wtorek, 20 września 2016

Akesson's 100 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation ciemna z Madagaskaru

Po dwóch setkach od Domori wiedziałam, że ciężko będzie mi wrócić do "rzeczywistości" i mam tu na myśli zarówno jakość, jak i czekoladową słodycz. Postanowiłam więc zrobić sobie łagodne przejście (przy okazji dając sobie możliwość porównania) przez inne posiadane setki i czekolady z wysoką zawartością kakao.
Zdecydowałam się na moją drugą ulubioną markę, w której skład setki, podobnie jak w przypadku Domori IL100 % Criollo, wchodzi jedynie kakao criollo.

Akesson's 100 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation to ciemna czekolada, której 100 % stanowi kakao criollo z Madagaskaru z plantacji Ambolikapiky.
W tym przypadku w składzie oprócz miazgi kakaowej mamy wyszczególniony również tłuszcz kakaowy i, niestety, lecytynę sojową, jednak przymknęłam na to oko, gdy zobaczyłam odznaczenia czekolady (od 2014 do teraz zdobyła aż pięć razy złoto od Akademii Czekolady, Great Taste i International Chocolate Awards).

Jak dla mnie trochę zbyt krzykliwe, czerwone opakowanie, skrywa jak zwykle piękną, kwadratową tabliczkę.
Po otwarciu folii trochę się zdziwiłam, ze względu na łagodność zapachu. Był naprawdę delikatny i taki... słodko czekoladowy, normalnie czekoladowa esencja, z solidną dawką orzechów, ale także z wyraźnym kwaskiem cytrusów (chociaż raczej podchodzących pod gorzkawe skórki) i kefiru.

Na pierwszy rzut oka czekolada wydała mi się tłusta, ale... potem okazała się prawie niemożliwa do przełamania, musiałam użyć dużo siły, zanim usłyszałam donośny trzask. Przekrój sugerował, że będzie ona dość szorstka, jednak wtedy włożyłam kawałek do ust, a ten zaczął rozpuszczać się idealnie kremowo i gładko prawie jak mydło (to nie minus, tylko porównanie).

Od pierwszej sekundy czułam łagodny kwasek. Rozwijał się bardzo, bardzo powoli niczym niekończące się i jeszcze przedłużające spotkanie biznesowe, podczas którego słyszy się bicie własnego serca. Każde jego uderzenie to chwilowe wyłonienie się nutki kefiru lub pomarańczy... Na przemian, potem zlewające się w jedno.
W tle pojawiła się lekka goryczka i prawie niezauważalne uczucie ściągnięcia. Na nim skupiłam uwagę. Ściągnięcie-ściśnięcie, niczym nie dające spokoju uczucie oczekiwania na coś. Zaczęło ciążyć, chociaż orzechowa, lekko pieczona nuta to uprzyjemniła.
Pieczona? Hm, przecież to nuta mocno upieczonych, kefirowych muffin z jagodami i... kokosem? Tak, to orzech kokosowy i jego słodkawy, choć prawie neutralny smak. Czuć je... chociaż stoją na stole poza zasięgiem ręki. Stoją, ale są niedostępne.
W ustach czuć posmak porannej kawy, już nieco wyblakły, ale wciąż gorzkawy. Gorzkawość... taka jednostajna, przez którą myśli zaczynają krążyć wokół czegoś zupełnie innego.

W końcu zmiana, dynamika. Po wyczuciu jagód przy tych muffinach nastąpił przełom. Wyjście na wolność, na świeże powietrze. Rozjaśniło się, kwasek się nasilił, zrobiło się niezwykle soczyście. Porzeczki, maliny i dalej jagody. Cała gama owoców, ale to jeszcze nie wszystko.

Wolność, szybka jazda na radosnej fali soczystych smaków. Prosto do celu. Wspinaczka po schodach, już docierają pierwsze nuty... słodyczy. Mlecznej, delikatnej, ale nie dziecięcej, a takiej gęstej, uwodzicielskiej. W soczystych nutach pojawiły się mandarynki i pomarańcze, niczym orzeźwiające kobiece perfumy. Nagle wszystkie słodko-soczyste smaczki się połączyły, otwierając drzwi, za którymi stała ona... Połączenie owoców dało niezwykły bukiet przepełniony zarówno słodyczą owoców leśnych, jak i kwaskiem cytrusów. Przy tym wszystkim wciąż stał łagodnie prażony posmak orzechów, a całość otulała cudna, kawowa gorzkość.

Z czasem zaczęło się robić coraz bardziej słodko i kawowo. Pomyślałam o słodkim syropie orzechowym i dobrej, gorzkiej czarnej kawie pitej po szaleństwie poprzedniej nocy. Z posmakiem kawy w ustach pozostałam na długo, próbując jakoś nazwać charakter tej czekolady.

