sobota, 21 października 2023

Menakao Madagascar Chocolate 72 % Single Origin Dark / Noir ciemna z Madagaskaru

Jak pomyślałam, że ostatnio jadłam jakąś czekoladę Menakao w 2021 roku, aż mi się dziwnie zrobiło. Zatęskniłam za tą marką, acz... tęskniłam za tą sprzed zmian. A zmian było niemało. Dotarło do mnie, że nie próbowałam wszystkich po najnowszej, stąd gdy tylko nadarzyła się okazja, zakupiłam. Niedawno się dowiedziałam, że środki ze sprzedaży tych czekolad w sporej części są reinwestowane na Madagaskarze.

Menakao Madagascar Chocolate 72 % Single Origin Dark / Noir to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Madagaskaru, z regionu Ambanja, z doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam ciepły zapach drzew skąpanych w słońcu i dojrzałego, słodkiego grejpfruta z charakterną goryczką. Był soczysty, ale nie kwaśny, bo obok pojawiła się jeszcze słodsza pomarańcza. Słodycz miała w sobie też sporo karmelu. Za nim doszukałam się trochę wręcz uroczych mandarynek i... kwiatów? Jakby drzewek cytrusowych? Pod wpływem karmelu i ogólnej słodyczy pomyślałam przez to o jakimś syropie z kwiatów czarnego bzu. I jego cierpkość uchwyciłam, gdyż mieszała się z wyraźniejszą, należącą do czarnej, rozgrzanej ziemi. Ziemia była graczem mocnym, a za nią przewinęło się trochę owoców czarnego bzu i czarnej porzeczki. Może też nutka palonej kawy?

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała średnio głośno, acz jakby obiecywała naprawdę konkretną masywność. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach okazała się gęsta i mazista, dość tłusta, ale nie ciężka. Cechowała ją lekka pylistość, a także kremowość. Płynęła z niej średnio wysoka soczystość, przy czym całość rozpływała się przyjemnie długo, leniwie. Niemal do końca zachowywała zwarty kształt. Znikała, zostawiając nieco pyliste wrażenie.

Pierwszą poczułam średnio wysoką, soczystą słodycz. Określiła się już w ciągu dwóch-trzech kolejnych sekund jako idealnie dojrzały, soczysty grejpfrut czerwony. Słodki, ale z wyrazistą cierpkością. I lekką goryczką.

Cierpkość zaprosiła trochę niedookreślonych, niemal czarnych owoców.

Słodycz rozchodziła się odważnie, rosła. Pojawił się gęsty, lekko palony karmel. Otoczył cytrusy, jakby starając się powstrzymać kwasek, który powoli zaczynały upuszczać. Wydobył i zaraz podkreślił tym samym słodką pomarańczę.

Słodką, acz przełamaną delikatną goryczką skórki. Pomarańcza pokazała pazurki, a kwaskawe ukłucia stawały się coraz wyraźniejsze. Nieco cytrynowe?

Gorzkość cytrusów z czasem wsparła wyrazista gorzkość kawy. Nie zagrzała jednak miejsca długo, bo jak się pojawiła i porządnie rozeszła po ustach, zaczęła trochę ustępować miejsca rozgrzanej, czarnej ziemi. Ta wydawała się wręcz gorąca, pikantna. Pomyślałam też o drzewach, rozgrzanych słońcem tropików.

I drzewkach cytrusowych? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nastąpiła kwaskawa (nie mocno kwaśna) eksplozja, a cytryna zaczęła poganiać inne cytrusy, zapewniając orzeźwiającą - tak kontrastową do pikantnego rozgrzania - soczystość. Pomarańcza, mandarynki wzbogacone cytrynowym sokiem wyszły poważniej. Karmelowa słodycz pilnowała jednak, by kwaśność nie zrobiła się naprawdę wysoka. To ona sama, słodycz, była bardzo istotna.

Grejpfrut z ochotą jeszcze umocnił swoją goryczkę i cierpkość. Wspomniane już drzewa mu w tym pomogły. Pojawiły się przy nich niezbyt dojrzałe, kwaskowate mandarynki i niedookreślona cierpkość... Bzu? Wyobraziłam sobie syrop kwiatowy, właśnie może z bzu, jako że karmelowa słodycz pobrzmiewająca za cytrusami i pikantną ziemią jako po prostu karmel nie mogła znaleźć sobie miejsca. Przeszła właśnie w jakiś syrop. Kwiatowy?

Słodycz, aż nieco drapiąca... i podchwytująca pikantnawe rozgrzewanie, na koniec nieco poskromiła część cytrusów. Grejpfrutowi podsunęła trochę słodkich truskawek, a w tle... w cierpkości kawy i ziemi przemknęły mi ledwo uchwytne czarne porzeczki, jeżyny (?).

Posmak należał za to wyraźnie do kawowo-ziemistego splotu i grejpfruta, acz jakby udekorowanego lekkimi kwiatami. Czułam kwasek cytryny, po której z czekoladowości wyłoniła się leciutka maślaność. Chyba zrobiła to na zasadzie kontrastu, bo czułam też rozgrzanie, jakby właśnie upału, słońca i czegoś ostrzejszego, a także syropowo-drapiąco słodkiego.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała, mimo że ewidentnie obecnie marka złagodziła swoje kompozycje. Bez charakterystycznej szorstkości i nieco ogólnie bardziej wyważona, w tym ugłaskana słodyczą, nie zachwyciła mnie ponownie na ocenę maksymalną, ale... było blisko. Rozgrzana ziemia i kawa, drzewa i całe to rozgrzewanie, zahaczające o ostrość, a do tego ogrom grejpfruta, pomarańczy, mandarynek i cytryny przekładające się na zacną soczystość stworzyły zacny bukiet. Wysoka, karmelowo-syropowa słodycz mogłaby być nieco niższa, ale i ona się tu w miarę nieźle odnalazła. Echo czerwono-czarnych owoców nieźle się wyłoniło (co ciekawe, już w wersji z 2015 czułam jeżyny - jak nawet taki detal nie uciekł, zmiany wbrew pozorom aż takie duże nie są).


ocena: 9/10
cena: 23 zł (za 75 g; cena półkowa)
kaloryczność: 594,07 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś mogłabym wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

piątek, 20 października 2023

chałwa Koska Tahin Helva / Halva Sade / Plan

Przejrzawszy kolejkę postów pomyślałam, że dziwnie wyszło, jak nie u mnie - tyle rzeczy nieczekoladowych się skumulowało! Albo nawet i czekolad, ale nie tak bardzo w moim typie. Jednak nadchodzące lato zmotywowało mnie do wzięcia się za produkty odkładane na kiedyś tam. Tę chałwę kupiłam z myślą o deserze, bo z chałwą Koska Diabetic / Diyabetik Helva mój jogurt kawowy mnie nie usatysfakcjonował. Jednocześnie podlinkowana chałwa nie zabiła mojej wiary w to, że Koska może mieć dobrą, zwykłą chałwę. I tak miała najlepszy skład i najwygodniejszy dla mnie rozmiar z tych, które w sklepach widywałam. Zależało mi na chałwie niekombinowanej, a po prostu... chałwowej. 


Koska Tahin Helva / Halva Sade / Plan to "chałwa sezamowa" (w oryginale jej opis na tym się końcu, a jedynie polski tłumacz dodał "o smaku waniliowym").

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach lekko prażonego sezamu wkomponowanego w bezkres słodyczy. W tej czułam cukier w charakterystycznie dusznym, chałwowym kontekście, z naleciałością pseudo wanilii (jeszcze nie sztucznej waniliny, ale też nie prawdziwej wanilii; nuta charakterystyczna dla rzeczy "o smaku / zapachu wanilii"). 

Chałwa w dotyku nie była tłusta, ale lepka. Choć zwarta, brak jej twardości. Tę czułam jedynie przy krojeniu. Podczas łamania, kiedy to szła w specyficzne dla chałwy strzępy, wydawała z siebie trzeszczący chrzęst. Wyglądała na kruchą, lecz to tylko pozory.
W trakcie jedzenia okazała się delikatna. Rozpuszczała się dość szybko i zaskakująco miękko; skojarzyła mi się z gumą rozpuszczalną z nieco chałwowym elementem. Przez pewien czas rozpływała się i zachowywała swój coraz bardziej plastyczny, zwarty kształt, a potem zmieniała na minimalnie gęstawą zawiesinę i rozchodziła na miękkie grudki. Gryziona prawie nie obklejała zębów. Może na sekundę czy dwie, po czym znikała łatwo i dość rzadko. Dała się poznać jako dość gładka, choć i skrzypiąco-włóknisty efekt w niej czuć. Zaskakująco jednak lichy.

