środa, 24 września 2025

Fruition Chocolate Works Dominican Oko-Caribe Dark 68 % ciemna z Republiki Dominikany

Choć uwielbiam czekolady Fruition, ucieszyłam się, że akurat ta była do kupienia w wersji miniaturowej. Zawartość kakao niższa niż 70% to dla mnie już zdecydowanie za mało, więc nie chciałabym na takie wydawać za wiele - a wiadomo, że wraz z gramaturą koszt rośnie. Nie chciałabym bowiem stanąć przed dylematem, czy zupełnie ją sobie odpuścić - wiem bowiem, że umieją zrobić pyszną czekoladę i zawsze pozostawało pytanie, dlaczego akurat na ten region, to konkretnie kakao dali tyle procent? Uznali, że tak będzie najlepiej pasowało? Chciałam spróbować mimo wszystko - i właśnie dobrze, że w mniejszej ilości. Kakao zostało zakupione z farm  Öko-Caribe, za pośrednictwem Uncommon Cacao.

Fruition Chocolate Works Dominican Öko-Caribe Dark 68 % to ciemna czekolada o zawartości 68% kakao z Republiki Dominikany, z prowincji Duarte.

Po otwarciu poczułam cierpko-słodkie wiśnie i wręcz taninę czerwonego, mocno owocowego wina. Pomyślałam przede wszystkim o wiśniach, ale i innych, słodszych, czerwonych owocach. Osłodziła je ciężkawa wanilia, wprowadzająca łagodną śmietankę, oraz motyw słodkiego, mało gorzkiego brownie z orzechami laskowymi. W tle zaznaczył się poważniejszy, też ciężkawy motyw, żywicznie-kadzidlany.

Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie kremowej, a łamanie wieńczone głośnym trzaskiem sugerowało kremowość i gęstość.
W ustach czekolada rozpływała się bardzo tłusto i bardzo kremowo w średnim tempie. Była gęsta, a jej tłustość połączyła w sobie masło ze śmietankowym sernikiem, w którym wystąpiła lekka soczystość. Cechowała ją idealna gładkość, która z tą tłustością szła w trochę śliskawym, nieprzyjemnym kierunku. Na koniec zostawiała lekką, soczystą cierpkość.

W smaku pierwsze poczułam słodkie mleko z wanilią, a daleko w tle nieśmiały, ledwo uchwytny karmel.

Przemknęły bardzo słodkie czerwone owoce - chyba truskawki. Po chwili mleko okazało się mieć nutę... wiśni? Zaraz mleko wiśniowe się nasiliło. Wiśnie przedstawiły się jako dosłodzone i nabiałowe, niczym wiśnie wyjęte z jogurtu o tym smaku (ale nie chodzi o smak samego jogurtu). Kwaśność była niska.

Poprzez słodycz wkroczyła subtelna gorzkość... kadzidła? Z kadzidlanego, niejasnego wątku wyłoniło się ciasto czekoladowe. Już po chwili oczami wyobraźni patrzyłam ewidentnie na brownie z naturalnie słodkimi orzechami laskowymi. Orzechy łączyły gorzkość czekoladowego wypieku ze znacznie słodszymi tonami.

A tych nie brakowało, bo pojawił się jeszcze mleczny, mało palony, bardziej karmelkowy karmel. Brownie wydawało się zaś dosłodzone wanilią. Może nawet zrobione z mieszanki czekolad: ciemnej i mlecznej? I trochę przesłodzone.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wiśnie przybrały na cierpkości. Nie były bardzo kwaśne, ale kwaśność wyeksponowała się już wyraźnie. Jawiły się jako charakternie cierpkie, ale jednocześnie słodkie i dojrzałe. Powoli przechodziły w słodkie czerwone wino o mocno owocowym profilu. Mimo że było lekkie, nie mocne, wydawało się rozgrzewać język.

Brownie z orzechami wiązało się z pewnym ciepłem żywicznie-kadzidlanym. Pomyślałam też o herbacie z dodatkami, z nutą... czerwonych owoców, może hibiskusem i liofilizowanymi, kwaskawymi truskawkami. Gorzkość jednak wciąż stała na bardzo niskim poziomie.

Wróciły truskawki. One też sprawiały wrażenie... wręcz taninowych, trochę winnych. Wino zaraz zmieniło się w wyraźnie truskawkowe wino. Truskawki podkręcały słodycz, przeganiając kwaśność.

Truskawki, wzmocnione dodatkiem wiśni (z kwaskiem już tylko jedynie pobrzmiewającym), końcowo wyszły niemal na pierwszy plan, a że i brownie postanowiło go zająć, spotkały się tam. Oto poczułam czekoladowe ciasto soczyste od tych czerwonych owoców. Z... dodatkiem mlecznej czekolady, która wygłaskała zupełnie cierpkość? Wyłoniły się nuty bardziej maślano-mleczne.

Końcowo pokazała się jednak jeszcze pewna pikanteria o jakby nieco żywicznym charakterze. Pochłonęła cierpko-alkoholowy motyw wina.

Po zjedzeniu został posmak wanilii wmieszanej w truskawki i wiśnie oraz mocno owocowego, słodkiego wina czerwonego. Pobrzmiewał splot mleczno-maślany, ale też wyrazistszy, czekoladowego ciasta z orzechami laskowymi.

Czekolada smakowała mi, jednak żałuję, że tyle w niej słodyczy. Wanilia, słodkie wino, bardzo dosłodzone brownie wręcz z mleczną czekoladą starały się trzymać pierwszego planu. Na nim błyszczały też truskawki, wino truskawkowe i wiśnie - ostatnie wprowadziły cierpkość, ale nie przełamały słodyczy. Wręcz ją... podkreślały? Kadzidlano-żywiczne i orzechowe akcenty wyszły przyjemnie, ale gorzkości czułam niedosyt. Mleczno-maślane akcenty niby pasowały, ale nie rozkochały mnie w sobie. Nie rozumiem, po co, przy i tak niskiej zawartości kakao, dosładzać jeszcze wanilią... Zrozumiałabym zamianę części cukru na nią, ale bez schodzenia poniżej 70%.
Cały punkt odjęłam też za zdecydowanie za tłustą konsystencję.

Nie ma porównania z pyszną Fruition Chocolate Works Dominican Nacional Dark 74% Limited Edition, w której ciemne owoce leśne i cytrusy przeplatały się z orzechami laskowymi, kajmakiem i nutami mlecznymi.


ocena: 7/10
kupiłam: cokobanka.cz
cena: €6,18 (26 zł; za 30g)
kaloryczność: 465 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna wanilii

wtorek, 23 września 2025

Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries mleczna 60 % z solonym karmelem z białej czekolady i miso, kremem truskawkowym i nugatem dyniowym z wafelkami

Gdy zobaczyłam tę czekoladę wśród nowości i przeczytałam jej opis, od razu wydała mi się bardzo nie w moim typie, bo zbyt namieszana. Czułam, że pewnie wyjdzie z tego śmietnik wszystkiego, co dało się do niej wsadzić. Jakoś z niechęcią zostawiłam ją na koniec. Była, bo dostałam - sama na pewno bym jej nie kupiła. A może... Miałam bardzo się zdziwić? 


Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries to mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana solonym maślanym karmelem na bazie białej czekolady i pasty miso (z fermentowanego ryżu), truskawkowym kremem na bazie truskawek i truskawkowej białej czekolady oraz praliną / nugatem z pestek dyni i białej czekolady z chrupiącymi wafelkami.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo intensywny, słono-słodki zapach palonego karmelu opierającego się na maśle i mieszającego się z palono-drzewnymi nutami gorzkawej czekolady i nieprzesłodzonego nugatu. Jakby tabliczki nie wąchać, poważne, ciężkawe nuty przełamywały pudrowo słodkie i lekko kwaskawe truskawki. Gdy wąchałam wierzch, bardzo wyraźnie czułam solone masło i palony karmel. Doszukałam się też echa białej czekolady. Spód tabliczki pachniał wytrawniej w spokojniejszy sposób - czuć w nim prażone pestki dyni i jakby drobną sugestię migdałów. a w tle pobrzmiewało coś mięsnego. Orientalnie-mięsnego? W tym biało czekoladowa nuta zatracała się niemal zupełnie.
Po przełamaniu w karmelowym motywie doszukałam się wręcz alkoholowych sugestii.
To bardzo złożona, wytrawnie soczyście-mięsna, słona i maślana kompozycja z niemal uroczymi akcentami truskawek i białej czekolady, co wyszło jak dla mnie trochę odpychająco kontrastowo.

