poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Mullermilch fistaszki w czekoladzie

Kiedy byłam mała, nie cierpiałam mleka. Co dziwniejsze, jadłam owsianki, kasze itp. bez problemu, ale mleka samego w sobie po prostu nie mogłam przełknąć. Odkrycie mlek smakowych otworzyło mi jednak bramę do przepysznego, mlecznego świata, w którym pozostałam aż do teraz i bez mleka, czy to zwykłego, sojowego, migdałowego, czy jakiegokolwiek innego nie wyobrażam sobie życia. Samego w sobie może nie piję za często, ale czasem, gdy naleję sobie szklankę, by popijać nią ciasteczka lub sękacze, po prostu odpływam... Co do kolorowych, smakowych mlek... tu się trochę zmieniłam. Owszem, dalej je lubię, ale spożywam bardzo rzadko. Większość jest jakaś albo bez smaku, albo za słodka, albo coś innego mi w nich nie pasuje. Do Mullera ogólnie mam słabość, więc jak się pewnie domyślacie, obok nowego smaku Mullermilch'a mimo wszystko przejść obojętnie nie mogłam. Tym bardziej, że smak ten to fistaszki w czekoladzie.

Otworzyłam, powąchałam (też zawsze zanim coś zjecie, to wąchacie?) i stwierdziłam, że pachnie smakowicie. Czuć i orzeszki, i czekoladę. To drugie chyba jednak bardziej. 
Nalałam sobie do szklanki... hm, kolor, jak to w mullermilch'ach blady, jakby wyblakły i oczywiście brązowy. Czy ze smakiem będzie to samo? Czy jednak pójdzie w kierunku zapachu? 
Pierwszy łyk... czuję słodycz i smak mleka czekoladowego (całe szczęście, że mleka, bo za jogurtami pitnymi jakoś nie przepadam). Czekolada oczywiście jest dość silnie wyczuwalna. Znaczy, ciężko to nazwać czekoladą, a raczej jej smakiem. Wiadomo, w takim produkcie nie wyczuje się żadnej przyjemnej goryczki, ani nic. Smak idzie w kierunku tego słodzonego kakao dla dzieci. Zaraz, zaraz... orzeszki ziemne również czuć. Słabiej, bo słabiej, ale czuć. 
Tak jak się obawiałam, smak jest nieco mdły. Znaczy... smak czekolada&orzeszki jest mdły, bo cukier to czuć aż za bardzo, przez co nie dałam rady wypić tego na raz, i... szukałam innego zastosowania. Wyszło desperacko, bo zainspirowana zdjęciami z internetu spróbowałam zrobić z tym owsiankę na słodko (bo normalnie jem czystą: płatki + mleko). Jakoś poszło.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3 zł z kawałkiem
kaloryczność: 80 kcal / 100 g
czy kupię znów: wątpię, ale nie mówię "nie"

(zmieszałam z odrobiną zwykłego mleka i zrobiłam owsiankę z orzeszkami i KitKat Pop Choc - wyszło tematycznie, pasowało, muszę przyznać - ale dla mnie nie do powtórki) 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Milka Oreo 300 g mleczna z kakaowym ciastkiem i kremem mlecznym

Wiecie co dziś za dzień? Dzień Czekolady! :D

Jakiś czas temu na blogu pojawiła się recenzja 100-gramowej wersji Milki Oreo, więc przyszła pora również na jej większą koleżankę. Jak może już pisałam, czasem nachodzi mnie na coś przeraźliwie słodkiego i wtedy właśnie sięgam po Milkę. Mam do tej marki sentyment i nie ukrywam, że czekolady spod znaku fioletowego bydła lubię, chociaż do wykwintności im daleko. 

Nie lubię dużych tabliczek. Małe i tak sobie dzielę, a duże? Duże jem przez bardzo długi czas, po drodze czasem tracąc na nie ochotę. Dlatego mam za złe producentom, że niektóre czekolady są dostępne tylko w wersji dużej. Milka Oreo 300 g różni się od 100-gramowej i to nie jakimś tam szczególikiem. Całe jej wnętrze jest inne. Tutaj to czekolada mleczna z nadzieniem mlecznym o smaku waniliowym (38%) i herbatnikami kakaowymi Oreo (16%).


No właśnie. Pokryte czekoladą. Jest ona dość cienka, tak, że struktura czekolady bardziej przypomina mi batona. Naprawdę nie byłabym zła, gdyby wydano ją w wersji batonikowej, bo każdy rządzik taki właśnie baton przypomina. Łamie się to niewygodnie (to ciastko w środku - czasem zostanie go więcej, czasem prawie wcale, bo zostało przy wcześniejszym rządziku), a w dodatku, przez ilość tłuszczu, szybko się rozpuszcza i błyszczy się jak psu...nos. 
Jak na tak grubą tabliczkę, kostki według mnie są za małe. 

Na szczęście smak prezentuje się już nieco lepiej. Czekolada, jak to Milka, straszliwie słodka, jednak nie jest jej aż tak strasznie dużo, żeby miała zaraz drapać w gardle. Krem mleczny jest jeszcze słodszy i, tak jak już pisałam, po prostu mleczny. Według producenta smak ma być waniliowy. Pojęcia nie mam, gdzie tu niby ta wanilia. Jest jej tyle, ile goryczki kakao w samej Milce. 
Gdyby na tym zakończyć, czekoladę oceniłabym raczej nisko, ale to, co najlepsze w tej czekoladzie, dopiero przed nami.
W samym środku znajduje się ciastko Oreo. Kakaowe i kruche. Właśnie ono nadaje czekoladzie smak o wiele bardziej zrównoważony od pozostałych warstw. Kakaowe, czyli lekko gorzkie, powiedziałabym, że raczej dobrze wypieczone i, co chyba najlepsze, leciutko, minimalnie słone. Tak odrobinkę, ale jednak.

Tabliczkę przyjemnie je się na dwa sposoby: chrupiąc i gryząc (ciastko w końcu nie jest ani twarde, ani miękkie, tylko po prostu ciasteczkowo kruche) lub pozwolić kostce się rozpuszczać, bo owe ciasteczko również się w końcu rozpuści. W tym drugim sposobie jednak najpierw uderza nas słodycz, a herbatnik robi swoje dopiero pod koniec. 

Ta czekolada o wiele lepiej by się sprawdziła, gdyby wydano ją w formie batonika. Albo przynajmniej w wersji 100 g (mogłaby być przecież kwadratowa jak Ritter Sport, bo wiem, że kostki swoje ważą), wtedy byłaby może w ilości odpowiedniej do zjedzenia.
Osobiście wolę wersję 100-gramową, z pokruszonymi ciasteczkami.