W smaku przywitała się stonowaną, acz wyraźną słodyczą. Dała się poznać jako cukrowa w charakterystyczny dla chałw sposób i... jakby ta cukrowość integralnie wpływała w sam sezam.

Sezamowość bowiem była intensywna. Wkroczyła już po chwili i z czasem wydała się wszechobecna. Był to sezam lekko prażony, słodki i z goryczką.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czy też w połowie ciamkania / gryzienia, gorzkość trochę wzrosła, dbając, by sezam umocnił swoją pozycję. Była jak najbardziej przystępna i przyjemna.

Oto bowiem otoczyła i zasnuła go słodycz. Słodka toń była definicyjnie chałwowa: cukrowa, z ciężkawym "waniliowatym" echem (nie naturalnie waniliowym, ale też nie sztucznym). Zaznaczyła swoją obecność w gardle, trochę jakby cukrowo ogrzała, acz nie wydała mi się jakoś szczególnie napastliwa tak ogółem.

Słodycz, choć intensywna, nie zagłuszyła jednak sezamu, świetnie wyczuwalnego do samego końca. Duet ten układał się w prostą chałwowość po prostu. Raz po raz mignęła mi nawet jakby pewna świeżość, rześkość, rozbijająca ogólny lekko ciężkawo-duszny charakter produktu. 

Mocno słodka, trochę duszna sezamowość została w posmaku wraz z przesłodzeniem i poczuciem zgęstnienia śliny.

Wiem, że to dobra chałwa w tej cenie, jak również, że nie dałabym radę jej zjeść za wiele tak o, samej. Wyszła bazowo, tak zwyczajnie, bez żadnych wymyślności czy coś - to według mnie jej ogromna zaleta. Wysoka słodycz (dla mnie za wysoka) zgrała się z sezamem, któremu nie brak goryczki. Nie ma w niej co szukać szlachetności, smakuje tym, czym jest: zwykłą chałwą, co w moim odczuciu jest zaletą (bo w dzisiejszych czasach różnie z tym bywa), jednak wolałabym, by jej struktura nie była tak gumowo miękko-plastyczna, brakowało jej trochę typowej chałwowości, ale nie wyszła źle i tak. Na pewno nie narzekam na niezalepianie zębów! Acz pewnej gęstości i chałwowego skrzypienia miło by było poczuć więcej. To produkt nie z mojej bajki, ale szczerze ją polecam, lecz nie osobom, które szukają definicyjnej chałwy z wyższej półki.

Ja kupiłam ją jako "małą i zjadliwą chałwę do deseru" (jogurt typu greckiego Piątnicy 150g wymieszany z łyżką kawy rozpuszczalnej Jacobs Creme). Pokruszyłam ją i dodałam na wierzch - w tej formie się sprawdziła. Nie rozpuszczała się w jogurcie, zaczynała dopiero w ustach. W nich jej w miarę szybkie rozpuszczanie się i niemęczenie zębów obklejaniem świetnie pasowało do takiego deseru. Wciąż wydawała mi się chwilami zbyt gumowa, ale w deserze jakoś to w sumie uszło, nie przeszkadzało.
W smaku wniosła intensywny, wyraźnie chałwowy element i mnie nie zasłodziła. Dokładnie o to chodziło. Była satysfakcjonująco wyrazista i wydaje się, że kawa, którą dosypałam do jogurtu podkreśliła jej sezamową goryczkę. Dodana łyżka kawy przy ilości prawie 40g chałwy (trochę zjadłam osobno na potrzeby recenzji) pasowała doskonale (acz uprzedzam, że taki duet dodatków przekłada się na zgęstnienie i spienienie śliny - pierwsze od słodyczy, drugie od kawy - których na szczęście względnie łatwo się pozbyć poprzez umycie zębów). Było ciut za słodko, ale nie chciałam zostawiać dosłownie paru gramów chałwy. Czasem, niektórym kompozycjom trochę wyższa niż normalnie lubię, słodycz nawet uchodzi.

Na pewno lepsza w każdym względzie od Koska Diabetic / Diyabetik Helva. Przede wszystkim wygrała strukturą i charakterem. Choć też nie była to chałwa definicyjna, to jednak ogólnie wyszła o wiele przyjaźniej dla konsumenta i mimo wszystko miała nieco bardziej chałwową konsystencję (bo jednak i ona miała ten miękko-gumowy element). W smaku jednak poszczyciła się wyrazistością. Niestety w tym słodyczy. Osobiście jednak wolę już znieść przesłodzenie, ale mocny smak sezamu, niż ogólnie mdły smak i niedomagający sezam jak w przypadku chałwy ze słodzikiem.

Mama też jadła tę chałwę i stwierdziła, że w smaku według niej w porządku, acz nie zapadająca w pamięć. Miała jednak zarzuty wobec konsystencji: "Dziwnie taka gumowa była. Miękka gumowo, a potem tylko trochę gęstniejąca czy twardniejąca, coś trochę podobnie jak ta ze słodzikiem, ale nie aż tak oczywiście. Nadrobiła smakiem. Tylko też nie tak, by się jakoś mocno zachwycać.".


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,49 zł (za 40g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: pasta sezamowa 57%, cukier, emulgator (mono- i diglicerydy), wyciąg z korzenia mydlnicy, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), aromat (wanilin)

-----------
Aktualizacja z dnia: 03.04.2025:

Obecnie nie kupiłabym sobie chałwy do jedzenia, jednak jako że z Mamą miałyśmy robić ciasto z kremem chałwowym, pomyślałam, że fajnie byłoby je jeszcze lekko chałwą posypać. Tak, można było zrobić domową, ale tylko na posypanie jakoś mi się nie chciało. Ruszyłam więc na łowy, by jakąś z niepaskudnym składem kupić. I zaczęły się problemy, bo o taką trudno. Na szczęście ta, znana mi, była w Kauflandzie. Jako że były tylko duże, wzięłam, wychodząc z założenia, że resztę z ochotą zgarnie Mama. Zanim jednak chałwa zmieniła się w posypkę do ciasta, musiałam sprawdzić, czy się nie zmieniła, i czy odbiorę ją tak samo, jak małą wersję.

Po otwarciu rozszedł się znajomy, średnio silny zapach nie za mocno prażonego sezamu i wręcz dusznej, typowo chałwowej słodyczy. Nie wyszła jednak męcząco.

Duża chałwa była zwarta i dość twarda, twardsza niż jej mała koleżanka. Oprócz tego, struktura w zasadzie bez zmian. W trakcie jedzenia też. 

W smaku i tym razem słodycz nie szalała od razu. Najpierw pokazała się jako łagodna, choć cukrowa. Sezam z kolei od początku był bardzo wyrazisty, z zaznaczoną goryczką. Słodycz, choć potem wzrosła, nie wyprzedziła sezamowości. Oczywiście do potęgi chałwowej.

W posmaku słodycz najbardziej dawała się we znaki. Czuć jednak też także sezam.
Smak odebrałam tak samo.

Chałwa ta nieźle sprawdziła się jako posypka do ciasta, acz mogłaby być trochę mniej twardo-zbita do takich celów. Gdy chciałam ją pokruszyć na naprawdę malutkie kawałki, trochę średnio to szło.

Ogólnie podtrzymuję opinię, że to przystępna chałwa, wyróżniająca się na rynku.

