czwartek, 6 sierpnia 2015

Vivani Weisse Vanille biała z wanilią

Ostatnio naszło mnie nad rozmyślaniem o tym, jak wiele rzeczy waniliowych właściwie jest takimi tylko z nazwy. Dlaczego właściwie? Czy aż tak ciężko byłoby dosypać prawdziwej wanilii i podnieść cenę? Założę się, że znalazłoby się wiele osób, takich jak ja, które wtedy kupowałyby takie produkty. Serki homogenizowane od czasu do czasu mogę zjeść, ale brakuje mi w nich wanilii, tej najprawdziwszej. W innych rzeczach, typu czekolady, wanilię już łatwiej znaleźć. Pojawia się w składzie, ale zazwyczaj na samym końcu, tak, że w feerii smaków można jej nie wyłapać. Ewentualnie, tak jak w Moser Roth, smak wanilii jest prawie całkowicie zdominowany przez cukier.

Cały czas ubolewam nad tym działaniem po linii najmniejszego oporu większości producentów, jednak, i ku tym chylę czoła, są też tacy, którzy stawiają na jakość. Czy na smak, to jeszcze nie wiem, bowiem z czekoladami firmy Vivani spotykam się po raz pierwszy. Zakupiłam co prawda kilka tabliczek od razu, a i jeszcze nie zakończyłam poszukiwań białej z kokosem, ale od czegoś trzeba zacząć.

Mój wybór padł na Vivani Weisse Vanille, czyli na białą czekoladę z wanilią. To, że jest bio, na pewno się pewnej grupie osób spodoba. Dla mnie poniekąd też, ale w tej tabliczce zachwycił mnie skład (wklejam na samym dole). Czy to wszystko przełoży się na smak? 

Postanowiłam jak najszybciej się przekonać i rozerwałam ostrożnie tekturkę, swoją drogą - podoba mi się grafika opakowania. Jest trochę zagadkowa, prosta i ładna. Tam czekało mnie jeszcze sreberko, z którym także problemów nie było, aż wreszcie moim oczom ukazała się elegancka czekolada, a do mojego nosa doleciał przepyszny waniliowy zapach na solidnym, śmietankowym tle. W dodatku był to taki waniliowy zapach, jaki można poczuć, trzymając laskę wanilii w dłoniach.

Dlaczego już w pierwszym momencie tabliczka wydała mi się elegancka? Otóż każda kostka jest przedzielona przekątną i z jednej jej strony jest gładka, a z drugiej minimalnie chropowata. Widać wiele większych i mniejszych czarnych kawałeczków wanilii. Styl i klasa. 
Wreszcie pierwszą kostkę władowałam do ust, żeby przekonać się, czy pod względem smaku także wywrze na mnie takie wrażenie. 

W moich ustach powoli zaczął rozlewać się smak mleka i świeżej śmietanki. Kostka rozpływała się gładko i aksamitnie, ukazując powoli drobinki wanilii, które było czuć na języku.
Biła od nich waniliowa, w pełni naturalna słodycz i charakterystyczny smak. Był on intensywny, chociaż nie zabijał walorów smakowych samej czekolady.
Słodycz na początku wydawała się rozchodzić jedynie od waniliowych kawałków, jednak z czasem, stopniowo, rosła w siłę.

Kostka rozpuszczała się dość wolno, jak na białą czekoladę, przy czym mojej uwadze nie uszła jej przyjemna, maślana wręcz tłustawość. Tutaj ewidentnie popisał się także tłuszcz kakaowy, co tylko potwierdza fakt, że jakość składników naprawdę odbija się na smaku.

W końcu, obok tej czystej mleczności (mleko to całe 40 %) pojawił się, a dokładniej przybrał na sile, słodki smak. Nie było w nim jednak nic obrzydliwego, a już na pewno nie był zbyt mocny. Słodycz tę określiłabym jako w miarę głęboką i odrobinę surową.
Nierafinowany cukier trzcinowy według mnie świetnie pasuje do czekolad, nadaje im takiej złożonej nuty i jest mniej słodki od białego (nie mówiąc już o tym, że zdrowszy). Dzięki zastosowaniu właśnie tego składnika, czekolada w ogóle nie jest przesłodzona. Mało tego!

Słodycz jest stonowana i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że większość obecnych na rynku czekolad mlecznych jest słodsza. 
Nawet przy ostatniej kostce nie czułam drapania w gardle, nie zemdliło mnie. Mało tego, po zjedzeniu całości, dalej twierdzę, że słodycz wyważono tu idealnie. 

Jest to niewątpliwie jedna z najlepszych białych czekolad, jakie jadłam. Ma wszystko, czego szukam w takowych. Nie jest przesłodzona, co jest prawdziwą rzadkością.

Pozwolę sobie nazwać ją białym krukiem, wśród białych czekolad, to nieprzesłodzony, śmietankowy aksamit zwieńczony silną wanilią.


ocena: 10/10
kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
cena: 11.60 zł
kaloryczność: 641 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: tłuszcz kakaowy (39 %), pełne mleko w proszku (40 %), cukier trzcinowy nierafinowany, ziarna wanilii bourbon

środa, 5 sierpnia 2015

lody na patyku Magnum with Marc de Champagne

Pomieszało mi się wszystko przez te zmiany czasu, ileś godzin w tył, w przód i no cóż... Macie dziś dwie recenzje, tak wyszło. :P
Nie lubię odpustowych rzeczy. Po prostu: nie. Irytują mnie błyszczące się stroje (nawet na sylwestra), jaskrawe opakowania (nawet, jeśli zawierają coś pysznego). To jeden z powodów, dla których dzisiaj recenzowanego loda omijałam szerokim łukiem. Nawet nie zastanawiałam się, czy jest smaczny, czy nie. Jednak, jeśli prowadzi się bloga z recenzjami, a dodatkowo ma się schorzenie seriowego recenzowania, to tak już jest, że sięga się po coś, czego normalnie by się nie kupiło... A nie, chwila. I tak bym kupiła i zeżarła. 

Magnum with Marc de Champagne, czyli lody z sosem Marc de Champagne w mlecznej czekoladzie, pokrytą srebrną polewą. Brzmi to po części obiecująco, po części tajemniczo, jednak po wspaniałych chwilach z Magnum Gold, stwierdziłam, że srebrny Magnum może być równie interesujący.


Kiedy z hologramicznego opakowania wydobyłam Magnuma, zobaczyłam całkiem sporego loda koloru sino-srebrnego na patyku. Błyszczał się trochę, ale wydał mi się bardziej siny niczym topielec, niż srebrny jak srebrzystobiały metal. Nie wiem, za kogo mnie uznacie, ale zachęciło mnie to jeszcze bardziej do spróbowania owej polewy.

Odgryzłam spory kawał i pozwoliłam mu się rozpuszczać, trzymając go tą srebrną stroną na języku. Czułam, że się rozpuszcza, ale smaku nie byłam w stanie określić. W końcu pojawiła się słodycz i dobrze znana, słodka mleczna czekolada z Magnuma. Niby była znajoma, ale jakaś taka inna. Dam sobie rękę uciąć, że to przez te srebrne coś została zaburzona. Nie mniej jednak, przyjemnie się słuchało chrupania grubaśnej polewy i zjadłam ją z ochotą do samego końca.
Moim oczom ukazał się w końcu biały lód z beżowymi kreseczkami sosu. 
Sama biała masa była w smaku śmietankowa i lekko słodka. Bardzo zbita, gęsta i gładka. W pewnym momencie na przód wybiła się tłustość. Zwykłe, smaczne, śmietankowe lody, aczkolwiek za tłuste.

Sos... zacznę od tego, że było go bardzo mało i w sumie jego smak zlewał się z samymi lodami, co dodatkowo go osłabiało. Był słodki i odrobinę alkoholowy. Taki tam szampan, a czy to był akurat marc z Szampanii, czy taniocha z osiedlowego monopolowego, nawet nie byłam w stanie określić z racji tego, że był to tylko posmak. Bardzo delikatny i ulotny.

Jako, że nie przepadam za zwykłymi lodami śmietankowymi, liczyłam, że ich smak będzie zdominowany właśnie przez wino musujące. Coś takiego miejsca nie miało, niestety. Dodatek alkoholu w lodach bardzo mnie zaciekawił, ale ja jestem zdania, że albo, jeśli coś jest charakterystycznym dodatkiem danego produktu, to powinno to być silnie wyczuwalne i nie do pomylenia z niczym innym. Tutaj ten szampan niby był, ale mogło to być równie dobrze cokolwiek innego, np. toffi. Zdecydowanie zbyt mało intensywne w smaku. 
Czekolada... tak samo - niby była w porządku, ale jej smak nie był pełny i głęboki, jak w klasyku, a bardzo osłabiony.
Całość była trochę nijaka, ale nie mogę powiedzieć, że niesmaczna. Zjadłam z przyjemnością, ale mogło być o wiele lepiej. 


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 3.89 zł
kaloryczność: 300 kcal / 100 g, 260 kcal / 100 ml, lód (100 ml / 86 g) - 260 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, tłuszcz roślinny, woda, masło kakaowe, miazga kakaowa, preparat serwatkowy, syrop glukozowy, mleko pełne w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz mleczny, Marc de Chmpagne (0,8%), fruktoza, emulgatory (E 471, lecytyny sojowe, E 476) stabilizatory (E 410, E 412, E 407), barwniki (E 171, E 153), syrop cukru karmelizowanego, aromaty

lody Oreo 185 ml

Nie mam zamiaru kolejnego wpisu zaczynać narzekaniem, że w mojej okolicy nie ma praktycznie nic*. 
...Dziś ponarzekam na coś innego. Kiedyś, w monopolowym na moim osiedlu pojawiły się lody Oreo za jedyne 3 zł. Ze spróbowaniem długo nie czekałam, a potem poszłam zrobić zapas. Co z ceną? Wzrosła trzykrotnie! A potem lody w ogóle zniknęły. 
*Albo jest wtedy, gdy już nie chcę. Np.: szukam czegoś, szukam - nigdzie nie ma. Przepłacę w innym mieście, albo odechce mi się - jest wszędzie.
Na szczęście, w innych miastach są i mają się dobrze, dlatego właśnie o nich dzisiejszy wpis. 

Będąc na wyjeździe i widząc je w Almie, po prostu nie mogłam ich nie kupić. "Ja je znowu zjem!" i koniec, kropka. 
Zaraz po wyjściu ze sklepu wieczko zostało przeze mnie usunięte, a moim oczom ukazała się... łopatka?! Nie wiem, po co to dodali, bo jeść się tym wygodnie nie da; lepsza byłaby łyżeczka (dobrze, że były w sklepie).

Same lody, na szczęście, bez "poprawek". Lody Oreo 185 ml (87 g): śmietankowe, z kawałkami herbatników Oreo, brzmi dość pospolicie, a jak smakuje? 
Są śmietankowe, a co za tym idzie, bardzo słodkie. Nie przypominają przesłodzonego kremu z markiz Oreo. Jest to smak śmietanki do kawy (której nie używam, ale w formie lodów - czemu nie?), lekko tłustej i dość mlecznej. Trochę jakby rozwodnione, ale tylko troszeczkę, czepiam się szczegółów. Ogólnie smaczne, masa dość miękka, więc problemów z wbijaniem plastikowej łyżeczki też nie było.


Kawałki kakaowych ciasteczek są lekko wilgotne, jednak ani trochę nie przypominają mokrej papki. Rozpuszczają się w ustach wraz z lodami, może trochę wolniej. Dodają lekkiej goryczki i namiastkę czegoś na wzór słonawego posmaku, co stanowi świetny kontrast do słodkich lodów.
Wielkość ciastek jest różna - bardzo malutkie i trochę większe, całych ciastek nie ma jednak co szukać. Są rozmieszczone nierównomiernie, w całym kubeczku, a nie tylko na wierzchu. "Waniliowego" kremu z Oreo jakoś nie wyłapałam... tych herbatników było na to za dużo, a lody same w sobie były zbyt słodkie - całe szczęście (bo nie cierpię tego kremu)!

Podsumowując, lody zjadłam ze smakiem, jak w sumie większość (tych dobrze zrobionych) produktów w stylu cookies&cream. Nie jest to nic wybitnego, ale bardzo w porządku, szybko chłodząca przekąska, warta polecenia. 


ocena: 8/10
kupiłam: Alma
cena: nie pamiętam, pewnie coś koło 5 zł
kaloryczność: 123 kcal / 100 ml
czy znów kupię: tak

Skład: mleko odtłuszczone (odtworzone), herbatniki kakaowe z nadzieniem o smaku waniliowym pokruszone w małe kawałki (mąka pszenna, cukier, tłuszcz i olej roślinny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4,6%, skrobia pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające (węglany potasu, węglany amonu, węglany sodu), sól, emulgatory: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, aromat (wanilina)), śmietanka 18%, tłuszcz roślinny, syrop glukozowy, cukier, mleko zagęszczone odtłuszczone, serwatka w proszku (z mleka), emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), aromat

wtorek, 4 sierpnia 2015

Heidi Winter Delight Tiramisu mleczna z nadzieniem tiramisu i kawą

Czy tylko ja, słysząc "tiramisu" od razu prawie rzeczywiście czuję, smak sera mascarpone, biszkoptu, zwieńczonych przez gorzką kawę i z alkoholowym kopem? Lubię ten deser, może nie jem go zbyt często, ani nawet od czasu do czasu, ale jednak wydaje mi się, że wiem, jak dobre tiramisu powinno smakować. Jedliście kiedyś? Albo chociaż próbowaliście te desery w plastikowych pudełeczkach z marketów? Nie mówię tu o ciastach typu tiramisu, ani o rzeczach "o smaku", tylko o najprawdziwszym tiramisu. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo sama dużego doświadczenia nie mam, a wielkiego znawcy nie mam zamiaru udawać.
Tak czy inaczej, ostatnio zauważyłam szał na produkty w dwóch smakach: creme brulee i tiramisu. Nie wariuję na ich punkcie, ale też nie wykluczam, że mogą mi posmakować. 

Ostatnio na blogu pojawiła się czekolada Heidi Creme Brulee i wydała mi się naprawdę smaczna, więc nie musiało minąć wiele, żebym sięgnęła i po drugą, czyli 110-gramową Heidi Winter Delight Tiramisu (tak, wiem, że jest lato), czekoladę mleczną z nadzieniem tiramisu i kawą. Prześledziłam najpierw skład... hm, "nadzienie tiramisu" nie mówi zbyt wiele, a jedyną rzeczą, jaka może za smak tiramisu odpowiadać jest chyba "aromat tiramisu", więc dalej nie wiem, co konkretnie. Ani serka, ani alkoholu, ani nawet biszkoptów. Prawda, znalazło się 1,5 % herbatników i 0,5% kawy mielonej, ale nie wróżyło to nic dobrego. 