Aktualizacja z 14.07.2015: Najpierw wystawiłam 9/10, ale kiedy spróbowałam Bellarom z ciasteczkami, postanowiłam obniżyć Milce ocenę.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6.99 zł (promocja)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (olej palmowy, olej z ziaren palmowych), mąka pszenna, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku (z mleka), odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku (2%), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu (1%), skrobia pszenna, syrop glukozowy, emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), pasta z orzechów laskowych, substancje spulchniające (węglany potasu, węglany amonu, węglany sodu), sól, aromaty

sobota, 11 kwietnia 2015

Twix White

Nie wiem od czego zacząć, więc może od samego początku. Kiedyś lubiłam wszelkie bardzo słodkie batony, a Twix był w mojej czołówce. Na chwilę obecną nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio jadłam jakikolwiek z nich, ale gdy zobaczyłam wersję białą, nasunęła mi się myśl, że może warto by tak kupić coś starego (w sensie... oklepanego, znanego) z powiewem świeżości (niczym powiew chłodnego wiatru, targającego liści drzew... i wiejącego od ruchliwej autostrady). Tak, Twix White nie różni się niczym innym od klasyka, niż czekoladą, którą został oblany. Czekoladę mleczną wyparła biała czekolada. W Twixie to niby nowość (która weszła już dawno temu), w innych batonach również zastosowana, czyli w sumie nic innowacyjnego.                                        


Ja jednak cieszę się, że chociaż trochę ta różnorodność na rynku jest wprowadzana, gdyż każdy znajdzie coś dla siebie. Czy ten batonik to coś, czego szukałam?

Kiedy już go otworzyłam, poczułam słodki zapach, taki jak w białych czekoladach, dość smakowity, więc nie czekając długo, spróbowałam. Sama czekolada jest bardzo śmietankowa z lekkim posmakiem wanilii i oczywiście, ogromnie słodka. To ostatnie na szczęście wcale nie sprawia, że batonika nie da się zjeść. Nie jest to czekolada marzeń, to po prostu produkt średni, a nie jakieś nie wiadomo co z margarynowym posmakiem. Warstwa jest na tyle cienka, że wyraźnie czuć białą czekoladę (średniej klasy), lecz nie mdli, jak to potrafi bardzo słodka biała tabliczka. Karmel jest zbity, gęsty. Nie ciągnie się, więc przynajmniej nie obkleja wszystkiego dookoła, jednak jak już trochę się w ustach rozpuści, zaczyna sklejać zęby i w tym właśnie to momencie wydobywa się spotęgowana słodycz, której w pierwszym momencie nie czuć. Wyczułam nawet jakby minimalny słonawy posmak (albo to moje urojenia). Na szczęście, na ratunek od tej całej słodkości, przybywa nam ciasteczko, które jest suche, kruche, dość twarde i dobrze wypieczone. Dodaje ono batonikowi równowagi, ze względu na to, że prawie w ogóle nie jest słodkie. Pasuje do całości i chyba podbija ocenę rasistowskiej wersji Twixa.

Całkiem smaczny wyrób na spróbowanie, na raz. Od klasyka różni się tylko (i aż) czekoladą, co czuć dość wyraźnie, a także odrobiną wanilii, lecz ogólnej opinii o batonie raczej nie zmienia.


ocena: 7/10
kupiłam: jakiś sklep osiedlowy 
cena: nie pamiętam, ale dość niska, coś koło 1-2 zł 
kaloryczność: 498 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie 

piątek, 10 kwietnia 2015

Zotter Cheese-Walnut-Grapes ciemna mleczna z serem, orzechami włoskimi i rodzynkami

Przemierzając internet (a konkretniej bloga Basi), pewnego dnia natrafiłam na czekoladę mleczną z 60 % kakao Zottera Cheese-Walnut-Grapes, czyli z serem, orzechami włoskimi i rodzynkami, z dodatkiem octu jabłkowego balsamicznego. Nie wiem jak Wam, ale mi brzmi to na sernik. Zakochałam się platonicznie w tym smaku, gdy tylko znalazł się w zasięgu mojego wzroku, miłość od pierwszego wejrzenia. Sernikowa czekolada? Pomyślałam, że zapłaciłabym każdą cenę za możliwość zaopatrzenia się w tę tabliczkę. Niestety, nie znalazłam jej w żadnym internetowym sklepie (jeszcze nie wiedziałam, że można ją zamówić w Galerii Słodyczy, mimo, że nie ma jej w sprzedaży). Ból i rozczarowanie były ogromne, ale powiedziałam sobie, że trzeba żyć dalej. 
Kilka dni temu, przejeżdżając przez Białystok, postanowiłam zajrzeć do sklepu ze zdrową żywnością. Może by tak zaopatrzyć się w masło z nerkowców? Może przy okazji jakiś Zotterek? 
Moje plany szybko runęły, gdy zobaczyłam, jakie smaki czekolad oferuje sklep. 
Nie wierząc własnym oczom, drżącymi rękoma sięgnęłam po Cheese-Walnut-Grapes, o której właśnie jest dzisiejszy wpis.


Moja miłość zostanie podtrzymana, czy czeka mnie brutalne rozstanie ze złudzeniami? 

Już wydobywając czekoladę z papierka z prostą grafiką, a potem powoli rozkładając drugi, pozłacany, poczułam intensywny, czekoladowy zapach. Taki, dzięki któremu wiemy, że mamy do czynienia z naprawdę porządnym wyrobem z dużą ilością kakao.


Moim oczom ukazała się w końcu gruba, solidna tabliczka o kolorze ciemnawego brązu. Nie była to żadna czerń, ale i nie cieplutki, jaśniutki kolorek. 
Rozłamałam na pół. Warstwa czekolady jest bardzo gruba na dole i nieco cieńsza na górze. Wewnątrz znajduje się masa koloru mlecznego karmelu.

Zrobienie zdjęć przed spróbowaniem było prawdziwym wyzwaniem.
Najpierw, uderzyła mnie słodycz. Mleczna, bardzo słodka jak na 60 % kakao, czekolada rozpuszcza się gładko i umiarkowanie, jest lekko tłustawa. Kakao stanowi tutaj mocny akcent, jednak spodziewałam się, że będzie jeszcze wyrazistsze. 
Kiedy czekolada zaczynała odsłaniać nadzienie, wiedziałam, że mam do czynienia z istnym sernikiem, w wersji mini. Ser jest kwaskowaty, jednak wciąż słodki. Nie muląco, ale delikatnie, niczym letni, muskający twarz wietrzyk. Twarogowy smak, z jogurtowym posmakiem.
Na pewno wiecie, że ser do sernika może być bardziej, lub mniej przemielony. Mi jest wszystko jedno, kocham serniki w każdej postaci. Tutaj mamy ser lekko przemielony, ale nie jest to idealnie gładka masa, ku uciesze obu stron. Balsamiczny ocet jabłkowy daje o sobie znać, nie wpływając bardziej na ogólny smak. Sprawia on w dziwny sposób, że od razu przed oczami mam lekko owocowy, domowy sernik babci. 
To na szczęście nie koniec.