Na pierwszy rzut oka onieśmielająca, choć jednocześnie kusząca. Jej prawdziwą naturę odkrywało się dopiero z czasem. Nieobliczalna, trochę kpiąca, ale będąca spełnieniem marzeń o beztrosce i zapomnieniu o rzeczywistości.To było jak ciągłe, wręcz męczące, oczekiwanie na coś. Gonienie króliczka. Gdy wreszcie osiągało się swój cel, wszystko zaczynało się od nowa.
Brzmi, jakby czekolada pozostawiała niedosyt?
To źle, bo, jak to mówią, to właśnie gonienie króliczka jest najlepsze, nie złapanie go.
To maksymalnie podkręcone nuty z Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation wzbogacone o pewne szczegóły, które przełożyły się na zupełnie inny wydźwięk kakao.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za ok. 60g)
kaloryczność: 609,7 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią bym do niej wróciła

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

poniedziałek, 19 września 2016

Lindt Creation Refreshing Lemon / Citron Frappe mleczna z cytrynowym kremem

Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam jakiegoś Lindta, a czasy kiedy oglądałam zagraniczne smaki w internecie śliniąc się do ekranu wydają mi się wręcz nierzeczywiste. Tak ze dwa lata temu szalałam za pewną czekoladą, która na letnią porę wydawała mi się ideałem. Mogłam o niej tylko marzyć, bo nawet mowy nie było żeby pojawiła się w moim mieście.
A tu proszę, gdy mi chcica na Lindta przeszła, przyszła okazja (dzięki Tacie mieszkającemu w Krakowie) na spróbowanie. Dobra, to połowa marzenia, a druga, dotycząca smaku...? Przyznam, że trochę się tego bałam po nieco ulepkowatej (ale koniec końców nie takiej złej) Lindt Creation Refreshing Coconut Dark z tej samej serii.

Lindt Creation Refreshing Lemon / Citron Frappe to mleczna czekolada z cytrynowym kremem, którą przed zjedzeniem zalecają schłodzić.

Po rozerwaniu sreberka poczułam słodko czekoladowy zapach, w którym najsilniejszym elementem wydawało się pełne, smakowite mleko i zapach cytryn będący na granicy świeżo-naturalnego, a troszeczkę takiego z aromatu. Skłaniał się raczej ku temu pierwszemu. 

Postanowiłam dwie kostki zjeść normalnie, a dwie po wyjęciu z lodówki, czyli tak, jak zaleca producent - resztę zamierzałam skończyć (jakby oczywiście okazała się godna kończenia) na sposób, który wyda mi się lepszy.
Kolosalnej różnicy nie ma, ale... zresztą sami przeczytajcie.

Czekolada stanowiła dość grubą warstwę, jednak i nadzienia było sporo. Po zrobieniu kęsa, to ją najpierw czuć. To typowy mleczny Lindt, a więc bardzo słodki i mleczny z minimalnym akcentem kakao. Czekolada rozpuszczała się w kremowo-tłusty sposób, który wydał mi się minimalnie bardziej proszkowy niż w przypadku innych, jednak mówię tu o takiej "minimalności", że raczej to sobie uroiłam. Chociaż... możliwe, że coś pomajstrowali przy czekoladzie, bo po jakiś 20-30 minutach w lodówce, zrobiła się twardsza, ale wciąż rozpuszczała się w ten sam kremowy sposób i dalej smakowała mocno czekoladowo, dobrze, a nie jak słodycze robiące się kamieniami bez smaku po wyjęciu z lodówki. Co więcej, wydała mi się nieco mniej słodka.

Kwasek nadzienia przebijał się dopiero po jakimś czasie. Był mocny, ale w pełni cytrynowy, soczysty, orzeźwiający, jak sok tylko co wyciśnięty z owocu. Słodycz także się tu znalazła, ale była tak trafiona, że po prostu zrobiła z tego nadzienia bardzo przyjemny krem, a nie "kwachowate coś".

Konsystencję miało raczej zbitą i plastyczną.
W wersji nie-z-lodówki nadzienie znikało dość szybko i wydało mi się nieco tłustawe, jak lody cytrynowe jedzone w straszny upał i topiące się prawie natychmiast.
W wersji schłodzonej... nadzienie przybrało formę gęstego sorbetu z cytryn, bardzo długo pozostającego w ustach. Wydało mi się niezwykle soczyste, smakowite i lekkie. Byłam zszokowana tym, że tak dobrze Lindtowi wyszło. 

Gdy już cytrynowy krem zniknął, w ustach pozostawała taka "lekkość", a czekolada z jakby wzmocnioną mlecznością i osłabioną słodyczą zamykała kompozycję. W tym momencie nie wydawała mi się mocno słodka, prawdopodobnie dzięki temu soczyście cytrynowemu nadzieniu.

Resztę oczywiście zjadłam z lodówki, mimo że normalnie nienawidzę słodyczy w niej trzymanych (i nigdy takich nie jem). 
I wiecie co? Rozczarowałam się. Chciałam ponarzekać, jaki to Lindt zły i jak zrujnował mi marzenia, wylać jad... a tu trafiłam na naprawdę pyszną czekoladę. Nadzienie "na zimno" budziło skojarzenia z Zotterem i jego cytrynowymi kremami, a wersja nie-z-lodówki też trzymała poziom, mimo że szybko znikała i jakoś bardziej słodko i tłusto było, ale też nie straszliwie. 
To chyba jeden z najlepszych Lindtów.


ocena: z lodówki 10/10; normalnie 8/10
kupiłam: za pośrednictwem Taty w sklepie z niemieckimi słodyczami w Krakowie
cena: 10 zł (za 150 g)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić (ale gdybym np. miała dostać)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, laktoza, cukier inwertowany, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego (2%), stabilizator (sorbitole), bezwodny tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt słodowy jęczmienny, aromat naturalny, wanilina

PS Na opakowaniu jest napisane, że wyprodukowane we Francji i... jest m.in. tłumaczenie na polski... dlaczego więc tej czekolady nie ma na polskim rynku?! Idiotyzm.