Większość, co nie poszło na posypkę, przejęła Mama i parę dni później kupiła sobie kolejną. Jej opinia: "Bardzo mi ta chałwa smakuje. Najlepsza z tych, co ostatnio jadłam. Słodka, ale nie czysty cukier, i wyraźnie taka... chałwowa. Dokładnie taka, jaka chałwa powinna być. I dobry skład, i wcale nie taka droga!".

czwartek, 19 października 2023

Merci Coconut Collection Dark Milk Chocolate Coconut ciemna mleczna śmietankowa 45 % nadziewana kremem kokosowym

Gdy w końcu przebrnęłam przez smaki Merci limitowanej wersji kokosowej, które ewidentnie nie były za bardzo w moim typie już z zasady, do tych nastawiłam się sceptycznie. Pierwotnie miały trafić do mnie tylko te, bo choć w moim odczuciu zasługują na miano jedynie ciemnych mlecznych, tata i jego partnerka uznali je za ciemne i nie chcieli. Po zrobieniu rozeznania i utwierdzeniu się w tym, że Merci są zupełnie niewarte uwagi, czekoladki, które teoretycznie powinny wciąż mieć jakieś szanse na bycie ok, wisiały nade mną jakoś tak... Jak gilotyna (zbliżające się lato wołało, że lepiej spróbować jak najszybciej, a nie lubię jakiejkolwiek presji, choćby i tylko pogodą wywoływanej). A jednak nie w pełni i nie zupełnie, bo... chciałam załapać ogląd ogółu i w końcu to wariant dość... kusząco brzmiący. To właśnie dobrze wyczuwalne kakao świetnie pasuje w moim odczuciu do kokosa, a mam wrażenie, jakby większość świata umówiło się, że jak kokos, to łączyć raczej z białą czy mleczną.

Merci Coconut Collection Dark Milk Chocolate Coconut to ciemna mleczna czekolada śmietankowa (wg producenta "deserowa") o zawartości 45 % kakao z nadzieniem kokosowym z wiórkami kokosowymi, wchodząca w skład kokosowej limitowanej edycji Merci; produkowana przez Storck.


Po rozwinięciu papierka poczułam dominujące wiórki kokosowe, a dopiero po nich zacukrzoną śmietankę i daleko w tle nieśmiały akcent czekolady o "orzechowawym" charakterze. Wyłapałam nutkę prostego kakao, a zwłaszcza po przełamaniu na jaw wyszedł też mleczny aspekt kokosa. Wtedy już wiadomo, że wiórki zatopiono w cukrowo słodkim, mleczno-śmietankowym nadzieniu o wątpliwej jakości, bo i sztuczność aromatów słodko-niedookreślonych się ujawniła. Na szczęście jednak dość delikatna.

Przy łamaniu czekoladka wydała mi się miękkawa, acz jeszcze w miarę konkretna.
Kremu nie pożałowano.
W ustach czekolada okazała się tłusto-kremowa oraz średnio gęsta. Zalepiała, acz znikała w średnim tempie w ewidentnie śmietankowy sposób.
Była spójna z nadzieniem, które też maziście i tłusto zalepiało. Okazało się od niej bardziej miękkie i oleiste. Na pewno tłustsze i plastyczne, wręcz gumiaste. Czułam w nim też pylistość, a z czasem mnóstwo całych i częściowo przemielonych wiórków kokosowych.
Gryzione wiórki w dużej mierze były chrupko-twarde, część bardziej chrupko-trzeszcząca. Bez problemu znikały, nie memłając się.
Całość zostawiała lekko pyliste wrażenie.

W smaku czekolada przywitała się słodyczą poskromioną lekko gorzkawym smakiem. Natychmiast napłynęła na to śmietanka i o wiele więcej cukru. Słodycz szybko wyrwała się na przód. Za nią czułam jedynie gorzkawość. Miała nieco palono-cierpkie zabarwienie, lecz jej wydźwięk osłabiało to, iż czekolada trochę przesiąkła wnętrzem. Mimo to, w kompozycji odegrała bardzo znaczącą rolę.

Nadzienie prędko wplotło swój smak - kokosowy. Początkowo był delikatny, płynął na śmietankowo-mlecznej fali. Po chwili krem jeszcze wzmocnił słodycz.

Wnętrze okazało się śmietankowo-mleczne i trochę margarynowe, tłuszczowe. Odnotowałam w nim sztuczność, acz dopiero za kokosem. Ten wyraźnie zaznaczył swoją obecność, choć nie dominował - raczej rozchodził się wraz ze śmietanką, w towarzystwie ciemnawo-śmietankowej czekolady.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kokos wymieszany ze śmietanką i mlekiem w proszku dał szansę pokazania się wiórkom. Ich smak, rozchodzący się od nich, zdawał się podkręcać nawzajem z samą cukrowo-gorzkawą czekoladą. Co więcej, w ich obliczu w nadzieniu doszukałam się małej sugestii kwasku - ni kokosa, ni sztucznej (sztucznego kokosa?).

Wiórki minimalnie rozbiły słodycz, lecz ona w zasadzie cały czas konsekwentnie rosła. Nie tak powalająco i przerażająco, ale jednak. Oprócz cukru czułam coś sztucznego - wanilinę? 

Bliżej końca pomyślałam o cukrowym likierze czy syropie kokosowo-czekoladowym, wymieszanym ze śmietankowym deserem. Czułam lekką cierpkość kakao i plastikowość, sztuczną cierpkość (?). Czekolada po debiucie środka wydała mi się bardziej maślana, a jednocześnie nieco odważniej palono-gorzkawa.

Wiórki gryzione na koniec, po zniknięciu reszty, okazały się wyraziste w swój lekko podprażony smak. Nie dały jednak rady pozbyć się echa reszty.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie i drapanie w gardle, ale też mocny niesmak sztuczności - chemii, taniego tłuszczu jako wręcz kwasek czy cierpkość. Nie pomogła lekka cierpkość i goryczka czekolady, śmietankowość, ani wyraźnie wiórkowo-kokosowy wątek. 

Czekoladki wyszły chyba najlepiej z zestawu, a jednocześnie po prostu przeciętnie. Jedynie gorzkawą czekoladę przesłodzono, acz trzeba jej przyznać, że była przyjemnie śmietankowa (czuć, że to Merci Dark Cream / Herbe Sahne). Nadzienie... wyraźnie śmietankowo-mleczne, ale jednocześnie trochę tanio tłuszczowe. Kokosowość wyraźna, ale niestety zmieszana ze sztucznością. Jedynym, co mogę szczerze w pełni pochwalić to spora ilość zacnych wiórków kokosowych. Dobrze też, że całość nie zabijała cukrem jak pozostałe warianty z pudełka. Jeśli o konsystencję chodzi, bardzo mi się nie podobała przez miękką tłustość.
Zasłodziłam się już jedną i w sumie mogłabym na niej poprzestać, ale zjadłam 2, przy czym pod koniec drugiej się już męczyłam (ale nie chciało mi się zostawiać). Choć przesłodzona i za miękko-tłusta, rozumiem, że... po prostu ma taka być i nawet nieźle chyba się wśród takich zwykłych nadziewanych czekolad to odnajduje.

Pozostałe 3 czekoladki oddałam Mamie. Powiedziała: "W smaku bardzo w porządku. Ta czekolada im dużo dała, bo nie było taka cukrowa. No taka... ciemnawa, śmietankowa. To jej największy plus. Nadzienie w porządku, wiórki trochę pochrupały. Bardzo mi jednak ta mazistość, miękkość przeszkadzała. Ciemna chyba nie powinna być tak miękka... Do tego stopnia mi przeszkadzało, że aż jedną zjadłam z lodówki. Ogólnie jednak niezłe, faktycznie najlepsze z zestawu, zwłaszcza jak pomyśli się o innych słodyczach ze średniej półki".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca (on kupił w Biedronce)
cena: jak wyżej (ale zapłacił chyba około 16 zł za opakowanie 250g)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g (wartość podana zbiorowo dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład*: cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6 (?), miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromaty, sól (?), ekstrakt słodu jęczmiennego (?)
*Skład na opakowaniu był zbiorczy, więc tu pozbyłam się składników, których niemal na pewno nie ma akurat w tym wariancie, a procent wiórków kokosowych - nie wiem, ten akurat zostawiłam bez zmian; podobnie nie mam pewności co do kolejności składników.

Skład zbiorczy dla wszystkich smaków (przepisany z opakowania): cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, siekane migdały 0,6%, lecytyna sojowa, kukurydza, aromaty, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego

środa, 18 października 2023

Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 % ciemna z Filipin

W Polsce jest niewiele producentów dobrej czekolady - z większych w zasadzie jest tylko Beskid, odkąd Manufaktura Czekolady odbiła w bardziej masowym kierunku. Zupełnie przypadkiem trafiłam na stronę malutkiej manufaktury z Mazur o nazwie Dzika Czekolada. Od razu zainteresowałam się, a bardzo optymistyczny właściciel marki zgodził się wysłać mi coś do testów. Ponoć inspiracją była kuchnia jego babci, w odniesieniu do której od dziecka, jak sam napisał: "gdy przygotowywałem domową czekoladę, rodem z PRLu, zacząłem się zastanawiać: czy jest już możliwe przygotowanie w przeciętnym polskim domu prawdziwej czekolady?". I zaczął eksperymenty. Co z nich, w połączeniu z potem już latami doświadczenia, wyszło? Z ochotą postanowiłam sprawdzić.

Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Regalo z Filipin.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach dość mocno palony, oddający słód i dym. A do tego słodką, charakterną whisky? Też nieco dymną, wplatającą subtelną, ale istotną słodycz karmelu. Obok czułam wyraziste wędzenie. Myślałam przede wszystkim o śliwkach, ale też jakby wędzonym ananasie. Wciąż na pewno bardzo soczystym. Lekki kwasek przeplatający to wszystko kojarzył mi się z czerwonymi owocami i świeżą, rześką kosodrzewiną. Stanowiła kontrast, gdyż wbrew pozorom czerwone owoce nie były takie rześkie... Wydawały się współtworzyć jakąś podwędzoną, miodową marynatę. Marynatę żurawinową? Taką wytrawniejszą (do mięsa, ale jeszcze bez samego mięsa), może pieprzną... Palona nuta podsunęła do tego solone orzeszki i sowicie wypieczone precelki.

Masywna, konkretna w dotyku czekolada sugerowała kremowość, a jej lśnienie dodatkowo to obiecywało.
Przy łamaniu jednak trochę zaskoczyła, bo nie była tak twarda, jak na to wyglądała. Trzaskała średnio głośno - raz głośniej, raz ciszej z racji tego, że po prostu miejscami była grubsza, miejscami cieńsza.
W ustach rozpływała się tłustawo mleczne, kremowo, ale zarazem trochę pyliście. Mimo bazowej gładkości. Rozpuszczała się średnio długo, odrobinę lepkawo i znikała rzadkawo.

W smaku pierwszy pojawił się kwasek. Jakby się zachwiał - rozwinąć się czy nie? Wtórowała mu słodycz. Ta już była pewniejsza siebie, ale jakby zgłuszona, średnio wysoka. Skojarzyła mi się ze słodzikiem, a potem przybrała na intensywności zmieniając się w miód w podwędzanej marynacie. Był jakby przygaszony.

Wyraźnie za to zaznaczył się subtelnie gorzki dym. Na razie jakby dopiero przyglądał się innym nutom.

W tym czasie kwasek zdecydował się zaserwować żółte egzotyczne owoce... Niezbyt jednoznaczne, acz doszukałam się na pewno ananasa. Mignęło skojarzenie z kiwano (pisałam o tym na Instagramie; w skrócie jak połączenie banana, kiwi i ogórka). Kwaśność epizodycznie nakręcała chyba cytryna. Przewinęły się niedookreślone śliwki. Niby świeże, ale... takie, z których właśnie robi się marynatę? Raz czy drugi wyłapałam owoce o wędzonych zapędach.

Słodycz zapomniała o słodziku, ale nie o jego rześkości i chłodzie. Przełożyło się to na wyobrażenie o syropie z agawy. Może samej agawie?

Obok rozszedł się bardziej palono-karmelowy motyw, wplatający karmelizowane orzechy.

Orzechy pekan? Karmelizowane w miodzie lub właśnie w syropie z agawy wplotły też swoją maślaność. Zebrało się przy nich sporo orzeszków arachidowych. Duet tychże orzechów na pewien czas wyszedł niemal na przód, po czym rozszedł się w maślaności i mleczności. One bowiem także napłynęły.

Kontrastowo, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do akcji wkroczył dym. Był gorzki i dosadny, przygłuszył słodycz i przedstawił słód. Słód i zboża... zbożowy, bardzo słodki alkohol? Whisky! Z nieco pieprzną nutą? Pomyślałam o niej z racji silnej karmelowo-miodowej słodyczy i wrażenia przygaszenia dymem.

Z dymu wyłoniły się owoce. Już nie wydawały się tak bardzo wędzone. Czułam niedookreślone czerwone... jakby przyprawione chili i pieprzem? Jeszcze przez moment w głowie siedziała mi marynata, acz potem przemknęły słodsze, choć też miejscami kwaśne maliny. Maliny, żurawina i... dzika róża. Owoce dzikiej róży wyskoczyły ponad wszystko, ich cierpkawy smak splótł się z kwaskiem... cytryny?

Kwaskiem kosodrzewiny na pewno. Jeszcze przez moment myślałam o owocach na krzakach, a potem już ewidentnie górskim otoczeniu z rześką, świeżą kosodrzewiną, wiecznie zielonymi, dzikimi krzewami. Słód i orzechy zmieniły się w gałęzie, drewno. A ten swoisty chłód, rześkość przypomniały o syropie z agawy i słodziku, które pod wpływem gorzkości, chili i dymu zmieniły się w słodko-ostrą lukrecję. Na końcówce właśnie ona okazała się bardzo ważnym graczem.

Gorzkość wyszła dość mocno palona, w czym zawarła pewne rozgrzewanie. Zebrało się sporo dymu, nawet popiół i węgiel.. Zwęglony słód? Dym bardzo harmonijnie zgrywał się z lukrecją. Miałam wrażenie, jakby lada moment miało zrobić się naprawdę pikantnie, ale... jednak zawisła tylko sugestia. Miodowy karmel - ten z orzeszków - wydał mi się w obliczu tego karmelizowany aż do goryczki. 

Lukrecja, chili i trochę pieprzu, wędzoność znów wywalczyły w owocach zgoła inny wydźwięk - do głowy przyszedł mi przecier z ananasa... z czymś. Z czerwonymi porzeczkami? Dziką różą? Podsycony cytryną bez wątpienia.

Posmak był... prawie cytrynowy. Niby cytrynowy, ale nie jednoznaczny. Kwaskawo-owocowo niedookreślony, trochę czerwono owocowy i jakby jakiś podwędzonych owoców - śliwek w towarzystwie czegoś egzotyczniejszego. Czułam dziką różę, ale też jakby miodową (już nie owocową) marynatę i solono-karmelizowane orzeszki, trochę drewna - kosodrzewiny. O rześkość zadbał ostry miód, słodzik i lukrecja... choć i ciężkość czułam. Dym, wędzenie wyszły na koniec dość cierpko, ale zaskakująco nie mocno.

Czekolada smakowała mi, a do tego zaskoczyła złożonością. Połączyła świeżość i ciężkość w pozytywnym sensie. Wywołała myśli o słodziku, agawie, a w końcu lukrecja czy ogrom dymu, marynaty i wędzenie ciekawie wyszły przy słodzie i owocach, które to czułam w różnej formie. Ananas, trochę cytryny, egzotyczne w tym chyba kiwano; niedookreślone czerwone, w tym żurawinowa marynata i dzika róża popisały się dynamicznością. Obecny, ale nienachalny kwasek, gorzkość na poziomie i jakby przygłuszona słodycz wyszły bardzo przyjemnie. Poszczególne bardziej maślane czy słodzikowe akcenty, parę nut niezbyt moich może mnie aż tak w sobie nie rozkochała, ale podobały mi się całościowo. Pikanteria, która jakby dopiero miała nadejść, wytrawność czy to marynaty, czy solonych orzeszków zaintrygowały. A kwasek świeżej kosodrzewiny bardzo mi z kolei do gustu przypadł. Spory zarzut mam jednak co do formy (nie podobają mi się takie kształty) i konsystencji - mimo masywności brakowało jej gęstości i była taka mlecznie tłusta.

Skojarzyła mi się trochę z cierpko-owocową, lukrecjowo-pieprzną Georgia Ramon 2000 Trees Philippinen Trinitario Puentespina Farm 78%, która to zaserwowała mi czerwone porzeczki, cytrynowe galaretki, pudrowe maliny; dym i orzechy pekan, a także sporo rześkości roślin, ziół. Ich charakter, choć inny, był poniekąd w pewnych kwestiach bardzo podobny.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od dzikaczekolada.pl
cena: normalnie cena to 25 zł za 90 g; wersja mini 40g - 15 zł
kaloryczność: 550,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 17 października 2023

krem Sticky Blenders Laskowy Vegan

Po paru bardziej wymyślnych kremach, paru powrotach i wykończeniu otwartych większych słoików, naszło mnie na coś prostego i pysznego. Chciałam otworzyć "pewniaka", ale takiego jeszcze nieznanego. Stąd wybór czystej pasty od Sticky Blenders był dość oczywisty. Odkryłam, że ich czyste pasty zachwycają mnie niezwykle, natomiast smakowe mi nie podchodzą. Dobrze jednak taką wiedzę zdobyć.