Jako dziecko, nie lubiłam serników z rodzynkami. W ogóle nie lubiłam rodzynek w czymkolwiek, teraz jednak drobny ich dodatek docenić potrafię (ale serniki dalej wolę w wersji czystej). W czekoladzie Zottera rodzynki są drobne i soczyste, tak, jak tylko rodzynki potrafią być soczyste. W tabliczce znalazłam ich dosłownie kilka, więc były po prostu przyjemnym dodatkiem, tak jak ocet, nie ingerującym zbytnio w smak całości. 
Jeszcze jeden dodatek to kawałki orzechów włoskich. Czynią one czekoladę odrobinę orzechową. Pozostając na języku dają mocnego, smakowego kopa. W końcu to orzechy o dość intensywnym i charakterystycznym smaku. Kiedy czekolada się rozpuszcza, czuć tylko ich nutkę, ale potem... cudnie grają swoją rolę. 
Mogę podsumować całą tę długą recenzję dwoma słowami: czekolada doskonała, bo taka właśnie jest. Nic dodać, nic ująć. 
Jedząc, nie mogłam się od niej oderwać. Wszystko współgrało doskonale, było wyważone. 


ocena: 10/10
kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
cena: 16.50 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak (jak nadarzy się jakaś specyficzna okazja)

Skład: surowy cukier trzcinowy, masa kakaowa, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, orzechy włoskie (8%), mleko, ser (5%), syrop fruktozowo-glukozowy, rodzynki (2%), jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, jabłkowy ocet balsamiczny, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, rodzynki, koncentrat cytrynowy, pełny cukier trzcinowy, soja w proszku (soja, maltodestryna, syrop kukurydziany), sól, lecytyna sojowa, wanilia, cytryna w proszku (cytryna, skrobia kukurydziana), cynamon, chilli "Bird's eye", anyż

czwartek, 9 kwietnia 2015

KitKat Pop Choc

Lubię od czasu do czasu obejrzeć sobie jakiś dobry film i pochrupać coś do niego. Nie łapczywie, powoli, ale też nie delektując się zbytnio i nie rozkładając przekąski na czynniki pierwsze. Nie znoszę jednak popcornu (który w końcu został stworzony, żeby go jeść właśnie do filmów), więc muszę sobie szukać innych zamienników, a słodyczowy rynek ma naprawdę wiele do zaoferowania.
KitKat'y? Lubię. Smaczne batony/wafelki, do których teraz nie pałam jakąś wielką miłością, ale uważam, że są ok. Nie kupuję tych klasycznych jednak już od wielu lat. Głównie ze względu na to, że uważam, że są ciekawsze produkty.

Dlatego, gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłam KitKat Pop Choc, uznałam, że może warto spróbować. Ostatnio, moje przypominanie sobie klasyków skierowało mnie właśnie ku tym wafelkowym kulkom w czekoladzie.

Paczka jest dość spora i kryje całą masę kulek, o całkiem dużym rozmiarze, co już na początku pozytywnie mnie zaskoczyło.
Każda sztuka jest chrupiąca i ani zbyt twarda, ani zbyt miękka. Łatwo je podzielić na warstwy, ale niestety zgryzienie czekolady (jak lubiłam robić w przypadku Chunky) jest prawie niemożliwe. Wafelki są jak najbardziej w porządku, dobrze wypieczone i wydaje mi się, że dodają lekkiego, łatwego do przeoczenia (ale jednak!) słonawego posmaku, co wychodzi bardzo na plus. Jak na takie maleństwa, skrywają solidną ilość czekoladowego, za słodkiego kremu, w którym przesadniej tłustości, ani margarynowego posmaku się nie doszukałam.

Kulki są pokryte cienką warstwą czekolady, która nie jest niczym wykwintnym, jak to w takich produktach. Mocno słodka, mleczna i tłusta, jednak to wszystko nie przeszkadza, ze względu na jej ilość. Trzyma się solidnie, nie odpada na wszystkie strony. Można to uznać za plus, jak i za minus.

Ogółem przyjemna przekąska, jaką można sobie zjeść "do filmu" lub jako chrupiący dodatek do owsianki, jeśli lubi się takie różności dodawać (np. do kakaowej z fistaszkami, np. na czekoladowo-fistaszkowym mleku Mullera), ale nie dla mnie. Nie moja forma, jednak... jednocześnie wydaje się to zrobione bardzo dobrze i pomysłowe.


ocena: 9/10 (obiektywnie, bo wszystko, jak trzeba)
kupiłam: Kaufland
cena: 3.99 zł (chyba, bo jakaś promocja była) 
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy kupię znów: może

Skład: cukier, mąka pszenna, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz palmowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromaty, sól, substancja spulchniająca (węglany sodu), substancje glazurujące (guma arabska, szelak), olej kokosowy z ziaren palmowych, syrop glukozowy

----------------------
Aktualizacja z dnia: 17.11.2017
Mama jest z tych, co to lubią sobie pochrupać wszelkie draże i ciastka, więc KitKat Pop Choc, czyli "chrupiące wafelki w czekoladzie mlecznej (57,8%)" przekładane kremem kakaowym od Nestle, znowu pojawiły się w moim domu. Nie planowałam do nich powrotu, bo mimo że dobre, okazały się nie w moim stylu. Jako że ogólnie postanowiłam zmierzyć się z różnymi Kit Katami, także te chciałam sobie przypomnieć, jak się mają do zwykłych Chunky i paluszków. Ku mojemu zaskoczeniu, zdążył się też zmienić skład.

Po otwarciu pachniały cukrowo-mleczną mieszanką. Intensywnie i trochę sztucznie.

Gruba warstwa czekolady była tłusta i kojarzyła się z plastikową polewą. Oddzielenie jej było dość trudne. Smakowała głównie cukrem i mlekiem, a jej czekoladowość wyszła jakoś tanio. Czułam w niej... jakiś plastik dosłownie, "cukrową sztuczność" (?).
Podobnie tanio smakował tłusty, oleisty krem. Tym razem wydał mi się bardziej nijaki i cukrowo-tłuszczowy.
Jedynie chrupkie wafle wciąż były w porządku.
Całość z racji na formę i wielkość wyszła zjadliwie, ale... strasznie słodko i tandetnie.

Może i można pochrupać, ale brak w nich czegoś, dla czego chciałoby się je chrupać. Taka sama nuda, co i paluszki. Przy tym rozmiarze jednak nie czuć tego, co przy Chunky, a mianowicie tego, jak zepsuli niegdyś dobrego KitKata.


ocena: 4/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: -
kaloryczność: 526 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz palmowy, mąka pszenna, miazga kakaowa, laktoza i białka z serwatki, serwatka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa, substancje glazurujące (guma arabska, szelak), syrop glukozowy, olej (kokosowy, z nasion palmowych), aromaty, sól, substancja spulchniająca (węglany sodu)

środa, 8 kwietnia 2015

Milka Toffee Wholenut mleczna z toffi i orzechami laskowymi

Im więcej, tym lepiej? No właśnie, oto jest pytanie. Szczególnie, jeśli o czekoladach mowa.
Mam na myśli kwestię tabliczek 300 g. Czy mają one jakiś sens? Większa gramatura = więcej szczęścia? Uwielbiam kosztować najróżniejsze czekolady, od bardzo gorzkich po te najsłodsze na rynku. Jednak ja stawiam na delektowanie się każdą kostką i irytuje mnie, jeśli otwartą czekoladę muszę jeść przez kilka dni. Jest wtedy taki swego rodzaju przymus i od razu mam na nią mniejszą ochotę. A jeśli czekolada okazuje się niezjadliwa, to już w ogóle...

