piątek, 7 października 2016

Original Beans Cru Virunga 70 % ciemna z Kongo

Po pysznej Original Beans Femmes de Virunga 55 % z zaskakującą nutą soku marchwiowego (i innymi smacznymi, a także mocniejszymi, ale ta mi w pamięć najbardziej zapadła), bardzo szybko sięgnęłam po ciemną z tego samego ziarna i miejsca.

Original Beans Cru Virunga 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao forastero pochodzącego z okolic Parku Narodowego Wirunga w Kongo. 
Ta czekolada w Akademii Czekolady zdobyła srebro w latach 2011-13 oraz złoto od Great Taste, a co więcej, dochody z niej przeznaczane są na ochronę goryli górskich. 

Jak na razie wszystko wyglądało pięknie, tym bardziej, że opakowanie ma lekkie fioletowe akcenty (fiolet to obok czerni mój ulubiony kolor), a dzięki współpracy ze Smakowymi Inspiracjami, oprócz pełnowymiarowej 70-gramowej tabliczki miałam jeszcze miniaturkę - 12 g. 

Po rozprawieniu się z opakowaniem (uważałam, by nie zniszczyć papierka, a srebrnej folii jakoś nie mogłam otworzyć) zobaczyłam wreszcie ciemną tabliczkę o niezbyt ładnych (według mnie) kostkach, ale za to pięknym odcieniu brązu. Była ciemna i wydawało mi się, że widzę w niej przebłyski fioletu podobnego do tych akcentów na opakowaniu.

Nad tabliczką rozniósł się piękny zapach dojrzałych wiśni i czegoś mocno prażonego, dymnego. 
Pod tym kryło się też coś nieco suchego... pomyślałam o orzechu kokosowym, a potem o drzewach. Tak, ciepła dymna drzewność, a w niej trochę skąpej słodyczy.

Przełamałam, przy czym usłyszałam zdrowy, pełny trzask. Pierwszy kawałek znalazł się w ustach i już po chwili rozpuszczał się w tłustawo-kremowy sposób, podchodzący wręcz pod mleczne czekolady, jednak po pewnym czasie pojawiło się także wrażenie minimalnej suchości.

Od samego początku w ustach rozszedł się smak wiśni. Najpierw takich dojrzałych i słodkich, ale po chwili słodycz uciekła, a na scenę wszedł żar, ciepło i węgiel. 
Odebrałam czekoladę jako bardzo prażoną, za czym szła przyjemna ciepła gorzkawość, przy równocześnie dość znaczącej słodkiej nucie. Ta jednak pozostała w tle,
a na przód wyszedł kwasek i lekka cierpkość wiśni. Zrobiło się soczyście, jakby z rozgryzanych owoców lał się sok.
Obok tego gorzkość zrobiła się wyrazistsza, ale wcale nie silniejsza. Pomyślałam o czarnej herbacie; takiej, znad której unosi się para, a po chwili po głowie szwendały mi się jakieś hibiskusy. Cierpkość rozeszła się trochę na rzecz słodyczy. Czułam jakieś czerwone owoce inne niż wiśnie, ale nie umiałam sprecyzować, wyłuskać ich spod wspomnianych pestkowców. Może maliny? Ale takie tylko słodkie, bez żadnego kwasku. Potem coś bardziej orzechowego się pojawiło... jakby trochę orzech kokosowy wyłonił się z... herbaty? 

Słodycz i ten smak wyżej opisany zaczął mi przypominać coś bardziej wytrawnego... daikon? (rzepa; rzodkiew japońska) - tak, ale w wydaniu osłabionym, ledwo wyczuwalnym.
Pod koniec czekolada zrobiła się mocno czekoladowa, a konsystencją zaczęła mi przypominać ganasz lub polewę. Wtedy zaplątały się jakieś słodkie, suszone owoce, a czekolada zniknęła pozostawiając mnie z posmakiem...

No właśnie: posmak. Pozostawał w ustach długo i  początkowo był jedynie mocno słodki, bardzo prosty. Im robił się słabszy, tym dziwniejszy wyraz przybierał. Jakaś goryczka... może herbata, może coś innego? Z jakby czerwonymi owocami w tle? Znowu pomyślałam o malinach, ale tym razem to nie ich słodkawy posmak czułam. Tym razem było coś jakby... nutka musu z marchewki - młodziutkiej i świeżutkiej, a potem wszystko się kończyło.