PS 2 Przeglądałam posty i zdziwiło mnie, że jeden prawie w ogóle nie ma wyświetleń. Chodzi o Akesson's 100 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation. Wyświetla się Wam w ogóle ta recenzja?

niedziela, 18 września 2016

Krakuski Barbakanki korzenne herbatniki w czekoladzie mlecznej

Po tylu czekoladach z wyższej półki i po wszelkiej maści innych ciekawostkach, na pewno wielu z Was spojrzy z niedowierzaniem na tę recenzję. Nie dziwię Wam się. Nie dziwię się jednak także sobie, że do tej recenzji zasiadłam. Ciastka normalnie mogłyby dla mnie nie istnieć... do czasu. Do czasu, gdy myśl o jakiś wejdzie mi do głowy i wstrętnie się tam zagnieździ. Zdarza się to może raz na rok, ale wtedy nie ma zmiłuj, muszę zasiąść do ciasteczek i herbatki, bo czuję, że inaczej sczeznę.
Dodatkowo, chcę mieć do czego się odnosić w recenzjach związanych ze współpracą z Altoria.eu.

Ci którzy czytają nie tylko recenzje, ale i niektóre wstępy, pewnie wiedzą, że dość często bywam w Krakowie, więc dodam teraz, że do tego miasta żywię bardzo skrajne uczucia. Z jednej strony kojarzy się z załatwianiem niekończących się spraw, a z drugiej... uwielbiam tamtejsze restauracje i wypoczywanie w domu mojego Taty. Te ciastka kupiłam na poczęstunek do herbaty właśnie na Jego przyjazd, żeby poczuł się jak w domu. ;)
Pewnie dlatego, nie mogłam przejść obojętnie obok tych ciastek. Albo inaczej: mogłabym, gdyby były jakiekolwiek inne, niż korzenne.
Z kolei jako, że pierwszy raz w życiu sięgam po ciastka korzenne z czekoladą... liczę, że nie tylko dla mnie takie coś jest nowością i powiedzmy, że komuś się ta recenzja po coś przyda.


Krakuski Barbakanki korzenne w czekoladzie mlecznej to po prostu herbatniki korzenne w czekoladzie mlecznej (23%).

Producent (Bahlsen) zachwala na opakowaniu, że są bez barwników, substancji konserwujących, utwardzonych tłuszczów roślinnych i oferuje nam zwiedzanie Krakowa bez ruszania się z domu. Nieźle.

Już od momentu otwarcia paczki poczułam silnie korzenny zapach, z akcentem mlecznej czekolady. Mniam.
Wyjęłam "korytko" z szesnastoma ciastkami, które... szczerze powiedziawszy prezentowały się średnio. Ot, przewalają się ze strony na stronę (czego efektem były dwa złamane ciastka).

Każde ciastko przedstawia jakąś krakowską budowlę (ileż to zabawy miałam zgadując je po kolei): Sukiennice, Kościół Mariacki, brama floriańska, czy wreszcie sam Barbakan. Pomysł bardzo sympatyczny. Ciastka są jasne, z jednej strony oblane czekoladą - cienką warstwą, ale jak się potem okazało, właściwie trafioną z ilością.

Okazały się dobrze wypieczone; porządnie chrupiące i twarde. Nie kruszyły się ani nie rozpadały po zamoczeniu w herbacie. Czekolada zaczynała rozpuszczać się dopiero w ustach, ale tam działo się to już bardzo szybko. Po chwili i ciastko zaczynało przyjemnie się rozpuszczać. Potem nasilała się tłustość, ale niczego obrzydliwego w niej nie czułam.

O czekoladzie samej w sobie ciężko coś powiedzieć. Jest słodka, mleczna i tłustawa - taka zwyczajna czekolada. Przy tej, dość cienkiej, warstwie - jak najbardziej w porządku, chociaż nie wydaje się tu niezbędna. Jest, bo jest i mogłoby jej nie być. Wprowadza tylko dodatkowo smaczek czekolady i podwyższa słodycz.

Ciastka są dość mało słodkie, w smaku bardziej neutralne, a może i wręcz słonawe. Jest w nich pewna charakterystyczna dla ciastek korzennych tłustawość, to nie suche próchno.

Jest i Barbakan
Przyprawy korzenne czuć, chociaż nie jest ich wyjątkowo dużo. Dominuje lekka pikanteria cynamonu, zaraz za nią stoi słodycz goździków. Dalej może i gałka muszkatołowa gdzieś tam była, ale ogółem smak korzenny był na tyle delikatny, że tego to już nie jestem pewna.