Tej oto Milki Toffee Wholenut (czyli czekolady z toffi i całymi orzechemi) nigdy bym nie kupiła. Miałam przeczucie, że jest to rzecz tak słodka, że aż niemożliwa do zjedzenia. Jakie było moje zdziwienie, kiedy spróbowałam jej po raz pierwszy (w akompaniamencie mocnej kawy). Smakowała mi. Bez rozdrabniania się, po prostu była dobra, ładnie podziękowałam mojemu darczyńcy i jakoś o tej czekoladzie zapomniałam.


Nawet się nie domyślacie, jak bardzo znów zostałam zaskoczona, gdy parę tygodni temu ponownie dostałam Toffee Wholenut. Przyznam, że tym razem szczerze bardzo się ucieszyłam (ostatnio byłam po prostu zdziwiona). W końcu mogę zrecenzować całkiem przyjemną (nie umiem budować napięcia i tajemniczego klimatu) czekoladę, której sama za nic bym nie kupiła.

Kiedy fioletowe opakowanie odsłoniło przede mną swoje wnętrze, poczułam taki typowy dla Milki zapaszek słodkiej, mlecznej czekolady, a moim oczom ukazała się złamana w dwóch miejscach tabliczka. Jak ja tego nie lubię. Niby nie ma to wpływu na smak, ale drażni moje poczucie piękna, całości i harmonii. Ułamałam sobie pasek czekolady, czyli cztery kostki, z wypukłą kulką każda.
Czekolada, jak to Milka, bardzo słodka, tłustawa i kompletnie pozbawiona smaku kakao. Jest jej sporo, jak przystało na czekoladę tego rozmiaru. Dolna część kostki wypełniona jest zbitym nadzieniem o smaku śmietankowego toffi. Masa ta jest chyba jeszcze słodsza od samej czekolady.
W wypukłej części znajdziemy krem toffi w wersji prawie płynnej, a już na pewno ciągnącej i klejącej. Tak, zgadliście. Ta część również jest strasznie słodka. Nie zmienia to jednak faktu, że oprócz cukru, czujemy tu właśnie toffi (a niechby spróbowało być inaczej), które o dziwo mimo wszystko, jest bardzo intensywne.
Na koniec zostawiłam sobie ostatni element, jakim jest orzech, w każdej kostce jeden, osamotniony i zatopiony w bezgraniczną słodycz toffi. Ratuje on tę czekoladę od nazwania jej "słodkim ulepkiem" (naprawdę nienawidzę tego zwrotu) i dodaje orzechową nutę. Niektóre orzechy są większe, inne mniejsze, ale są i to się liczy.


Jest to czekolada, której po prostu nie da się dużo zjeść (da się, ale nie na raz, w moim przypadku), jednak nie rozbierając jej na czynniki pierwsze, śmiało można powiedzieć, że jest smaczna. Rozpuszcza się szybko, zasładzając człowieka w prędkości światła. Mimo, że mój opis nie wskazuje na to, że czekolada jest dobra, to jednak jest w niej coś, co mi w sumie odpowiada. Oczywiście na chwile, w których szukam czegoś, co po prostu mnie zasłodzi. Osobom lubiącym bardzo słodkie czekolady na pewno posmakuje jeszcze bardziej.

(troszeczkę chamstwo z tą wielkością orzechów, nie?)

ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, serwatka w proszku (z mleka), odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku (1,5%), odtłuszczone mleko zagęszczone słodzone, pasta z orzechów laskowych, substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), syrop cukru inwertowanego, syrop cukru skarmelizowanego (0,4%), aromaty, sól

wtorek, 7 kwietnia 2015

McEnnedy Crunchy Peanut Butter

Są takie produkty, których przedstawiać nie trzeba. Każdy, kto kiedykolwiek miał styczność z blogami o jedzeniu / instagramem itp. wie, że to niepozorne masło orzechowe jest naprawdę popularne. Zawsze zadawałam sobie pytanie: "dlaczego?", aż z odpowiedzią przyszedł mi tydzień amerykański w Lidlu. 
Słoik otworzyłabym już dużo wcześniej, gdyby nie to, że chciałam wykończyć inne masło orzechowe, a dopiero potem brać się za kolejne. Tak, masło orzechowe to coś, czego u mnie nigdy nie może zabraknąć. Dlatego właśnie zapas poczyniony, wersja creamy też kupiona, ale na razie czeka na swoją kolej. 

Wreszcie przechodzimy do kontaktu piątego stopnia z tym oto cudem - Crunchy Peanut Butter od McEnnedy. Masło orzechowe z kawałkami orzechów. Czegóż chcieć więcej? Ano, dobrego składu. Jest? Jest! Aż 95 % orzechów, brązowy cukier - bardzo ładnie. To rzadkość w marketach. 

(orzeszki zlały się z masłem
i nie widać ich za bardzo, ale tam są!)
Od razu widać, że krem ma kolor zupełnie, jak fistaszki, co bardzo zachęca.
Kiedy wreszcie zerwałam z nakrętki dziewiczą folię, odkręciłam... uderzył mnie zapach orzeszków ziemnych. Taki zwyczajny, smakowity, bez żadnej chemii. Czyste orzeszki. 
Gdy nabrałam odrobinę masła na łyżeczkę, od razu zauważyłam, że słowa "kawałki orzechów" są tu jak najbardziej adekwatne. Często spotykam się z dosłownie drobinkami, z których smak nie jest w stanie należycie się wydobyć, bo są po prostu za małe. Nie tutaj. Byłam szczerze zdziwiona, gdy odkryłam prawie połówki fistaszków!

Nie mogłam dłużej zwlekać, łyżka powędrowała do ust... I co? Niebo! Trzymajcie mnie, bo już czuję, jak moja skóra na plecach jest rozrywana, a spod niej wyrastają skrzydła i unoszą mnie do nieba. Dobra, przesadziłam. Nie zmienia to jednak faktu, że smak jest na bardzo wysokim poziomie. Tak orzechowe masło orzechowe (jakkolwiek dziwnie to brzmi) trafia się naprawdę nieczęsto. Czuć, co się je, a ile do pochrupania (kawałków orzechów jest strasznie dużo, a nie np. jeden na pół słoika)... Nie muszę chyba opisywać? To tak, jakbym próbowała zrecenzować orzeszki ziemne, czyli trochę bez sensu. Jedyne, co bym tutaj zmieniła, to ten dodatek cukru. Masło wyszło odrobinę za słodkie, ja wolę bardziej słone smarowidła (żeby nie było, jest słone, ale słodycz mogłaby być mniejsza), ale nie czepiam się szczegółów. 
Jest to jedno z najlepszych maseł orzechowych jakie ostatnio jadłam! 


