sobota, 16 czerwca 2018

Manufaktura Czekolady Smak Polski Piwo mleczna 44 % z Dominikany i Wybrzeża Kości Słoniowej z palonym słodem jęczmiennym

Nienawidzę gazowanych napojów, i o ile smakowego picia (soki, pitne jogurty) po prostu nie lubię, tak gazowane twory nawet by mi przez gardło nie przeszły (gazowana woda też), jednak... jest jedna rzecz, w której gazowanie mi nie przeszkadza: piwo. Nie piję go dużo, ale to bez wątpienia "wyjątek potwierdzający regułę". Na słowa "kuchnia polska" ciśnie mi się myśl, że tu o taki wyjątek o wiele trudniej, bo to nie moja bajka, ale jeśli chodzi o "polskie smaki" to już inna sprawa. W końcu kocham wszelkie owoce (truskawki, wiśnie <3) z naszych regionów. To właśnie między innymi je przedstawia linia "smaki Polski" Manufaktury Czekolady. W takiej formie jednak owoce mnie nie kuszą (czekolada z truskawkami wydaje się nudna, jabłek suszonych nie lubię), masła nie lubię w żadnej postaci (czasem coś maślanego może wydać mi się w porządku, ale "czekolada z masłem"? NIE). Wyjątek znalazł się i w tej serii (całe szczęście, bo wygląda fajnie, więc chciałam mieć choć jedno opakowanie; takie równe babki z nich kuszą), bo właśnie odnoszący się do piwa.

Podobną (Przewrót Mleczny) już jadłam; różnią się tylko pochodzeniem kakao (informacja od Manufaktury).

Manufaktura Czekolady Smak Polski Piwo to czekolada mleczna o zawartości 44 % kakao z Republiki Dominikany i Wybrzeża Kości Słoniowej kakao z palonym słodem jęczmiennym

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała naturalny, jeszcze ciepły, chleb żytni razowy; myślę tu zwłaszcza o mocno przypieczonej, ciemnej skórce. Gorzkawość słodu, zbożowe nuty dominowały, ale dopuszczały do głosu też palonokarmelową słodycz. Miała poważny charakter. Paloność skojarzyła mi się z torfem i odzieżą lub meblami skórzanymi, ale przede wszystkim z tytułowym piwem.

Przy łamaniu tabliczka wydawała głośny trzask, Była trudna do łamania, bo raz, że odznaczała się twardością, to jeszcze słód trochę od niej odskakiwał. Czekolada rozpływała się powoli, dość gęsto. Przypominała w tym bardziej ciemne, niż mleczne i nie była zbyt tłusta. Była gładka, choć chwilami... wydawało mi się, że trafiałam na drobinki słodu (czyżby część została także wmielona w czekoladę?).

Zaraz po zrobieniu kęsa poczułam zaskakująco zdecydowaną gorzkawość. Był to palony smak kawy.
Wtórowała temu słodycz - również zdecydowana. To moc palonego karmelu. Przez większość jedzenia miałam wrażenie, że czuję solony karmel. Odważnie posolony jakąś dobrą solą, taką niemal kwaśno-rześką. Bardzo przyjemnie to wyszło. Najpierw zaznaczył się, a potem jakby przepuścił i bardziej mleczno-maślany smak. To była tak pełna mleczność, że właśnie aż z czymś... tłusto-konkretniejszym mi się kojarzyła. Zajęło mi krótką chwilę zrozumienie, że to, co czuję, to coraz bardziej serowe klimaty. Słodycz na chwilę zrobiła się bardziej neutralna,wyłoniły się zbożowe nutki, a następnie zaczęła rosnąć.

Nie doszło jednak do momentu, w którym urosłaby do przesady, bo zbożowość połączyła się z palonym klimatem i podkręcała gorzki smak, z którego wydobyła i lekko kwaskowato cierpkość. Kawa uderzyła z pełną klasą.
Gdy do gry wchodził wyrazisty słód, oczywiście zwłaszcza przy jego rozgryzaniu, jeszcze bardziej wywyższały się nuty gorzkiej kawy, którą to smakował.
W połączeniu z nienachalną mlecznością... wytworzyło się mgliste skojarzenie z wędzonym, odymionym serem.

Na samej końcówce, gdy nie rozgryzałam wcześniej ziarenek, albo gdy ugryzłam kawałeczek bez nich, słodycz przybierała waniliową postać.

W posmaku pozostawały właśnie takie palono-zbożowe nuty, także poczucie słodyczy, ale ogólnie raczej wyrazisto-poważny smak, przywodzący na myśl dobre, ciemne piwo i kawę.

To naprawdę udana tabliczka. Wyszła zaskakująco mało słodko (albo inaczej: słodko, ale w sposób naturalnie i samoistnie przełamany), a spójnie palono. Wszystko było tu palono-odymione! Od kawowo-zbożowych nut słodu i czekolady, przez karmelową słodycz, na odległym skojarzeniu z serem kończąc. Zupełnie nie spodziewałam się tu wyczuć nutki soli, która także doskonale wpisała się we wszystkie smaczki. Odebrałam ją jednak jako zadziwiająco mało mleczną... nie przeszkadzało mi to, ale było niecodzienne. Przy innych mlecznych Manufaktury też tak miałam. Jakbym chciała ją porównać do Przewrotu, powiedziałabym, że Przewrót Mleczny miał więcej drzewnych nut.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 11 zł (za 60g)
kaloryczność: 594,5 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, prażone ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, jęczmień palony ok. 5%, laska wanilii 

piątek, 15 czerwca 2018

baton Dobra Kaloria kokos & orzech

Do kokosowych słodyczy jakiś czas temu zrobiłam się trochę sceptyczna, ale na pewno mogę powiedzieć, że bardzo naturalne kokosowe słodkości bardzo lubię. Oprócz ciast Legal Cakes i Cakestera właściwie za wiele pod tę kategorię nie podciągnę. Właściwie zostały tylko surowe batony. Pamiętałam smaczne Bombus Raw Energy Coconut & CocoaZmiany Zmiany Aloha, a także fakt, że właśnie były mi trochę za słodkie, jednak po dziś opisywany batonik sięgnęłam z nadzieją, że wcale tak słodki nie będzie.

Dobra Kaloria kokos & orzech to "baton owocowy", którego producentem jest Kubara.

