środa, 6 grudnia 2017

Jakub Piątkowski Czekolada Republika Dominikany 67 % ciemna

Czyste ciemne plantacyjne czekolady z kakao z Republiki Dominikany zjadłam tylko... dwie (Zotter Loma Los Pinos 62 % i Michel Cluizel Los Ancones 67 %), ale żadna jakoś szczególnie nie wbiła mi się w pamięć. Zastanowiło mnie jednak, dlaczego jest tak mało tabliczek stamtąd (nie mówiąc już o wyższej zawartości)... Cóż, jak na razie mogłam tylko sprawdzić, co też oferuje marka, którą ostatnio całym sercem pokochałam.

Jakub Piątkowski Czekolada Republika Dominikany 67 %  to ciemna czekolada o zawartości 67 % kakao z Republiki Dominikany.

Po rozchyleniu złotka poczułam uderzenie zapachu drzew, lasu i czegoś wędzonego. Wydały mi się takie... wilgotne, soczyste. "Wędzonka" składała się z wędzonych, kwaskowatych śliwek oraz niemal słonawego sera, bardzo mlecznego oscypka. Wydawało mi się, że mogą tu się kryć też słonawe orzeszki, prażone korzenne migdały czy coś takiego.

Tabliczka miała dość dziwny kolor, bo czerwonawy w chłodnej tonacji. Przy łamaniu usłyszałam przyjemny trzask.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę "mokro", nieco zalepiająco, ale raczej wodniście i nietłusto. Była przy tym niegładka, co wraz z nutami smakowymi tworzyło iluzję przypraw.

Po zrobieniu kęsa poczułam ciepłą słodycz i smakowity, owocowy kwasek. Jedno i drugie wpisywało się w smak śliwek - zarówno kwaśnych suszonych węgierek, słodkawych wędzonych, jak i świeżych oraz trochę rodzynek. Na przód wychodziły jednak śliwki, a kiedy słodycz je tak przyjemnie opiewała, pomyślałam o śliwkach w cynamonie.

Nuta wędzonych śliwek odrywała się jednak od początkowo wyczutych smaków i coraz bardziej zaczynała mi przypominać... takowe w "oscypkowym twarożku" - niby bardzo mlecznym, białym, ale... i wędzonym, serowo-słonawym. Jako że owoce nie odpuszczały, do głowy zaczęły mi przychodzić sery z żurawiną, wiśniami... Taki wytrawniejszy, ale mleczno-owocowy klimat.

Stateczna kakaowa baza, na której się to wszystko rysowało była stateczna, głęboka, ale... nie wiem, czy mogę ją choćby gorzkawością nazwać. Chyba nie. Smakowała orzechami i migdałami ze skórkami, prażonymi i nieco przyprawionymi, ale i jakby... podfermentowanymi? Czułam też jakby szczyptę gałki muszkatołowej, która wraz z orzechami uwydatniała się pod koniec.

Wtedy robiło się też bardziej soczyście, choć nie jakoś specjalnie obłędnie owocowo; niby słodko, ale wytrawnie. Posmak z kolei był bardziej prażony, a i po prostu "wymieszany": orzechy i podfermentowany posmak, kwasek wędzonych śliwek i sera, gałka. Producent pisze o posmaku ziemi, więc może i coś ziemistego w tym było... Wbrew pozorom, jak dziwnie by mnie brzmiało, było smakowite i utrzymywało się bardzo, bardzo długo (czekolady z tak długo pozostającym posmakiem dawno nie jadłam).
Na pewno najlepsza z dominikańskich tabliczek, jakie jadłam, ale gorzkości mi trochę brakowało (ciekawe, czy np. 75 % kakao załatwiłoby sprawę?) - lepsza od Cluizela i o wiele lepsza od słodziutko owocowego Zottera. Śliwki pojawiały się w każdej ze wspomnianych, ale tylko w JP Czekoladzie były tak dosadne.


ocena: 9/10
kupiłam: jpczekolada.com
cena: 17,50 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym

Skład: zmielone ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

wtorek, 5 grudnia 2017

baton Quin Bite Choco Mint

Batony Quin Bite wydały mi się bardzo pomysłowe ze względu na dobrane przyprawy, jednak nie znalazłam w nich elementów nadzwyczaj charakterystycznych. Nie znaczy to, że nie darzę ich sympatią. Gdy tylko zobaczyłam ich nowość, wiedziałam, że muszą ją mieć. Mięta w surowych przekąskach rozczarowała mnie pod postacią kulek Nakd, wszak nie znaczy to, że inna firma nie wkomponuje jej lepiej. Nadal mnie to połączenie ciekawiło, tym bardziej że tu doszła jeszcze... czekolada.


Quin Bite Choco Mint to czekoladowo-miętowy surowy owocowo-orzechowy baton.

Po otwarciu poczułam dominujący nad wszystkim innym, wyrazisty i smakowity zapach mięty. W tle zarysowała się czekolada z ewidentnie kakaowym motywem. Wszystko to rysowało się na specyficznym zapachu batoników tego typu, który skojarzył mi się trochę z ciemnym chlebem na zakwasie.