Ciastka jedzone na sucho najpierw wydają się neutralne, potem nadchodzi słodycz, a lekka pikanteria i tłustość pojawiają się dopiero w czasie "mielenia zębami", w towarzystwie herbaty wydają się bardzo mało słodkie i smakowicie (ale nie wyjątkowo) korzenne - herbata świetnie to podkręca.
Osobiście jednak wolę ciastka korzenne bez czekolady, chociaż możliwe, że z ciemną bardziej by mi posmakowały.
Można zjeść, ale wracać raczej nie ma sensu.


ocena: 6/10
kupiłam: sklep osiedlowy
cena: 2.99 zł (za 150 g)
kaloryczność: 478 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko w proszku odtłuszczone, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat), cukier, olej palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany sodu i difosforany, przyprawy korzenne, sól, skrobia pszenna, odtłuszczone mleko w proszku, jaja w proszku, aromat

sobota, 17 września 2016

Zotter Labooko Contest Rice dark & white ciemna "mleczna" ryżowa 50 % i biała ryżowa

Ostatnio pomyślałam sobie, że śmiało mogę czuć się jak jedna z najszczęśliwszych osób na świecie. W końcu nie mam żadnych alergii, nietolerancji itp. na żadne składniki spożywcze, co umożliwia mi to, co kocham, czyli próbowanie najrozmaitszych połączeń, dań, produktów. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym musiała się jakoś ograniczać pod tym względem. Nie wyobrażam sobie np. nietolerancji laktozy. Zauważyłam jednak, że ryżowych czekolad jest coraz więcej, a czy są one dobre? Hm, opinii tyle, ile osób. Postanowiłam sama się przekonać, a czekoladowy duet Zottera umożliwi mi to w wyjątkowo przekrojowy sposób.

Zotter Labooko Contest Rice dark & white to "zestaw" dwóch tabliczek (po 35 g każda): białej ryżowej, czyli zrobionej na proszku ryżowym i wodzie zamiast na mleku oraz ciemnej ryżowej o zawartości 50 % kakao. 
Ta druga ma chyba stanowić odpowiednik dla mlecznych czekolad o podwyższonej zawartości kakao.


Postanowiłam zacząć od tej, na którą miała mniejszą ochotę, czyli od białej ryżowej - Zotter Labooko Rice white.

Od razu po rozchyleniu złotego papierka, zobaczyłam beżową tabliczkę, w której dopatrzyłam się małych kropeczek. Wiadomo, czym były, gdyż wszędzie uniósł się łagodny zapach wanilii w towarzystwie jeszcze łagodniejszego akcentu ryżu. Zapach był bardzo, bardzo delikatny, ale przyjemny.
Przełamałam i zdziwiłam się słysząc porządny (jak na białą) trzask.
Czekolada nie wydała mi się zbyt tłusta, a kiedy wreszcie zrobiłam pierwszy kęs, okazało się, że to mylne wrażenie. Była bowiem bardzo tłusta, w sposób maślany za sprawą tłuszczu kakaowego, ale miała w sobie niecodzienną proszko-pyłkowatość, co w dziwny sposób sprawiło, że nie przypominała ulepka. Zachowywała postać czekolady aż do końca.

A jak przy tym wszystkim wypadła w smaku? Odebrałam ją początkowo jako przede wszystkim słodką. Przodowała tu zdecydowana wanilia, pod którą (prawdopodobnie za sprawą tłuszczu kakaowego) doszukałam się posmaku łudząco przypominającego śmietankę. Poczucie to nasiliła odrobinka soli, dająca efekt naturalnej śmietanki.

W tle najpierw tylko pobrzmiewał roślinny posmak ryżu, ale z czasem siły wyrównywały się. W pewnym momencie czułam się, jakbym jadła jakiś ryżowy deserek na mleku / śmietance silnie dosłodzony wanilią.
Pod koniec robiło się jeszcze bardziej ryżowo i właśnie ryżowy posmak pozostawał w ustach.

To była bardzo dobra czekolada, mimo że bardzo słodka. Jak dla mnie w pewnym momencie zrobiło się już za słodko, no ale to w końcu biała czekolada. Biała ryżowa czekolada! Niewątpliwie deserkowo-ryżowa, solidna, a nie jak często się słyszy, że ryżowe czekolady wychodzą wodniste czy coś. Tutaj ewidentnie zagrały proporcje (tylko słodzideł chyba za dużo).

Przypomniała mi się biała ryżowa kokosowa czekolada Zottera - Labooko Kokos. Tamta w ogóle nie była śmietankowa, ale za to z kwaskowatymi i mydlanymi posmakami, czyli okazało się, że można także stworzyć ryżową czekoladę z iluzją śmietanki. Przyznam, że te czekolady to niebo, a ziemia. I nie dziwi mnie to, kiedy porównałam składy.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za obie oczywiście)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, proszek ryżowy (ryż 24%, woda, olej słonecznikowy, sól),syrop fruktozowo-glukozowy, lecytyna słonecznikowa, sól, wanilia


Bardziej obiecującą, czyli ciemną ryżową - Zotter Labooko Rice dark - zostawiłam sobie "na koniec" i już przy rozchylaniu papierka wiedziałam, że dobrze zrobiłam.
To prawda, zobaczyłam bardzo jasną, ale wciąż wyraziście brązową, czekoladę która spokojnie mogłaby udawać mleczną, ale zapach jej to uniemożliwiał... chociaż on to był dopiero cudowny! Moc kakao zaprezentowała mi silną woń prażonych orzechów, za którą nieumiejętnie (w końcu było go wyraźnie czuć) skrywał się akcent czekoladowego deseru ryżowego.