Po otwarciu poczułam smakowitą słodycz daktyli i delikatną, kwaskawą nutkę oleju kokosowego. Do tego odrobinka orzechów i... wyszła kompozycja bardzo, bardzo łagodna i naturalna.

Batonik wydał mi się twardy, lekko tłuścił ręce, ale jak na takie "praski" miał w sobie i coś suchszego. W ustach wszystko to częściowo się potwierdziło, bo był bardzo twardy, ale i zaskakująco chrupiący. Poczucie to wzmacniały mocno chrzęszczące wiórki, które jednak odrobinę soczystości zachowały. Nie zmieniło to jednak faktu, że całość odebrałam jako mączną, a mało papu-daktylową (liczyłam na to papu właśnie) pod względem struktury. Kawałki orzechów małe, wiórki też przemielone, więc nie wiem, czy te twardość napędzały chrupki zbożowe czy co.

W smaku dominowała słodycz daktyli i kokos. Kokos pod postacią w pełni naturalną, głównie wiórkową, ale też zajeżdżającą olejem kokosowym. On, jak i słodycz daktyli, pod koniec przekładała się na leciutkie pieczenie w gardle. Bardzo lubię ten duet, ale ten tu był jakby zagłuszony.

Było nieco za słodko, bo... nie jakoś mocno daktylowo. Paradoks? No właśnie nie, bo czuć słodycz, ale smak daktyli nie wyszedł zbyt wyraziście. Te smaki wspierały się się na takiej... neutralności. Taka mączna nijakość? Naturalny, ale bliżej nieokreślony smak, może z leciutką nutką orzechów. Tych jednak poskąpiono.

Baton niby niezły, ale coś mi w nim nie grało. Taki jakiś... niezdecydowany, twardy , a przez to po prostu nudny. Daktyle i olej kokosowy jakby nie miały okazji rozwinąć się w pełni - ewidentnie przeszkadzały im chrupki zbożowe, skądinąd nie wnoszące nic do smaku, a wiele odbierające.


ocena: 6/10
kupiłam: Lidl
cena: 1-2 zł (chyba jakaś promocja?)
kaloryczność: 389 kcal / 100 g; batonik 35g - 135 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle, chrupki zbożowe (mąka kukurydziana, mąka ryżowa), wiórki kokosowe 14%, orzechy nerkowca 5,8%, orzeszki ziemne 3,9%

czwartek, 14 czerwca 2018

Zotter Labooko Panama 72 % ciemna z Panamy

Miałam zacząć przygodę z nowymi Zotterami Labooko, ale... postanowiłam, że jednak zatrzymam się na dłużej w Ameryce Środkowej z czekoladami Zottera. Po pysznej Labooko Guatemala 75 % miałam ochotę na coś z tamtego regionu, a tak pasowało, że za jakiś czas powinnam sięgnąć i po dzisiaj przedstawianą. W ofercie była odkąd pamiętam, więc aż dziwne, że dopiero ją kupiłam. Tym bardziej, że laseczka na opakowaniu wygląda na taką... zadziorną i kuszącą!
O czekoladzie napisać mogę jeszcze tylko, że jej kakao zakupione zostało z małych, lokalnych farm kooperatywy Cocabo, kultywującej tradycyjną uprawę.

Zotter Labooko Panama 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Panamy. Czas konszowania to 18 godzin.

Po otwarciu poczułam łagodny, choć wyrazisty zapach. Dominowała w nim kawa - jej mocno prażone ziarna. Doszukałam się też sugestii skórki ciemnego chleba (?).
Otaczały je nuty wilgotnej ziemi, od czego odchodziło skojarzenie z morką trawą i... "mokrymi morelkami". O tak, dużo było przy tym wszystkim słodyczy i rześkości o kwiatowym wydźwięku. Przełożyło się to na skojarzenia z przetworami... wiśniowymi i jakimiś żółtymi (brzoskwiniowymi?).
Prażoność podkręcała wytrawniejszy charakterek słodyczy (figi?).

Tabliczka przy łamaniu wydawała pełny trzask, lecz nie odebrałam jej jako bardzo twardej. Ujawniała ziarnisty, czerwonawo-miedziany przekrój, a w ustach rozpływała się idealnie gładko, na nieco tłustą i lepiącą, smoliście zawiesistą glinę... rozrzedzoną ogromem soczystości. Jakby chciała na wieki do mnie przylgnąć, co przy tym smaku było fajne.

W pierwszej chwili z zaskoczeniem odnotowałam gorzkość. Była zarówno palona, jak i wilgotna. Natychmiast skojarzyła mi się z odymioną ziemią oraz z orzechami włoskimi (ze skórkami!).

Od tych nut, zwłaszcza od ziemi, odchodził bardzo szybko lekki kwasek, ale najpierw to słodycz rozwinęła skrzydła.
Cały czas trwała przy niej odrobinka palonej gorzkawości, charakterek, który chwilami może i przyprawiony się wydawał. Kojarzyło mi się to jakby... z karmelem, ale takim "charakternie drapiącym w gardle" (piszę "jakby", bo nic nie drapało, nie było tu dużo słodyczy). To bardziej smak... z pogranicza miodu i fig.

Wspomniany kwasek wypływał z ziemi, chwilami wpisywał się i w dym, ale przybierał owocową postać. Czułam soczyste morele, brzoskwinie, nektarynki - słodkie i dojrzałe, choć z kwaskiem. Być może to nie one były kwaśne, a kefirowo-cytrusowe sugestie, jakie robiła smolista i odymiona ziemia.

Znów jednak dym, gorzkość palonej kawy i orzechów z tła nie odpuszczały. Dołączało do tego mocno czekoladowe brownie. Przez moment, przez kumulację słodyczy zrobiło się to bardziej "neutralne", jakby wręcz maślane... ale maślane nie masłem, a orzechami... jakby jakieś delikatniusie (nerkowce?)... albo np. jak taka jaśniutką skórką suszonej figi?.
Szybko jednak znów zadziałały owoce i obok kawy lekko mignęło mi się wiśniowego, a po chwili... już czułam gorzko-ziemiste cytryny, takie ze skórkami. Charakterna słodycz trochę je zmanipulowała... poczułam jakby podszczypujący w język efekt ananasa?