W dotyku nieduży batonik wydał mi się wilgotny i tłustawy. Był miękki i odpowiednio przemielony. W ustach rozchodził się trochę na daktylową "papkę". Wszystko to przełożyło się na pozytywne skojarzenie z tłustawym, mocno czekoladowo mazistym kapcio-brownie.

W smaku od samego początku wyraźnie czuć czekoladowość i daktyle. Te drugie w swojej silnej słodyczy kryły przyjemnie "podkwaszaną" nutkę. Ogólna słodycz była dość silna, miała jednak mocno ciemnoczekoladowy wydźwięk. Wyraźnie czułam także gorzkość kakao, więc było też wytrawnie. Pewna "orzechowawa" nuta (mleko kokosowe chyba także się w nią wpisało) i jakby "karmelowa słodycz czekolady" dodatkowo tę czekoladowość napędzała. Czekoladowe kawałki niewątpliwie miały w tym ogromny wkład: nadały takiej czekoladowej kremowości, jednak wyłuskane i zjedzone osobno nie robiły wrażenia (były przeciętne: kakaowe, maślane i tyle). 
W pewnym momencie także mięta, naturalna i wpisująca się w wytrawność kakao, lekko zaznaczyła swoją obecność. 
Pod koniec jej posmak nieco rósł, nadawał pewnego chłodku i lekkości, ale nie był zbyt silny. 

Po batoniku na długo pozostał łagodny, naturalny posmak smakowitej, orzeźwiającej miętowy i słodkiej, ciemnej czekolady z leciutko, a więc przyjemnie suchawym (nie suchym!) efektem.

Ten batonik był zaskakująco czekoladowy! I to smakowicie ciemnoczekoladowy, nie zaś kakaowy. Podobało mi się, że daktyle się nie zagubiły, ale i nie przesłodziły. Myślę, że to zasługa dobrze wyczuwalnej, ale w sumie łagodnej mięty. Ja jednak pokusiłabym się o dodanie większej jej ilości. Po takim zapachu, czułam niedosyt mięty w smaku. Ogólnie czułam niedosyt, bo batonik był mikroskopijny.
Nie zmienia to jednak faktu, że to najbardziej charakterystyczny Quin Bite jaki jadłam, ogólnie bardzo ciekawy na tle raw batonów. Przez niego mam ochotę zdobyć pozostałe smaki.


 ocena: 9/10
cena: 6,49 zł (za 30 g)
kaloryczność: 416 kcal / 100 g; batonik 125 kcal
czy znów kupię: tak (ale przy okazji, jak będę coś innego zamawiać)

Skład: daktyle, orzechy nerkowca, 10% płatki czekoladowe (miazga kakaowa, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy), 5% kakao w proszku, mleko kokosowe w proszku (mleko kokosowe, maltodekstryna z tapioki), wanilia, 0,02% olejek miętowy

niedziela, 3 grudnia 2017

Zotter Pina Colada biała z warstwą czekolady mlecznej, nadziewana kremem z mleczka kokosowego i czekolady ananasowej z kawałkami ananasa i wiórkami kokosowymi oraz kremem rumowym na bazie mlecznej i ciemnej czekolady

Nie bardzo wiedząc, czym kierować się przy wyborze kolejnego Zottera pomyślałam, że po Gin & Lemon polecę tak po dwuwarstwowych, alkoholowo-owocowych. Przy tej czekoladzie zdałam sobie sprawę, że tylko co jakoś ostatnio narzekałam na zbyt małą ilość czekolad z ananasem... a tu proszę, ostatnio całkiem sporo ich wyszło. Za oknem pogoda wstrętna, a mnie czekała iście karaibska uczta, dla której pewnie nawet kilku piratów z chęcią opuściłoby statki.


Zotter Pina Colada to biała czekolada z cienką warstwą czekolady mlecznej na spodzie, nadziewana kremem na bazie mleczka kokosowego i czekolady ananasowej z kawałkami ananasa, wiórkami kokosowymi i cytryną oraz kremem rumowym na bazie mlecznej i ciemnej czekolady.

Po otwarciu poczułam intensywny, soczysty i w pełni naturalny mocny zapach ananasa w otoczeniu białej czekolady i kokosa. Po przełamaniu zrobiło się bardziej czekoladowo, ale tylko minimalnie. Wciąż to ananas dominował.

W dotyku czekolada wydawała mi się pudrowo-sucha, jednak po pierwszym kęsie okazało się, że nie można jej nic zarzucić. Sama czekolada była bardzo kremowa, choć i minimalnie proszkowa. Nadzienia były kremowo tłuste, ale i soczyste. Mnóstwo chrzęszczących i także soczystych wiórków w nadzieniu kokosowo-ananasowym dodatkowo napędzało soczystość, za to kawałki ananasa jakoś mi umknęły. Wszystko to jednak przełożyło się na świetną konsystencję, zachowującą równowagę między tłustością, a soczystością.

