niedziela, 20 października 2019

Zotter Labooko Single White Rice Coconut no sugar added biała ryżowo-kokosowa z erytrytolem (słodzikiem), bez cukru

Gdy zorientowałam się, że w tajemniczej paczce z czekoladami Zotter jest też jakaś biała tabliczka, nie miałam na nią ochoty. Wegańskie białe Zottery odrzucają mnie od siebie. Przez chwilę ze śmiechem pomyślałam, że z moim szczęściem to pewnie jakaś ryżowa ze słodzikiem, wegańska... czyli taka, od której zjedzenia wolałabym śmierć. Gdy jednak uważnie wąchałam przez papierek pomyślałam, że to wykluczone.

Zotter Labooko Single White Rice Coconut no sugar added to biała czekolada wegańska na mleku ryżowym i kokosowym, bez dodatku cukru - słodzona słodzikiem (erytrytol), z pomarańczą, wanilią i solą.

Po otwarciu poczułam cudowny, słodki zapach wanilii i kokosa w towarzystwie śmietanki. Skojarzyło mi się to z boską Chateau Weisse Kokos.

W dotyku odebrałam ją jako pylistą i tłustą, gotową do topienia się. Przy robieniu kęsa jednak i tak doznałam szoku. Jakbym wgryzała się w masło.
W ustach kawałek rozpuszczał się łatwo, ale powoli. Zwarty, twardy i opływający wodą. Jednocześnie tłusty jak... tłusta woda.

Szok był podwójny, bo także w smaku... to było... niczym pozbawione smaku masło / tłuszcz. Takie jak za mgłą...

Mgłą bezsmakowej, chłodzącej słodyczy słodziku. Pojawiła się przy niej wanilia, ale ta chłodząca słodycz jakby wgryzła się w tłuszcz, szczypała w język. Czuć wyraźnie erytrytol.

Następnie pojawił się wątły smak mleka kokosowego, dziwnie mleczno-niemleczny. Rozszedł się po ustach dość wyraźnie, mieszając się z ryżem. To było osobliwie mdło-wytrawne, chyba nawet odrobinę słonawe. Skojarzyło mi się trochę z curry. W dodatku chłodząco-ostrawy efekt słodziku wysupłał skądś coś rześkiego... Pod koniec kwaskawego.

Wciąż jednak było to przede wszystkim mdłe.

Po wszystkim pozostał posmak wegańsko-nijaki (jakby mąki?), słodzik drapiący w gardle, dziwna aluzja do kwasku i posmak mleczka kokosowego.

Po kęsie miałam ochotę wypluć, na potrzeby recenzji zjadłam 1/8 35-gramowej tabliczki. Byłam w szoku, że coś tak ładnie pachnącego może... Lepiej zostawię wielokropek, by cenzuralnie było.
Reszta poszła do Mamy, ale i ona po kęsie odpadła. Stwierdziła, że "to chyba wali jakimś anyżem", a potem przytaknęła, że tak, to pewnie słodzik (gdy jej powiedziałam, co to może być). Przyznała mi rację, że okropna.
Resztę wcisnęłyśmy Tacie, na którego chyba z 10 razy musiałam krzyknąć, by nie gryzł, a pozwolił temu się rozpuszczać. Wyczuł mleczko kokosowe, ale był trochę zdezorientowany, że "niesłodka". Jak to powiedział, "ja nie lubię tych twoich czekolad, dla mnie prawdziwa czekolada to z cukrem, taka, jaką za oddawanie krwi dostaję, przywiozę ci ją kiedyś". Widziałam, że się męczył i potem szybko jakoś się zabrał, jak najdalej od talerzyka. Odetchnął z ulgą, jak mu powiedziałam, że według mnie ta czekolada jest niezjadliwa. Trzy osoby męczyły 35 gramów, a i tak było co do kosza wywalić...
Nie podejmę się spekulowania, jak odebrałby ją ktoś przyzwyczajony do słodziku - na pewno inaczej.


ocena: 2/10
kupiłam: BioKredens.pl
cena: -
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: NIE

Skład: tłuszcz kakaowy, napój ryżowy w proszku (ryż 20%, olej słonecznikowy, sól), proszek kokosowy (mleczko kokosowe 20%, maltodekstryna), słodzik: erytrytol, proszek pomarańczowy (koncentrat soku pomarańczowego, mąka ryżowa), sproszkowana wanilia, sól

sobota, 19 października 2019

Coppeneur a'la Apfelstrudel mit Vanille im Vollmilch-Chocolade mleczna z nadzieniem z jabłkami, migdałami, orzechami laskowymi, rodzynkami, rumem i cynamonem

Dość długo nie mogłam się zdecydować, czy na koniec przygody z Coppeneur zostawić mleczną czy ciemną. Najpierw, po białej chciałam zjeść ciemną, aby jakoś dać szansę marce na pokazanie, że zna inne składniki niż cukier, ale prawie w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Może zamiast skakać, lepiej tak zamknąć wszystko na poważnie? A i jakoś zachciało mi się (bo było to niedługo po Moser Roth z żurawiną i jabłkiem) czekolady jabłkowej.

Coppeneur a'la Apfelstrudel mit Vanille im Vollmilch-Chocolade to mleczna czekolada o zawartości 34 % kakao z jabłkowym nadzieniem z migdałami, orzechami laskowymi, rodzynkami, rumem i cynamonem; stylizowana na szarlotkę z wanilią.
Nadzienie stanowi 67 % całości.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach słodkiego "jabłka w cukrze", z nienachalnie zaznaczonym owocowym kwaskiem oraz cukrowo-mleczną czekoladą w tle. Po przełamaniu nasilił się mleczno-śmietankowy wątek, a czekoladę podkreślił cynamon i subtelny, ciepły motyw alkoholu.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-proszkowa (jak jakaś biała), ale nie topiła się. Łamała się z trzaskiem, była w pewien sposób twarda, ale tylko z racji grubości wierzchniej warstwy. Nadzienie odznaczało się bowiem tłusto-miękką plastycznością. Już na oko widać w nim było średniej wielkości kostki jabłek.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, minimalnie opornie-gęsto. Oprócz tłustości i echa proszkowości, cechowała ją wodnistość (z racji wysokiej zawartości cukru?). Ogólnie jednak sprawiała wrażenie sucho-proszkowo kremowej.
Nadzienie to miękko-plastyczna masa przypominająca owocowy marcepan: niby gładko-kremowa z racji dużej zawartości śmietanki, a jednak z częściowo przemielonego czegoś (owoców, migdałów i laskowców). Tłustawa, a jednocześnie rzadka w mleczno-soczysty sposób.
Tak jak pisałam, nadzienie było częściowo przemielone, a więc niegładkie, ale farfoclowo-grudkowate, ze skórkami i sporymi kawałkami. Rodzynki to raczej mikroskopijne, ale wciąż jędrne kawałko-skórki, jabłka z kolei... ich kostka mnie zaskoczyła. Zachowała bowiem pewną soczystość. Była miękka, ale nie jak suszone jabłka, a miękkie kawałki jabłek w cieście / konfiturze. Trochę skórek nadało rzężącego efektu. Pod względem struktury zacnie wyszły przy wręcz soczyście-świeżo miękkawych i nieco chrupiących migdałach (i orzechach, odgrywających mniejszą rolę).