Rozerwałam tekturową część opakowania, rozerwałam sreberko. Pierwsze, co poczułam, to intensywny, kawowy zapach, przeplatający się ze słodką czekoladą. Mniam! Pociągnęłam nosem i... poczułam się, jakbym została uderzona w twarz. Nie wiem, czym zostało spowodowane pierwsze wrażenie, bo w tym momencie czułam kawowy zapach, owszem, ale nie była to kawa, a właśnie zapach kawowy. Jak często bywa w produktach kawowych i to z tej średniej półki. Nie było źle, muszę przyznać, ale najlepiej też nie. 

Łamiąc czekoladę natknęłam się na kolejny minus. Była dość miękka. Nie, że się topiła od razu, a po prostu jakaś taka mizerna. Niby wiem, że Heidi ma po prostu cienkie czekolady, ale ta wyglądała jakby miała się zaraz wygiąć w pół. Nie zrobiła tego, ale odniosłam takie dziwaczne wrażenie. 
Przyznam, że byłam trochę tym wszystkim zdezorientowana, aż do momentu włożenia kostki do ust. 

Gdy tłustawa czekolada mleczna zaczęła się rozpuszczać, zdezorientowanie minęło - osiągnięto status quo. Jakość typowa dla Heidi. Nie jest to czekolada najwyższych lotów, ale niesmaczna nie jest. Czuć tu porządną mleczność, jest słodka, ale jeszcze nie przesłodzona (aczkolwiek mało jej brakuje), a tle... za górami, za lasami... zaznacza się odrobinka kakaowej nuty. Tłustość jest, ale nie przeszkadza specjalnie, mimo, że także do najlepszych nie należy.

Może nie ma w niej głębi, ale smakowała mi. Gładka, niezbyt kremowa, prosta i dobra czekolada, która po chwili zaczęła odsłaniać nowe nuty smakowe, czyli nadzienie.

Pojawiła się tutaj fala słodyczy i już od pierwszej kostki wydała mi się przesłodzona. Tłustość nieumiejętnie próbowała ukryć się za cukrem, jednak i tak nieco mnie drażniła. Niby nie była to margaryna, ale coś kiepskiego.

Lekko kawowy smak który najpierw łączył się z czekoladą i wtedy jeszcze był całkiem znośny, rósł w siłę. Coraz bardziej przypominał mi napoje mleczne kawowe, z mniej niż 1 % kawy. Był sztuczny, i typowo "o smaku kawowym". Tiramisu? Nie wyczułam wcale, aczkolwiek nie wiem, co właściwie miałabym czuć. Ser, którego nie ma? Alkohol? Skąd? Nadzienie zaczęło wypełniać całe usta, a wraz z tym, jak czekolada znikała, było coraz gorzej.

Natrafiłam na jakieś drobinki. "Cukier?!" - pomyślałam z przerażeniem i rozgryzłam je, ale... wtedy przez to wszystko przebił się gorzkawy smak kawy. Tak, to była kawa mielona, która zdecydowanie na dobre wyszła tej czekoladzie. 
Raz i drugi schrupałam jeszcze coś, czego smaku kompletnie nie było czuć. Zakładam, że to te herbatniki, które kompletnie utonęły w słodkości i pseudo-kawowym smaku. 
Przy tych dodatkach, nadzienie wydało się bardziej znośne. 

Reasumując, nie była to totalnie obrzydliwa czekolada, miała jakieś tam zalety. Niestety, wad znalazło się o wiele więcej. Była za słodka, oczywiście nie zjadłam jej całej na raz - nawet w towarzystwie kawy. Tłustawość była przesadna, ale gdyby to był jedyny minus, mogłabym wybaczyć. Sama czekolada była w porządku, drobinki - także na plus, ale ten smak nadzienia... pozostaje dla mnie zagadką. Ani to tiramisu, ani to prawdziwa kawa. Taki ulepek o smaku kawy. Nie wiem, może komuś posmakuje, dla mnie... tak niespecjalnie.


ocena: 6/10
kupiłam: Alma
cena: 5.99 zł (za 110 g, chyba jakaś promocja była)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, nieutwardzony olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, masa kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, herbatniki (1,5%: mąka, cukier, jaja, skrobia ziemniaczana, odtłuszczone mleko w proszku, mono i duoglicerydy kwasów tłuszczowych, stabilizator: sorbitol, substancje spulchniające: difosforan duosodowy, wodorowęglan sodu, wanilina), lecytyna sojowa, kawa mielona (0,5%), aromaty: naturalny ekstrakt z wanilii, tiramisu
Zawartość kakao: 30 %; zawartość mleka: 18 %

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Muller Mix World Edition Maroko aero z chrupkami z migdałami

Przez parę ostatnich miesięcy jedyne jogurty, czy serki, czy coś, były tymi recenzowanymi. Nie ciągnie mnie zbytnio do nich, a i nie mam kiedy ich jeść. Jako coś słodkiego - za mało, jako posiłek... no, obiad to to by kiepski był. :P Nie mniej jednak, firmę Muller bardzo lubię i czułabym się dziwnie, gdyby nie udało mi się skompletować serii na blogu. W dodatku, że dziś opisywany produkt jest najrzadziej pojawiającym się smakiem w moim mieście. Wreszcie udało mi się go dorwać, a według mnie jest to jeden z ciekawszych mix'ów Mullera. Nie rozumiem, dlaczego sklepowe lodówki są zawalane tymi "zwyklakami" z czekoladowymi kulkami, a czegoś tak smakowitego i ładnego (no, niech ktoś tylko spróbuje powiedzieć, że opakowanie nie wygląda zachęcająco i egzotycznie) nie ma. Trzeba szukać i szukać. Gdy już w końcu Maroko weszło w moje posiadanie (niestety tylko w formie do jedzenia, na królową mnie nie koronowali), od razu poszło "pod lupę".

Muller Mix World Edition Maroko aero, to jogurt napowietrzony, rzec można po prostu mousse, z chrupkami zbożowymi z migdałami. Dla fanki migdałów i mousse'ów, którą jestem, po prostu must have. 

Po otwarciu i pociągnięciu nosem poczułam zapach jogurtu i czegoś, co mogę określić mianem zbożowych płatków. Nie tych takich udających zdrowe produkty, a takie po prostu zbożowe zlepki z cukrem. Nie kupuję takich rzeczy, ale w mix'ach to jedne z moich ulubionych dodatków.

