środa, 9 grudnia 2020

lody Ben & Jerry's Netflix & Chill'd

Kupowanie lodów B&J's jest u mnie pozbawione racjonalności (czasami, bo są smaki, których za nic w świecie nie kupię, odpychające mnie itp.). Sama siebie irytuję, że w pewien sposób niektóre mnie ciekawią i już. W ofercie tej marki nie widzę takich, które powaliłyby mnie na kolana, za to sporo tylko smacznych i parę niemoich albo niesmacznych, więc to niezbyt dobry bilans. Ten smak kusił jednak wszystkim: od samego zestawienia kojarzącego się z ubóstwianymi przeze mnie limitowanymi (na USA) Haagen-Dazs Peanut Butter Pie, od chęci porównania wykonania precelków w lodach z lidlowymi Alpen Fest Pretzel Ice Cream czy amerykańskimi Prigel Family Creamery Ice Cream Caramel Prezel, przez piękne netfliksowe opakowanie. Tak, oglądam tam sporo rzeczy, ale tu i kolorystyka, grafika oddająca nocne niebo usiane gwiazdami mi do gustu przypadła. A co do precli - cóż, w obu podlinkowanych narzekałam na twardość zamokłych bułek. Nie uczę się na niektórych błędach, ech... Te jednak mogły okazać się... zupełnie inne z racji formy dodatku.

Ben & Jerry's Netflix & Chill'd™ A Netflix Original Flavour to lody o smaku masła orzechowego (krem z fistaszków to 5 %) z masą ze słodko-słonych precli (8,5%) oraz kawałkami ciasta brownie (9,5%). Opakowanie zawiera 465 ml / 405 g.

Po otwarciu pudła poczułam słodko-słony, fistaszkowy zapach, którego wyrazistość była przełamana mlekiem, śmietanką. Wydał mi się więc łagodny, ale czuć, co trzeba. W trakcie jedzenia wszystko, w tym orzeszki, przybrały na wyrazistości, doniuchałam się kakao o truflowym charakterze i słonych precelko-paluszków, więc było apetycznie.

Masa początkowo była twarda, ale topiąca się dość chętnie. Lody okazały się kremowe i gęste, ale nie ciężkie. Cechowało je specyficzne, twardawe zagęszczenie (jakby  orzechowe), ale bez przesady. Łyżka się nie gięła, czuć jakby mleczną (bardziej niż śmietankową - obstawiam, że z racji mieszaniny wody, śmietanki i mleka odtłuszczonego) bazę.
Całość przeplatały zawijasy i skupiska (wielkie i mniejsze) masy precelkowej / kremu ze zmielonych precli. To trochę coś pomiędzy gęstym sosem a masłem orzechowym, tylko że z precli, z ich drobinkami. Rozpływało się to w ustach trochę mącznie, trochę chrupnęło raz po raz. Ciekawe coś. Jako że miejscami bardzo mieszało się z masą lodową, nadawało jej trochę mącznego efektu.
Kawałki brownie... zszokowały mnie. Były to wielkie kawały ciasta (prostokąty nawet do ok. 5x2 cm), ale też mniejsze kawałki i "rozpaćkane" części. Okazały się tłusto-miękkimi, mokrymi (bo też nasiąkającymi masą lodową) kapciami, błogo rozpływającymi się w ustach na zalepiająco-gęstą papkę. Atrakcyjne, prawdziwe ciacho!

W smaku sama masa lodowa pokazała się od strony dość słodkiej i mlecznej. Właśnie mleczna wydawała się baza. Na tejże bazie rozszedł się słodkawy motyw smarowidła orzeszkowego, z coraz chętniej rozkręcającymi się fistaszkami właśnie. Orzeszki wydały mi się delikatne, lekko podprażone. Jedząc raz po raz trafiałam na ich wyrazistszy smak podkreślony solą. To raczej delikatne masło orzechowe, bardzo "umlecznione", niewątpliwie jednak słone. W dodatku słodycz była zaskakująco niska.

Zawijas ze zmielonych precli wyszedł bardzo spójnie z lodami. Swoją słonością podkreślał tę masłoorzechową. Nie był bardzo skumulowany, a częściowo wręcz wmieszany w lody, przez co precelkowość chwilami nie była jednoznacznie mocna. Mimo to, dobrze czuć nieco bułkowato-preclowy i specyficzny, mocno wypieczony, pszeniczny smak. Bardziej słono-chrupkie fragmenty kojarzyły się raczej z precelkami "paluszkowymi". Zdarzyło mi się trafić także na parę gęstych, bardzo słono-precelkowych, intensywnych skupisk. Chwilami zaś ten dodatek wydawał mi się mdławy jak zawilgocone okruchy chleba / bułki. Potem z kolei np. trafiłam na sól i... już nie.

Słonawość niewątpliwie uwypukliła smak brownie. Te kawałki wyszły bowiem słodko-ciastowo, ale przede wszystkim gorzko czekoladowo-kakaowo, z truflowo-alkoholową nutą (bez rzeczywistych procentów). Były niczym... intensywny, porządnie wypieczony murzynek, nasączony czekoladowym likierem, w którym kakao nie żałowano.

Masa lodowa po tym wszystkim wcale nie wydała się mdła, ale wyrazistsza też nie. Trzymała się łagodnej fistaszkowości i mleczności (w tej kolejności). Słodycz też do końca trzymała stonowany poziom, a słoność chwilami zaskakiwała tym, jak wyraźna i adekwatna była.

Całościowo lody wyszły dobrze. Niezła baza o wyważonym smaku i uniwersalnej konsystencji z ciekawymi dodatkami. Masa precelkowa była dziwna, ale raczej dziwnie-fajna (choć mogłaby być lepsza, bo zawilgocone okruchy... ekhem), a ciasto wyszło obłędnie (nie dość, że pyszne, to jeszcze te zachwycające kawały... jeden aż ledwo zmieścił mi się na łyżeczce / w ustach). To dobre połączenie czekoladowo-kakaowego ciacha i delikatnego, ale słonego masła orzechowego. Słodycz zaskoczyła mnie, że była tak niska, a sól nie narzucała się, mimo że sypnięto jej sporo.
Od HD Peanut Butter Pie były jednak gorsze - mniej masłoorzechowe i... jednak prostota połączenia Haagenów wygrała. Precle były fajne, ale jako ciekawostka.


ocena: 9/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 465 ml)
kaloryczność: 276 kcal / 100 g; 240 kcal / 100 ml
czy kupię znów: mogłabym w promocji

Skład: woda, śmietanka 21%, zagęszczone odtłuszczone mleko, cukier, oleje roślinne (sojowy, kokosowy, rzepakowy), orzechy ziemne, mąka (pszenna, słodowana jęczmienna), żółtko jaja, skrobia, syrop cukru trzcinowego, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, sól, jaja, białko jaja w proszku, stabilizatory (karagen, guma guar), lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii, substancja spulchniająca (węglany sodu)

wtorek, 8 grudnia 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Wenezuela Caicara del Orinoco 70 % ciemna z Wenezueli

Ziarna kakao z Wenezueli są bardzo cenione. Osobiście jednak za nimi aż tak nie latam - nawet nie wiem, dlaczego, skoro wiele czekolad stamtąd powaliło mnie na kolana. Jedną z takich była Beskid Wenezuela Chuao 90 %, więc bardzo ucieszyły mnie nowości tej marki: czekolady o różnej zawartości kakao z tego kraju właśnie. Patrząc, co nowego trafiło do moich słodyczowych zbiorów, zaczęłam od ciemnej z podstawową zawartością, że tak powiem. Mało tego, nawet 70 % od Beskidu już jadłam, ale z plantacji Valdiviezo.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Wenezuela Caicara del Orinoco 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wenezueli z regionu miasta Caicara del Orinoco.
Czas konszowania to 48 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, ruszył wyścig drzew podrasowanych soczyście podwędzonymi i ziemistymi tonami, słodyczy róż i ogromu innych kwiatów, duetu ciemnych, słodkich i chrupiących winogron oraz równie ciemnych śliwek. Ostatnim zawodnikiem było słodko-soczyste połączenie słodkich pomidorów (malinowych, czekoladowych itp.) i słodkiej papryki (może właśnie też podwędzonej?). Wydźwięk był słodziuteńki, z wytrawną bazą, zaskakująco w tym harmonijny, acz przekorny. W trakcie degustacji doszukałam się jeszcze nieśmiałego, słodziuteńkiego karmelu.

Ciemna tabliczka okazała się twarda i trzaskająca głośno. Już przekrój miała zbity.
W ustach również zbitość podtrzymała, choć nie była bardzo tłusta. Wyszła jednak dość ciężko, esencjonalnie. Rozpływała się leniwie i pozostawiała po sobie lepiące smugi, soczystość, acz zachowywała formę kawałka. Rozchodziła się na krem, ale w miękki krem się nie zmieniała. Była gładka, jednak trafiłam na parę drobinek kakao.

Od chwili odgryzienia kawałka czułam, jak nad wysoką słodyczą zawisła odymiono-palona, może tytoniowa gorzkość. Najpierw jednak wyrwał się karmel, zaraz jednak ponad nim znalazły się intensywne, niemal czarne winogrona granatowe o słodyczy silnej, ale rześkiej. Mieszały się z kwiatami, także słodkimi. Karmel był lekko palony oraz niemal śmietankowy, cierpkość więc nie pojawiła się, za to... niektóre skórki były kwaskawe. Winogrona dogoniły ciemne, słodko-kwaśne i trochę cierpkie śliwki.

Odrobinę wolniej, ale konsekwentnie po ustach rozchodziła się gorzkość. Wpisując się w rześkość, soczystą cierpkość (bo właśnie i dym był lekko cierpkawy) i kwiatowość, weszła dzięki palono-herbacianym fusom, by po paru chwilach rozlać kawę. Kawę... czarną, ale nie mocną, a soczystą i rześką. Jej ziarna wydały mi się lekko podwędzone, pełne ziemiście-torfowych nut. Podkreślała to pewna nibsowość, na którą trafiałam raz po raz. W ziarnach poddymienie-podwędzenie odnalazło się znakomicie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość kawy i ziemi zaadoptowały orzechy. Wciąż gorzkawe, jakby nieco przykurzono-starawe, wdeptane w ziemię i jej kwaśniejsze, mocniejsze tony, zabrzmiały mocarnie, by po chwili nieco złagodnieć. Od nich rozchodził się nabiałowy smaczek maślanki czy jogurtu gęstego i kremowego, o leciutkim, cierpkim kwasku.

Na wierzch znów wypłynęły owoce. Od śliwkowej kwaśności rozeszły się nienachalne cytrusy. To m.in. cytryna, ale i słodsza pomarańcza. Ta druga zaserwowała mi swój cały przekrój: od słodkiego soku i miąższu po goryczkowatą skórkę. Tu mignął także grejpfrut. Słodycz jednak wręcz kłębiła się i kumulowała, że aż pomyślałam o mandarynkach. Obok nich z kolei umacniała się kwaśność cytryny, która wyszła soczyście i cudownie.

Ze skórką mieszało się lekkie dymne podwędzenie, wytrawność. Czerwony cytrus zasugerował podwędzane słodkawe warzywa (papryka, słodko-kwaskawe pomidory), ale szybko przykryły je inne nuty. Kwasek zrobił się wyraźnie cierpkawy. Połączyło to owoce z innymi aspektami. Słodkie pomarańcze przywołały karmel, który wydał mi się dziwnie zgaszony, rześki. Maślany... albo bardziej śmietankowy... Po chwili zaskoczyło. Czułam ewidentnie cierpki jogurt - grecki? Był z delikatnym, owocowym wsadem, to pewne. Cytrusowym, ale... cytrusowo-kwiatowym? Oczami wyobraźni zobaczyłam ukwiecone drzewa i... właśnie. Drzewa i kwiaty.

Końcówka zrobiła się bardziej kwiatowa, niemal różana i esencjonalnie słodka. Powróciły winogrona, już teraz i różowawe, i granatowe (niejednoznaczna mieszanka) oraz rozmyte śliwki, więcej cytrusów. Było bardziej słodko, a karmel na pewno maślano-śmietankowy. Czy wręcz... śmietanowy? Z zalążkiem kwasku i dymu.

Końcowa kwaśność znów na wierzch wydobyła kawę. Czułam jej wilgotne, soczyste fuso-ziarna oraz kwaskawo-owocowy charakter, jaki przybrała. Jakby cytrusowo-winogronową ucztę wśród kwiatów i drzew ktoś właśnie kawą zakończył.

W posmaku pozostała ona: kawa ziemista i soczysta, ale także dym, słodziutkie winogrona; lekko zaznaczyły się cytrusy, związane kwiatami z bardziej podwędzanymi, wciąż soczystymi orzechami, kawą i drzewami.

Całość była wprost przepyszna. Ta wenezuelska kawa... cudownie się w niej przeplatała. Kwiatowo-winogronowe, śliwkowe tony harmonijnie zmieniały się z cytrusami (cytryny, pomarańcze), drzewa i podwędzenie bez problemu do nich dołączyły. Miałam wrażenie, jakby wszystkie nuty łączyła... kawa właśnie. Kawa i nieodłączny dym. Było jednak nie tak bardzo gorzko, a soczyście kwaśno i słodko. Kwaśność tylko i wyłącznie smakowita (owoce, jogurt) dodatkowo została uładzona słodyczą i innymi, neutralniejszymi wątkami.
Kwiaty, "moje" winogrona i kawa wystarczą do pełni szczęścia. Podwędzenie, cytrusy w zacnym wydaniu i fusiasta ziemistość to dodatkowe, cudne bonusy, więc oceny innej być nie może.

To smakowite skojarzenia z cytrusową i drzewno-kawową Beskid Venezuela 70 %, która była bardziej maślankowa, a z owoców zdecydowała się na dżemy morelowe i ogółem wydała mi się mniej soczysta, a bardziej ciepła (bo i całkiem sporo w niej przypraw korzennych), ale dzisiaj opisywanej znacznie bliżej było do śliwkowo-kawowej, pomarańczowej i podwędzanej Idilio Origins 1er Criollo Cru Barlovento.
Jakoś rozminęła się ze znacznie słodszą (w kontekście suszonych owoców, np. daktyli i rodzynek), morelowo-niemal mleczną Idilio Origins 5nto Cooperativa Amazonas 72 % właśnie znad Orinoko. Łączyła je jednak kawa i pewna wytrawność.
Skórkowo-karmelowa, sernikowa i bardzo cytrusowo-pomarańczowa była też Beskid Wenezuela Chuao 90 %, przy której to z kolei dobrze czuć podobieństwo sposobu wyrobu.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 16,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: tak

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Merci Dark Chocolate 72 % ciemna

Nigdy specjalnie nie przepadałam za czekoladkami Merci. Mleczne warianty mi nie smakowały, ciemne jakoś tam lepiej szły, ale fenomenu za nic pojąć nie mogę. W dodatku zawsze postrzegałam je jako marny prezent kupowany przeważnie "na odwal", nie interesując się, co ktoś lubi. To takie pójście na łatwiznę... Gdy daje się to komuś, kogo nie zna się zbyt dobrze, to jeszcze rozumiem, bo w takim miksie jest szansa, że coś sobie znajdzie. Ale córce? Na takie coś twarz wykrzywia mi się w grymasie. Po słowach: "mlecznych chyba nie lubisz, a to... może być?" jednak jakoś mięknę. Tym razem tato nie kupił żadnych Luximo czy Heidi, a tabliczkę z "przykasowej przeceny" w Biedrze, uznając ją za godną "córki degustatorki", co szczerze doceniam. I co rzeczywiście jakoś tam mnie ucieszyło, bo sama nigdy bym tego nie kupiła, a czysta tak wysokoprocentowa Merci? Tego jak żyję nie widziałam. Niestety do otwarcia i tak musiałam się trochę przymusić, bo po Moser Roth Nougat 'N' Crisp i skojarzeniu z migdałową Merci, jakie wywołała, do niej wcale mi się nie spieszyło.


Merci Dark Chocolate 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao; produkowana przez Storck i dostępna w opakowaniach  100, w których są 4 oddzielnie pakowane minitabliczki.

Rozchyliwszy złoty papierek, poczułam intensywny, mocno korzenny zapach palonych, czekoladowych pierników z nadzieniem truskawkowym. Opiewała to maślaność, przywołująca skojarzenie z tłusto-czekoladową polewą z tychże pierników... I trochę jak masło topiące się na ciepłym, przypalonym toście z dżemem. Słodycz nie była za wysoka;a przybrała nawet lekko waniliowy charakter.

Karykaturalnie czarna tabliczka w dotyku wydawała się idealnie gładka.
Cicho trzaskała, kiedy ją łamałam, przy czym twardości odmówić jej nie mogę, ale już w trakcie robienia kęsa sugerowała miękkawość.
Twardość odpływała zupełnie w niepamięć w ustach, ponieważ prędko miękła. Znikała w tempie umiarkowanym, nie ociągając się. Była dość tłusta w gładko-kremowy sposób. Pozostawiała zawiesinowe smugi, którymi trochę tylko zalepiała... mimo całej kremowości kojarzącej się aż ze śmietanką, wyszła jakoś nieco polewowo, bez czekoladowej gęstości, znikając jak woda z pyłkiem i ten pyłkowy efekt pozostawiając. Taka miękkość ni jak mi nie pasuje do ciemnych czekolad.

Robiąc kęsa poczułam wysoką gorzkość, która w ciągu ułamku sekundy znalazła się na równi ze słodyczą. Okazały się idealnie wyważone, po czym nagle zaczęła rosnąć cukrowość, jakbym przełknęła kawę z bardzo słodkim syropem. Na szczęście robiła to w tle - nie była chamska, mimo że zbyt wysoka.

Na przodzie bowiem rozlała się kawa. Gorzka kawa, kawa mocno palona. Pobrzmiewał przy niej lekki kwasek kakao i cierpkość. Stała się smakiem bazowym. Pomyślałam o przypalonych piernikach i.... korzennych ciastkach speculoos. Czekoladowe pierniki w polewie plątały się w tej kompozycji, ale to właśnie te twarde, specyficzne speculoos zwróciły moją uwagę. Podciągnęły trochę cukrowej słodyczy z tła, a z kwaskiem zasugerowały scukrzone suszone owoce i... więcej jakiś różnych ciastek.

Ciastek albo czegokolwiek chrupiąco-twardego i spalonego w pozytywnym sensie. Palona kawa podkręcała to skojarzenie. Kawa pita... w towarzystwie tostów! Trochę przypalonych, ale sucho-trzeszczących, rwących się i... z ogromem masła. Masła topiącego się, na które dołożono... dżem? Słodki dżem truskawkowy słodzony wanilią? Mógł on wypełniać również tamte pierniki...?

Bliżej końca od maślano-tostowych nut, zmieszanych z cierpkością i gorzkością kakao wyraźnie rozchodził się smak korzennych pierników w czekoladzie / polewie czekoladowej. Te były bardzo czekoladowe, bardzo palone i bardzo tłuste.

Pod koniec jednak znów pojawiła się cierpkość i goryczka kakao, lekko ściągnęły, nie odganiając nieśmiałego kwasku. Zrobiło się też bardzo słodko, znacząco waniliowo. Drapało w gardle.

Posmak był już bardziej cukrowy, ale wymieszany z wanilią. Wanilia wydała mi się nie do końca naturalna (ale też nie sztuczna), a dzięki temu stanowiąca dobre przejście do goryczkowatej spalenizny i przypraw. Z cierpko-gorzkim, palonym motywem kawy i kakao...wych pierników. Z tłustą polewą! Utrzymywał się średnio długo i był raczej neutralny niż jednoznacznie przyjemny.

Czekolada właściwie zszokowała mnie, że wyszła tak dobrze. Gdyby nie cała ta smakowa maślaność... w ogóle piałabym z zachwytu nad smakiem. To ciepła korzenność i kawa; można by powiedzieć, że kolejno kawa z ciastkami speculoos, tostami z masłem oraz z piernikami w czekoladzie z dżemikiem. Jednoznaczne jakby trzy rozdziały podczas degustacji; słodkie, o łagodnym charakterze, a jednak wyraziste w smak. Czuć gorzkość, ale mocno gorzko nie było.
Niestety, gdy chodzi o konsystencję, była mi za miękko-tłusta i rzadka jak na 70 %. Zdecydowanie miększa i rzadsza od Lindta 70 % (tu jednak nie ma co patrzeć na całość, bo jest sprzed poznania wielu innych; aczkolwiek zdradzę, że nowa recenzja - też 9/10 - za jakiś czas), ale w smaku lepsza. Zarazem też słodko-tłustsza (na smak) od Grossa 70 %.
Gdyby nie struktura, biorąc pod uwagę cenę i wspomnianą konkurencję, może miałaby 9 - choć tu nie wiem jeszcze, jak ze słodyczą (może byłaby mniej uciążliwa, a tak za szybko spływała do gardła drapiąc w nim).
Najbliżej jej do J.D. Gross Amazonas 60 % pod względem smaku - pod względem struktury właśnie nawet Gross Amazonas 60 % był o wiele bardziej ciemnoczekoladowy. Biorąc pod uwagę zawartość (najwyższa ze wszystkich wspomnianych!) za te łagodności poleciały punkty w dół.
Jestem daleka od dzielenia czekolad na gorzkie i deserowe (uznaję po prostu "ciemne"), ale ta miała... taki właśnie "deserówkowy" klimat. Po jednej minitabliczce właściwie nie ma się ogromnej ochoty na kolejną przez silną słodycz, przy której jednocześnie wstępny kakaowy głód jakoś tam się zaspokoiło, ale można zjeść. Ja zjadłam kolejne i całością nieźle się już zasłodziłam, ale wiedziałam, że nie będzie mi się chciało kolejnego dnia do niej wracać. Acz od niechcenia można by.

Jadłam ją dobrze pamiętając Cachet Milk Banana & Fudge - struktura tamtej również bardzo mi się nie podobała, jednak Merci była po prostu niemoja, smak pomógł, w efekcie czego można znieść. Z kolei Cachet była zbyt irytująca,  mimo że smaczna.


 ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: - (ona chyba kosztuje jakieś 6 zł za 100 g np. w Biedronce)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym dostać

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

niedziela, 6 grudnia 2020

Georgia Ramon Ghana 75 % Kuapa Kokoo Forastero ciemna z Ghany

Historia konkretnie tej tabliczki jest dość dziwna. Otóż bardzo mi na niej zależało, bo jakoś lubię Ghanę jako region kakao. Wreszcie zdobyłam i bardzo się z niej cieszyłam. Zawsze jednak między kupnem, a zjedzeniem mija u mnie długi okres czasu. Zapomniałam więc o niej. Parę miesięcy później przeszukiwałam listę czekolad z datami posiadanych i jej nie znalazłam. Przejrzałam bloga i wersje robocze - nic. A na stronie Sekretów Czekolady była. Już chciałam ją kupić ("teraz natychmiast!"), ale wzięłam wdech i wydech, po czym poszłam poprzeglądać czekoladowe zbiory (lubię to robić, tak swoją drogą). Czekoladę znalazłam na dnie szuflady, co ucieszyło i zaskoczyło (!) mnie, jakbym znalazła skrzynię skarbów. Przecież nie znalazła się tam w magiczny sposób, a po prostu ostatnio zapomniałam wpisać ją na listę... Efekt jednak był, jaki był. I był też pomysł, co wybrać na degustację na dniach.
Czy coś ją wyróżniało oprócz mojego specyficznego nastawienia się na nią? Trudno powiedzieć, ot: kakao forastero (konkretniej amelonado) kupiono od kooperatywy Kuapa Kokoo.

Georgia Ramon Ghana 75 % Kuapa Kokoo Forastero to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero z Ghany.

Gdy tylko otworzyłam papierek, poczułam aromat rześkich, raczej żywych, być może tylko co powieszonych do suszenia się kwiatów z niemal lekowo-aptecznym charakterem ziół. Obok tego stała owocowa soczystość, z kolei już trochę upudrowana, czerwonego połączenia malin, granatu i grejpfruta. Ten ostatni zawierał w sobie goryczkę, przywodzącą na myśl żelko-galaretki. Czyżby też pomarańczowe?

Ciemna tabliczka wydawała się suchawa. Na pewno cechowała ją twardość. Trzaskała bardzo głośno i również "sucho".
W ustach rozpływała się wolno, ale bez oporu, Cały czas pozostawała dość zwarta, mimo że miękła jak ciepła plastelina i częściowo oblepiała podniebienie. Była lekko soczysta, ale z zagęszczono-słodkim efektem. Skojarzyła mi się trochę z zżelowanym musem owocowym, który zasypano pyłkowym kakao.

Już wgryzając się w kawałek poczułam, jakbym rozgryzła pesteczki granatu. Smak czerwonego owocu rozlał mi się po ustach, łącząc słodycz i leciutki kwasek, a już po chwili... jakbym trafiła na samą pesteczkę.

Pesteczka... pesteczka-tabletka była gorzka. Nie jakoś mocno, a jak palony cukier; trochę cierpka i trochę aptecznie-ziołowo. To zdecydowanie jakiś roślinny, nieco podsuszony motyw. Pomyślałam o łupinie kokosa, oleju kokosowym i nagle... gorzkości kawy.

Za tym jednak, niemal równocześnie, czerwone owoce rozbudowały słodycz (jakby nie naturalną, a mocno - choć umiejętnie - dosłodzoną) i owocowość... Chciało by się rzec: "soczystość", ale ta była przygłuszona lekką pudrowością i kwiatami. Także kwiaty reprezentowały kolory: czerwonawy i białawy (rozmyte), lekkie podsuszenie, choć z życiem. Z czerwonej masy wyłoniły się czerwone porzeczki, przemieszały się z granatem, zostały skropione sokiem z cytryny. Jednocześnie słodycz umacniała się niemal jako baza... A do mnie dotarło, że to słodziutka trochę pudrowo marmolada. Taka... sowicie dosłodzona niemocno palonym cukrem - łagodnym karmelem?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się silniejsza kwaskawość cytrusów, a ja pomyślałam o pomarańczach i grejpfrutach. Zespojone były z drobną cierpkością, sugerującą galaretki, marmolady, dżemy czy inne owocowe masy, a także rozkręcające kawę.

Była to dziwna kawa. Dość roślinna, niemocno palona, żywo-wilgotna. Opiewały ją kwiaty, dzięki którym, razem z dżemikowo-galaretkowym skojarzeniem, odważyła się wypełznąć słodycz. Była dość mocna, niczym... karmelowy syrop wlewający się do jakiegoś roślinnego cappuccino.

Pod koniec zrobiło się łagodniej, mlecznie-niemlecznie i wręcz maślano-niemaślano (bez zdecydowanego, realnego smaku tychże). Palony karmel nie był ordynarny, a skryty w kwiatach. Wydało mi się to trochę orzechowe, trochę dziwnie pestkowo-owocowe, może właśnie jak kokosowe coś - łupina czy coś wegańskiego.

Ten karmel został całkiem wyraźnie w posmaku wraz z cierpką goryczką kawy i roślin oraz słodyczą delikatnego karmelu przemieszanego z dżemowo-pudrowymi czerwonymi owocami i cytrusami.

Marmoladkowo-dżemowe czerwone owoce (porzeczki, granat) i cytrusy wraz z ogromem roślinności i kwiatów, ziół, łączących je z gorzkawą, cappuccinową kawą roślinną wyszły intrygująco. Sprawiły wprawdzie, że czekoladę odebrałam jako delikatną, głównie jako słodką, gorzkawo-cierpką i w sumie niekwaśną; nie były to do końca moje nuty (słodziutko karmelowe dżemiki i roślinne cappuccino), ale całość wyszła na tyle dziwnie-przekornie, że aż smacznie.

Karmel, roślinność i kawę czułam też w Manufakturze Czekolady Grand Cru Ghana 70 %, która jednak była słodsza i orzechowo-ciastowa, a z kolei klimat słodyczy karmelu i konfiturek przypomniał mi Pralus Caracas 75 % (blend, w którym obstawiam, że było sporo kakao z Ghany). We wszystkich jedzonych trochę czerwonych owoców się przewijało, ale na tabliczkę z Ghany o takim wydźwięku chyba trafiłam pierwszy raz.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: może i mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 4 grudnia 2020

J.D.Gross Mousse au Lait Coconut Macaroon biała z mousse'em śmietankowo-mlecznym z kokosem, kawałkami kokosanek

Na koniec zimowej serii Grossa została ta właśnie tabliczka... trochę chcący-niechcący. Tak szczerze bowiem to obstawiałam, że albo rozczaruję się, bo "coś takiego już nie jest w moim stylu", albo... że to będzie obłęd. A lubię zostawiać najlepsze na koniec. Tę wyobrażałam sobie jako chyba moją ulubioną białą (obok Zotter Soy white) Chateau Weisse Kokos, ale w wersji puszysto-obłoczkowej. Już widziałam je jako konkret-delikatność, chrupiącość-miękkość, jak dzień-noc... Ach! Mojej uwadze jakoś umknął fakt, że to nie tyle czekolada z wiórkami, co kokosankami. A to ciastka, których nigdy nie jadłam, bo wydają się wyjątkowo nie w moim typie, ale trudno. Przynajmniej w tłumaczeniu na polski, bo tytuł to "macaroon", co sugeruje raczej makaroniki. Tych to nienawidzę (a jadłam raz), ale też - trudno.

J.D.Gross Winter Edition Mousse au Lait Coconut Macaroon to biała czekolada nadziewana musem śmietankowo-mlecznym (36,5%) z kawałkami kokosanek (6%); edycja limitowana na zimę 2019/20.

Gdy zaczęłam rozrywać sreberko, poraziła mnie intensywna woń pełnej, wyrazistej śmietanki i wiórków kokosowych, zacukrzonych do granic możliwości, a jednocześnie przyjemnych i pełnych uroku. Były leciutko zwieńczone wanilią i jakby nutą wafelka. Poczułam się jak wtedy, gdy jako dziecko otwierałam białą Princessę, myśląc, że umrę z zachwytu.

W dotyku tabliczka wydawała się tłusta i skłonna do mięknięcia.
Przy łamaniu jednak lekko pykała ze względu na grubość warstwy czekolady. Wypełniał ją mousse - dosłownie definicja puszystego, piankowego i roztrzepanego jak leciutka bita śmietanka mousse'u. Wypełniały go ciastko-wiórkowe zbitki i chyba wiórki osobno. Mimo że miękki i mazisty, kostki nie wgniatały się. Czekolada na nich (na poszczególnych) wykazywała jednak skłonność do rwania się. Przy robieniu kęsa już mousse nieco się wyciskał, a całość zdradzała swą miękkość.
W ustach czekolada rozpływała się dość prędko tempie, gęstawo. Była tłusta w sposób śmietankowy i idealnie kremowy. Lekka proszkowość wyszła pozytywnie.
Mousse łatwo się spod niej wyciskał. Z racji swej zjawiskowej miękkości rozpływał się znacznie szybciej. Był tłustszy w śmietankowo-oleistym kontekście, jednak daleko mu do ciężkości. To obłoczek, bita śmietanka pozostawiająca tłuszcz na ustach, a jednocześnie lekka, napowietrzona.
Kawałki dodatków rzęziły i chrupały lekko. Powiedziałabym, że to głównie zlepki uprażonych na chrupko wiórków i chrupko-cukro-wafelki (nie wiem, jakie są kokosanki), jak również trochę przemielonych wiórków luzem. Ani trochę nie zawilgotniały / stwardniały od niemal mokrego nadzienia. Kokosanki pozostawione same sobie jakoś ulatniały się, rozpuszczały się jak jakieś cukro-ciasteczka albo ciasteczkowy cukier, a wiórki gryzione po dłuższym czasie wydawały się kryć lekką tłustą soczystość.

W smaku czekolada uderzyła intensywną śmietanką i wysoką słodyczą. Szybko zaznaczyła się w gardle jako drapanie, w ustach zaś przytoczyła nutkę wanilii. Była mocno śmietankowo-mleczna, minimalnie maślana, a więc wcale nie ciężka.

Mousse kontynuował głęboką mleczność. Poszedł nawet dalej. On po prostu był przesłodzoną, intensywną bitą śmietanką i lodami śmietankowymi w jednym. Wyraźnie czuć w nim także kokosowy, naturalnie wiórkowy motyw. Nasilał się oczywiście, gdy kawałki dodatku wylegały na język. Wydaje mi się, że wyłapałam także iluzję waflekowej nutki i chyba lekką tłuszczową mdławość, ale nikła w słodyczy i kokosie. Od kokosanek rozchodziła się bowiem jeszcze silniejsza słodycz. Już w połowie rozpływania się kęsa słodycz sięgnęła zenitu i drapała w gardle.

Bliżej końca zajęłam się dodatkiem (podsysałam, raz po raz przegryzłam), który to podkręcał smak wiórków kokosowych. Kokos okazał się podprażony wyraźnie, co podkreśliła lekko przypieczona nutka. Przełożyło się to na skojarzenie z cukrowymi wafelko-ciasteczkami, ale bardzo odlegle. Sam kokos dominował wśród dodatków. Przy nich wyłonił się wyraźnie, a gdy je rozgryzałam, to już w ogóle nieźle rozgościł się na pierwszym planie, odważnie mierząc się z cukrem. To intensywny, naturalny i podprażony kokos, dłużej ciamkany zostawiający sugestię kwasku. Gryzione kokosanki za wiele oprócz kokosa nie wnosiły, a jedynie ten pieczony wątek. Wpisywały się w słodycz. Niewiele w smaku wnosiły, bo chyba były głównie z wiórek (i dobrze).

Na koniec otuliła je śmietanka i lody śmietankowe, które spływając do gardła, paliły w nim słodyczą.

Po zjedzeniu został przyjemnie śmietankowo-kokosowy posmak i zacukrzenie totalne, cukrowy kac.
Czułam się, jakbym zjadła lody śmietankowe o smaku wyidealizowanej Princessy, zacukrzone i zakokosowione, jak tylko się dało.

Całość uważam za obłędną, aczkolwiek nie rozumiem dodania kokosanek. Wolałabym, by były to same zbitki uprażonych wiórków, bez jakiegoś "ciastkowego łącznika", bo to... nie wniosło niczego, niczego nie przełamało, a było dodatkową słodyczą. Duet bitej śmietanki, śmietanki mlecznej i cudownej, z kokosem w zupełności wystarczył. Słodycz była wprawdzie mordercza, ale do tego połączenia pasowała. Wolałabym niższą, ale nie była taka, by odepchnąć mnie od smakowitej i genialnie wykonanej pod względem formy uczty.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku, wiórki kokosowe 3,8%, bezwodny tłuszcz mleczny, słodka serwatka w proszku, laktoza, glukoza, lecytyna sojowa, białko jaja w proszku, ekstrakt z laski wanilii, naturalny aromat

czwartek, 3 grudnia 2020

Erithaj Lam Dong Chocolat Noir Vietnam 70 % ciemna z Wietnamu

W marce Erithaj szybko się zakochałam, ale niestety bardzo szybko utraciłam możliwość zdobywania jej tabliczek. Po wielu miesiącach nawet udało mi się pogodzić z tym, że to koniec, ale... tak się zdarzyło, że pojedyncze sztuki były dostępne na stronie, na której akurat składałam większe zamówienie. W zasadzie było mi obojętne, co i jak, ważne, że jeszcze jej nie jadłam. Trochę zdziwiłam się na widok tego, co przyszło, bo zdjęcie w internecie było inne (albo nie zwróciłam uwagi). Moja tabliczka miała  czerwone opakowanie, w momencie gdy wszystkie inne mają czarno-białe. Co to znaczyło? Nie wiedziałam. Bo że to jakaś limitowana czekolada to tak, wiedziałam, ale... pod jakim względem? Dlaczego? Tego już nie.

Erithaj Lam Dong Chocolat Noir Vietnam 70 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji  Lam Dong.

Rozrywając sreberko, poczułam intensywny zapach drzew o niemal wytrawnym wydźwięku, zalatujących podwędzeniem i grochem oraz wyraźny motyw palenia, nasuwający na myśl kawę. Gdy zaś o drzewa chodzi, oczami wyobraźni widziałam kwitnące jabłonie. Czułam też soczyste jabłka i ogólną, esencjonalnie słodką rześkość owoców. Oprócz jabłek wskazałabym morele i brzoskwinie, może nawet coś lekko cytrusowego - mandarynki? Kiedy trafiły na wędzoną wytrawność do głowy przyszedł mi delikatny kwasek cytryny i... piwa? Albo cytrynowego piwa.

Gładka w dotyku tabliczka okazała się twarda i głośno trzaskająca. Przekrój wydał mi się zwarty i dość ziarnisty.
W ustach jednak rozpływała się początkowo gładko, a potem gładkawo-pyłkowo. Wydawało się, że gryziona trochę by trzeszczała (nie gryzłam, więc nie wiem). Owszem, była zwarta, ale nie stawiała oporu. Kawałek lekko miękł i jakby roztaczał pyłkowo-wodniście-soczystą zawiesinę. Na podniebieniu i ustach pozostawiała nietłuste smugi z tejże zawiesiny. Chwilami wydawała mi się przy tym śliskawa jak gładki, niemal zżelowany krem z owoców z dodanym kakao.

Od pierwszych sekund w smaku czułam intensywną i głęboką słodycz na stałe splecioną z rześkością oraz subtelną gorzkość. Dwa motywy pomknęły niemal równocześnie, acz najszybsza była słodziutka, łagodna mięta zielona. Chłodzący efekt wysunął pazurki, przez co pomyślałam też o anyżu czy lekkich ziołach, ale szybko podłapałam, że to żadne zioła, a kwiaty i miód.

Tę niepewność wprowadzała pobrzmiewająca od początku gorzkawość, która zasugerowała roślinę... wytrawniejszą. Strączkową? Ale nie ciężką, powiązaną z drzewami i orzechami.

Wstrzeliły się w to gęste, świeże morele. Morele, jasne śliwki, brzoskwinie i... takie już wchodzące w podsuszone klimaty również? Przerabiane na przecier...? Przy nich słodycz wydała mi się bardzo soczysta, orzeźwiająca, ale i dosadna. Dosadna w sposób... miodowy.

Prędko dołączyły do tego wszystkiego gorzka kora i drzewa - czyżby kwitnące jabłonie? Rozeszły się od miodu, od mięty wysupłały charakterek, poprzez który wydały mi się wytrawne jak groch. To w nich mniej więcej w połowie zaczęła przejawiać się mocno prażono-palona nuta. Paloność jakoby skłoniła miód do skarmelizowania grochu, zagęszczenia owoców. Drzewa w tym czasie wyszły na pierwszy plan. W połowie to one dominowały, a ja doszukałam się leciutko ostrych przypraw i orzechów.

Owoce wciąż i wciąż napędzały rześkość; po wytrawniejszych nutach wydawały się jeszcze lżejsze. To wciąż duet moreli i śliwek (jako jakiś mus?) i czerwone jabłka, ale też wodniste melony. Wydaje mi się, że także jakieś czerwone tam się chowały. Słodkawa mięta sprawiła, że pomyślałam raczej o mleczno-owocowych smoothie z nią, pitych latem. Delikatna mleczność również musiała tam być, wygładzając część wytrawną ze słodko-owocową. Od drzewnych nut odpadały i okrywały je lekkie płatki kwiatów. Za nimi mignęła jeszcze nutka cytrusów... choć kwasek niespecjalnie ze względu na ogrom miodu.. Zaraz zaczęły wyłaniać się jasne śliwki czy śliwki podwędzone.

Drzewa zaś, bardziej ukwiecone i już słodsze, bliżej końca poprzez wyrazistsze tony zwróciły moją uwagę ku orzechom. Orzechy miały okazję jedynie na krótki, acz zapadający w pamięć debiut. Były surowe, dziwnie soczyste jak... jak ugotowany groch i lekko piwne słodo-nibsy (co chyba podsyciły śliwki)? Ugotowany albo  jakiś prażono-palony - przez chwilę królujący ponad wszystko inne. Do głowy przyszedł mi też jakiś chutney (do tego grochu oczywiście) z czerwonych owoców. Tu odważniej pokazało się palenie, rozkręcając na dobre kawę. Palone ziarna kawy i kawa zaparzona pod koniec zrównała się z drzewami, po czym razem odeszły w błogą czekoladowość. Towarzyszyła jej pewna lekkość, może też mleczność wspomnianych wcześniej miksów.

Razem, kawa i soczyście-rześka lekkość cytrusów, kwiatów i mięty (tym razem wzbogaconej o ostrość anyżu) pozostały w posmaku razem z mocno słodkimi owocami i karmelem. Wymieszał on morelo-śliwki, jabłka i mniej wyraziste melony. Wszystko to było lekko podrasowane wytrawnością drzew.

Bardzo podobało mi się zestawienie rześkości, esencjonalnej słodyczy i prażenio-palenia. Wszystkie nuty mocne, a jednak zgrane. Słodka mięta, miód i morele, jabłka, brzoskwinie świetnie łączyły się z drzewami. Drzewa podkręcone wytrawnością grochu, paleniem i kawą zaserwowały pełnię smaku i gorzkawość. Ona i słodycz wydawały się idealnie wyważone, kwasku zaś w sumie brak - była bardziej soczystość.
Mięta, miód, drzewa i zestawienie owoców jakoś do mnie przemówiły, chwyciły i tyle. Może obeszłabym się bez grochu, a z silniejszą kawą, ale trudno.

Drzewa, niejednoznaczne orzechy i sugestie kawy czułam również w Marou Lam Dong 74%. Tam był też specyficzny wątek jogurtu ze wsadem owocowym, Erithaj to smoothie. Owoce różniły się (Marou to gruszki, wiśnie, śliwki i porzeczki), aczkolwiek w obu były świeże i podsuszone - dziwnie mieszające się. Marou to gruszko-rodzynki oblepione karmelem, tu wystąpiło zjawisko moreli podsuszonych i brzoskwinio-jabłek zagęszczonych miodem.
Mimo że Erithaj miała więcej wytrawnych nut (np. groch), to była słodsza miodowo-miętowo. Marou to nuty dosadniejsze, mocniejsze (chociażby wino, ocet balsamiczny).
Obie z pewną pikanterią i charakterem.
Pomyślałam o niej trochę jak o kawowo-miodowo-kwiatowej Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % z wyciętymi śliwkami tamtej, a wstawionymi innymi owocami i miętą.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £7.95 (za 100g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

środa, 2 grudnia 2020

pierniki Lambertz Gingerbread with strawberry filling with dark chocolate

Sama siebie czasem zadziwiam, ale cóż. Co robią kolejne pierniki u osoby nieogólniesłodyczowej? Też chciałabym wiedzieć. Na serio jednak... po części wiem. Otóż przez smaczne norymberskie Wicklein Burggraf skusiłam się na kupno precli Krakusków (bo uwielbiam ten kształt pierników): myślałam, że dołączą do Krakusków śliwkowych i paluszków piernikowych pomarańczowych, które na bloga wrzuciłam dawniej. Niestety trochę się to posypało, gdy dowiedziałam się, że to nie czyste czekoladowe piernikowe precelki, a z jakiś dżemem między polewą, a piernikiem. Takie coś już było (śliwkowe), więc krakuskowe precle oddałam Mamie. Nie chciałam by na blogu zapanował jakiś ciastkowy monopol Krakusków! Serio to nie miałam ochoty na dżemor o nieokreślonym smaku.
I tak jednak na blogu pojawiły się pierniki różnego typu, z czego zdałam sobie sprawę. A w swoim życiu jadłam niewiele pierników - stąd może chęć sprawdzenia, jak się mają jedne do drugich? Został mi ostatni* typ, bo normalnie nadzianych dżemem. On również mi się podoba. A dlaczego akurat padło na te? Latami nie lubiłam truskawkowych rzeczy, pierniki zaś widuję nadziewane głównie dżemami śliwkowymi, z żółtych owoców lub po prostu owocowymi - truskawka wydała mi się trochę nietypowa i... miło wspominałam truskawkowego Zottera White Chocolate with Strawberries porządnie doprawionego cynamonem.

*Nie do końca ostatni, bo przez zamieszanie z preclami Bahlsen, ten typ pierników - czyste precle - był dopiero przede mną (w chwili pisania). Mama bowiem na pocieszenie kupiła mi (i sobie) pakę najzwyklejszych pierników z Tesco, dosłownie dzień przed zamknięciem tego naszego.


Lambertz Gingerbread with strawberry filling with dark chocolate to pierniki w 17 % ciemnej czekoladzie o zawartości 46 % kakao z 22 % nadzieniem truskawkowym.
Opakowanie 200 g zawiera 14 sztuk.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie poczułam intensywną truskawkowo-kwaskawą, a jednocześnie bezsprzecznie słodką marmoladę, rysującą się na łagodnej, czekoladowo-piernikowej bazie. Mocnej korzenności jednak nie zarejestrowałam.

Polewowo-plastikowa w dotyku czekolada okazała się tłusta, a pierniki sprawiały wrażenie miękkawo-zwartych i konkretnych. Uginały się, ale po prostu miękkie raczej nie były. Wnętrze wydawało się sucho-kruche, rozpadało się na grudki, trochę się sypało, zaś nadzienie wyglądało na zwarte i gęste. Nie wyciskało się. Poskąpiono go bez dwóch zdań.

W ustach czekolada rozpływała się z lekkim oporem plastikowej polewy, mimo że była tłusta. Znikała jednak dość szybko. W tym czasie sam piernik zdążył nasiąknąć, ponieważ robił to bez problemu, prędko. Nie wydawał się więc bardzo suchy, a jedynie suchawy... Bardziej niż tłusty, to dziwnie lepki, lepko-zapychający i wilgotniejący. Przy jedzeniu wydał się nawet dość napowietrzono-lekki. Miękł i zmieniał się w mączno-pyłkową, glinianą papkę. Mimo wszystko elementu suchości się nie pozbył. Mimo to, całościowo było w nich coś mocno otłuszczającego usta. 
Okazało się, że dżemu nie było przeraźliwie mało, ale dużo też nie. To masa gęsta i konkretna. Struktura przypominała niegładki, mało soczysty, taki trochę zgalaretkowany przecier. Lepił się jakby od cukru.

W smaku już sama czekolada wystraszyła mnie poziomem cukrowości. Ta bowiem dominowała. Dopiero potem trafiłam na pewną tłuszczowość i bardziej maślano-czekoladowy motyw. Nie była zbyt wyrazista, pewnie też z racji tego, że nie dało się jej oddzielić w pełni od piernika.

Samo ciasto też atakowało cukrem. Wydawało się stworzone ze słodyczy, która mieszał się z tłuszczowo-pszennym smakiem. Skojarzyło mi się z mocno przypieczoną, słodką bułeczką. Po chwili zaskoczyło na bardziej palono-korzenny tor. Powiedziałabym, że z przypraw dali głównie słodki cynamon i goździki. Przy rozdzielaniu na części, jak i jedząc całość, piernik wydawał się słodko-mdławy, aż cukierkowy, ale w miarę piernikowo-korzenny (acz odlegle, pod cukrem).

Podobnie było z nadzieniem. Porażało przede wszystkim cukrem, osnutym cukierkowym klimatem sztucznego dżemiku truskawkowego. Słodkie truskawki może i czuć, ale na równi z ogólną słodką marmoladkową owocowością. Spróbowane osobno nawet trochę cytrynowe mi się wydało, ale dziwnie, bo bez kwaśności. Aż w pewnym momencie wydało mi się po prostu wieloowocowe. Zasadniczy (truskawkowy) smak był niemal nieuchwytny, ale do ogółu piernika drobną soczystość wprowadzał.

Całościowo więc pierniki wyszły słodko-słodko, aż gryząco od słodyczy, trochę soczyście przesłodzono-konfiturkowo, trochę palono-piernikowo, ale niespecjalnie wyraziście. Korzennych przypraw poskąpiono, ale jeszcze je w miarę czuć (bez pikanterii). Czekolada z kolei była tak niewyrazista, że aż stwierdzenie, czy to ciemna, graniczyło z cudem.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-mącznych, bułkowatych pierników o niskim stopniu korzennego przyprawienia, za to obudowanych cukrowością, cukierkowym motywem konfitury, pewną palonością i mdławą nutką czekolady.

Pierniki wyszły beznadziejnie. Straszliwie słodko i mimo że dość konfiturowo-palono, to jakoś niespecjalnie truskawkowo. W ciemno mogłabym mieć problem z odgadnięciem smaku nadzienia. Czekolada też umknęła, za to straszliwa słodycz, cukierkowość dawała się we znaki od samego początku. Nie suche, a jednak sprawiające wrażenie suchych i zapychających - to mi się wcale nie podobało. Konfiturę też wolałabym nie tak "cukrowo zagęszczoną", a gęstą od owoców po prostu.

Po jednym czułam się, jakby ktoś mnie walnął cukrowym obuchem i jakbym już nigdy miała nie przełknąć śliny od cukrowej suchości w ustach. Wgryzła mi się w język! Resztę oddałam Mamie.
Nie mogła odgadnąć, jakie w smaku ma być nadzienie. Najpierw powiedziała, że "korzenne takie", a uświadomiona: "Truskawkowe? Nigdy bym nie zgadła, bardzo słodkie. " Zdziwiła się też, że producent określił czekoladę jako ciemna, bo "słodka taka". Przyznała, że też czuła czystą słodycz, ale według niej ogólnie były przynajmniej "no tak piernikowe, jak piernik powinien być".


ocena: 3/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 370 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, nadzienie truskawkowe 22% (przeciery owocowe: z jabłek, truskawek 10%; syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, modyfikowana skrobia ziemniaczana, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromat, substancja konserwująca: sorbinian potasu, barwnik naturalny: koszenila), syrop glukozowo-fruktozowy, czekolada 17% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyny z soi, E 476), cukier, przyprawy korzenne, olej słonecznikowy, substancja spulchniające: węglany amonu, węglany sodu, barwnik: karmel amoniakalny, sól

wtorek, 1 grudnia 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Ekwador National Arriba Hazienda Zolita 70 % ciemna z Ekwadoru

Bardzo lubię Ekwador jako region kakao, bo czekolady z niego potrafią nieźle zaskakiwać, a jednocześnie łączy je pewien wspólny motyw: kwiatowość. Znając jednak możliwości mojej ulubionej obecnie polskiej marki (bo JP Czekolada zniknęła chyba na dobre) liczyłam, że dorówna Pacari. To z kolei marka, która według mnie wyczynia z tym regionem cuda, w pełni trafiające w mój gust, bo róże i ziemistość, ich specyficzny duet uważam za niebywały. Tak więc sobie pomyślałam, że czas na... polski sposób na Ekwador. Przed degustacją jakoś zapomniałam, że Ekwador 70 % Beskidu już w 2019 jadłam; zmieniła się jednak nieco.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Ekwador National Arriba Hazienda Zolita 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru z plantacji Zolita; konszowała 48 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, uderzyły mnie wyraziste, ciężkie jak dobre, prawdziwe perfumy, kwiaty - głównie róże. Mieszały się ze słodyczą maślanego karmelu, który wydał mi się nieco przygłuszony, przełamany gorzkością fusów. Zaraz do głowy przyszły mi zawilgocone kwiaty, kwiaty wodne, nenufary... W nich kryła się lekka cierpkość. Zbudowały wodniście-roślinny, mulisty klimat. Był jednocześnie rześki... "Wodna" rześkość mieszała rośliny i karmel z rześkością owocową. Kwaskawe cytrusy i zwarte, słodkie truskawki (a także inne czerwone) nie były jednak w 100 %ach jednoznaczne. Doszukawszy się jędrnych, soczystych brzoskwiń nie wiedziałam nawet, czy nie są już przypadkiem dżemem.

Twarda i ciemna tabliczka przy łamaniu głośno trzaskała, i mimo że w dotyku gładka, to w trakcie tej czynności wydała mi się nieco pylista.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Była bardzo gęsta i zwarta, esencjonalnie soczysta. Oblepiała podniebienie gęsto-mazistymi, smolistymi smugami, w których było coś wodnistego. Takie... trochę zawilgocenie, dzięki czemu z czasem sprawiała wrażenie bardziej lepko-smolistej. Nie wyszła nazbyt ciężko, mimo że była dość tłusta. Po prostu poczucie tego odbniżała lekka pylistość. Pod koniec trochę wysuszała.

Gdy tylko wgryzam się w czekoladę, poczułam fusiasto-roślinną gorzkość, podrasowaną ziemią. Pomyślałam o herbatach czarnych i czerwonych - te drugie mają specyficzny, mocny smak, zalatujący "korzonkami i mułem". To było... trochę cierpkie, coraz bardziej intensywnie ziemiste, wręcz z sugestią kwasowości... niemal smolistej. Z kolejnymi, nieco delikatniejszymi wątkami, połączyły to wszystko orzechy i ciężkie kwiaty, nieśmiało zaznaczając się w tle.

A jednak szybko po ustach roztoczyła się dość wysoka słodycz karmelu. Chwilami był to karmel maślany, chwilami słodko-owocowy i niemal rześki. Pomyślałam o dżemie brzoskwiniowym z wielkimi kawałkami jędrnych owoców i... o brzoskwini pokrojonej, która upuściła sok. Pojawił się też kwasek soku cytryny. Cytryna podkreśliła smolistość, ale nadała jej bardziej lekkiego tonu. Doszukałam się jakiś owoców... czerwonych...

Czerwone kwiaty! Róże?! Nagle oplotły to wszystko. Róże mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa były smakiem wiodącym. Może jakaś konfitura z ich płatków? Róże... coraz bardziej ciężko-perfumowe, nie takie mocno jednoznaczne, już nie czerwone, a herbaciane (w kolorze i smaku). Zaczęły zatapiać się w tych wodach wszelkich... Różana esencja mieszała się z badylko-roślinnością. Kwiaty zmieszały się z cierpkością ziemi. Znów myślałam o kwiatach wodnych i większej ilości mokrych, zielonych badylków. Czułam też fusy gorzkiej herbaty i drzewno-wilgotna nutkę.

Wyłoniły się nieco odważniejsze, tłusto-zawilgocone orzechy. Wpisały się w kwasowość. Poprzez nie herbata zaczęła robić się bardziej kawowa - choć wciąż z naciskiem na fusy... Zwróciła trochę uwagę na palony aspekt, który także w kompozycji się krył. Odlegle mignęła mi nawet pewna pikanteria - jakby mocno czekoladowych i ostrych, wilgotnie-kapciowatych pierników? - też jednak podszeptująca ziemię... wręcz podfermentowaną?

W wilgoci, soczystość owoców również działała. Cytrusy i perfumowe róże pomogły tym czerwonym, wydobywając truskawki, ale razem dały się wtłoczyć w ziemistość-mulistość. Ciągle po głowie chodziła mi smoła, ale też jakieś kwiaty... zawilgocone i aż rozmiękłe, zagniecione, podfermentowane...

Bliżej końca, mimo słodyczy, gorzkość przybrała na znaczeniu dolewając do wszystkiego kawę. Kawa, palona i zaparzona, wniosła nutę lekko dymną, genialnie pasującą do przełamanego karmelu, oraz ziarniście-soczystą, podkreślającą mulistość. Mimo że wyraźnie dało o sobie znać palenie i akcent dymu, kompozycja wciąż miała wilgotny klimat.

W posmaku pozostała silna roślinność, zawilgocone drzewa, a także kawa i zawilgocone kwiato-perfumy. Zwłaszcza te ostatnie wydawały się cierpkie, co pozwoliło wręcz pikantnym, ziemiście-smolistym tonom jeszcze długo czuwać nad wszystkim. Przy tych ostatnich całkiem wyraźnie wyszły kwaskawe tym razem truskawki. Aż maślany karmel musiał lekko je dosłodzić.

Smak tej czekolady zwalił mnie z nóg. Oszołomił i rozłożył na łopatki. Cała ta roślinność mocnych, ciężkich róż i badylków, fusów muliście-smolistych herbat... A w końcu i ogrom samej smolistości, sporo nut owocowych (cytryna, brzoskwinie i truskawki) i jednak rześkość przełożyły się na żywą, kobiecą, ale mroczną kompozycję. Cudne nuty kryły się w tych gęstych, ciemnych odmętach.
Wydała mi się podobna do kochanych Pacari (róże, ziemia, rośliny, cytryna, karmel), ale o ile w Pacari jest większy nacisk na palony karmel i ziemię, dym, tak Beskid to niższa słodycz karmelu i owoców oraz nie paloność, a roślinkowość, ziemistość i smoła.
Jedynie konsystencję wolałabym nieco inną. Czekolada wydała się za tłusta dla mnie, choć ja mam problem z nazbyt tłustymi rzeczami ogółem... Tu poniekąd ciężkość i esencjonalność oddawały smak. Tłusto-smoliście mazisty efekt nie był taki zły, o nie. Na szczęście smakowała tak, że przymknęłam na to oko.
Cała jej lepkość, mulistość, herbata była w pewnym stopniu podobna do mulistej, lepkiej kawy dawnej wersji 70 %. Wilgotne i kapciowate pierniki dzisiaj prezentowanej jakoś tam wiążą się z miękką bułeczką z twarogiem oraz pikanterią lukrecji dawnej. Różni je jednak słodycz: stara była miodowa, nowa zaś wydaje się mniej słodka w karmelowy sposób. Więcej w niej owoców.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 30 listopada 2020

Fin Carre King Size Neo mleczna z nadzieniem mlecznym i ciastkami kakaowymi

Latami omijałam słodycze marki własnej Lidla, Fin Carre. Mama kupowała i ciągle słyszałam, że nawet dla niej są za słodkie, więc wiedziałam, że ja nie mam czego wśród nich szukać. Moja niechęć wzrosła, gdy wycofano czekolady Bellarom a wprowadzono podobne, ale tylko z orzechami (te mnie nie kręciły) - właśnie Fin Carre. W akcie protestu i bojkotu nie kupowałam. Jakiś czas temu Mama powiedziała, że z chęcią przetestowałaby parę dużych Milek (bo jadła lata temu i nie pamięta), ponieważ smaki dużych wydają jej się ciekawsze. Na Milki jednak ja ochoty nie miałam, lecz gdy w Lidlu pojawiły się analogiczne smaki, jednemu postanowiłam dać szansę. Mama uległa mi co do wyboru smaku, choć sama optowała za Toffee Wholenut. Ja zaś za bardzo lubię herbatniki czarne jak szatan i za bardzo tęsknię za Bellarom Neo (ale oczywiście o wiele bliżej jej do Milki Oreo 300g), by tej nie spróbować.


Fin Carre KingSize Neo to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem (45%) i ciasteczkiem kakaowym Neo (13,5%); marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam ordynarny biały cukier i ogrom mleka, niemal śmietanki. Po chwili zarejestrowałam też zapach kakaowego, dobrze wypieczonego ciastka. Nie było to zbyt kuszące, co zmieniło się po przełamaniu. Wtedy bowiem uderzyła mnie woń śmietankowych lodów i mleka w proszku z kakaowym motywem, aż krzycząca: "to ja, cookies & cream!". To już było apetyczne, acz bardzo słodkie.

Tablica okazała się miękka. Mimo że ciężka i konkretna z racji gabarytów, odebrałam ją jako delikatną; taką, która zaraz zacznie się rozpuszczać. Przy łamaniu / krojeniu była dziwna, bo przekrajanie było normalne, a łamanie sprawiało, że się gięła. Niektóre kostki bardziej się rwały. Wszystko zależało od części, bo jak pokazuje sam przekrój ciastka umieszczono głównie w środkowej części - chyba starali się, by było ciastko na pasek. W mojej tabliczce niezbyt to wyszło. Ciastka nadały więc pewnego konkretu, przez wręcz wyciskający się spod czekolady krem, całość sprawiała wrażenie miękkiej. Łatwo dało się to podzielić; sama z siebie przesadnie się nie rozwalała.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, kremowo, acz jedynie gęstawo i z lekko proszkowym efektem. Okazała się średnio tłusta.
Biały krem wyciskał się spod niej i niezbyt pasował, bo przypomniał ciepłą plastelinę. Odebrałam go jako mięciutko-margarynowy. Plastyczny, mazisty, a jednak pozostawiony sam sobie - dość zwarty. Wysoka tłustość szybko zatłuszczała usta, a jednak i dużo proszkowości się w nim znalazło.
Ciastko z kolei odznaczało się konkretnością, chrupało przy robieniu kęsa, a potem rozchodziło się na pyłkową, ciasteczkową masę. Było integralne z resztą zarówno, gdy zajęłam się nim szybciej lub - to zdecydowanie lepsze - kiedy rozpływało się, pozostawione samo sobie. Było odpowiednio natłuszczone, ale nie tłuste. Nasiąkało i przeistaczało się w trochę zalepiającą masę, jak ciastko zanurzone w mleku.

W smaku czekolada serwowała przede wszystkim przesadzoną słodycz chamskiego białego cukru, szybko dogonioną przez mleko z jakimś nieokreślonym posmakiem. Wydała mi się tym samym przearomatyzowana, choć chyba też lekko kakaowa - przesiąknięta ciastkiem?

Po chwili zrobiło się bardziej tłuszczowo, a słodycz wzrosła. Przypominała lukier i cukier puder. Krem wydał mi się margarynowy, a więc tłuszczowo-nijaki, a dopiero potem śmietankowo-mleczny. Gdy rozszedł się z obu stron, także w smaku skojarzył mi się z lodami śmietankowymi z proszku - takimi... "dawnymi", ale nie najwyższej jakości. Zacukrzone były do bólu, że wyszły w tym nijako. Spróbowany osobno ujawnił kiepski, dziwnie kwaskawo-sztuczny posmak - jakiś aromat czy coś? W całości też pobrzmiewał, ale przez większość czasu udawało mu się ukryć.

Ciastko tylko troszeczkę przełamywało słodycz, acz w tej cukrowej toni brak mu wyrazistości. Zostało w dużej mierze zagłuszone. Dopiero bliżej końca odważniej wprowadziło kakao i goryczkę pieczenia, jakby z opóźnieniem.
Spróbowane osobno prezentowało smakowitą gorzkość kakaowo-przypalonych ciastek. Też było słodkie, ale nie przeraźliwie.
Mieszając się z mlekiem i zacukrzoną czekoladą nikło. 
Już w połowie kęsa w gardle i ustach cukrowość aż paliła, a skojarzenie z lukrem wsunęło się na pierwszy plan.

Bliżej końca i na koniec jednak ciastko rozpływało się, trochę je pociamkałam i wtedy było już wyrazistsze. Zaserwowało smak mocno wypieczonego, kakaowego ciastka, pewną sodowość i już nie było tak tragicznie.

Właśnie ciastko w przeważającej mierze zostało w posmaku. Niestety wraz z cukrowym kacem, paleniem i lukrową cukrowością po prostu. Co więcej czułam tłuszczowość i śmietankowy smaczek - na moje nieszczęście w tej kolejności. Wróciła też sztuczność.

Już po wstępnym gryzie nie miałam ochoty robić kolejnego, ale pod bloga zjadłam dwie kostki... Nic mi nie grało i w dodatku denerwowało dziwne rozmieszczenie ciastek. Biorąc pod uwagę, jak to wyszło, zgarnęłam te, w których ciastka było więcej (nie zaś kostki brzegowe, gdzie dominował krem), a i tak czułam tych ciastek niedosyt. Nie chcę więc nawet myśleć o zjedzeniu całości - to byłaby tortura. Cukrem i tłuszczem to naprawdę już dwiema kostkami wykańcza. I serio... mogę znieść i słodycz, i miękkość, ale gdy do pary z nimi idzie fajny smak (przykład? J.D. Gross Mouse au Lait Coconut Macaroon).

Zupełnie mi ta czekolada nie smakowała, acz zupełnie obiektywnie... wydaje się być najzwyklejszą tabliczką z niższej-średniej półki. Osobiście bardzo żałuję, że tak zagłuszone zostało ciastko - naprawdę było dobre. Krem jednak to miękko-tłusta porażka o smaku cukrowo-lukrowym. Czekolada z kolei to definicja mlecznych no-name'ów.
Milkę Oreo 300 g uważam za o tyle lepszą, że wali cukrem i swoim specyficznym posmakiem (który potrafi nawet być uroczy), a nie cukrem i sztucznym niesmakiem. Milka ma zdecydowanie o wiele lepsze proporcje - więcej kakaowego herbatnika kosztem zacukrzającego białego kremu.
Większość poszła do Mamy, ale i jej nie smakowała: "Im więcej jadłam, tym mniej mi pasowała. Ani dać temu się rozpuszczać, bo ciastko za twarde i konkretne, ani gryźć bo krem i czekolada za miękkie, niespójne to, a krem nieciekawy".


ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: 6,99 zł (za 300g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna, słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu; miazga z orzechów laskowych, naturalny aromat, syrop glukozowo-fruktozowy, laktoza, ekstrakt z laski wanilii