W smaku czekolada od pierwszych sekund szarżowała cukrem, do którego zaraz dołączyła maślaność. Po chwili doszło mleko, ujawniające smak wnętrza (którym czekolada ewidentnie przesiąkła). Wszystko to sprawiło, że kojarzyła się wręcz trochę cukrowo-białoczekoladowo. Z czasem tylko ogólna orzechowość jej pomogła.

Nadzienie bardzo szybko podbiło słodycz, acz nadało jej trochę waniliowego wydźwięku. Wanilia surfowała jednak na pewnej... desce sztucznawej cukrowości, przy której pojawił się słodko-ciężki alkohol. Dzięki temu że robiła to na wyraziście śmietankowych falach, wyszła w miarę w porządku. Po oswojeniu się z cukrem, po paru chwilach poczułam w oddali słodkie jabłka. Wszystko to podkreślił cynamon.

Pewne nuty sztucznej cukrowości mniej więcej w połowie ułożyły się w posmak rumu. Ten wymieszał się z cynamonem i rozgrzał kompozycję. Raz i drugi przełożył się nawet na gorzko-alkoholową nutę, która zdziałała wiele dobrego.

Słodycz owocowa miała problem z przebiciem się spod cukru, ale soczystość nabrała odwagi właśnie po tym przyprawieniu. Ze wsparciem rumu, kwaskowato-słodkie rodzynki otworzyły drogę słodko-kwaskowatym, szarlotkowo-konfiturowym jabłkom. Nie kojarzyły się z suszonymi, a z pieczonymi, ciastowymi i przetworowatymi. Pomogły w tym rodzynki i...

...początkowo nieuchwytna, w drugiej połowie coraz bardziej znacząca, orzechowa nuta. Przodowały migdały, choć cynamon przyjemnie podkreślił ogólną orzechowość. Z racji alkoholu raz i drugi pomyślałam o rumowo-migdałowym, "ciastowym" marcepanie... z jabłkami i rodzynkami. Spora ilość masła dodała obrazu szarlotki z orzechową kruszonką. Cynamon bliżej końca, wzmocniony przez nieordynarny rum, tchnął odrobinę ciepłej pikanterii, idealnie zmieszanej z gorzkością rumu.

Migdały i orzechy dominowały, gdy je rozgryzałam. Okazały się pełne smaku i świeżutkie. Wyrazistsze były migdały.
Jabłka z kolei... wnosiły więcej takiej słodkiej, jabłkowej delikatności.
O większe kawałki rodzynek trudno, ale jak już się trafiły, to mieszały się z resztą. Zwłaszcza z cukrem, bo pod nim to wszystko tonęło.

Całość była smaczna, dobra, interesująca, ale niestety zepsuta ilością cukru. Pomysłowe rozwiązanie w kwestii nadzienia kupiło mnie, ale nie miałam żadnej przyjemności z jedzenia przez cukier. Nienachalny, ale wyraźnie wyczuwalny rum, jabłka w zacnym wydaniu i duża ilość cynamonu oraz migdałów, orzechów... to miało taki potencjał! Trochę mało rodzynek, zdecydowanie za mało kakao, ale... Najpierw cukier, potem cukier, długo nic i dopiero te smaki... Szkoda.
Połowę oddałam Mamie, bo mi po prostu za dużo w tym cukru. Jej smakowało o wiele bardziej, mimo że nie zgadła, że to czekolada szarlotkowa. Powiedziała, że "jadła, czuła słodkie i jej smakowało". Tyle. Ocenę oczywiście wystawiłaby wyższą niż ja. I... myślała, że to jakiś Zotter jej wpadł.


ocena: 6/10
kupiłam: LuxFood
cena: 22,63 zł (za 75g)
kaloryczność: 510,83 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, 15% pełne mleko w proszku, woda, 7% nadzienie jabłkowe (suszone jabłka, cukier, skrobia modyfikowana, skrobia, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy, aromat), migdały, miazga kakaowa, rum jamajski, orzechy laskowe, 2% rodzynki sułtańskie, cukier inwertowany, koncentrat soku jabłkowego, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii, cynamon

czwartek, 17 października 2019

(Słodki Przystanek) Beskid Ekwador 70 % ciemna z Ekwadoru

Jako że trafiam ostatnio albo na tabliczki poważne / wytrawne, albo na bardzo soczyście-owocowe... naszło mnie na kwiaty. A może to dlatego, że dzień w dzień wracając z przystanku wdychałam piękne, wiosenne zapachy pierwszych kwitnących krzewów i drzew? A jak kwiaty... to najlepiej Ekwador.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Ekwador 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Nacional Arriba z Ekwadoru, z gospodarstwa Zoilita.
Czas konszowania to 48 godzin.

Po otwarciu poczułam starcie łagodności i "konkretu". Pudrowo słodkie kwiaty i landrynki / cukierki pudrowe cytrynowe lub cytrynowo-miodowe napierały na paloną, kawowo-słodową ziemię. Była w tym soczystość, ale taka... hamowana. Skojarzyło mi się to trochę z "dziadkową wsią", gdzie jedzenie jest "własne", czuć naturę itp.

Niemal czarna, gliniasta tabliczka okazała się bardzo twarda, ale trzaskająca jak cieniutka, delikatniusia gałązka. Także przekrój sugerował gliniastość, może lekką ulepkowość.
W ustach kęs rozpływał się łatwo, ale powoli. Właśnie w gliniasty, gęsto-oblepiający, ale nie zalepiający sposób. Czekolada nie miękła, a upuszczała kremowe, jakby śmietankowe, a pod koniec (na przemian?) minimalnie soczyste fale. Była pełna, konkretna, ale nie bardzo tłusta.

W smaku najpierw poczułam słodycz. Intensywną, ale nieoczywistą. Jakby ostrawą, która szybko wprowadziła element gorzkawości. Porcja rześkiego miodu prosto z ula mignęła mi lukrecją i kwiatami, ale po chwili znormalniała jako po prostu słodycz. Pikanteria lukrecji odeszła na tył, ale nie dała o sobie zapomnieć.

Słodycz rozlała się i zatopiła odrobinkę twarogu... słodkiego twarożku właściwie, takiego bez kwasku. Prezentował raczej pewną śmietankową łagodność, "naturalną neutralność". Zasugerował lekką goryczkę. Jak miód z ula, niedokładnie oczyszczony, na twarogu (z tekstem babci "jeszcze dobry!") na... bułce ewentualnie pajdzie chleba (właśnie słowo "pajda" mi tu pasuje, żadna tam kromka-kromeczka).

