierwsza wyraźna nuta wyeksponowała się roślinność. Zagarnęła do siebie słodycz, która przybrała kwiatowy wydźwięk. Wilgotne płatki żywych róż, lilii i innych ciężkich kwiatów kryły owocowy (malinowy?) akcent i podporządkowały sobie miód. Początkowo słodycz rosła, rosła, ale nagle zawróciła.

Od lekkiej słodyczy odeszła karmelizowano-prażona nuta, na której drodze stanęła gorzkawość drzew. Wyszły jakby spośród kwiatów i szybko wprowadziły mocno prażoną nutę. Do tej błyskawicznie doskoczyły migdały. Do gry weszła pewna delikatność, która zmieszała gorzkawość i neutralność orzechową z roślinną słodyczą. Dało to efekt mleka lub śmietanki migdałowej. Do głowy przyszła mi też mąka... mąka migdałowa albo... ciecierzyca? Albo "inne mleko". Zrobiło się wytrawnie, łagodnie gorzkawo, ale i niesłodko. Przez dłuższy czas właśnie ta mieszanina dominowała.

Jakby zupełnie obok nagle spłynęła ciężkawa słodycz. Podtrzymała ciepły, prażono-karmelizowany klimat. Należała do wyrazistego, ciemnego miodu (gryczanego?).

Miód trafił na słodycz kwiatów. Poszły na kompromis, a ja poczułam smak z zapachu, czyli taki miodowo-owocowy sos czy coś... Miód malinowy? Jakieś słodziutkie, czerwone i soczyste owoce. Maliny? Czereśnie? W tle jakby też suszone morele z miodem, wodniste gruszki (?), ale przede wszystkim słodkie maliny... albo sos malinowo-miodowy. Lekko to to scukrzone, lekko kwaskowate i... przyprawione? Gorzkawo-ostro, raczej korzennie.

Pod koniec gorzkawość jakby zbiła z tropu słodycz, doprawiając ją. Karmel, taki mocno palony, w towarzystwie pikanterii cynamonu lub pieprzu wszystko rozgrzał. Suszki i rozgrzane drzewa się w to wpisały.

Słodycz przepuściła wtedy łagodność, tę taką mączność czy już bardziej maślaność i... roślinność? Dziwne połączenie. Wyszło jak jakieś "inne mleko".

Niemal mleczny, owocowo-kwiatowy i miodowo słodki był również posmak. Poczucie ciepła / rozgrzania wróciło w towarzystwie suszonych moreli i syropu malinowego. Te pierwsze wiązały się z ogólnym klimatem prażenia (drzewno-migdałowym). Wydało mi się to gorzkawo korzenne - jakby kardamonowe? - rozgrzewające, a zarazem soczyste i w sumie... bliżej nieokreślone. A przecież ze smakami wyrazistymi i łatwymi do nazwania. Nie było ani bardzo słodko, ani specjalnie gorzko, a już na pewno nie kwaśno.

Czekolada okazała się bardzo smaczna, zaprezentowała ciekawe zestawienie nut i... naprawdę intrygujący wątek. Ta "inna mleczność" czy taka "delikatna wytrawność", a więc mleko roślinne, właśnie roślinność (papier?!), ciecierzyca, migdały... oj, dziwaczna fuzja. Nie brakowało jednak silnej słodyczy, która... właśnie może nie tyle silna, co ciężka była: miód i owoce do potęgi słodkie, acz z soczystym kwaskiem i dziwną wodnistością (jak mdłe gruszki?), ciężkie kwiaty. Stopień prażenia mocny i rozgrzewający jako drzewa, ale i konkretne przyprawy.

Niezbyt przemówiła do mnie struktura. Coś mi nie leżało w niej, ale pasowała do "ciężkiego wydźwięku" i wiązała się a to z wodnistymi owocami, a to ze "scukrzonymi" nutami. Tu jednak mam zastrzeżenia, bo wolałabym, żeby było bardziej gorzko... bo poczucie delikatności za sprawą roślinnej mleczności / mąki (?) i drzew nie pokazało pazurków, jak mogła by to zrobić silniejsza gorzkość.

Z mleczną siostrą łączy ją silna roślinność, kwiaty i paloność. Mleczna wyszła o wiele bardziej karmelowo, mniej wytrawnie, a bardziej po prostu orzechowo, ale zarazem jakby słodycz była niższa (albo mniej skupiająca na sobie uwagę). Jej mleczność była po prostu śmietankowo-mleczna, acz też łączyła się z roślinnością - tylko że o wiele delikatniejszą (kojarzyła mi się z ryżem na mleku). W ciemnej ogrom "innego mleka", mąki (?), ciecierzycy, migdałów (i migdałowych tworów) też trafił na pewną lekkość kwiatowo-owocową. Te były o wiele wyrazistsze w ciemnej. Kwiaty konkretne, a owoce do nazwania: maliny, gruszki, suszone morele. Te ostatnie stanowiły przejście do charakternie przyprawionej końcówki. Mleczna również na koniec robiła się korzennie-przyprawiona, ale w kontekście wręcz szarlotkowym, a ciemna... "tak po swojemu".
Podobnie orzechowo-neutralny i malinowo-ciepły był Zotter Labooko Guatemala 75 %, ale też bardziej kwaskowato-goryczkowaty. O wiele więcej w nim "owocowych tworów".
Ciepły wydźwięk i orzechy z miodem, charakterne przyprawy i morele czy cały wydźwięk kwiatów to również Duffy's Guatemala Rio Dulce 70 %. Ta jednak była o wiele bardziej podkwaszona, ziemista (kocham!) i cierpko-owocowa. W obu było coś zagadkowego.
Zotter i Duffy's smakowały do granic możliwości czekoladowo, a GR... była inna, ciekawa.

Czekoladę odebrałam jako delikatną i przystępną w smaku, ale nieco chaotyczną gdy chodzi o nuty. To jednak taki chaos w stylu "to ja tu rządzę, jak mówię, że tak ma być, to nie dyskutuj, konsumencie". Nic, tylko się jej poddać, bo to kolejna udana tabliczka.

Nie wiem jednak, czy to mleczna nie jest lepszym przeznaczeniem dla tego kakao. Jego nuty nabierały ciekawego wydźwięku dzięki mleku, a pozostawione samym sobie wyszły... jakoś tak za delikatnie. Do tej jednak struktura pasowała o wiele bardziej. Ocena taka, bo czuję, że muszę choćby połową punktu wyróżnić Zottera, który podpadł mi tylko i wyłącznie strukturą.


