wtorek, 24 lipca 2018

Pacari Raw Salt & Nibs ciemna surowa 70 % z Ekwadoru z kawałkami kakao i solą

Tak, jak pisałam przy miniaturce... Nie mogłam się nacieszyć z możliwości takiego porównania. To prawda, że wolałabym, żeby obie były pełnowymiarowe, ale nie ma co narzekać. Po "słodziuteńkowości" niesurowej pojęcia nie miałam, czego spodziewać się po tej. Surowe Pacari są w końcu specyficzne... Na szczęście miałam całą tabliczkę, by dobrze się wczuć, co też surowizna zrobi z tymi dodatkami.

Pacari Raw Salt & Nibs to ciemna surowa czekolada o zawartości 70 % kakao (miazga + tłuszcz) z Ekwadoru z kawałkami kakao i solą.

Po otwarciu poczułam zapach mokrej, ciemnej ziemi i jakby... zawilgoconego, zadymionego lasu? Przy nim były też zawilgocone kwiaty, niosące odrobinę skąpej słodyczy, może coś karmelowego... Te nuty jednak jakby trochę się spierały o miejsce z niby-palonymi, a na pewno odymionymi, nibsami i kawą. Kawą i... drzewami?

Tabliczka koloru niemal bordowawego brązu trzaskała jakby była bardzo pełna, choć nie wydała mi się strasznie twarda. Zawierała idealną ilość, a więc całkiem sporo, dodatków o raczej małym rozmiarze. Nie były to mikroskopijne drobinki, ale kawałki w sam raz pozwalające cieszyć się czekoladą.
Czekolada rozpływała się nieco leniwie, w oleisty sposób. Nibsy były chrupiące, a zarazem soczyście miękkawe, a więc takie, jak lubię. Sól za to nie odznaczała się w strukturze.

W ustach czekolada w pierwszej chwili wydała mi się przede wszystkim gorzka. Nie jakoś porażająco, a statecznie i poważnie. Był to gorzki dym, przy którym szybko zaczęły wzbierać dymno-siarkowe, kwaskowate nuty.

Trafiwszy na sól, miałam wrażenie że kwaskowatość i goryczka pomknęły z prędkością światła i nagle... rozmyły się w statecznie gorzkiej toni. Na myśl przyszły mi cytryny i skórki cytrynowe, choć klimatu cytrusowym bym nie nazwała.

Nie było ani zbyt gorzko, ani kwaśno. Słodycz pobrzmiewała w oddali cały czas. Miała wydźwięk zamglonego karmelu... W ogóle była ulotna, niczym poranna mgiełka i... w pewien sposób "mokra". W pewien...? Może minimalnie kwiatowy? Od "nie całkiem kwiatów" jednak moje myśli kierowały się ku... roślinom po prostu. Mokra roślinność... zielona roślinność. Nie wiem, dlaczego raz i drugi pomyślałam o niedojrzałych bananach.

Tu jednak stateczna kakaowość podrzucała kolejne nuty. Kwasek i goryczka poszły leśną, ziemistą ścieżką (dosłownie, bo nuty "lasu", a więc drzew i ziemi rozkręcały się) w stronę słodu i kawy. Kawa zaczynała szaleć przy rozgryzaniu kawałków kakao. Sól podkreślała soczystość i chwilami niemal piwną słodowość, ale kawa nie szła na żaden kompromis, w czym pomógł jej delikatny karmel (podkreślając właśnie ją, a nie piwną słodowość).

Na końcu robiło się karmelowo-kawowo w zaskakująco czekoladowym kontekście. Pozostawało też poczucie słoności, ale... raczej podchodzące pod soczyście siarkowe nuty, które w posmaku bardzo słabły, powoli zostawiając raczej dym.

Kupił mnie ten zawilgocony klimat, poważny wydźwięk i harmonia, która opiera się na wyrazistości, a nie nudzie. Wydźwiękiem lesiście-siarkowych i kawowych nut niemal kwaskowata słoność zabawia się do woli. Do gustu przypadła mi również gorzkawość jako baza, nie zaś słodycz jak w przypadku niesurowej wersji.

Wyszło zdecydowanie lepiej niż średnio "rozłożona smakowo" Menakao; gdyby nie Madecasse uznałabym ją za najlepszą jedzoną czekoladę z nibsami i solą. Wtopienie dodatków uważam za idealne rozwiązanie, nawet oleistość surowej czekolady mi nie przeszkadzała, ale... nad przyznaniem 10 trochę się wahałam, chcąc wyróżnić serkowo-twarogową Madecasse, która była niewiarygodnie owocowa mimo takich dodatków. Doszłam jednak do wniosku, że są tak diametralnie inne... że porównywanie nie ma sensu. W końcu to surowa z Ekwadoru, a tamta zwykła z Madagaskaru.


ocena: 10/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 23 zł
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 60,01%, cukier trzcinowy 30%, tłuszcz kakaowy 5,62%, nibsy 3%, sól 1%, lecytyna słonecznikowa 0,37%

poniedziałek, 23 lipca 2018

Pacari Cuzco Salt & Nibs ciemna 60 % z Ekwadoru z nibsami i różową solą morską

Czekolady z chrupiącymi dodatkami, a już zwłaszcza z nibsami, na pewno nie należą do moich ulubionych. Niby mogę zjeść, a nawet docenić, ale przy robieniu zakupów zawsze będą to pozycje dalsze. Sprawa wygląda trochę inaczej, gdy postawię sobie za cel spróbowanie wszystkich tabliczek danej marki, np. dlatego że jest jedną z moich ulubionych - jak właśnie Pacari, Madecasse i niegdyś Menakao (akurat ich nowa oferta przestała mnie ciekawić, mimo że markę nadal lubię i mam sentyment). Tym razem do otwarcia spieszyło mi się o tyle bardziej, że posiadałam dwie wersje do porównania: pełnowymiarową surową i niesurową miniaturkę. Nie wiem, czym kierowałam się, otwierając niesurową jako pierwszą. Wielkością? Nauczona doświadczeniem, że Pacari z dodatkami bardziej smakują mi niesurowe, lepsze powinnam zostawić na koniec... Powinnam? Lepsze? Za dużo pytań, lecimy z recenzją!