Pyszna, wyrazista (czułam się normalnie jakbym wiśnie jadła, a i prażona całkiem silnie), a przy tym dość jednostajnie czekoladowa (to w tym przypadku akurat zaleta!) i wyważona.
Gdyby tak była mocniej herbaciana, albo żeby ten posmak był nutą samej czekolady, na pewno byłaby dziesiątka.


ocena: 9/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 112 zł / zestaw 4 różnych tabliczek (po 70 g) - zniżka
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 6 października 2016

Pralus Venezuela Trinitario 75 % (100 g) ciemna z Wenezueli

Podczas  próbowania kolejnych neapolitanek od czekoladziarni Fracoisa Pralusa, tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że trzeba będzie wrócić do pełnowymiarowych tabliczek, żeby dokładnie je poznać. Neapolitanki umożliwiły mi wstępne rozeznanie, osobiście traktuję jak jak streszczenie książki - pełnej wersji nie zastąpi, ale coś niecoś dowiedzieć się można.
Dziś możecie przeczytać o jednej z bardziej zagadkowych neapolitanek w wersji pełnej.

Pralus Venezuela Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario pochodzącego z Wenezueli.

Od razu po rozchyleniu złotko-sreberka urzekł mnie (niemal równie połyskliwy i ciepły jak to złotko) apetyczny, prawie ognisty, kolor czekolady, który pasował do cudnej woni soczystych, czerwonych owoców i pigwy oraz ziaren kakao o mocno prażono-palonym wyrazie. Wąchając czekoladę dłużej, wyraźnie poczułam także słony, mocno palony i lejący się ciemny karmel.

Po przełamaniu usłyszałam głośny trzask i wreszcie zatopiłam zęby w czekoladzie. Kawałek zaczął rozpuszczać się w idealnie gładki, kremowy (wydał mi się bardzo tłusty) sposób, w którym czaiło się coś... chłodnego, niemal lodowego. Skojarzyło mi się to z budyniem wyjętym z lodówki.

Początkowo przywitał mnie soczysty kwasek, do którego szybko dołączyła lekka cierpkość wiśni. Od tych smaków rozeszła się feeria owoców. Pełno było tu dojrzałych na słońcu czerwonych porzeczek i pomarańczy. Zostając przy cytrusach, raz i drugi moje myśli pobiegły w stronę limonki, ale to zapewne przez orzeźwienie niesione przez czekoladę i skojarzenie z mojito (o tym za moment).

W pewnym momencie zaczęła wypływać coraz to silniejsza słodycz. Zdałam sobie sprawę, że to na niej głównie skupiłam uwagę przy neapolitance. Na pewno miała wydźwięk karmelowy, jednak mocne palenie łagodziło masło, które przy słodyczy czułam całkiem wyraźnie. To masło zaczęło podsuwać mi na myśl toffi (ale o bardziej palonym smaku) i krem orzechowy (krem, nie masło orzechowe). W głowie pojawiły mi się orzechy pekan. Właśnie, konkretnie pekany, a nie np. orzechy włoskie. Dlaczego? Chyba ze względu na to, że wydają mi się bardziej... ja wiem? Miękkie?

Palony karmel nasilił się, znów pojawił się lekki kwasek. Zaczął podchodzić wręcz pod przypalenie i tu poczułam gorzką kawę w towarzystwie bliżej nieokreślonych przypraw. Zaczęłam ssać kostkę, co uwolniło mocniejszy smak kawy, a potem także cynamon. Ta cynamonowość przyniosła skojarzenie z rozgrzaną ziemią, z lekką pikanterią i lekkimi kwiatami, może bardziej subtelnymi kwiatowymi, ale ciepło-słodkimi, perfumami.

To wszystko wraz z orzeźwiającym, chłodnym efektem czekolady tworzyło dziwaczne połączenie. Chłód najbardziej kojarzył mi się z lukrecją, mniej z miętą (tu mam na myśli raczej drink mojito), ale to nie były jednoznaczne smaki, tylko takie wrażenie. Ta tabliczka była... jak wyniosła tafla lodu, o ile tak o lodzie można powiedzieć. Trochę taki zimny kubeł wody wylany na nas, kiedy przez upał żar aż bucha w nos, ale równocześnie... z pewną rześką, kwiatową mgiełką, tak że całość nie była ordynarna.
Niezwykle konkretny paradoks.