Na koniec to subtelna orzechowo-palona gorzkawość i sporo łagodnej, maślano-... jakiejś, trochę kwiatowo-rześkiej słodyczy osnuwały wszystko. Nie mogłam określić tej słodyczy właśnie. Nie przytłaczała, była owocowa, ale... nie soczysta. Coś może właśnie jak takie delikatne, jasne figi (skórka). Po przeczytaniu recenzji Basi z bloga Sex, Coffee & Chocolate, skłaniam się ku pieczonym bananom (choć nie wiem, jak pieczone smakują, ale pewnie jakoś tak).

Na długo pozostawał posmak posmak prażenia, orzechowych motywów i słodkich owoców. Już bez kwasków, a z poczuciem niemal kwiatowej lekkości, z zadziornie zaznaczoną charakterniejszą ("przyprawioną"?) nutką w tle.

Mimo sugestii tłustości, tabliczka wyszła cudnie rześko, lecz dobitnie smakowo. Zdecydowana i znacząca słodycz miała nieinwazyjny wydźwięk, więc nie była za silna. Kwaski nie wyszły nachalne, a gorzkość... była cudnie głęboka. Jakby kawa i brownie zakopane w ziemistości, paloności, soczystości cytrusów i morelo-brzoskwiń, orzechach włoskich (i nerkowcach? czy po prostu z maślaną nutką?) i złożonej słodyczy miodu, fig (i bananów?). Wszystko było harmonijne, ale z pazurkiem. Po trochu znalazło się tu wszystko, co uwielbiam, więc wybaczam jak dla mnie trochę za dużo maślanych zapędów.

Ta niepewność związana z nutą bananów przypomniała mi, że jadłam taką czekoladę: ziemistą, ciastowo-paloną, karmelową i "o smaku zapachu ziaren kawy", właśnie z mocno bananową słodyczą - A. Morin Panama noir 70 % (patrząc na datę recenzji aż się zdziwiłam, że to pamiętałam).


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól

wtorek, 12 czerwca 2018

Rococo Roald Dahl George's Marvellous Medicine biała z lukrecją, borówkami amerykańskimi i koprem włoskim

Po Rococo Frobscottle & Snozzcumber przyszła pora na kolejną tabliczkę z serii inspirowanej twórczością Roalda Dahla, tym razem inną książką dla dzieci - "Cudowne lekarstwo George'a" - o chłopcu, który postanowił uwarzyć swojej zrzędliwej i zjadającej robaki babci eliksir, którego składnikami są m.in. pasta do zębów, curry w proszku, extra ostre chili, szampon do włosów, chrzan, wosk do podłóg i proszek na pchły. Cenię sobie kreatywność, sama lubię eksperymentować w kuchni, mam dziwny gust i lubię próbować dziwne rzeczy, a wszelkie ziołowe smaki w czekoladach mnie pociągają. Wszystko to, jak i miłość do lukrecji, przełożyło się na to, że dzisiaj przedstawianą tabliczkę uznałam za najciekawszą z całej oferty. Kupując żałowałam, że to biała, ale po spróbowaniu kilku kiepskich ciemnych i mlecznej oraz smacznej wspomnianej białej od Rococo, moje podejście do rodzaju (koloru?) tej czekolady zmieniło się o 180 stopni.

Rococo Roald Dahl George's Marvellous Medicine to biała czekolada z lukrecją, borówką amerykańską i koprem włoskim, mającą przypominać smakowo "cudowne lekarstwo".

W trakcie otwierania z opakowania wyrwał się intensywny zapach dobrej jakościowo, mocno maślanej białej czekolady. Nucie śmietanki towarzyszyła nieprzesadzona słodycz i ogrom... słodkawej, orzeźwiającej lukrecji / anyżu. Przy tym zaznaczała się leciutka wytrawniejsza pikanteria i uroczy wątek jagódkowo-cukierkowy.

Tabliczka trzasnęła-pyknęła w sposób charakterystyczny dla nieulepkowatych białych czekolad; w dotyku zaznaczała się jej tłustość, ale i pewna pudrowość. W ustach okazała się jednak, jak na białą, mało tłusta, ale bardzo gęsta, dość znacząco proszkowa. Przypominała w tym domowe lody. Nie była gładka, ponieważ zawierała sporo twardawych drobinek.

W smaku w pierwszej chwili była lukrecjowo słodziutko-chłodząca (efekt trochę podobny do mięty, ale tu lukrecji nie da się pomylić z niczym innym) i błogo maślana.

Zalewała to fala mleka.
Mleko łącząc się z lukrecją tworzyło złudzenie zimnego mleka pitego w upalny dzień.

Lukrecjowo-anyżowy smak szybko zaczął dominować, ale nie zabił innych smaczków. Był cudownie wyrazisty, choć nieprzesadzony. Wkomponował się w ogólną silną słodycz (w końcu lukrecja sama w sobie jest słodka). Chłodek tego dodatku sprawił, że słodycz była jak najbardziej przystępna, wydała mi się naturalnie zgłuszona, taka trochę słodzikowa, ale w pozytywny sposób, gdyż opierało się to na lukrecji. Kojarzyło mi się to (wraz z konsystencją) z lodami śmietankowymi.

Słodycz przełamana została też innymi czynnikami. Charakterniejszym była pewna wytrawność o ostrych zapędach. Ujawniała się głównie przy rozgryzaniu drobinek. Język był wtedy kąsany jakby schłodzoną pikanterią. Wydawało mi się, że ujawniała się przy tym także sól. To było niemal... korzennie-pieprzne, ziołowo-apteczne i wciąż obłędnie lukrecjowe.

Do śmietanki dołączał lżejszy akcent. To bardzo, bardzo nieśmiałe jagódki - może trochę kwiatowo-cukierkowe, ale też już "apteczne". Słodkie, ale rześkie, sugerujące odrobinkę kwasku.

Końcówka jednak i tak należała do pikantnej, wyrazistej lukrecji wgryzającej się w śmietankową maślaność białej czekolady. Silna słodycz podporządkowała się temu, nie odbiegała klimatem, była rześko-chłodząca, co cudownie wyszło przy pikanterii wyczuwalnej na języku jako... delikatne odrętwienie?

To poczucie pozostawało jeszcze dość długo, dłużej niż przyjemny posmak maślano-śmietankowej czekolady i (nieco mniej przyjemne) delikatne poczucie przesłodzenia (no ale w sumie w dobrym stylu).