ocena: 8,5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 21 maja 2019

Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym ciemna 53 %

Zawsze, gdy w Biedronce znajdę czekoladę, która wygląda fajnie, wstrzymując oddech sprawdzam, czy to przypadkiem nie Baron. Ten to dodaje coś do swoich czekolad, przez co po prostu mi nie smakują, więc dowiedziawszy się o trzech limitowanych czekoladziskach... poszłam do sklepu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wolałabym, żeby to Millano je produkowało, bo wtedy żadnej bym nie wzięła i problem z głowy, ale... były też inne możliwości. No i w końcu okazało się, że kupiłam wszystkie trzy, bo producent był mi nieznany. Nadzienia wyglądały jednak na takie, których niespróbowania bym sobie nie darowała, gdyby miały okazać się dobre. Te marcepanowe czekolady Magnetic wyprodukowało Horst Schluckwerder OHG na zlecenie kompanii z Lubeki Erasmi & Carstens dla Biedronki. Jako że Lubeka słynie z dobrych marcepanów, mnie... bardziej kusiła kokosowa, toteż (kłamca, po prostu miała datę krótszą o miesiąc) od niej zaczęłam.  To pewnie za sprawą niezłych Lindt Creation Refreshing Coconut Dark i Wedel Gorzka Kokosowa, którym jednak i tak miałam parę rzeczy do zarzucenia, przez co czułam żal, bo strasznie spodobał mi się taki pomysł na czekoladę (ciemna z kokosowym nadzieniem) - i chciałam znaleźć taką jak najbardziej moją.
Ta seria przypomniała mi o mojej pomyłce w związku z nowym wyglądem Lindtów Creation (myślałam, że tabliczki bez podziału - a'la Zotter), bo też mi wyglądała na taką bez podziału... Tym razem miałam jednak nadzieję, że się zdziwię i zobaczę kostki, bo doszłam do wniosku, że brak podziału przy wielkich tabliczkach jest niewygodny.

Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym to ciemna czekolada o zawartości 53 % kakao z nadzieniem kokosowym (59%) wyprodukowana dla Biedronki przez Horst Schluckwerder OHG.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny, trochę tani, acz wciąż smakowity zapach przesłodzonej ciemnej czekolady z kakao zaznaczającym się w taki sposób, że przywodzącym na myśl polewę oraz ogrom kokosa. Kokos naturalny i "orzechowawy", kokos wiórkowaty, aromat kokosowy - buchnęły pełną parą zwłaszcza po przełamaniu, ale już na początku pokazały charakter.

Nie taka gruba, lśniąca tabliczka o bardzo ciemnym kolorze mimo twardości nie trzaskała. Samej czekolady nie było na niej aż tak wiele, przeważało plastyczne, tłuste nadzienie z ogromną ilością wiórków (całych i przemielonych).
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i tłusto, kremowo w umiarkowanym tempie, odsłaniając nadzienie, które rozpływało się powoli i w pewien sposób gładko. Nie wydało mi się tak plastyczne, jak na początku. Określiłabym je jako rozlazłe, mokro-miękkie, rozchodzące się maziście. Podczas rozpływania się, wyszła jego silna tłustość oraz wilgoć... niczym maziste pastylki (np. miętowe Goplany) lub zbito-kremowy marcepan z mnóstwem chrzęszczących, soczyście-tłustych wiórków. Czekolada rozpływała się na tyle wolno, że trwała z nim do końca. Żadnej z części się nie spieszyło. Wiórki trochę się memłały, ale okazały się jeszcze w miarę przystępne.
Nie ukrywam jednak, że niezbyt podobała mi się ta struktura. Tłuste, miękkie, zlepiono-wilgotne, rozchodzące się coś... Ulepkowate, choć może nie do końca.

W smaku czekolada okazała się bardzo słodka w kontekście prostym i wręcz cukrowym od samego początku. Gorzkawość i cierpkość kakao po chwili zaczęły nad nią pracować. Czułam je wyraźnie, ale nie udało im się przełamać przesłodzenia. Bardzo szybko dołączyła do nich kokosowa nuta z nadzienia, którym czekolada niewątpliwie przesiąkła.

Wnętrze wydało mi się głównie cukrowe, przeraźliwie słodkie. Potem jednak rozchodził się od niego smak oleisty, także jakiś trochę mleczny... Niezbyt wyrazisty w tej kwestii. 
Nie bojąc się słodyczy, wyłonił się kokos. Ten był dosadny - wkomponowany w słodycz, ale ewidentnie kokosowy. Jego naturalność podkreśliła czekolada. Wiórki, zwłaszcza przy rozgryzaniu, też ją napędzały. Tu pojawiał się przyjemnie orzechowy element. Wspierał się z kakao, gdy cukrowość rosła.

A rosła bezczelnie. W pewnym momencie poczułam wręcz cukierkowo-sztuczny smak. Drapało w gardle. Im bliżej końca, tym to wszystko słodsze mi się wydawało. Kojarzyło mi się to z cukrem pudrem o kokosowym zabarwieniu.

Zostawiłam część wiórków na koniec, więc przywróciły trochę kokosa, lecz ten wydał mi się jakiś "marcepanowawy" i zmieszany z przecukrzoną, ale cierpkawo kakaową czekoladą.

W posmaku pozostała właśnie cierpkość kakao i lekki kokos wtoczone w ogrom cukru. Na ustach czułam olej.

Tabliczka wyszła obrzydliwie słodko i tłusto. Jej cukrowość utrzymująca się cały czas dopuszczała wprawdzie do głosu a to czekoladę (która sama w sobie wydała mi się gorszą średnią), a to wyrazistego kokosa... jednak i mnóstwo nieprzyjemnych elementów. Posmak tłuszczu i sztucznej słodyczy mi przeszkadzały. Obstawiam, że za tą drugą stał syrop glukozowy. Ja się pytam: i po co on tam?! Całość może nawet nie była aż tak niespotykanie tłusta, ale... tu się po prostu zwracało uwagę na ten tłuszcz. Miękko-wilgotnie i wystarczyło, by mi przeszkadzać.

Nie mogę powiedzieć, by była to bardzo zła czekolada. Uwierzę nawet, że może komuś smakować. Mi ona była po prostu o wiele za słodka... Tak słodka, że po małej ilości (zrobiłam nawet dwa podejścia!), po prostu wymiękałam i nie mogłam zjeść więcej. Coś mnie w tej słodyczy w dodatku odrzucało. Gryzła się z kakao. Słodko męcząca i drażniąca, a przy tym konsystencja maziająco się tłusta, miękka. Z każdym kęsem rosło skojarzenie z pastylkami w czekoladzie (np. miętowe - tylko oczywiście smak inny)... O ile w formie pastylek takie coś jest do przyjęcia, tak tabliczkowo wypada słabo. Przynajmniej mi nie odpowiadało (Mamie, uwielbiającej wszelkie cukierki / czekoladki, pasowało).
Tłustość wydała mi się porównywalna do lindtowskiej Creation Refreshing Coconut Dark i wedlowskiej Gorzkiej Kokosowej, ale już w kwestii słodyczy... Lindt też był za słodki (chyba nie aż tak), tylko że tu dochodzi kwestia, że w słodyczy Magnetic było coś strasznie napastliwego, cukropudrowego, sztucznie-cukierkowego (duża ilość syropu glukozowego?). Wedel ma tę przewagę, że może pochwalić się najniższą słodyczą. Ech, zatęskniłam za Zotterem Coconut + Marzipan.

Mama uznała czekoladę za dobrą, acz nie powiedziałabym, że to pochwała dla tej tabliczki, ponieważ Mama nie cierpi ciemnej czekolady, gustuje w słodkich, mlecznych i tłustych.


 ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 140g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wiórki kokosowe 16%, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, woda, tłuszcz kokosowy, emulgator: lecytyny, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

poniedziałek, 20 maja 2019

Georgia Ramon Guatemala 62 % Trinitario Milk Chocolate ciemna mleczna z Gwatemali

Nie ukrywam, że kręcą mnie czekolady z kakao z rzadkich regionów. Oczywiście nie zawsze oznacza to, że dana tabliczka jest wyjątkowym rarytasem, białym krukiem... Czasem po prostu dany kraj nie daje ciekawego kakao i pewnie dlatego producenci nim się nie interesują. Mnie to jednak nie obchodzi. Jak jakiś region jest mało spotykany, ciekawi mnie. O Gwatemali... w sumie za wiele nie wiem, ale sąsiednie kraje kojarzą mi się ze smakowitymi czekoladami. Z samej Gwatemali jadłam tylko Zottera Labooko Guatemala 75 % i Duffy's Guatemala Rio Dulce 70 %, więc bardzo cieszyłam się na duet mlecznej i ciemnej ukochanej marki, Georgia Ramon. Zaczęłam od mniej interesującej, czyli od mlecznej, bo... Data? Przedsmak? Bo tak!
Kakao zostało zakupione od majańskich farmerów plemiona mającego własny język (o tej samej nazwie), Q'eqchi'. Co ciekawe, ta czekolada w ogóle nie konszowała.

Georgia Ramon Guatemala 62 % Trinitario Milk Chocolate to ciemna mleczna czekolada o zawartości 62 % kakao trinitario z Gwatemali, plantacji Cahabón, należącej do kooperatywy Fedecovera Q'Eqchi Mayas Farmers.
Średnio prażona, mielona 72 godziny, 0 godzin konszowania.

Ku mojemu zdziwieniu zapach był bardzo, bardzo delikatny, choć wyraźnie należał do prażonych orzechów laskowych. Trafiłam tu na wręcz kwiatową lekkość, a w trakcie jedzenia doszukałam się jeszcze czerwonych owoców.

Tabliczka mimo ciemnego odcienia już na oko wyglądała na mleczną. W dotyku wydała mi się trochę sucha, a przy łamaniu trzaskała, kojarząc się z orzechami rozłupywanymi dziadkiem do orzechów. Odebrałam ją jako chrupką.
W ustach rozpływała się powoli, dość opornie, ale poniekąd rzadko. Nie wodniście, a dziwnie mlecznie. Nie zalepiała, raczej opływała. Poczucie tłustości neutralizowała szorstkość, a właściwie nawet ziarnistość.

Od pierwszego kęsa w ustach eksplodowała słodycz mocno palonego karmelu, który opadał z...

...prażonych czy właśnie karmelizowanych orzechów laskowych wtopionych w śmietankę. Mleczny smak zaznaczył swoją obecność, po czym rozchodził się na wszystkie strony, zatapiając i pochłaniając orzechy zupełnie.

Słodycz rosła, choć wydawała mi się coraz bardziej zwiewna. Po paru chwilach wręcz kwiatowa - taka właśnie zaczęła dominować. W tle pojawiła się trudna do sprecyzowania, "dziwnie znajoma" nuta jakiś owoców (czerwonych?). Na moment stała się dziwnie cukierkowa, a potem bardziej konfiturowa (konfitura wiśniowa?).

Kwiatowość i roślinność wniosły pewien chłodek, orzeźwienie... Mleko i śmietanka zareagowały szybko i popchnęły słodycz w kierunku bardziej im odpowiadającym. Dopiero po paru kęsach zorientowałam się, że czuję wyjątkowo słodki i taki "podkarmelowany" jabłecznik z miękkimi, słodziutkimi jabłkami pod równie słodką, orzechową kruszonką... W sumie równie dobrze mogło to być ciasto z gruszkami. Na pewno podane ze szklanicą mleka.

Oto nagle poczułam ryż. A za chwilę był ryż na mleku / śmietance. Powiązane to było z kruszonką i powyższymi smakami, przechodziło przez nie... Przed oczami miałam takowy ryż z jabłkami / gruszkami karmelizowanymi i... może z orzechami w cynamonie? Lekka gorzkawość pod koniec nieco przebiła się przez fuzję nienachalnej słodyczy. Zrobiło się bardziej gorzko-korzennie, wręcz pikantnie (wrażenie przypraw podkręcała struktura), choć wciąż mocno śmietankowo.

W posmaku pozostały orzechy laskowe, śmietanka  i mocna, słodka nuta prażenia wraz z kwiatami / roślinnością ryżu, przyprawione w odważny, korzenny sposób.

Całość wyszła bardzo delikatnie, przyjemnie i ciekawie. Wyraźnie karmelowo-orzechowy, silnie ciepło-podprażony smak zestawiony z kwiatowo-owocową lekkością za sprawą mleka i śmietanki zaserwował ciekawe skojarzenia a to z ryżem na mleku, a to z ciastem. Czekolada okazała się znikomo słodka, mimo że jej nuty miały właśnie słodki wydźwięk. Nie była jednak specjalnie gorzka, a bardzo delikatna i śmietankowo-mleczna.

Sporo w niej podobieństw do Zottera Labooko Guatemala 75 %, acz GR była mało owocowa (kwasku nie czułam w ogóle), coś czerwonego jednak też czułam. Wspólne były prażone orzechy i mnóstwo karmelu. Ogrom maślaności w Zotterze w GR został zastąpiony smakowitą śmietanką.
O wiele dalej jej było do Duffy's Guatemala Rio Dulce 70 % - obie miały co prawda karmelizowano-prażono orzechowe i kwiatowe nuty, a nawet goryczkowate przyprawy pod koniec, ale nie dość, że bardziej owocowa, to Duffy's wydała mi się o wiele słodsza (za sprawą miodu) i jednocześnie wytrawniejsza.

Mimo że naprawdę smaczna, wydała mi się trochę nudnawa i za delikatna. Smak jakoś nie do końca zgrał mi się ze strukturą. Szorstkość pasowała do przypraw na końcu, ale ogółem do śmietankowego smaku, taka kremowo-śmietankowa, lepiąca konsystencja pasowałaby o wiele bardziej. Wynika to pewnie z braku konszowania (więc jest do zmiany). Kupiła mnie jednak brakiem maślaności (która to maślaność stanęła Zotterowi na drodze do zdobycia 10) i znikomą słodyczą.
Co więcej, teraz chyba widzę specyfikę mlecznych czekolad tej marki. GR Maranon Peru Nacional 60 % Milk też była znikomo słodka i kojarząca się z czymś (kaszą) na mleku.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 19%, surowy cukier trzcinowy

niedziela, 19 maja 2019

lody Snickers Ice Cream 500 ml

Mimo że niezbyt dobrze wspominałam batonowego loda Snickers, zobaczywszy nowości (pudełkowe lody Snickers, Mars i Maltesers) w Carrefourze pomyślałam, że z tego akurat może wyjść coś dobrego. Uznaję tylko lody pudełkowe, Snickersa kiedyś lubiłam, a w kwestii batonów lodowych moim największym zarzutem jest forma. Skoro więc uległa ona zmianie... Dwóch pozostałych smaków nawet nie brałam pod uwagę, bo nienawidzę pumeksowych Malteres i zalepiająco-cukrowych Marsów, ale czekolada, fistaszki i karmel brzmiały dobrze. O ile np. pudełkowe Magnumy wydają mi się bez sensu (mimo że obecnie nie lubię ani Magnumów, ani ogólnie patykowców), tak snickersowe pudło... wydało mi się dość atrakcyjne. Wahałam się, ale w końcu ciekawość wzięła górę.

Snickers Ice Cream 500 ml to "fistaszkowe lody z orzeszkami ziemnymi w mlecznej czekoladzie (10%), karmelem (7,5%) i sosem z mlecznej czekolady (7,5%)"; chociaż ja bym powiedziała, że z samym karmelem... no, chyba, że miejscami tak się wymieszał z sosem, że było to nie do odróżnienia; produkowane przez Mars Inc. i występujące w pudłach zawierających 500 ml. Zawierają 4% orzeszków w samej masie i są na bazie mleka.

Gdy tylko zerwałam wieczko, poczułam charakterystyczny zapach Snickersa, a więc moc fistaszków, słodycz karmelu i tutaj w sumie tylko akcent czekolady, a sporo mleka / śmietanki.

Twarda masa niechętnie się rozpływała. Robiła to powoli i w taki gęsty, ale jakby zagęszczony sposób. Nie była tłusta, odebrałam ją jako mleczną, a nie śmietankową. Nie wydała mi się specjalnie kremowa, a w pewien sposób lekka, czyli i tak przyjemna.
Dodatków było w niej bardzo dużo, wszystkie chrupiące. Orzeszki zaskoczyły mnie swoją zachwycającą świeżością i stopniem prażenia, tym jak chrupiące wyszły. Co więcej, każdy miał skórkę, którą uwielbiam.
Gorzej z czekoladą, która je pokrywała. Początkowo przypominała zimny plastik, ale po dłuższym czasie jakoś tam się sprawowała. Rozpływała się nieco ulepkowato,  ale w sumie jak polewo-czekolada. Zakładam jednak, że to dzięki niej orzechy nie zawilgotniały.

Obstawiam, że sos z mlecznej czekolady wymieszał się z karmelem, bo jego samego w pudle nie znalazłam, były natomiast "zawijaski", gdzie karmel wydawał się rzadszy (a w smaku mógł zdominować czekoladę zupełnie).
Karmelu było mnóstwo  raczej jako wielkie skupiska i grudy, niż zakrętasy a'la sos. Był klejąco-zalepiający, bardzo gęsty, ale właśnie trochę przypominający sos. Cechowała go niemal śliska gładkość, którą zaburzały pojedyncze scukrzone kawałeczki (kryształko-grudki?).

W smaku masa lodowa raczyła wyrazistymi fistaszkami i zaskakująco niską słodyczą. Fistaszkowość wyczuwalna była cały czas, słodycz rosła z czasem, ale w samej masie nie aż tak bardzo. Szybko dołączył do niej smak spienionego mleka czy bitej śmietanki. Taka... lekka, spulchniona mleczność. Ogólnie okazała się delikatna i przyjemna.

Fistaszki zaskoczyły mnie swoim świeżym, intensywnym smakiem. Prażone i charakterne - takie, jakie natychmiast kojarzą się tylko i wyłącznie ze Snickersem.
Naturalna gorzkawość i gorzkość skórek orzeszków wyszła tu obłędnie!

Bardzo słodka czekolada wydała mi się raczej ciemnawa, bo z nutką kakao, i przesłodzona, niż mleczna, ale to pewnie przez kontrastowo mleczne otoczenie masy lodowej.

Karmel... był bardzo słodki i niewątpliwie karmelowy, ale bardziej maślany i jak cukrowy kajmak, niż palony karmel. Czuć w nim cukier, ale jako jeden z wielu elementów lodów, jak najbardziej pasował. Tak słodki, że aż serce przyspieszało pracę. Na szczęście jego smak świetnie przełamały gorzkie skórki orzeszków. Miejscami, gdzie był rzadszy, wydawał się mniej karmelowy, bardziej mleczny (stąd wnioskuję, że mógł wymieszać się z sosem czekoladowym).

Wszystko razem było mocno orzeszkowe, słodkie i nie za ciężkie czy mulące.
Lody pozostawiły przyjemny posmak fistaszków, ale i poczucie słodyczy było bardzo, bardzo silne.

Całość prezentowała się bardzo pozytywnie, rzeczywiście snickersowo. Smaczna masa lodowa wyszła przyjemnie mlecznie i orzeszkowo (odlegle kojarzyła się nawet z masłem orzechowym), fistaszki po prostu cudowne, podkreślające jej smak, czekolada jak to średnia, "lodowa" czekolada, a karmel... cukrowo-zasładzający, ale jakże tu pasujący! Wszystko było po prostu dobrze wyważone, proporcje trafione.
Bardzo dobre lody. Aż się zdziwiłam, że tak mi smakowały.


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 15,49 zł
kaloryczność: 190 kcal / 100 ml
czy kupię znów: kiedyś mogłabym

Skład: odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, cukier, śmietanka, orzeszki ziemne, tłuszcz mleczny, pasta z orzeszków ziemnych, słodzone skondensowane mleko odtłuszczone, oleje roślinne (palmowy, kokosowy), syrop cukru inwertowanego, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, kakao w proszku, emulgator (lecytyna sojowa, E471), stabilizatory (E331, E339, E407, E410, E412), odtłuszczone kakao w proszku, sól, laktoza i białko z serwatki, serwatka w proszku, skrobia modyfikowana, aromaty, naturalny ekstrakt z wanilii, regulator kwasowości (E330, E500)

sobota, 18 maja 2019

Fazer Travel New York Iced Coffee & Mudcake mleczna kawowa z kawałkami czekoladowego ciasta

Mimo że nie kręcą mnie jakoś specjalnie zwykłe czekolady, w 2018 roku zarejestrowałam, że rynek czekolad jakoś poszedł w ciekawostki. Zaczęły rzucać mi się w oczy nietypowe połączenia, a nie tylko creme brulee, tiramisu i stracciatella jak jakieś 2-3 lata temu. Życie na zasadzie współlokatorstwa z Mamą ma tę zaletę, że nasze zakupy spożywcze tak się rozłożyły, że z czystym sumieniem kupuję czekolady, które nie mają zbyt dużych szans na posmakowanie mi na tyle, bym chciała zjeść całą tabliczkę. Wtedy po prostu ona kończy, a ja nic nie tracę (za to skrupulatnie kupuje wypisane przeze mnie rzeczy "zwyczajnie spożywcze").


Karl Fazer Travel New York taste of Iced Coffee & Mudcake / Iskaffe & Kladdkaka to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao o smaku mrożonej kawy i czekoladowego ciasta, a dokładniej mleczna kawowa z kawałkami kakaowego ciasta / ciastek.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach zaparzonej kawy i jakieś słodycze, ciasto lub cukierki, o kawowym smaku z zaznaczoną goryczką. Do kawy tej... podano kakaowe ciasto lub ciastka, których woń również wyraźnie czułam, zwłaszcza po przełamaniu. Ciasto w towarzystwie szklanicy mleka. Słodko, słodko, wciąż przyjemnie, ale jakoś tak nieczekoladowo.