Pacari Cuzco Salt & Nibs to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao (miazga + tłuszcz) z Ekwadoru z kawałkami kakao i różową solą morską z Cuzco (Peru). U mnie jako miniaturka ważąca 10g.

Po otwarciu na myśl przyszła mi morska bryza, ponieważ poczułam wyraźny akcent soli wkomponowany w ciekawe otoczenie. Słonawość miała tu soczysty, niemal kwaskowaty wydźwięk sugerujący wilgotną ziemię i mokre kwiaty (nie całkiem róże charakterystyczne dla Pacari, bardziej coś wodnego...?). Temu wszystkiemu została jednak narzucona słodycz i taka "słodziutka czekoladkowość" za sprawą wyraźnie prażonej nuty orzechowej i błogiej, słodziutko karmelowej.

Przy łamaniu mini tabliczka o intensywnie brązowym, choć jakby z szarawym przebłyskiem, kolorze zachęcająco trzaskała-pykała. W środku zatopiono idealnie trafioną ilość sporych nibsów i zaskakująco dużych kryształków soli. Za ogromny plus uważam strukturę kawałków kakao: chrupiące, ale nie twarde czy ostre.
Czekolada w ustach rozpływała się kremowo, troszeczkę maślanie.

Przy pierwszym kęsie trafiłam zębem na kryształek soli, więc łatwo sobie wyobrazić, co poczułam najpierw. Sól była wyrazista już od początku - to nie podlega dyskusji.

Przy każdym innym kęsie jednak to karmel przygotowywał powitanie. Równocześnie odzywała się też nieco ziemista, dymno-prażona baza o łagodnie gorzkawym smaku.

Karmel z łatwością skupiał na sobie uwagę, wydał mi się słodziuteńki (niemal "toffiowaty") w pierwszej chwili, co dodatkowo podkręcały kwiaty szybko zaznaczające swoją obecność. Przy nich nieśmiało znów odzywała się nutka ziemi.

Nagle jednak, do błogo karmelowego smaczku dochodziła sól. Słone ukłucie podsycało dymne akcenty, niewiarygodnie podkreślało gorzkawe prażenie. Gdyby nie dym i prażenie, słodycz pewnie pomknęłaby jeszcze bardziej w kierunku toffi.
Czułam się, jakbym jadła czekoladę solonokarmelową i... z solonymi orzechami w karmelu? Skojarzenie z orzechami podkręcały nibsy. Ku mojemu zaskoczeniu nie było w nich kwaskowatych nut. Wyszły bardziej orzechowo-słodowo. Mimo to spotęgowały początkowo niepewną ziemistość.
Raz, gdy chrupnęłam jednocześnie i kawałek kakao, i kryształek, poczułam się, jakbym łyknęła piwo.

Kwiatowa nuta w tle nadała temu wykwintnej, "czekoladkowej" szlachetności i lekkości. Wraz z solą budowała rześkość.

Mimo wszystko to właśnie słoność i poczucie prażenia, dymno-ziemisty, daleki posmak pozostawał na długo.

Kontrast, a jednocześnie harmonia tej czekolady zaskoczyły mnie. To aż dziwne, że to się udało. Taka słodziuteńkość, "paniusiowatość" (tak określiłabym charakter tej tabliczki: zarozumiała paniusia) przy wyrazistej soli i piwno-dymnych skojarzeniach? A cała ta rześkość i morska bryza? Ta czekolada to... 20-letnie, kochające się małżeństwo na plaży: mąż z piwem i orzeszkami, żona wyperfumowana i wcinająca jakieś toffi-karmelki.

Nie do końca wpisało się to w mój gust, ale chciałabym zjeść pełnowymiarową, choć wiem, że byłoby to spotkanie jednorazowe. Ta słodziuteńkość i nibsy wyszły naprawdę zacnie, nie mogę się jednak nadziwić, że te drugie mi nie przeszkadzały, a właściwie... tak, jakby ich nie było, tylko w smaku odegrały dużą rolę. Podobało mi się to, chyba jeszcze nie trafiłam na taki efekt w czekoladzie z dodatkiem do chrupania.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od pacari.pl
cena: -
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa 50,84%, cukier trzcinowy 40%, tłuszcz kakaowy 4,96%, nibsy 3%, sól 1%, lecytyna słonecznikowa 0,2%

niedziela, 22 lipca 2018

wafelki Nagie Góralki extra kakaowe

Po zjedzeniu Princessy Brownie pomyślałam sobie, że w sumie może warto byłoby niedługo po niej ruszyć dość podobną propozycję innej marki. W przypadku Góralków, o których myślę, słowo "brownie" co prawda nie pada, ale zamysł wafelka wygląda podobnie - bardzo kakaowy i bez polewy. Nie ukrywam, że liczyłam na coś smaczniejszego, bo moje jedyne spotkanie z Góralkami w ciągu ostatnich lat było bardzo przyjemne - Góralek sernikowy to zdecydowanie jeden ze smaczniejszych wafelków, jakie jadłam.

Nagie Góralki extra kakaowe to "ciemny wafelek z kremowym nadzieniem (77%) kakaowym", a dokładniej dwa wafelki ważące łącznie 42g, produkowane przez I.D.C. Holding.

Po otwarciu poczułam silny zapach słodko-cierpkawego kakao w towarzystwie wafelkowego stetryczenia. Skojarzyło mi się to z lodami kakaowymi w waflu - takimi "budkowymi", sprzed lat. Nie wydało mi się to zbyt przyjemne, a niskobudżetowe.

Przynajmniej to, co z opakowania wyjęłam, wyglądało nieźle.
Wafelki były suche, całościowo chrupko-chrzęszczące. Warstwy waflowe nie odznaczały się niczym szczególnym, były lekkie i słabo wypieczone, a krem był tłusto-proszkowy i przypominał ulepkowatą grudkę z margaryny.

Wafle w smaku były lekko stetryczało-kartonowe i słonawe, może i "ciemnawe", ale na pewno nie kakaowe.