Czekolada okazała się bardzo charakterna - lukrecjowa do potęgi, chłodząca, że aż jednoznacznie kojarząca się ze śmietankowymi lodami. Bardzo silna słodycz została genialnie przełamana poważniejszymi nutami, a błoga białoczekoladowość wcale przy tym nie ucierpiała.
Ta była bardzo białoczekoladowa i bardzo, bardzo lukrecjowa. Bardzo słodka, a zarazem charakternie wytrawna.

To najbardziej lukrecjowa czekolada, jaką jadłam. Co jednak ważniejsze, wciąż smakowała właśnie białą czekoladę, nie było w niej przesady. Co więcej, lukrecja nadała białej takiego bogatego, poważniejszego wydźwięku, że bardzo mi smakowała. Mimo silnej słodyczy nie zasłodziła, cudownie zaś ochłodziła i troszeczkę przypiekła pikanterią. Owoce wyszły tu tylko jako leciutki "doprawiacz", nie tak jak maliny w Frobscottle & Snozzcumber - (znaczący smak), ale wcale nie brakowało mi ich silniejszego smaku.
Od razu przywołała na myśl genialną białą Zotter Labooko Soy white - właśnie też anyżową / lukrecjową. Rococo wyszła intensywniej (intensywniej lukrecjowa, czekoladowa) i cudnie śmietankowo. To zjawiskowość w tabliczce.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: biała czekolada (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa), liofilizowana lukrecja, liofilizowane nasiona kopru włoskiego, liofilizowane sproszkowane borówki amerykańskie, sproszkowany burak, wędzona sól morska, suszone kwiaty lawendy, olejek z mirry

poniedziałek, 11 czerwca 2018

lody Gelatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter

Te lody były rzadkim okazem - kupiłam je dla siebie, nie do recenzji, bo wiedziałam, że są dobre... Zerknęłam jednak na skład, trochę już od czasów recenzji w internecie o nich poczytałam i doszłam do wniosku, że jakieś zmiany pozachodziły (np. a to orzeszki są, a to nie), więc w końcu postanowiłam recenzję zaktualizować, dopisując na końcu parę zdań. Po spróbowaniu lodów doszłam do wniosku, że niemożliwe, by to sam gust mi się tak zmienił, z racji czego uznałam, że nowy post będzie najlepszym, co mogę zrobić.

Gelatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter to "lody orzechowe z kremem orzechowym 20 % i kawałkami czekolady mlecznej" produkowane dla Lidla. Swoje zakupiłam w 2017 r.

Po otwarciu poczułam smakowity zapach fistaszkowo masłoorzechowy.

Wbicie łyżki graniczyło z cudem. Lody były strasznie twardym kamieniem i to właściwie nie przez to,  że były aż tak gęste (jak np. lody na śmietance) czy zamrożone, bo potem masa już topiła się normalnie, a łyżeczkę dalej było trudno wbić. Dlaczego? Otóż w masie zatopiono przemielone masło orzechowe i czekoladę. Była to drobnica, która przybrała postać twardego i tłustego plastiku.

Sama masa lodowa była niemal nie do wyłuskania, ale odebrałam ją jako strasznie mdlą, trochę orzeszkową, ale głównie słodką i rozwodnioną. Nijakość wody strasznie dawała się we znaki.

Czekolada okazała się strasznie słodkim plastikiem. Na pewno była mleczna, nie ciemna, ale ogólnie trudno to czekoladą nazwać. Mdło-słodkie gamołki.

Masło orzechowe gdy trafiłam na większą grudkę nie tak strasznie mikroskopijną grudkę było przeciętne. Wyraźnie arachidowe, zaplatało się parę ziarenek soli, ale... wydawało mi się, że i jakaś mdłą nutkę przy nim czułam. Być może jego smak po prostu się rozwodnił, bo było tak dziwnie przemielono-wmieszane w lody, że jak czekolada, przybrało formę nijakich drobinek.
Ogólnie jakoś nikło w kiepskiej masie i gubiło się pod naciskiem czekolady, która wydawała się stanowić większość.

Całość była z masłem orzechowym, co czuć, ale w żadnym wypadku nie był to zadowalający stopień masłoorzechowości. W zasadzie od niechcenia można trochę zjeść, ale nie były to lody, których chciałabym opierniczyć całe pudło. Za dużo tu kiepskich elementów: kiepskie lody, beznadziejny dodatek czekolady. Tak ją przemielili, że swoją słodyczą i plastelinowościa odciągała uwagę od masła orzechowego. Ja nie zjadłam nawet 1/4 i mając opory typu "a jak na dnie było mnóstwo grudek?" zapytałam Mamę (oddałam jej resztę). Okazało się, że trafiła na jedną większą - wielkości małego orzecha laskowego. Z moją to już dwie. Mama też stwierdziła, że "czuć masło orzechowe ale jakby obok wody". Średnie masło orzechowe z wodą i cukrem? Ja podziękuję.
Gdyby tak nagle trafić na wielką grudę, która cudnie zaczęła by się rozpływać, duże orzeszki... Byłoby smacznie. Tak było nudno, do bólu przeciętnie.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 500 ml / 431g)
kaloryczność: 277 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, orzeszki ziemne 13,6%, śmietanka 9,6%, mleko w proszku odtłuszczone, mleko zagęszczone, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, żółtko jaja, stabilizatory: guma guar, karagen; emulgatory: lecytyna sojowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; olej palmowy, koncentrat jabłkowy, melasa z cukru trzcinowego, koncentrat z czarnego bzu, sól, aromaty

niedziela, 10 czerwca 2018

Mesjokke Mystery Dark 72 % #3 ciemna z Kongo

Kiedyś zaczynając przygodę z nieznaną marką czekolad lubiłam zaczynać od najniższej zawartości kakao lub od potencjalnie najmniej smacznej. W przypadku niderlandzkiej marki Mesjokke byłam jednak jakaś podejrzliwa, więc z czterech zakupionych na pierwsze spotkanie wybrałam, jak mi się wydawało, najbardziej wpisaną w moje klimaty - ciemną i tajemniczą. Miałam nadzieję, że nie będą to czcze słowa. Była ciemna, zrobiona na tajemniczą, ale i prawie nic o niej w internecie nie napisano. Jak się później okazało, z tajemnicą chodzi o to, że ta czekolada się zmienia - wychodzą różne edycje z różnego kakao, a producent nie ujawnia, jakiego. Moja pochodziła z edycji trzeciej, czyli chyba z Kongo (nuty by się zgadzały).