Przełamałam, czemu oczywiście towarzyszył trzask i spróbowałam.
Konsystencja była znacząco inna niż w przypadku białej. Ciemna czekolada także okazała się tłusta, ale zdecydowanie bardziej lepiąca i jakby pełna, gęsta. Jak zastygająca na jakimś deserze czekolada i w ogóle niewodnista jak zdarza się rzekomo innym ryżowym czekoladom.

Podobnie jak w zapachu, to kakao wyrwało się na sam przód. Jego wyraźny smak odsłonił natychmiast kilka uroczych nutek, w tym jedną, która skojarzyła mi się z czymś wafelkowatym... od razu pomyślałam o wyidealizowanym wafelku Nesquik, z przyjemnie zaznaczonym kakao i lekką "kaszkowatością", ale także dość silną słodyczą. W tle pojawił się słonawy akcent (jedynie akcent) i tutaj, od skojarzenia z wafelkiem, coś mi jakby śmietanka mignęła.
Wraz z tym, jak czekolada zalepiała mi usta, jej smak wydawał się coraz głębszy, odrzucając słodycz (choć cały czas dość silną) na dalszy plan. Wyraźnie rysowały się tu prażone orzechy laskowe, albo raczej masło orzechowe zrobione z nich, może jakaś domieszka kawy...
To wszystko przy jednoczesnym nasilaniu się roślinnego posmaku kaszy, który od czasu pojawienia się Nesquika powoli się nasilał, by w końcu zadebiutować jako wyraźny smak deseru ryżowego, do którego dodano czekoladę, obecnie już powoli zastygającą i zlepiającą całość. Na pewno był to nieprzesłodzony deser z ogromną ilością orzechów, który można by jeść bez końca.

Ależ to było dobre! Ryż i kakao stworzyły świetny duet, w którym posmak orzechów doskonale się odnalazł, a może nawet dzięki nim został wzmocniony. Nie powiedziałabym, że to tylko 50 % kakao, bo zupełnie nie wydała mi się słodko-ulepkowata czy wodnista. Była tak niecodzienna i wyrównana w tej swojej niecodzienności, że chciałabym do niej wrócić. Jak dobrze, że Zotter pomyślał i w czasie, zanim opublikowałam tę recenzję, wyszła już wersja osobno.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za obie oczywiście)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: osobno może

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, proszek ryżowy (ryż 21%, woda, olej słonecznikowy, sól), sól, wanilia

PS Jutro wyjeżdżam na tydzień w góry, więc tradycyjnie recenzje będą publikować się automatycznie, a sprawę komentarzy nadrobię z czasem. :P Lodowe Sedlo i Rysy wzywają!

piątek, 16 września 2016

Domori IL100% Criollo ciemna z Wenezueli

Po mocnej, grającej na skojarzeniach i wyobraźni Domori IL100% Blend o upojnym klimacie z nieco bezwstydnymi nutkami kwasków i goryczy, w których czułam przede wszystkim palone drewno, cytrusy i alkohol, a całość kojarzyła mi się z lepiącą smołą, przyszedł czas na drugą setkę tej marki. Przyznam, że mimo wielu zjedzonych czekolad z wyższych półek i tak czułam się dość... onieśmielona wyjmując ją z szuflady. Czy rzeczywiście okaże się najlepszą czekoladą na świecie, jak niektórzy znawcy tematu ją nazywają? Jak ja ją odbiorę?

Domori Cacao Criollo IL100% Criollo to ciemna czekolada, której 100 % składu stanowi ziarno kakao Criollo z Wenezueli z plantacji Hacienda San José.

Po wyjęciu tabliczki z tekturowego opakowania, na którym tym razem pozłacanych jest już więcej elementów, a następnie ze złotej folii, poczułam taki bogaty bukiet delikatnych zapachów i zapaszków, że aż ciężko było je połapać.
Najszybciej wychyliły się tu drzewa, ale takie żywe i kwitnące, a więc też pewna kwiatowość... może raczej nektar kwiatów albo miód wielokwiatowy przechodzący trochę w karmel. Zdecydowanie czułam tu też lekko prażoną nutę orzechów w towarzystwie łagodnej kawy ze śmietanką.
W czasie degustacji wywąchałam także fuzję owoców.

To wszystko było niezwykle kuszące, ale zupełnie niepasujące do tego, co widziałam. 
Tabliczka czekolady była bowiem bardzo jasna (jak na setkę), a w dotyku wydała mi się zupełnie sucha (a gdzie to całe "życie" z zapachu?), w czym utwierdził mnie jej przekrój (który zobaczyłam po przełamaniu, które przypominało łamanie ciemnej mlecznej czekolady, lecz i tak usłyszałam głośny pusty trzask).Wyglądała jak suchy plażowy piasek.