A już po paru chwilach nadeszło jeszcze więcej gorzkawości. W połowie rozpływania się kęsa umocniła się zdecydowanie. To już gorzkość słodowo-kawowa. Po paru kęsach wychwyciłam prażone orzechy. Palony, goryczkowaty słód z czasem (przy każdym kęsie) rozchodził się, osamotniając kawę. Ta zaś... ukazała cały proces obcowania z nią: od palonych ziaren, poprzez taką tylko co zaparzoną i pitą, po... zimną, wsiąkającą w gliniastą ziemię.

Przy ziemi doszukałam się soczystości cytryn. Słodycz podszepnęła rześkość / lekkość i podszczypywanie... Lekko ostre, lukrecjowo-słodkie, ale też kwiatowe, landrynkowe ("dziadkowe cuksy"), a wciąż przede wszystkim cytrusowe. Może i jakaś jagoda się tu wychyliła. Zalatywało mi też kwaskawą kawą, jednak nic tu nie było bardzo kwaśne. Kawą o mocnej, prostej gorzkości, ale smacznej w tym. Pod koniec było właśnie gorzkawo z dozą cierpkości, ale wciąż przystępnie.

Kawa, taka kwaskowato-gorzka, z pewną chłodną pikanterią, ale i ogólne poczucie paloności pozostały w posmaku. Po dłuższym czasie była to tylko smakowicie gorzka kawa.

Całość miała dziwnie lepiący wydźwięk. Od miodu, przez gliniastą twarogo-bułkę po gliniastą ziemię. Gęstość i śmietankowość trafiły jednak na pewną rześkość i soczystość. Skąpe, ale jednak. Sprawiające, że kompozycja nie przytłaczała ciężkością. Mimo to, wciąż smakowała należycie gorzko. Dość silna słodycz zburzyła "dorosłego" charakteru, nakręcanego rześką pikanterią lukrecji. Gdyby była człowiekiem, na pewno byłaby kimś dojrzałym, nie bojącym się ciężkiej pracy na wsi, ale czerpiącym szczęście z jej uroków, łona natury...

Podobał mi się jej wydźwięk. Pewne nuty wywołały u mnie dziwne skojarzenia, ale to te skojarzenia były dziwne (pozytywna dziwność), smak ułożył się w coś naprawdę przyjemnego. Średnia głębia, ale wysoka jakość. Prostota po prostu, definicyjna ciemnoczekoladowość.
Bardzo mi smakowała. Twaróg i miód oraz kawa i lukrecja... I już nawet chlebowo-cukierkowe nuty mi nie przeszkadzały (a i nie tęskniłam za kwiatami, na które tak się napaliłam). Gliniastość wyszła tu w pełni pozytywnie: zarówno odniesienia w smaku, jak i gęsto-lepiąca struktura. Miła odmiana po dwóch wodniście-soczystych tabliczkach marki.
Naszła mnie myśl, że marka byłaby boska, ale... zawsze coś stoi na przeszkodzie, by w 100%-ach mnie zachwycić.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 15,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

środa, 16 października 2019

Lindt Excellence Coconut Intense Dark ciemna 47 % z kokosem

Lindty mogą sobie być lepsze, gorsze, ale jako takie niewymagające tabliczki w moim przypadku przeważnie się sprawdzają. Kokosowa Creation Refreshing Coconut Dark mi smakowała, toteż nie widziałam powodu, by wersja Excellence była gorsza. Tym bardziej, że bardzo lubię ciemne z kokosem... ogółem jakoś kokos widzi mi się jako rewelacyjny dodatek, bo w sumie pasujący do każdego rodzaju czekolady. Lubię go we wręcz przesłodzonych zestawieniach, jak i tych gorzko-poważnych.

Lindt Excellence Coconut Intense Dark to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao z płatkami kokosa.

Gdy tylko zabrałam się za sreberko, uderzył mnie przede wszystkim kokos i cukier z cierpkawym cieniem kakao. Kokos wyszedł przerysowany, zwielokrotniony aromatem. Było to mocne, nienaturalne, a jednak smakowite.

Tabliczka już w dotyku odznaczała się tłustą ulepkowatością, mimo że przy łamaniu w miarę pykała. Przekrój odsłonił sporo złotawych wiórków i kawałków kokosa, jednak nie nadały całości kruchości. Było ich mnóstwo.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i tłusto-kremowo. Zalepiała, mięknąc niemal natychmiast. Przez dodatek wydała mi się niecodziennie nawet jak na Excellence ulepkowata.
Kokos wystąpił pod postacią słupków - powiedziałabym, że wiórków oraz kawałków; pod postacią mocno prażoną, karmelizowaną a więc dość twardą i chrupiącą. Mimo to, gryziony i wysysany upuszczał lekką, nieco też tłustawą soczystość. Pod koniec trochę rzęził, ale nie memłał się. Konsystencja dodatku bardzo udana.

W smaku od początku to cukier prowadził. Jak na wyścigu zmierzał w pudrowo-przearomatyzowanym kierunku: jego cel był jasny, ale mety jeszcze nie zdobył. Skojarzenie z cukrem pudrem i sztuczność nie były więc aż tak silne.

Wysoka słodycz przełożyła się na to, że zwróciłam uwagę na maślaność i pewną "orzechową neutralność czekolady". W miarę szybko, zwłaszcza ta druga, umożliwiła klimatowi przejście z pudrowo-cukrowego do bardziej palono-deserówkowatego. Co za tym idzie, pojawiła się smakowita cierpkość kakao i sugestia gorzkawości, takiej nawet może trochę kawowej. Czekolada była jednak tak łagodna, że nawet o gorzkawość w niej trudno.

Co innego o paloną orzechowość. "Deserówkowatość" wmieszała się w pudrową, choć coraz bardziej paloną, słodycz. Razem wymieszały się z aromatem. Ten podrzucał kokosa początkowo bardzo niepewnie. Wraz z odsłanianiem się dodatku jednak nasilał się, przy chwilowo podskakującej cukrowej słodyczy, sam smak kokosa właśnie. Głównie poprzez paloność i orzechowość. Kokos miał trochę ich wydźwięk, harmonijnie się z nimi splatał. Gdy zaczęłam bliżej końca rozgryzać i podsysać kawałki kokosa, oczywiście wychodziły na pierwszy plan.

Dodatek smakował głównie naturalnym kokosem: orzechowawo-wiórkowym (a nie tylko wiórkowym), nieco palonym. Nie powiedziałabym, że był karmelizowany, ale chyba podkreślał palono-kawowy akcent.
Aromat się go wystraszył, za to przyjemnie uwypukliła się cierpkość kakao. Zrobiło się wręcz trochę likierowo (ale bez udziału alkoholu) . Dosłownie na sam koniec wyłowiłam namiastkę kwasku kokosowo-kakaowego.