W dotyku tabliczka wydająca się tłustym ulepkiem, przy łamaniu popisała się twardością. Ta jednak po części wynikała z grubości i dużej ilości dodatku. Powiedziałabym, że to taka twarda, mocno wtopiona w czekoladę kostka ciastkowa.
W ustach gładka czekolada rozpływała się dość szybko i łatwo, kremowo-tłustawo-maślanie. Dość maziście, choć nie wydała mi się specjalnie gęsta. Znalazło się w niej mnóstwo sporych kawałków.
Ciastka poniekąd rozpływały się wraz z czekoladą, mimo gęstości i zwartości, powiedziałabym że wręcz twardości. Chociaż w sumie... nie tyle rozpływały się, co "rozchodziły" na grudki. Pod naciskiem zębów ewidentnie "sprasowywały się" w grudko-miazgę, trochę chrupały, ale to ewidentnie ciastka nie do gryzienia, a więc teoretycznie takie, jakie lubię, ale... jakieś nazbyt twarde i zwarte.

Sama czekolada od początku w smaku to przede wszystkim słodycz cukru, powoli zalewana mlekiem z pobrzmiewającą w tle nutą kawy. Silną słodycz rozrzedzały coraz to kolejne fale ni mleka, ni śmietanki. Wyszło łagodnie i wręcz maślanie.

Po paru chwilach mleko i śmietankę podkreśliła nuta czegoś kawowego. Właśnie nie tyle samej kawy, co słodyczy o jej smaku. Wydobyła mleczność czekolady, osłabiła poczucie słodyczy, sama jednak aż taka wyrazista nie była. Mniej więcej w połowie, gdy zaczęły odsłaniać się dodatki, poczułam wyraźną gorzkawość. Trochę kawową, trochę mocno wypieczonych ciastek. Ułożyło się to w smak cappuccino, trzymając słodycz w ryzach.

Ciastka wniosły gorzkawość, owszem, jednak była przede wszystkim niemal "spalona", dopiero potem kakaowa. Zaplątała się przy tym odrobinka soli, mocno wypieczony smaczek. Gdy oddzieliły się od czekolady, a więc bliżej końca, okazały się bardzo słodkie, choć niewątpliwie z akcentem kakao w proszku. W tej słodyczy było coś cukierkowego albo raczej sztucznie-cukrowego.

Słodycz, ale i goryczka ciastek podkreśliły kawową nutę, pod koniec na wierzch mlecznej toni wydobywając lekką sztuczność. Końcówka wydała mi się jakaś przerysowana, dziwnie słodka - choć wcale nie za mocno, a jednocześnie wyraziście mleczna i kawowo-spalonociastowa.

W ustach pozostał posmak mleka i cukrowych ciastek kakaowych, przy czym pobrzmiewała sztuczna kawowość, kojarząca się z wyraźnie kawowym kremem cappuccino np. z wafelków.

Całość w sumie wyszła dobrze: mocno mlecznie, słodko, bo słodko, ale i "cappuccinowato", jednak... W tym poczuciu jakoś mi czekoladowość uciekła. Czułam się, jakbym zjadła kakaowe ciastka z mlekiem lub mocno mlecznym cappuccino, a jednak wolałabym czuć, że to jest wkomponowane w czekoladę. Ileż to razy kawę i czekoladowe ciasto czułam w ciemnych czekoladach jako nuty? O, takie coś kocham, za to tu... mnóstwo dodatku, który może i urozmaica, ale który raczej denerwuje. Kawowa nuta tak weszła w czekoladę, że to była taka mleczna kawowa tabliczka, a nie mleczna czekolada. Szkoda. Dobre, bo dobre, ale jakoś nie odczułam potrzeby zjedzenia więcej niż 1/3. Niby z pomysłem, a nudna. Niby wszystko takie, jakie być powinno, a jednak coś nie gra. Coś w niej było, że mi nie podeszła. Żeby było śmieszniej... Mama powiedziała to samo, dokładnie! "Wszystko jak trzeba, a jakoś chyba mi nie smakuje."


ocena: 7/10
kupiłam: Scrummy
cena: 12,99 zł (za 130 g)
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, maślanka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, uwodorniony tłuszcz kokosowy, skrobia pszenna, śmietanka w proszku, stabilizator (glicerol), lecytyna sojowa, sól, aromaty (w tym kawa)

piątek, 17 maja 2019

Moser Roth Saison Edition Johannisbeere Mandel ciemna 52 % z migdałami i czarną porzeczką

Uwielbiam czarne porzeczki, więc nie mogę pogodzić się z tym, że tak rzadko występują w czekoladach. Może nie ma się co dziwić, jak latem często nawet od ludzi na bazarkowych straganach słyszę, że nie mają, bo nikt nie kupuje. A ja biedna muszę zawsze latać i ich szukać, więc gdy tylko dowiedziałam się o tej czekoladzie, musiałam ją mieć. Na dalszy plan zeszło nawet to, jakiej to marki. A tak się złożyło, że Moser Roth, którą najpierw postrzegałam jako dobrą, potem Moser Roth Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter zburzyła cały mój pogląd. Po kolejnych doszłam do wniosku, że producent ten po prostu nie ma ręki do ciemnej czekolady. Wnętrze takiej Mousse au Chocolat Sauerkirsch-Chili wyszło dobrze, tylko właśnie czekolada tak sobie. No, a dziś przedstawiana to właśnie też ciemna, więc sięgając po nią aż wstrzymałam oddech. By mi tylko porzeczek nie zepsuła!
Dosłownie w trakcie jedzenia tej czekolady znalazłam w internecie (m.in. wikipedia i openfoodfacts, więc nie strony producentów), że Moser Roth zostało lata temu kupione przez Storck i obecnie pod tym szyldem Storck produkuje dla Aldi. To mnie zaskoczyło, bo właśnie jedynymi wartymi jakiejkolwiek uwagi Merci przez lata były według mnie te ciemne (+niedawno odkryte smakowite owocowe).

Moser Roth Saison Edition Johannisbeere Mandel to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z płatkami migdałów (6%) i czarną porzeczką (0,8%) w formie owocowej kostki na bazie jabłek.
Edycja limitowana na wiosnę / lato 2018; w opakowaniu 5 minitabliczek (łącznie 125g).

Po otwarciu poczułam przede wszystkim niewiarygodnie intensywny, a przy tym w pełni naturalny zapach świeżych czarnych porzeczek. Po przełamaniu doszła do tego "podsłodzona" nuta dżemowo-galaretkowa. Lekko palona czekolada wyszła przy tym jakaś nieobecna.

Przy łamaniu suchawe tabliczki trzaskały / chrupały, bo i płatki migdałów się łamały; same nie były jakoś specjalnie twarde. Dodatki mocno się trzymały, nic nie odpadało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, kremowo, nie za tłusto, a łatwo. Odsłaniała dużą ilość chrupiących płatków migdałów i owocowej kostki, której struktura była z pogranicza "zbitki idealnie gładkich, żelowatych przecierów", a galaretko-żelek. Okazały się miękkie, a zarazem bardzo zwarte, zbite. Lepiły się do zębów, były trochę soczyste i niezbyt chętne do rozpływania się. Mimo to wnosiły soczystość, dzięki czemu widmo pylistości wisiało jedynie bardzo, bardzo daleko.