Z kolei krem smakował bardzo słodko "kakałkowo". Silna słodycz łączyła się z tłuszczowością, nawet nie margaryną, ale tak... No jak tani, kiepski krem pozbawiony wyrazu. Głównie słodki i nijaki z dosypanym lekko cierpkim, pylistym kakao.

Smak wydał mi się rozrzedzony, rozwodniony. Słodko-kakałkowy i bezczelnie niewytrawny, niewyrazisty. To wręcz definicja przeciętnego, najzwyklejszego teoretycznie kakaowego, a praktycznie nijakiego wafelka. Wolałam mniej słodką, a właśnie bardziej kakaową Princessę Brownie o przyjemnie chrzęszczącej strukturze.


ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła w Lewiatanie
cena: -
kaloryczność: 536 kcal / 100 g; wafelek 21g - 113 kcal 
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 8%, mleko odtłuszczone w proszku, mleko pełne w proszku, mąka sojowa, olej słonecznikowy, skrobia kukurydziana, lecytyny, substancje spulchniające: węglany sodu; żółtko jaja w proszku, aromat

sobota, 21 lipca 2018

Terravita Czekolada Gorzka 70 % ciemna

Uwielbiam korzenne i ostre przyprawy, jednak kupując drogie czekolady zdarza mi się pomijać zawierające je. Boję się, że a to ich ilość mnie nie usatysfakcjonuje, a to stłumią kakao i zawsze jakoś bardziej skupiam się na czystych. Ogólnodostępne z tymi dodatkami to co innego, więc seria Cocoacara Terravity zaciekawiła mnie. Tu jednak problem z ogólnodostępnością, bo nigdzie tych czekolad stacjonarnie nie widziałam. Swoje dostałam od Terravity, a w paczce znalazłam jeszcze "czyste" czekoladowe paluszki, od których to testy postanowiłam zacząć.


Terravita Czekolada Gorzka 70 % u mnie pojawiła się w postaci dwóch batoników po 31 g każdy.

Po otwarciu poczułam słodziutki, słodziuteńki zapach ciemnoczekoladowej polewy, kojarzącej się z piernikami w czekoladzie. Było w tym coś tłusto-wilgotnego i sucho kakaowego jednocześnie. Nie trafiłam na żadną wytrawność, której oczekuje się od 70 % kakao, ale o dziwo był to zapach całkiem zachęcający.

Już w dotyku czekolada wydała mi się tłusta, a mimo to niemal czarny paluszek ni trzasnął, ni pyknął. Nie zachowywał się jak ulepek. Najpierw twardy, w ustach miękł bardzo szybko. Kawałek rozpływał się w sposób tłusty jak czekolady mleczne, trochę jakby "obłaził" lepiącą czekoladową mazią z wyczuwalnym proszkowym efektem. Nie wysuszał.

W smaku od samego początku niezaprzeczalnie dominowała słodycz, co jednak nie znaczy, że od razu czuć cukier.

Szybko bowiem w ustach rozchodził się także smak mocno palony, kojarzący się z czekoladowymi piernikami w polewie kakaowej. Jedzonymi w towarzystwie kawy, maczanymi w niej. Nie było tu bowiem mowy o suchości. Wręcz przeciwnie: klimat był dość wilgotny. Wilgotny i tłusty w sposób maślano-polewowy.

Jak na "pierniki w czekoladzie" przystało, wyraźnie czuć kakao, leciutko wytrawnie-cierpkie, ale niemal zupełnie pozbawione gorzkości. O kwasku w ogóle nie było mowy (co w tym przedziale cenowym jest plusem), podobnie zresztą jak o "chamskim posmaku odtłuszczonego kakao". Kakaowość wyszła tu wprawdzie jak pierniki w polewie, ale... powiedzmy: smaczne pierniki.

Z czasem jednak słodycz zaczynała mnie trochę męczyć, bo robiła się po prostu nieproporcjonalnie silna. W mlecznej byłaby w porządku, ale do ciemnoczekoladowości nie pasowała. Chyba przez przez mazistą strukturę raz i drugi skojarzyła mi się nawet trochę cukrowo-lukrowo.

Po czekoladzie pozostawał posmak silnej, przesadzonej słodyczy ciemnoczekoladowej (bardziej właśnie jak jakieś twory czekoladowe, niż "deserówki") oraz poczucie cierpkości jak po odtłuszczonym kakao. Jego wyraźniejszy posmak jednak - całe szczęście - nie wylazł.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Wyszło co prawda za słodko i za miękko-tłusto jak na 70 % kakao, ale jednocześnie zaskakująco smacznie i przystępnie jak na takie realia. Nie czuć żadnych nieprzyjemnych posmaków, strasznego przecukrzenia też nie. Mnie może tylko trochę za bardzo pod polewę podchodziło i zupełnie nie podobała mi się konsystencja, ale są to wady tego kalibru, że gdyby np. J.D. Gross Amazonas 60 % nie istniała, to od biedy i Terravitę mogłabym kiedyś kupić.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Terravity
cena: -
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat

piątek, 20 lipca 2018

Zotter Blackcurrants in&out biała porzeczkowa z kremem z czarnych porzeczek i galaretką porzeczkową z warstwami ciemnej czekolady

Kocham porzeczki i ledwo wytrzymuję od sezonu do sezonu. Właściwie to nie mam wyjścia, bo ich sobie w środku zimy nie wyczaruję. Wtedy głód na nie staram się zaspokoić dżemami 100%, ale i na czekolady oczywiście poluję. Problem w tym, że porzeczkowych czekolad jest strasznie mało. Dzisiaj opisywana to nie nowość, więc sama nie wiem, dlaczego kupiłam ją dopiero teraz (na wiosnę, recenzję piszę w maju). Ważne, że sięgnęłam po nią, gdy już bardzo, bardzo tęskniłam za świeżymi porzeczkami, byłam normalnie u kresu wytrzymałości, na straszliwym głodzie czarnoporzeczkowym.


Zotter Blackcurrants in & out to czarnoporzeczkowa biała czekolada nadziewana kremem z czarnych porzeczek i galaretką porzeczkową (24%) z cienkimi warstwami ciemnej czekolady.