Sticky Blenders Laskowy Vegan to "naturalny krem z lekko prażonych w piecu orzechów laskowych"; produkt wegański.

Po otwarciu poczułam moc orzechów laskowych, jakby obok siebie znalazły się orzechy trochę prażone, może nawet podsmażone (w tłuszczu własnym, żadnym innym!) oraz surowe, świeże w skórkach. Raz czy drugi wydawało się, że zaplątało się wśród nich trochę nerkowców. Zawarły w sobie słodycz, przemknęła mi nawet ledwo uchwytna myśl o bardzo śmietankowej krówce, lecz ogólnie już w trakcie mieszania i podczas jedzenia ukryła się. Popłynęła za to słodka i łagodna śmietankowość. Mieszała się z orzechami bardziej słodko-surowymi, których trzymał się akcent nieco biało czekoladowy i szlachetna goryczka.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się spora ilość oleju, z czego zlałam 2,5 łyżki, a wymieszałam nieco ponad łyżkę.
Mieszając, napotkałam na zwartą gęstość. Krem nieco się ciągnął i lepił, był gęsty. Widać w nim mnóstwo kawałków orzechów średniej i małej wielkości oraz zatrzęsienie skórek, przy czym nie były to tylko czarne kropeczki, a też sporo małych kawałków. Z olejem łatwo się mieszał, nawet na dnie zachował tłustość.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i to, że krem był lepiący. Lepiszczo-kleisty, powiedziałabym. Pasta okazała się masywna i tłusta, jakby bardzo pełna (nie oleista). Błyskawicznie i konkretnie zalepiała usta zupełnie. Rozpływała sięw średnim tempie za sprawą mnóstwa kawałków orzechów. Robiąc to jednak, przez moment wydawała się jeszcze gęstnieć. Krem wydał mi się bazowo miękki, jednak... jakby złożony głównie ze zlepionych orzechową masę kawałków. Na koniec w ustach zostało całe mnóstwo średnich, małych i malutkich kawałków orzechów, wraz z nieco mniejszą ilością małych kawałków i drobinek skórek. Trafiło mi się też kilka sporych słupków orzechów.
Gryzione orzechy w większością okazały się trzeszcząco-chrupiące. Wydawały się surowe i bardzo świeże, acz część cechowała twardość (jakby świeże orzechy stwardniały). Mniejsza ich część zdradzała chrupiąco-twardszy, pieczony charakter. Skórki z kolei były twardawe. Miałam wrażenie, że oprócz skórek zaplątało się tam też trochę takich masywniejszych otoczek (w niektórych laskowcach znajdują się między łupiną a skórką).
Zęby w zasadzie cały czas miały zajęcie, że odebrałam to bardziej jako produkt do ciamkanmia i gryzienia, aniżeli krem.

W smaku najpierw rozeszła się słodycz świeżych i surowych orzechów laskowych.  Pomyślałam o takich tylko co wyłuskanych ze skorupek, starannie obranych. Wydawały się suro... surowawe. Może nie w pełni surowe, ale bliskie takim.

Po chwili osnuła je śmietanka. Wzrosła słodycz. Za jej sprawą... i nie tylko. Przemknęła myśl o bardzo śmietankowej, dziwnie mało słodkiej, ale jednak słodkiej śmietankowej krówce... Krówce orzechowej! Krówce... na śmietance zrobionej i wręcz nugatowej? Odnotowałam jakby maślaną sugestię nerkowców, ale znikała tak szybko, jak się pojawiła.

Kawałki zaznaczające swoją obecność na języku nakręcały smak laskowców. Skórki, plączące się wśród nich mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach podkreśliły myśl o surowych, całych orzechach laskowych w skórkach. Pojawiła się gorzkość tychże. Subtelna, podsycająca świeże i surowe orzechy. Do głowy przyszły mi orzechy nieco "suche smakowo". Przez moment słodycz i gorzkość zrównały się, by następnie gorzkość zaczęła grać coraz bardziej znaczącą rolę.

Raz po raz przewinął się bardziej pieczony wątek... Pieczono-podsmażony? Kontrastowo mignęła mi jakby przypalona krówka. Był znikomy i tonął w goryczkowatych skórkach. Ich motyw płynący z masy z drobinkami skórek w większych kawałkach jeszcze umocnił bardziej świeżo-surowy wydźwięk.

Gryzione kawałki wydawały się właśnie w dużej mierze surowe. Były słodkawe, a nie słodkie; wyraziste w laskowość i zachwycająco świeże. Sporo w nich nienachalnej gorzkości. Gryzione skórki stanowiły dodatkowe gorzkie pstryczki, sprawiające, że ogółem pasta nie wyszła słodko. Jakby zupełnie zerowały słodycz pasty, wyczuwalną głównie na początku rozpływania się masy. Pojedyncze bardziej podpieczne oczywiście ten smak wzmacniały, jednak w ogóle nie grał zbyt wielkiej roli.

Po zjedzeniu został posmak jakbym zjadła po prostu sporo surowych, świeżych orzechów laskowych. W tym momencie goryczka była dość silna. Tu i pieczony element niby był... Lecz nie miał od wagi wyłonić się z całą pewnością spod goryczkowatych skórek.

Całość bardzo mi smakowała. Może nie zachwyciła mnie aż tak bardzo jak naturalnie "słodziusia" z gorzkimi dopływami, miazgowa i bez kawałków pasta Grizly Krem z orzechów laskowych 100% (w tubce), ale też uważam ją za dobrą. Sticky Blenders smakowała bardzo świeżo, mimo podpieczonych nutek-nuteczek. Jej słodycz, mimo krówkowo-śmietankowego charakteru była niska. Gorzkość i goryczka skórek wyszły znacząco, ale nie stanowiło to wady. Jej smak był szlachetny, wyważony. Nie wytrawny, ale i nie słodki. Wolałabym jednak nieco inną konsystencję - bez takiego natłoku kawałków. Tu w zasadzie zęby cały czas miały co robić, a ja wolę, gdy kawałki stanowią jedynie urozmaicenie. Smakowo mogłabym może nawet 9 jej wystawić, ale konsystencja za bardzo mnie męczyła.


ocena: 8/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 27,90 zł za 200g
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe lekko pieczone (100%)

niedziela, 15 października 2023

La Naya Peru Maranon 75% Cacao Limited Edition Dark Chocolate ciemna

Czy kolejna czekolada La Nayi budziła we mnie jakieś szczególne emocje? Niespecjalnie. A co powinna budzić lub do czego się odwołuje? Do... "astonishment", które ja bym przetłumaczyła jako osłupienie, choć może zaskoczenie czy pozytywny szok też by tu pasowały. Twórcy czekolady opisali podekscytowanie, jakie czuć w obliczu siły, potęgi (?) Maranon, głównego dopływu Amazonki. Potrafię sobie wyobrazić, że potęga przyrody potrafi aż odjąć głos. Bujny las deszczowy, dzika natura - ponoć to wszystko zamknięto w tej pikantnej tabliczce. Cóż, brzmiało to pięknie, lecz po poprzednich tabliczkach z zestawu jakoś wątpiłam, by sama czekolada miała sprostać otoczce.

La Naya Peru Maranon 75% Cacao Limited Edition Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Peru, z kanionu Maranon; edycja limitowana wchodząca w skład zestawu Bean-To-Emotion.

Po otwarciu poczułam słodki duet wiśni i owocu granatu, lekko podsycone czerwonym winem i słodko-cierpkimi czarnymi porzeczkami. Owocowy bukiet był wysoce słodki, co dodatkowo przypieczętowały różowe winogrona. W słodyczy kryło się też coś chłodnego. Chłodno-ostrego... Lukrecja? I czarna, zapleśniała ziemia. Czułam też jakby chłód mokrych (od deszczu?) grubych, zielonych liści. Z przypraw przewinął się jeszcze cynamon. Mimo pikanterii i soczystości, kwaskawych elementów, słodycz dodała temu wszystkiemu pudrowości. Pomyślałam o cukierkach, oddających czerwone owoce.