Już w trakcie robienia kęsa poczułam tani posmak przepalonego, próchnowatego kakao, ale gdy tylko kawałek spoczął na języku, rozeszła się silna słodycz. Nabrała wydźwięku kakaowej polewy, ale nie przeszkodziło jej to we wzroście do przesady i zaserwowaniu smaku cukru. Łagodna gorzkawość zdawała się ukrywać posmak margaryny. Jednak to gorzkawość rozwinęła się, ale później. 

O wiele szybciej do głosu przebijała się czarna porzeczka. Za każdym razem najpierw poczułam wątek niemal cukierkowej słodyczy, a zaraz kwasek. Ewidentnie kwasek czarnej porzeczki, po którym rozchodził się jej słodko-cierpki smak. 

Gorzkawość miała mocno palony wydźwięk, podchodziła pod kawę, ale wydawała się w tym wszystkim o wiele za słaba. To już raczej jakiś scukrzony kakaowy sos / polewa. Wyłaniające się migdały nieco jej dopomogły, rozganiając słodycz. Do głowy przyszedł mi sos albo jakiś czekoladowy słodycz zajeżdżający marcepanem (ale nie sam marcepan!).

Migdały, mimo ewidentnej świeżości prawie nic nie wnosiły, może tylko prawie nieuchwytny orzechowy akcent (zwłaszcza, gdy rozgryzałam je w trakcie rozpływania się kęsa "obok czekolady"). Pod koniec, kiedy zebrało się ich więcej, owszem, można uświadczyć smaku delikatnych, świeżych migdałów.

Autentyczny smak czarnych porzeczek, zupełnie jakbym jadła świeże owoce, dominował, gdy cząstki odsłaniały się spod czekolady. Podczas rozgryzania wydawały się bardziej złożonoowocowe, porzeczkowo-jabłkowe, ale wciąż naturalne, mimo że bardzo, bardzo słodkie. Owocowa kwaśność walczyła, co nieco przełamała, ale wydawała się stłamszona. Przez chwilę czułam niespotykanie naturalne galaretki. W końcu ich słodycz odleciała w kierunku galaretkowo-cukierkowym. Po rozgryzieniu i zjedzeniu, galaretki kojarzyły mi się wręcz słodziaśnie z jakimiś gumami balonowymi.

Miałam wrażenie, że dodatki podkręcają w czekoladzie posmak taniości, margaryny. Coś zajeżdżało mi olejem - nie wiem, czy czekolada czy owocowe cząstki (?!). Czułam to zwłaszcza, gdy pod koniec dodatki się skumulowały.

Tak oto w posmaku pozostała czarna porzeczka jako cukierki i sztuczna guma balonowa, odległe wspomnienie kwaskawej świeżej, silne poczucie słodyczy i olej przykryty zaskakująco "czystymi w smaku" migdałami i kakaowo-czekoladową polewą.

Całość... zjadłam. Czarną porzeczkę bowiem czuć. To jednak czekolada tak "namiastkowa", że szkoda słów. Zmarnowali potencjał owoców. Przez większość czasu były cudownie świeżo-naturalne, dopiero pod koniec i w posmaku wylazły jakieś chemiczne paskudy. Owocowych kawałków było całkiem sporo, ale ich forma średnio do mnie przemówiła. Wyszły za bardzo lepiąco-zwarte. Wolałabym coś naturalniejszego, rzadszego w sensie: soczystszego. Migdałów napchali, a mimo że świeże, to jakieś... Nijakie, coś tam podkreślające (także wady). Sama czekolada wyszła kiepsko, bo polewowo i mało ciemnoczekoladowo. Powiedziałabym, że to jakość odrobinkę niższa niż Millano-Baron Luximo Premium Ekwador 72 %, ale zarazem o lepszej, bo bardziej kremowej, chętnej do rozpływania się konsystencji. Mam jednak wrażenie, że gdyby wyrównać zawartość kakao, wyszłoby na to samo.
No tak, to taka czekolada, którą można zjeść i tyle. Spoko jeść, ale potem zamiast cieszyć się posmakiem jak najdłużej, ma się raczej ochotę wypić kawę. Można spokojnie skończyć na jednej minitabliczce, można też zjeść wszystkie, bo za nudno-zwykła, by do niej wracać przez kilka dni; można wcale nie zjeść. Ja zjadłam, bo czarna porzeczka, nie miałam komu oddać, czarna porzeczka, a jednak na tyle spoko, że wyrzucić żal i czarna porzeczka.


ocena: 6/10
kupiłam: odkupiłam od osoby prywatnej
cena: 7 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g; 1 minitabliczka (25g) - 136kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, płatki migdałów, skoncentrowany przecier jabłkowy, syrop fruktozowo-glukozowy, przecier z czarnych porzeczek, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, aromaty, koncentraty barwiące (czarna marchew, borówka), substancja żelująca: pektyny; regulatory kwasowości (sok cytrynowy, sok jabłkowy), olej palmowy

czwartek, 16 maja 2019

Mazurskie Miody Polski Miód gryczany 2019; 2024

Po przeprowadzce wyszła chyba tylko jedna problematyczna "spożywcza" kwestia... Co ze sprawdzonym miodem gryczanym? Mama odczuła to o wiele szybciej niż ja, bo ja ogólnie bardzo, bardzo rzadko jem wszelkie słodzidła, no ale właśnie gryczany jest to jedyny miód, który używam (a nie np. kupię jako ciekawostkę, by spróbować i razem zaprezentować na blogu, by potem i tak kończyła Mama). Pewnego dnia potrzebowałam dosłownie trochę do masy z maku i bakalii, a resztę miała kończyć Mama, więc kupiłyśmy jakiś tani, z marketu. Maminy wzrok przyciągnął napis "mazurski".

Mazurskie Miody Polski Miód gryczany to miód pszczeli nektarowy gryczany; kraj pochodzenia to Polska - od Mazurskich Miodów Bogdana Piaseckiego (strona internetowa: mazurskiemiody.pl), ale zakupiony w Lidlu.

Po otwarciu poczułam przecudownie wyrazisty, goryczkowaty zapach charakternego miodu. Silna słodycz i gryka tworzyły kuszące, niemal "kręcące w nosie", niczym panienka kręcąca biodrami, połączenie.

Miód był bardzo ciemny, wydawał mi się gęstawy, a gdy lał się, tworzył zadowalający stożek. Po bokach lekka pianka (?), na dnie w dniu odkręcenia był lekko scukrzony. Na oko - może być.
(Po miesiącu na dnie mocno się scukrzył.)

W smaku przodowała czysta, powalająca słodycz, a potem rozchodził się smaczek gryki. W gardle pojawiała się lekka goryczka wraz z drapaniem wywołanym słodyczą.
Bardzo, bardzo słodki, a jednak specyficznie wyrazisty. Czuć, że to miód gryczany, owszem, ale gryczany, a jednak przede wszystkim słodki.

Przy większej ilości miałam wrażenie, że pobrzmiewa w nim kwasek, którego w gryczanym jeszcze nigdy nie czułam.

W porównaniu z miodem z Tesco był jakiś... ewidentnie słodszy i z jeszcze mniejszą głębią. Ok, to niezły miód w tej cenie i przy tej dostępności, ale daleko mu do tego z Tesco.


ocena: 7/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Lidl
cena: około 13-14 zł (za 400g)
kaloryczność: 318 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak żaden lepszy się nie trafi - kto wie?