Sama czekolada w niczym nie przypominała niesmacznej kokosowej Labooko. Dzisiaj opisywana to dobra jakościowo, słodka biała czekolada o ewidentnie mlecznym smaku (tamta Labooko jest ryżowa) oraz zdecydowanym motywie kokosa. Nie wydała mi się nawet minimalnie kwaskowata, choć gdy przegryzałam się przez całość, kwasek jednej z warstw szybko się przebijał i... pasował do tej czekolady.

Nadzienie kokosowo-ananasowe szybko się odzywało i już po chwili zaczynało dominować. To taki... "kwasik-ananasik". Nie był to niezwykle wyrazisty i soczysty ananas jak np. w Pineapple Cream, a kwaskowaty krem o ewidentnie ananasowym smaku, ale nie tylko. Ogólnie był soczyście kwaskowaty (za sprawą cytryny). Kokos był wyczuwalny wyraźnie, ale jako niezwykle naturalny kokos, o wytrawniejszym smaku. Raz i drugi wydało mi się, że wręcz "orzechowawo-goryczkowatym". Wiórki smakowały tu zaskakująco świeżo.

Poczucie gorzkawości napędzał alkohol. Nie był mocny w sensie "bardzo uderzający do głowy", ale wyraźnie czułam rum. Jego smak nazywam "soczystą cukrowością przypiekającą w język" i to było właśnie to. Rum, który w bardzo mlecznoczekoladowej warstwie podchodził niemal pod taką egzotyczniejszą truflę (szkoda, że to nadzienie nie poszło w tym kierunku jeszcze bardziej zdecydowanie).

Rum łączył się z ananasowym kwaskiem, co tworzyło "drinkowe" zestawienie, a że wraz z kolejnymi kęsami wiórki zaczęły skupiać na sobie ogromną część uwagi, robiło się bardziej neutralnie, niż tak bardzo słodko jak w przypadku drinków czy większości białych czekolad. Ta właśnie nie była aż taka słodka. Kwaśność, rum w nieprzesadzonej ilości, a do tego nie za mocna tłustość sprawiły, że kompozycja nie była nazbyt ciężka. Może obłędnie soczysta też nie, ale bardzo ciekawa i przyjemna. Osobiście wolałabym więcej kakao w rumowym kremie.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kokosowy, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy cukru inwertowanego, miazga kakaowa, mleko, suszone ananasy, rum, pełne mleko w proszku, mleczko kokosowe (kokosy, woda, substancja zagęszczająca: guma guar), koncentrat ananasowy, koncentrat soku ananasowego, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia

piątek, 1 grudnia 2017

Blanxart 80 % Ghana ciemna z Ghany

Czekolada Blanxart 77 % Criollo de Alto Piura Peru zmieniła o 180 stopni moje podejście do Blanxarta, które po Blanxart 42% Grand cru Congo Milk było, łagodnie mówiąc, negatywne. Po kolejną tabliczkę sięgnęłam z ogromną ochotą, tym bardziej, że jakoś... lubię kakao z Ghany.

Blanxart 80 % Origen Ghana to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach, będący typową czekoladową kompozycją. Znalazł się w tym delikatny, orzechowy miks, gęsta, słodkawa śmietanka albo raczej waniliowy krem na bazie śmietanki oraz nieco odymiona, palona kawa. Bardzo nieśmiało zaznaczyła się za tym wszystkim także pewna owocowość, albo wręcz tylko kwitnące drzewka owocowe?

Przy łamaniu bardzo ciemna tabliczka okazała się niezwykle twarda. Naprawdę, dawno nie trafiłam na tak twardą czekoladę. W dodatku to kolejna czekolada z Ghany, która miała akustykę drewnianych pałeczek. Rozpływała się trochę dziwnie. Wydawała się zbita, początkowo trochę oporna, a przez większość czasu udawała mokry, tłusty deser (tak wyobrażam sobie pana cottę), trochę z efektem sosu.

W pierwszej chwili zwróciłam uwagę na leciutką słodycz jakby śmietankowo-morelowego (albo bardziej po prostu "żółto owocowego") deseru, a potem bardziej waniliowo-śmietankowego. Wyobraziłam sobie deser typu pana cotta na bazie śmietanki z wanilią i z owocową nutą (nie, że z owocami czy sosem, tylko jakby ta sama masa była lekko owocowa). Nigdy czegoś takiego nie jadłam, to tylko wyobrażenie - po głowie kręciły mi się jeszcze jakieś delikatne lody na bazie śmietanki, ale one tak nie oddają "klimatu".

Mimo wielu słodkich elementów, nie była mocno słodka. Sęk w tym, że ogólnie okazała się łagodna.
Trudno w jej przypadku mówić nawet o gorzkawości. Owszem, kakao zaznaczało się cały czas, ale raczej w wydaniu ciasta z zakalcowym, bardzo maślanym wnętrzem i nieco bardziej przypieczonym wierzchem, ale bez posmaku spalenizny, pieczenia, prażenia czy czegoś.

To było bardziej... leciutko odymione drewno, łagodna prawie-gorzkawość. Łagodność dodatkowo budowała nuta orzechów. Bliżej nieokreślonych, ale na pewno pozbawionych wszelkich skórek i po prostu delikatnych, wręcz maślanych.