Tabliczka przypominała średnio twardą, już w dotyku nieco tłustawą polewę, która przy łamaniu trzaskała średnio głośno. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym (w zasadzie wiele zależy, czy trafił się fragment grubszy, czy cieńszy), w śmietankowo tłusty sposób. Była kremowa, początkowo niemal śliskawa. Miękła, przybierała na plastyczności i zalepiała, z czasem stając się bardziej soczystą. Znikała jak rzadki owocowy sos lub sok z tłustym motywem w tle.

W smaku pierwszy popłynął splot słodyczy i kwasku. Prowadziła rześka słodycz owoców, kwasek natomiast dał się poznać jako nieco smolisty.

Owoce, pod jego wpływem, pokazały się wyraźniej. Mignęły niedookreślone jagody, a zaraz po nich bardzo jednoznaczne czarne porzeczki. Dobiegały do nich owocowo cukierkowo pudrowe akcenty, początkowo jednak nieznaczne.

Pomyślałam o ciepłej smole... która nagle zniknęła. Ciepło jednak zdołała wywołać. Ono zostało i rozeszło się na dwa wątki. Przeplotło kompozycję nutą lekkiego prażenia i otworzyło drogę ciepłym przyprawom. Ciepło-chłodnym w zasadzie... Ich ostrość nie była wysoka, acz zaznaczyła się. Pierwsza do głowy przyszła mi lukrecja, jednak jakby zagłuszona... Orzechami? Ziemią na pewno.

W tle przemknęła słodko-kwaśna dosłownie wisienka. Była to wiśnia cukierkowa, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wsparło ją bardzo słodkie i lekkie wino, smakujące czerwonymi owocami. Czułam pudrowość, a słodycz - mimo lekkości nut - robiła się coraz cięższa. Nie to, że znacząco wyższa, ale nieco toporna.

W tym czasie przyprawy postawiły na swoim. Orzechy uciekły, a ja poczułam wyrazistą, słodko-chłodną pikanterię lukrecji i anyżu. Wpisały się w odważnie rosnącą gorzkość. Do głowy przyszła mi mocna herbata z tymi przyprawami. Gorzkość przywołała więcej ziemi... Wilgotnej, może nieco zapleśniałej. Było w tej ich ostrości coś odświeżającego. Wyobraziłam sobie bardzo grube i mokre liści, osłaniające tę ziemię. Ogólną gorzkość z kolei trochę przysłaniała zbyt ciężka, jakby trochę czekoladowo syropowa, słodycz.

Owoce po tym wydały mi się jeszcze słodsze i bardziej soczyste. Czarne porzeczki i wiśnie... mało wiśniowe wiśnie próbowały odciągnąć uwagę od cukierkowości. W pewnej chwili na wierzch wyłonił się słodki, z odrobinką kwasku granat, a po nim... odnotowałam więcej kwaśności. Jakby owoce próbował podkreślić niedookreślony cytrus.

Kontrastowo jednak słodycz wydała mi się jeszcze bardziej toporna... Nie dość, że kojarzyła się z pudrowymi cukierkami o smaku czerwonych owoców, to jeszcze i do lukrecji, anyżu się dobrała obfitując w anyżowe cukierki.

To jednak bliżej końca przywołało więcej ostro-ciepłych, słodkich przypraw korzennych, w tym cynamon. Możliwe, że też goździki. Przyprawy... mimo to przystały na pewną łagodność. Nie były to same, czyste przyprawy. Pomyślałam raczej o kremie orzechowym z przyprawami. Polała się na niego słodycz jakby syropu czekoladowego.

W owocowej strefie zaś uderzyły winogrona. Słodkie - aż nieco za bardzo - różowe winogrona wsparła kropelka słodkiego czerwonego wina. Razem przygłuszyły cukierkowość, tę cukierkowo-cięższą słodycz, choć już do lekkości nie wróciła.

Po zjedzeniu został wyrazisty, zaskakująco jednoznaczny i dominujący posmak winogron różowych, jasnofioletowych oraz ziemi. Jej trzymał się nieco smolisty kwasek. Mimo sporej ilości bardzo słodkich czerwonych owoców, ta toporna słodycz jakoś wyszła znów na jaw. Na szczęście nie była taka bardzo mocna, bo o lekkość i pewne odświeżenie zadbała lukrecja, anyż... już złagodzone, przygłuszone... Jakby doprawić nimi herbatę... miętową?

Czekolada smakowała mi i urzekła mnie jednoznacznością np. winogron, czarnych porzeczek, lukrecji / anyżu. Odrobinka wina, wiśni i granatu, sugestia herbaty oraz sporo ziemi, przypraw stanowiło świetne otoczenie, lecz... wszystko psuła mi słodycz. Ewidentnie czuć biały cukier, mimo że tabliczki nie przesłodzono. Chodzi o wydźwięk. Pchał się niepotrzebnie wszędzie i tłumił. Soczyście kwaskawa, słodka od owoców i gorzka czekolada z cukrem trzcinowym mogłaby, tak czuję, z łatwością mieć o punkt więcej, bo wtedy jej jedyną wadą byłaby taka miękka konsystencja i szybkie znikanie, nierówna forma.
Była zupełnie inna od bardziej cytrusowej, maślano-karmelowo-miodowej Prime Peru Maranon 70%, w której czułam orzechy, owoce czerwone jako wiśnie i maliny, czasem trochę syropowe - i to pewien element łączący. La Naya nie wykorzystała potencjału zawartości 75%, spłyciła sprawę kiepskim składnikiem (biały cukier).


ocena: 7/10
cena: 200 zł (cena za cały zestaw 4 tabliczek po 60g; dostałam zniżkę, cena półkowa to 260 zł)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

sobota, 14 października 2023

syrop Hershey's Syrup Genuine Chocolate Flavor

Przy 6Pak Zero Syrup Chocolate Mama przypomniała sobie o syropie Hershey's. Stwierdziła, że kiedyś, on był bardziej w moim typie, niż jej, bo jej był "za wytrawny, za ciemnoczekoladowy", a teraz uznała, że chyba właśnie obecnie to jej mógłby smakować i zapragnęła go sobie przypomnieć. Mnie, przyznaję, też zaczęło to kusić, bo jak już miałam podlinkowany, nakręciłam się na jogurt i jakiś jeszcze deser właśnie z syropem czekoladowym. A tamten był tak podły, że po prostu... koło syropu to nie stał. I tak też uznałyśmy, że możemy "wielkiego, sławnego Hersheya" zamówić. Ja co prawda lekko sceptycznie na niego łypałam, ale nie mówiłam "nie". Nie nastawiłam się na niego ani szczególnie pozytywnie (bo nie lubię tej marki), ani negatywnie. Ciekawiło, jak go odbiorę. 

Hershey's Syrup Genuine Chocolate Flavor to syrop o smaku czekoladowym, produkowany przez The Hershey Company.

Po otwarciu zapach wydał mi się bardzo intensywny, aż napastliwy i znacząco sztuczny. Był duszny, przypominał ciemno czekoladowy likier, ale z wyciętą alkoholowością. Kojarzył się z cierpkimi i raczej tanimi czekoladami o "deserówkowym" charakterze, które mimo wysokiej słodyczy, wciąż są trochę cierpko-gorzkie. Syrop wylany na łyżeczkę, miał bardziej przystępny zapach, jednoznacznie wskazujący na syrop, sos ciemno czekoladowy. Ta likierowość, truflowość była wyczuwalna cały czas, a ja w trakcie jedzenia go pomyślałam też o gorącej czekoladzie zrobionej na mleku, właśnie z sosem. Wyraźnie czułam sztuczną wanilinę - wydaje mi się, że to ona wplotła "mleczny" akcent w sam syrop.

Syrop był gęsty, a z łyżeczki ściekał powoli.
Spróbowany osobno, już w ustach potwierdził swoją gęstość. W pierwszej chwili wydał mi się idealnie gładki, wręcz śliskawy, ale prędko poczułam pylistość. Wydawał się tłustawy, mimo że realnie taki nie był (nawet nie zawiera tłuszczu).

W smaku w pierwszej chwili poczułam głównie słodycz, która jednak zaskoczyła mnie tym, że wydała się względnie stonowana jak na taki produkt. Towarzyszyła jej lekka cierpkość.