-----------
Aktualizacja z dnia: 20.12.2024

Prawdę mówiąc, po popróbowaniu różnych opcji z miodem z pasieki Moja Pszczoła Nektarowy Gryczany, z Mamą naprawdę się wkurzyłyśmy. Drogi, powinien być dobry, a... nie był. Tak intensywnie wszystko psuł, że uznałyśmy, że za nic w świecie nie chcemy dodać go do naszej masy makowej na Yule. Stąd i Mama kupiła potem pierwszy lepszy miód w niskiej cenie, na jaki się natknęła. Mnie coś się kojarzył... wpisałam i... a jak! Był na blogu. Postanowiłam więc sprawdzić, czy nadal jest taki niezły. W końcu zbiór zbiorowi też nierówny.

Po odkręceniu poczułam intensywny zapach ciemnego miodu, w który wpisało się sporo kwiatów. Był wręcz drapiący, a gryka zaznaczyła się w tle.

Tym razem miód był bardzo lejący, krystalizacja nie zaczęła się. Lany z łyżeczki tworzył stożek, jego krople układały się w kuleczki, a na łyżeczce powstawała wypukłość, jak powinien.

W smaku znów poczułam średnio intensywną słodycz, za którą zaznaczyła się nieśmiała gryka. Słodycz błyskawicznie mocno wzrosła.

Wraz z nią pokazała się w oddali też ni goryczka, ni pikanteria. W tym czasie w gardle słodycz zaczęła drapać. Gryczaność pobrzmiewała delikatnie. Słodycz za to zdawała się nie mieć końca, chwilami zmierzała ku kwiatom, a w oddali odnotowałam lekki kwasek, wpisujący się w gryczaną pikanterię.

Po zjedzeniu czułam silną słodyczą i lekką, kwiatową pikanterię.

Tak, miód dalej trzymał poziom. Nie był do potęgi gryczany i goryczkowaty, a bazowo bardzo słodki, ale i tak to naprawdę porządny miód w przystępnej cenie. Odbieram go jako uniwersalny, choć wyraźnie ciemny.


ocena: 7/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: z tego, co pamięta "jakoś 13-15 zł" (za 400g)
kaloryczność: 319,2 kcal / 100 g

wtorek, 14 maja 2019

Moser Roth Chocolat Delice Edel Nugat mleczna z nugatem z orzechów laskowych

Po okropnej, miękko-mdłej Moser Roth Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter bałam się sięgnąć po drugą tabliczkę z linii Chocolat Delice. Nie dość, że mleczna, to jeszcze nugat - toż to będzie jeszcze słodko-tłustsze! Zastanawiałam się, czy po jednym kęsie nie padnę trupem. Pocieszałam się przynajmniej, że nie trafił do mnie trzeci smak (mleczna z pralinowym nadzieniem), a z mlecznej z nugatem to może przynajmniej Mama się ucieszy.

Moser Roth Chocolat Delice Edel Nugat to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana nugatem z orzechów laskowych (45%).

Po rozchyleniu papierka poczułam bardzo słodki zapach o wydźwięku całej mieszaniny słodkości z wyraźnym przewodnictwem orzechów laskowych. Delikatna, cukrowo-waniliowa mleczna czekolada, ewidentnie laskowoorzechowy nugat, śmietanka czy nawet pewna maślaność i coś bliżej nieokreślonego tworzyły razem słodziutko-delikatny, smakowity bukiet (acz nie byłam pewna, czy specjalnie w moim stylu).

Jasne tabliczki przy łamaniu wydawały się delikatne, nie stawiały oporu. Stały na granicy miękkości, przy czym przy robieniu kęsa, całość uginała się (jakbym wgryzała się w masło lub gianduję), choć była zwarto-zbita.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, acz leniwie, bardzo kremowo i tłusto w maślano-śmietankowym kontekście, zalepiając przy tym nieco i zarzucając kwestię lekkiej proszkowości.
Nugat również nie był gładki, a proszkowo trzeszczący, jakby był zrobiony z idealnie zmielonych laskowców i cukru pudru. Rozpływał się szybciej od czekolady z racji oleistości, ale nie był taki znowuż rzadszy niej, a jednak ogólnie tłustszy. Przejście od czekolady do niego wydało się idealnie spójne.

W smaku czekolada przywitała mnie silną słodyczą, ale także mocno mlecznym, niemal maślanym smakiem. Było to przesłodzone i wyraziste zarazem. Do mleczności i cukru po chwili doszła wanilia, by zaskoczyć swoją wyrazistością, a maślano czekoladowy smak pobrzmiewał orzechami (nawet gdy spróbowałam oddzielonej czekolady, więc zakładam, że przesiąknęła wnętrzem). Wyszło to uroczo, jak czekoladki dla dzieci.

Wanilia i maślaność zaczęły się szybko nakręcać, a słodycz wzrosła aż podrapując w gardle. Orzechy roztaczały swój smak powoli, ale skrupulatnie. Usta powoli zalał smak laskowców w delikatnym, choć wyraźnie nugatowym kontekście. Były na stałe splecione z maślanym motywem. Kojarzyło się to, tak całościowo, niemal białoczekoladowo, przy czym orzechy laskowe były świetnie wyczuwalne. Nugat wcale nie zagłuszył smaku czekolady - ten pobrzmiewał cały czas.

Czekolada podkreśliła orzechy laskowe w nadzieniu, które mniej więcej w połowie wyszły na przód, by później utonąć w przecukrzonym smaku. Mleczno-maślana końcówka robiła się coraz słodsza, choć wciąż uroczo dziecinnie czekoladowa.

Po wszystkim pozostało lekkie przesłodzenie i przetłuszczenie, ale nie było to negatywne. Wyraźnie czułam posmak maślany, nugatowy (nie tyle samych orzechów laskowych, co właśnie słodkiego nugatu), niemal białoczekoladowy, wtoczony w mieszankę wanilii i cukru.

Całość wyszła... zaskakująco cudownie. Owszem, było bardzo słodko, ale zarazem wyraziście. Wanilia, nuty niemal białoczekoladowe i ogrom maślaności po prostu pasowały do smaku uroczej, słodko-mlecznej czekolady i delikatnego, ale intensywnie orzechowego nugatu.
Czuć, że wszystko było tu dobre jakościowo - doceniam to, jak i sam smak, chociaż mi chyba trochę przeszkadzała taka kumulacja słodyczy i tłuszczu. Poziom słodyczy i tłuszczu był podobny do płaskich Lindt Creation.
Ta czekolada skojarzyła mi się z J.D. Gross Orzechy laskowe 32 % mleczna z musem orzechowym i orzechami laskowymi, z tą różnicą, że w Moser Roth nie czułam cienia toffi, za to mnóstwo czekoladowo-białoczekoladowych wątków.
Zwłaszcza po Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter jestem w szoku, bo dzisiaj przedstawiana okazała się przepyszna. To jakby J.D. Gross mleczna 33 % z mielonymi orzechami laskowymi w formie czekolady nadziewanej, tylko też bez nut toffi. Historia z Grossami, czyli dopasowanie formy do smaku się powtórzyła: J.D. Gross Orzechy laskowe 32 % mleczna z musem orzechowym i orzechami laskowymi smakowała mi bardziej niż J.D.Gross Trufle 56 %. Niestety, w przypadku Moser Roth różnica była o wiele większa. Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter to okropieństwo ze złym składem, a dzisiejsza - coś pysznego z dobrym. O tak, składniki mają znaczenie, ale... także miękkość, maślaność i słodycz to coś, co po prostu jest stworzone dla nugatu orzechowego, a jednak ciemna czekolada i kakao dobrze się z nimi nie łączą.
A koniec końców Mama się nie ucieszyła... bo nie dostała.


ocena: 9/10
kupiłam: ktoś mi kupił "na zlecenie" w Niemczech
cena: 7 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g; 1 minitabliczka 37,5g - 209kcal
czy kupię znów: mogłabym kiedyś

Skład: czekolada mleczna (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), cukier, zmielone orzechy laskowe (14,9%), tłuszcz kakaowy, maślanka w proszku, produkt z serwatki, masło klarowane, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, miazga kakaowa, laktoza, aromaty

poniedziałek, 13 maja 2019

Lindt Lindor Dark / Dunkle 60 % Stick ciemna z nadzieniem kakaowym

Początkowo postrzegałam serię tabliczek Lindt Lindor jako nieatrakcyjną, bo o samych kulkach Lindor nic dobrego (czyt.: w moim stylu) nie słyszałam, ale i  "na oko" nie widziały mi się dobrze - ulep z cukru i oleju palmowego? Dziękuję, postoję. Poza tym, miękkie to pewnie, tłuste... 60 % kakao to nie za wiele... W dodatku najpierw zaczęłam je widywać w formie tabliczek z podziałem na pojedyncze kostki, a takiego nie cierpię najbardziej, ponieważ lubię móc sama decydować jak gryźć, jaki kęs itd. Na przeciw wyszła mi jednak forma mini, a więc batonowo-paluszkowa. Na nią ochoty nabrałam, bo nie dość, że mała (przy rozczarowaniu nie trzeba wiele męczyć), to jeszcze mogłam sobie połamać, jak chciałam. Najpierw przeczuwałam coś słodko-miękkiego, ale smakowitego, jednak... jakiś czas po Moser Roth Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter zaczęły narastać obawy, że wyjdzie coś w podobie, toteż degustację przyspieszyłam, by już mnie ten lęk nie dręczył (w końcu jeszcze bym zaczęła mieć koszmary lub jakiegoś paraliżu sennego dostała).


Lindt Lindor Dark / Dunkle 60 % Stick to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z "delikatnie rozpływającym się nadzieniem"; powiedziałabym, że z kremem kakaowym - w formie palucha / batona.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach "kakałkowy", który skojarzył mi się z bardzo słodką, maślaną masą kakaową (np. do ciasta). Początkowo wydał mi się średnio przyjemny, ale dopiero po przełamaniu zdecydowałam, że smakowity nie był. Nasiliła się maślaność i słodka "grzybowość".

Przy łamaniu paluszek odrobinę tylko pykał, już w dotyku był tłusty. Nadzienie wyglądało na plastycznie-maziste i dość rzadkawe.
Gruba warstwa czekolady rozpływała się w miarę powoli, tłusto-kremowo, acz z wyraźnym proszkowo-ściągającym efektem kakao. Była prawie tak miękka jak Lindt 47 % (czyli z serii Excellence), acz jakby "suchsza".
W nadzieniu, rozpływającym się o wiele szybciej od czekolady i jakby wyciskającym się spod niej, nie wykryłam za to ani odrobiny suchości. Cechowała je oleiście-rzadka tłustość. Było idealnie gładkie, śliskie i plastycznie kremowo-margarynowe.
Czekolada z czasem miękła wraz z nadzieniem i mieszała się z nim, po czym na szczęście zostawała dłużej, bo jednak była to kremowo-miękka czekolada, a nie gruda-ulepek (czy np. "skorupka" jak w przypadku Ritter Sport Marzipan).

W smaku czekolada przywitała mnie wytrawnym smaczkiem kakao, lekką gorzkawością i silną słodyczą. Wyszła palona, lekko kawowa i niezła, acz bardziej od znanych mi Lindtów cierpko-kakaowo niż ciemnoczekoladowo.

Nadzienie pewną kakaowość kontynuowało, ale wydało mi się głównie margarynowo-mdłomleczne i słodkie.

Gdy czekolada się uginała, a po ustach rozpływała się oleista margarynowość i cierpkawość kakao (ale nie gorzkość) jakby uwypukliły się. Analogicznie rosła słodycz, a nie gorzkość. Dominował "kakałkowy" smak zalatujący trochę pod jakiś... kakaowy / kawowy likier, niby-alkoholowość. Było w tym też coś przearomatyzowanego. Smaki nie były napastliwe, wszystko wyszło łagodnie.

Końcówka zrobiła się bardziej maślano-margarynowa, trochę mleczna, co osnuła za silna słodycz i lekka gorzkawość ciemnej czekolady.

Na ustach pozostało poczucie tłuszczu, w gardle i na jęzorze lekkie przesłodzenie i cierpkawy posmak kakao, wmieszany w ogrom tłuszczy, słodką ciemną czekoladę i coś lekko mlecznego.

Kompozycja wyszła... dziwnie. Rzeczywiście bardzo podobnie do Moser Roth Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter, ale z nieco lepszą czekoladą - Lindt był wprawdzie miękki, ale nie aż tak, żeby się rwał (choć są pewnie tacy, którzy będą woleli ogólną miękkość i właśnie rwanie). W kwestii nadzienia... Lindt też był okropnie margarynowo-oleisty, no, nieco mlecznawy bardziej. To jednak nie przełożyło się na mlecznawość całości - mlecznie nie było. To twór kakałkowy jak się patrzy, ale brak mu wytrawności i głębi ciemnej czekolady. "Mięciutka kakaowa masa do ciasta" w formie tabliczki (paluszka). W smaku mdłe, rozmyte... Nawet nie takie przecukrzone to, ale jednak i nie kakaowe.
Nierwąca się czekolada (jednak "aż" 10 % kakao więcej) i odległa, alkoholowa sugestia sprawiły, że to twór lepszy od Moser Roth, ale w sumie minimalnie, gdy weźmie się stosunek ceny do jakości.
Połowę oddałam Mamie, bo mi to było za oleisto-tłusto-mdłe, a ona uznała, że "dobre, takie muziaste,  słodkie, chociaż ja to nie lubię takich... wolę, jak nadzienie jest jakieś, konkretne, np. zabajone, karmelowe" - z czego wynika, że odpowiadała jej słodka tłustość, ale zgodziła się co do tego, że smak w sumie nijaki (co w jej oczach było na plus, bo ciemnych czekolad i kakaowych rzeczy nie daje rady jeść, nie lubi). Jej pozytywny odbiór to raczej nie pochwała dla czegoś, co ma być wykwintnie ciemnoczekoladowe.


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,99 zł (za 38g)
kaloryczność: 615 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, oleje roślinne (z orzecha kokosowego, olej palmowy), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, masło klarowane, laktoza, lecytyna sojowa, odtłuszczone mleko w proszku, wanilia, ekstrakt słodu jęczmiennego, aromaty