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 8.88 zł 
kaloryczność: 620 kcal / 100 g 
czy znów kupię: tak

-----------
Aktualizacja z dnia: 13.07.2021
Do końca nie wiedziałam, czy zrobić aktualizację, czy jednak nowy post, ale... uznałam, że zmiany produktu były na tyle niewielkie, że wystarczy aktualizacja. Zmieniło się moje postrzeganie tego masła orzechowego i... zdjęcia ładniejsze zrobiłam, więc powielanie recenzji-wpisów mija się z celem.
Wydanie może i trochę uległo zmianie (w recenzowanym słoiku nie było folii, a taśma zabezpieczająca nakrętkę); trochę wartości, cena, ot.

McEnnedy American Way Peanut Butter Crunchy to "pasta z orzeszków ziemnych z kawałkami orzeszków ziemnych, solona", produkowana dla Lidla.

Po odkręceniu i tym razem było bardzo, bardzo dobrze. Naturalne i wyraziste uderzenie fistaszków jako maksymalnie fistaszkowe masło orzechowe z lekko słonawym echem. 

Olej nie wydzielił się ani odrobinę. Konsystencja była gęsta, zbita, zwarta. Bazowo smarowidło dało się poznać jako kremowawe, ale z drobineczkami orzeszków. Wydało mi się też lekko "miazgowate", tłuste w sposób charakterystyczny dla masła orzechowego. Przybrało jednak, tak ogółem, formę zbitki-zlepka kawałków i kawałów arachidów. Tych było mnóstwo: połówek, ćwiartek, kawałków i drobinek. Wszystko o idealnie chrupiącej strukturze. Tylko że... przez tę ilość to utraciło aż MASŁOorzechowość. W zasadzie ciągle miałam, co gryźć, gryźć i gryźć, a ja lubię, jak mi się masła orzechowe w ustach trochę rozpływają, pozalepiają... Taka mnogość orzeszków stała temu na przeszkodzie. Warto mieć to na uwadze przy wyborze. Jako jednak, że są dwie wersje, nie krytykuję, a stwierdzam fakt. Wydaje mi się jednak, że w dawnej wersji orzechów mimo wszystko było nieco mniej. (Podobnie z wersją Creamy, którą od 2018 wzbogacono o drobineczki w 2020).
Na chlebie też było dość dziwnie, bo nawet do moich żytnich razowców z ziarnami... ciągłe gryzienie orzeszków twardszych niż właśnie ziarna z chleba dziwnie rozpraszało moją uwagę. Ot, to subiektywne odczucia. 

W smaku masło orzechowe okazało się dokładnie tym, czym powinno być. Wyrazistym, w pełni naturalnym kremem z fistaszków w amerykańskim stylu. Czuć pełnię ich smaku, podkreśloną lekko prażoną nutką, rozchodzącą się od kawałków. Nieznacznie słodkie, wyraźnie słone, ale też nie mocno. Wszystko to uczyniło kompozycję iście "peanut butterową". Kawałki orzeszków również zachowały w pełni swój lekko podprażony smak. Nie trafiłam na żadne nieprzyjemnie sztuki. Podkręcały fistaszkowość całości.

Po zjedzeniu został posmak fistaszków w masłoorzechowym, słonawym wydaniu. Żadnych nieprzyjemnych akcentów, żadnej zbędnej tłustości.

Wciąż uważam to masło orzechowe za jedno z najlepszych na rynku. Nie jest to czysta pasta arachidowa - i dobrze, bo nie ma nią być. To cudowny przedstawiciel masła amerykańskiego - wymysłu amerykańskiego w najlepszym tych słów znaczeniu. Słodkawe subtelnie, słonawe odpowiednio i chrupiące. Obecnie jednak uważam je za nieco zbyt najeżone, ale to subiektywne (Mama np. nie kupuje wersji Crunchy, bojąc się o zęby i bo takie "ciągłe gryzienie" nie pasuje jej do pszennych tostów z serem i dżemem; woli Creamy jak i ja). Czuję potrzebę wyróżnienia boskiego Creamy, stąd różnicuję oceny.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 454g)
kaloryczność: 626 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie

Skład: 95% orzeszki ziemne, 1,7% olej z orzeszków ziemnych, olej palmowy, cukier trzcinowy, 1% sól

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Merci Coffee & Cream kawowo-śmietankowa

Zastanawiam się, czy jest ktoś, komu wszystkie czekoladki Merci bezwzględnie smakują? Osobiście lubię je, jednak uważam, że są przereklamowane. Najzwyklejsze na świecie czekoladki, chociaż smaczne, to żadna rewelacja. Nie jestem uprzedzona do produktów od Storck, jestem wręcz do nich pozytywnie nastawiona, jednak to nastawienie na pewno nie skłoniłoby mnie do zakupienia czekoladek (ani sobie, ani na prezent, bo uważam, że są znacznie lepsze rzeczy, żeby komuś podarować). Niektóre przesłodzone, inne - naprawdę warte uwagi. Zawsze faworyzowałam kawowo-śmietankową, więc możliwość zakupienia jej w formie tabliczki wydała mi się dość atrakcyjna. 


Kartonowe opakowanie wygląda bardzo elegancko. Czekolada jest podzielona na cztery małe tabliczki, oddzielnie pakowane. Wszystkie składają się z dwóch warstw: kawowo-śmietankowej i białej, gdzie oba rodzaje czekolad są w proporcjach mniej więcej równych. Według opisu tej pierwszej jest więcej, ale gołym okiem tego specjalnie nie widać. Nie pamiętam, czy w czekoladkach Merci zrobiono to w ten sposób, czy jak, ale tutaj to się bardzo dobrze spisuje. 


Zapach jest oszałamiający, kiedy rozwinęłam papierek, zamknęłam oczy i miałam wrażenie jakbym wąchała kawę z dużą ilością śmietanki i miała przed sobą waniliową białą, czekoladę do towarzystwa. W malutką tabliczkę wgryzłam się już w ciągu następnych sekund i dostałam to, na co liczyłam, czyli smak na poziomie równie wysokim, co zapach. Czekolada kawowo-śmietankowa minimalnie dominuje (jednak nie tak, jak Czarnoskórzy w biedniejszych dzielnicach Nowego Jorku, a o wiele bardziej wyrafinowanie), jest bardzo słodka, lecz delikatny, wielce delikatny, śmietankowy smak zdecydowanie zaznacza swoją obecność i chociaż za bardzo nie ingeruje w całość, po prostu jest. I to wystarczy. W połączeniu z kawą (chociaż bardzo słodką) tworzy doskonały duet, uzupełniając się wzajemnie. Kakao czaiło się w tle, jednak kawa i śmietanka chyba za bardzo je onieśmieliło i wstydziło się pokazać w pełnej okazałości. To w końcu mleczna czekolada, więc chyba Was nie zdziwi, że mleko jest bardziej pewne siebie.

Powyższe wątki łączyły się niczym w dobrze napisanej powieści, od której nie można się oderwać, z białą czekoladą. Śmietankową, lecz w ogóle nie kwaskowatą. Ta warstwa była jeszcze słodsza od górnej, jednak była to słodycz balansująca na cieniutkiej granicy. W tej dziedzinie strasznie łatwo jest zepsuć czekoladę, w przypadku Merci - nie ma mowy o jakimkolwiek błędzie. Wanilia, chociaż tylko muska nasze kubki smakowe, stanowi zwieńczenie tego wszystkiego. 