Po otwarciu poczułam smakowity, intensywny i w pełni naturalny zapach porzeczek i śmietanki (ale takie świeżutkiej, mlecznej) lekko posłodzonej wanilią. Zapach był szlachetny, a po przełamaniu dodatkowo soczyście-rześki.

Tabliczka, ku mojemu zaskoczeniu, przy łamaniu okazała się całkiem konkretna. Galaretka wprawdzie bardzo się rwała, ale całość trzymała się nieźle (nie rozpadała się).

Kawałeczek sobie rozwarstwiłam, ale całość była najbardziej boska, gdy przegryzałam się przez całość.
Czekolada z wierzchu wyszła idealnie tłustawa, rozpływała się w kremowy sposób, przy czym nie zabrakło w niej soczystego efektu. Świetnie schodziła się z idealnie kremową ciemną czekoladą oraz kremowo-mięciutkim i bardzo soczystym kremem. Była to dobra miękkość - naturalna i soczysta. Soczystość niewiarygodnie nakręcała galaretka, która okazała się właściwie nieziemsko soczystym musem albo zwartą konfiturą.

W smaku sama czekolada była zaskakująco kwaskowata w jedynie porzeczkowym kontekście. Wyraziste czarne porzeczki wkomponowano w trochę cukierkowo-mydlane, słodkie nuty, ale zaskoczyło mnie, jak mimo wszystko autentycznie wyszły. Pewnie dlatego, że było też czuć dobrą białą czekoladę, taką mleczno-waniliową.

Mleczność przy tym wszystkim cudnie podbijał krem porzeczkowy. Wraz z nim w ustach rozlewało się mnóstwo mleka: zwykłego, nie zaś z proszku. Stworzyło to iluzję mlecznego koktajlu z porzeczkami. Wydał mi się słodszy od czekolady, ale mniej cukierkowy, a bardziej owocowy, oprócz kwasku porzeczek cudownie nakręcał ich cierpkość.

Cierpkość porzeczek smakowicie podkreślała się wzajemnie z ciemną czekoladą, której odnalazłam zaskakująco dużo. Przepuszczała inne smaczki, czekając cierpliwie na swoją kolej, a potem uraczyła wytrawnością i wykwintnością. Cierpkość i gorzkawość jeszcze bardziej spotęgowały smak czarnych porzeczek.

Ich kumulacja nastąpiła wraz z rozpływaniem się galaretko-konfitury, która... właśnie słodko-cierpką konfiturą z czarnych porzeczek smakowała. Czysta natura i smakowitość.

Po wszystkim pozostawał posmak czarnych porzeczek - słodko-konfiturowych, ale i smakowicie kwaskowato-cierpkich w towarzystwie ciemnoczekoladowego klimatu.
Towarzyszyło temu poczucie lekkości i soczystości; nie miałam wrażenia, że zjadłam białą czekoladę. Czułam taką naturalność i nutkę ciemnej.

Po bardziej cukierkowo-mlecznym, słodkim początku czekolada uderzała czarnymi porzeczkami, słodką kwasko-cierpkością, którą ukoronował kop kakao. Zabieg z warstwami ciemnej czekolady był chyba najlepszym, na co Zotter  mógł wpaść. Całość wyszła niewiarygodnie naturalnie. Bardzo podobało mi się, że nie było tak bardzo białoczekoladowo, co po prostu mlecznie, a wciąż przede wszystkim porzeczkowo. Zakochałam się.


ocena: 10/10
kupiłamfoodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 437 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, koncentrat z czarnych porzeczek 7%, mleko, suszone czarne porzeczki 3%, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, masło, koncentrat cytrynowy, lecytyna sojowa, pektyna jabłkowa, słodka serwatka w proszku, sól, wanilia, pełny cukier trzcinowy, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

czwartek, 19 lipca 2018

wafelek Princessa Brownie

Mimo że bardzo smakowały mi Princessy Dark Cherry i Dark Orange, tak ogólnie Princessy widzą mi się jako rozreklamowane, a kiepskie wafle (a Princessa Dark Chocolate tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu). Większość słodyczy od Nestle mi nie smakuje, ale... no właśnie, "ale", zawsze jakiś wyjątek się zdarzy. Obecnie sama nie kupuję już wątpliwych słodyczy, ale traf chciał, że ostatnio mojej Mamie bardzo posmakowały lidlowe brownie i skłoniło ją to do tego, że jak tylko zobaczyła te wafelki, kupiła. Może i bym ją z tym ode mnie pogoniła, ale że ostatnio zebrało się tego trochę: a to brownie z orzechami McEnnedy, a to Ehrmann Schoko Brownie, uznałam, że mogę jeszcze troszeczkę wydłużyć brownie-serię.


Princessa Brownie to "kakaowy wafel przełożony kremem o smaku ciasta brownie" od Nestle.

Po otwarciu poczułam słaby zapach, trochę podchodzący pod tani, kojarzący się z kakaowymi lodami z pierwszej lepszej budki (acz takiej z czasów, gdy jeszcze normą był wyrób własny) w lekko stetryczałym wafelku.

Wygląd tym bardziej nie zachwycał, mimo że oczy cieszyła duża ilość kremu. Wafel raczej odrzucał, bo był strupiały zszarzały.

Całość wydała mi się bardzo lekka. Nic dziwnego, bo warstwy waflowe były bardzo napowietrzone. Cechowała je chrupkość, kruchość i suchość, co dobrze współgrało z dużą ilością znacząco tłustego, ale przede wszystkim chrzęszcząco-proszkowego kremu.  Jego struktura przypominała gęste, mączno-zakalcową papkę. Bardzo mi się podobała.

Warstwy waflowe wyszły neutralnie, bo nie były ani słodkie, ani gorzkie, ale czuć w nich pierwiastek pylistego kakao, soli i po prostu wypieczenie. Było by dobrze, gdyby nie stetryczenie (mimo że wydały mi się raczej świeże). Wraz z jedzeniem coraz bardziej dawało się we znaki.

Krem był bardzo słodki, ale to nie cukier grał w nim pierwsze skrzypce, a kakao w proszku. Takie suchawe, nie tak bardzo wyraziste, ale... kakaowe, jak to rzeczy tego typu. Znów na myśl przyszły mi lody kakaowe zrobione z dużą ilością kakao w proszku i cukru. O tak, to zdecydowanie słodkie kakao, ale nie "słodkie kakałko dla dzieci", bo zachowało gorzkawość i jakby zapowiadało cierpkawość. Oprócz tego, czułam nutę margaryny, ale zagłuszaną smakiem warstw waflowych.

Smak wafli dodatkowo podkręcał element suchości, z czym schodziła się kakaowa gorzkawość, ale i rozmywał potencjalnie esencjonalnie czekoladowy smak. Trochę jak niskobudżetowe ciasto.

Pod koniec mielenia w ustach, gryzienia i pozwalaniu na rozpuszczanie się, przy stetryczeniu odnotowałam też trochę sztuczności. W posmaku zostawał stetryczały wafelek i kwaśność odtłuszczonego kakao.

Ogólnie w sumie wyszło niezaprzeczalnie kakaowo, ale z brownie nie kojarzyło się. No dobra, może jakieś średnie kakaowe lody, średnie kakaowe ciasto...
Słodycz na poziomie dobrym, tłustość i suchość w sumie wyrównane... Sucho-stetryczałych wafli było mi tu za dużo, to fakt, ale głównym zarzutem jest po prostu jakość: gdyby wafle były lepsze...
Niby w porządku, ale na tyle nudny, że całego nie zjadłam (Mama swojego zjadła już dawno i nie pamiętała, czy jej smakował - gdy przyszło jej kończyć po mnie, stwierdziła, że pewnie niezbyt, bo "to zwykły kakaowy, jak ktoś lubi to pewnie dobry").


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Lewiatanie
cena: -
kaloryczność: 516 kcal / 100 g; wafel 37g - 191 kcal 
czy kupię znów: nie

Skład: olej palmowy, mąka pszenna, cukier, skrobia kukurydziana, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 10,6%, serwatka w proszku, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu; lecytyny, naturalny aromat waniliowy, sól

wtorek, 17 lipca 2018

A.Morin Jamaique Marvia Noir 63 % ciemna z Jamajki

Jamajka jako region pochodzenia kakao zaintrygowała mnie już dłuższy czas temu, bo wyspa ta leży pośród innych, z których może jadłam niewiele czekolad, ale które uważam za naprawdę ciekawe. Jedyną, jaką widywałam w sklepach internetowych była jednak Amedei, a marki tej nie lubię, więc Jamajkę zostawiłam fanom reggae. Do czasu! Do czasu, gdy stanęłam przed możliwością kupienia jamajskiej czekolady w wykonaniu marki, do której mam przeogromny sentyment. Nie zastanawiałam się ani chwili, a apetyt rósł wraz z czasem leżakowania czekolady w szufladzie.

A. Morin Jamaique Marvia Noir 63 % to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao trinitario z Jamajki

Po otwarciu poczułam wyrazisty, ciepły zapach drzew, kojarzący się trochę z kadzidełkami. Mimo zaznaczonego prażenia, było w tym sporo lekkości czerwonych owoców i świeżych śliwek (żółtych?). To klimat lata na Bliskim Wschodzie (nie wiem, dlaczego tak mi się skojarzyło).

Przyjemne ciepło dosłownie biło od tabliczki o kolorze właśnie niemal cieplusiego, czerwonawego brązu. Miała w sobie coś, że kojarzyła się z mleczną, mimo ciemnego odcienia.
Nawet łamała się wydając dźwięk jak ciemna mleczna, była twarda, ale nie trzaskająca. Rozpływała się dość szybko, trochę jak nie za tłusta mleczna. Zaskakująco proszkowo i ujawniając drobinki, a przy tym wciąż przyjemnie.

Od pierwszego kęsa poczułam się, jakby w ustach eksplodował mi granat. Oczywiście owoc, a dokładniej jego pesteczki pełne słodziutkiego soku. Po chwili tracił na jednoznaczności, ja czułam cały miks czerwonych owoców. Były bardzo słodziutkie, choć z charakterkiem, dlatego na myśl bardzo szybko przyszedł mi syrop z czerwonych owoców.

Jednocześnie rozwijał się "smak czekoladowy" - jak jakaś polewa do ciasta lub wyidealizowany krem do smarowania... taki kakaowo-orzechowy?
W tle poczułam sugestię prażonych orzechów laskowych. Lekkie prażenie zaznaczyło się zdecydowanie i otworzyło drogę dla drewnianych nut. Były to młode, bursztynowo-rudawe drzewa kąpiące się w słońcu, wonne niczym drzewne kadzidełka. Drzewa, ale i drewno... lekko zawilgocone i... najpierw pomyślałam o lasce wanilii, ale potem przed oczami stanął mi raczej patyczek po waniliowych lodach. Skojarzenia raz i drugi podkradły się pod cukier puder.

Z syropu wypłynęła smakowita nuta miodu. Bardzo jednoznaczna, bardzo słodka, ale głęboka. Miód przekierował owoce w innym kierunku. Nie ukrócił lekkości, zmieniając niejednoznaczne czerwone w żółte: melony i brzoskwinie?
Słodycz zaczęła się kumulować, a gdy "z rozpędu" wciągnęła i "bursztynowe" nuty drzew, i "lodowopatyczkowo-cukrowe" drewno, do głowy przyszły mi mięciutkie, soczyste daktyle (może nie tyle świeże, co takie świeżo-minimalniepodsuszone jak Alesto z Lidla itp.).

Nieśmiałe prażone orzechy z tła wymieszane z drewnem zaczęły kojarzyć mi się trochę warzywnie (fasola?), choć wciąż "na słodko" za sprawą owoców. Jakby jakiś zdrowy wypiek z polewą kakaową? Właśnie ją tworzyła cała ta syropowa miodowość i zdecydowana czekoladowość - taka definicja czekolady.

I to właśnie słodycz pozostawała w posmaku wraz z mnóstwem drzewnych nut.

Wszystko to smakowało latem, miało złoto-bursztynowo-ciepły klimat. Mieszanka owoców czerwonych i żółtych (granaty, brzoskwinie, daktyle) z mnóstwem drzew i drewna, zasłodzona syropowoowocowo-miodowo-cukrowo. Czekolada wyszła przede wszystkim słodka i prażona. Kakao nie ujawniało gorzkości, a drzewno-orzechowe nuty.

Z czystym sumieniem mogę to powiedzieć: takie zasłodzenie to rozumiem! Ulubione owoce, mnóstwo drzewnych nut - to, co uwielbiam. Wyjątkowo przypadł mi do gustu wydźwięk lata, "kolorystyka" smaku. Nawet pewna cukrowość się w to wszystko wpisała. Czekolada wyszła bogato i mało dynamicznie zarazem. Bardzo wciągająca i dość specyficzna; nawet struktura wpasowała się w smak. Nie wiem, na ile to zasługa samego kakao, a na ile jej "morinowość", ale... mnie kupiła. Czegóż chcieć więcej, gdy ma się ochotę na chwilę szlachetnej, ciemnoczekoladowej słodyczy?


ocena: 10/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23,99 zł (za 100g)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 15 lipca 2018

Benjamissimo Bulgarian Rose Oil 70 % ciemna z Nikaragui z olejkiem różanym

Obecnie nie potrafię powiedzieć, po co kupuję niektóre czekolady. O ile wyleczyłam się z kupowania nowości, które nie mają szans by mi posmakować, tak do niedawna miałam też takie strzały... że pewne czekolady nie wiem dlaczego mnie ciekawiły, mimo że myśląc logicznie powinnam dojść do wniosku, że raczej interesujące nie są, a tylko tyle że drogie. "Bo dodatki"... no, niektóre brzmią smacznie, ale rzadko są tym, czego szukam. Benjamissimo i Happy Benjamino najpierw jawiły mi się jako trochę tajemnicze i z pomysłem, jednak przy grejpfrutowej Benjamissimo bardzo się rozczarowałam, a po ryżowej 45 % ze spiruliną mam traumę (choć zdaję sobie sprawę, że głupio się w zakup sama wrąbałam) i zupełnie nie miałam ochoty na kolejne. Aż trudno opisać, jak bardzo cieszyłam się, że zamiast planowanych trzech, kupiłam dwie Benjamissimo, a drugą była... różana. O tak, dodatek róż prawie wszystko zmienia i mimo, że już nie łudziłam się co do głębi czekolady, tak liczyłam chociaż na intensywny dodatek. W końcu kocham różane smaki, a są tak rzadkie!

Benjamissimo Bulgarian Rose Oil 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Nikaragui z olejkiem różanym bułgarskim.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim zapach płatków róż. Był wyrazisty, ale nie napastliwy, a bardzo przyjemny. Nie zdominował czekolady, której ziemiście-cytrusowe nuty wraz z różami budowały poczucie wilgoci i świeżości, mimo również obecnych prażonoorzechowych akcentów. Cytrusy wydały mi się słodkie (jak pomarańcze), ale całość, mimo że niemal naperfumowana płatkami, miała poważniejszy wydźwięk.

Ciemna, niepozorna tabliczka trzaskała lekko w najnormalniejszy sposób, ujawniając odrobinę ziarnisty przekrój.
Rozpływała się raczej kiepsko, bo powoli i pyliście, przy czym wydawało mi się, że bardzo mięknie jak ulepek. Zachowywała swoją formę, a i tak było w niej coś właśnie miękko-tłustawego.

W smaku w pierwszej chwili poczułam bardzo delikatną, wręcz zamgloną słodycz.

Różany smak płatków tychże kwiatów nie miał z kolei żadnych oporów i pojawił się bardzo szybko i wyraźnie. Przyniósł pewną wilgotną rześkość, która natychmiast złączyła się ze słodyczą i przemyciła mnóstwo innych nutek.

Słodycz zrobiła się trochę karmelowo-kwiatowa w rozwodniono-mglistym kontekście; mdła, ale w dziwnie pozytywny sposób. Podkoloryzowała trochę róże, które jednak... aż takie słodkie-słodkie nie były.

Róże zdecydowanie dominowały, przybierały coraz bardziej perfumowany wydźwięk. Miałam wrażenie, że smakują trochę... właśnie perfumami, a więc zapachem (?) i pewną goryczką.

Chwilami mimo wilgotnego klimatu wyłaniał się też bardziej prażony motyw. Sugerował konkretniejsze tony: orzechowo-dymno-ziemiste, ale i ewidentnie suszone płatki róż.

Ta goryczka właśnie jakby ukrywała się w mgłach słodyczy. Lekkim prażeniem nakręcała skojarzenia z karmelem, ale... cała kwiatowość jakby ją "rozmoczyła". Co chwila powracały jakieś sugestie węgla... rozmoczonego, mazistego...? smolistego? jakby skroplony dym... Który osiadł niczym rosa na płatkach róż albo... spowijający wilgotną ziemię pokrytą płatkami róż. Dziwne i niejasne.

W tym rozmoczeniu czułam także cytrusowo-rześki, ale niekwaśny smak. Lekka słodycz sprawiła, że do głowy przyszła mi raczej słodka pomarańcza, ale... ledwo wyczuwalna.

W posmaku pozostawała leciutka gorzkawość, zamglona, wodnista słodycz karmelu z lekkim prażeniem i wilgotna ziemistość. Czuć też róże, trochę w kontekście perfumowym, ale i... posmak zapachu róż. Płatków róż.