Wreszcie, by rozwikłać tajemnicę, cóż też w sobie kryje naprawdę, spróbowałam.

Kiedy czekolada zaczęła się rozpuszczać wydała mi się minimalnie lepiąca i tłusta, o wiele bardziej kojarzyła mi się z gęstym kremem, który był głównie gładki (które to poczucie nasilał jej soczysty wydźwięk), ale zwłaszcza pod koniec rozpuszczania się kawałka nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że staje się on bardziej sucho-proszkowy.

Jako pierwszy dotarł do mnie smak mocno pieczonych czekoladowych pierniczków z bardzo kwaśnymi duszonymi śliwkami. Tak, jakbym przegryzła ciasteczko i wylało się z niego owocowe nadzienie niosące ogrom soczystości. Za śliwkami zaczęły prezentować się przede mną owoce leśne z jeżynami, malinami i jagodami na czele. Jędrne, dojrzałe owoce na pewien czas wszystko zdominowały. Kwasek o nieco bardziej cytrusowym klimacie wydawał się uciekać bokami, jednak nie udało mu się. Owoce leśne zupełnie go pochłonęły, po czym razem usunęły się na bok.

Dzięki temu przyszedł czas na debiut nieprażonych migdałów i... kory drzewnej? Był to smak bardzo neutralny, powoli wchodzący w sferę słodyczy. Ta okazała się delikatna, ale jakby zgrywająca się, figlarna. Troszeczkę palonego karmelu, troszeczkę słodkiej śmietanki w łagodnej kawie - "ależ nie! wcale mnie tu nie ma!".
Słodycz wsunęła się pod gorzkość, której wejścia nawet nie zauważyłam. Przyniosła nuty nieco bardziej prażone, orzechowe. Czekolada przypominała teraz gęsty orzechowy krem z dodatkiem kakao w proszku (nie chodzi mi o smak, a konsystencję), takiego jakim często obtoczone są trufle. Przy tych orzechach znów nasilił się kwasek, ale nieco inny. Taki bardziej palonokarmelowy albo niczym z chleba razowego na zakwasie.

Ten kwaskowaty posmak pozostał już do końca, chociaż także zaczynało się robić coraz bardziej słodko. Kawałek czekolady skojarzył mi się z rozpływającym się w ustach pierniczkiem, odsłaniającego na moment odrobinkę soczystych owoców i goryczki, może nawet taniny.

Ta czekolada okazała się zaskakująco stonowana. Równowaga między kwaskiem, gorzkością a słodyczą była zachowana, a równocześnie wszystkie te smaki miały okazję do popisu zupełnie solo.
Odnalazłam tu wiele owoców (śliwki, owoce leśne) i ogrom soczystości, ale w 100 %-ach owocowa mi się ta czekolada nie wydała. Za dużo czułam tu nut pierniczkowo-orzechowych i kawy ze śmietanką.
Wiem, że te nuty brzmią dość klasycznie, ale forma, w jakiej zostały podane okazała się bardzo odmienna od innych jedzonych czekolad. Ta była delikatna (jak na setkę), sprawiała wrażenie niewinnego aniołka, ale... było to tylko wrażenie. Jej prawdziwy charakter to sprytna kusicielka, lolita.
Ta czekolada była obłędna, ale nie powiem Wam, czy lepsza od mocnego Blenda. Zależy, co aktualnie chce się w czekoladzie poczuć. Ja skłaniam się, mimo wszystko, ku Blendowi.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,85 zł (za 25 g) - dostałam zniżkę
kaloryczność: 623 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym kiedyś do niej wrócić

Skład: masa kakaowa

czwartek, 15 września 2016

Domori IL100% Blend ciemna

Mając kilka czekolad jednej marki zazwyczaj układam sobie jakąś logiczną (czasem tylko dla mnie) kolejność ich próbowania. W przypadku Domori stało się jednak inaczej. Gdybym np. wymyśliła sobie, że zacznę od mlecznych, a skończę na setkach, miałabym wrażenie, że moja przygoda jest jednorazową i zamkniętą całością. Tymczasem liczę, że będę mogła spróbować kolejnych tabliczek oraz, że powstaną jakieś nowe. Właśnie dlatego moje próbowanie Domori jest dość chaotyczne. Ostatnio jednak mam niedosyt niesłodkich czekolad naprawdę dobrej jakości i postanowiłam, że zrobię sobie jakieś "dni setek" i porównam dwie setki Domori, poczynając od bardziej tajemniczej i mniej popularnej.

Domori IL100% Blend to czekolada ciemna stworzona jedynie z kakao, które stanowi całe 100 % składu. Do jej produkcji użyto różnych ziaren, na opakowaniu i stronie nie ma nawet informacji o ich pochodzeniu.

Z ogromną niepewnością i podnieceniem wyjęłam tabliczkę z szuflady, by po chwili otworzyć kartonik i połyskującą bordową folię skrywającą...

...ciemnobrązową tabliczkę o całkiem zwyczajnym wyglądzie i zwalającym z nóg zapachu.
W pierwszej chwili poczułam tu kwiaty, alkohol i perfumy, na których ktoś zdecydowanie nie oszczędzał pieniędzy.
Czekolada przeniosła mnie do bogatego, przeszklonego domku w lesie, gdzie na mahoniowej podłodze tańczyły odbicia płomieni ognia bezlitośnie pożerającego drewno w kominku. 
Od tego wszystkiego biło ciepło oraz zapowiedź gorącej, pikantnej nocy...

Przełamałam, a głośny trzask sprowadził mnie na ziemię. Wtedy zrobiłam pierwszy kęs, czekolada zaczęła się rozpuszczać, najpierw gładko, a potem coraz bardziej maziście, aż w końcu zakleiła mi usta i już na dobre przeniosłam się do zaciemnionego domku na odludziu...

...gdzie też mnie prawie zwaliła z nóg moc kakao. Użyła tu swojej cierpkiej goryczy o wyrazie palonego drzewa, z którego potem rozwinęła się wizja drzew rosnących wokół tego domu, z grubymi korzeniami na dobre wpełzającymi w wilgotną, ciemną ziemię.  
Moc kakao nie żałowała także kwasku, który objawił się jako szklanka zimnego soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy. Byłoby soczyście, gdyby powietrze i atmosfera nie zaczęły robić się ciężkie (jednoznaczne w tej sytuacji i miejscu), smoliste. 

Tutaj też poczułam zalepianie czekoladą w gardle, lekkie drapanie perfum, przypraw... zaraz, dlaczego pomyślałam o przyprawach? I już poleciało skojarzenie z czymś pieczonym, nasilił się motyw drewna i popiołu. Nie tylko tego w kominku, ale też zalegającego w popielniczce, obok której odstawiłam sok pomarańczowy. 
Ssąc kawałek czekolady poczułam odrobinę słodyczy, dla wytchnienia, i tu pokazał się wilgotny biszkopt czekoladowy. Czyżby w towarzystwie gorzkiej kawy? 

Lepiąca maź ścisnęła mi gardło. Moc kakao nadeszła ze zdwojoną siłą (choć jak na setkę nie była to moc nie do przejścia) o wydźwięku whisky. Próbowała mnie upić swoją cudownością!
Była to zimna whisky pita w towarzystwie... sorbetu z kwaśnych jeżyn? Po tej silnie alkoholowej nucie wyczułam więcej słodyczy, choć wciąż z goryczką. Skojarzyło mi się to z bardzo przypaloną konfiturą truskawkową. 

Lepiąca czekoladowa smoła o tymże smaku zaczęła przechodzić w nuty bardziej soczyste - to był moment, w którym kawałek dosłownie znikał. Pozostawał po nim długi, wyrazisty posmak, który jednak w końcu i tak łagodniał, niosąc skojarzenie z alkoholowym, czekoladowym biszkoptem odrobinę osłodzonym lukrem.

Ta czekolada była bardzo wymowna; to upojna, gorąca noc w ekskluzywnym domu na odludziu. Wokół ciemny las porastający czarną, wilgotną ziemię, a w środku ciepły kominek, dużo alkoholu i ciężka atmosfera. Nie było tu jednak ani trochę chamskiej ordynarności, mimo dozy pewnej bezwstydności.
Jak już wpadnie się w lepkie sidła smolisto-kwaśnej czekolady, nie da się z nich wyjść. Inaczej: nie chce się z nich wyjść. To jak horror albo scena nieprzeznaczona dla dzieci, ale z niezdrową ciekawością podglądane przez nie przez palce. 

PS Pisała już o niej Basia z Sex, Coffee and Chocolate, więc zapraszam także do przeczytania jej recenzji.


ocena: 10/10
kupiłam: Amazon (za pośrednictwem pewnej osoby z USA)
cena: 10 $ (za 25 g)
kaloryczność: 616,35 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: masa kakaowa

środa, 14 września 2016

Zotter Buttered Bread with Apricots mleczna 40 % z nadzieniem morelowym i maślanym ze schnappsem z białego chleba i polentą

Są takie czekolady Zottera, które bardzo mnie ciekawią, są takie sezonowe, na które tylko czyham, ale są też takie, na które decyduję się tylko dlatego, że właśnie są sezonowe. To ostatnie dotyczy dzisiaj opisywanej, bo... jakby to ująć? Nie cierpię białego chleba, a morele... niby nic do nich nie mam, ale nie jadam i specjalnie mnie do nich nie ciągnie. Czy w takim razie ta czekolada ma u mnie szanse? No cóż, w końcu to czekolada i w dodatku Zotter. Sezonowy.


Zotter Buttered Bread with Apricots to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z nadzieniem morelowym i maślanym ze schnappsem z białego chleba i polentą (włoska potrawa z mąki lub kaszy kukurydzianej - taka papka).

Po rozchyleniu papierka poczułam bardzo słodki i smakowity zapach. Była to mieszanina nienachalnego alkoholu, kwaskowatych moreli, ogromnej ilości cynamonu i płatków róż; wszystko to otulone mocno mleczną i słodką czekoladą.

Przegryzając się przez całość, najpierw czułam bardzo dobrą, lekko karmelowo słodką (zapewne za sprawą cukru trzcinowego) czekoladę o wyraziście mlecznym smaku i akcencie kakao, do której bardzo szybko dołączała ciepła gama cynamonu, alkoholu i kwiatów-owoców (prawdopodobnie przesiąkła nadzieniem, bo kiedy oddzieliłam kawałek, także je czułam).