Po próbie oddzielenia (co było nie lada wyzwaniem), dalej jest smacznie, jednak zakrawa to o barbarzyństwo - tej czekoladzie trzeba po prostu dać się rozpuszczać po bożemu (nieważne według którego boga), czyli tak jak ją Storck stworzył - w połączeniu. 

Reasumując, czekolada kawowo-śmietankowa na warstwie białej czekolady jest naprawdę wyśmienita, jak nieskromnie napisał o niej producent. Nie mam do czego się przyczepić, chyba, że do za dużej ilości cukru, bo gdyby była mniej słodka, miałaby wyższą ocenę. Co prawda, zjadłam prawie dwie tabliczki (te malutkie oczywiście), więc w sumie nie dziwne, że doznałam takiego zasłodzenia. 


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5.59 zł (promocja)
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: jeśli dostanę, to na pewno się ucieszę, a czy kupię? nie wiem, za dużo jest czekolad, których nigdy jeszcze nie jadłam, a chcę przetestować

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku (11,4%), pełne mleko w proszku (11%), miazga kakaowa, serwatka w proszku, laktoza, kawa, maślanka w proszku, lecytyna sojowa, sól, ekstrakt z wanilii

niedziela, 5 kwietnia 2015

lody McEnnedy / Gelatelli Master of Taste Cookie Dough

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić (pewnie znany przez większość) produkt, któremu pozwoliłam trochę poleżeć w zamrażarce i poczekać na swoją kolej. Co prawda, nie zrobiłam tego umyślnie, po prostu a to zapominałam, a to nie miałam ochoty na otwieranie kolejnych lodów. 

Z lidlowymi lodami znam się bardzo słabo, bo jadłam może ze trzy ich propozycje i ani jedna mnie nie rozczarowała (chociaż od żadnej zbyt dużo nie oczekiwałam). Podczas tygodnia amerykańskiego w Lidlu, zakupiłam dwa smaki (ostatnio recenzowane - masło orzechowe) i Cookie Dough, czyli lody śmietankowe o smaku waniliowym z ciasteczkami i czekoladą z serii Master of Taste od McEnnedy

Kiedy uniosłam wieczko i zerwałam papierek, poczułam się urażona i trochę zdziwiona. Dlaczego? A no dlatego, że w pudełku jest przerwa jakby, co widać na zdjęciach, bo nie wiem nawet jak to nazwać. Niby nie ma to wpływu na smak, ale na ogólny odbiór już tak. Masa lodowa jest beżowa i jednolita z pojedynczymi czarnymi kropkami (czyżby to była wanilia?)
Lody mają przyjemny zapach, nasuwający na myśl włoskie lody z automatu (te z wanilią, a nie pseudo-włoskie podróbki, które są tłuste, śmietankowe i zupełnie inne). 
A co ze smakiem? Zostałam pozytywnie zaskoczona! Spodziewałam się czegoś pospolitego, śmietankowego z nutką wanilii (albo raczej aromatu), a tutaj trafiłam na smak, którego nie idzie pomylić z żadnym innym - intensywnie waniliowy. Lody są słodkie, to prawda, jednak na poziomie stonowanym. Oprócz tego doszukałam się tu lekko proszkowatego, sztucznego posmaku, nad czym trochę ubolewam.

Kiedy zniknęła górna warstwa, natknęłam się na całe mnóstwo ciasteczek - o dziwo dość kruchych, jednak nie raniących podniebienia, a jakby delikatnie wtopionych w masę. Są one słodkie i maślane. Co więcej, to nie jakieś tam malutkie drobinki, tylko porządne kawały ciastek. To lubię. Czuć tu chrzęszczące drobinki i to tyle.

Czekolada również jest i to w ilości takiej, co ciastka. W niej wyczujemy kakao, ale także słodycz, co akurat w czekoladzie w lodach lubię. Warto zauważyć, że to najprawdziwsza czekolada, przyjemnie rozpuszczająca się, a nie bezsmakowe grudki, które w mrożonych deserach zazwyczaj występują. 

Podsumowując, Cookie Dough są naprawdę warte spróbowania. Wszystko, co obiecał producent, w nich znajdziemy, ale niestety, czuć tu także sztuczność, co wielu osobom może przeszkadzać.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 7.99 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: myślę, że tak

Aktualizacja: 10.04.2016

Ponownie zakupiłam ten smak w Lidlu, jednak zauważyłam, że parę rzeczy się zmieniło. Po pierwsze, to już nie McEnnedy, a Gelatelli i, przepisując z opakowania, są to: lody śmietankowe o smaku waniliowym z ciasteczkami z czekoladą i kawałkami czekolady (chociaż wg mnie to nie najlepszy opis). Po drugie, podano kaloryczność i podniesiono cenę. O co chodzi?

Uniosłam wieczko i spróbowałam. Lody okazały się niezwykle intensywnie waniliowe, a równocześnie nieprzesłodzone. Żadnego proszkowatego motywu. Po prostu kremowość śmietanki i boski waniliowy smak.
W całej masie lodowej jest ogromna ilość wielkich kawałków ciastek i kawałków czekolady. Zacznę od niej. Rozpuszczała się tak sobie, a w smaku była wyraźnie gorzkawa. Właściwie, jej dodatek według mnie jest zbędny, ale nie jest minusem.

Kawałki ciastek zawierają w sobie drobinki czekolady (której jest za mało, by coś o niej powiedzieć) i od razu po znalezieniu się w ustach stają się zlepioną grudką: miękką, ale wciąż zbitą. Chrzęści to od cukru, ale nie wali jego smakiem. Smakuje ciastem, oczywiście nieupieczonym. To najprawdziwszy na świecie zakalec!

Kawałki zakalca doskonale odnalazły się w waniliowej otoczce pysznych lodów. Gorzkawa czekolada pilnowała, żeby nie zrobiło się za słodko, chociaż z tym chyba i tak nie byłoby problemu.

Kojarzycie słynne Ben&Jerry's Cookie Dough? W nich czepiałam się, że smak wanilii pochodzi raczej z aromatu, a same ciasteczka wydały mi się po prostu cukrowe i niedopieczone. Podtrzymuję. Ciasteczka Gelatelli chrzęszczą od cukru jak właśnie masa na ciastka, ale posiadają także jej charakterystyczny smak, nie są kiepską, uładzoną kopią.
Te lody to mistrzostwo.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 9.99 zł (420 g)
kaloryczność: 279 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

sobota, 4 kwietnia 2015

Hit o smaku czekoladowym

Lubię markizy. Do Hit'ów mam dodatkowo ogromny sentyment. Gust mi się zmieniał wiele razy na przestrzeni lat, jednak do nich wracam. Po mojej ostatniej recenzji wersji czarno-białej (link), aż wstyd pominąć klasyk, którym Hit markizy o smaku czekoladowym od Bahlsen odważę się nazwać. Nowe wersje smakowe nie dorównują tej, mogłyby jej opakowanie z okruszków czyścić. 