Całość wyszła delikatnie, ale nie nijako. Ta tabliczka... to właśnie róża - wyrazista, ale łagodna. Nie ma w niej kwasku czy gorzkości, lecz raczy wieloma niuansami przy nie za mocnej słodyczy. Różany smak nie wyszedł przesadzony, mimo że był wszechobecny. Zacnie wyważona tabliczka.
Daleko jej do głębi Pacari Rose, ale na pewno wyszła spójniej i przyjemniej niż Rococo Rose.


 ocena: 8/10
kupiłam: naturalny24.pl
cena: 12,90 zł (za 70 g)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym np. w promocji

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, olejek różany 0,005%

sobota, 14 lipca 2018

baton LifeBar Plus Really Raw Choco Green Protein

Zjedzenie tego batona niedługo po Zotter Hempseed and Mocha (For Flashy Ones) i Happy Benjamino Lemon Spirulina + Protein nie było przypadkiem. Po prostu lubię czasem sobie taki "maraton smaków" urządzić.

LifeBar Plus Really Raw Choco Green Protein to surowy proteinowy baton czekoladowy ze spiruliną i białkiem konopi; na bazie daktyli, migdałów i pestek dyni, firmy Lifefood.


Od razu po otwarciu poczułam smakowity, intensywny zapach w zaskakująco soczyście owocowym klimacie. Skojarzyło mi się to z wyidealizowanymi wodnymi lodami owocowymi. Było słodko i kwaskowato, trochę cytrusowo, minimalnie ziemiście migdałowo-kakaowo. O lodach pewnie pomyślałam, bo zapach cechowała rzeskość, wręcz chłodek... Alg. Wyraźnie czuć bowiem również spirulinę.

Baton był zwarty, ale nie tak bardzo twardy. Sporo w nim kawałków migdałów ze skórkami. Zostawiał na kartce zielone plamy, w dotyku czułam oleistość.
W ustach był w pewien sposób twardy, ale rozchodził się łatwo, szczęki nie męczył, a raczył chrupiącymi migdałami (swoją drogą - część pokrywała skórka, część nie - te bez skórek uroczo się zazieleniły) i pestkami. Natłuszczony odpowiednio, miał pewien pyliście-suchawy efekt, ale i soczystości się w nim doszukałam.

Już od pierwszego kęsa poczułam, jak złożony jego smak był. Mimo to jego charakter wydał mi się spokojny - wyrazisty i bogaty, ale spokojny.

Stonowaną słodycz daktyli od początku opiewały różne kwaskowate nutki, a i gorzkawość jej nie odstępowała.

Bazowa gorzkawość była właściwie bardziej naturalnym smakiem "orzechowawym", przez co rozumiem delikatne, gorzkawe migdały i... po prostu bliżej nieokreślony orzechowy klimat. Smak migdałów cudownie nakręcał się w trakcie rozgryzania ich kawałków, a więc właściwie... prawie cały czas.
Podobnie było z pestkami dyni - wszechobecny jako nuta, a wyraziście wyłaniający się przy kawałkach.

W tym wszystkim pojawiała się także dosadniejsza gorzkość dymu. Przy niej wyraźnie zaznaczał się algowy smak spiruliny oraz coś bardziej ziemistego.
W ziemi kryły się niemal soczyście cytrynowe kwaski. Kwasek i dym prawdopodobnie pochodziły od surowej czekolady, ale ona jako smak nie była wyczuwalna. Kakaowe sugestie może troszeczkę.

Nadało to bardzo smakowicie palonego wydźwięku słodyczy, która pojawiała się i oddalała epizodycznie. Nie była za silna, a w dodatku miała taki poważniejszy, głębszy wydźwięk. Uładzała wszelkie kwaskowate zapędy. Bliżej końca właśnie przy niej trwał algowy smaczek.
Czułam charakterystyczne dla słodyczy daktyli drapanie w gardle przy końcówce batona, ale ich smak był bardzo wkomponowany w resztę (pewnie i wanilia nieco rozmyła daktylowość samą w sobie).

Algowo rześka spirulina oraz głęboka, palona słodycz daktyli i ziemistość pozostawały w posmaku. Bardzo wyraźnie czułam również migdały.

Baton bardzo mi smakował, bo nie kojarzył się z białkowymi produktami, a miał naprawdę złożony, ambitny smak. Wyszedł wytrawnie i zaskakująco rześko, jednak... nieadekwatnie do nazwy. Nie odebrałam go jako batona czekoladowego.


ocena: 9/10
kupiłam: Naturalny24
cena: 6,60 zł (za 47g)
kaloryczność: 415 kcal / 100 g; baton 47g - 199 kcal 
czy kupię znów: tak

Skład: daktyle 46%, pasta migdałowa, surowa czekolada 10% surowe ziarna kakao, surowe kakao w proszku, surowy tłuszcz kakaowy 39 % w czekoladzie), migdały, pestki dyni, białko konopi w proszku 3,5%, białko z pestek dyni w proszku 3,5%, spirulina w proszku 0,8%, wanilia w proszku

piątek, 13 lipca 2018

Pralus Republique Dominicaine 75 % ciemna z Dominikany

Skrupulatnie realizuję plan przetestowania całej oferty pewnych marek, m.in. Pralusa, bo czy dana tabliczka jest bardziej lub mniej ciekawa, zawsze jest pyszna. Dzisiaj opisywana miała być moją pierwszą z aż tak wysoką zawartością kakao z Dominikany. Region ten już zdążył zacząć kojarzyć mi się raczej ze słodszymi klimatami, ale przy zwiększonej mocy kakao...? Byłam ciekawa, co poczuję.

Pralus Republique Dominicaine 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario pochodzącego z Republiki Dominikany.

Po otwarciu zdziwiłam się trochę, bowiem zapach, który poczułam był bardzo delikatny. To taki... młody lasek sosnowy, jakieś białe kwiaty, melon miodowy... zapachy młodziutkie i niemal rześko-wodniste. Prażenie tylko trochę zaznaczyło swoją obecność.

Bardzo ciemna tabliczka trzaskała dźwiękiem żywym i raczej pełnym. Ileż w niej entuzjazmu!
W ustach rozpływała się kremowo i trochę oleiście, ale później lekko ściągała, co "podsuszało" oleistość. Cały czas jednak zachowywała idealną gładkość.

Już od pierwszego kęsa poczułam sugestię delikatnej kawy - rześkiej, nie mlecznej. Za sprawą prażenia zahaczało to z czasem o naturalnie kawową piankę.

Szybciej jednak w ustach rozchodziła się sama rześkość. Była owocowa, ale w sposób niepewny. Poczułam całe mnóstwo słodkawych, mniej wyrazistych... melonów? wodnistych gruszek?

A obok tego nadciągała cierpkawość, skądinąd również bardzo soczysta. Wydała mi się na stałe zespojona z prażeniem, co paradoksalnie nakręcało egzotyczne, wodniste owoce. Owocowa cierpkość niosła smak... soku porzeczkowego. Czarne i czerwone porzeczki oraz borówki (czyżby też truskawki?) - to było to! Nie było w nich mocniejszych kwasków, a smaczek rozganiający słodycz, wprowadzający wytrawność... jak wino.

Wspomniane prażenie, oprócz niesiekierowej kawy, niosło smak rozgrzanej ziemi, niemal dymu i... szyszek? Lasu? Była to pewna gorzkawość. Młody, mały i nasłoneczniony lasek... to bardziej naturalność niż gorzkawość i... o, prażone solone orzechy! Albo nie solone, ale tak prażone, że jakby słonawe. Znowu trochę z dymnymi akcentami.

Słodkie owoce egzotyczne, wraz z cierpkością / ściąganiem, przywiodły mi na myśl niedojrzałe banany. Prażoność jednak łączyła się z tą delikatnością, a klimat czekolady robił się mniej owocowy. W miejsce orzechów zaczęły wchodzić nutki jasnych herbatników i wafelków.

W ustach pozostawał posmak prażenia właśnie, znów może bardziej orzechowy, delikatne porzeczkowo-borówkowe ściągnięcie i posmak lekkich egzotycznych owoców, może jakaś roślinność.
Po tej czekoladzie czułam się trochę jak po dobrym, łagodnym czerwonym winie.

Może nie było w niej niczego, co by jakoś szczególnie zapadło w pamięć, pewne smaki wydały mi się nieco rozmyte, proste... Porzeczkowo-winne nuty, dużo orzechów i lesistość może nie zaserwowały specjalnej głębi, a melonowo-bananowa słodycz miała w sobie coś wodnistego, ale złożyły się na naprawdę smaczny bukiet.

Inne czekolady z tego regionu wydawały mi się bardziej owocowe i przyprawione, charakterniejsze, ale... tej najbliżej chyba było do Cluizela Los Ancones 67 % - również trochę lesiście-alkoholowego z kawową nutą. Obie miały jakby nie w pełni rozwinięty (ale bardzo przyjemny!) smak.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł (dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

czwartek, 12 lipca 2018

wafelek KitKat Green Tea

Kiedyś lubiłam Kit Katy, obecnie mi nie smakują, bo są cukrowe. Uwielbiam cierpką zieloną herbatę, słodycze o jej smaku przeważnie wychodzą według mnie niesatysfakcjonująco. Normalny człowiek dodałby dwa do dwóch i miał spokój. Ja nie. Ja koniecznie chciałam coś, co wiedziałam, że mi nie posmakuje, ale po prostu wiedziałam, że muszę. Masochistyczne zapędy? Być może. Uzależnienie od recenzowania dziwnych rzeczy? Na pewno. Gdy tylko usłyszałam mamine pytanie, czy chcę (prawie obojętnym tonem: "patrz jakie dziwne rzeczy w Stokrotce były")... zgarnęłam miniaturkowego wafelka.


Kit Kat Green Tea to "paluszki waflowe z kremem o smaku zielonej herbaty w białej polewie o smaku zielonej herbaty"; produkowane przez Nestle - w moim przypadku miniaturka 17g.

Po otwarciu poczułam zaskakująco delikatnie słodki zapach zielonej herbaty i mleka. Był... kuszący.

Paluszki okazały się twarde z racji względnie grubej polewy. Miała konsystencję tłustego, lekko proszkowego, plastelinowego ulepka z margaryny, który rozpuszczał się powoli i niekremowo. Kremu w środku było bardzo, bardzo mało, a same warstwy waflowe chrupały w chrzęszczący sposób i wydały mi się dość twardawe (ale świeże).

W smaku w pierwszej chwili wierzch zaskoczył mnie niską słodyczą. Nakręcała się dopiero z czasem. Sama polewa nie była jednak bardzo słodka. Czułam w tym przede wszystkim łagodną, słodko-ziołową zieloną herbatę i śmietankę. W duecie tym doszukałam się jakby algowego pierwiastka i posmak margaryny.

Algowo-ziołowy smak szybko wzrastał i zaczynał przewodzić reszcie, gdy zajęłam się chrupaniem, odnotowywałam coraz bardziej algowe, a w końcu kojarzące się z karmą dla rybek akcenty. Robiło się też coraz bardziej słodko i mdło. Przez chwilę nawet cukrowo, ale to szybko przełamały dobrze wypieczone, lekko słonawe wafle.
Krem wyłuskany osobno miał tylko lekki posmak zielonej herbaty (w kontekście akwariowatym), a tak to był... nijaki i cukrowy. Było go jednak tak mało, że "uchodził w tłumie" podczas jedzenia.

Na koniec pozostawał posmak słodko... słodkowafelkowy i słodkoherbaciany. Całkiem w porządku.

Całość wyszła zaskakująco... smacznie. Mimo okropnej konsystencji, naprawdę bardzo wyraźnie czuć smak zielonej herbaty i to właśnie jakby matchy (taki algowo-słodki). Mleczność wyszła ok, bez strasznych posmaków i - o dziwo! - bez przecukrzenia.
Nijaki krem ze środka (chyba cecha charakterystyczna KitKatów) schował się, ustąpił miejsca ciekawej polewie i waflom dobrej jakości. Nie wiem, jak by było z większym waflem, ale miniaturka robi dobre wrażenie mimo ohydnego składu.


ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Stokrotce
cena: coś mówiła, że 6 zł (?!)
kaloryczność: 526 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcze roślinne (z nasion i miąższu palmowego, illipe, shea, sal, pestek mango, kokum), mleko, cukier, mąka pszenna, maltodekstryna, zielona herbata w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; stabilizatory: wodorowęglan sodu (E500II), E170; sól, drożdże, wanilina