Pod koniec smak wanilii przybierał na znaczeniu, a kakao podchodziło trochę pod delikatną, może wręcz ze śmietanką i wanilią, kawę, by jednak znów ustąpić miejsca wanilii w posmaku.

Drzewno-kawowe, "ciastowe", orzechowe nuty Ghany to dla mnie nie nowość, ale tak łagodna, tak niepalona ich wersja trafiła mi się po raz pierwszy. Nie pasowało mi to, bo przez delikatność kakao i dość silną maślaność moja uwaga kierowała się na słodycz, która w żadnym wypadku nie byłą za silna, ale... nie podobała mi się, przez takie "odosobnienie". Wszystko to za maślano-uładzone jak na 80 % - w życiu nie powiedziałabym, że czekolada zawierała aż tyle. Na pewno bardziej posmakuje osobom lubiącym delikatne smaki lub rozpoczynającym przygodę z ciemnymi czekoladami. O wiele bardziej smakowała mi palona, kawowo-miodowa Amatler Ghana 85 %.


ocena: 6/10
kupiłam: Piccola Italia & Mediterraneo w Warszawie
cena: 12 zł (chyba; za 100g)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, wanilia

czwartek, 30 listopada 2017

Pacari Cranberries ciemna 60 % z Ekwadoru z żurawiną

Suszona żurawina nieodłącznie od lat kojarzy mi się z jesienią, więc jako że ostatnio krążę w słodyczach właśnie w takich klimatach, postanowiłam, że sięgnę akurat po tę Pacari. Przyzwyczaiły mnie już bowiem do tego, że nie zawodzą, a tego dnia miałam ochotę na "ambitnego i prostego pewniaka".

Pacari Cranberries to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru (miazga + tłuszcz) z żurawiną.

Od razu po otwarciu opakowania zachwycił mnie intensywny i smakowity zapach łączący w sobie moc kakao przejawiającą się jako ziemia z nutkami kawową i kwiatową - niezwykle wyraźnie różaną; zwiewną słodycz na bieżąco przełamywaną cytrusowymi akcentami. Obecności żurawiny nic nie zdradzało.

Przy łamaniu dość jasna, ciepło brązowa tabliczka tylko trochę trzaskała, a choć była dość twarda, wydała mi się krucha. Prawdopodobnie przez wtopione większe i mniejsze, twardawe kawałki żurawiny.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, idealnie gładko, odsłaniając większe i mniejsze kawałki żurawiny, także skórki. Były dobre, bo twardawo-jędrne, a wraz z rozgryzaniem nakręcała się ich soczystość.

Czekolada w smaku od pierwszego kęsa smakowała w dużej mierze słodko. Jako że była to słodycz głęboka, bez problemu wyodrębniłam w niej wątek karmelowy wątek, a także różany, od którego odchodziła rześkość. Kryła coś owocowego, co skojarzyło mi się trochę z czerwoną marmoladą, ale to pewnie dlatego, że początkowo bardzo delikatny posmak żurawiny już trochę się przebijał.

Kakao także wyraźnie zaznaczyło swoją obecność, ale mimo ewidentnie dymnego, trochę kawowego smaku nie ma tu co mówić o gorzkości. Ten dym przyjemnie łączył się z karmelową słodyczą - podkreślało to bardziej palone akcenty. 

Żurawinę lepiej czułam oczywiście dopiero przy jej kawałkach, ale nawet wtedy nie był to smak wybijający się ponad czekoladę. Krył w sobie odrobinkę naturalnej kwaskowatości, ale w sumie nie był kwaśny, a słodki. Wpisał się w aromat i nuty czekolady.
Na koniec wyraźniej zaznaczało się dymne kakao, wzrastała soczystość, a w posmaku pozostawało właśnie poczucie soczystości, słodkiej wytrawności i posmak żurawiny.

Czekolada okazała się bardzo wyważona, łagodna i spójna. Czuć głębię kakao, ale obeszło się bez gorzkości; słodycz znacząco i ambitnie się rozwinęła, jednak wcale nie zbyt mocno. Dodatek nie zagłuszył smakowitej czekolady o mocno różano-karmelowym i dymno-kawowym smaku, a delikatnie się w to wszystko wpisał. Poniekąd dobrze, że nie zdominował kompozycji, ale... osobiście liczyłam na więcej żurawinowego kwasku, a tymczasem tabliczka wcale nie była kwaśna. Kakao bez dwóch zdań wolałabym więcej. To raczej smakowita subtelność, mniej żurawinowa niż jagodowa była Pacari Andean Blueberry.


ocena: 8/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 19 zł (za 50g)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa (49,80%), cukier trzcinowy (40%), liofilizowana żurawina (6%), tłuszcz kakaowy (4%), lecytyna słonecznikowa (0,2%)

środa, 29 listopada 2017

baton LifeBar Really Raw Cherry

Mimo że trwa już jesień pełną gębą, dalej nie mogę pogodzić się z tym, jak okrutna była przyroda w tym roku skazując mnie na tak ogromny niedosyt wiśni. Jak tylko zobaczyłam skład batona z dzisiejszej recenzji wiedziałam, że muszę go mieć. Nigdy nie przyszło mi do głowy połączenie daktyli (czyli ulubionych obok fig suszonych owoców) z wiśniami, a jak tak spojrzałam na to klikając "dodaj do koszyka", pomyślałam, że musi być arcypyszne. Czy było?


LifeBar Really Raw Cherry to surowy baton owocowo-orzechowy; smak "wiśnia", czyli z wiśni i daktyli firmy Lifefood.

Po otwarciu poczułam bardzo silny zapach wiśni o podkwaszonym, suszonym charakterze.

Baton był mały, suchy, twardy i zbity. Wszelką miękkawość i tłustawość napędzały tylko orzechy (już w trakcie jedzenia), które zatopiono w nim w postaci wielkich kawałków. Biorąc pod uwagę, że owoce zostały zmielone na jednolitą masę (tylko jakieś drobniutkie skórki wiśni się pojawiały) średnio to wyszło. Mnie takie wielkie kawały orzechów denerwowały, bo całość nie rozchodziła się na "cudowne papu" (które sugeruje duża ilość daktyli i nerkowców).

Nie ma jednak co tu za dużo narzekać, bo smak okazał się obłędny. To przede wszystkim moc wiśni - tych kwaśno-cierpkich, bardzo charakternych. W kwasku kryła się podkwaszaność suszonych owoców, w której też krył się posmak jakby "przypalonych karmelków" (jestem ciekawa, jakiej odmiany daktyli użyli, bo to aż intrygujące). Cudnie to wyszło, choć w smaku wiśnie niemal zupełnie zagłuszyły daktyle (no, ale to w końcu smak "Cherry"). Było oczywiście nieco słodko, ale... zaskakująco słabiutko jak na daktylową bazę.

Orzechy i migdały neutralizowały kwaśność i cierpkość, nadawały neutralnej, "orzechowo-maślanej" nutę, ale nie odegrały większej roli. Ubolewam nad tym, że migdały zostały pozbawione skórek (co według mnie odebrało im charakterek).

Całość jednak i tak skupiała się na kwaśności i cierpkości wiśni, więc byłam zadowolona. To przepyszny baton, jak nic innego (z tego, co ostatnio jadłam) potrafiący zaspokoić chcicę na właśnie cierpko-kwaśne wiśnie, ale ogółem można by go zrobić nieco lepiej.


 ocena: 8/10
cena: 4,25 zł (za 47 g)
kaloryczność: 406 kcal / 100 g; baton 195 kcal
czy znów kupię: może kiedyś

Skład: owoce 62% (daktyle, suszone wiśnie 32%), orzechy (surowe orzechy nerkowca 38%, migdały)

wtorek, 28 listopada 2017

Jakub Piątkowski Czekolada Brazylia 65 % ciemna

JP Czekolada z Wybrzeża Kości Słoniowej, która okazała się aromatyzowana nibsami z Brazylii zaintrygowała mnie, sprawiła, że nie mogłam przestać myśleć o propozycji tej marki z Brazylii właśnie. Byłam ciekawa, czy pewne akcenty wychwycone w tamtej pochodzą właśnie z brazylijskiego kakao.

Jakub Piątkowski Czekolada Brazylia 65 % to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Brazylii.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach - smakowity, ale z dziwnymi zapędami. Czułam tu na pewno migdały i orzechy, ale w takim wydaniu... że mimo, że zapach nie był pieczono-prażony czy coś, migdały wydały mi się pieczone. W dodatku wychwyciłam jeszcze jakby smażone orzeszki ziemne...? Nie, to nie pasowało. Nagle zorientowała się, że czuję pieczone ziemniaki, może fasolę... coś w grzybowych klimatach? Trochę mnie to zszokowało.
Ta nuta została jednak w dużej mierze "uczekoladowiona" miodowo-makową słodyczą łazanek z takową masą lub kutii.

Przy łamaniu ciemnej tabliczki o nieco chłodnym odcieniu usłyszałam pełny trzask, który podtrzymał skojarzenie z gęstym daniem z makaronem.
W ustach rozpływała się łatwo, nie za szybko i w kremowy, nietłusty sposób, jakby odsłaniając "kryształowy pyłek", trochę szorstko.

Od pierwszego kęsa poczułam niemal miodową słodycz masy makowej, a więc nie taką czysto słodką, a trochę przyprawioną, do której błyskawicznie dołączyła wytrawna gorzkawość.

Gorzkawość, nie zaś mocna gorzkość, zdominowała kompozycję ziemistymi klimatami, w których dość szybko pokazały się ziarna kawy, takie rozmokłe fusy, a nie zaparzona kawa do picia. Ziarna, fusy - to jest to. I właśnie od nich odchodziła lekko orzechowa nuta...

...spod której jednak raz po raz przebijały się bardziej soczyste, nieco egzotyczne akcenty. Pierwsze sekundy soczystości przyniosły mi na myśl sok marchwiowy, jednak z czasem ustępował on miejsca słodkim owocom... może bananom i brzoskwiniom?

Wspomniana już orzechowa nuta niewiele miała w sobie z pieczenia z zapachu. To były nieprażone migdały, może orzechy włoskie i na pewno surowe orzeszki ziemne o wręcz fasolowym smaku. I od tego jednoznacznie wychodził posmak fasolowo-grzybowy. Mieszał się z ziemistymi ziarnami kawy, nadawał dość słodkiej czekoladzie jeszcze bardziej wytrawnego wyrazu. Za sprawą lżejszych nut pomyślałam też o makaronowym daniu.

Od niego, dzięki słodyczy, już blisko było do zamknięcia kręgu, bo słodycz masy makowej dobrze się w to wpisała. Na koniec jednak słodycz została trochę rozpędzona, gdyż znów narastał fusiasty smak ziaren kawy.

Po czekoladzie na długo pozostawał zaskakująco jednostajnie wytrawny gorzkawy posmak. Nie była to żadna cierpkość czy przesadna gorzkość, a wyważona gorzkawość.

Całość wydała mi się interesująca. Ta czekolada grała skojarzeniami, nie odsłaniając zbyt jednoznacznych, ordynarnych smaków. Spodobały mi się też te leciutkie marchwiowo-owocowe akcenty. Fusiastość kawy skojarzyła mi się z Akesson's 75 % Forastero Brazil, jednak Akesson's zdecydowanie wygrywa bardziej likierowo-herbacianymi klimatami. JP Czekoladzie było bliżej do strączkowo-grzybowego Pralusa Bresil Forastero 75 %. JP Czekolada była mniej palona, a przez to o innym charakterze. Nie umiem ich lepiej porównać, ani wybrać smaczniejszej, ponieważ... obie były przepyszne.
A czy brazylijskie kakao mogło tak naaromatyzować posmakiem pieczarek JP Czekoladę z Wybrzeża Kości Słoniowej? Po dzisiaj opisywanej nie wydaje mi się, ale... kto to wie?


ocena: 9/10
kupiłam: jpczekolada.com
cena: 17,50 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym

Skład: zmielone ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

niedziela, 26 listopada 2017

Blanxart 77 % Criollo de Alto Piura Peru ciemna

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o marce Blanxart pomyślałam, że jest warta uwagi. Od razu patrzyłam na nią jak na "dobrą czekoladę na co dzień", taką... "degustacyjną, ale mniej", jednak wciąż "pewnie smaczną". Niestety, po spróbowaniu Blanxart 42% Grand cru Congo Milk byłam zdruzgotana, a do marki zaczęłam czuć przeogromną niechęć. Czas jednak leci, a ja sobie pomyślałam, że przecież mleczny Pralus też mi nie smakował, a jego ciemne czekolady kocham. Może tak będzie i w tym przypadku?

Blanxart 77 % Criollo de Alto Piura Peru to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Criollo z Peru z regionu Piura.

Po rozchyleniu pazłotka zobaczyłam dość jasną tabliczkę, która pachniała zaskakująco intensywnie i po prostu mocno. Drzewa ukazały mi się tu w każdym możliwym wydaniu, a więc jako las iglasty (ciemny z wilgotną ściółką, co kryło nieco kwaskowate akcenty), a obok tego palony motyw drewna, orzechów pieczonych , węgla...

Pewna słodycz, pewna gorycz, kwaski... Wiele krył ten mocny zapach, ale nie był taki 100 %-owo smakowity. Właściwie długo zastanawiałam się, czy mi odpowiada i nie doszłam do żadnych wniosków.

Nawet przy łamaniu tabliczka przypominała drewno, bo trzaskała jak suche gałęzie.
Po pierwszym kęsie wydała mi się bardzo oporna, ale przy kolejnych doszłam do wniosku, że mimo powolnego, leniwego rozpuszczania się, nie miało to nic wspólnego z oporem. Czekolada była jakby... gęsta, dość tłusta (jak jakieś naleśniki / placki), ale nie przeszkadzało to w odbiorze dzięki szorstkiemu zacięciu i lekkiemu efektowi wypływającego soku, który z czasem się pojawiał.

W smaku w pierwszej chwili też nic wielkiego się nie działo. Pojawiała się niepewna, leciutka słodycz i również leciutka gorzkawość. Albo nawet nie gorzkawość, a taka "czekoladowa wytrawność".

Z tejże nuty zaczął rozwijać się smak świeżo zaparzonej kawy i drzew, może o nieco palonym wyrazie. Narastały, nabierały mocy i jednoznaczności, aż w pewnym momencie zdziwiłam się, że Criollo może być tak mocne (a przy tym nieprzepalone czy coś). Była to właśnie moc, nie tyle głębia.

Spomiędzy tych dwóch smaków przebijało się coś dżemowatego. Pomyślałam o jakiś cierpkich ciemnych owocach - wiśnie, czarne porzeczki? Mało wyrazisty posmak, ale coś w tych klimatach.

W pewnym momencie, w dużej mierze przez tłustość, może też przez jakiś waniliowo-neutralnawy posmak naszło mnie skojarzenie z placko-naleśnikami - taak, takimi zaserwowanymi z dżemorem.

W tym czasie pewnego zdecydowania nabierała i słodycz. Po zjedzeniu całej czekolady dalej mam problem z klarownym jej określeniem. To coś jakby... "karmelowa słodycz suszonych daktyli z minimalnie podkwaszonym efektem", ale w sumie nie daktyle czy karmel.

Mniej więcej w połowie owoce przebijały się już odważniej. Przez dłuższą chwilę dane mi było rozkoszować się cytrusowym, ale nie kwaśnym (tylko minimalnie kwaskowatym) smakiem połączenia grejpfrutów i chyba limonki.
Potem jednak cytrusy wchłaniała ta wciąż w pewnym stopniu owocowa (znaczy suszono owocowa) słodycz, naleśnikowatość i wytrawność.

W końcowej fazie degustacji wracała silniejsza gorzkawość kawy oraz drzew i to właśnie ona, w towarzystwie lekkiej słodyczy, pozostawała na dość długo w posmaku.

Ta czekolada miała mocny, ale nie głęboki smak. Mimo wielu skojarzeń, nie było tu za dużej dynamiki, mimo że całkiem sporo się działo. Kawa, drzewa, trochę owoców... ciekawy i dziwny posmak naleśników / placków, no i smakowita, delikatna słodycz; wszystko w tonacji wytrawnej, ale nie gorzko "siekierowatej". To taka... bardzo dobra jakościowo, prosta i porządna czekolada.

Ta niejednoznaczność suszonych owoców i jakiś "wypiek" (tam wypiek, tu bardziej placki) kojarzyły mi się trochę z Pacari Piura Quemazón 70 %, drzewa i wiśnie (tam bardziej wino) z Original Beans Piura Porcelana 75 %, a kawa i dżemy z Domori Cacao Criollo 70 % Porcelana. Blanxart ciekawie "pozbierał nutki", trochę je uprościł i w sumie... tyle wystarczyło, by stworzyć smakowity kąsek. Sama się zdziwiłam, że aż tak mi to smakowało, ale... dosadność czekoladowej wytrawności wystarczyła.


ocena: 9/10
kupiłam: Piccola Italia & Mediterraneo w Warszawie
cena: 16 zł (za 125 g)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy znów kupię: jeśli miałabym okazję, to tak

Skład: kakao, cukier trzcinowy, masło kakaowe, wanilia

sobota, 25 listopada 2017

Zmiany Zmiany Kompas baton orzechowo-daktylowy

Jako że owoce suszone już jakoś tam wspomniałam przy batonie Zdrowie w Tobie figa, orzechy ziemne, chia, czuję niedosyt w "moich jesienno-zimowych nieczekoladowych smakach" na blogu. To ten czas w roku, w którym króluje u mnie masło orzechowe (przeważnie w jaglance), więc muszę przyznać, że uwielbianej przeze mnie marce Zmiany Zmiany naprawdę udało się trafić w dziesiątkę. Wypuścili bowiem nowość (dobra, to była nowość w momencie, gdy kupiłam; w dniu pojawienia się recenzji już raczej nie), która bardzo, bardzo mnie zaciekawiła.


Zmiany Zmiany Kompas to baton orzechowy z daktylami, który w 60 % składa się właśnie z orzechów: fistaszków i laskowych.

Po otwarciu poczułam wyrazistą moc fistaszków, takich leciutko podprażonych i w wydaniu podchodzącym pod masło orzechowe oraz leciutką słodycz daktyli, która miała w sobie coś... miodowego? 

Baton był ciężki, ale w sumie nieduży i cienki (jak na batony tej firmy). Na kartce zostawiał tłuste plamy, tłuścił ręce, odrobinę się lepił. Był dość twardy, ale jeszcze nie za twardy. W ustach przybierał cudowną formę. Rozchodził się dość gęsto, trochę na papkę, trochę w grudki, a także maziście tłustawo, co jednoznacznie kojarzyło się z masłem orzechowym ze świeżymi kawałkami orzeszków, ale co miało w sobie też pewną soczystą "papkowatość" daktyli. 

W smaku od pierwszej chwili uderzał mocny smak orzeszków. Był w pełni naturalny i dość świeży, leciutko podprażony, co szybko zaowocowało skojarzeniami z masłem orzechowym - takim neutralnym, bez soli, ale przepysznym.

Po chwili dołączała do tego słodycz daktyli, która w połączeniu z ogólną orzechowością wydała mi się w pewien sposób trochę miodowa i taka wręcz piekąca w gardle pod koniec jedzenia batona, ale w żaden sposób nie zasładzająca. Bardzo wyraźna była tu kwaskowata nutka przełamująca poczucie słodyczy.

Gdy przeżuwałam i ciamkałam każdy gryz, pod koniec robiło się bardziej masłoorzechowo i to właśnie naturalne masło orzechowe w towarzystwie daktyli zostawało jako posmak.

Baton wyszedł dość monotonnie, ale to była monotonia, która mogłaby trwać w nieskończoność. Prosty, ale jakże genialny smak. Masłoorzechowe orzeszki i pierwszej klasy daktyle w bardzo słodkim, ale jednocześnie nieprzesłodzonym wydaniu. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że o taką jednoznaczność w słodyczach naprawdę trudno, bo a to za słabo czuć masło orzechowe, a to za słodko, a to coś tam... a tutaj? Wszystko w punkt! A w dodatku to konkretny baton, a nie jakiś mikroskopijny liliput.


 ocena: 9/10
kupiłam: urbanvegan.pl
cena: 3,89 zł (za 60 g)
kaloryczność: 486 kcal / 100 g; baton - 292 kcal
czy znów kupię: tak

Skład: orzechy ziemne, daktyle, orzechy laskowe

piątek, 24 listopada 2017

Pana Chocolate 50 % Pineapple & Ginger surowa 50 % z Boliwii z ananasem, imbirem, karobem i cynamonem słodzona nektarem kokosowym

Kiedy przyszło mi sięgnąć po kolejną ręcznie robioną, wręcz "domową" propozycję australijskiej marki Pana Chocolate, męczyły mnie sprzeczne uczucia. Niby nie byłam nastawiona negatywnie, ale nie czułam się jak przed degustacją czekolady, co wzbudzało we mnie poczucie, że "coś jest nie tak". Jako jednak, że w składzie dostrzegłam pewne ciekawostki (np. nektar kokosowy, będący płynnym słodzidłem robionym z cukru kokosowego), ciekawość wzięła górę (nad niepewnością i niechęcią).


Pana Chocolate 50 % Pineapple & Ginger to surowa czekolada o zawartości 50 % kakao (tłuszcz + proszek) z Boliwii z ananasem i imbirem (olejkiem eterycznym), słodzona nektarem kokosowym z karobem, cynamonem i solą himalajską.

Po otwarciu poczułam bardzo silny zapach świeżego imbiru i ananasa, co przez zdecydowaną ilość przypraw (cynamonu, ale przez goryczkowate akcenty ogółu wyszło, jakby był to cały miks), skojarzyło mi się z... curry.

Przy łamaniu tabliczka okazała się miękka, ogromne kawałki ananasa opornie się rwały, a w ustach... zachowywało się to jak gruda z tłuszczu  i proszku wypełniona twardymi kawałkami ananasa, z którego można było wysysać sok. Okropna konsystencja, która w dodatku pozostawiała poczucie suchości w ustach i tłuszczu na ustach.

W smaku od pierwszej chwili poczułam głównie gorycz. To w dużej mierze połączenie goryczy i "mydlanej słodyczy" świeżego imbiru. Smakował niewiarygodnie świeżo i mocno, czym zdominował kompozycję.
Z czasem dopuścił trochę mdławej goryczki kakao o charakterze lekko ziemistym, w dużym stopniu "orzechowo-neutralnawym" (pewnie przez dużą zawartość tłuszczu), potem jednak znów strasznie się nasilał.

Do głosu szybko dobijał się słodziutki ananas. O ile jego struktura była twarda i męcząca, tak smak przyjemnie świeży, trochę podsuszony, ale bardziej świeży, niczym dojrzały owoc. Słodycz kręciła się wokół niego; jakakolwiek inna niż owocowa zdawała się nic nie wnosić, niepewnie kręcąc się gdzieś na tyłach, choć w sumie była całkiem silna.

Smak imbiru z czasem zaczynał się panoszyć jako ciepła ostrość, co w połączeniu z cynamonem i goryczkowatym posmakiem kokosa, albo właściwie oleju kokosowego, znowu jednoznacznie skojarzyło mi się z curry. Ogólna pikanteria i goryczki także przywodziły na myśl coś bardziej... nieczekoladowego. Całość zaczynała trochę podszczypywać w język (ostrość + uczucie jak od zjedzenia za dużej ilości ananasa). Olej kokosowy zaczynał się coraz bardziej odznaczać, ale i tak nie wybijał się przed imbirowość.

Na koniec pozostawał posmak imbiru, słodkiego soku ananasa i goryczki... jako przyprawy, olej kokosowy, z wątłym posmakiem kakao w tle. Całość smakowo wyszła... dziwnie. Nie to, że wyjątkowo źle, ale zupełnie nie czekoladowo; imbir osiągnął poziom przesady. Kojarzyło mi się to ze słodkim, ale wcale nie takim słodkim jak słodycze, curry. Zaskakująco świeże smaki ratowały obleśną konsystencję. Wygryzłam kawałki z ananasem, pozostawiając mniej więcej dwie kostki "czystej" masy, od których skutecznie mnie odpychało. Ciekawe, dość obrzydzające i... specyficzne. 


 ocena: 4/10
kupiłam: urbanvegan.pl
cena: 17,50 zł (za 45 g)
kaloryczność: 499 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao 50% (tłuszcz kakaowy, kakao w proszku), nektar kokosowy, olej kokosowy, karob, ananas 14%, cynamon, imbirowy olejek eteryczny, sól himalajska