Smak czekolady zniknął zaraz jak rozpuściła się w przyjemnie kremowy sposób ujawniając... niezwykle obrzydliwe nadzienie. Jedna warstwa (owocowa) była tłusta i śliska (rozpuszczała się wolniej), a także zupełnie gładka, a druga (ta dolna, biała) gładka, ale najeżona małymi twardymi kawałeczkami i ulepkowato tłusta. Jak masło z idealnie wmielonymi dodatkami. W smaku wyglądało to na szczęście nieco lepiej.

Gdy czekolady robiło się coraz mniej, zaczęły przebijać się smaki nadzienia poczynając od niezbyt mocnego alkoholu, który był tu bardziej alkoholowym akcentem, niż smakiem samym w sobie, a po chwili także morele.
Zaraz za nimi wypłynęła silniejsza, nieco kwiatowa i na pewno orzeźwiająca, słodycz. Zrobiło się trochę soczyście; słodycz stała się bardziej owocowa (morelowa, ale właściwie mogłaby to być jakakolwiek mieszanka brzoskwiń, mango, moreli itp., bo to nie był wyraziście morelowy smak) i wypuściła trochę typowego dla moreli kwasku. Hamowało go jednak masło, sprawiając, że całość wydawała się "cięższa"

Jedynie przez parę sekund mogłam czuć te smaki oddzielnie, bo kwasek niemal natychmiast połączył się z alkoholem, tworząc złudzenie owocowej brandy. Smaki warstw idealnie się ze sobą łączyły i uzupełniały się, chociaż nie miały niestety możliwości zaprezentowania się w pełni przez nijaki smak masła.

Góra była słodka na sposób nieco soczysty, ale i lekko czekoladowy. Sama w sobie wydała mi się nieprzesłodzona, ale i tak dość mdła i wcale nie taka mocno owocowa.
Dopiero alkohol z części bardziej białej wydobył morele z powyższej. Ta (dolna) sama także nie smakowała najlepiej, bo w kosztowaniu przeszkadzała mi konsystencja. Czułam tu alkohol, migdały, silną słodycz, ale... wszystko na niezwykle mdłym tle masła. 

Z czasem alkoholowa nuta stała się silniejsza, a z nią przyszło skojarzenie z nieco mącznym marcepanem. Przy nim mignął posmak cynamonu.

Gdy tylko moje kubki smakowe zaczęły przyzwyczajać się do smaku "morelowego brandy" (nie był zbyt silny, mówię po prostu o przyzwyczajaniu się w kontekście "jedzeniu dalej" a nie odkrywaniu "co mnie czeka?")  i chciałam skupić się na migdałach, ponad wszystko wyszedł nijaki smak masła i wzmocniła się dziwna nijaka kaszowa-mączność.

Wspomniane kawałeczki są... żadne. Twarde i po prostu irytują tym, że są. Długo nie mogłam zgadnąć, co to ma być. Kawałki polenty? Wydało mi się to jakieś mączne i mdłe. I tyle. Przegryzając się przez całość łudziłam się, że to morele, bo kwasek czasem się nasilał, ale jednak niezależnie od nich.

A właśnie: czasem się nasilał. Na koniec nawet w towarzystwie smaku mlecznej czekolady, która znów przyniosła różano-cynamonowy akcent. Przynajmniej końcówka by mnie ucieszyła, gdyby... nie fakt, że czułam na ustach tłuszcz nadzienia. Fu. Masło bardzo stopowało smakowitość. Wciąż miałam w pamięci dobrą morelową warstwę z Zotter White Poppy with Cinnamon and Apricot Spirit, i muszę zauważyć, że były bardzo podobne, tylko że właśnie... w dzisiaj opisywanej wszystko popsuło masło.

Smaki tej czekolady ("morelowa brandy", czyli akcenty moreli i alkoholu idealnie współgrające, róże-cynamon, marcepanowe nuty) byłyby cudowne, gdyby nie mączność, tłustość, a właściwie nawet ulepkowatość, i ogólna nijakość. To trochę jak ładny i delikatny rysunek na pomazanym, okropnie wykonanym tle bez żadnego ładu, w którym zupełnie niknie, momentami nawet nie widać "co to jest?".

Zmarnować taki potencjał... i to nie jest to, że nie cierpię masła, bo mimo że go nie cierpię, to potrafi mi posmakować coś bardzo maślanego, ale umiejętnie zrobionego (np. Zotter Coffee Toffee). Bałam się tu alkoholu z białego chleba i moreli (za którymi nie szaleję, by miały mnie przekonać do białego chleba), a wykończyło mnie... zupełnie co innego. Gdyby było tu czuć np. "chleb z masłem i morelami" byłoby o wiele lepiej niż "masło z odrobiną moreli".


ocena: 5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop fruktozowo-glukozowy, schnapps z białego chleba (5%), miazga kakaowa, mleko, migdały, puree z moreli (3%), masło (2%), suszone morele (2%)odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, kasza kukurydziana, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana)