sobota, 18 stycznia 2025

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Biała 40 % Kakao Ekwador

Nigdy nie szłam w góry, by nocować pod namiotem. I szczerze nie lubię namiotów. A jednak, jak to mówią "nigdy nie mów nigdy" - dałam się na namiotowanie w górach namówić. Zależało mi bowiem na porządnym nacieszeniu się Małą Fatrą. Tak też, na dość ryzykowną pod względem "jak bardzo ta wyprawa będzie niemoja", wzięłam dość ryzykowną czekoladę. Z Białego Potoku ruszyłam zielonym szlakiem na Sedlo Medzirozsutce, urocze miejsce, z którego zobaczyć można oba Rozsutce. Choć Mały mnie kusił, nie miałam na niego czasu. Na przerwę na czekoladę owszem. Nie ukrywam, że chciałam mieć ją z głowy jak najszybciej, bo... kocham markę Beskid, a czułam, że akurat ich biała, którą dostałam we współpracy w zasadzie przez małe niedogadanie się, no... nie da mi takiej radości jak inne ich tabliczki, łagodnie mówiąc (bo nie lubię białych). 


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Biała 40% Kakao Ekwador to biała czekolada o zawartości 40% tłuszczu kakaowego z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mleka i słodyczy, układających się w wizję ciepłego mleka posłodzonego miodem z echem... truskawek? Coś soczystego przemykało w oddali. Wyobraziłam sobie mleko truskawkowo-waniliowe... Mleko z tubki w takowym wariancie?

Kolor czekolady najlepiej oddaje zdjęcie gryzionego kawałka, bo reszta była robiona w cieniu.
Tłusta i polewowo gładka w dotyku tabliczka przy łamaniu trzaskała. Była bowiem dość twarda. Wydała mi się lekko krucha.
W ustach rozpływała się łatwo i jak na białą w tempie umiarkowanym. Okazała się bardzo śmietankowa i miękko-zbita. Była gęsta i bardzo kremowa, a do tego tłusta, acz nie ciężka. Pokrywała swymi falami usta, zdradzała lekką proszkowość, po czym znikała już łatwiej, rzadkawo niczym mleko. Acz tłuste mleko.

W smaku przywitała mnie sowicie dosłodzona śmietanka. Pomyślałam o pełnym mleku o niemal uroczej słodyczy. Mleku... skondensowanym słodzonym? O mleku z tubki?

Śmietanka wydawała się wszechobecna, a słodycz jej podległa. Rosła jednak. I to znacząco. Wyszła prawie drapiąco, acz w szlachetny sposób - jakby nieco waniliowo? Nagle do głowy przyszły mi śmietankowe lody waniliowo-... truskawkowe? W oddali gdzieś przemknęły z sugestią soczystości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wizja lodów i mleka truskawkowego umocniła się, a mi do głowy przyszedł ryzykownie słodki serek homogenizowany waniliowo-truskawkowy. Słodycz stała się wręcz drapiąca.

Śmietanka wydawała się waniliowa i wręcz rozgrzewała słodyczą, co wydobyło ciepłe mleko z miodem i wanilią. Mleko lub... waniliowo-miodową śmietankę? Albo śmietankę podaną do jakiegoś waniliowego ciasta na ciepło (więc siłą rzeczy lekko ocieploną od niego).

Z czasem doleciała do tego maślaność, a mleczność i śmietanka jakby aż się zachwiały od słodyczy. Ta końcowo rządziła zupełnie. Wciąż jednak jakby... przemykała mi iluzoryczna soczystość?

Po zjedzeniu został posmak mleka i śmietanki, wpisanych w przesłodzone mleczko z tubki w waniliowym wariancie. Sugestia truskawkowego mleka też próbowała się utrzymać, ale już prawie znikła.

Nawet nielubiącej białych czekolad mnie, ta czekolada w pewnym sensie smakowała. Na pewno była ciekawa, więc trochę zjadłam z ochotą. Na dłuższą metę to jednak wciąż biała, która nie jest czymś dla mnie i trochę mnie przesłodziła. Jednocześnie muszę przyznać, że zrobiona bardzo dobrze, bo czuć w niej głębię - lekką soczystość truskawek. Łączyła się z uroczą śmietanką, wręcz mlekiem z tubki. Szkoda tylko, że była aż tak słodka - szkoda, że posłodzili ją białym, a nie trzcinowym cukrem. Oceniam, myśląc o niej w kategorii białych oczywiście.
Po zweryfikowaniu odczuć spisanych w górach w domowych warunkach (zjadłam niecałe 10 gramów), większość oddałam Mamie. Jej opinia: "Mnie coś w tej czekoladzie też nie pasowało. Też nie lubię białych, ale myślałam, że dobrą docenić umiem. Nie czułam w niej niczego z tego, co ty. Ot taka biała...".


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 27 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, cukier, mleko w proszku

piątek, 17 stycznia 2025

Czarna Czekolada Honduras 77 % ciemna z Hondurasu

Jestem pod wrażeniem wyników, jakie osiąga Pani Anna, twórczyni Czarnej Czekolady, robiąc czekoladę w domowych warunkach, acz nie ukrywam, że przed tą dosłownie ściskałam kciuki, by trafiła się dobrze zatemperowana. Uwielbiam czekolady z Hondurasu, ale są bardzo rzadkie - tu kolejny plus, że udało się zdobyć zacne ziarna stamtąd! I bardzo ucieszył mnie fakt, że podano na opakowaniu szczegóły odnośnie procesu wytwarzania: konszowanie trwało 48 godzin, a prażenie 20 minut w 130 stopniach Celsjusza.

Czarna Czekolada Honduras 77 % to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Hondurasu.

Po otwarciu poczułam sporo gorzkich ziół, wśród których na pewno były szałwia i podbiał, mieszających się z drzewami i ogniskiem. Kompozycja wydała mi się ciepła do tego stopnia, że słodkie banany, które odpowiadały za drobną soczystość, również jawiły się jako pieczone w ognisku. Pojawił się też mocno palony karmel. W tle zaś zaprezentowały się suszone figi i suszona żurawina (taka dosłodzona, kupna), nieco podwyższające słodycz (acz ogółem i tak nie była wysoka) oraz soczyste, kwaskawe wino czerwone wytrawne.

Masywna tabliczka była bardzo twarda i przy łamaniu trzaskała głośno. 
W ustach rozpływała się powoli, maziście-kremowo i tłusto maślano. Była jakby nieco... lepko-wodnista? Cechowała się gładkością, a końcowo wydała mi się lekko wodnista. Po zniknięciu pozostawiała cierpkie, taninowe ściągnięcie.

W smaku pierwsze błysnęło kwaskawe, czerwone wino. Wytrawne i soczyste, po czym czmychnęło na tyły.

W tym czasie gorzkość zawirowała ze słodyczą. Kojarzyła się z dymem, choć był to raczej dym z czymś (czego nie mogłam uchwycić). Była wysoka, bezkompromisowa, a słodycz... próbowała dotrzymać jej kroku. Trzymała się blisko, serwując mi mocno palony karmel. Karmel, który przejawiał aż goryczkowate skłonności.

Odnotowałam maślaność, która jakby sprawdzała, z której strony się wkraść... po paru chwilach jednak zrezygnowała.

Część słodyczy przybrała na soczystości - tak pokierował ją winny kwasek. Przemknęły mi cierpkie czarne porzeczki i aronia. Zaraz jednak soczystość osłodziła się znacząco za sprawą różnych owoców. Przez myśl przeleciały mi suszone figi i pojawiły się dojrzałe banany. Kwasek starał się utrzymać jako suszone czerwone owoce, m.in. żurawina (i inne nieuchwytne?) oraz ciemne, cierpkie owoce, które trochę się wycofały (ale wciąż się wtrącały).

Gorzkość przez chwilę zapewniła mnie mocno o swoim dymnym charakterze, po czym za sprawą soczystego towarzystwa, zmieniła się w zioła. Pomyślałam o suszonych i siekanych ziołach: podbiale, szałwii i jakiś mniej określonych. Gorycz ziół mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa była pierwszo- i drugoplanowa - rządziła prawie zupełnie. Dopuszczała jednak do siebie cierpką soczystość.

A to zmotywowało słodycz. Przeplotła kompozycję jako coraz więcej słodkich bananów. Kwasek wina - delikatny, ale wciąż cały czas obecny - zasugerował soczyste nektarynki. Wino trochę się usunęło, robiąc im sporo miejsca. Wyobraziłam sobie smoothie na bazie nektarynek, z bananem i dodatkiem cierpkawych aronii i porzeczek czarnych. Z suszonych owoców czułam coraz mniej.

Dym znów zabrzmiał mocniej. Zioła trochę rozgoniła słodycz. Dym kontynuował gorzkość, ale już w bardziej ugodowy sposób. Pojawiła się nuta drzew... i drewna palonego. Dymiło się znad niego. Zrobiło się ciepło.

Ciepło podkradło się pod owoce, a ja pomyślałam o bananach z ogniska. Zaraz jednak banany tak przemieszały się z drzewną nutą, gorzkość coraz bardziej łagodniała, że do głowy przyszło mi jeszcze ciepłe ciasto bananowo-migdałowe. Nasączone winem i z pojedynczymi żurawinami? I soczystością w tle na pewno.

Może do ciasta podano, trochę niestandardowo, wytrawne czerwone wino? Soczystość zdawała się coraz bardziej rozmyta.

Wykorzystał to karmel, który wrócił z nową mocą. Wspomniane już ciasto zwieńczył właśnie palony karmel. Bardzo palony, palony do goryczki i... przypominający o ziołach? 

Po zjedzeniu został posmak ziół (szałwii i podbiału) z bananami, ale też palonego drewna i dymu, drzew związanych z ciepłem. Pobrzmiewało też echo cierpkawego wina, które wzbogaciła soczystość... nektarynek i suszonych, ale właśnie soczystych owoców? Jakby rodzynko-winogron? Takich, które zdarzają się podsuszone na kiści, wśród świeżych. Czułam też taninę jak po czerwonym wytrawnym winie.

Czekolada była przepyszna. Trochę jednak zbyt maślano-maziście-wodnista, mogłaby znikać wolniej - gdyby tak miała ciut lepszą konsystencję, maksymalną ocenę zdobyłaby bez trudu. Splot gorzkich ziół, dymu i ciepła, wirujących z nie taką czystą słodyczą palonego karmelu, potem ciasta migdałowo-bananowego i wyraziste zestawienie owoców wyszło cudownie. Banany soczyste, banany z ogniska i ciasto bananowe, figi, żurawina i nektarynki z odrobiną czarnych porzeczek i aronii cudnie zgrały się z kwaśnym, wytrawnym winem. Całość była bardzo gorzka w dobrym sensie, kwaskawa i głęboko, ale nie mocno słodka. 

Trochę przypominała karmelowo-figową, pełną nut drzew i migdałów A. Morin Honduras noir 70% Edition Limitee, ale koniec końców miały kompletnie inny wydźwięk.


ocena: 9/10
cena: 25 zł (za podawane 80g, realne 85g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: chciałabym móc do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

środa, 15 stycznia 2025

Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling mleczna z kremem Pina Colada

Przy Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos wspomniałam, że ojciec raz przywiózł mi całe mnóstwo czekolad. Jedną od razu mu wcisnęłam z powrotem, nawet nie otwierając, ale... coś tam wzięłam nawet lekko zaciekawiona. Z marką dziś przedstawianej tabliczki miałam już do czynienia - kojarzyłam, że Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter i Zimtsterne Vollmilch mi i Mamie niezbyt przypadły do gustu, ale pomyślałam, że nadziewanych alkoholowych ciemnych mogę spróbować, bo dawno żadnych tego typu nie jadłam. Z tym że... wpadła mi też mleczna. Co prawda w nielubianym wariancie pina colada, ale z kolei... o tyle ciekawa, że mleczna, a nie biała (dalej nie rozumiem, dlaczego wszyscy uparli się łączyć kokosa z ananasem właśnie w białej czekoladzie). 

Henry Lambertz Piña Colada Vollmilch Schokolade mit Pina Colada Truffelfullung / Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem o smaku Pina Colada.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pina colady: ananas i kokos splatały się na likierowej scenie. Alkohol zaznaczył się wyraźnie, lecz choć miał dość ciężkawy charakter, nie napastliwie, a wręcz subtelnie. Mieszał się ze sporą ilością cukru i mleczną czekoladą. Czuć ją bardzo dobrze zza drinka, z którym to poprzez śmietankowo-mleczny ton i słodycz bardzo spójnie się połączyła. Był to przyjemny, mimo że przesłodzony, zapach.

W dotyku czekolada była dość tłusta i już sugestywnie lepkawa. Nie topiła się, ale ciągle miałam wrażenie, że zaraz zacznie. Nie była specjalnie masywna, ale delikatna w sumie też nie. Przy łamaniu wykazywała kruchość, ale nie trzaskała.
Nadzienie wyglądające jak grudkowaty, lepki i dość gęsty żel całkiem porządnie wypełniało wszystkie beczółko-kapsułki. Czekolada jednak stanowiła większość, to pewne, bo robiła za bardzo grubą warstwę.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę lepiąco i miękko. Początkowo próbowała zachować kształt, ale zaraz odpuszczała. Była tłusta w śmietankowo-maślany sposób, a także niegładko-chropowata ze względu na proszkowość.
Nadzienie wyłaniało się z niej po pewnym czasie. Wyszło lekko grudkowato, trochę jak połączenie budyniu z kisielem. Jednocześnie robiła słabe aluzje do marcepanu, ale z kolei bez realnych grudek czy drobinek. Wnętrze cały czas wykazywało pewną lepkość. Było średnio gęste i zupełnie nie zbite, ale też nie rzadkie. To gęstawy, trochę śmietankowy żel. Chwilami było w nim coś śliskawego. Znikał szybciej niż czekolada. Ta na koniec niby traciła gęstość i znikała rzadko, ale do końca czuć jej masywność. 
Rzednące i znikające nadzienie wydawało się trochę przytłoczone czekoladą, acz w zasadzie zgrane z nią. Gdy tak miękły razem, trochę przytykały.

W smaku czekolada przywitała cukrową słodyczą, do której szybko doleciało intensywne mleko. I tak jednak wydawało się nieco spłycone... Prze słodycz i przez echo nadzienia, którym znacząco przesiąkła. Mleczność poszła w śmietankowym kierunku, ale nie pomogło to ogółowi przez wątek aromatu kokosowego, za którym jak cień pobrzmiewał aromat ananasa. Przez to czekolada chyliła się ku tandecie, ale jeszcze udało jej się jakoś obronić. Była wyczuwalna w zasadzie cały czas, choć w punkcie kulminacyjnym, gdy nadzienie rozbrzmiało pełnią smaku, bardzo w tle.

Nadzienie samo w sobie dało o sobie znać prędko. Krem także był bardzo słodki, ale nie w tak czysto cukrowy sposób, a bardziej likierowo. Pierwszy pokazał się lekko soczysty ananas, a zaraz potem mocno likierowy, słodki kokos. Bardzo łatwo o myśl o pina coladzie. Ananas próbował pokazać się z naturalniejszej strony jako sok anansowy, ale czuć wyraźnie, że jego likierowy charakter podkręcono aromatem (choć to nie była napastliwa sztuczność). Owocowość nadzienia trochę rozmyła śmietanka, a alkohol dodał temu nieco powagi, nawet ciężkości, ale nie narzucał się. Ananas i kokos były bardzo wyważone.
Czekolada trzymała się z tyłu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz - kumulacja czekolady i wnętrza - drapała w gardle. Ananas poszedł w nieco cukierkowym kierunku - przy tym poziomie cukrowości, krem robił się troszeczkę bardziej sztuczny, ale wciąż nie jakoś rażąco. Tu wszedł kokosowy likier, raz czy drugi wychylający się nawet przed ananasa, przygłuszając jego cukierkowość.
Alkohol choć nie był chamski, wydał mi się dosadny, a przez to jak rozgrzewał gardło, słodycz wydawała się jeszcze bardziej mocarna.

Z czasem nadzienie zaczęło tonąć w cukrowo-mlecznej, czekoladowej toni. Echo likieru ananasowo-kokosowego i pewna cukierkowość ostały się, ale dopiero za cukrowo-plastikowawą czekoladą. Końcowo czekolada jawiła się jako dosłownie czysty cukier z mlekiem. Zrobiła się plastikowa - chyba alkohol ją tak trochę spłycił.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo słodkiej czekolady wraz z drapaniem w gardle i cukierkowość związana z nadzieniem. Dołożył się do tego alkohol - ewidentnie likier. To za jego sprawą czuć i ananasa, i kokosa. Były czysto likierowe. Za likierem pojawiły się aromaty, cukierkowość.

Czekoladę uważam za w miarę dobrze zrobioną, mimo że nie była zbyt w moim typie. 4 kostki jako ciekawostkę zjadłam (przy 4 poczułam, że jeszcze trochę, a to już zmęczy, bo i tak czułam się trochę zbyt przysłodzona). Połączenie mlecznej czekolady i pina colady pasowało - mleczność czekolady dobrze współgrała ze śmietankowym wnętrzem. Kokos i ananas były dobrze wyczuwalne, procenty też się odnalazły - a jednocześnie nic z tego nie było zbyt napastliwe. Pochwalić muszę to, jak zgrane i harmonijne wyszły. Niestety, wszystko było okrutnie słodkie. I z wkradającą się sztucznawą cukierkowością. Kolejnym moim zarzutem jest to, że jednak czekolada - ciężka i gruba - przytłoczyła jedynie gęstawe nadzienie. Jak się robi czekoladę nadziewaną, to co jak co, ale nadzienia żałować nie można (tym bardziej, że czekolada była cukrowa i dodatkowo spłycona przez alkohol, to nie było to coś, co chciało by się czuć na 1. planie).

Resztę oddałam Mamie, która powiedziała: "No, ta czekolada jest dokładne tym, czym ma być! Co prawda nadzienia w niej mało, ale w sumie nie wiem, czy było aż tak pyszne, bym pragnęła go więcej. Z drugiej strony sama czekolada też taka po prostu ok. Na pewno jednak właśnie mleczna bardzo pasuje do kremu pina colada. Faktycznie, można zjeść jako ciekawostkę, bo już samo to, że jest, czym ma być i niezły skład, to w dzisiejszych czasach rzadkość".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, 17,5% likier śmietankowy o smaku Piña Colada (zawiera mleko), mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

poniedziałek, 13 stycznia 2025

U Dziwisza Czekolada Artystyczna Gorzka Chuncho 80 % ciemna z Peru

Od marki U Dziwisza dostałam kilka różnych tabliczek i na koniec zostawiłam potencjalnie najlepszą. U Dziwisza Artystyczna Erytrytol miała ciekawe zapędy, ale czułam, że słodzik wszystko popsuł. Stąd ucieszyłam się, że marka zdecydowała się dobrać kakao chuncho lepsze towarzystwo, jakim jest cukier trzcinowy (wg mnie najlepsze słodzidło do czekolad). I zupełnie nie planowałam tego, że peruwiańska seria z czekolad Beskid jakby trochę mi się przedłużyła o dzisiaj przedstawianą właśnie.

U Dziwisza Czekolada Artystyczna Gorzka Chuncho 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao chuncho z Peru.

Po otwarciu poczułam zapach napoju / soku z wiśni z miętą oraz limonkowo-miętowego, które splatały się ze znacznie bardziej słodkim syropem... kwiatowym? Na pewno też delikatnie palonym karmelem. Wysoka słodycz kryła w sobie pewną rześkość, wręcz zwiewność, mimo że towarzyszyły jej poważniejsze nuty ziemi i dymu. Wprowadziły motyw kwaskawego chleba z wiśnią i drobne echo wina.

Tabliczka była twarda i trzaskała głośno w kruchy sposób. Wydawała się bardzo zbita. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Była gładka i faktycznie zbita, a także średnio tłusta. Robiła się coraz bardziej gibka i jednocześnie mazista. Czułam w niej też lekką proszkowość i soczystość, końcowo przechodzącą w wodnistość.

W smaku pierwsza pojawiła się wysoka słodycz, za którą nieśmiało zaznaczyła się soczystość. Uwagę jednak przyciągnęła bardzo wysoka słodycz, która zaraz jeszcze podskoczyła za sprawą delikatnie palonego karmelu. Wzmocniły go słodkie kwiaty. Zahaczyły o zwiewność i rześkość, lecz nagle zmieniły się w syrop kwiatowy o niemal drapiącej słodyczy.

Przewinęła mi się delikatna mięta, a po chwili rześkość przejął napój wiśniowy. Na pewno posłodzony, ale soczysty i orzeźwiający... od mięty właśnie.

Dodano do niego dużo słodkiej, rześkiej zielonej mięty. Za jej ziołową nutką zaakcentowała obecność drobniutka goryczka dymu. A w tym czasie... Czyżby wiśnia zdobyła się na lekki kwasek...? Czułam jakiś, ale jednak nie jej... Toż to limonka! Ujawniła się tuż za wiśnią i zgrała z miętą, przekładając się na myśl o napoju limonkowo-miętowym. Za miętą wychwyciłam sugestię słodziku.

Gorzkość nieco wzrosła, a obok pojawiła się lekka wytrawność... fasoli? Gorzkość rosła prężniej, a fasola jakoś się w niej zagubiła. Dołączyła za to nuta palona i pieczona. Wyobraziłam sobie chleb... kwaskawy od zakwasu i... dodanej wiśni?

W oddali odnotowałam słodkie, śmietankowe lody w karmelowym wariancie... Zestawione z lodami z nutą wiśniowo-truskawkową? Lody rozwodnione? Wkradła się wodnistość, rozbijająca gorzkość, ale nie słodycz.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwasek odrobinę wzrósł, acz i tak trzymał się bardzo niskiego poziomu i wpisywał się w słodycz. Wiśniowe akcenty wystąpiły jako słodki syrop wiśniowy.

Rozwinęła się za to gorzkość, roztaczając wokół niemal brudny, ziemisty motyw. Pomyślałam o wilgotnej, leśnej ziemi... Nawet lekko pikantnej? Przyszło mi na myśl chili, lecz zaraz zniknęło na rzecz dzikich ziół. Te umocnił dym.

Karmel wrócił z nową siłą. Pokazał się z bardziej palonej strony. Wręcz odymionej! Jednocześnie dym odsłonił trochę chleba z kremem kakaowo-orzechowym, acz jakimś... mdławym? Nie mogłam uchwycić orzechów, a zaraz nuta ta w ogóle się zawieruszyła.

Kwiaty wydawały mi się coraz słabsze, ale ich rześkość utrzymała się na znaczącej pozycji. Nagle jednak... ta lekkość wydała mi się jednak mniej kwiatowa. Zahaczyła o słodzik, ale nie był to on. Wyszła orzeźwiająco niczym... woda z lodem, limonką i miętą - ta wizja była niezwykle jednoznaczna.

A tuż po niej na pierwszy plan wkroczyły słodziutkie truskawki. I lody truskawkowe? Acz jako słodkie, dojrzałe owoce przede wszystkim.

Po zjedzeniu został posmak truskawek, które przybrały na słodyczy tak bardzo, że wyszły aż cukierkowo. Czułam też motyw wody z lodem, ale na szczęście też z limonką. Wróciło sporo mięty i echo wiśni czy raczej napoju wiśniowego. Trochę rozmył to cierpkawy dym i brudna, pikantna ziemia. 

Czekoladę uważam za jedną z lepszych tabliczek Dziwisza, jakie jadłam. Była smaczna, choć mam sporo zastrzeżeń. W konsystencji nie odpowiadała mi wodnistość. Niestety wystąpiła też w smaku, w końcu kojarząc się nawet z wodą z lodem. Całość była bardzo słodka, w czym połączyła rześkość kwiatów i ciężkość syropu. Czułam też karmel, lody i dużo mięty. Ta pojawiła się w napoju wiśniowym i limonkowym, a także jako jedno z leśnych ziół. Gorzkość, dym i ziemia oraz chlebowe akcenty pojawiły się z czasem na pewien czas - szkoda, że to na nich nie oparła się kompozycja. Nie powiedziałabym, że zawartość to 80% - obstawiałabym 75%.

Czuć podobieństwo nut np. napoju wiśniowego, chłód, wytrawność z U Dziwisza Artystyczna Erytrytol, ale ogół dzięki cukrowi trzcinowemu w dziś przedstawianej miał okazję lepiej się zaprezentować. Wodnistość i tu się pojawiła, czyli nie pochodziła tylko od słodzika. Mało tego! Dziś przedstawiana też miała trochę jakby słodzikowe zapędy.
Podobnie miętowo-słodzikowe nuty, wiśnie czułam w niedawno jedzonej Beskid Chocolate Czekolada Gorzka 70 % Peru Paytiti.


ocena: 8/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 18 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

niedziela, 12 stycznia 2025

Frey Supreme 85 % Dark Extra Chocolate ciemna

Szwajcarską markę Frey poznałam w zasadzie przypadkiem, kiedy zamawiałam przez internet jakieś "trochę lepsze, ale nie degustacyjne" czekolady w góry. Frey Supreme Crunchy Dark Hazelnut okazała się naprawdę niezła, więc cieszyłam się, że będę mogła poznać też ich czystą ciemną czekoladę. Oczywiście w domu.

Frey Supreme 85% Dark Extra Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao; wyprodukowana przez Delica AG.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach drzew mieszających się z kakao w proszku. To poleciało w kierunku taniawych cukierków kakaowo-kawowych z krucho-margarynowym wnętrzem. Obok zaznaczyły się fistaszki w skórkach, które ze względu na swój prażony charakter do kompozycji zaprosiły jakieś... paluszko-precelki w karmelu? I krem migdałowy 100% o prażonym, bardziej wytrawnym wydźwięku. Zaznaczyła się też delikatna, acz ciężkawa soczystość dżemu morelowego. Podkręciło go trochę suszonych - mocno ususzonych - moreli.

Tabliczka wyglądała na twardo-chrupką, a przy łamaniu okazała się twarda i trzaskająca właśnie w chrupki sposób.
W ustach czekolada potrzebowała krótkiej chwili, by zacząć, ale potem rozpływała się łatwo w tempie umiarkowanym. Już po chwili dała się poznać jako pylista, choć starała się być kremową. Maziście pokrywała podniebienie jakby zgęstniałymi smugo-falami, a jednocześnie odsłaniała coraz silniejszą proszkowość. Ta przeszła w ziarnistość. Tłustość była dość wysoka i wręcz lepko przytykająca, wraz z poczuciem suchości od kakao w proszku.

W smaku pierwszą poczułam delikatną gorzkość kawy rozpuszczalnej, do której podpłynęła maślaność. Zaraz i zawiązały sojusz, choć to gorzkość dyktowała warunki. I tak jednak nie była bardzo wysoka. O wytrawniejszym charakterze tego splotu przesądziło echo drzew. Mimo to, słodycz i tak się zaznaczyła, sugerując, że może zaraz bardzo wzrosnąć.

Gorzkość dopuściła do głosu cierpkość kakao w proszku, które od razu ją nieco spłyciło. Skojarzyło mi się z wyraźnie słodkimi cukierkami kawowymi w polewie kakaowej. Wyobraziłam sobie to pozornie sucho-kruche wnętrze... urozmaicone arachidami?

Gorzkość poszła w palonym kierunku. Paloność była mocna i niebezpiecznie zmierzała ku przepaleniu. Przez pewien czas zwracała na siebie większość uwagi. Słodycz za to wydała mi się wręcz pomykająca, onieśmielona, acz też niewątpliwie obecna - czuć jednak, że nie spełni obietnicy o mocnym wzroście.

Maślaność i gorzkość przeplatały się ze sobą, chwilami stając się jednością i przekładając się na myśl o kremie migdałowym 100% o wytrawniejszym smaku, zrobionym z mocno prażonych migdałów.

Fistaszki zagrały mocniej. Paloność podsunęła im mocne podprażenie. Wciąż miałam w głowie czekoladowo-kakaowe cukierki, ale już coraz mniej. Słodycz rosła oddalając się od tego wyobrażenia, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przechodząc w... karmel?

Karmel złączył się z orzeszkami ziemnymi - zostały mocno skarmelizowane. Dołączyły do nich prażone migdały. Słodycz sama w sobie była więc średnia, nie doskwierała. Pilnowały i przełamywały ją drzewne wtrącenia.

W tle przemknęła soczystość o ciężkim, przesłodzonym charakterze. Pomyślałam o dżemie morelowym... na ciemnym chlebie z przypaloną skórką? Za mocno palona nuta przypomniała sobie o kakao i baza - pod tym dżemem - wydała mi się kakaowa właśnie. Może chodziło o jakieś gofrowate wafle kakaowe? Albo kakaowe tosty?

Przemknął mi przez głowę jeszcze przypalony, kakaowy naleśnik usmażony na maśle, ze zdecydowanie za dużą ilością masła. Maślaność zaczęła próbować zrównać się z gorzkością, a prażono-pieczony motyw podsunął... precelki w karmelu?

Obok dżemu morelowego odkryłam trochę suszonych moreli. Niby lekko soczystych, ale jakiś takich... słodko-mulących i mdławych. Dżem wplótł w to wszystko, mimo paloności, motyw bardziej zwyczajnie cukrowy, choć słodycz wciąż była nisko-średnia.

Orzeszki ziemne i pieczono-precelkowy akcent zmieniły się w drzewa. Wyobraziłam sobie masywne drzewa, ogrzewane promieniami słońca, w których uplasowała się drobna cierpkość. Drzewa wydały mi się jakby... trochę oprószone cierpką, rozpuszczalną kawą w proszku.

Po zjedzeniu został posmak drzew i przeprażonych orzeszków ziemnych, które połączyła trochę karmelowa słodycz. Do głowy przyszły mi też wafle kakaowe, z zaznaczonym suchym kakao w proszku.

Czekolada wyszła mocno średnio. Gorzkość była w niej w dużej mierze po prostu palona, aż ryzykownie za mocno. Nuty fistaszków przechodzących w drzewa, kawowych cukierków i karmelizowanych orzeszków, precelków ciekawie wzbogacił dżem morelowy i suszone morele, ale brakowało temu głębi. Kompozycję łagodziła maślaność, a kakao w proszku spłycało. Myślałam o jakiś waflach, naleśnikach kakaowych, które przypalono i w których przesadzono z masłem. Szkoda, bo nuty miały potencjał.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 15,10 zł
kaloryczność: 602 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, kakao w proszku, naturalny aromat

piątek, 10 stycznia 2025

Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli 54,1 %

Marka Karmello, choć musiałam jej przyznać, że trochę się poprawiła na przestrzeni lat, dalej nie była w moich oczach warta uwagi. A jednak sięgnęłam po ich kolejną propozycję, z dodatkiem. Dostrzegłam ją podczas zakupów z ojcem i pomyślałam, że mogę w sumie porównać taki pomysł na chili z jedzoną względnie niedawno Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao. Lubię połączenie chili i czekolady, ale wiem, że łatwo je zepsuć. I do posypki nie byłam przekonana, ale coś jakoś mnie do tej czekolady skierowalo. Wyglądała na maleństwo, mimo że swoje 50g miała, więc pomyślałam, że jakoś tam przejdzie. Zwłaszcza w górach, gdzie moja tolerancja na gorsze czekolady jest większa. Już na trasie jednak trochę się wystraszyłam, czy od ostrości nie zaleję się łzami. Po tę czekoladę sięgnęłam przy Zielony Stawie Gąsienicowym - nie wiem, by jeszcze już i tak buzujące emocje podgrzać? Nie no, zostawiłam ją na koniec, by jakby co nie zepsuła mi wypalaniem ust wycieczki. Zeszłam tam z Kościelca, a potem czekał mnie już tylko początkowo stromy, a potem łagodny przez Dolinę Jaworzankę żółty szlak do Kuźnic.

Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli to ciemna czekolada o zawartości 54,1% kakao z suszonymi papryczkami chili.

Po otwarciu, jako że tabliczka była posypką do góry, poczułam lekki zapach chili, mieszający się z mocno, jakby wręcz dogłębnie (?) paloną gorzkością. W niej zaplatała się nuta kakao w proszku. Gdy zaś wąchałam wierzch, ogólnie pod chili, zaznaczył się motyw drzewnej kory zawilgoconej od błotnistej ziemi. Całość była delikatnie, waniliowo słodka. Ogólnie zapach nie był bardzo intensywny. 

Gładka i niemal kremowa w dotyku, acz wyglądająca na pylistą, tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała dość głośno obiecując gęstość i zbitość. Już przy dotykaniu, a przy łamaniu to już w ogóle, część chili odpadała, a w zasadzie sypała się wszędzie wokół, ale i tak sporo zostało, trzymając się uparcie. Chili wystąpiło pod postacią płatków i pestek. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, dając się poznać jako tłusto-mazista. Była niby gładka, ale z czasem coraz bardziej pylista (a w pierwszej chwili wydała mi się wręcz proszkowa). Niemal do końca zachowywała kształt ze względu na zbitość, acz mimo to czułam w niej lekką wodnistość. 
Chili w ustach od czekolady odpadało po paru chwilach. Nieliczne kawałki i drobinki trzymały się jej dłużej. Płatki niemal do końca były twardawe (trochę jak jakieś otręby?). Nie odważyłam się tego chili gryźć.

W smaku, gdy trafiłam na chili (o co nie trudno) uderzała ostrość. Słabiej lub mocniej, ale zawsze wyraziście. Wszystko zależało od tego, ile chili przypadło na dany kęs. 
Z kolei gdy zrobiłam kęsa bez chili, popłynęła słodycz cukru i wanilii mieszających się w taki sposób, że zaraz pomyślałam o ciężkich, babcinych perfumach i szafie. Nie była wysoka, ale właśnie ciężka.

W większości kęsów słodycz pokazywała się za ostrą papryczką. Zaskoczyła mnie niskim poziomem, którego trzymała się dzięki przymglonemu charakterowi. To niekoniecznie zasługa chili, bo jako taka jawiła się też w kęsach bez dodatku. Cukier nie pchał się po prostu na przód, ogólnie. Co nie zmienia faktu, że była to słodycz wręcz duszna.

W większości kęsów chili wypalało gardło już po sekundzie czy dwóch. W innych wchodziło po chwilach nieco dłuższych. Kawałki nie wymagały gryzienia, by rozbrzmieć bardzo mocno.

Zaraz pojawiła się też cierpko-palona goryczka oraz motyw drzew. W kęsach bez chili lub z mniejszą ilością obraz drzew z odpadającą korą był bardzo jednoznaczny, lecz trochę rozmywał się przy chili. Palony wątek zahaczał wtedy o polewę kakaową, do której doszła maślaność. 

Za jej sprawą słodycz wychodziła bardziej na przód - zwłaszcza w kęsach z mniejszą ilością chili. Robiła się trochę ciężka, niczym... Waniliowe pianki marshmallow? Wciąż jednak dość zgaszone.

Gorzkość wydała mi się mdława i leniwa - uzyskana głównie poprzez mocne palenie kakao. Trzymała się jej maślaność, łagodząca gorzkość jeszcze zanim na dobre się rozeszła. Pikanteria to wykorzystywała, z łatwością rosnąć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przy cierpkości kakao przewijać się zaczynało wytrawniejsze echo chili - sama baza leciuteńko nim przesiąkła. Domniemanie ostrości pojawiało się w każdym kęsie (czekolada musiała więc przesiąknąć chili).
W kęsach bez chili wychwyciłam w tym momencie lekką soczystość. Chili ją ukrywało.

Kiedy kawałek chili - nieważne czy pestka, czy skórka - dotknął języka, czułam ostre ukłucie. Naprawdę ostre, palące. Palenie zaraz pojawiało się też w gardle.

Gdy z czekolady zaczynał odpadać dodatek, ostrość piekła i paliła piekielnie. Chwilami - gdy chili trafiło się więcej, a akurat nim nie plułam, była to ostrość zabijająca czekoladę. Znośnie było tylko, gdy ugryzłam tak, by w ustach pojawił się jeden kawałek dodatku (ale średnia przyjemność z takiego jedzenia i kombinowania).

Po zjedzeniu wciąż czułam palenie chili w gardle i w język. Z czasem nieco słabo, pozwalając pokazać się waniliowo-cukrowej słodyczy wciąż o zgaszonym charakterze oraz lekkiej cierpkości kakao. 

Część czekolady jadłam w góach, wyskubując wcześniej tyle chili, ile się dało, a potem plując resztą. Tak w zasadzie było całkiem ok... Albo raczej byłoby ok, gdyby czekolada była adekwatnie przeciętnie tania, a nie tak droga. Gdyby nie kosztowała więcej niż 5 zł / 100g, mogłaby mieć 5 jako po prostu przeciętna do bólu.
Potrafię sobie wyobrazić, że jest dla bardziej wytrzymałych na ostrość niż ja, ale i tak była zrobiona bez sensu. Dodatek odpadał (a chyba jak ktoś kupuje z dodatkiem, to nie chce, by sypał się wszędzie wokół?), a ta ilość... No aż zabijała czekoladę. Inna sprawa, że baza była mocno przeciętna. 
W górach jeszcze jakoś te wydłubywanie i plucie chili dla średniej bazy no... Się sprawdziło, ale w domu już za nic na to ochoty nie miałam.
Około połowy, gdzie było najwięcej wlepionego chili już nie dałam rady i oddałam ojcu.


ocena: 4/10
kupiłam: stoisko Karmello w Bonarce (Kraków)
cena: 9,99 zł (za 50g; ojciec płacił)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), kruszone papryczki chili min. 0,2%

czwartek, 9 stycznia 2025

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka z Karmelem i Solą 70 % Kakao Nikaragua Amaya ciemna z Nikaragui

Mimo całego mojego uwielbienia do Beskidu, ich czekolad z dodatkami jadłam niewiele. Z tych jakoś mnie nie chwytały i jak miałam przerwę od gór, w warunkach domowych tabliczki z dodatkami nie kusiły. W góry jednak sprawdzają się najlepiej. Choć ostatnio zrobiłam się sceptyczna do solonego karmelu, Beskidowi ufałam. Z tym że nie byłam pewna, czy na pewno dałabym go konkretnie do kakao Amaya, które znałam z pysznej Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %. Po zostawieniu za sobą Czarnego Stawu ruszyłam na przełęcz Karb, a z niej już prosto na Kościelec. Jeszcze parę miesięcy wcześniej nawet mi przez myśl nie przeszło, by się tam pchać, ale jednak. Poszłam i wybrałam odpowiednio zacną - jak miałam nadzieję - czekoladę, by to celebrować. I akurat na te parę chwil, kiedy byłam na szczycie, zza chmur wyłoniły się inne szczyty! Jakby wyjątkowo dla mnie! Z tym, że... zarówno samo wejście, jak i zejście wydały mi się.. znacznie łatwiejsze niż się czyta.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka z Karmelem i Solą 70 % Kakao Nikaragua Amaya to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao odmiany Amaya z Nikaragui z maślanym karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach mocno palonego, aż do goryczki, karmelu, w którym mignęła pewna lekka mleczność. Czuć go zwłaszcza, gdy wąchałam spod - wtedy nawet raz czy drugi pojawiła się myśl konkretnie o karmelu palonym. Ogólnie, acz bardziej w przypadku wierzchu bez dodatku, czuć drzewa i lekki kwasek konfitury pomarańczowej i / lub duszonych pomarańczy oraz słodkich truskawek... jako element sernika truskawkowego? I odnotowałam jeszcze akcent słodko kwiatowego wina czerwonego. Słodycz ogólnie wydawała się trochę kwiatowa. I nieco... Miodowa? Do głowy przyszły mi orzechy karmelizowane w miodzie.

Twarda tabliczka łamała się z porządnym, donośnym trzaskiem, obiecującym gęstość. Na spodzie dodano sporo porządnie trzymających się drobnych kulek i ich połówek karmelu. Był trochę lepkawy. Trochę go odpadło przy łamaniu, ale na tabliczce i tak zostało dużo. 
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno, zmieniając się w miękkawy i zbito-gęsty krem. Trochę maziście pokrywała podniebienie. Wydała mi się maślano tłusta, ale jednocześnie bardzo soczysta i końcowo trochę taninowa.
Karmel częściowo się jej trzymał, częściowo odpadał, ale ogólnie rozpuszczał się obok czekolady, trochę ją rozrzedzając. Końcowo prawie nie zostawał - sporadycznie i już bardzo zmniejszone kawałeczki. Gryzione okazały się miękkawe, ale aspirujące do pewnej twardości i skrzypiąco-trzeszczące. Lepił się do zębów, ale szybko odpuszczał. Obok czekolady pogryzłam tylko kawałek czy dwa na próbę - to do mnie nie przemówiło. Wolałam dać się temu karmelowi rozpuszczać. Wraz z nim, ale po dłuższym czasie rozpuszczała się też sól - aż o to dopytałam i potwierdziły się moje domysły: solą posypano czekoladę, a potem dodano karmel, więc wpływała spod niego.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz mandarynek i pomarańczy. I jakiś... Pomarańczy czerwonych? Te obiecały lekki kwasek. Zaraz jednak pomyślałam też o owocach duszonych w miodzie. 

Gdy odgryzając kawałek zahaczyłam zębami o karmel, dawał o sobie znać - wyszedł palono i maślano, słodko nienachalne. Ogólnie jednak nie narzucał się - pozwolił czekoladzie się popisać. Wraz z nią też szedł trochę w miodowa stronę. 

W tle przemknęły kwiaty i gorzkość. Ta druga zaczęła odważnie rosnąć. Pojawiły się drzewa, umiejętnie przechwytując kwiaty. Wyobraziłam sobie świeże drzewa liściaste, niektóre kwitnące, a także drobne leśne kwiaty, kryjące się w ich cieniu. Wśród nich znalazła się też lekka pikanteria. Zwłaszcza w kęsach z dodatkiem, gdzie mieszała się z kwaskiem... Niezbyt dojrzałych poziomek? 

Miód nasilił się i zmieszał z palonym karmelem. Zaprosił do kompozycji niedookreślone orzechy, od razu je... Nie tyle karmelizując, co pokrywając lepkim miód-karmelem? Wyobraziłam sobie też masę "zdrowy karmel" z kremu orzechowego, miodu i daktyli.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam maślaność trochę łagodzącą i gorzkość, i słodycz. Maślany karmel trochę podkreślił maślaność samej bazy, a kwaśność cytrusów wychynęły za to poprzez kontrast. Czułam mandarynki i pomarańcze, ale też... grzane wino z pomarańczowa nutą? Na pewno pojawiła się taninowa, winna cierpkość. Przewinęło się też echo czerwonych nieokreślonych owoców. Może... Kwaskawych truskawek i poziomek? 

Raz po raz karmel - zwłaszcza, gdy trafiło się go więcej - dodał trochę maślano-karmelkowy, ale zdecydowanie palony wątek. Sól w zasadzie przez większość czasu jako ona sama wyraźnie nie wystąpiła, acz raz czy drugi... Coś mi tam przemknęło. Chyba jednak pełniła głównie funkcje podkreślania różnych nut, kryjąc się za karmelem.

Karmel sam w sobie był palony, ale też maślany i w zestawieniu z intensywną, porządnie ciemną czekoladą wręcz sugestywnie mleczny. Nie wydawał się słony sam w sobie (co zweryfikowałam, próbując go trochę osobno) - mieszał się z solą, kiedy ta wypływała spod niego, w czym pomogła czekolada zapewniająca temu harmonię. Mało tego - jego palona nuta też z czasem robiła się niejasna. Nie był mocno słodki i wcale nie podwyższył za bardzo słodyczy ogółu (a tylko trochę).

Gdy obróciłam kawałek karmelem do dołu, zbliżał się do kwiatowo-miodowego, soczystego smaku czekolady, ale i tak nie próbował jej przeciągnąć, mimo że był intensywny. Jego palony charakter z czasem wydawał się bardziej sugestywny - może to za sprawą soli? Może sam w sobie nie był tak mocno palony?

Soczystość zaserwowała mi sernik truskawkowo-poziomkowo-malinowy z kwaskawy sosem z tych czerwonych owoców, którego kwasek podkręcono cytrusami - coraz bardziej zanikającymi jako one same. Acz i tak znów do głowy przyszła mi pomarańcza czerwona. Karmel podkręcał kwasek i soczystość!

Gorzkość uchwyciła się drzew, a ciepło dopowiedziało jeszcze drewno sandałowe, lecz gorzkość jako taka przysposobiła sobie... paloność?

Czerwone owoce zwłaszcza w kęsach z mniejszą ilością karmelu chyliły się ku winu czerwonemu. Znów pomyślałam o grzańcu z cytrusową nutką? 

Świeżość lasu i kwiatów przejęły chłodnawo-rześkie przyprawy, chyba lukrecja. Lukrecję samą w sobie czułam bardziej w kęsach z mniejszą ilością lub bez karmelu, za to gdy trafiłam na więcej - myśli płynęły ku solonej lukrecji. Zakradła się też do miodu... 

W kęsach z większą ilością karmelu słodycz z miodowej coraz bardziej zmieniała się w karmelo-karmelki. Odpadające od czekolady i rozpuszczające się kulki karmelu wtrącały swoje, a za nimi... Pomykała lekka słoność. Dosłownie ze dwa razy poczułam mocniej słone ukłucie, a tylko raz zrobiło się bardzo słono i już nieprzyjemnie.

Końcowo czekolada wydała mi się jeszcze bardziej kwaskawo-soczysta jak czerwone wino, ale ogólnie mniej jednoznaczna. Na pewno jej słodycz - jako bazy, nie ogólna - i gorzkość zelżały, a maślaność starała się utrzymać.

Po zjedzeniu został posmak taninowo winny, mieszający się z pomarańcza duszona... W grzańcu z miodem? Czułam też drzewa i maślaność. Mniej lub bardziej (w zależności od kęsa) dołączał do tego lekko słodki, maślano-palono karmel. W posmaku wyłaniała się też sól - czasem naprawdę dosadnie. 

Czekolada była dobra, acz mam wątpliwości. Pyszna baza Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % wyszła nieco inaczej w zestawieniu z dodatkiem. Niby do rozpoznania, jak wiedziałam, że to ona, ale w ciemno bym nie zgadła. Też pysznie, ale inaczej: bardziej kwaskawo-taninowo, winnie. Ten karmel jednak niezbyt mnie do siebie przekonał - nie lubię "posypek", a ten w dodatku wyszedł maślano, łagodnie. Ok, był palony, ale mógł być... Bardziej karmelowy? Co do soli to ciekawie to rozwiązali, że postawili na tak subtelne rozwiązanie. Czuć, ale nie jaskrawo; na pewno do tego karmelu więcej soli na pewno by nie pasowało! Moje wątpliwości tyczą się jednak też tego, czy jest sens dawania tak intensywnej i bogatej bazy pod dodatek tego typu - w czekoladzie tak wiele się działo, tak wiele uciekało, że można by zostać tym przytłoczonym. Choć dodatek był dobrze zrobiony, chciało się wczuć też w pyszną bazę, której on czasem trochę przeszkadzał.
Z przyjemnością jednak czekoladę jadłam w górach i kończyłam już w domu, ale... w domu odkryłam, że w górach mi jej parę elementów uciekło (recenzję w domu poprawiłam).


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany, 8% karmel (cukier, masło), 0,2% sól 0,2

wtorek, 7 stycznia 2025

Ritter Sport Dark Almond & Orange ciemna 50 % z siekanymi migdałami i kandyzowaną skórką pomarańczy

Gdy myślałam, jaką czekoladę najlepiej wybrać na podejście z tych, które zabierałam na tę wyprawę, uznałam, że potencjalnie najgorszą. Miała bowiem posłużyć głównie doładowaniu sobie energii. Jakoś mimo że z Ritter Sport Nut Selection Ganze Mandel / Whole Almonds pamiętałam bardzo dobre migdały, czułam, że nie one zdominują tę tabliczkę. Wzięłam ją na szlak, który opracowałam bardzo spontanicznie. Chciałam ruszyć na Czerwoną Ławkę, ale nie udało mi się znaleźć dojazdu, więc trochę wkurzona uznałam, że trudno, jadę pociągiem, sama na Kościelec. Poszłam znanym mi, łatwym szlakiem z Kuźnic przez Karczmisko do Hali Gąsiennicowej, a nad Czarnym Stawem uznałam, że to świetny moment na czekoladę. Przy niej jeszcze nie wiedziałam, że odbiłam nie w tym kierunku, co trzeba, ale cóż. Zaraz zawróciłam i poszłam, jak iść miałam.

Ritter Sport Dark Almond & Orange to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z siekanymi migdałami (7,5%) i kandyzowaną skórką pomarańczy (3,5%).

Otworzywszy, poczułam zapach migdałów i bardzo słodkiej, choć jednocześnie cierpkawej czekolady. Kojarzyła się trochę z zacukrzoną kawą, a w tle doszukałam się też łagodzącej maślaności. Pomarańczy też musiałam się aż doszukiwać. Wyraźnie wyłoniła się dopiero po podziale i w trakcie jedzenia, przedstawiając się konkretnie jako nieśmiała słodkawo-goryczkowata, kandyzowana skórka. 

Dodatki widać trochę już na spodzie, ale jak ich dużo, pokazał dobrze dopiero przekrój. Okazało się, że do czekolady dodano migdały mocno posiekane oraz średniej wielkości kawałki skórki. 
Tabliczka była bardzo twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i też krucho od dodatków. Wydała mi się nieco polewowa i plastikowa w dotyku. 
W ustach czekolada rozpływała się gładko i średnio wolno, wykazując średnią gęstość. Była jednak zbita i mazista, mimo wodnistości. Od początku do końca wykazywała maślaną tłustość. Niechętnie wyłaniały się z niej dodatki. A nimi tabliczka była wręcz najeżona - jeszcze trochę i byłaby przesadnie; zrobiłby się zlepek. Mniejsze wypadały pod koniec, a większe w zasadzie w pełni wyłaniały się dopiero na koniec.
Zdarzyło się, że dodatki podgryzałam wcześniej, obok czekolady, jednak większość zostawiłam na moment, gdy ona już zniknęła.
Migdały okazały się pozytywnie twarde i chrupiące. W większości były to małe kawałki, ale trafiło się też trochę nieco większych niż skórki pomarańczy. Na skórki migdałów nie trafiłam.
Kawałki skórki pomarańczowej miały przeciętną, średnią wielkość. Te kwadraciki początkowo jawiły się jako twardawe, ale gryzienie ujawniły masywną jędrność. Od początku do końca charakteryzowała je suchość. Przylepiały się na trochę do zębów, ale zaraz odpuszczały. Nie były soczyste.

W smaku przywitała mnie palona gorzkość, lecz szybko zaczęła słabnąć. Rosła za to słodycz. Cukier przechodził w lukier. Słodycz trochę wyprzedziła gorzkość, ale nie męczyła, płynęła spokojnie. 

Gorzkość stała się w zasadzie jedynie gorzkawością. W kęsach z dodatkami, dołączało do niej ich echo - w większości kęsów to migdały pierwsze trochę się wtrącały. Pomarańcza szybciej odezwała się dosłownie parę razy. Dodatki mieszały się z maślanością - to ona osłabiła gorzkość mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, zajmując większość jej miejsca. 

Wtedy też pomyślałam o kawowym deserze... Kawowym lukrze zrobionym z masłem? 
Z trudem zrobione ze 2-3 kęsy samej czekolady utwierdziły mnie w tym. Sama w sobie nie wydawała się - ku mojemu zaskoczeniu - przesiąknięta dodatkami.

Na maślanej płaszczyźnie jeszcze wzrosła słodycz - robiła się już trochę ryzykowna, ale cukrowość przełamywały wyłaniające się dodatki. Niezgryzione nie były bardzo intensywne, ale słodycz rozbijały nieźle.

Skórki pomarańczy bliżej końca wreszcie nieco się odezwały, lecz... Okazało się, że one też głównie do słodyczy się dokładały. Wniosły motyw kandyzowania, a dopiero daleko za nim akcent skórek pomarańczy. 

Końcowo czekolada sama w sobie wydawała mi się bardziej cukrowo-plastikowa, ale nie jakoś rażąco.

Gryzione na koniec dodatki przysłaniały czekoladę. O kęs bez nich bardzo trudno (trzeba się postarać - zrobiłam to, by wczuć się w samą czekoladę). Trafiały się w różnych układach: a to pomarańcze i migdały obok, a to same migdały (częściej), a to same pomarańcze. Wydawało się, że ogólnie dodano ich po równo. 

Kawałki skórki pomarańczowej pokazały się bardziej już jako goryczkowate skórki pomarańczy, ale wciąż bardzo słodkie w kandyzowany sposób. Pobrzmiewało mi w nich olejkowe echo. Dosłownie raz czy dwa zdobyły się na sugestie kwasku, ale nie kwaśność. Zdążyło im się jednak mignąć kandyzowano-cukierkową nutą. 

Migdały okazały się zaskakująco wyraziste. Normalnie prawie jak całe, a nie taka drobnica. Naturalnie słodkawe, co podkręciło bardzo delikatne podprażenie. Niestety bój o dominację ze skorkami w zestawieniu z nimi przegrywały.

Na dodatki znalazłam więc sposób: starałam się, by gryźć najpierw skórki, a potem migdały.

Po zjedzeniu został posmak cukierkowo-kandyzowanej skórki pomarańczowej, chylącej się ku kwaskowi (ale nie soczystości) oraz migdałów. Gdy one po chwili osłabły, okazało się, że czekolada wyłoniła się w posmaku. Wyszła maślano, ale też łagodnie gorzkawo niczym... Kawowo-kakaowy deser / mousse na bazie masła? Z lukrem? 

Głównym atutem tej tabliczki były migdały - szkoda, że je posiekali, bo w ogóle byłyby zachwycające (kupując, byłam przekonana, że jest z całymi), ale i tak... Zdziwiłam się, że mimo formy smakowały tak wyraziście i przyjemnie. Pomarańcza była mocno przeciętna, na szczęście nie nachalna. Baza podobnie. O ocenie wyższej niż 5 przesądziły migdały.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: około 7-8 zł (ojciec płacił, to nie kojarzę dokładnie)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, siekane migdały (7,5%), skórka z pomarańczy (2%), bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowo-fruktozowy, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku cytrynowego, olejek pomarańczowy, glukoza