W posmaku został kokos, zarówno ten naturalny, jak i z aromatu, przesłodzenie pudrowo-wanilinowe i delikatny smaczek kakao. Kojarzyło mi się to trochę z "kawusiowym spotkaniem paniuś częstujących się bombonierką", ale myślę o tym z przymrużonym okiem. Mam wrażenie, że aromat kokosowy (?) podkreślił wanilinowość i ogólnie naaromatyzowanie, ale to było na tyle nienachalne, że jakoś w ogólniej smaczności uszło. Mam wrażenie, że to właśnie aromat przełożył się na moje skojarzenie z likierem.

To dość udana tabliczka, wyraźnie kokosowa, spójna i przystępna. Zdecydowanie przesłodzona jednak, mimo że poziomu nie do przebrnięcia nie osiągnęła. Osobiście za zbytnio miękko-tłusto-ulepkowatą uważam konsystencję. Taak, powinni zacząć robić tę serię jako 70 % kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 6,99 zł (promocja)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym kiedyś tam, w dużej promocji

Skład: cukier, miazga kakaowa, starty skarmelizowany orzech kokosowy 9% (orzech kokosowy, cukier), tłuszcz kakaowy, odwodniony tłuszcz mleczny, aromat naturalny, lecytyna sojowa, wanilina

wtorek, 15 października 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper ciemna z Ekwadoru z truskawkami i pieprzem zielonym

Na koniec przygody z Hachez zostawiłam sobie smak, który wydał mi się najbardziej charakterny, bo skojarzył mi się z pysznymi owocowymi Orionami (truskawka&sól i morela&chili). Niestety, po zjedzonych tabliczkach Hachez już nie łudziłam się, że ta da kopa. Ale że pieprz nie pokaże pazurków? Okazało się jednak, że właśnie chyba nawet producent założył, że nie powinien, bo dodał specyficzny: zielony. Dowiedziałam się o tym, a także tak w pełni świadomie go spróbowałam, dopiero kilka dni po degustacji tej czekolady. Zielony to właściwie pieprz niedojrzały, a więc bardzo delikatny, wręcz słodkawy. Nie zmieniło to wprawdzie mojego odbioru (czy mi smakowało), ale wpłynęło trochę na to, jak postrzegam zamysł na tabliczkę i skłoniło do napisania tego wstępu. Myślę, że warto byłoby, gdyby producent na opakowaniu o tym napisał, a nie ograniczył się do wymienienia w składzie.

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Arriba z Ekwadoru z truskawkami i zielonym pieprzem madagaskarskim.

Gdy tylko rozwinęłam sreberko (skądinąd beznadziejnie zawinięte: byle jak, nie zlepione ani nic), poczułam wyrazisty, nieco przerysowany zapach truskawek świeżo-konfiturkowych. To miało słodziaśny, a jednocześnie owocowy, naturalny wydźwięk (chemii nie czuć). Czekolada, zaznaczająca się daleko w tle, wydała się lekka, a pieprz jako "zapach pieprzu" w ogóle się nie ujawnił. Czułam za to niemal roślinnie-kwiatową rześkość (to właśnie pieprz zielony, o czym dowiedziałam się później).

Tabliczka trzaskała bardzo głośno. Była twarda, ale w sumie łatwa do łamania. Nie odebrałam jej jako zbyt suchej.
W ustach z kolei... okazała się bardziej zdystansowana, bowiem długo zachowywała swoją formę. A rozpływała się naprawdę powoli, w niezbyt przyjemny sposób. Bardzo zbita i tłusta, niczym połączenie masła i gumki, pozostawiające jakieś tam smugi... i z czasem ujawniająca dodatki.
Truskawki to w większości drobnica: suszono-farfoclowate, minimalnie soczyste kawałki. Poskąpiono ich, że chwilami miałam wrażenie, że to głównie pestki. Pieprz wystąpił pod postacią drobinek, sporych, strasznie suchych kawałków (pod naciskiem zębów idących w pył) i miękkawych kawałków nieco mniejszych. Wydawało się, że zatopiono ich więcej niż truskawek (przy czym owoce to głównie pestki, przez co chwilami trudno się połapać, z czym ma się do czynienia). Truskawki po prostu zbytnio podrobili.

Gdy tylko kawałek wylądował w ustach, poczułam słodko-truskawkowy motyw. Nienachalna słodycz rozchodziła się leniwie, nie będąc zagrożoną przez cokolwiek innego. Roztoczyła wanilię, a zaraz potem maślaność...

...która nagle stała się maślanym ciastem / piernikiem. Początkowo mdłym, a już w połowie wyraźniej piernikowym, pieprznym coraz bardziej. Zaznaczył się przy nim palony akcent. Rozgrzał kompozycję, ale nie jakoś brutalnie. Próbował wydobyć lekką gorzkawość, co gdzieś w oddali jako kawa chyba się na chwilę pokazało. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomykała tu cierpkość, robiąca aluzje do kwasku (który jednak nie nadszedł).

Wokół pieprznie-palonych nut unosiła się bowiem soczystość, lekkość. Zwiewna, kojarząca się z trawą po deszczu, trochę kwiatowa, a trochę "truskaweczkowa". Na dobrą sprawą, dopiero w połowie smak truskawek zaczął znacząco rosnąć. Reprezentował cukierkową słodycz, ale z racji ciepła i paloności, przywodził też na myśl słodką konfiturę z truskawek. Truskawek słodkich; jeśli o świeżych mówiąc, to takich niemal przejrzałych i miękkich. Były przerysowane, a mimo to wcale nie jakoś specjalnie intensywne.

Czekoladowe tło też właśnie w łagodność zainwestowało, więc można tu mówić jedynie o znikomej prawie-gorzkawości. Lekka cierpkawość i silna maślaność wyszły niczym nieokreślone ciemne czekoladki nadziewane. Gdy z nudy bliżej końca ganiałam po ustach dodatki (nie zostawiałam na koniec, bo wszystko trwało za długo przy tak delikatnym smaku), oczywiście wybijały się. Truskawki podkreśliły lekką soczystość, chwilami wydobyły namiastkę kwasku. Oczywiście przy nich rosło znaczenie smaku naturalnie truskawkowego. Rozgryzany pieprz działał z opóźnieniem. Wydał mi się w pewien sposób roślinny, a potem jak nie za mocno ostry piernik, który jednak rozgrzewał język i gardło. Robił to subtelnie. Wzrastało przy tym poczucie zwiewności... lekkości (oczami wyobraźni widziałam trawę po deszczu). Wpisywał się w słodycz.

W posmaku pozostała konfiturowa, przerysowana truskawka, lekka pieprzność jako ciepła pikanteria i wręcz rześkość oraz nijaka, maślana ciemna czekolada. Słodycz nie za silna, ale prosta i bez dwóch zdań obecna. Posmak był delikatny, ale najbardziej zwracał na siebie uwagę pieprz. Nie to, że był mocny, a taki... inny.

Całość wyszła nudno, delikatnie i przystępnie, a także z potencjałem, lecz niestety, przede wszystkim nudno, wręcz męcząco. Dość uroczy smak truskawek nie był tak pewny siebie, jak mógłby być. Pieprz był jakby zwietrzały, ale przyjemnie zakreślił smak piernika i roślinność w czekoladzie. Niestety ona nie była gorzka, kwasku też brak, a głównie delikatnie-maślana, prawie żadna. No, może słodka, choć też nie jakoś bardzo czy specyficznie.
Konsystencja męcząca, zwłaszcza przy tak wyciszonym smaku. Czekolada mogła być ciekawa, bo takie jest połączenie dodatków, ale tu aż się prosi o charakterniejszą, bardziej ziemistą, roślinną (a nie maślaną) bazę. Jako że truskawek poskąpiono, całość znużyła mnie mniej więcej w połowie i zostawiłam resztę, żeby mieć coś takiego lepszego-gorszego, by zagryźć, gdy prawdziwa paskuda się trafi (wtedy np. Fair 70 % z Aldi szkoda marnować), mimo że mam w zwyczaju zjadanie całych tabliczek na raz (zawsze się boję, że do ciemnych z oceną 6-7 nie uda mi się potem zmotywować, by skończyć; w przypadku mlecznych z takimi ocenami problemu nie ma - nadmiar oddaję Mamie).

Jak się okazało, dodano pieprz zielony, a więc bardzo delikatny, o czym przekonałam się w paru kolejnych dniach po degustacji tej czekolady za sprawą Sakana Sushi (jadłam rolkę z seriolą i zielonym pieprzem - całymi ziarnami, więc dobrze poznałam jego smak). Pieprz ziołowy jest świetny, ale myślę, że tej kompozycji na dobre wyszedł by raczej jakiś mocniejszy, z pazurkiem. Chyba że daliby więcej kakao, a nie tłuszczu, bo do kwiatowego ekwadorskiego przy lepszym wykonaniu byłby pewnie strzałem w dziesiątkę.


ocena: 6/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, truskawki 1,3%, naturalny aromat, pieprz zielony, ekstrakt z laski wanilii bourbon, laska wanilii bourbon

poniedziałek, 14 października 2019

Zotter Labooko Single 50% Lactose-Free Cow´s Milk mleczna bez laktozy

Nie ukrywam, że jestem sceptyczna do "rzeczy bez niczego" (tak sobie nazywam te wszelkie "bez laktozy", "bez glutenu" i "inne bezy"). Nie podoba mi się i nie rozumiem mody na nie. Oczywiście co innego, gdy czyjś organizm naprawdę czegoś nie toleruje. Takie rzeczy ani trochę mnie nie pociągają. Nawet te z oferty Zottera. Traktuję je bowiem jako coś dla danej grupy konsumenckiej, nawet nie ciekawostki czy pęd za modą. Mama ma problemy z laktozą, toteż często słyszę, że niewiele produktów bez tego cukru mlecznego, jest smaczna. Tak się jednak stało, że tabliczka do mnie trafiła. Mimo że to jedyna mleczna czekolada bez laktozy, jaką jadłam, zgadłam w ciemno, że to ona.

Zotter Labooko Single 50% Lactose-Free Cow´s Milk to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao; bez laktozy.

Po otwarciu wydała mi się delikatna pod względem zapachu, lekko kwiatowo-roślinna i odlegle kozia...? Czy może raczej "wytrawnie mleczna", tak jakby słonawo-orzechowa. Niby również karmelowo słodka, ale wytrawna.

Przy łamaniu była twarda, co potwierdzało głośne trzaskanie. Mimo ziarnistego przekroju i tego, że w rękach wydawała się wręcz tłusto-krucha, w ustach okazała się błogo kremowa. Prawie aksamitna, nie do końca gładka. Rzeczywiście tłusta, minimalnie szorstko-proszkowa (co wyszło bardzo pozytywnie, bo dodało charakteru).

W pierwszej chwili mignęła mi niemal roślinnie-orzechowa neutralność albo już prawie gorzkawość. Spłynęła po niej delikatna - ale jakże esencjonalna - słodycz kwiatów i wanilii. Oczami wyobraźni zobaczyłam wielkie, jasne kwiaty wanilii właśnie i róże.

Szybko popłynęło mleko: naturalne i... siankowe, kojarzące się trochę z kozim. Przy tej pozornie koziej nucie taniec zaczęła lekka gorzkawość. Klimat zrobił się palony, narastająca słodycz podporządkowała mu się. Orzechowo-siankowe klimaty przyniosły odrobinę soli, co w efekcie z ogólną naturalnością skojarzyło mi się z solono-kozim toffi. Wytrawne mleko harmonijnie splatało się z palono-prażonym motywem orzechów.

Te wydobyły ze słodyczy silniejszą paloność, karmel: nienachalny, a głęboki. Cudownie mieszał się z gorzkością i waniliowo-siankowo-kwiecistą lekkością, która prześlizgnęła się wraz z nim.

W posmaku pozostał "kozi orzech" oraz poczucie słodyczy jakiegoś palonego, roślinnego toffi. Motyw kwiatów i wanilii również czułam. To właśnie na tych trzech elementach skupiła się słodycz, jakby nie naruszając mleka i orzechów, które wyszły tak... głęboko i wytrawnie, szlachetnie. Wprawdzie jedynie gorzkawo, a nie gorzko, ale wytrawnie.

Pyszna, intrygująca czekolada. Tylko pomachała mi odległym skojarzeniem z kozim mlekiem, a już merdałam ogonkiem i służyłam na dwóch łapkach. Wprawdzie tutaj słodycz odebrałam jakoś mocno, ale to bo była tak "obok" wytrawności. A w tej z kolei mało mi było gorzkości, niemniej jednak... tę czekoladę polecam wszystkim! Jako ciekawostkę, ale i jako po prostu coś smacznego.


ocena: 9/10
kupiłam: BioKredens.pl
cena: -
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, acz mogłabym dostać :P

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku bez laktozy, sproszkowana wanilia, sól

sobota, 12 października 2019

Chocolate Organiko Menta / Mint 70 %

Czasem jakaś marka wyda mi się kusząca, czasem po prostu "lepsza, ale zwyczajnie smaczna". Organiko na oko zaliczyłam do tej drugiej kategorii, co okazało się błędem. Ani to lepsze od większości próbowanych z tej półki, ani smaczne, ani nawet zwyczajne.

Chocolate Organiko Menta / Mint 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z miętą.

Już przy otwieraniu uderzył mnie mocny zapach ekstraktowego olejku miętowego w najsmakowitszym wydaniu, jaki można sobie wyobrazić. Naturalność tego przejawiała się w chłodku i powadze, wmieszanej idealnie w wycofaną, ale również wyrazistą, paloną czekoladę. W niej doszukałam się nut orzechowo-kawowych, oczywiście gorzkich. Nie było to specjalnie głębokie czy wykwintne, ale za to przyjemnie rześko-wilgotne.

Tabliczka o prawie czarnym kolorze łamała się z trudem, głośno trzaskając. Wyglądała mi na gęstą i zbitą, tłustawą.
W ustach okazała się jednak tłustsza, niż myślałam. Trochę jak mięknące masło, gęsto-zbita, ale jednocześnie idealnie gładko-kremowa. Nie zalepiała, ale pozostawiała lepiąco-mokre smugi.

Także w smaku to mięta zaszarżowała jako pierwsza i dominująca. Zrobiło się chłodno-słodko. Zawisła sugestia, że zaraz nadciągnie lekowy kwasek. To jednak odbiło w kierunku olejkowo miętowym, a jednak wciąż naturaln...awym.

Mięta wemknęła się w palono-gorzkawy smak. Ten był raczej łagodny, ale wyraźny. Kojarzył się z palonymi orzechami i gliną / gliniastą ziemią. Było w tym coś jak węgiel i właśnie... to oplotła niby (ale nie do końca) ziołowa mięta. Mięta dodawała słodycz do kompozycji jakby od środka. Ta dość szybko wydała mi się słodzikowa - taka irytująco mdła i przenikliwa jednocześnie. Miałam wrażenie, że ogólnie i jakoś "rozrzedziła" kakao, podkreślając maślaność.

Gorzkawość o palonym charakterze jednak też do słodyczy się dołożyła. Mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa słodycz stawała się coraz bardziej karmelowa (trochę maślano karmelowa). Gdy jednak ogólna słodycz zrównała się z miętą, dało to efekt wegańsko-słodzikowego karmelu o chłodzącym wydźwięku. To znów zasugerowało posmak leków i kwasek, ale zatapiały się one w ogólnej nienapastliwej goryczce.

To właśnie goryczka jako połączenie palono-orzechowego motywu z węglem, kończyła wszystko. Mięta złagodniała, wpisując się w takie... poczucie zadymienia (ale nie dym) i słodziku. Miało to wydźwięk czegoś unoszącego się, ulotnego, a jednak ciężkiego. Gdy mięta słabła, coraz bardziej wyłaniało się masło.

W posmaku pozostała silna słodycz miętowo-słodzikowo-karmelowa, poczucie chłodku słodziku i mięty oraz węgiel, ale też palony motyw gorzkawości czekoladowej... orzechowo-gliniastej, całkiem niezłej. Plątała się jednak przy tym też kwasko-cierpkawość, która już miła nie była.

Zdziwiłam się tym, jak tabliczka mi smakowała. Mimo że łagodna, czekolada nie została stłamszona przez miętę. Ta w dość dużym stopniu dopuszczała ją do głosu. Na pewno osłabiła smak maślany, wprowadzając lekową sugestię, co mi się spodobało. W sumie masło i tak wylazło, ale nie aż tak bardzo. Chłodna mięta genialnie pasowała do węgielnej paloności i gliniastości. Karmelowa słodycz... trochę dziwnie wyszła, podchwytując ogólną pozorną lekkość. Najgorsza była nuta słodziku. W dużej mierze mięta ją zagłuszała, ale dała radę się przebić.
O tak, całość robiła aluzje do lekkości, ale wyszła ciężko... Poniekąd poważnie, ale nie mocno gorzko; to właśnie "ciężko" jest najodpowiedniejszym słowem. Niby dość niecodziennie, ale niestety mdło ("wyciszona słodzikowością i maślanością), a co za tym idzie - nudno. "Nieźle, ALE..."
To jednak i tak w miarę miłe zakończenie znajomości z marką. Mimo to, po żadną więcej nie sięgnę. Tutaj smak może i niezły, ale parę rzeczy w nim i całą konsystencję bym zmieniła. Plusy raczej przeważyły, ale nie były to duże plusy.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 13 zł (za 70 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, mięta 0,4%, lecytyna sojowa

piątek, 11 października 2019

baton Zmiany Zmiany Sztanga

Proteinowe kulki FA So Good! Raw Bites na dobre utwierdziły mnie w przekonaniu, że białko może zepsuć nawet najlepsze składniki. Po dzisiaj przedstawianego batona sięgnęłam jednak mimo tego mankamentu, licząc, że będzie podobny do smacznego batona Zmiany Zmiany Kompas i że może masło orzechowe poczuję? W końcu i tak nie chciałam płacić za przesyłkę tylko dwóch batonów (limitowanych zimowych: Kakao-pomarańcza i Piernik), więc i temu dałam szansę. A z tych niejedzonych zwykłych ze względu na proteinowość rokował gorzej, niż kawowy (w chwili pisania był jeszcze przede mną).


Zmiany Zmiany Sztanga to proteinowy baton bakaliowy na bazie daktyli i fistaszków, zawierający 22 % białka.

Po otwarciu poczułam wytrawnie-słonawy zapach fistaszków jakby wymieszanych z... gotowaną marchewką (Skojarzył mi się z zupą-kremem z marchwi i masła orzechowego, jaką parę razy zrobiłam. Skonfundowana, dałam powąchać Mamie. Stwierdziła, że ona to tam kawę czuje, ale... nie ma w zwyczaju wąchać jedzenia; jak jej powiedziałam, co ja czuję, poszła powąchać masło orzechowe, które je codziennie i stwierdziła, że ono też bardzo dziwnie pachnie.) Taak, zapach niewątpliwie był dziwnie wytrawny.

W dotyku baton niczym się nie wyróżniał. Konkretny, twardy, nielepiący... Przy próbie podziału jednak... toż to cegła / kamień! Nożem prawie nie szło, łamać... też ciężko. Gdy jednak wreszcie mi się udało, okazało się, że dość mocno wszystko w nim przemielili. Drobinki skórek daktyli połyskiwały sobie tylko.
Gryzienie o dziwo nie było już tak potworne, jak łamanie czy krojenie.
 W ustach kamienność uchodziła bardzo szybko. Batona odebrałam jako bardzo mączno-kruchego. Trochę rozchodził się, ale nie przeistaczał w daktylową papkę, bo mączna proszkowość skutecznie to hamowała. Mąka-proch dziwnie pozostawała w ustach, niezbyt się rozpuszczała. Tworzyła gumkowe grudki do żucia jak bardzo sucho-krucha krówka. Nadała też nieprzyjemnej suchawości, mimo że całościowo to nie było aż tak suche. Okrutnie mączne, że aż odpychające i męczące w jedzeniu.

W smaku od pierwszej chwili uderzyły fistaszki, po czym rozgościły się na dobre, trwając niestrudzenie. Częściowo kojarzyły się bardzo odlegle z masłem orzechowym (pewnie z racji zmielenia i nienachalnej słodyczy), ale pobrzmiewało w nich echo wytrawności i słonawa nutka, jednak nie tylko...

Najpierw wydała mi się trochę fasolowa, że myślałam, że to smak surowych fistaszków, ale wraz z przeżuwaniem coraz bardziej czułam mączny i nieprzyjemny, wytrawny smak albo raczej bezsmak. Skojarzył mi się z wegańskimi Zotterami ryżowymi. Taka mączność okazała się jednym z dwóch głównych smaków.

Słodycz o dziwo znalazła się dopiero za nimi. Zarówno jeśli chodzi o natężenie, jak i chwilę rozejścia się po ustach. Odebrałam ją jako drapiącą,  prostą, nudną, może minimalnie jak jasny miód. Nie powiedziałabym, że to daktyle. Kończyła wszystko, wydała mi się lekko podkwaszona, pozostając jako posmak i poczucie w gardle.

Baton nie smakował mi, czym po prostu mnie zszokował. Spodziewałam się, że będzie to coś zbliżonego do Kompasu a tymczasem... no nie. Widział mi się jako ryżowo-wegańska, mdło-fistaszkowa krówka. Nie lubię takiego bezsensownego połączenia smaków, że nie za mocno  ale denerwująco i nudno słodko oraz nie za wytrawnie, a wytrawnie-mdło jednocześnie. Przeszkadzała mi ta mączność, za bardzo przemodelowała fistaszki, jak również prostota słodyczy - brakowało mi daktyli.
Struktura okropna. W całości było coś na tyle mnie odrzucającego, że ledwo zjadłam 1/3, resztę oddałam Mamie. Stwierdziła, że dawno nie jadła czegoś tak okropnego. Według niej w ogóle nie było to słodkie, a i poszczególnych składników nie czuła. Nie dała rady, więc oddałyśmy tacie, jak przyjechał. Zjadł i najpierw, wypytywany, kręcił, że jak zakalec, że coś tam, a jak powiedziałam, że "bo według mnie okropny, mąką mi walił", powiedział: "Chciałem być delikatny. Niesmaczny, rzeczywiście jak surowe ciasto jakieś, ale daktyle może czułem" (btw. dla niego fistaszki to tylko takie wyłuskiwane z łupin, np. masła orzechowego nie lubi). Chętnych na końcówkę nie było, baton poszedł do śmieci.


ocena: 3/10
cena: 7,90 zł
kaloryczność: 380 kcal / 100 g, baton (67 g) / 266 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: daktyle, orzechy ziemne, białko ryżu brązowego (19%)

czwartek, 10 października 2019

Pergale Dark Chocolate with Raspberry ciemna 50 % z malinami

Mimo że ostatnimi czasy tak w 100 %-ach satysfakcjonują mnie w sumie tylko czyste ciemne, mam jeszcze tak, że nagle na widok ciekawego połączenia dodatków "coś zaskoczy" i po prostu daną tabliczkę chcę. Jakoś rozsmakowałam się w czekoladach z malinami / truskawkami za sprawą Grossa (z malinami, z truskawkami) i Lindta, toteż postanowiłam dać szansę nawet litewskiej marce Pergale, którą sobie zapamiętałam przez ich okropną mleczną z karmelem jedzoną... dokładnie 4 lata przed tą. Wydała mi się tak niepozorna, że "może nawet fajna". I... głupio się przyznać, bo trzymałam ją i jeszcze jeden smak (ten dopiero za jakiś czas), po czym zagadana z Mamą, do wózka włożyłam nie tę, którą chciałam, a... właśnie dzisiaj przedstawianą. Jak w domu się zorientowałam, to za jakiś czas dokupiłam jeszcze tamtą, ech.

Pergale Dark Chocolate with Raspberry to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z liofilizowanymi malinami.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie poczułam intensywny zapach tandety, taniego kakao z margarynowym echem i cukierkową malinę. Zbliżywszy się do spodu czy po przełamaniu, maliny wydały mi się bardziej kwaskowato-owocowe.

Niezbyt ciemna, ale za to bardzo twarda tabliczka, ku mojemu zaskoczeniu ładnie trzasnęła, a dodatki porządnie się jej trzymały.
Także w ustach niechętnie wyłaziły z czekolady. Ta bowiem była bardzo zbito-gęsta w dość maślany sposób. Może nie cechowała jej wyjątkowa tłustość ale wydała mi się jakaś denerwująca... parafinowa? Rozpływała się łatwo, lecz dość powoli. Zmieniała się w miękkawy, maziście- gładki ulepek z kawałkami malin wewnątrz, które tylko wzmacniały poczucie zlepka-ulepka.
Owoce to szybko nasiąkające, miękko-soczyste farfocle ze sporą ilością pestek.
Całość pozostawiała lekko pyliście-suchawy efekt.

W smaku już przy robieniu kęsa wyłapałam to, co w zapachu.
Słodycz, nierozerwalnie zespojona z nutą tandety, rozeszła się na wszystkie strony. Nie miała bardzo natrętnego charakteru, ale wydała się jedynym smakiem, w dodatku zerkającym w kierunku taniości. Odebrałam ją jako sztucznawą (wanilina?).

Taniość roztaczała się od margarynowego posmaku, który wraz z kolejnymi sekundami przybył z neutralno-maślanym smakiem. Zajął drugie miejsce za cukrem, dopuszczając do siebie odrobinę smaku kakao... nawet nie gorzkawości, a lekkiej "deserówkowej" cierpkawości. Powiedziałabym, że kakao było dość mocno palone, kojarzące się trochę z kakaowym likierem (bezalkoholowym) lub margarynowymi czekoladowymi piernikami. Wykwintne się nie kojarzyło, z polewą czekoladopodobną za to - jak najbardziej. Słodycz zrobiła się przez to jeszcze jakaś... pudrowo-wanilinowa.

Mniej więcej w połowie przez niewyrazisty smak przebiła się nuta kwaśnych malin. Przeszyły tłuszczowe pierniki, zgłuszyły słodycz. Gdy zaczęły wylegać na język, nasiąkać, a ja zaczęłam je podsysać i podgryzać, to właśnie smak suszono-świeżych malin dominował. Owoce były kwaśne, z minimalną słodyczą, w miarę soczyste.

Trochę podkręciły cierpkawość, ale na zasadzie kontrastu podkreśliły to, jak cukrowo-nijaka była czekolada. Maliny w maślanej, mocno palonej toni wyszły dziwnie.

W posmaku pozostała margarynowa taniość, cukrowość i smakowite maliny, wraz z pestkami w zębach.

Całość wyszła tanio. Delikatna czekolada to cukier zmieszany wanilinowato-margarynowym posmakiem z maślano-łagodną bazą. Silny stopień palenia i cierpkawość nie przełożyły się na poczucie cimnoczekoladowości. Nawet nie próbowały udawać gorzkości. Jedyny kwasek, jaki tu wystąpił to na szczęście ten naturalny, malin. I znów... wolę naturalnie słodkie maliny, tu jednak rozumiem: naturalne, bo suszone. Porządny dodatek, ale uwypuklił wady bazy: taniość, nijakość. Przy tak słodko-tłuszczowej, pseudowaniliowo-palonej i ciężkiej (tłuszczowo-tandetnej a nie, że gorzkiej) po prostu nie wyszły zbyt dobrze... Soczysty kwasek do ciężkości polewy nie pasował.
Struktura też kiepska. Całość to taki mocny, typowy średniak.
Skojarzyła mi się trochę z Roshen 56 % with Blueberries and Cookies, gdzie dodatki okazały się bardziej integralne, a nie uwypuklające wady samej czekolady.

Nie ulega wątpliwościom, że porównując do Grossa - to niebo a ziemia (Gross to pyszna czekolada i zacna forma dodatku, który to niestety zajeżdżał gorszym posmakiem; Pergale zaś - zła czekolada z neutralnym dodatkiem), a do Lindta... No cóż, Lindt to jednak wyższa jakość (za słodka i za miękka... Ale jednak czekolada, nie twór polewowy). O dziwo ta Pergale była zjadliwa... tak na uczelni, bo nie miałam nic innego, ale jednak.


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,19 zł (za 93g)
kaloryczność: 531 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada 98,5% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy; emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat), kawałki malin liofilizowane 1,5%

środa, 9 października 2019

Zotter White chocolate with Brittle biała z mlecznym kremem migdałowym z kawałkami brittle z migdałów i orzechów laskowych

W ramach testu w ciemno, o którym wspominałam przy Zotter Saffron and Pistachios, przez papierki doniuchałam się jednej białej nadziewanej, mocno zalatującej orzechami. Wiedziałam, że w ofercie są dwie takie: Choco Bee with Honey Petals i dzisiaj prezentowana. Byłam ciekawa, czy zgadnę która to (obstawiałam, że tak, ponieważ lubię miód i... jest za specyficzny, by go nie poczuć), bo w gruncie rzeczy wydają się dość podobne (toteż nigdy żadną się nie zainteresowałam).


Zotter White Chocolate with Brittle to biała czekolada nadziewana maślano-śmietankowym kremem migdałowym z kawałkami migdałów i orzechów laskowych w "brittle" (karmelizowanej, chrupiącej masie; karmelu?).

Zanim jeszcze zabrałam się za papierek, poczułam mocno migdałowy, słodki zapach. Ewidentnie był to nugat, ale też bardziej prażono-ciepły wątek. Wtoczony w głęboko śmietankowo-waniliowe, słodko białoczekoladowe otoczenie.

W dotyku tabliczka wydała mi się suchawo-tłusta i konkretna, ciężka. Przy łamaniu też, doszła do tego twardość i lekka kruchość.
W ustach rozpływała się z łatwością, w umiarkowanym tempie. Czekolada okazała się błogo kremowa, idealnie gładka i tłusta w gęsty, śmietankowo-maślany sposób. Odsłaniała również kremowo-gęste nadzienie. Cechowała je przeogromna tłustość śmietanki, tłustego mleka i masła. Pozostawiające na ustach tłuszcz jak takowe mleko, byłoby idealnie gładkie, gdyby nie zatopione w nim drobinki.
A te w większości przypominały po prostu cukier. Rozpuszczały się wraz z nadzieniem, ale było ich tak dużo, że w większości zostawały na koniec; to chyba raczej dodatek do chrupania. Trzeszcząco-chrupiące kryształki i trochę większych bryłek, wśród których znalazły się mikroskopijne i średnie kawałki orzechów. Te były twardawo-chrupiące, lekko tylko soczyste.

W smaku czekolada odznaczała się głęboko śmietankowo-mlecznym smakiem, który został sowicie dosłodzony. Miała lekko karmelowy wydźwięk, przesiąkła trochę migdałami, jednak w łaskę tej mlecznej toni wkradła się również wanilia.

Nadzienie niesamowicie podbiło śmietankę i mleko. Dołączyło do nich masło. Miałam wrażenie, że to właśnie z  masła oraz pełnego, wręcz mdławego od naturalnej tłustości, mleka / śmietanki zostało zrobione nadzienie. W śmietankę przeniknęła nugatowo-migdałowa nuta. Po chwili słodycz rosła bezprecedensowo, mieszając się z masłem i wanilią. Szybko zrobiła się ryzykownie silna, lecz migdały zdawały się jej nie opuszczać. Były wyraźnie wyczuwalne, ale o łagodnym wydźwięku.

Wraz z dodatkami, cukrowość podskakiwała epizodycznie i zaczęła mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drapać w gardle. Przy nich pojawiła się karmelowa, palona nuta. Niestety tylko wyglądała zza cukru. Mimo połączenia ze śmietankowo-maślano-nugatowym otoczeniem, nie kojarzyło się to ani trochę z toffi. Gdy się zabrałam za te kawałki, pojawiły się nuty orzechowo-palono / prażone. Migdały zostały dzięki temu podkreślone. Laskowce odegrały znikomą rolę. Raz i drugi pojawiła się naturalna, palono-skórkowa gorzkość orzechów, co zwróciło moją uwagę na nutkę cynamonu (chyba), a na zasadzie kontrastu podkręciło cukrowość i tłusto-mleczną nijakość.

W posmaku pozostał ogrom mleka / śmietanki i nugatowa maślaność oraz tłuszcz na ustach. Było zdecydowanie za słodko, w sposób cukrowy. Czułam migdały, ale wtoczone w mleczno-cukrowo-waniliową toń i tłustą mleczność, więc mnie nie usatysfakcjonowały.

Całość mi nie smakowała. Czysty smak strasznie tłustego mleka i masła oraz cukrowość, oba elementy napędzane przez strukturę, to zupełnie nie mój klimat. Tafla z kremowego tłuszczu z kryształkami cukru...
Żeby było śmiesznie, to przede wszystkim naturalny tłuszcz (mleko + masło), a nie sama słodycz. Mimo cukrowości, czekolada w sumie była zabarwiona karmelowo-nugatowo-waniliowo, ale słodyczy głęboką bym nie nazwała. Migdały czuć bez dwóch zdań, trochę nawet nieźle palone, ale tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że "w brittle" to po prostu "w cukrze". Już bym wolała, gdyby były bardzo-bardzo karmelizowane, żeby karmel aż w goryczkowato-solonym kierunku odbił.
I taki problem... nie mogę powiedzieć, by tak obiektywnie była wyjątkowo tragiczna, bo ktoś lubiący białą czekoladę czy maślaność, może się w niej zakochać... ale...
To jeden z nielicznych Zotterów, których zjadłam tylko 1/3. Resztę oddałam Mamie. Jej bardzo smakowała, ale stwierdziła: "Tylko ten cukier, co zostaje na koniec, niepotrzebny".
Żałowałam, że to właśnie to mi wpadło, a nie biała miodowa.


ocena: 5/10
kupiłam: BioKredens.pl
cena: - (normalnie kosztuje 16 zł)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, surowy cukier trzcinowy, migdały 14%, orzechy laskowe 5%, wanilia, sól, lecytyna sojowa, cynamon

PS Inną nadziewaną tabliczką, na jaką trafiłam, była Mango and Mace, którą może odebrałam prawie tak samo, ale co do której doszły nowe wnioski. Zapraszam ciekawskich.