Ciastka są zapakowane do wszystkim znanej tuby, która potrafi mnie zirytować, jak mało co. Wydobycie z niej ciastek w stanie nienaruszonym jest wręcz cudem. Głównie dlatego, że Hit'y bardzo się kruszą. Ciasteczka są suche, jednak podniebienia nam nie pokaleczą, dobrze wypieczone i lekko słodkie.

Krem, który tak obstawiają, niczym hojnie opłacona ochrona, z obu stron, że aż ciężko go dostrzec, jest czekoladowy, z nutką kakao, bardzo tłumioną przez słodycz. Wbrew pozorom jest go sporo, w ilości wystarczającej i nieprzesadzonej. Grube herbatniki wraz z nadzieniem stanowią naprawdę dobraną parę (albo i trójkąt, jak się zastanowić). Można je jeść na różne sposoby, w każdym dają radę. Nawet z herbatą, czy mlekiem, jednak tutaj trzeba bardzo uważać, by ich nie rozmoczyć, bo strasznie szybko chłoną płyny, przez co mogą po prostu się rozpaść. 

ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 3.99 zł
kaloryczność: 503 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie

piątek, 3 kwietnia 2015

Wedel czekolada mleczna Tiramisu

To "wspaniałe" uczucie, kiedy ktoś Wam coś przynosi z uśmiechem na twarzy, jakby właśnie wygrał na loterii i daje prezent, którego wcale nie chcieliście dostać. Ba, nie chcielibyście tego nawet, gdyby Wam jeszcze za to zapłacili. Co zrobić w takiej sytuacji? Ładnie podziękować, wymusić uśmiech i podarek przyjąć. 

Jak możecie się domyślić, podarkiem tym była właśnie czekolada Wedla w formie batonika o smaku tiramisu. W sumie, całe szczęście, że w formie batonika, a nie 300-gramowej tabliczki, bo chyba bym się zapłakała (ewentualnie oddałabym komuś, ale wstyd by mi było dawać komuś coś takiego, chyba, że jakiemuś wrogowi). 

Nie czekałam długo ze zrobieniem zdjęć i spróbowaniem, bo po tak nieudanej niespodziance miałam ogromną ochotę zjechania kogoś / czegoś. Gwoli ścisłości, tak, jak uwielbiam tiramisu, tak też Wedla po prostu nie cierpię. Trafiło im się co prawda kilka dobrych produktów, ale z tego co czytałam o tej czekoladzie, ona do nich nie należy. A może będę pozytywnie zaskoczona? 

Żeby otworzyć okropne, plastikowe opakowanie, musiałam użyć nożyczek, bo mimo zapewnień na opakowaniu, otworzenie wcale nie jest takie łatwe. Pierwsze, co poczułam, to zapach charakterystyczny dla wyrobów czekoladopodobnych, wymieszany z... czymś. Czy to miał być alkoholowy akcent? Nie wiem, zapewne. 
Ciekawe, jak ze smakiem. Właśnie, przejdźmy do niego. Czekolada jest średniej grubości, jednak to zdecydowanie wystarczy, gdyż jest ona tak słodka, że oprócz cukru nie czuć kompletnie nic. To tak, jakby producent powiedział: "po co bawić się w tyle składników? zastąpmy wszystko cukrem!". Może ta czekolada jest i mleczna... dla mnie po prostu cukrowa. I tłusta, nawet bardzo, chociaż gdyby nawet użyto starej margaryny, pewnie nie wyczułabym tego przez ilość cukru. Kakao? Poszukiwane: żywe bądź martwe (bo chyba zwiało daleko od tego cukru).


Nadzienie składa się z dwóch warstw: górnej - ciemnej, tłustej, ciągnącej, jednak nie lejącej, która smakuje jak cukrowa masa wymieszana z odrobiną wódki, którą ktoś zostawił na cały dzień na słońcu w letnim czasie i gdzieś, hen daleko, można wyczuć jakby anyż; oraz dolnej - zbitej, gęstej i niewątpliwie mlecznej, chociaż tutaj też to cukier jest na prowadzeniu. Są w niej jakieś drobinki, jednak nie wiem, co to ma być dokładniej. Może cukier, którego już nie dało się bardziej rozmieszać? 

Po jednej kostce miałam dość i wiem, że reszty raczej już nie ruszę. Przykre jest to, że gdyby odjąć ten cały cukier, może dałoby się tu wyłapać poszczególne wątki, np. kakao, mleczność, kawę (bo to w końcu tiramisu, nie?), ale niestety. W dodatku ta tłustość...
Niższej oceny nie wystawię, ponieważ główny minus tej czekolady to przesłodzenie, od biedy idzie ją wcisnąć, a osobom lubiącym bardzo słodkie rzeczy może bardziej przypaść do gustu. Mnie stanowczo zniechęca to drapanie cukru w gardle, a czasami naprawdę mam chęć na coś bardzo słodkiego... ale nie aż tak. 


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy znów kupię: haha, jeszcze czego

Skład: czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku z mleka, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa i E476, aromat), cukier, tłuszcz roślinny częściowo utwardzony (palmowy, rzepakowy, słonecznikowy, shea), mleko pełne w proszku, serwatka w proszku z mleka, mleko zagęszczone słodzone, ciasteczka o smaku amaretto 1,7% (cukier, mączka z pestek moreli, mąka pszenna, białko jaja w proszku, laktoza, białka mleka, substancje spulchniające: wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu, aromat), syrop glukozowy, czekolada gorzka (miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476, aromat), substancje utrzymujące wilgoć (sorbitol, inwertaza), spirytus (0,3%), lecytyna sojowa, aromaty

czwartek, 2 kwietnia 2015

Muller Mix World Edition Caribic kokosowy jogurt + migdałowe chrupki

Oglądaliście Piratów z Karaibów? Kto nie oglądał! Ja zawsze byłam wielką fanką tego filmu, jednak ostatnimi czasy najnormalniej w świecie o nim zapomniałam. Przez parę lat w ogóle mi o sobie nie przypomniał, bo ani nie puścili go chyba w TV, ani nowa część nie wyszła (w 2017 ma być jakaś, ale to już pewnie nie będzie to samo, bo ta najnowsza i tak była gorsza od pozostałych).
Moją pamięć o załodze spod pirackiej bandery odświeżył jednak jogurt od Mullera, z serii World Edition - Caribic, czyli jogurt kokosowy z mieszanką migdałów i płatków zbożowych.
Chociaż do filmu znów nie wrócę, to jogurtowi nie mówię "nie".