Tabliczka mimo że konkretna, wydała mi się delikatna. Nie trzaskała. W dotyku zwłaszcza na spodzie czuć tłustość. Przy łamaniu wykazywała twardość, ale nie po całości. Na pewno twarda była gruba czekolada na wierzchu. Nugat odznaczał się konkretem, lecz warstwa truskawkowa była już delikatniejsza i plastycznie-miękka, a karmel w ogóle miękki i lekko ciągnący. W nim doszukałam się czarnych kropeczek, za to zielony nugat wydawał się gładki (tak naprawdę kryło się w nim mnóstwo niewidocznych wafelków), a jedynie pewną kruchością i trzeszczeniem przy oddzielaniu kawałka zdradzał, że coś w nim siedzi. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była gęsta i kremowo tłusta, dość mazista. Nadzienia rozpływały się z nią spójnie, wszystko miękło i mieszało się, stając się luźno-rzadkawą, tłustą zawiesiną, a wtedy sporadycznie wybijały się kawałki wafli, zaznaczające się na języku. 
Karmel ochoczo wyciskał się spod czekolady i częściowo rozłaził, a częściowo jakby starał się pewną zwartość zachować. Był lepki i wilgotny, plastyczny tak, że można z niego zrobić kulkę. Wyszedł dość tłusto, ale to w całości nie przeszkadzało. Z karmelu wyłaniały się jakieś miękkie czarne drobinki oraz przezroczystawo-żółte kulki o strukturze jakby twardo-surowego, trochę żelowo-gumowego ryżu. Po długim czasie trochę to miękło i częściowo się rozpuszczało. Kleiły się lekko do zębów.
Krem truskawkowy także wpisał się w miękkość. Był jakby lekko owocowo-żelowo zagęszczony, ale wciąż kremowy w białoczekoladowy sposób i minimalnie soczysty.
Z kolei nugat dyniowy wykazywał chwilowo twardość i konkret. Rozpływał się najbardziej spójnie z czekoladą, dając się poznać jako niezbyt gładki od wafelków (gdyby nie one, chyba byłby idealnie gładki), tłusty w sposób masywnie orzechowo-maślany, a zarazem oleisty. Rozpuszczał się trochę wodniście. Z niego wyłaniał się ogrom mikroskopijnych kawałków wafelków, nadających całości chrzęstu.
Wafelki były bardzo chrupiące. Trochę pogryzłam wcześniej, obok rozpływającej się reszty - wtedy wafelki kojarzyły mi się z trzeszczącymi kryształkami cukru. Gdy zostawiałam wafelki na koniec, wciąż były chrupiące. Wykazywały kruchość, mimo że łatwo nasiąkały i koniec końców niektóre miękły. Były delikatne, a jednak tak najeżyły nugat, że chwilami podczas jedzenia aż drapały podniebienie i język.

W smaku czekolada przywitała mnie średnio wysoką słodyczą o palonym charakterze, mieszającym się z subtelną, również paloną gorzkością, oraz mlekiem. Czekolada wydała mi się lekko drzewna, sama w sobie migdałowo-orzechowa. Mleczność, gdy nadzienia się odezwały, schowała się prawie zupełnie (wyraźnie czuć ją głównie w pierwszej sekundzie czy dwóch i przy spróbowaniu osobno).

Środek bombardował całym mnóstwem smaków, jako że warstwy odzywały się równocześnie i ścigały ze sobą. Nagle uderzyła wysoka słoność i słodycz karmelu, a także niedookreślona wytrawność, a tuż za nimi owocowa soczystość (lekkość?).

Dopiero po chwili udało się temu wszystkiemu nabrać klarowności.

Najłatwiej zwrócić uwagę na intensywny karmel, palony aż do goryczki i od soli wręcz kwaskawy. Słoność pojawiała się w nim falami, ale nawet gdy się oddalała, jej echo zostawało. Czułam tam też masło i wytrawność pasty miso. Ta wpisywała się w słoność - ba, z czasem ewidentnie czułam słonawe, orientalne miso. Kiedy mieszało się z bardzo słodkim, palonym karmelem, wyszło wręcz obrzydliwawo. Do tego epizodycznie dolatywał mięsny motyw... Mięsna soczystość?
Spróbowany osobno karmel smakował niczym solone masło wymieszane z nutką zupy miso, alkoholu i palonego karmelu. Był bardzo słony i słodki w ciężki sposób jak jakaś orientalna marynata, ale nie kojarzył się z mięsem. Jego goryczka wydała mi się wytrawna, nie karmelowa. W kompozycji przypisałam ją karmelowości, a ogólnie wydawał się niby trochę bardziej ugodowy (nie tak jaskrawo słony i intensywny), a mieszając się z nugatem z dyni, bardziej mięsno-wytrawny.

Zaraz po karmelu zaznaczyły swoją obecność truskawki, jednak to nugat łatwiej się eksponował. Po paru chwilach karmel oddawał im pole do popisu.

To wyszło spójnie z nugatem dyniowym. Rozchodził się spokojnie i konsekwentnie. Niby nie starał się dominować, ale miał tak specyficzny charakter, że i tak dobrze go czuć. Wyróżniał się pewną... nijakością? Drastycznie podniósł słodycz, podkręcając słodycz karmelu, ale też wplótł jakby wytrawniejszy, roślinny motyw. Czułam w nim delikatne prażone pestki dyni, ale i pewną mdłość. Chętnie łączyły się z solą z karmelu. Słodycz nugatu zdradzała nutę białej czekolady, jednak przy całej reszcie nie było tak oczywiste, że to z nugatu wypływa.
Na słodki nugat zwracały uwagę powoli wyłaniające się wafelki. W całości udawały mieszankę kryształków cukru z wafelkami.
Gdy spróbowałam trochę nugatu osobno, odkryłam w nim oleistość. Nie był słony, a bardzo słodki - ewidentnie mocno białoczekoladowy. Biała czekolada wychodziła w nim niemal przed dynię. Nawet spróbowany osobno nie był intensywnie dyniowy. A kiedy wyłaniały się wafelki, plątała się w nich odrobina słoności. 

Truskawkowa część smakowo stała w zasadzie obok nugatu. To, jak mocno było wyczuwalna, bardzo się różniło od miejsca, z którego gryzłam, bo z jednej strony truskawkowa warstwa była cieniutka, z drugiej gruba (zdecydowanie wolałam opcję bardziej truskawkową).
Pod kwasek słonego karmelu podpięły się truskawki. To, że to konkretnie one, na jaw wychodziło po krótkim czasie, nie od razu. Tchnęły w kompozycję owocową lekkość, ratowały od ciężkości. Wydawały się zaskakująco świeże, a jednak wpisywały się też trochę w motyw białej czekolady ze względu na słodką pudrowość. Jakby uczepiły się białoczekoladowego wątku nugatu. Kwasek owocowy epizodycznie wydawał się zaskakująco wysoki. Wtedy było prawie smacznie. Często jednak kwaśność truskawek wychodziła onieśmielona złudnie kwaskawym od soli karmelem.
Warstwa truskawkowa spróbowana osobno okazała się bardzo wyważona pod względem słodyczy i kwaśności. Jej słodycz była mocno pudrowa, jak się okazało, minimalnie biało czekoladowa i trochę świeżo truskawkowa. Kwaśność była z nią integralna, głównie truskawkowa, ale rzeczywiście trochę podkręcona cytryną.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wszystko się mieszało w dziwnie słono-słodką, kwaskawą kompozycję. Zupełnie jak jakieś dania orientalne "5 smaków". Słodycz trochę drapała - skumulowała się biała czekolada, która próbowała wejść na pierwszy plan i karmelowość, pudrowość, a jednocześnie jakoś nagle mało karmelowy karmel i nugat grały na wytrawność. Słoność podkręcała jedno i drugie. Podbiła też owocowość, która kompletnie nie pasowała. Dynia trochę się zatracała, zostawiając oleistość.

Jako że z warstw karmel rozpuszczał się najwolniej, przeważnie zostawał na koniec. Na przód znów wysuwał słoność i mieszankę miso, masła oraz wręcz słonej kwaśności. Kompletnie zagłuszył co łagodniejsze akcenty reszty.

Wafelki im bardziej się wyłaniały z nugatu, tym mocniej było czuć właśnie wafelkowość - nie musiałam ich gryźć, by uświadczyć pszenny, łagodny motyw. Starały się stonować intensywność reszty, ale koniec końców to i tak one przegrywały. Gryzione wcześniej udawały kryształki cukru, bo warstwy kompletnie zagłuszały ten ich lekko wypieczony smak.

Wafelki gryzione na koniec wyszły prawie neutralnie pszennie.
Z kolei czarne drobinki i większe, przezroczyście-żółtawe kulki z karmelu były dziwnie wytrawnie-żadne - to fragmenty pasty miso? Żółte pobrzmiewały mdłym ryżem. Gdy wszystko to gryzłam, wyszło waflowo-ryżowo neutralnie.

Po zjedzeniu został posmak wytrawny i niejednoznaczny, trochę ryżowy (ale nie założyłabym się, że czułam ryż); na pewno też słono-słodkiego, palonego i maślanego karmelu, przechodzącego w nutę orientalnej marynaty i zestawionego z wytrawnym, roślinnie-pestkowym motywem dyni. Ledwo wyłaniała się z tego wszystkiego. Truskawki zaznaczyły się jako pudrowy akcent owocowej białej czekolady.

Czekolada wyszła z jednej strony może i ciekawie, ale z drugiej, w moim odczuciu, zbyt chaotycznie. Chociaż... gdy próbowałam warstwy osobno, odebrałam je jako po prostu niesmaczne. W połączeniu już przynajmniej były ciekawe i nie niesmaczne. To kompozycja "5 smaków" i wytrawna, i słona, i słodka, a jednocześnie daleka od słodyczy, słodkości. To mi nie pasowało. Słony karmel, miso, wręcz mięsne motywy i masło, mieszające się z neutralnie-oleistym dyniowym nugatem, z którego dynia chwilami aż się zatracała - wszystko to było wytrawne, a jednocześnie w kompozycji sporo białoczekoladowej słodyczy i karmelu, pudrowych truskawek - te kontrasty, wzajemne przełamywanie się i przechodzenie smaków chwilami wyszło wręcz obrzydliwawo jak taki śmietnik smaków. W pewnym momencie już trudno to wszystko połapać i zostaje się ze smakiem dziwnym w niepozytywnym sensie. Ta kompozycja bardzo łatwo przytłacza.

Po 15 gramach miałam już dość tej jej dziwności i ataku intensywnymi, słono-wytrawnymi motywami, na które nadciągała biało czekoladowość i oddałam resztę Mamie.
Mama po zjedzeniu stwierdziła: "Cały czas się zastanawiam, czy mi ta czekolada smakuje, czy nie. Nic w niej nie czuję z tego, co jest, co ma być. Po prostu taka i słodka, i słona, i kwaśna trochę. No, trochę truskawkowa? Ten karmel niepotrzebnie taki... Słony i jakiś. Jakiś wytrawny? W ogóle tych smaków wszystkich nie umiem ponazywać, opisać. Jedyne, co mi w niej się podoba na pewno to struktura. Taka fajnie bardzo chrupiąca, trzeszcząca".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 79g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pestki dyni 9%, masło, śmietanka, pełne mleko w proszku, miso (ryż, soja, woda, sól), syrop cukru inwertowanego, chrupiące wafle 4% (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, ekstrakt słodu jęczmiennego w proszku, sól), liofilizowane truskawki 1%, odtłuszczone mleko w proszku, sól, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

niedziela, 21 września 2025

Willie's Cacao Sambirano Gold Madagascan Dark Chocolate Single Cacao 71 % ciemna z Madagaskaru

Willie's Cacao wydają mi się bardzo w porządku. Biorąc pod uwagę przystępne ceny, nie rozumiem, dlaczego są tak mało popularne. A może mi się tylko wydaje? Przeglądając stronę producenta, odniosłam wrażenie, że skupiają się raczej na truflach - oj, te już były dalekie od przystępnych cenowo, ale że to nie moja bajka, nie moja sprawa. Dziś przedstawiana opisywana jest jako Złoto Madagaskaru - brzmiało dobrze. Przy niej zorientowałam się, że bardzo dawno niczego stamtąd nie jadłam. Z chęcią więc sięgnęłam po tabliczkę marki, co do której miałam przeczucia, że będzie bardzo bazowo-madagaskarska (w pozytywnym sensie). 

Willie's Cacao Sambirano Gold Madagascan Dark Chocolate Single Cacao 71 % to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao z Madagaskaru, z dorzecza rzeki Sambirano.

Po otwarciu poczułam kwaśne maliny, mieszające się z cytrynami i mnóstwem różnych, leśno-jagódkowatych owoców, zgłaszających cierpkawą słodycz. Obok stała rozgrzana, intensywna czarna ziemia, dopuszczająca do siebie subtelną słodycz mocno palonego karmelu. Choć słodycz była niska, wydawała się dosadna, acz na szczęście też poważna i szlachetna. W tle pobrzmiewał, bardzo jak na naturalny, kwaśny jogurt. On i owoce przełożyły się na ogólnie średnią kwaśność.

Konkretna tabliczka w dotyku zdradzała kremowość. Była twarda, ale tak... jakbym miała do czynienia z niespotykanie grubą tabliczko-tablicą. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno w jakby wskazujący zbitość i zawilgocenie sposób.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Była mazista i tłusta, ale też zbita, kojarzyła się z chłodnym masłem. Dopiero zmieniała się w gęstą, jakby luźno trzymającą kształt, zawiesinę. Połączyła kremowość z delikatną pylistością. Czułam w niej lekko taninową cierpkość. Końcowo pylistość minimalnie przybrała na znaczeniu.

W smaku jako pierwsza zgłosiła się wyraźnie palono karmelowa słodycz. Za nią odezwało się nieśmiało... mleko?

Mleko już po chwili zmieniło się w kwaskawy jogurt naturalny.

Słodyczy nadały lekkości słodkie, soczyste maliny. Bardzo dojrzałe, z pełni sezonu na nie... Do których zaczęły dobiegać kwaśniejsze przebłyski. Jakby tak wśród nazbieranych malin raz po raz zaplątywały się kwaśniejsze sztuki. To otworzyło drogę ciemnym owocom leśnym o kwasku bardziej cierpkim, mimo że w nich też zagościła słodycz. Pomyślałam o leśnych jagodach, a po chwili bardzo wyraźnie pokazały się też słodkie, dojrzałe jeżyny. Malin żadne nie wyprzedziły, lecz jeżyny prawie dotrzymywały im kroku.

Gdy tak owocowy bukiet się rozwijał, wkroczyła gorzkość, jakby trochę z opóźnieniem. Początkowo była średnio wysoka, ale wyraźna i dosadna. Dopiero rosła. W tym poważnym, charakternym wątku rozgościła się ziemia. Pomyślałam o czarnej, rozgrzanej ziemi, która zdawała się rządzić kompozycją, trochę jednak jakby z drugiego planu (bo nie wychodziła przed kwaśność owoców, ale jednak była od nich bardziej władcza). To przywołało paloną nutę. Przemknęła myśl o prażonych orzechach.