Na koniec w ustach pozostawał na średnio długi czas posmak orzechów włoskich / pekanów i przypraw (cynamonu i może odrobinka czegoś ostrzejszego), co skojarzyło mi się z Zotterem Labooko Cinnamon Nuts, w którym ktoś podmienił słodycz na kwasek.

Przyznam, że czekolada mi smakowała, jednak... połączenie cynamonu, palonego karmelu i owoców zespojone tą maślano-chłodną konsystencją... nie było aż tak zachwycające, by zdobyć maksa, ale to naprawdę ciekawa czekolada. Teraz widzę, że karmelowo-maślano-toffi nuty z palonymi akcentami, na których skupiłam się przy neapolitance, to może jedynie połowa smaków tej czekolady.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

środa, 5 października 2016

Zotter Labooko Contest Miracles and Tales mleczno-biała i mleczny nugat z orzechów włoskich z cynamonem i kawałkami orzechów

Dziś opisywana czekolada jest dobrym przykładem na opisanie mojego nastawienia do Labooko Contest: z jednej strony mogę spróbować dwie czekolady za jednym zamachem, z drugiej... mam tylko 35 g czekolady, na której mi w tym przypadku zależało i aż 35 takiej, która mnie nie interesuje.

Zotter Labooko Contest Miracles and Tales to połączenie dwóch czekolad: Milky White czyli mleczno-białej o zawartości 35 % kakao słodzonej cukrem muscovado oraz Cinnamon Nuts, czyli nugat z orzechów włoskich w formie tabliczki z kawałkami karmelizowanych orzechów i cynamonem.

Łatwo się domyślić, dla której tabliczki ją kupiłam. Po prostu nie mogłam się doczekać zestawienia Cinnamon Nuts z Nougsus WalnutNougat, bo składy się trochę różnią, czyli nie jest to jedno i to samo.

Zaczęłam jednak od tej, znajdującej się w stałej ofercie, czyli od Milky White.

Od razu po rozchyleniu papierka poczułam wyraziście waniliowy zapach, zarysowujący się na błogo mlecznym tle. Do tego dochodził uroczy i słodki czekoladowy akcent, na pewno nie była to chamska słodycz, a mimo wszystko aromat był bardziej białoczekoladowy.

Kolor, ciemnokarmelowy, ewentualnie bardzo jasno brązowy, sugerował jednak mleczną czekoladę, w której można było dostrzec kropeczki wanilii.

Łamiąc nie natrafiłam na żaden opór, czekolada wydała mi się wręcz miękkawa. Ugryzłam, a kawałek natychmiast zaczął się rozpuszczać. Tak jak się spodziewałam, był tłusty i nieco proszkowy.

Od samego początku rozchodził się smak ogromnej ilości pełnego mleka, tłustej śmietanki i moc wanilii. Pyszna, biała czekolada, do której już po chwili dołączył smak karmelu i taki "dziecinnie czekoladowy". 
To były nieprzesłodzone kinderki z mocno mlecznym kremem ze wspomnień (nie te rzeczywiste) wzbogacone o rozwijający się karmel, łagodnie wchodzącym w nuty wręcz nieco miodowe. Te pasowały świetnie do czekoladowego (tak, czekoladowego, bo nie mówimy tu o akcencie kakao, którego nie ma) smaku przyprawionego dosłownie szczyptą cynamonu.

Całość była urocza, błoga i bardzo słodka, ale nie aż tak słodka, jak można by się spodziewać. Cukru samego w sobie tu nie czułam, to była kompozycja bogatego, głębokiego karmelu i wanilii. 
Z jednej strony ciężko mi sobie wyobrazić lepiej wykonaną mleczno-białą czekoladę, z drugiej nie smakowała mi aż tak, żeby wystawiać jej 9 (ale ogólnie ostatnio białe coraz mniej mi smakują). 
Osobiście wolałabym nieco więcej miazgi kakaowej w miejscu tłuszczu kakaowego.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za obie oczywiście)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, syrop fruktozowo-glukozowy, słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, cały cukier trzcinowy, wanilia, lecytyna sojowa, sól, cynamon


Następnie sięgnęłam po ciekawszą, a już na pewno zapowiadającą się na bardziej "moją".
Cinnamon Nuts po rozchyleniu papierka natychmiast prawie zwaliła mnie z nóg swoim mocnym, obłędnie cynamonowo-orzechowym zapachem. Czułam głównie cynamon, potem zaś ewidentnie prażone orzechy, całość zamknięta w słodkiej mlecznej kompozycji.
Czekolada miała rudawy (powiedziałabym, że wręcz cynamonowy), ciemniejszy od wyżej opisywanej, kolor, a spod niej wyglądały kawałeczki orzechów.

Przy przełamywaniu czekolada lekko chrupnęła i już po chwili się w nią wgryzłam, by mogła zacząć leniwe rozpuszczanie się w tłusto-kremowy sposób. Bardzo szybko zaczęłam natrafiać językiem na drobinki orzechów, ale najpierw to smak czekolady w pełni mi się zaprezentował.

Dotarła do mnie silna słodycz natychmiast stłumiona przez pylisty, mocny i, jak wydało mi się w pierwszej chwili, zupełnie niesłodki cynamon. Dopiero po chwili dołączyła do tego jego lekka słodycz oraz silna pikanteria zmieszana z lekką goryczką. W tej goryczce pojawiła się palona nuta, a wraz z nią z cynamonowej toni zaczęły wyłaniać się orzechy włoskie. Poczułam wyraźnie nutkę ich goryczkowatej skórki. Smak wypływał z samej tabliczki, był wszechobecny.

Orzechy czułam coraz wyraźniej i wyraźniej, aż w końcu przegryzły się przez cynamon i jakby utorowały drogę dla minimalnie karmelowej słodyczy i czekoladowego smaku samego w sobie. Ta w pewnym momencie także zrobiła się naprawdę mocna; przy drobinkach orzechów nasilał się karmel, owszem, ale bardzo palony.
Same kawałki nieco nakręcały smak orzechów, ale nie jakoś przełomowo - były po prostu za malutkie i stanowiły głównie chrupiący dodatek.
Pod koniec rozpuszczania się kawałka, spod całej silnie słodkiej i pikantnie-gorzkawej kompozycji wyłaniało się minimalne orzeźwienie (które pochodzi zapewne od odrobiny anyżu, którego samego w sobie nie czuć).

Ta czekolada była mocno słodka, ale równie mocno cynamonowo-orzechowa. Muszę przyznać, że bardzo mi smakowała, ale i tak coś bym w niej zmieniła. Na pewno wolałabym większe kawałki orzechów, bo te momentami trochę denerwowały (są, ale czasami słabo je czuć) i jak zwykle z chęcią czułabym tu także kakao.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za obie oczywiście)
kaloryczność: 616 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie (19%), pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, proszek sojowy, cynamon (0,7%), lecytyna sojowa, sól, wanilia, anyż

wtorek, 4 października 2016

Akesson's 55 % Brazil Fazenda Sempre Firme Dark Milk Chocolate ciemna mleczna z Brazylii

Przy okazji odkrywania kakao z Kongo oraz porównywaniu poszczególnych tabliczek stamtąd od Original Beans (mleczna, ciemna), nie mogłam oprzeć się pokusie, by właśnie wspomnianą mleczną porównać z czekoladą Akesson's o identycznej zawartości kakao. Pochodzenie ziaren jest zupełnie inne, więc miałam przed sobą ciekawe doświadczenie pt. "pochodzenie ma znaczenie" i przy okazji odkrycie, jak obie firmy radzą sobie w mlecznych tabliczkach z podwyższoną zawartością kakao.

Akesson's 55 % Brazil Fazenda Sempre Firme Dark Milk Chocolate to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao forastero pochodzącego z brazylijskiej plantacji Fazenda Sempre Firme (należącej do Akessona).

Po otwarciu opakowania zobaczyłam piękną, ale bardzo jasną tabliczkę. Kiedy wyjęłam ją z folii i ujęłam w dłonie, wydała mi się bardzo tłusta, a brak trzasku przy przełamaniu to potwierdził. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak była dość solidna, choć w ustach rozpuszczała się idealnie tłusto-kremowo, gładko.

Zapach był bardzo delikatny, jego obecność była tylko trochę zaznaczona. W pierwszym momencie poczułam lekką orzechowość, akcent chleba, a potem jakby ulotnił się zupełnie. Po przełamaniu pokazała się tu woń śmietanki z siankowatym, ziemistym akcentem, słonawego ubitego masła albo... i słonawego toffi zrobionego z takiego? Za delikatne, żeby być czegoś pewną!

W końcu spróbowałam.
Zaskoczył mnie prawie zupełny brak słodyczy i szybkie pojawienie się goryczkowatego akcentu. Przez moment pomyślałam o kawie, ale niee... to było o wiele bardziej wilgotne, nasączone... ziemiste herbaciane fusy! Tak, to było to! Czekolada sprawiała wrażenie właśnie takiej wilgotnej, czemu jakby zaprzeczała nuta prażonych orzechów, jaka zaraz się pojawiła. Nie była ani zbyt silna, ani przełomowa, ale odegrała całkiem sporo, bo jakby dzięki niej popłynął smak śmietanki.

Tymczasem wilgoć zaczęła stawać się bardziej soczystością. Przyniosła owocowy, ale bardzo odległy, motyw. Pomyślałam o zielonych, ściągających bananach, ale już po chwili zrobiły się dojrzałe i zupełnie czarne. Do nich dołączyły jakieś suszone owoce - daktyle? rodzynki? raczej to pierwsze, ale te owocowe nuty były tak delikatne, że nie jestem pewna.

Słodki banan świetnie złączył się ze śmietanką niosącą ze sobą karmelową słodycz. Po pierwsze, ten karmel wydał mi się nieco maślano-słonawy, a po drugie... śmietanka sama w sobie był słonawa. Poczucie to nasilała cały czas obecna w tle gorzkawość kawy lub herbaty z kakao (herbata z mlekiem?). Bardzo szybko to ten smak zaczął dominować. Świeże, jeszcze ciepłe, naturalne i bardzo tłuste mleko o specyficznej nucie siana, która wcisnęła się na miejsce fusów. O tak, sianko, a w tle ziemisty smaczek. Mleko zawładnęło sobie ponad połowę czasu degustacji, wchodząc w końcu, gdy kawałek już prawie znikał, w smak przypominający zastygły na mleku kożuch.
To z jego posmakiem zostałam na dłuższą chwilę, aż na koniec czułam tylko słonawość i akcent prażonych orzechów.

Ta czekolada była przede wszystkim mleczna o bardzo znikomej słodyczy. Naturalna, wyrazista z nutami siana i kożucha na ciepłym mleku. Co więcej, znalazła się w niej odrobina nut znanych mi z Brazil 75 %, jak np. herbaciane wilgotne fusy i delikatne owoce, ale były bardzo wątłe.

Nie ukrywam, że kupiła mnie głównie siankiem i kożuchem (herbaciane nuty też kocham, ale tu były za słabe), a chcąc porównać ją do Original Beans Femmes de Virunga 55 % hm, Akesson's na pewno jest mniej słodka, ale i mniej kakaowa. Obie są pyszne, ale w inny sposób - tu postawiono bardziej na mleko, więc trzeba wiedzieć, czy szuka się ciekawej nuty kakao w mlecznej czekoladzie (ten sok marchwiowy w Original Beans... no kupił mnie zupełnie!), czy po prostu mleczności.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za ok. 60 g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

poniedziałek, 3 października 2016

Original Beans Femmes de Virunga 55 % mleczna z Kongo

Po udanych kilku tabliczkach o mniejszej zawartości kakao (biała z Dominikany, mleczna z Ekwadoru, ciemna 66 % z Boliwii) i Porcelanie 75 %, która trochę mnie znudziła, uznałam, że nie ruszę z dalszym próbowaniem ciemnych czekolad Original Beans, dopóki nie zaliczę wszystkich "jaśniejszych". Właściwie nie chodziło o to, które są bardziej obiecujące, ale raczej o to, że czekało mnie pierwsze spotkanie z kakao z Kongo, a przy "poznawaniu regionu" jakoś wolę sobie stopniowo zwiększać zawartość kakao, ażeby "wgryzać się w temat coraz bardziej".

Dzisiejsza czekolada jest bowiem właśnie ze wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga, z okolic Parku Narodowego Wirunga. Jej sprzedaż jest wsparciem dla "Team Virunga", czyli farmerek uprawiających kakao w najstarszym parku Afryki.

Original Beans Femmes de Virunga 55 % to mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao forastero pochodzącego z Kongo.

Kiedy tylko rozerwałam folię, poczułam przyjemną fuzję gęstej śmietanki, słodkiego karmelu oraz prażonych i solonych orzechów brazylijskich. Szczerze zaskoczyła mnie ta jednoznaczność.

Łamiąc czekoladę znów się zdziwiłam, bo chrupała całkiem głośno. W zasadzie... jej ciemny kolor to sugerował, ale już w ustach przybierała formę tłustej (maślanej) mlecznej. Po pewnym czasie odebrałam ją jako oporną, jakby mimo miękkiej kremowości chciała udawać szorstką, dziką czekoladę.

Pierwsza pojawiła się wysublimowana słodycz, śmietankowo-czekoladowy smak rozszedł się, a w tle zagrał ledwo zauważalny kwasek, który trochę skojarzył mi się z takim drzewnym kwaskiem czasem spotykanym w miodzie ze spadzi iglastej.
Potem przypisałabym go raczej owocom, jednak był tak ulotny, że aż dziwię się, że go wyłapałam. Ta owocowa nuta już bardziej się chyba zaczynała do słodyczy załapywać... w każdym razie na myśl nagle przyszły mi borówki.

Smak śmietanki rozwinął się w pełni niosąc cudną mleczną tłustość i akcent słonawości. Była to taka wiejska, naturalna śmietanka - mniam!
Słodycz także przybrała na sile, stała się wyraźnie karmelowa, ale o nieco palonym wyrazie. Spod tej paloności po chwili popłynęły też bardziej prażone nuty i tu nagle z nich właśnie, a także ze słonawej śmietanki, wyłoniły się orzechy. Bardzo prażone, wyraziste orzechy brazylijskie i laskowe.
Tu słodycz jakby zatrzymywała się i płynęła z wolna, bardzo łagodna.

Na fali tej łagodności przybył smak, który zszokował mnie kompletnie. To był posmak soku marchwiowego, takiego bardzo gęstego.

Smaki zaczęły robić się nieco wytrawniejsze, choć wciąż słodkie, aż kawałek czekolady zniknął zupełnie, a ja zostałam z posmakiem odrobinkę zbożowo-słonawym, minimalnie orzechowym, jeszcze na dość długo.
Czekolada smakowała mi od samego początku, ale muszę przyznać, że właśnie końcówka przeważyła o ocenie. Ten intrygujący smak soku marchwiowego i ogólna orzechowość... hm, dwa gigantyczne powody do odkrywania Kongo. A co z solą? Ciekawi mnie, czy wszelkie nutki z nią związane też chociaż częściowo wypływają z kakao, czy raczej z mleka.



ocena: 10/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 112 zł / zestaw 4 różnych tabliczek (po 70 g) - zniżka
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym do niej wróciła

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko

niedziela, 2 października 2016

Manufaktura Czekolady Smoky Joe 70 % ciemna z Ekwadoru ze słodem whisky (jęczmieniem wędzonym torfem)

Wreszcie pocieszenie dla tych, których musiałam wyprosić wczoraj oraz druga część układanki dla reszty. ;) Miłego czytania.
Po odkryciu, co takiego czai się w piwie AleBrowaru Smoky Joe, sięgnęłam oczywiście po czekoladę stworzoną we współpracy z tym browarem przez polską manufakturę - Manufakturę Czekolady.

Manufaktura Czekolady Smoky Joe 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao (pochodzącego z Ekwadoru) ze słodem whisky, czyli słodem jęczmiennym wędzonym torfem.

Po otwarciu sreberka, wyjęłam bardzo ciemną tabliczkę o głębokim zapachu. Nie czułam w niej co prawda ani śladu wędzonego słodu, ale zostałam skutecznie udobruchana cudnym zapachem asfaltowo-ziemistym z charakterem wyraźnie prażonego kakao, który wydawał się suchy jak drzewa po pożarze, z jeszcze odrobiną dymu, ale pod tym wszystkim kryło się także coś bardziej soczystego.

Tabliczka także w dotyku wydaje się sucha, nie ma na jej spodzie posypki, wygląda zwyczajnie, ale gdy tylko spróbowałam ją przełamać, odkryłam jak twarda jest. Trzasnęła niezwykle głośno i "pusto", jakby wręcz z echem, i ukazała przekrój. Tutaj już naprawdę zrobiło się ciekawie, bo można zobaczyć wystające malutkie łuski słodu.

Gdy pierwsza kostka wylądowała w ustach, poczułam łagodny, wręcz maślany motyw orzechów (nerkowce? makadamia?), który szybko pomknął w kierunku prażonych nut. Takie błyskawiczne przejście od maślanych orzechów po mocne, gorzkie i wyraźnie wyeksponowane kakao.

Po pewnym czasie, zaczęły do mnie docierać wędzone nuty. Początkowo utrzymywały się w drzewnych klimatach, przy czym w tle zaczynała rozwijać się niemal kwiatowa słodycz.

Czekolada rozpuszczała się dość leniwie i w charakterystyczny dla Manufaktury nieco szorstko-ziemisty sposób. W końcu zaczynają wyłaniać się z niej drobne, ale twarde chociaż nie utrudniające konsumpcję, łuski, co było ciekawym urozmaiceniem (zwłaszcza biorąc pod uwagę smak i ogólny wydźwięk całości).

Drzewne nuty stawały się coraz bardziej wędzone i ciepłe, nadeszło skojarzenie z asfaltem, co odzwierciedlało zapach, tylko w wędzonym wydaniu. Tutaj wydało mi się, że czuję jakąś fuzję przypraw, lecz w tym momencie moją uwagę znów przyciągnęła słodycz.
Stała się lekka, rześka, czyli kontrastowa do powyższych nut. Miała w sobie coś mdłego, "niesłodkiego", wskazującego na... jagody? Zdecydowanie owoce wyłoniły się w tym wszystkim.

Gdzieś zagrały soczyste, słodkie pomarańcze, a tą słodycz zdominowały właśnie jagody, ale takie nieco już nadgniłe; po pewnym czasie wydały mi się przysypane ziemią.
Spod niej migały nuty cytrusów, ale koniec końców utonęły w mazistej czekoladzie i smaku wędzono-torfowym.

Zakończenie kompozycji było wyraziście drzewno-torfowe (z podkreśleniem tego drugiego), ewidentnie wędzone o nutach... wskazujących na jakby... ja wiem? mleko? ser? w wędzonych klimatach.

Po zniknięciu ostatniego kawałka gorzkoczekoladowy i lekko wędzony posmak utrzymywał się jeszcze bardzo, bardzo długo. Zaskakująco długo.

W towarzystwie piwa jej smak został jeszcze wzmocniony (pewnie przez podobieństwo nut), chociaż przyznam, że wtedy wydawała mi się nieco bardziej słodka (bo degustowana osobno miała w sobie taką nieoczywistą, mglistą słodycz).

Ta czekolada była niezwykle intrygująca, a jej smak autentycznie przypominał nuty piwa Smoky Joe: wędzone nuty raczej niewyczuwalne w zapachu, początkowa łagodność, a w końcu bogactwo torfu, drzew podszyte owocami i wędzonym, ale zupełnie nie obrzydliwym, motywie.


ocena: 10/10
cena: 16,90 zł (za 55 g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakao, cukier, słód whisky (jęczmień)

sobota, 1 października 2016

Piwo AleBrowar Smoky Joe [18 LAT+]

Dzisiaj przybywam z kolejnym eksperymentalnym (a może i jedynym takim) wpisem na blogu. Nie, nie zmieniam kategorii na recenzje alkoholi (a i zwyczajną recenzją tego nie można nazwać), po prostu w ręce wpadł mi niezwykle ciekawy duet, można rzecz, że dzieci dwóch polskich marek. Chodzi tu o piwo o czekoladowo-torfowych nutach zrobione na bazie jęczmiennego słodu whisky oraz o czekoladę z tym samym słodem. Dzisiaj pierwsza połowa, przeznaczona niestety tylko dla części odbiorców, więc jestem zmuszona już w tym momencie pożegnać się na dziś (zapraszam już jutro na czekoladę! a dokładniej na recenzję czekolady) z osobami niepełnoletnimi.

Uwaga! Aby formalności w świetle polskiego prawa stało się zadość, informuję, że recenzja ta jest przeznaczona jedynie dla osób, które ukończyły 18. rok życia.

AleBrowar jest małym niezależnym zakładem, który współpracuje z browarem Gościszewo. W 2012 roku założyło go trzech przyjaciół mających wspólną pasję - piwo.
Ich oferta jest dość ciekawa, pomysłowe etykiety kuszą, rozmaitość też, ale mnie niezwykle zaciekawiło jedno, konkretne piwo.

Piwo AleBrowar Smoky Joe to rzemieślniczy stout wytworzony z jęczmiennego słodu wędzonego torfem, czyli słodem whisky, o 6,2% zawartości alkoholu.

Kiedy tylko pozbyłam się kapsla i nalałam piwo do szklanki, odnotowałam dwie istotne rzeczy.
Pierwszą był wręcz smolisty kolor, który sprawiał, że piwo wydawało się niezwykle gęste. Brąz wpadający w czerń podniesiony pod światło miał jednak pewne, bliżej nieokreślone, przebłyski.
Piana była brązowawa, nie powalająco wysoka, a także z dużą ilością większych i mniejszych bąbelków.

Druga to łagodny, lekko dymny i niewątpliwie słodkoczekoladowy zapach. Dochodziły tu ekscesy delikatnej, palonej kawy, a więc i ewidentnie palone, ciepłe, klimaty.

Wreszcie spróbowałam. Początkowo poczułam subtelny smak ciemnej, ale słodkiej czekolady o akcencie rozgrzanego asfaltu i dymu.
Zaczęły nasilać się smoliste nuty, aż weszły w klimat ciepło-ciężki, jakby minimalnie przyprawiony.
Przez moment wychwyciłam kwasek długo parzonej kawy, w którym były także lżejsze przebłyski owoców. Obstawiałabym tu coś z gatunku słodko-kwaśnych owoców leśnych, z leciutką gorzkawością.

Gorzkość nasilała się, bo obecna od początku, nie dawała się wcześniej aż tak we znaki. Tutaj była zdecydowana, przyjemnie rzemieślniczo piwna i w dużej mierze kawowo-czekoladowa. Te nuty nasiliły się, podkreślone przez silne akcenty ziemi i torfu, z wyraźnie wędzonym smaczkiem.

Wędzony słód stawał się coraz wyrazistszy, ale nie doszedł do momentu, w którym miałby być przesadzony. Wybił się jednak trochę ponad czekoladę i kawę, ale złączył się z nimi, nie zagłuszając ich. Nie wiem skąd, przyszło skojarzenie z nabiałem... ale z wątłą nutą. Jakby mocna kawa pita w towarzystwie mlecznej czekolady o podwyższonej zawartości kakao.

Wszystko kojarzy się trochę z whisky, a z samym piwem... mniej niż się spodziewałam, jeśli mam być szczera. Gorzkość jest całkiem silna, ale bardzo zrównoważona ze słodyczą i przeszyta kwaskiem. Wędzonka nie przytłoczyła mnie ani przez moment (a trochę się tego bałam, mimo że lubię wędzone rzeczy).

Smakowało mi. Bardzo mi smakowało, ale raczej w kontekście ciekawostki. Ono było po prostu... inne. Rewelacyjne piwo rzemieślnicze to jedno, ale tak niecodzienne nuty - no, no - naprawdę warte spróbowania.


ocena: 10/10
kupiłam: sklep internetowy Piwo.co.za
cena: 7,80 zł
czy kupię znów: tak (jak będę miała okazję stacjonarnie)

Skład: woda; słody - pale ale, pszeniczny, whisky malt 45 ppm, carapils, czekoladowy pszeniczny, owies, palony jęczmień; chmiele - challender, fuggles; drożdże safales S-04