Jak to w jogurtach z sypkimi dodatkami, mamy dwa "korytka" - z jogurtem i z płatkami. Zacznę od samych płatków, bo to właśnie je zawsze próbuję najpierw osobno. Są przeraźliwie słodkie. Czuć tu cukier, migdały, specyficzny zbożowo-pszeniczny smak oraz cukier. Same w sobie są niezjadliwe, przynajmniej dla mnie, bo nie lubię za bardzo słodzonych płatków. Zapowiada się nieciekawie, nie?
Otóż nie. Kokosowy jogurt na początku wydał mi się pełen dziwnych grudek. Pomyślałam, że pewnie jest rzadki i "skulkowany". Gdy jednak zbliżyłam otwarte opakowanie do nosa, już wiedziałam, czym jest to urozmaicenie konsystencji - przecież to wiórki kokosowe! Tak, to one muszą dodawać jogurtowi takiego mocnego, przyjemnego zapachu kokosa. Pewnie wzmocniono go aromatami, jednak w tym momencie to się nie liczyło. Spróbowałam. Już sam jogurt mnie zdobył! Smaczny, gdyż jest słodszy od zwykłych jogurtów, ale w żadnym wypadku nie za słodki. Ma taki leciutki, kwaskowaty posmak (jak się później okazało - dobrze równoważący słodycz płatków). Gęsty, z dodatkiem chrupiących wiórek. Smak kokosowy jest tak intensywny, że naprawdę mnie zaskoczył.
Trochę bałam się dosypać płatki do niego, bo sam jogurt zjadłabym z ochotą, ale Muller ponownie mnie zaskoczył.
Jogurt wydobył z tych chrupek smak migdałów i wzmocnił smak samych płatków. Wydawało mi się nawet, że czuję jakby miód. Cukier został poskromiony.

Ogólnie jogurt wypadł bardzo pozytywnie.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 2.29 zł 
kaloryczność: 154 kcal / 100 g
czy kupię znów: chętnie do niego wrócę

Skład: jogurt (mleko, kultury bakterii jogurtowych), woda, mieszanka migdałów i płatków zbożowych 7,3% (kawałki migdałów 40%, cukier, mąka pszenna, mąka ryżowa, syrop glukozowy, olej palmowy, miód, mąka kukurydziana, słód pszenny, sól, słód jęczmienny, gluten pszenny, dekstroza, aromat, przeciwutleniacz: mieszanina tokoferoli), cukier, wiórki kokosowe 3%, syrop glukozowo-fruktozowy, dekstroza, aromat

Brownie Stop Cafe

Czy tylko ja tak mam, że nie wyobrażam sobie dłuższej podróży bez zatrzymywania się przynajmniej na jednej stacji benzynowej po kawę? W dodatku kiepską kawę... Chociaż w sumie, jak człowiek jedzie gdzieś o 5 nad ranem, to tak już jest. Kubki smakowe wyłączają się, a organizm, rozjuszona bestia, daje się ugłaskać chociaż taką kawą ze Stop Cafe. Dzisiejszy wpis nie o kawie z automatu jednak, a o czymś, co kupiłam (właściwie bezmyślnie, jak zwykle) do niej. Malutkie, pakowane brownie. No co? Nie mogłam się oprzeć. To nic, że po powrocie do auta rzuciłam kawałek ciasta na siedzenie obok, a potem, jak to mam w zwyczaju, kompletnie o nim zapomniałam.
U mnie jednak nic się nie marnuje, a i brownie ze Stop Cafe doczekało się swego debiutu. Nie chce mi się ostatnio niczego piec, to taki mały gotowiec wydał mi się dość atrakcyjną alternatywą. Obie strony na tym skorzystały (ja - wiadomo, ale i samo ciasto, w końcu zostało brutalnie skonsumowane, jednak w towarzystwie dobrej jakościowo kawy).

Kiedy (wreszcie!) otworzyłam opakowanie, poczułam zapach takiego smakowitego, kakaowego ciasta. Szybko, i z ochotą, spróbowałam. Wierzch i boki są dość kruche, a wnętrze bardzo wilgotne i tłuste. O tyle, o ile wierzch był kakaowy i całkiem smaczny, tak czekoladowa masa w środku jest przesłodzona, gęsto-ciągnąca, przez co rozpuszcza się w dość dziwnym średnim tempie, zmieniając konsystencję na klejącą i po dwóch małych kęsach, zamula. Przypomina taki bardzo słodki, czekoladowy krem do smarowania. Ciasto napakowane jest też kawałkami bez smaku (orzechy?), o których mogę powiedzieć tyle, że są dość miękkie i sprawiają wrażenie stęchłych.

Całość ma jakiś tam posmak kakao, jednak kompletnie stłamszony przez cukier, a te kawałki, których nie da się nawet określić, były po prostu dziwne... Czułam się zdezorientowana, liczyłam na coś o wiele smaczniejszego, a dostałam produkt o wiele za słodki i w dodatku tłusty. Może nie było to tak obleśne, że aż nie do zjedzenia, ale jakoś tak nie mogłam skończyć, odłożyłam i jak na razie mam dość brownie, jakichkolwiek.



ocena: 5/10
kupiłam: Stop Cafe
cena: 3.59 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie 

środa, 1 kwietnia 2015

Muller Mix Limited pomarańczowy jogurt + wafelki w ciemnej czekoladzie

Czasami producenci rzucą jakąś edycję limitowaną chyba tylko po to, żeby cały świat potem rozpaczał i irytował się, dlaczego nie ma tego w stałej ofercie. Jest to chamskie, bezczelne, a ja mogłabym wypisywać takie epitety bez końca. Jednak nie podoba mi się również to, że smaki, które wszyscy już znają, ciągle są nazywane limitowanymi i nie zapowiada się, żeby mieli rzucić jakieś nowe limitki, "bo te jeszcze nie zeszły". Rozglądając się za jakimiś ciekawymi, nowymi jogurtami i tak w końcu wzięłam Muller Mix dark choc waffle flakes + orange jogurt, czyli jogurt pomarańczowy z wafelkami oblanymi ciemną czekoladą. 

Zbierałam się, zbierałam do napisania tego wpisu i zabrać się nie mogłam (nie myślcie sobie, że przeterminowane jogurty jadam). Jednak, proszę bardzo, w końcu siedzę i piszę. 

Nigdy nie lubiłam pomarańczowych jogurtów, jednak, nie wiedzieć czemu, połączenie smakowe zaoferowane przez Mullera wydało mi się dość atrakcyjne. Jogurt co prawda trochę postał w lodówce, ale w końcu nastąpił i jego debiut. 

Ma zapach jogurtowo-pomarańczowy, na poziomie bardzo delikatnym. W smaku jednak, jest o wiele bardziej pomarańczowy, niż się spodziewałam. Jest cytrusowy, ma oczywiście jogurtowy kwaśny posmak (o dziwo dość silny), jednak, jak to w takich produktach z czymś do posypania, przesadzili z cukrem. Nie jest to aż tak bardzo słodkie, jak jogurty Fantasii, więc nie czepiam się zbytnio, w końcu pewnie bardzo nielicznym osobom (w tym jednak mnie) już minimalnie większa niż normalnie ilość cukru w jogurtach przeszkadza.. Druga część mixu, to te wafelki. Twardawe na poziomie umiarkowanym i raczej chrupkie. Czekolada, którą są oblane, to taka słodka, nie najwyższych lotów, deserowa czekolada. Spodziewałam się silniejszej goryczki kakao, eh, ja naiwna. 
Połączenie jogurtu i wafelków jest całkiem w porządku, jednak nie wybija się niczym konkretnym spośród innych jogurtów. Nie mam nic więcej do dodania.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 2.29 zł 
kaloryczność: 146 kcal / 100 g
czy kupię znów: może kiedyś jakaś promocja mnie skusi