Nie zdążyłam jej jednak porządnie poczuć, a słodycz dosłownie zaszarżowała. Wypełniła usta, przez chwilę będąc motywem wiodącym. Wydała mi się mocarną, niemal czystą i sztuczną słodyczą, jednak po chwili przypomniała sobie o cierpkości. Wzrosła i ona, wzbogacając się o gorzkość. Smak ułożył się w typowy sos, syrop czekoladowy. Miało to charakter tanich czekolad "deserowych", które mimo gorzkości, zasładzają.

Słodycz w połowie rozpływania się sosu w ustach zadrapała w gardle. Nie był to jednak czysty cukier. To słodycz duszna i sztuczna - wyraźnie czułam wanilinę. Pomyślałam o likierze czekoladowym z wyciętym alkoholem i jakiś ciemnoczekoladowo-kakaowych polewach. W przypadku syropu próbowanego osobno, trafiłam na sztuczny kwasek czy nawet swego rodzaju ostrość (bardziej "gryzienie" w język?).

Gorzkość z czasem, oprócz cierpkiej nuty, zagrała bardziej palonym motywem, nieśmiało sugerując kawę. Do głowy przyszedł mi duet ciemnoczekoladowych trufli i kawy, w wydaniu trochę budżetowym. Duszna, ciężka sztuczność wisiała nad tym, niczym ciężkie powietrze przed burzą.

Po przełknięciu został posmak taniej ciemnej czekolady o truflowo-cierpkim charakterze oraz ewidentnie wanilinowej słodyczy. Było bardzo, bardzo słodko, a chemia aż nieco gryzła w język.

Syrop wydał mi się przeciętny. Jego smak nie zaskoczył, bo był zasładzający, mimo że ewidentnie wpisywał się w ciemnoczekoladowo-kakaową gorzkość. Jej truflowo-likierowo-syropowy wydźwięk byłby w porządku, gdyby nie był aż tak sztuczny. Zwłaszcza wanilina mi przeszkadzała. Słodycz i tak była przesadzona, więc jej dodatek uważam za zupełnie zbędny. Sama słodycz właśnie - za silna, ale też bym tego aż tak nie krytykowała, bo... wydawała się w miarę adekwatna do produktu. Mam bowiem na uwadze, że nie jest to produkt do jedzenia osobno. Próbowany osobno już po malutkiej ilości odpychał. Jakbym miała go oceniać osobno, na więcej niż 3/10 by nie wyciągnął.

Najpierw postanowiłam spróbować, jak ten syrop sprawdza się w jogurcie. Nauczona doświadczeniem po 6Pak Zero Syrup Chocolate uznałam, że od razu sprawdzę dwie opcje, połowę jogurtu mieszając z łyżką surowego kakao.

Zapach z czystym jogurtem był o wiele bardziej zachowawczy, sztuczność, duszność i ciężkość ukryły się zupełnie, bo jej miejsce zajął kwasek jogurtu. Czułam za to wyrazisty, bardzo słodki... syrop, sos, polewę ciemnoczekoladową. Mleczna baza jogurtu tego wydźwięku nie naruszyła.
Syrop gęsto rozlewał się na powierzchni kremowego jogurtu typu greckiego (u mnie Piątnicy), ale nie wsiąkał w niego. Ja wolałam właśnie tę opcję, by po prostu łyżeczką zagarniać i jogurtową bazę, i sos. Wymieszanie do jednolitości nie sprawiało jednak żadnych problemów, deser nie robił się rzadszy (zrobiłam tak z małą częścią deseru). 
Z czystym jogurtem syrop wciąż był bardzo słodki, lecz jego słodycz nieco się rozeszła i była w miarę przystępna. Wciąż deserówkowo-wanilinowa, ale w sumie jedynie sztucznawa, a nie sztuczna, bo właśnie większość chemii jogurt dobrze ukrył (w deserze zniknęły te kwaśno-gryzące elementy). Pobrzmiewała minimalnie. Kwaśność jogurtu wydobyła gorzko-cierpką czekoladę i czekoladowość likierowo-truflową. Muszę przyznać, że z czystym jogurtem, syrop zaprezentował się ze swojej lepszej strony - jako całkiem w porządku syrop ciemnoczekoladowy. Właśnie tym był, bez przegięć w jakąkolwiek stronę. Z wyczuwalnymi wadami, tak jednak ogranymi przez nabiał, że do zaakceptowania. Tak, że taki deser uznałam za ok - taki, co to można zjeść, skoro syrop już się kupiło, ale można też nie kupić i nie zjeść (i tak by było nawet lepiej). Ot, takie 5/10.

Kiedy wąchałam jogurt kakaowy polany syropem, zapach syropu kontrastowo do naturalnego i charakternego kakao wydawał mi się jeszcze bardziej duszny niczym cierpko-słodki, sztuczny alkoholowy likier pozbawiony alkoholu.
Jeśli chodzi o konsystencję, ten deser oczywiście wyszedł bardziej pyliście i gęsto, w tej wersji aż nieco kleiście, acz to dodane kakao tak to podkręciło.
W obliczu gorzkiego kakao, które wyeliminowało jogurtową kwaśność, wydawał się jeszcze słodszy, przesłodzony bezsprzecznie. Jednocześnie nie utracił ciemnoczekoladowego i likierowego charakteru. Mało tego! Likierowość i truflowość nasiliły się. Ten deser chwilami przejawiał niemal ziemiste, palono kawowe zapędy. Wyszedł lekko cierpko i ciężko. Był słodko-ciężki i duszny, lecz niezaprzeczalnie kakaowo-ciemnoczekoladowy w syropowym sensie. Charakterne kakao niestety podkreśliło taniość i sztuczność sosu. Ta jednak i tak utraciła ogrom napastliwości. Stała na dopuszczalnym poziomie. Gdy zagarnęłam akurat dużo jogurtu i malutko sosu, jego smak trochę zbytnio uciekał pod naporem kakao, a słodycz i sztuczność zostawały. Z kolei gdy zagarniałam dużo sosu, łatwo o to, by zrobiło się za słodko.
Po zjedzeniu okazało się, iż kakao dodane do jogurtu świetnie zagłuszyło sztuczny posmak syropu, zostawiając jednak drapanie w gardle i motyw likierowo-sosowej czekolady. 
Taki deser był jak najbardziej do zjedzenia. Pod tym względem w zasadzie wyszedł porównywalnie do wersji z jogurtem czystym, więc zależy, na jaką bazę akurat ma się ochotę. Choć taki deser był mi za słodki, muszę przyznać, że jakiś tam swój urok miał. I znów, zwykłe 5/10.

Podobne odczucia miałam do jogurtu kokosowego z syropem (to też było takie 5/10). Wymieszałam jogurt typu greckiego Piątnicy z 2 łyżkami wiórków kokosowych (w tym trochę posypanych na wierzch), a potem dodałam syrop Hershey's - ogółem jakieś 2-3 łyżki. Zjadłam, bo zjadłam - bez emocji. Myślałam, że jakoś to lepiej zagra, a wyszło po prostu poprawnie. Było w tym połączeniu coś, co odlegle kojarzyło mi się z drażami Skawy Korsarz, jedzonymi sto lat temu. W tym zestawieniu zwróciłam uwagę na ciekawą rzecz - z tym intensywnym syropem łatwo przesadzić, ale z kolei, gdy da się go za mało i ledwo go czuć, też wychodzi osobliwy efekt.

Raz poszłam nawet dalej i maksymalnie podkręciłam czekoladowość deseru, inspirując się różnymi podwójnie i potrójnie czekoladowymi lodami i wymieszałam twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół kostki twarogu Pilos) z ok. 2 łyżkami surowego kakao, dodałam pokruszone 6 herbatników Oreo* (wcześniej wygrzebując i wyrzucając krem z trzech markiz), a całość polałam syropem. Dodałam jakieś 1,5 łyżki, czyli ok. 20g.

Twarożek bardzo umiejętnie zaabsorbował słodycz, osłabił ją i przeplótł swoim kwaskiem. Wraz z gorzkim surowym kakao ukrył też większość chemii. W zasadzie w deserze jedynie pobrzmiewała i została trochę w posmaku, ale nie jakoś porażająco. Przy kakao i herbatnikach o gorzkawym smaku spalenizny i kakao, syrop jawił się jako nieco czekoladowo szlachetniejszy. Z ciastkami mocno osłodził deser, jednak nie przesłodził go. Było słodko, ale nie za słodko. Z proporcjami świetnie trafiłam, choć gdybym miała to robić znowu, dodałabym więcej kakao i chociaż odrobinę mniej syropu Hershey's.
Deser usatysfakcjonował i zaspokoił moją zachciankę, lecz nie mogę powiedzieć, by jakoś szczególnie mnie w sobie rozkochał.

*Na pomysł takiego deseru wpadłam już dość dawno i pierwotnie byłam pewna, że dodam krem Fudge Filosophy Oreo Cookie Spread, ale okazał się na tyle odpychający, iż uznałam, że może on tylko sprawę popsuć.
Ogólnie to takie 5/10.

Spróbowałam też z jogurtem wymieszanym z czekoladą w proszku Starbucks (ok. łyżką, czyli 16g) oraz chili (połową łyżeczki). Do takiego deseru polałam łyżkę (ok. 12g) syropu Hershey's. Baza wyszła mi ryzykownie ostra, ale właśnie tu świetnie sprawdził się Hershey's, nieco tę pikanterię poskramiając swoją słodyczą i wytrawnością, alkoholowymi zapędami. Jednocześnie chili przygłuszyło jego sztuczność i napastliwy aspekt słodyczy. Wyszło to bardzo czekoladowo i wyraźnie chili. Bez syropu czekoladowość takiego połączenia była trochę niesatysfakcjonująca.
Podczas jedzenia najpierw przy każdej łyżeczce czułam wysoką słodycz, potem rozchodzącą się po ustach wyrazistą czekoladowość, lekką cierpkość wskazującą na truflowo-charakterniejszy charakter, a potem wchodziło chili. Rosło wraz ze słodyczą i rozgrzewało, przypiekało w język razem z czekoladowością syropową. Dzięki chili i posmak po syropie nie był taki zły.
Czemuś takiemu należy się 5/10.

Mimo awersji do gotowych ryży na mleku pomyślałam, że właśnie ryż na mleku z takim sosem może się sprawdzić. W moim przypadku oczywiście mowa tu o ryżu (jaśminowym) ugotowanym na mleku, jedzonym na ciepło. I od razu muszę nadmienić, że cała konwencja dania jednak do mnie nie przemawia (charakter jaśminowego jakoś utonął w mleku). Najpierw w ogóle wyszedł mi za gęsty, to dogotowałam jeszcze trochę mleka i gorące mleko dodałam już do miski, przez co część syropu wymieszała się z mlekiem zupełnie.
Danie polałam jakoś 1,5 łyżki, noo... nie całymi 2, co było grubą przesadą (moja łyżka syropu waży około 12g, czyli dodałam jakieś 20g syropu). Niestety jednak, gdy polałam pierwszą, wyglądało to jakoś skąpo. Jak się okazało, syrop przepłynął na dół.
Jeśli chodzi o strukturę - częściowo wsiąknął w ryż / danie, łatwo się przemieszał, a częściowo pozostał sosem. Nie rozrzedził nadto ryżu, więc na konsystencję jak najbardziej pasował. Sam syrop nie zmienił się pod wpływem temperatury.
Zapach zdominował syrop Hershey's, ale... idąc w kierunku mleka kakaowego / czekoladowego, kakaowego napoju instant w wersji nieco likierowej.
W smaku podtrzymał wydźwięk kakao instant na mleku czy mleka kakaowego / czekoladowego. Przygłuszał smak ryżu na mleku. Gdy zagarniałam części, które tylko trochę przemieszały się z syropem, smakowało to delikatnie słodko i "kakałkowo", nijako jak przeciętne kakao na mleku. Ryż wydawał się przygłuszony. Z kolei gdy zagarniałam części, gdzie syrop nie przemieszał się zupełnie, a robił za sos-polewę, dominował zupełnie zagłuszając i mleko, i ryż. Wtedy to serwował pełnię swego przesłodzonego, sztucznie likierowego smaku. Całościowo jednak nie zasładzało to tak bardzo, bo jednak baza słodycz trochę poskramiała, ale i tak słodycz wyszła wysoka. Po zjedzeniu czułam sztucznie słodko-cierpki, kakaowo likierowy posmak. A w zasadzie niesmak.
Ryż na mleku i syrop Hershey's niezbyt mi do siebie pasowały. Do tego stopnia, iż chyba wolałabym jeść sam ryż na mleku. Żałowałam, że polałam aż tyle syropu. W takim daniu czuć wszystkie jego wady, a on zabija raczej delikatne danie. A jednak, jak już to zrobiłam, było do zjedzenia. I syrop na pewno z ryżem na mleku nieco zyskał, ale łatwo o to, by produkt nie do jedzenia samodzielnie, zyskiwał z czymkolwiek. Ogólnie to-to... no, niech te 4/10 ma.

Raz Mama jakoś nakręciła się na gofry (raz na dwa-trzy lata nachodzi ją na przebieżkę po tym "co to się kiedyś jadło", która obecnie często kończy się rozczarowaniem), a ja... pomyślałam, że do nich syrop Hershey's może świetnie pasować.
Zjadłam na ciepło - zrobione jak lubię, czyli miękkie pośrodku a przypieczone na chrupko po brzegach - i w tej wersji syrop wydawał się jeszcze słodszy. Niby czuć jego ciemnoczekoladowy charakter, ale jakoś... bez wyrazu. Wciąż miał w sobie coś nieco jakby alkoholowego, co niespecjalnie pasowało do gofra. Kończyłam już z jednym zimnym gofrem i o dziwo to było bardziej zgrane. Syrop wciąż był słodki, ale nic tej słodyczy nie podbijało, a z taką neutralną bazą, to i jego ciemnoczekoladowy charakter się utrzymał (bo temperatura go nie zmieniła). Może wady nieco się z gofrem więc rozeszły, ale po prostu jakoś mi syrop Hershey's smakowo do gofrów jednak nie przypasował. Bo zbyt zasładzający, a jednocześnie zbyt wytrawny? Dziwnie wyszedł po prostu. Było to zjadliwe, nie że niesmaczne, ale nie porwało. Może ja jestem już bardzo niegofrowa? Albo mi do gofrów czekoladowość nie pasuje - to najprędzej. Tego połączenia więc ani nie polecam, ani nie odradzam - tylko warto zauważyć, że ciepło podwyższa słodycz. Takiemu czemuś ogólnie mogłabym dać 4/10.

Mama też sporo pojadła tego syropu. Jak spróbowała samego, stwierdziła, że niesmaczny. Jako że najpierw wylała sobie kapkę na talerzyk i akurat miała przygotowane truskawki na podwieczorek, jedną w tym zanurzyła i stwierdziła, że "syrop w ten sposób smakował już lepiej".
Ostrożnie raz polała nim kawałek upieczonego przez siebie brownie i stwierdziła: "z ciastem takim jak brownie to ten Hershey's dopiero zyskuje! To połączenie było bardzo dobre, zwłaszcza, jak człowiekowi chce się zastrzyku słodyczy, a brownie akurat zrobiło się mniej słodkie". 
Jadła go też z lodami śmietankowymi Grycan i opisała to: "Same lody nudne, sam syrop niewarty uwagi, ale w połączeniu on bardzo zyskał. I konsystencja pasowała, i smak taki lepszy się wydawał. Bardzo dobre to było".

Syrop nie zaskoczył mnie tym, że nie sprawdził się do jedzenia osobno - myśl o takim go spożyciu przeraża. Z czymś za to jawi się jako... ot, przeciętny syrop, który można zjeść.


ocena: 4/10 (wyciągnęłam średnią i tak ogólnie, wzięłam różne kwestie pod uwagę)
kupiłam: Allegro
cena: 25 zł (za 680g; Mama płaciła)
kaloryczność: 237 kcal / 100 g; łyżka wg producenta ok. 19g - 45 kcal (moja standardowa łyżka stołowa syropu waży 12g)
czy znów kupię: nie (sama sobie bym nie kupiła)

Skład: wysokofruktozowy syrop kukurydziany, syrop kukurydziany, woda, kakao, cukier, 2% lub mniej sorbinianu potasu (dla zachowania świeżości), guma ksantanowa, sól, mono- i diglicerydy, polisorbat 60, wanilina, sztuczny aromat