Najpierw oddzielnie. Na pierwszy ogień idą chrupki. Są one przede wszystkim słodkie, nie w sposób ohydnie cukrowy, ale dla niektórych mogą wydać się zbyt słodkie. Ewidentnie pszenno-ryżowe, z taką lekką mączności i silnym, naprawdę dominującym wszystko inne, smakiem migdałów. Migdałowe kawałki, chociaż małe, dają o sobie znać przy każdym gryzie. Chrupki miło się chrupie, a po kontakcie z przepysznym jogurtem nie rozmiękają. Ich smak nawet nie robi się przytłumiony. Wciąż jest migdałowo-zbożowy i rozkosznie słodki. 
A jogurt? Smak oczywiście kwaskowato jogurtowy i delikatnie słodki. Co w nim więc takiego przepysznego? Jego konsystencja, ona wpłynęła na i tak już bardzo dobry smak. Jogurt, albo raczej mousse, jest leciutki, niczym chmurka, delikatny, ale wciąż solidny i sycący. Muller osiągnął idealny środek, między gęstością, a rzadkością w tym mousse'ie.
Wszystko, chrupki i mousse, prezentują się smacznie w połączeniu, jak i osobno, ale Caribic nie przebił.


ocena: 8.5/10
kupiłam: Tesco
cena: około 1.50 zł (promocja chyba)
kaloryczność: 113 kcal / 100 g 
czy kupię znów: tak

Skład: fermentowany produkt mleczny (mleko, śmietanka, bakterie fermentacji mlekowej), chrupki zbożowe z migdałami 10,6% (kawałki migdałów 40%, cukier, mąka pszenna, mąka ryżowa, syrop glukozowy, olej palmowy, miód, mąka kukurydziana, słód pszenny, sól, słód jęczmienny, gluten pszenny, dekstroza, aromat), cukier, białka mleka, emulgator E472b, żelatyna, aromat, substancja pianotwórcza: azot

niedziela, 2 sierpnia 2015

Milka Crunchy Hazenut mleczna z kremem mleczno-karmelowym i krokantem z orzechami laskowymi

Są na tym świecie takie rzeczy, których zjadacze dzielą się, niczym przekonanie polityczne Polaków. Należą do nich marcepan, chałwa i tym podobne, bo można je albo kochać, albo nienawidzić. Myślę, że Milkę również można do takowych zaliczyć, a ja sama co do niej mam akurat mieszane uczucia, gdyż zawsze mam ściśle określone poglądy i zdanie na każdy temat. Niczym w skrajnych (albo partia A, albo partia B) poglądach politycznych, nie jestem ani wielką miłośniczką Milki, ani wielką hejterką. 

Ku uciesze niektórych i rozczarowaniu innych, mam dzisiaj do zaprezentowania kolejny produkt od przereklamowanej krowy, a mianowicie Milka Crunchy Hazelnut (nazwy po niemiecku nie chce mi się nawet przepisywać), czyli czekolada mleczna z mleczno-karmelowym kremem i krokantem z orzechami laskowymi. Jakiś czas temu była w Polsce, ale ja otrzymałam od mojej mamy część tej, z niemieckiego rynku. 


Typowy, czekoladowo-słodki zapach towarzyszył otwieraniu opakowania, a kiedy łamałam ją na kostki, jeszcze bardziej się nasilił.

Czy smak będzie taki, jak zapach? 
Przy pierwszym kontakcie język-kostka, uzmysłowiłam sobie, że tak. Czekolada jest bardzo słodka, wyraźnie mleczna i tłustawa, czyli typowa Milka. Niby nie wyczułam w niej ani odrobinki kakao, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie była taka straszna, jak niektórzy mówią. Czasem mam ochotę na coś naprawdę słodkiego i wtedy Milka sprawdza się doskonale, szczególnie ta z sortu na niemiecki rynek (ta "polska" Milka jest niby słodsza, ale przy tym obrzydliwsza). 
Kiedy czekolada znika, a robi to dość szybko, bo jej warstwa nie jest specjalnie gruba, usta zostają zalane przez falę tsunami słodkości. Jeśli ktoś myśli, że Milka jest bardzo słodka, to chyba nigdy nie jadł karmelowo-mlecznego kremu z tej czekolady właśnie. Nadzienie jest bardzo, bardzo słodkie, z nutami: mleczną, bardzo słabo wyczuwalną, nutą po prostu tłustą, i nie bardzo umiem powiedzieć, jaki to tłuszcz konkretniej, wiem tylko, że obrzydliwie niesmaczny, oraz karmelową, kojarzącą się z wedlowską Karmellove, z kilogramem cukru. Mimo wszystko, nadzienie to nie było obrzydliwe, że chciałam zapomnieć o tym smaku. Gdyby nie było tak słodkie, albo przynajmniej tak ohydnie tłuste, mogłabym je nazwać smacznym. Przez ten cukier cały czas przebijał się posmak starego tłuszczu, który był jednak łatwy do przeoczenia przez słodycz właśnie, więc można podyskutować, czy to plus, czy minus. Lepszy cukier, niż obrzydliwy tłuszcz.

Ostatnim składnikiem nadzienia jest krokant z orzechami laskowymi, czyli po prostu kawałki orzechów w karmelowej, chrupiącej warstwie z cukru. "Kawałki" jest słowem bardzo naciąganym, odpowiedniejszym będzie - drobinki, które można oglądać po mikroskopem. Były one tak małe, że gdybym nie wiedziała, pewnie nie nazwałabym tego nawet orzechem. Naprawdę, smaku orzechów w ogóle w nich nie było czuć. Chrupiące były, ale nie wiem, czy w tej czekoladzie działało to na plus. Wiem natomiast, że potęgowały jeszcze bardziej słodycz. Czy były karmelowe? Trochę tak, ale zabrakło mi w nich lekko gorzkiego smaku palonego cukru. Te kawałeczki były po prostu słodkie. 

Ta czekolada jest mieszanką wybuchową, jaką tworzy czekolada cukrowa mleczna z kremem cukrowym mleczno-karmelowym i chrupiącym cukrem krokantem.  Cukier do potęgi trzeciej, ale było w tym nawet coś prawie-smacznego. Zjadłam rządzik, który otrzymałam, było baaardzo słodko, nie umarłam, ale nie chciałam już ani kostki więcej. Cieszę się, że spróbowałam, sama w życiu nie kupiłabym tej czekolady i tyle. 


ocena: 4/10
kupiłam: moja mama kupiła w sklepie z niemiecką żywnością
cena: 3.50 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie

sobota, 1 sierpnia 2015

Fantasso chałwa sezamowa o smaku waniliowym

Rzadko bywam w Biedronce, ale są tam pewne produkty, po które zachodzę... prawie regularnie. Od kiedy jakoś nie po drodze zrobiło mi się do Lidla (swego czasu strasznie znielubiłam ten sklep przez okropne wręcz kasjerki), a miałam ochotę na chałwę, będąc jednocześnie zbyt zajętą i leniwą, by zrobić samej (mój młynek dogorywa, więc jest przy chałwie sporo roboty), znalazłam sobie coś, co wpasowało się w moje gusta. Albo raczej stało się czymś, co brałam w momencie, kiedy w dziale ze słodyczami nie znalazłam nic ciekawszego. 

Tak czy inaczej, mówię tutaj o chałwie sezamowej o smaku waniliowym Fantasso, o którym tyle chyba wystarczy niektórym osobom, by wiedzieć, że to nie dla nich. Rozumiem to: chałwę można lubić, albo nie. Albo mieć z nią wiele wspomnień i jeszcze więcej etapów, jak to w moim przypadku było. Teraz jednak, jak się domyślacie, chałwę uwielbiam i zapraszam (wreszcie!) na recenzję chałwy o 49 % zawartości miazgi sezamowej i 0 % zawartości wanilii, co jest normą dla większości sklepowych chałw.


Gdy tylko rozerwałam urocze i estetyczne opakowanie, a także wyjęłam dużego, 100-gramowego chałwowego batona, natrafiłam na pewien szczegół, który mnie ucieszył. Chałwa nie była tłusta, ani pokryta żadną, cukrową, czy tłustą, warstwą. 
Przełamałam na pół. Chałwa pokruszyła się, aż miło! Niby nie lubię, jak coś mi się kruszy, ale w przypadku chałwy świadczy to o pewnej "suchości". Czy chałwa.... jest wysuszona, chrupka, skamieniała? Nic z tych rzeczy! Jest dość wilgotna i lekko tłusta. Właśnie: lekko tłusta, w sposób w dużej mierze sezamowy, a nie tak tłusta, że nie da się jeść. Konsystencja jest bardzo zadowalająca, krótko mówiąc.

A smak? Sezamowy przede wszystkim, a także słodki. Słodycz jest na naprawdę wysokim poziomie (i niestety nie jest to miód), ale mieści się w granicach normy. Minimalna, naprawdę delikatna goryczka także jest, ale ona tylko podkreśla sezamowy smak. 
Chałwa nie skleja zębów, chociaż trochę klejąca jest. Syci porządnie, chociaż i tak zjadłam całą. Nie spowodowało to żadnych odruchów wymiotnych przez tłuszcz, czy cukier, więc stwierdzam, że z chałwą jest wszystko ok.

Reasumując, jak na ten skład i cenę, chałwa jest naprawdę smaczna; nie przesłodzona, odpowiednio słodka i tylko trochę tłusta, a sezam jest, jak powinien być, najsilniejszą nutą smakową.


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: nie więcej niż 1.80 zł (nie pamiętam dokładnie)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

piątek, 31 lipca 2015

Lindt Hello, My name is Berry Affair biała z nadzieniem wiśniowo-jeżynowo-jogurtowym

O białej czekoladzie na pewno zdarzyło mi się już pisać na blogu. Niczym nie zrażona, powtórzę raz jeszcze, że mimo iż przez wielu w ogóle nie jest uważana za czekoladę, ja ją lubię. Nielicznym firmom udaje się stworzyć ją wysokiej jakości, więc jadam dość rzadko. 

Lindt ma w swojej ofercie czekolady, które zdecydowanie mogę uznać za wyborne. 
Lindt'owskie białe specjały, edycje limitowane... To jest to! A właśnie, skoro już o nich mowa... 

Bohaterką dzisiejszej recenzji jest Lindt Hello, my name is Berry Affair, czyli czekolada biała z wiśniowo-jeżynowo-jogurtowym nadzieniem z letniej edycji, mówiąca: "Take me. Taste me. Love me." Tryb rozkazujący, jak widzę, więc czy zostaje mi jakiś wybór? 

Otworzyłam tekturową kopertę, która skrywała... różowe (czy tam fioletowe) sreberko. Nie powiem, zaskoczyło mnie to trochę, ale bardzo pasowało do eleganckiego, biało-fioletowego opakowania z wypukłymi elementami. 
W końcu i sreberko rozerwałam. Wokół mnie uniósł się smakowity, owocowy zapach. Owoce leśne i jogurt - to było właśnie to, co czułam. W końcu ujrzałam i samą tabliczkę. Spore, białe kostki, z małymi obrazeczkami każda, podbiły moje serce! Czy ta czekolada może być niesmaczna? 

Pierwsza kostka powędrowała do ust. Czekolada uwolniła wyraziście słodki, śmietankowy smak. Biała czekolada Lindt'a jest właśnie śmietankowo-mleczna, co w żadnym wypadku nie jest zakłócone przez nadmiar cukru, chociaż jest naprawdę silnie słodka. Nie sposób zasładzający, czy mulący jednak.

Tłustawa w dość przyjemny sposób, rozpuszcza się naprawdę gładko. Już w tym momencie poczułam smak także jeżyn. Czekolada była nimi nieco przesiąknięta. Jej gruba warstwa w końcu zaczęła znikać i pojawiła się kwaskowatość wiśni. Po chwili mieszała się ona z kwaśnym jogurtem naturalnym, a potem owoce leśne, jeżyny konkretnie (bo to je było tutaj wyraźnie czuć i nie potrzebne mi było czytanie napisów z opakowania), zdominowały wszystko. 
Gdy czekolada, jak i jogurtowe nadzienie, odsłoniły wreszcie kawałki owoców, byłam mile zaskoczona. Jak na takiej wielkości kostki, owoce były naprawdę spore. Wiśnie, lekko gumowate i twardawe, były lekko kwaśne, z soczystym, słodkim akcentem. One miały nawet skórki! Jeżyny z kolei... słodko-kwaśne, pełno tu było ich pestek, chrupiących pod naciskiem zębów, za których dodatkiem (czy to w jogurtach, czy to w czymkolwiek) nie przepadam. Mimo wszystko, muszę przyznać, że ich obecność dała efekt czegoś o wiele bardziej naturalnego. 

Kwaśny smak owoców rewelacyjnie równoważył słodkość białej czekolady, która już z definicji jest bardzo, bardzo słodka.
Z każdą kolejną kostką miałam wrażenie, że jem czekoladę z najprawdziwszym jogurtem z owocami leśnymi. 
Przypominała w sumie większość jogurtów sklepowych, jednak o tyle, o ile takie jogurty mnie nie pociągają, tak czekolada z takim nadzieniem - jak najbardziej. 
Była orzeźwiająca, kwaśno-słodka i niepowtarzalna. Długo broniłam się przed czekoladami owocowymi, ale takie tabliczki sprawiają, że moja ochota na nie, robi się coraz silniejsza.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam na "specjalne zamówienie"
cena: nie wiem
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią bym ją sobie kiedyś przypomniała

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka (5%), tłuszcz mleczny, olej palmowy, laktoza, częściowo odtłuszczone mleko w proszku, kawałki owoców (1,6%:jeżyny, wiśnie), śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego

czwartek, 30 lipca 2015

lody Grycan piernikowe

Tak, wiem, że jest lato.
Może zabrzmi to bardzo niewiarygodnie, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek jadła ciasto piernik. Taki najzwyklejszy, polski piernik. Lukrowane pierniczki, pierniki toruńskie, pierniki w czekoladzie - to wszystko wiele razy, a jakże mi one smakowały! Jednak sam piernik jest dla mnie zagadką. Potrafię go sobie wyobrazić, jednak naprawdę, piernika, z bakaliami tym bardziej, nie jadłam.
Wiem, że muszę zaległości nadrobić, jednak na razie zajmę się czymś innym.

Mianowicie lodami, które zawalają mi zamrażarkę. Idzie lato, coraz cieplej, to zaczynam miewać ochotę na coś innego niż... wszystko inne. Tak. Lody, które są obiektem tej recenzji, są na swój sposób niezwykłe, przynajmniej dla mnie. Pierwszy raz widzę taki smak lodów, a jako, że wypuściła je firma ostatnio przeze mnie testowana, musiałam je spróbować. Grycan dla koneserów lody piernikowe, rozmaitość przypraw i bakalii, jak deklaruje napis na opakowaniu. Widzę w składzie rodzynki, orzechy włoski i skórki pomarańczy. Jak to wszystko wypadnie w połączeniu?

Gdy tylko uniosłam, a właściwie wygrałam bitwę, bo siłowałam się długo z tym plastikiem, wieczko, poczułam korzenny, smakowity zapach. Bogactwo i rozmaitość przypraw - tu już wiem, że Grycan mnie nie okłamał. Korzenność, rodem z ciasteczek, czy pierników!
Masa lodowa jest jasna, upstrzona kropeczkami przypraw, na których, jak widzę i czuję, nie oszczędzano.
Pierwsza łyżka i już przypomniałam sobie, jak miękkie i delikatne są lody Grycan. 
Oprócz tego, bardzo kremowe i ewidentnie zrobione na bazie śmietany kremówki, co dodaje im pewnej lekkiej gęstości. Odrobinę tłustawe, a także bardzo, bardzo słodkie.

Ponad słodycz wyłania się inny smak: korzenny. Na pewno wyczułam tu cynamon, którego było chyba najwięcej. Pikanteria imbiru i nutka gałki muszkatołowej. Gdzieś jakby kolendra... Może wielką znawczynią przypraw nie jestem, ale tych nie pomyliłabym z niczym innym. Lekka ostrość, drapiąca przyjemnie w język i dostająca się do gardła. Istne, korzenne cudo! Mimo chłodu lodów, za sprawą tych przypraw, było w nich coś rozgrzewającego - ciekawe i trochę dziwne uczucie, pomimo, że trochę mdłe (odczucie, nie smak). Lody sprawiały wrażenie odrobinę maślanych i "ciastowych", to znaczy... nie były to śmietankowe lody z dodatkiem przypraw. One rzeczywiście smakowały piernikowo.
Po dwóch, może trzech łyżeczkach natrafiłam na pierwsze rodzynki. Calutkie, ewidentnie dobrze ususzone, z zachowaną pewną soczystością. Ich smak nie został zabity przez zimno lodów, wręcz przeciwnie. Wyraźnie dawały o sobie znać, w postaci słodko-kwaśnego akcentu. Nie lubię dodatku rodzynek do czegokolwiek, ale do tych lodów mi pasowały, chociaż, jakby ich nie było - też bym nie narzekała. 
Na skórki pomarańczy trafiałam co chwila: na kawałki malutkie i te trochę większe. O tyle, o ile te małe prawie nic nie wnosiły, tak te drugiego dodawały pomarańczowej goryczki, tak bardzo kojarzącej się ze świątecznymi ciastami.

Ostatnim i chyba najlepszym dodatkiem są orzechy włoskie - miękkie i zarazem chrupiące. Zaskoczyło mnie to pozytywnie, bo bałam się jakiś rozmiękłych drobinek. Wspominałam już, że były to spore kawałki? Nie? Otóż, nagle natrafiłam łyżką na coś o wiele twardszego od lodów i wielkiego. "Jaki czort?!" - pomyślałam, a za chwilę okazało się, że to cały orzech! (Cały, bez łupinki, oczywiście). Pełno było także połówek i ćwiartek. Jako, że to jedne z moich ulubionych orzechów, wolałabym, żeby było ich o wiele więcej, mimo, że ilość, w jakiej występowały, można uznać za całkiem solidną.

Reasumując, są to naprawdę smaczne lody, mimo, że ich skład mógłby być lepszy. Do ilości, proporcji dodatków też mam malutkie zastrzeżenia, ale ogólnie - bardzo, bardzo trafiły w mój gust. Naprawdę smakowały piernikowo, ze sporą ilością korzennych, lekko pikantnych w charakterystyczny dla nich, przypraw.


ocena: 9/10
kupiłam: spożywczak
cena: 9.99 zł
kaloryczność: 158 kcal / 100 ml, 268 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: śmietanka kremówka, woda, cukier, odtłuszczone mleko w proszku, ziemniaczany syrop glukozowy, rodzynki, masło, utwardzony tłuszcz kokosowy, orzechy włoskie, jaja, skórka pomarańczowa, przyprawy korzenne - 0,7%, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory i zagęstniki (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), barwnik (karmel)

środa, 29 lipca 2015

Ritter Sport Coconut Kokos mleczna z kremem mleczno-kokosowym

Nie skłamię, kiedy powiem, że pod względem smakowania czekolad rozwijam się. Sama to widzę. Potrafię w czekoladzie dostrzec coraz więcej, a i zwykłe, popularne czekolady coraz mniej mi smakują, albo wręcz - w ogóle nie smakują. Jestem z tego dumna, cieszy mnie to, aczkolwiek jak dalej pewne czekolady będą mnie tak intrygować - zapewne zbankrutuję. 
Nie skłamię również, gdy powiem, że mimo mojego pozytywnego nastawienia do czekolad Ritter Sport, ostatnio przy ich czekoladach nadziewanych spotkało mnie jedynie wielkie rozczarowanie.
Nie skłamię także mówiąc, że do otworzenia tej czekolady zostałam zmuszona przez zbliżający się wielkimi krokami termin. Czy mam przed sobą kolejny niesmaczny produkt i będę zastanawiała się, komu go wcisnąć?

Z takimi oto dylematami wyjęłam z szuflady Ritter Sport Coconut / Kokos, czyli czekoladę mleczną nadziewaną kremem mleczno-kokosowym. 

Zrezygnowana otworzyła błękitne opakowanie, które nie wydało mi się ani ładne, ani odrzucające. 
Poczułam się, jakbym dostała w twarz. Z pięści.
Oto dobiegł mnie silny, słodko-kokosowy zapach. Jakże smakowity! Wytrzeszczyłam oczy i zabrałam się za łamanie czekolady.
I tutaj już pojawił się mały problem, bo prawie topiła mi się w rękach. Ja jej nie połamałam - ja ją porwałam, dosłownie. Wielki minus, jak dla mnie, ale od czego jest lodówka, w której można umieścić takową czekoladę na dosłownie chwilkę? 
Kiedy wreszcie udało mi się przejść do samego próbowania, pozbyłam się pesymistycznych myśli i do degustacji przeszłam z "czystym umysłem".

Gdy tylko pierwszą kostkę włożyłam do ust, czekolada zaczęła błyskawicznie się rozpuszczać. Była bardzo, bardzo słodka, co czułam już od pierwszej sekundy. Przy tej słodyczy znalazła się także sugestia kakao, jednak takiego pozbawionego charakteru, bo rozpuszczalnego i słodkiego. 
Tłusta zdecydowanie była, ale przy tym niezbyt gładka, a wręcz proszkowata. 
Mimo przesłodzenia i tłustości, nie nazwałabym jej niesmaczną, cukrową, czy plastikową. Całkiem dobra, jednak najlepsze nastąpiło, gdy czekolada odsłoniła nadzienie. Większość kostek była nim nafaszerowana (bogato, niczym indyk na święto dziękczynienia u amerykanów lubiących sobie podjeść) po brzegi!

Niestety znalazły się też kostki, w których nadzienia było o wiele za mało, na rzecz grubego spodu czekolady, co mi się niezbyt podobało.
Przejdźmy jednak do smaku tego cuda.

Tłustawe, jednak w sposób dość mleczny, przyjemny. Żadnej margaryny, nic a nic. Mleko jednak stanowiło delikatny akcent, ponieważ cały krem był przesiąknięty kokosowym smakiem. Przede wszystkim kokos dało się wyczuł, bez dwóch zdań. Nadzienie wydało mi się nieco mniej słodkie od samej czekolady.

Gładki krem rozpuszczał się bardzo szybko, a z niego wyłoniły się wiórki. Cała masa chrupiących, twardych w jak najbardziej przyjemny sposób, wiórek. Po chwili zostawały już prawie tylko one i eksplodowały kokosowym smakiem, w momencie, gdy je rozgryzałam. 
Ten smak niestety był odrobinę tłumiony przez ogólną słodycz czekolady. 

Jak by tu tę tabliczkę podsumować? Była dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że jej słodycz odbiorę w taki sposób; przyjemny, nie zaś drażniący. Sama czekolada, jak to przeciętna czekolada... Wolałabym czuć tu kakao, zamiast tej nieograniczone słodyczy. Krem natomiast jest bardzo smaczny, stonowany pod względem słodkości i bardzo kokosowy. Wiórek niby było sporo, ale w miarę jak jadłam kostka po kostce, doszłam do wniosku, że jednak mogłoby być ich jeszcze więcej.
Nie podoba mi się też nierównomierne rozmieszczenie nadzienia. 
Ogólnie jednak bardzo mi smakowała - taka czekoladowa wersja Bounty'ego (a to jeden z moich ulubionych batonów).


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3.99 zł (promocja chyba jakaś była)
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz roślinny, pełne mleko w proszku (12,5%), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wiórki kokosowe (5,8%), laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku, miazga z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, aromaty naturalne

wtorek, 28 lipca 2015

lody na patyku Movenpick Macao Mandel

Jako, że jestem zdania, że nie da się wyrobić rozsądnej opinii o całej marce po spróbowaniu tylko jednego produktu, także po waniliowym Movenpick w czekoladzie od Nestle, postanowiłam sięgnąć po lody na patyku Movenpick Macao Mandel, czyli waniliowe (wanilia bourbon, jeśli to ma jakiekolwiek znaczenie) w mlecznej czekoladzie z migdałami. 


Są to dopiero drugie lody Movenpick, na które się zdecydowałam, bo od wielkich pudeł zawsze odstrasza mnie właśnie wielkość i cena. Nie mają wyszukanych smaków, więc trzeba najpierw jakoś ostrożnie zbadać grunt, czy w ogóle warto próbować. Malutkie lody na patyku są do tego wręcz stworzone, chociaż nie obraziłabym się, gdyby były nieco większe. 

Gdy tak wyjęłam loda z estetycznego opakowania, powąchałam, poczułam smakowity słodki zapach. Była to czekolada mieszająca się z wanilią, co już otworzyło produktowi drogę do sukcesu. Czy Movenpick poszedł prosto nią, czy zboczył gdzieś w ciemny las? 

Odgryzłam wielki kawał czekolady. Jest ona, ku mojemu rozczarowaniu cieńsza niż w wersji klasycznej. Podobnie tłustawa, a także rozpuszczająca się gładko i szybko. Na plus działa oczywiście jej smak: całkiem silna słodycz, wymieszana z nutką kakao. Czekolada jest bardzo mleczna, ale brakuje jej tej wręcz śmietankowości i charakterystycznej, rozkosznej słodyczy, znanej z Magnumów.

Do negatywnego odbioru przyczyniają się migdały. Są smaczne i chrupiące, a i owszem, jednak jest ich tak mało, że nawet nie można podelektować się ich smakiem. Taka ilość tylko roznieciła chęć na te bakalie, więc już lepiej, gdyby ich wcale nie było. 

Po pożarciu całej czekolady, przyszła pora na sam lód, który zaczął już się topić. Był delikatny, nieco rzadki (co w moich oczach jest minusem) i tłusty. Nie w sposób przyjemnie, naturalnie tłustawy, a po prostu nieco zbyt tłusty, jak większość lodów na rynku. Głównie śmietanka, mleko w proszku, jak większość dobrych, lecz nie nadzwyczaj pysznych lodów.
W smaku jest on bardzo słodki, jednak na poziomie dobrze wyważonym. Jest to waniliowa, urocza wręcz, słodycz, której nigdy nie mam dość. Wydaje mi się, że jest bardziej słodki, od wersji klasycznej i bardziej waniliowy.
Sam lód jest naprawdę smaczny, chociaż mógłby być mniej tłusty, czekolada także wypadła nie najgorzej, jednak jest jej jakoś tak za mało, a migdałów to w ogóle pożałowali. 
Dobrze, że migdały zostały dodane, a nie wciśnięte kosztem gramatury czekolady, czy samego loda.


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 4.29 zł
kaloryczność: 358 kcal / 100 g, lód ( 120 ml / 77 g) - 277 kcal
czy znów kupię: nie

poniedziałek, 27 lipca 2015

Niederegger Marzipan Classic ciemna mleczna z marcepanem i alkoholem

Czasem, przeważnie zimą, ale także w chłodniejsze dni lata (aczkolwiek znacznie rzadziej) miewam ochotę na rozgrzewającą czekoladę, czyli np. z alkoholem, czy z marcepanem... a najlepiej z jednym i drugim. Wiem, że dla niektórych to połączenie może być synonimem najgorszej obrzydliwości, bo je trzeba po prostu lubić. Ja należę do grona osób, wyjadających niechciane przez resztę świata marcepanowe czekoladki Merci... To znaczy, już nie, bo nie miałam z Merci do czynienia już od... nawet nie pamiętam, kiedy te czekoladki ostatnio w rękach trzymałam. W każdym razie, marcepan lubię od dziecka. Może jadłam go wtedy na przekór wszystkim? Kojarzę, że wydawał mi się taki interesujący, zakazany, alkoholowy, bo nawet bez dodatku procentu czasem miewa ten charakterystyczny posmak. 

Obecnie mam kilka takich połączeń w czekoladach, które wydają się być oklepane, a jednak nieustannie mnie intrygują. W końcu jeden duet może być wykonany na wiele różnych sposobów. To trochę tak jak z interpretacjami piosenek. Można je odegrać na czymkolwiek się chce, odśpiewać w różnych tonacjach, albo nawet w kompletnie różnych stylach muzycznych. 
Są jednak osoby pozbawione talentu muzycznego i takie, mimo najpiękniejszych wyobrażeń o danej piosence, nie potrafią wykonać jej po swojemu. 
Zmierzam, za pomocą tego porównania, do czekolad z marcepanem, których właśnie na naszym rynku... prawie nie widać. Jest Schogetten, jest Ritter Sport i co? Więcej, przynajmniej u mnie, nie widać. Są to znane mi firmy, na które najzwyczajniej nie mam ostatnio ochoty. 

Na szczęście, podczas jednego z moich wyjazdów, postanowiłam odwiedzić sklep o jednej z głupszych nazw jakie słyszałam, ale przynajmniej ze świetnym asortymentem. Mówię tu o Piotrze i Pawle, gdzie w dziale z czekoladami znalazłam czekoladę ciemną (na opakowaniu użyto słowa "półgorzka" - mleko także jest w składzie) z marcepanem (i alkoholem - jeśli raz jeszcze poddamy oględzinom skład) - Niederegger Lubeck Marzipan Classic. Z tego, co widziałam, jest też wersja z marcepanem pomarańczowym, ale ja trafiłam akurat na pusty karton. Na stronie oczywiście jest o wiele większy wybór, ale cieszę się, że udało mi się dostać akurat czystą klasykę. 

Odwinęłam skromny, aczkolwiek rzucający się w oczy, papierek i wydobyłam szczelnie owiniętą złotkiem tabliczkę. Cynfolia z "grawerami", oczywiście będącymi logiem firmy, również została usunięta, a moim oczom ukazała się mnie czekolada, podzielona na prostokątne kostki. Każda jest przyozdobiona wiadomym napisem. Powąchałam troszeczkę się zdziwiłam, gdy wyczułam samo kakao, bez marcepanowej nuty. Zaczęłam łamać czekoladę na kostki, licząc, że będzie ona wypełniona marcepanem po brzegi. 

Od razu odkryłam, że pod względem ilości w pełni spełnia moje oczekiwania. Mało tego, przewyższa je! Wartswta czekolady okazała się być gruba, a marcepan wychodził dosłownie bokami. 
Na skończenie w moich ustach pierwsza (a potem każda kolejna ;) ) kostka wcale nie musiała długo czekać. 

Najpierw czekolada zaczęła się rozpuszczać bardzo powoli, potem minimalnie przyspieszyła. Wydała mi się odrobinę maślano-tłustawa, chociaż zachowała także lekką pylistość. W smaku była zarówno cierpka, jak i po prostu słodka w sposób jak najbardziej miły do odbioru. 
Po kilku kostkach znalazła się tutaj także minimalistyczna śmietankowość, bardzo skąpa i okrojona, ale w tym wydaniu żadna inna by tu nie pasowała. 50 % zawartości kakao nie jest ani gorzką gilotyną, ani totalnie przesłodzonym tworem. Po prostu smaczna, ciemna mleczna czekolada, chociaż tego mleka w niej jest naprawdę mało. Na samym początku w ogóle je pominęłam. Później także zaniknęło, ponieważ wokół kostki rozszedł się lekko alkoholowy posmak.
W końcu marcepan zaczyna się nieco wychylać za krawędzi kostki. Przy nim posmak alkoholu nasilił się, jednak w dalszym ciągu był tylko posmakiem. 

Pierwsze skrzypce odegrały tu migdały, zostały po prostu w pełni pokazane ich zalety (bo czy migdały mają jakąś wadę?). Nie całkiem przemielona masa była wilgotna, lekko rozpadająca się pod silniejszym naciskiem języka. Z marcepanu wydobywały się ewidentnie rumowe nuty, które tylko podkreślały walory migdałów. Słodycz cały czas pozostawała na swoim miejscu, jakby z pewną rezerwą do całej reszty.
Dobitny smak marcepanu, trochę połączony z samą czekoladą, był po prostu doskonały. Alkoholowa nuta i subtelna słodycz podkreślały go. Czekolada, jako okrycie dla nadzienia, w pełni spełniła swoją rolę, bo przygotowała mu scenografię, nie ingerując w jego występ. Bez niej, jak bez widowni, "przedstawienie" nie udałoby się. Była nieodłącznym dodatkiem, mimo, że to nie jej smak odegrał tu główną rolę.

Ta tabliczka naprawdę mi smakowała i wiem, że przy najbliższej możliwej okazji będę polować na inne warianty. Jeśli szukacie porządnej czekolady z marcepanem, to produkt specjalnie dla Was. 


ocena: 10/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: nie pamiętam, około 10 zł chyba
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak, inne smaki na pewno

Skład: migdały (30 %), czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), cukier, syrop z cukru inwertowanego, alkohol

niedziela, 26 lipca 2015

BabyRuth

Macie tak, że jeśli idziecie po coś konkretnego do sklepu, a tej akurat rzeczy nie ma, irytujecie się i bierzecie cokolwiek? Ja zrobiłam tak ostatnio, jak będąc w Warszawie, specjalnie zajechałam do sklepu Coś Słodkiego, zapłaciłam za parking (przez pomyłkę o wiele za dużo), weszłam do sklepu... a tam ani jednej rzeczy, którą chciałam! Pustki na półkach, tylko batony, które mnie jakoś nigdy nie pociągały. MilkyWay'e (których nie lubię) i kilka, których nie znam (znaczy... znam tylko z widzenia). Zirytowana ("no w końcu przyszłam tu coś kupić!"), wzięłam kilka rzeczy na spróbowanie.

Jedną z takich rzeczy okazał się baton BabyRuth od Nestle, czyli baton z karmelowego nugatu z karmelem, fistaszkami, oblany mleczną czekoladą. Brzmi pospolicie, ale pomyślałam, że może ten karmel będzie jakiś słonawy, że może ten nugat będzie fajny... Kogo ja próbuję oszukać? Chciałam po prostu coś słodkiego, a przy okazji zobaczyć, czy będzie to smakowało jak Snickers.


Pierwsze, co mnie dobiegło po rozerwaniu srebrnego papierka, to zapach orzechów arachidowych i czekolady. Miły początek, muszę przyznać.
Przełamałam batona na pół. Czekolada momentami jest dość gruba, a w innych miejscach jest tak cienka, że prawie jej nie ma. Większość wnętrza zajmuje nugat, a na nim trochę straszliwie ciągnącego się karmelu. Cała góra jest obsiana orzechami. Wygląda to całkiem zwyczajnie, a jak ze smakiem? 

Czekolada jest kiepska. Czuć w niej cukier i margarynę. To drugie może w minimalnym stopniu, za sprawą wstrętnego słodzidła. Mało czekolady w czekoladzie, o kakao nie ma tu mowy. Spodziewałam się zwykłej, słodkiej, typowo batonikowej, czekolady, a dostałam coś po prostu okropnego i słodkiego.


Czy coś jest w stanie uratować BabyRuth? A i owszem, w końcu baton ma bogate wnętrze. 
Zacznę od orzechów, bo to od nich zaczęłam rozdzielać baton na czynniki pierwsze. Są smaczne, wcale nie zatęchłe i takie... zwyczajne. Podprażenie wydobyłoby bardziej ich smak, ale trudno. Orzechy mimo wszystko są na plus (jak zawsze, kiedy nie są zatęchłe), tym bardziej, że jest ich bardzo dużo. 
Dalej... karmel. Słodki i, tak jak to było z czekoladą, ciężko tu wyłapać coś jeszcze. Taki trochę mleczny, cukrowy i ciągnący. Skleja wszystko co się da, czego wręcz nie cierpię, ale na szczęście jest go bardzo mało, więc jakoś strasznie nie przeszkadza. Na razie mamy bardzo przeciętnego batona, gdyby to był już koniec - żałowałabym zakupu. 

Jednak... większość środka to karmelowy nugat, który można całkiem przyjemnie rzuć, rozpuszcza się powoli i trochę zakleja szczękę (ale tylko odrobinkę). W smaku jest śmietankowy, bardzo słodki i... krówkowy! Smakuje jak najprawdziwsza, smaczna krówka. Ciągnąca i smakowita. Zaskoczył mnie ten składnik, bo byłam bardzo rozczarowana, a tutaj krówka! Taka nagroda pocieszenia. 
Nugat jest sercem batona, to on podbił mu ocenę i ocalił przed kompletnym wdeptaniem w ziemię. Krówka miałaby u mnie pewnie jakieś 8/10, ale niestety, reszta batona jest... po prostu niesmaczna. Dla samej krówki nie warto kupować.


ocena: 3/10 (gdyby nie "krówka" i orzechy, byłoby 2, albo i 1)
kupiłam: Coś Słodkiego
cena: około 5.59 zł (chyba)
kaloryczność: 491 kcal / 100 g, baton (57 g) - 280 kcal
czy kupię znów: nie