Choć paloność była średnia, bardzo podkreśliła paloność słodyczy, wydobywając zza owoców karmel. Karmel zrobił się mocno palony, a i próbował zająć nadrzędną pozycję. Orzechy mu uległy, karmelizując się i kryjąc w karmelowej słodyczy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na zasadzie kontrastu, jakby niezamierzenie, karmel podkręcił kwaśność owoców. Do leśnej zbieraniny, w której najwięcej było malin, dołączyła cytryna... Trochę i... coraz więcej? Cytrusy zaadoptowały częściowo gorzkość, więc po chwili pojawił się grejpfrut.

Grejpfrut w harmonii splótł się z maliną, kierując ją nawet w nieco taninowym kierunku. Wszystkie owoce dzięki temu połączyły się bardzo spójnie. W zestawieniu z cytrusami, leśne - głównie maliny i jeżyny - wydawały się znów bardziej słodsze. Cytrusy zaraz jakby w ogóle trochę przygasły. Wszystko działo się jakby pod nadzorem słodko-kwaśnych malin.

Wzrosła ogólna paloność, nie tylko słodyczy. Próbujący grać na siebie karmel wydobył - posłużywszy się kontrastem? - z ziemi wręcz grzybową nutę. Pomyślałam o pieczarko-grzybach, kryjących się w intensywnej ziemi. Grzyby z czasem próbował trochę ukryć motywy orzechów oraz jogurtowo-maślany. Wrócił bowiem nabiałowy kwasek - już delikatniejszy (w obliczu owoców?).

Rozgrzana ziemia, która umocniła się do bardzo mocnego poziomu, prawie przejęła pierwszy plan. Końcowo przygarnęła też palony karmel. Skorzystał z okazji, wzrastając ponownie.

Po zjedzeniu został posmak grzybowo-ziemisty i palono karmelowy. Mieszał się z wątkiem owocowym, złożonym z malin i owoców leśnych, nienachalnie przeplecionych cytryną i grejpfrutem.

Czekolada wyszła smacznie, jednak do takiej owocowości, mocno palono karmelowa słodycz wydawała się zbyt toporna. Podobała mi się wyrazista gorzkość gorącej ziemi o grzybowych zapędach, jogurtowe doleciałości, a zbyt wiele karmelu trochę im przeszkadzało. Owocom też. Maliny i inne leśne, sporo jeżyn przeplecione cytryną i grejpfrutom zdawały się jakby... odwróconymi nutami madagaskarskimi: dominowały maliny, nie jak można by się spodziewać, cytrusy. Ciekawie to wyszło.
Porządna, ale jednak nie była jakoś szczególnie nadzwyczajnie ujmująca i mogłaby rozpływać się nieco wolniej.


ocena: 8/10
kupiłam: bee.pl
cena: 15,68 zł (za 50g)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 20 września 2025

krem Sticky Blenders Nerkowiec Vegan

Wszystkie kremy 100% Sticky Blenders, jakie jadłam, mnie zachwyciły, więc czym prędzej postanowiłam w końcu nadrobić zaległości i zakupić także krem z moich ulubionych orzechów (nerkowce wielbię na równi z włoskimi). Nie wiem, dlaczego dotąd go pomijałam. Może... bo często mam u siebie na stanie Eko Gram The Real Cashew Paste...? I zawsze, akurat jak zamawiałam coś od Sticky Blenders, miałam jakieś nerkowcowe kremy? W ogóle przypomniałam sobie, że miałam zapoznać się z dziś przedstawianym kremem przy okazji limitowanej nowości z nerkowców. Wszak warto byłoby poznać czystą, bazową wersję przed przejściem do udziwnionej i zatrzeć czymś wspomnienie Sticky Blenders Summer Edition Nerkowiec Truskawka.

Sticky Blenders Nerkowiec Vegan to krem nerkowcowy z lekko prażonych orzechów nerkowca.

Po odkręceniu poczułam średnio intensywny, bardzo słodki zapach nerkowców. Dały poznać się jako leciuteńko prażone, ale prażone na tyle, by znacząco podkręcić słodycz. W tle zaplątała się sugestia orzechowo-kokosowej soczystości i niemal śmietankowy motyw. Wszystko wpisane w nerkowcowe realia.

Ku mojemu zaskoczeniu, na wierzchu wydzieliła się znikoma ilość oleju - nawet łyżeczki tam nie było, więc wszystko to już wymieszałam. A pasta w zasadzie nawet tego nie potrzebowała. Na szczęście jednak ta ilość też zbytnio nie rozrzedziła dość gęstego kremu.
Krem wydawał się gęsto-gęstawy, nie jakoś bardzo zbity, a wręcz papkowaty. Wykazywał wysoką wilgotność i aż plaskał przy kontakcie z łyżeczką. Tłustość po prostu zaznaczyła się. Widać w nim sporo drobinek i małych kawałków orzechów, wraz z czarnymi punkcikami.
W trakcie jedzenia krem wydawał się gęstnieć, zalepiając usta porządnie. Był konkretny, ale miękki i wręcz papkowaty. Rozpływał się niby dość wolno, ale kawałki jakby usilnie starały się to przyspieszyć. Robił się coraz bardziej luźny, ale nie rzadki. Kawałki i drobinki trochę go rozrzedzały. Choć nie był gładki, a chwilami wydawał się szorstkawy od drobinek, to i tak miał w sobie coś z aksamitu i trochę kremowości. Tłustość stała na dość wysokim poziomie i połączyła sytą tłustość orzechów z nieco śmietankowym motywem, ale znów - kawałki odciągały od niej uwagę. Miazgowość czuć od razu i cały czas, a kawałeczki aż prosiły się o podgryzanie. Ja co prawda wolałam zostawiać je na koniec, ale to raczej krem, który można gryźć, gryźć i gryźć.
Drobinki i małe kawałeczki, parę większych kawałków mimo że w większości były miękkie, dodały kremowi chrupkości. Całkiem sporo znalazło się tam też drobinek i malutkich kawałeczków koloru czarnego, które były twarde.

W smaku pierwszą poczułam delikatną niczym mgiełka słodycz. Oczywiście należała do nerkowców - ten smak był bowiem od razu intensywny i jednoznaczny. Tylko podprażenie było w nich niejasne - musiało być znikome.

Słodkie nerkowce umocniły słodycz i zrobiły drobną aluzję do kremu migdałowo-kokosowego, trochę raffaellowego (w wersji nerkowcowej?), ale znacznie mniej słodkiego. Słodycz ewidentnie była tu tylko naturalna. W splocie tym pojawiła się nawet lekka śmietankowa, czy raczej śmietankowo-kokosowa nuta.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam wyraźniejszy prażony motyw, który nieco się nasilił. Zasugerował... jakby roślinną neutralność? Wtedy naturalnie nerkowcowa maślaność na chwilę zahamowała słodycz. Ta jednak zaraz i tak wzrosła, przywodząc na myśl wegańskie ciastka maślane z nerkowcami, maczane w mleku kokosowo-nerkowcowym.

Słodycz chwilami przybierała na sile i przeplatała się z neutralnością.

Wydawało mi się, że coraz bardziej wyłaniające się kawałki nerkowców czasem trochę rozbijają słodycz. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Potem słodycz pozwoliła sobie na więcej i jako mleko coraz bardziej nerkowcowe, aż w końcu nerkowcowy, pralinkowy krem i same nerkowce zalała wcześniejsze wizje. Końcowo znów zaprezentowały się podprażone nerkowce, z których prażenie jeszcze wydobyło naturalną słodycz. Już jednak nie jako mgiełka, a smak bardzo dosadny. A jednocześnie... neutralniejszy motyw nerkowców też wzrastał.

Gryzione kawałki nerkowców kontynuowały lekko prażony wątek - one chwilami przejawiały wyraźniejsze, ale nie dużo mocniejsze, prażenie. Niektóre i tak wydawały się prażone znikomo. Były słodkawo-neutralne, mniej słodkie od samej masy. Sporadycznie odnotowywałam wśród nich nawet swego rodzaju orzechową pikanterię.

Po zjedzeniu został posmak słodki i jednocześnie neutralny. Prażone nerkowce z jednej strony przełożyły się na łagodność, właśnie taką neutralniejszą, a z drugiej ta sama prażoność umocniła słodycz. Pomyślałam o jakiś nerkowcowych pralinkach, ale przełamanych motywem jakby sucho-prażonym.

Krem mi smakował, ale nie aż tak, jak myślałam. Słodki, ale umiejętnie przełamany neutralnością, a więc nie słodki do potęgi i prażony minimalnie smak pokazał, co potrafią nerkowce. Ciekawe były skojarzenia z kokosem i migdałami, ale te to tylko drobne naleciałości. Krem, jakby nie patrzeć, wciąż był wyraźnie nerkowcowy. Konsystencja papkowata, syta, ale nie ciężka trochę nietypowa, ale w porządku. Miazgowość przechodziła już w najeżenie kawałkami wymagającymi gryzienie, co nie wpisało się w mój ulubiony, subtelnie miazgowy typ.

Osobiście wolę Eko Gram The Real Cashew Paste o zachwycająco słodkim, ale nieprzesłodzonym smaku, który kojarzy się z masą na ciastka. Wspomniany może był minimalnie słodszy, ale bardziej harmonijnie, konsekwentnie, co mi odpowiadało. I był porządnie gęsty. Z dziś przedstawianym wygrywają także Go Active Cashew Butter i (Sante) Auchan Pasta z prażonych orzechów nerkowca 100 % - równie smaczne, a jednak znacząco tańsze.


ocena: 8/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 29 zł za 200g
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy nerkowca

czwartek, 18 września 2025

Montezuma's Extraordinary Chocolate Fitzroy Rich & Smooth Dark Chocolate 74 % ciemna

Marka Montezuma's kojarzy mi się z... przypadkami. Poznałam ją lata temu, kiedy trafiła do mnie jako niespodziewany gratis (Montezuma's Sea Dog Dark Chocolate with Lime and Sea Salt), potem przypomniał mi o niej jeden znajomy, który powiedział, że kupił mi czekoladę 100%, ale ta nigdy jednak do mnie nie dotarła. A niedawno, gdy przeglądałam kremy orzechowe w jednym sklepie internetowym, wyświetliła mi się, nie wiedzieć dlaczego. Jako że miałam okazję poznać tego brytyjskiego producenta tylko poprzez czekoladę z dodatkiem, od razu zdecydowałam się kupić czystą opcję.
Tę konkretną nazwano po kapitanie statku HMS Beagle, Robercie FitzRoyu, jak i od majestatycznej góry w Patagonii, co na ponoć oddawać ducha przygody i odkryć, które są bliskie sercu założycieli Montezuma's, Helen i Simona Pattinsonów. Sama zaś nazwa marki "Montezuma" odnosi się zapewne władców Azteków (a ci z kolei, wiadomo, są kojarzeni z kakao, bo już oni je znali).

Montezuma's Extraordinary Chocolate Fitzroy Rich & Smooth Dark Chocolate 74 %  to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao.  

Po otwarciu poczułam mnóstwo słodkich czerwonych owoców, w których dominował naturalnie słodki, bardzo dojrzały granat. W inne wkradło się echo kandyzowania - tu przyszła mi do głowy m.in. żurawina. Na pewno czułam też syrop malinowy, może mieszany malina&granat, łączący świeże granaty ze słodzonymi owocami. Przy nich pobrzmiewały subtelne, słodkie kwiaty. To w końcu też tarta z wiśniami z cynamonem, przekładająca się na lekką pikanterię. W słodyczy ulokowało się trochę kwasku - jakby cukier cytrynowy? Cukier ze starą skórką? Za słodko-owocowymi motywami stanęły spokojne drzewa i porządnie wypieczone maślane, kruche ciasto, budujące ciepły wydźwięk kompozycji.

Tabliczka była twarda, ale przy łamaniu, które nie sprawiało żadnego trudu, trzaskała średnio głośno. 
W ustach rozpływała się powoli, zostawiając na podniebieniu smugi. Była kremowa i tłusta w śmietankowy sposób. Lekko miękła, wykazując lepkość i jednocześnie zachowywała kształt dosyć długo. Z czasem polała się z niej soczystość, a kęs zniknął w rzadki sposób. Zostawiał lekkie ściągnięcie.

W smaku pierwsze pokazały się bardzo słodkie czerwone owoce, a tuż za nim wysoka słodycz bardziej... zwyklejsza? Po chwili przedstawiła się jako leciutko palony karmel. Karmel, który dopiero rozkręcał się pod względem paloności.

W oddali, za karmelem i jego coraz mocniej paloną nutą, zaznaczyła się gorzkość. Niby subtelna, ale bardzo zdecydowana.

Czerwone owoce wydały mi się słodkie w sposób aż nienaturalnie uroczy. Po paru sekundach w mojej głowie zagościła niezwykle jednoznaczna wizja budyniu malinowego. Przemknęła mi myśl, że jeśli miałabym powiedzieć, jak smakuje mazurek malinowy (nigdy nie jadłam żadnego), powiedziałabym, że właśnie jego nuta pojawiła się za tym budyniem. Wśród czerwonych owocach chwilę dominował, ale zaraz za nim rozchodziły się czerwone owoce kandyzowane - przede wszystkim żurawina, ale i trochę wiśni.

Soczystość rosła powoli, ale konsekwentnie. Budyń malinowy zaczął się zmieniać w syrop malinowy, a następnie mieszany malina&granat. Zaznaczył się lekki kwasek, a soczystość nabrała pewności siebie. Granat pojawił się i świeży, surowy, wprowadzając właśnie bardziej rześki ton do owoców. Rześkość podchwyciły też pojedyncze kwiaty. Podniosły trochę słodycz.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wzrosła, a wraz z nią poczułam motyw cynamonowej tarty, w której trochę przesadzono z cynamonem. Tarty porządnie wypieczonej.

Gorzkość miała palony wydźwięk i wiązała się z wytrawnymi, ale nieco łagodniejszymi nutami drzew. Do głowy przyszedł mi ciepły, orientalny sandałowiec. Ciepło i drzewa podkręciły wydźwięk tarty.

Maślany, kruchy spód był bardzo wyrazistą nutą. Spód lekko karmelowy? Maślaność ogólnie przez moment wspięła się na wysoki poziom, ale potem zniknęła w wypieczonym wątku. A ten umocnił cynamon - zebrało się go jeszcze więcej. Wyobraziłam sobie wiśniową masę sowicie doprawioną cynamonem. Zrobiło się bardzo ciepło.

Owoce pod wpływem ciepła zrezygnowały ze świeższego wydźwięku. Wiśniowo-cynamonowa masa poniekąd zaczęła przechodzić w wiśnie w likierze. Z wręcz taninowym zacięciem, mimo że słodko-alkoholowy motyw nie był jednak zbyt silny.

W tle zaznaczył się bowiem kwasek, odciągający trochę od tego uwagę - nie należał do czerwonych owoców, a jakby do... cukru cytrynowego? Domowego, ze skórką, która upuściła swe cierpkie olejki eteryczne.

Drobny kwasek podkręcił znacząco gorzkość. Końcowo wyszła jeszcze bardziej palono. Drzewnej nucie zaś spodobało się ciepło i oczami wyobraźni patrzyłam na pojedyncze, rozgrzane drzewa w orientalnej scenerii, może jakieś pojedyncze na obrzeżach sawanny. Słodycz też podpięła się pod ten ciepły, palony wydźwięk, przywracając na przód palony karmel.

Po zjedzeniu został posmak czerwonych owoców w likierze, może znów z echem kandyzowania i drobną taniną oraz odrobinka cytryny. Czułam też cynamonową tartę, którą wieńczył palony karmel.

Czekolada wyszła bardzo ciekawie i smacznie. Była ryzykownie słodka, ale też gorzka i palono-pieczona i z kwaskawymi akcentami, że słodycz miało co przełamać. Kandyzowane owoce i malinowy budyń, syrop i wiśnie w likierze, masa wiśniowo-cynamonowa świetnie współgrały z tartą, mazurkiem i kruchym spodem. Świeższy granat, ciepłe drzewa, sandałowiec i lekka gorzkość nadały temu charakteru. Palony karmel i tarta umiejętnie wszystko połączyły, dzięki czemu kompozycja wyszła bardzo harmonijnie, a nawet to, co chwilowo wydawało się kontrastowe, właśnie na harmonijny tor. Może ryzykownie sporo nut była tu trochę nie w moim klimacie, jednak całościowo zacnie to zagrało.


ocena: 9/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 16,59 zł (za 90g; promocja)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii

środa, 17 września 2025

Łowicz Maślanka kawowa

Wydaje się, że lata świetlne minęły odkąd założyłam boga w 2015. Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałam, w jakim kierunku pójdę. Wcześniej specjalnie za wiele słodyczy nie jadłam, a mleko smakowe pijałam we wczesnym dzieciństwie. Ze smakowym, słodkim piciem to przez większość życia miałam tak, że zwyczajnie mi nie leżało. Jako nastolatka raz czy drugi coś tam piłam, ale... no nie. Z racji blogowania próbowałam jednak nowości Mullermilch. 1, 2, 3... i w końcu uznałam, że to jednak na pewno nie moja bajka. Od tamtego czasu nie piłam niczego takiego. Ostatnio jednak włączyłam do diety kefiry i maślanki jako coś, co jem (bo kupuję gęste) prawie codziennie, stąd i rzucił mi się w oczy obiekt dzisiejszej recenzji. Raz minęłam, drugi raz minęłam, ale... w końcu się zainteresowałam. Wszak mimo że nie przepadam za piciem kawy, jogurt kawowy (wymieszany jogurt z kawą rozpuszczalną) czasem lubię sobie zrobić... Za nic jednak nie potrafiłam sobie wyobrazić maślanki kawowej. Czy jedno do drugiego w ogóle pasuje?

Łowicz Maślanka kawowa to maślanka ze wsadem kawowym o zawartości kofeiny 13mg/100g, produkowana przez OSM Łowicz; "produkt sezonowy".

Po odkręceniu poczułam zapach jogurtu kawowego (np. Bakoma Kremowy Jogurt Kawowy - zdjęcie nie moje). Znaczący kwasek łączył w sobie nabiał i kawę bardzo spójnie, a słodycz, choć wyraźna, była niska. Kawa zdradzała ziarnisty charakter. Za nic nie powiedziałabym, że to maślanka, a nie jogurt. Ogólnie zapach był delikatny.

Maślanka była rzadkawa - przeważnie są gęstsze, niektóre nawet bardzo, acz i rzadsze się zdarzają. Ja wolę takie, które spokojnie można bardziej jeść łyżeczką, a prezentowana reprezentowała te ewidentnie pitne. W sumie i tak łyżeczkowałam, ale nie obraziłabym się, gdyby była gęstsza. Konsystencja była gładka, a tłustość odpowiednio, przyjemnie nie za wysoka, acz miałam wrażenie, że ta była minimalnie tłustszo-kremowa od zwykłej maślanki.
Minimalnie ściągała zęby.

W smaku najpierw najpierw poczułam słodycz, za którą zaznaczyła się subtelna kawa. Pomyślałam o słodkiej kawie rozpuszczalnej, a już po chwili polał się kwasek.

Kwasek wtopił się kawę, budując obraz łagodnie kawowego jogurtu (na myśl przychodzi mi Bakoma Jogurt Kawowy) - czułam kawowość właśnie w tym specyficznym, nabiałowym kontekście. Wyraźna kwaśność należała do nabiału, ale i kawa wydawała się kwaskawa. Kwaśność ogólna stała na poziomie przeciętnym dla maślanek, ale ewidentnie stała na pierwszym planie. Kawa do niej dolatywała. Gorzkość jednak nie pojawiła się. Kawa wyczuwalna tu, była to kawa bardzo łagodna - z czasem powiedziałabym, że jakaś pomiędzy rozpuszczalną a ziarnistą (tak smakują np. Jacobs Barista), i to z mlekiem. I niewątpliwie słodka, acz nienachalnie.

Maślanka sama w sobie przewijała się w tle, a ogólnie bardzo mocno i to w bardzo udany sposób udawała jogurt. Kremowy, średnio tłusty i kwaskawy jogurt kawowy. Taki, w którym słodycz wygłaskała kawę, a i kwasek starała się zrównoważyło, lecz on się nie dawał. Wyraźnie się wyeksponował. W ciemno w życiu bym nie zgadła, że to nie jogurt pitny.

Po zjedzenio-wypiciu został posmak lekko słodzonej, mlecznej, niezbyt mocnej kawy - tu już raczej ziarnistej - z kwaskiem, który wydawał się nie tylko jogurtowo-maślankowy, a maślankowo-kawowy. W posmaku maślankowość wyłoniła się najbardziej.

To... dziwny produkt. Zaskakująco jogurtowy, nie maślankowy w wydźwięku. Nie przemawia do mnie to, że to ewidentnie maślanka do picia, a nie z tych gęstszych. Pozytywnie zaskoczyły mnie proporcje kwasku do słodyczy - wyraźny, ale nie kwachowaty kwasek oraz słodycz też wyraźna, ale niska i nienachalna. Kawy wolałabym czuć więcej. Ta była specyficznie nabiałowa, ale i w dodatku łagodna, nawet w tym kontekście. Wolałabym więcej kawy.

Końcówkę (100g, bo do mojej miseczki mieści się 200g, więc miałam sobie 2 porcje) przejęła Mama. Jej opinia: "Smaczna. Ja chyba nie przepadam za maślanką, a ta smakowała właśnie jak ten kawowy jogurt Bakomy, który kiedyś często jadłam, bo bardzo lubiłam".


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,98 zł (za 500g)
kaloryczność: 79 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: maślanka, mleko, wsad kawowy (cukier, ekstrakt kawy Cold Brew 1,1%), żywe kultury bakterii

poniedziałek, 15 września 2025

Fin Carre Weisse Kokos & Flakes biała z wiórkami kokosowymi i płatkami kukurydzianymi

Czy to takie dziwne, że choć nie lubię czekolad Fin Carre i nie znoszę białej czekolady, zawitała na moim blogu ta tabliczka? I tak, i nie. Okazało się, że chyba wycofano najlepszą znaną mi białą czekoladę, Chateau Weisse Kokos / Biała z Kokosem i płatkami kukurydzianymi. I to akurat wtedy, gdy chciałyśmy ją sobie z Mamą przypomnieć! Zdesperowane, zamówiłyśmy na Allegro, jednak okazało się, że sprzedający miał już tylko po terminie i nie chciał ich wysłać nawet na naszą odpowiedzialność. Zaproponował, że ma bardzo podobną. Licząc więc, że będzie to chociaż namiastka, kupiłyśmy. Nie ufałam tej tabliczce, ale pomyślałam, że może będzie choć trochę podobna i w górach uda mi się jakoś w nią wkręcić. Specjalnie pod nią za cel obrałam Halę Śmietanową - by było tematycznie, a co! Z Policy dalej poszłam czerwonym szlakiem do Kiczorki, zwanej przeważnie Cylem Hali Śmietanowej. Mając wspaniały widok na Babią Górę w całej jej okazałości uznałam, że to idealna chwila na potencjalnie śmietankową czekoladę.
Po zdjęciach obrałam żółty szlak na wieżę widokową na Mosornym Groniu. Nie planowałam wchodzić i na nią, ale jakoś tak mi się zachciało. Potem zeszłam do Hali Krupowej zielonym szlakiem i czekał mnie znany już odcinek do parkingu na Wielkiej Polanie, w Sidzinie.

Fin Carre Weisse Kokos & Flakes to biała czekolada z prażonymi wiórkami kokosowymi (18%) i płatkami kukurydzianymi (7%), marki własnej Lidla, wyprodukowana przed Ludwig Weinrich GmbH.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach wiórków kokosowych i mleka, które aspirowało do śmietanki. Za nimi odnotowałam też lekką, kwaskawą taniość kiepskich białych czekolad. Słodycz stanęła na średnio wysokim poziomie, bo trochę ją hamowała pieczona nutka corn flakesów. Nie były nutą jednoznaczną, ale łatwo je nazwać.

W dotyku tabliczka zdradzała tłustość, choć była konkretna i twarda - to jednak wynikało z grubości. Przy łamaniu słychać było chrzęst dodatków.
Przekrój potwierdził, co zdradzał już spod - dodatków zatopiono mnóstwo: zarówno wiórków kokosa (ledwo widocznych), jak również drobnych płatków kukurydzianych. By spróbować samej czekolady, musiałam aż dosłownie spiłować trochę z brzegu.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była tłusta i kremowa, a także bardzo zbita. Miękła, długo zachowując kształt. Dodatki wyłaniały się z niej niechętnie, były zatopione porządnie i jakby trochę utrudniały rozpływanie się.
Z czasem robiła się z tego zbitko-grudka trochę posiekanego kokosa i płatków. Wydawało się, że to one są bazą, a czekolada robi za dodatek. Czy to gryzione w trakcie rozpływania się bazy, obok niej jak się dało, czy już na koniec, były chrupiące. Ja wolałam gryźć na koniec, choć sporadycznie podgryzałam trochę już wcześniej.
Gryzione na koniec wiórki kokosowe były chrupiąco-trzeszczące. Świetnie zgrały się z chrupiącymi i twardymi płatkami kukurydzianymi. Te nawet gdy trochę nasiąkły i zmiękły, nie zaniechały chrupania. 
Dodatki wyszły przyjmie świeżo, mimo ilości, nie drażniły, nie drapały podniebienia i języka.

W smaku pierwsza rozbrzmiała średnio wysoka słodycz, a tuż za nią echo kokosa. Wiórki kokosowe częściowo starały się zabarwić sobą słodycz. Nawet trochę wydawało się, że poniekąd płynie z nich.

Zaraz odezwało się też mleko. Takie przeciętne, może trochę mdławe? Zalatywało trochę taniością, lecz zaraz zalał ją bardziej śmietankowy motyw.

Kokos rósł w siłę i stanął na pierwszym planie. Słodycz umacniała się w średnim tempie i wcale nie tak mocno. Weszła na ryzykowny poziom, ale ze względu na rozbijanie dodatkami, jak na białą była znośna. Śmietanka jednak odpuściła jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Całość była bardziej przeciętnie mleczna niż śmietankowa.

Dodatki czuć bez gryzienia. Do kokosa dołączyła nuta płatków kukurydzianych. Wciąż rządził kokos, ale wystąpiły jako zgrany duet. Zdominowały kompozycję i stały na straży słodyczy.

W tle i tak jednak przewijała się delikatna taniość. Motyw kwaskawej, kiepskiej białej czekolady bardziej dawał się we znaki w przypadku kostek brzegowych, gdzie czekolady było minimalnie więcej. Ogólnie więc im więcej dodatków, tym dla tej kompozycji lepiej, jednak nie dały rady ukryć taniości zupełnie.

Czasem dodatki gryzłam już wcześniej, obok czekolady, czasem dopiero na koniec.
Gdy gryzłam dodatki wcześniej, na zasadzie kontrastu podskakiwała słodycz i przeszkadzała. Acz wiórki kokosowe i corn flakesy były intensywne i nic sobie z niej nie robiły.
Gdy gryzłam dodatki na koniec, zerwały smakową słodycz i zagłuszały taniość. Zostało tylko lekkie drapanie w gardle.

Gryzione razem wiórki i corn flakesy smakowały tak samo intensywnie. Wiórki i płatki tworzyły świetny duet. Czasem jednak płatki jawiły się jako dosadniejsze.
Płatki kukurydziane miały wyraźnie kukurydziany, lekko pieczony smak.
Wiórki kokosowe uderzały naturalne słodkawym smakiem, który wydawał się lekko podprażomy (możliwe, że ze względu na pieczoność corn flakesów).

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków kukurydzianych ze znikomym echem mocno białej czekolady, z której na jaw wylazła cukrowość. Czułam też drapanie w gardle.

Czekolada wyszła zjadliwe w małej ilości ze względu na mnóstwo bardzo dobrych dodatków. Dzięki nim jej słodycz odebrałam jako znośną. Niestety, sama w sobie czekolada była nieprzyjemnie tania.

Miałam dość po 2 kostkach w górach, ale z braku innej zjadłam jeszcze 1, a w domu dla weryfikacji nut kolejną 1. Kompletnie mnie nie chwyciła, bo co mi po pysznych dodatkach, jak sama czekolada raz po raz zajeżdżała taniością? Wyszła jak kiepska podróbka Chateau Weisse Kokos / Biała z Kokosem i płatkami kukurydzianymi. Nie była jakoś straszliwie okrutna, ale też nie było w niej niczego, co by mnie zachęciło do jedzenia.

Większość więc wróciło do domu, do Mamy. Jej opinia: "Ta czekolada jest po prostu... poprawna. Jak ktoś po prostu lubi białe, to pewnie mu bardzo posmakuje. Ja obecnie nie przepadam za białą, więc jestem bardziej wymagająca i mi ona za słodka, a dodatków aż za dużo, bo się czuję chwilami, jakbym cukier chrupała. Sama czekolada mi nie wydaje się jakoś strasznie tania, ale taka... no na 6, trochę ponad przeciętna. Zjadłam jakieś 100 gramów, potem jeszcze trochę, ale więcej - już dosłownie końcóweczki - nie chcę, chyba oddam*. A Chateau nigdy bym nikomu ani kostki nie dała".
*Resztę oddałyśmy ojcu, jak powiedziała Mama.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez internet od os. prywatnej
cena: 13 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, wiórki kokosowe 18%, pełne mleko w proszku, płatki kukurydziane 7% (kukurydza 6,5%, cukier, sól spożywcza, słód jęczmienny), śmietana w proszku, serwatka, lecytyny, sól kuchenna, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 14 września 2025

Cacao Crudo Gianduia Granellata / Crunchy Gianduja / Le Gianduja Croquant Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru ciemna 43,5% nugatowa / orzechowa z orzechami laskowymi

Kupując, nie zagłębiałam się dokładnie w to, czym ta tabliczka jest. Wzięłam ją jako czekolada z orzechami. Może powinnam była sprawdzić, w jakiej formie dokładnie? Niby czułam, że to nie coś, czego chciałabym mieć dużo, ale tu właśnie na przeciw wyszła mi przystępna do tylko spróbowania niska gramatura. Dopiero po degustacji tej trochę poczytałam. Cacao Crudo piszą o sobie, że przedstawiają nowy sposób produkcji i delektowania się czekoladą tak, by zachować cenne właściwości kakao. To nieznany mi, ponoć pierwszy włoski producent surowej czekolady. Tworzą z amazońskiego Criollo, którego nigdy nie przetwarzają w temperaturze wyższej niż 42°C. Klasyczny proces prażenia ziaren kakaowych zastąpili się powolnym suszeniem w atmosferze ochronnej. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc ucieszyło mnie, że mieli małe tabliczki z dodatkami. Pomyślałam, że w tym sezonie trochę się szarpnę, jeśli chodzi o czekolady w góry, by nie zabierać w nie rozczarowującej kiepścizny. Jako pierwszą wzięłam, jak najpierw myślałam, najklasyczniejszą, bo z orzechami. Przepisując skład odkryłam jednak, że czeka mnie podwójnie orzechowa czekolada, bo nie poprzestali na dodaniu kawałków. Miazgę kakaową wymieszali z miazgą z orzechów, konkretniej odmiany Tonda Gentile Romana.
Jak planowałam, zabrałam ją w góry. Z sidzińskiej Wielkiej Polany poszłam połączeniem szlaków czarnego i zielonego przez Halę Krupową do czerwonego szlaku biegnącego przez Złotą Grapę. Nim też doszłam na Policę. Z niej wspaniale było widać Tatry, niestety jednak słońce świeciło z ich strony, więc na zdjęcia się nie załapały.

Cacao Crudo Gianduia Granellata / Crunchy Gianduja / Le Gianduja Croquant Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru to ciemna surowa czekolada o zawartości 43,5% surowego kakao Criollo z Peru, typu "gianduja", czyli z miazgą z surowych orzechów laskowych i z kawałkami surowych orzechów laskowych.

Po otwarciu poczułam ciężką, ale nie wysoką słodycz karmelowej whisky i palone drewno. Choć ogólnie słodycz była średnio-niska, czułam bardzo dużo karmelu, przechodzącego w melasę. Do głowy przyszły mi też suszone, cierpkawe wiśnie, oblane gęstym, półpłynnym karmelem. Orzechy laskowe zaznaczyły się subtelnie, mieszając się i trochę wręcz kryjąc w motywie ziemi.

W dotyku tabliczka wydawała się trochę sucha, a przy łamaniu krucha i trochę się kruszyła. Nie trzaskała, łamała się z łatwością, jednak mimo delikatności, wykazywała pewną twardość.
Przekrój ujawnił mikroskopijne, pojedyncze kawałeczki orzechów. Na oko powiedziałabym, że sama czekolada będzie bardzo proszkowa, może nawet ziarnista.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i dość szybko, mimo że dosłownie w pierwszych sekundach myślałam, że będzie stawiać opór. Początkowo wręcz obklejała podniebienie, potem robiła się coraz bardziej tłusto-mazista i lepkawa jak miękkawa setka. Okazała się bardzo tłusta w nieco oleistym kontekście. Czułam w niej lekką proszkowość, w porywach wręcz ziarnistość, którą próbowała ukryć w kremowości jakby kremu orzechowego 100%. Wydawało się, że starała się być gładką, ale jej to nie szło. Z czasem masa robiła się wręcz luźna, a na języku zaznaczały się drobinki orzechów. Okazało się, że tych mikroskopijnych drobinek było sporo, że aż w zasadzie nie tak łatwo o kęs bez nich (by spróbować trochę samej czekolady, musiałam ją spiłować zębami z brzegu). Czekolada znikała, pozostawiając po sobie pyliście-suche wrażenie.
Orzechowa drobnica była tak mała, że nawet nie dało się wszystkich kawałeczków pogryźć, niektóre po prostu jakoś się w ustach gubiły.
Ze dwa razy pogryzłam je na próbę obok czekolady, ale zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec. 
Gryzione orzechy, czy wcześniej czy później, były delikatne i trzeszczące. Niektórym blisko było do miękkości nieprażonych orzechów. Skórki zaplatały się dosłownie tylko parę razy.

W smaku najpierw poczułam wyrazistą i dosadną gorzkość, która wiązała się z czarną, wilgotną ziemią.

Z oddali doleciał jeszcze węgiel i trochę dymu, a zza niego wyłoniła się subtelna słodycz i drobny kwasek. Przemknęły... cierpkie, dojrzałe wiśnie? Szybko zmieniły się w wiśnie w likierze (wiśniowym?).

Słodycz zaczęła rosnąć, eksponując swój mocno palono karmelowy charakter. Zaczęła zalewać wiśnie, przywodząc na myśl... wiśnie w likierze karmelowym? Suszone wiśnie oblane gęstym, lepkim karmelem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wiśnie zatonęły w ziemi. Ta trochę wycofała się z pierwszego planu, ale wciąż była bardzo wyraźna. Gorzkość też nie odpuszczała, ale została mocno dosłodzona.

Do kompozycji wkradł się orzech laskowy. Też lekko gorzkawy? W oddali doszukałam się nieśmiałego, palono karmelowego, mało słodkiego nugatu i kremu 100% z orzechów laskowych z lekką goryczką. Były wkomponowany w karmel, który tak rozkręcił się w swojej paloności, że poszedł aż w melasowym kierunku.

Słodycz rosła coraz bardziej ochoczo. Może nie była wysoka, a średnia, ale miała dosadny wydźwięk. Nie walczyła z gorzkością - wręcz przeciwnie! Do głowy przyszedł mi lekko gorzkawy od mocnego palenia karmel oraz gorzkawy karob o naturalnie słodkawym, ciepłym charakterze. Wyszedł wręcz ciężkawo.

Wyłaniające się orzechy laskowe niewiele wnosiły. Ogólna orzechowość nie była ani silna, ani nawet cały czas bardzo jednoznaczna. Nuta surowych orzechów laskowych wyłaniała się epizodycznie. Z melasą mieszało się za to echo... Oleju orzechowego? Chował się jednak w węglowo-dymnym wątku.

Słodycz bardzo wzrosła. Karmel, melasa... I jakiś mocny, karmelowo słodki alkohol? Whisky? Usilnie krył soczyste echo wiśni. Te w oddali znów raz po raz się przewinęły, i to w wydaniu soczystym, świeżym. Starały się, całkiem udanie, rozbić ciężki wydźwięk.

Orzechy gryzione obok czekolady wyszły nijako, w zasadzie nie czuć za bardzo, co to. 
Orzechy gryzione na koniec smakowały wyraźniej. Na pewno wyraźniej niż miazga orzechowa w bazie. Były to przeciętne, delikatne orzechy, które sporadycznie pobrzmiewały gorzkością. I to nie gorzkością skórek, choć i trochę skórek się trafiło. Powiedziałabym, że orzechy były nieprażone albo prażone bardzo lekko (w rzeczywistości były nieprażone).
 
 Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, które z zaskakująca łatwością zagłuszały samą czekoladę. Ta pobrzmiewała lekko głównie ziemią, orzechami ale bardziej ogólnie motywem orzechowym niż konkretnie laskowcami oraz paloną, ciężko słodką melasa.

*Normalnie wstawiłabym 8, ale 7 wystawiam ze względu na to, że jednak chyba nie tego oczekuje się od czekolad orzechowych, gianduja itp.. Sama ziemistość, dym, węgiel - wszystko to mi bardzo smakowało, bo czułam się, jakbym jadła charakterną ciemną czekoladę, ale strasznie to przytłaczało tytułowe orzechy. Chyba surowe kakao jest zbyt mocarne do tabliczek typu gianduja. Nie przekonała mnie krucho-pylista struktura, mięknięcie i szybkie rozpływanie się, a orzechowa drobnica wyszła po prostu kiepsko. Nie podobała mi się ani w smaku, ani w strukturze. Gdyby sprawę orzechów lepiej rozwiązano, mogłaby mieć o punkt więcej. Struktura to kolejny punkt, więc  to w sumie tabliczka z potencjałem na 9.


ocena: 7/10*
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 7,19 zł (za 30g)
kaloryczność: 605 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowa miazga kakaowa (43,5%), nieprażona pasta z orzechów laskowych Tonda Gentile Romana (26%), skoncentrowany sok z kwiatów kokosa, nieprażone siekane orzechy laskowe Tonda Gentile Romana (9%)