Mesjokke Mystery Dark 72 % #3 to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Kongo.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słabiutki zapach. Najpierw skupiłam się na owocach, bo był w pewien sposób rześki. Pomyślałam o trawie, drzewach i... o jakiś słodkich i wodnistych owocach, np. melonach. W czasie degustacji wywąchałam też coś bardziej esencjonalnego, niż wodnistego i słodko-kwaskowatego - jakby marakuja i śliwka?
Ciepła moc kakao też wydała mi się jakaś leciutka, ale określiłabym ją jako drzewa i ciepła ziemia, może coś asflatowego.

To, jak delikatny był zapach nie współgrał mi z głębokim, ciemnym kolorem. Trzask wydał mi się jakiś suchawy, a cała tabliczka dziwnie pudrowo-tłusta. W ustach... nie dość, że okazała się pudrowo-pylista, to jeszcze rozpuszczała się szybko na "tłustą gamołkę".

W smaku w pierwszej chwili poczułam jednak gorzkawość. Najpierw niepaloną, choć wydawała się pochodzić od dymu. Dym... unoszący się nad asfaltem? Nad drogą prowadzącą przez las... To tak bardziej obrazowo, ale równocześnie do głowy przyszła mi masa czekoladowa - właśnie o takim smaku, ale masa, nie czekolada.
W tle doszukałam się przebłysku delikatnego "słodko-kwasku" nieśmiałej marakui (?... "rozmytej towarzystwem melona"?).

Szybko pojawiła się także słodycz. Najpierw pomyślałam o palonym karmelu, który nadał całości bardziej palonego, niż dymnego wydźwięku, potem, gdy wzrosła, przypominała bardziej jakieś cukierki toffi. Śmietankowo-maślane i słodkie. Tu wkradał się lekki kwasek.

Był to smak suszonych i wędzonych śliwek, w porywach może też trochę świeższych (ale wodnistych, jak z zapachu). Dominowały te suszone, do pary z rodzynkami, które swoje korzenie niewątpliwie wywodziły z toffi.

"Masa czekoladowa" przywoływała odległe skojarzenia z orzechami, których smak został jakby zneutralniony (taki mniej wyrazisty), a więc wpisujący się w drzewno-zbożowe, niemal zbożowo-suszonoroślinne klimaty (podobnie orzechowo-zbożowa była Original Beans Femmes de Virunga 55 %). Postawiłabym na laskowe. Zwykłe orzechy laskowe, trochę palonych nutek drzew, ziemi... Może prościej byłoby to nazwać po prostu nutą ziół, ale... nie była to ziołowość (jak mogliby to niektórzy zrozumieć), a taki suchawo-roślinny smaczek.
Na pewno im bliżej było końca, tym bardziej rosła słodycz tejże "masy".

Śliwki i ledwie ciągnący kwasek wraz ze słodyczą maślanego toffi i tą "neutralnością" orzechów (i zboża?) przy "masie czekoladowej" zaczęły udawać jakby coś jogurtowego...? Bardzo słodki, z leciutkim kwaskiem, gęsty i proszkowy jogurt czekoladowy ze śliwkami i ziarnami w formie tabliczki.

Na koniec pozostawal posmak bardziej palony, owocowa wodnistość śliwek, melonów...? A także poczucie za silnej, choć jakiejś mdłej słodyczy.

Nie mogę powiedzieć, że czekolada nie była smaczna. Podobały mi się jej dymno-palone zapędy (takie niepalono-palone w punkt), a i śliwkowość była bardzo miła. Żałuję, że delikatniejsze owoce były jakby stłamszone (w tym bukiecie smakowym jak nic przydałaby się silniejsza, kwaskowata marakuja, jogurt czy coś) , a słodycz nijaka i za silna. Gorzkawość niby też ładnie się rysowała, ale jakoś tak nie porwała mnie. Nie podobała mi się struktura (czego uwieńczenie stanowiło skojarzenie z jogurtem z ziarnami - jeden z gorszych produktów, jaki można zrobić).

Co ciekawe, dym, paloność, maślaność i a także "namotana" nie żywa, a suchawa ze śliwkami, a nawet gumiasto-dziwna (Mesjokke była jednak po prostu kiepska, a GR niecodzienna) konsystencja przywodziła na myśl Georgia Ramon Congo Forastero & Trinitario 100 %, czyli również z Kongo (to dało mi do myślenia i zaczęłam szukać info o Mesjokke).


ocena: 7/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 14,99 zł (za 41g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa (max. 0,4%)

sobota, 9 czerwca 2018

Marou Ba Ria 76 % ciemna z Wietnamu

W Marou zakochałam się od pierwszego dostrzeżenia w internecie, żeby później na długo zobojętnieć, aż do chwili gdy spróbowałam Lam Dong 74 %. Była boska, więc po kolejną tabliczkę sięgnęłam dosłownie kilka dni później, zmieniając nieco plany degustacji, czyli to, kiedy którą czekoladę zjem. A trzeba Wam wiedzieć, że zdarza się to bardzo rzadko.

Marou Ba Ria 76 % to ciemna czekolada o zawartości 76 % kakao trinitario z Wietnamu ze wzgórz prowincji Bia Ria.

Po otwarciu poczułam bardzo soczysty, kwaskowaty zapach wiśni i egzotycznych owoców. Jakieś niemal cytrusowe kwaski i kwaseczki podpowiadały wręcz zakwas, więc wyobraziłam sobie chleb żytni na takim z dżemem wiśniowym... Wilgotny i mocno wypieczony, bo i mnóstwo prażono-palonego klimatu w tym odnalazłam. Drzewa i ziemia bardzo zdecydowanie tu zagrały. Na myśl przyszły mi także beczki... Jakby drzewa wiśni i beczki z drewna wiśniowego. W tle była też jeszcze "nutka mniej smakowita", której nie udało mi się nazwać.

Tabliczka łamała się z ładnym trzaskiem, a rozpływała się dość szybko w kremowy i obłędnie soczysty sposób, nie zapominając o odrobince pylistości, która sprawiała, że miałam wrażenie, że jest w niej coś chrzęszczącego (potem to nakręcało skojarzenie z przyprawami).

Już w trakcie robienia kęsa przywitał mnie kwaśny, pikantnie-słodki smak. Kwasek to 100 % owoców z charakternymi, wyrazistymi wiśniami na czele.

Wiśnie te niosły także wiele cierpkości. Okazało się, że tej tu nie brak i że do jednoznacznych nie należała. Poniekąd była owocowa za sprawą wiśni, także innych czerwonych owoców (porzeczki? kwaskowate truskawki?) ale też jakby... czegoś podchodzącego pod cytrusy, ale niebędącego żadnym konkretnym cytrusem.

Pikanteria, dość wyraźnie zaznaczająca swoją obecność na początku chwilowo osłabła na rzecz bardziej palonych smaków, w których doszukałam się również niemal cierpkiej spalenizny... Było to takie nieco za długo pieczone, ale wciąż pyszne, brownie. Ciepluteńkie, w środku jeszcze mokre... co wraz z kwaskami kojarzyło mi się z ziemią. Oprócz tego dalej coś "beczkowego", takiego też drewniano-orzechowego czułam (może jakieś włoskie orzechy? migdały tak w trochę marcepanowo-maślanym kontekście?). Robiło się trochę wytrawniej, że nawet raz mignął mi ciemny chleb. Im bliżej końca, tym napływało coraz więcej smakowitej gorzkości.

Po tym jednak wracała wyrazistsza pikanteria kojarząca się z orientalnymi mieszkankami przypraw (a skojarzenie to napędzała struktura), w których nie żałowano cynamonu i papryczek chili. Cynamon... z ciepłym klimatem palonych drzew i ziemi (i nutką maślaną?) przywoływał też... jakby jakieś herbaty typu  chai latte - tylko mocne. Coś cierpkiego w herbacianym kontekście? Być może.
Jednak też i coś "mleczniejszego", przy czym chwilowo pomyślałam o słodyczy owocowych... jogurtów? No tak, bo cały czas czułam kwasek (głównie owocowy). Najpierw do głowy przyszły mi "rzeczy truskawkowe", ale potem... Coś morelowo-śliwkowego, niepolskiego.

No i po tych palono-przyprawionych falach wreszcie dotarło do mnie, czym były "niecytrusowe cytrusy". Wróciły bowiem, ale i z silniejszą słodyczą (jakby jakiś sos owocowy i karmelowy? albo... miód?). Toż to chrupiące jabłka.

Na końcu wzbierała słodycz, robiła się niemal miodowo-mleczna, jabłkowo... ostrocynamonowa? I jednak palona w pewnym stopniu z machającym z oddali cierpkim kwaskiem owoców.

Pikanteria przypraw, paloność i owocowo-jakaś cierpkość pozostawały w posmaku na dość długo.

Mimo że z opisu może nie wydawać się zbyt słodka, to jednak... słodka była. Z tym, że to słodycz kompletnie podporządkowana kwaskom. Oba te smaki były wpisane w owoce. Przede wszystkim czułam wiśnie, ale zarejestrowałam też mniej obrazowe "egzotyczne jabłka" i zbieraninę czerwonych, czegoś śliwkowego. Kwasek to czyste, soczyste owoce; co innego cierpkość - ta pochodziła z różnych źródeł. A tych, może niewyrazistych, ale jednak, było sporo. Przodowały pikantne przyprawy, ale i zdecydowane palenie / prażenie, co jednak nie przełożyło się na silną gorzkość. Wyszło bardzo orientalnie. Czekolada nie była specjalnie intrygująca, mimo że trudno uchwycić pewne smaczki; wyszła głęboko, smacznie, ale nie charakterystycznie. Przypadła mi do gustu, ale bez szału. Czytając o niej u innych odniosłam wrażenie, że każdy czuł co innego - rzeczywiście jej nuty zasnuwały się wzajemnie, ale... może właśnie taki jej urok.


ocena: 9/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 28 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  599 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

piątek, 8 czerwca 2018

McEnnedy Mini Brownies with Hazelnuts

Bardzo lubię brownie i choć preferuję zajeżdżanie do miejsc, gdzie mogę kupić sprawdzony kawałek (sama nie robię, bo najzwyczajniej na świecie by się nie opłacało), to lidlowym gotowcom też udało się mnie zachwycić. Gdy nadarzyła się okazja, postanowiłam do nich wrócić (też żeby wymienić zdjęcia na ładniejsze, czyli te obecne), a że zakupy robiłam z Mamą, i ona zapragnęła "jakieś brownie znowu zjeść". Orzechowe wydały jej się ciekawsze ("a nie takie puste, tylko czekoladowe"), dzięki czemu miałam możliwość spróbowania tegoż wariantu. Zamieniłyśmy się bowiem po dwie sztuki (taki był plan, bo gdy zjadłyśmy po jednej doszłyśmy do wniosku, że ona bierze resztę orzechowych, ja zwykłych).

McEnnedy Mini Brownies with Hazelnuts to 8 malutkich kawałków brownie z kawałkami orzechów laskowych, produkowane dla Lidla.

Bardzo podoba mi się, że każdy kwadracik jest pakowany osobno.

Po otwarciu wygląd i zapach nie zdradzały obecności orzechów. Kawałek ciasta pachniał bowiem mocno czekoladowo-kakaowo, niemal mokro-truflowo. Czuć w tym odrobinkę chemii, ale ogół wyszedł kusząco.

Ciemny kawałek był mocno przypieczony po brzegach, ale i bardzo tłusty (zostawiający plamy). Ciacho okazało się mięciutkie, odrobinę tylko kruszące się i  kapciowate, a także mokre wewnątrz.
Znalazłam w nim mnóstwo kawałków orzechów. Mimo, że strukturą wpisały się w mokrą konwencję słodycza, mi przeszkadzały. Sprawiały, że trzeba było gryźć coś idealnego do rozpływania się w ustach. Orzechy były bowiem chrupiące mimo zawilgocenia. To w końcu pozytywne zawilgocwnie, takie nasączono-soczyste.

Już od pierwszego kęsa słodycz zniewoliła kubki smakowe, a głęboka czekoladowość jej wtórowała. Kakao przybrało niemal alkoholowo-truflowy wydźwięk, co sprawiło, że zasłodzenie było pozytywne. Wyszło bardzo podobnie do czekoladowej wersji, jednak bez kawałków czekolady.

Całość była przede wszystkim czekoladowa, nie nasiąkła orzechami, jak się spodziewałam. Te w ogóle czuć było tylko przy ich kawałkach. Albo nie: "tylko", bo kawałków było mnóstwo (wydaje się, że o wiele, wiele więcej, niż podano w składzie). To one nieco nasiąkły brownie (to takie "uciastowione orzechy") i smakowały wyraźnie orzechowo, świeżo. 

Ta wersja wyszła więc czekoladowo i z orzechami, ale właśnie dlatego o wiele mniej obłędnie, maksymalnie czekoladowo niż Chocolate Chips, a wcale nie aż tak bardzo orzechowo. Orzechy były, bo były - i tyle. Zaburzały mi tylko potęgę czekolady. Smaczne na jednorazowe podejście, ale do tych wracać bym nie chciała.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: około 7 zł (za 240 g)
kaloryczność: 444 kcal / 100 g; sztuka 30g - 135 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej rzepakowy, pasteryzowana masa jajowa, 12,4% czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna sojowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, naturalny aromat), mąka pszenna, mleko zagęszczone słodzone, 4,5% siekane orzechy laskowe, mąka sojowa, syrop glukozowo-fruktozowy, białko jaja, stabilizator: glicerol; kakao w proszku, naturalny aromat, substancje spulchniające: difosforany, węglany sodu; sól, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna słonecznikowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem cytrynowym; substancje żelujące: guma ksantanowa, pektyny; kwas cytrynowy, mąka ze słodu pszennego


PS Jutro przeprowadzam się, więc nie wiem, jak będzie z moim udzielaniem się, zatwierdzaniem dodanych komentarzy i odpowiadaniem na nie. Przez najbliższej kilka dni wpisy będą publikować się automatycznie.

czwartek, 7 czerwca 2018

Pacari Chile ciemna 60 % z Ekwadoru z chili, kolendrą i solą

Uszczuplając trochę swoje zapasy boskich J.D. Grossów z chili (wyjadając je) oraz nie czując satysfakcji po pierwszej spróbowanej czekoladzie z chili Stainer (75 % Peperoncino Piccante Medio), poczułam wzmożoną chęć na Pacari z chili. Tej marce ufam, więc miała mi wynagrodzić rozczarowanie Stainerem, a chciałam coś przynajmniej równie chili-smacznego, co J.D. Gross. Co więcej, ciekawiło mnie, jak z tym dodatkiem wyjdzie specyficznie kwiatowe ekwadorskie kakao.

Pacari Chile to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z chili (ekwadorskie aji), kolendrą i solą.

Po otwarciu dobiegł mnie słodki zapach kwiatów, subtelnego karmelu (może w towarzystwie kawy?) o ciepłym wydźwięku, ale i sporo niemal surowej soczystości. To taka ziemisto-cytrusowa soczystość, podkręcona czymś pikantniejszym i sprawiająca, że chwilami karmel podchodził pod charakterny miód. Mimo to, można powiedzieć, że na tym etapie chili ukrywało się.

Twarda i ciemna tabliczka trzaskała ujawniając ziarnisty przekrój. W ustach jednak wydawała się pylista, a nie ziarnista. Rozpływała się w średnim tempie, nietłusto, a w sposób... lepiąco-soczyście-trochęwodnisty (pasujący do jednej z nut).

W chwili robienia kęsa poczułam stonowane, słodkie połączenie karmelu i rześkich kwiatów, ewidentnie róż. Nawet nie zdążyłam sformułować myśli, że chili nie ujawniło się, ledwo przełknęłam ślinę, a poczułam pieczenie w gardle.

Nie zaburzyło jednak rozwijania się smaku w ustach. Tu zrobiło się bowiem delikatnie, niemal słodziutko. Karmel - taki wręcz umleczniony i... umiodowiony (?), słodkie, dobre jakościowo karmelki i cały ogrom niemal "perfumowych" róż.

Róże te były zarówno ciężko-perfumowe (takie bardzo pasowały do narastającej w gardle pikanterii), jak i specyficznie rześkie, do której to rześkości po chwili dobiegła soczystość. Poczułam orzeźwienie, i właściwie domyśliłam się, że to sprawka odrobinki soli. Podsyciła co nieco, bo słono nie było, lecz mimo to także jakoś się zaznaczała.

Wszystko to przełożyło się na taką wizję: letnie popołudnie, wyperfumowane cioteczki siedzące na werandzie wśród róż, popijające orzeźwiającą lemoniadę i częstujące się karmelowo-śmietankowymi cukierkami. Za ich plecami, za domem nadciągała jednak pikantna kolendro-chili burza.

Czekolada dawała w końcu upust mocniejszemu kakao (czyżby sól je podkreśliła?), ujawniającym się w soczyście ziemistych, trochę cytrusowych (skojarzenia z zacną, domową lemoniadą nakręca tu struktura), nutach. Nie było kwaśno, kojarzyło mi się bardziej z nibsami, pojawiła się też jakby surowość kakao. Zaplątał się także "cieplejszy", ziemiście-kawowy wątek.
Ziemia i gorzkość zostały podbudowane pikanterią, która w gardle już się nie mieściła i przenikała do kompozycji. Połączenie kolendry i chili wydało mi się niemal pieprzne.
Ostrość wniosła na piedestał gorzkawo-konkretniejszy smak przypraw. Nie smak samego chili, a właśnie chili i kolendry - taki "poważniejszy". Na końcówce ostrość wyczuwalna w gardle była bardzo mocna, a smak czekolady w ustach bardzo wyrazisty, podkreślony smakiem dodatków.

Czekoladowośc właśnie, taka surowo-wyrazista, lekko cytrusowa, a jedynie ze wspomnieniem słodyczy pozostawała w posmaku wraz ze smaczkiem kolendry i chili oraz poczuciem ciepła.

Czekolada wyszła bardzo kontrastowo i po prostu przepysznie, zjawiskowo. Było w niej coś niemal groteskowego: cała ta różaność, karmelowo-miodowa słodycz i charakterna ostrość przypraw, tak cudownie podkreślone soczystą solą, splątaną z cytrusowo-ziemistymi nutami. Przemyślana, gdyż nic niczego nie tłumiło. Wszelkie słodkie nuty miały taki wydźwięk, że czekolada ani przez sekundę nie wydała mi się za słodka. Nawet konsystencja idealnie zgrywała się ze smakiem.
Trafiła na listę moich trzech ulubionych czekolad z chili, razem z Vosges Super Dark 72 % Guajillo & Chipotle ChiliJ.D. Gross Ekwador 56 % ciemna z płatkami chili, choć była tak złożona, że w sumie trudno jakkolwiek ją porównać do innych czekolad z chili.


ocena: 10/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 19 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: ziarno kakao 55,70%, cukier trzcinowy 40%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,2%, chili 0,1%, kolendra, sól

wtorek, 5 czerwca 2018

Zotter Labooko Guatemala 75 % ciemna z Gwatemali

Zorientowawszy się, że czeka mnie pierwsza degustacja czekolady z kakao z Gwatemali, to właśnie temu z nowych Labooko przypadło pierwszeństwo. Jak się okazało, w procesie wytwarzania tej tabliczki zastosowano jakąś innowacyjną metodę prażenia SNR, by maksymalnie wydobyć smak kakao pozyskanego od kooperatywy FEDECOVERA, której 2000 farmerów kultywuje majańską kulturę kakao. Ich criollo "the native" (jakby naturalna hybryda criollo i trinitario) rosła tam od wieków, choć jest bardzo trudna do odnalezienia i pozyskania (dominacja wielu hybryd kakao). Wspomniani farmerzy pochodzą z lokalnych plemion, mają własny język i kulturę regionu, a kupowanie od nich to też wsparcie (umożliwienie edukacji ich dzieciom itd.).

Zotter Labooko Guatemala 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao criollo z Gwatemali, z regionów Cahabon i Polochic. Czas konszowania to 25 godzin.

Od razu po otwarciu poczułam wyrazisty, choć o delikatnym charakterze, zapach lawendy i czarnego bzu w słodko-soczystym wydaniu. Wychwyciłam też i coś "czerwonego" - hibiskus? To było niemal cukierkowe, oczami wyobraźni zobaczyłam później wyidealizowane żółte, pomarańczowe i czerwone galaretki... Tylko że takie naturalne, z kwaskiem i goryczką owoców.
Było to smakowite i... ciepłe, bo obok rysował się zdecydowany, prażony wątek migdałów i drzew.

Przy łamaniu twarda tabliczka bardziej niż "trzasnęła", wydała konkretne pyknięcie. W ustach rozpływała się najpierw tłusto jak tafla masła (co w pierwszej chwili mnie obrzydziło), a potem coraz bardziej jak soczysty i lepiący (choć wciąż tłusty) krem. Mimo to trochę wysuszała.

W smaku błyskawicznie ujawnił się smak masła, którego nawet nie zdążyłam nazwać, a już zmieniło się w jakieś nerkowce albo krem orzechowy z całego miksu i... nie zdążyłam nawet pomyśleć, a już w ustach panoszyły się wyraziste, prażone migdały, czekoladowy krem z nich... Z "neutralności" maślano-orzechowej szybko zrobiło się gorzkawo i niemal orzechowo soczyście.

Od gorzkawości i zdecydowanego palono-prażonego smaku odeszła i cierpkość rozchodząca się równolegle w dwie strony.

W tym samym czasie napłynęło i sporo słodyczy, co sprawiło, że kompozycja nabrała niewiarygodnie czekoladowego wydźwięku. To była CZEKOLADA. Czekoladowy, maksymalnie uczekoladowiony obłęd.

Kwaskowata, palona cierpkość z jednej strony właśnie z tą słodyczą, odsłoniła przede mną mnóstwo kwiatów. To niemal perfumowo-cukierkowa kwiatowość z leciutką goryczką i cierpkością. Jakby czarny bez i... hibiskusowo-malinowa herbatka? Najpierw nie byłam pewna (nie piję owocowych herbat), ale te skojarzenia wracały wielokrotnie.

Z drugiej, przy tych maślano-orzechowych nutach, łącząc się z niemal mlecznym akcentem, zarysował przede mną obraz soczystego, kwaśnego kremu... orange curd jak nic! Miało to i cytrynowe zapędy, ale wygrała soczysta pomarańcza, przy której znalazło się całkiem sporo kwasku i gorzkawej nuty skórki. Ta gorzkawość, też lekka cierpkość, właśnie pomarańczową masę lub naturalną galaretkę sugerowała.

Soczystość i paloność były bardzo ciepłe, do czego lekkie wysuszanie nawet trochę pasowało. Drzewa i orzechy, prażone migdały na końcówce powróciły wzmocnione charakternym, palonym karmelem.

Maślaność, prażona orzechowość i soczystość słodko-kwaśnych tworów z owoców (ogrom pomarańczy, czarny bez, maliny, hibiskus i też cytryny) pozostawały w posmaku na bardzo długo wraz z poczuciem suchości, z którą najdłużej utrzymywał się gorzki smak pysznej czekolady i orzechów. O tak, to zdecydowanie gorzko-kwaskowata tabliczka z idealnie wkomponowaną, jakby tylko naturalną słodyczą.

Tabliczka była przepyszna do tego stopnia, że wybaczam jej tłustą strukturę (jeszcze z tym wysuszającym efektem...). Zjawiskowo czekoladowa, mocno migdałowo-orzechowa i niewiarygodnie owocowo-kwiatowa. Podobały mi się tu owoce, bo wszystkie były "czymś", nie zaś surowymi, a cały czas było to wyidealizowane, smakowite "coś". Wyszło to ciekawie, niecodziennie. Wraz z palonymi nutami nadało czekoladzie mocnego charakteru, mimo że i maślaną łagodność zachowała. O ile maślaność często bardzo mi w czekoladach przeszkadza, tak tutaj... pasowała, bo właśnie weszła tylko w te "owocowe twory".

Bukiet ten wydał mi się dość znajomy. To jakby gorzkość owoców (w GR cytryny ze skórką, dżemory i sok pomarańczowy) i "maślana neutralność" (a nie smak masła) wraz z "kremem czekoladowym" i palono orzechowymi klimatami z łagodnej Georgia Ramon Belize TCGA-Cooperative Trinitario 100 % wymieszana z czarnym bzem, gorzkawością owoców (tam grejpfrut), mnóstwem prażonych orzechów i karmelową końcówką Jakub Piątkowski Czekolada Honduras 70 %. (Może też coś z cytrusowego kremu i malin z Jordi's Honduras?) I Belize, i Honduras leżą blisko Gwatemali, ale i tak zaskoczył mnie podobny wydźwięk tych czekolad. Wszystkie łączy obłędna czekoladowość.
Ten Zotter może nie dorównał JP Czekoladzie z Hondurasu (to jedna z moich ulubionych czekolad tak ogółem), ale zachwycił mnie smakiem (gdyby nie konsystencja, bez wahania dałabym 10).


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy