czwartek, 17 kwietnia 2025

Nicolas Chocolate do Belga 72 % Terrua Teure Joao Rios ciemna z Brazylii

Lubię odkrywać małe czekoladziarnie, które mimo odnoszonych sukcesów na różnego rodzaju konkursach czekolad bean-to-bar są bardzo, bardzo mało znane. Zawsze bardzo się cieszę, gdy coś niespotykanego trafi w moje ręce. O Nicolas Chocolate do Belga naprawdę bardzo trudno cokolwiek znaleźć w internecie. Ta mała marka z Belgii w 2022 i 2023 zdobyła parę nagród i zawitała do sklepu, w którym co jakiś czas robię większe zamówienie, jednak niestety, gdy ją namierzyłam, dostępna była już tylko jedna. Nie miałam więc wyboru, wzięłam, co było i to jak najszybciej. O tym, na co popadło, poczytałam już bliżej degustacji. Właściciel marki Nicolás, który to swoim imieniem ją nazwał, pracuje na kakao z brazylijskiego stanu Pará, który ma doskonały ekosystem dla kakao. Jest to wielki obszar z bardzo małą populacją, która zajmuje się głównie rolnictwem. Jedna rodzina, od lat związana z uprawą kakao, z farmy producenta Joao Rios jest tam wyjątkowo nagradzana za swoje kakao. A międzynarodowe organizacje wspierają ich działalność - i bardzo dobrze! Miałam nadzieję poczuć tę jakość w zakupionej tabliczce.

Nicolas Chocolate do Belga 72% Terruá Teuré João Rios to ciemna czekolada z Brazylii, ze stanu Para.

Po otwarciu poczułam się, jakbym właśnie otworzyła słoik z miodem. Raczej jasnym, ale z charakterem niemal ostrawym. Oczami wyobraźni patrzyłam na słoik naturalnego miodu, którym zaczęła się już krystalizacja. Zapewnił bardzo wysoką słodycz, a na tym nie koniec. Obok pojawiły się figi suszone i... rozmaryn w miodzie? Odrobinka przypraw (m.in. kardamonu, kozieradki?), acz też w słodkim wydaniu. W oddali doszukałam się niedookreślonego miksu orzechów, a także namiastki soczystości, jaką zapewniła kandyzowana... wiśnio-czereśnia. Czy wręcz wiśnia / czereśnia koktajlowa, w słodkim syropie.

Lśniąca tabliczka była twarda, mimo że w dotyku wydawała się wręcz lepka i kremowo-tłusta. Trzaskała głośno, obiecując pełnię.
W ustach rozpływała się powoli i maziście, dając się poznać jako tłusta i niby gładka, acz z domniemaną pylistością. Przypominała chłodnawe masło, długo zachowujące kształt. Potem rosła kremowość, a ja odnotowałam drobną wodnistość. Końcowo pojawiało się lekkie ściągnięcie.

W smaku pierwsza pokazała się i zachwiała słodycz. Wyszła leciutko, niemal zwiewnie. W głowie pojawiło mi się słowo "miodzik".

Rozeszła się także delikatna gorzkość. Miała palony charakter i trzymała się z boku. Pojawiły się obok orzechy - troszeczkę i to trudne do uchwycenia. Może laskowe? I... migdały?
W gorzkości rozgościła się odrobinka ciepło-goryczkowatych przypraw. Wszystko to jednak było takie... tulaśno-delikatne, że do głowy przyszło mi gorące kakao orzechowo-korzenne, zrobione na mleku i sowicie posłodzone.

Słodycz w tym czasie bowiem rosła. Za "miodzikiem" odnotowałam echo... wody? Słodycz wzbogaciła się o soczystość i nagle rozbrzmiały suszone, jasne figi. Niemal miodowo słodkie i pełne smaku. Wspomniana wodnistość zarysowała niewyraźną wizję melona i wraz z nim odeszła na bardzo odległy plan (ale nie zniknęła zupełnie).

Słodycz fig zostawiła sobie jednak lekką soczystość... Soczystość niemal esencjonalnie słodką, suszonych owoców. Dołączyły do nich rodzynki - niemal już scukrzające się?

Soczystość zmieszała się z orzechami, przekładając się na wizję ciemnej czekolady z orzechami i migdałami oraz rodzynkami, która mocno przesiąkła dodatkami. Może też z... niemal galaretkowatym, kandyzowanym czerwonym owocem? Za czekoladą przewinęła się drobna maślaność, a po chwili sama czekolada i kakao na mleku na moment zmieniły się... w herbatę? Nie utrzymała się zbyt długo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do gry wyraźniej wrócił miód. Słodycz wyszła aż ryzykownie wysoka. Pokazał się jako słoik pełen naturalnego miodu, w którym zaczęła się krystalizacja, a więc proces, który sprawia, że słodycz miodu wydaje się dosadniejsza i aż złudnie cukrowa.

Słodycz trochę próbowała poskromić... maślaność? Wyobraziłam sobie kromkę żytniego chleba przesadnie posmarowaną masłem, co wprowadziło pewną mdłość, a także... z waniliowym twarożkiem? I wszystko to polane miodem. Acz jakby trochę... rozwodnionym? Mimo to i tak było za słodko.

Przyprawy zapomniały o goryczce - też zagrały na słodką nutę. Pomyślałam o ciepłym splocie wanilii i cynamonu, acz... nagle sprzeciw zgłosił odrobinę wytrawniejszy rozmaryn. Rozmaryn palony? Może też lekko zrobiony w miodzie, ale ostrzejszy. Do głowy przyszedł mi też kardamon.

Przypomniał o sobie melon, acz jako słodkie, ciężko-soczyste kandyzowane kawałki. Zgubił się zaraz w kawałkach kandyzowanych wiśni czy czereśni. Tak słodkich, może duszonych w... czerwonym winie, a więc z nutą smakową wina, ale bez alkoholu, że aż nie do rozróżnienia. Pomyślałam o czereśnio-wiśniach koktajlowych.

Chleb żytni zmienił się w ziemistość, w której pojawiły się palone orzechy. To ziemistość... czekolady z orzechami? I rodzynkami, i kandyzowano-galaretkowymi kawałkami wiśniowymi?

Po zjedzeniu został posmak duszono-słodkich wiśnio-czereśni koktajlowych, dość ostra, ale też słodka korzenność wymieszana z wanilią, a także rodzynki. Całą słodycz starało się przełamać echo ziemi i odrobinka orzechów, migdałów, lecz bezskutecznie - słodycz krystalizującego się miodu nie odpuściła także w posmaku. Acz w tym momencie jawił się jako charakterny i pikantny.

Czekolada wyszła dobrze, ale z wadami, które w moim odbiorze sporo znaczyły. Była bardzo maślana w strukturze i raz po raz w smaku wkradała się a to maślaność, a to wodnistość. Gorzkości czułam niedosyt, kwaśności w zasadzie nie uświadczyłam, acz ta druga akurat faktycznie by nie pasowała. Wolałabym jednak, by ziemia, orzechy i przyprawy bardziej się rozwinęły. Bo tak to... rozwijała się głównie słodycz. I jednoznaczny, skrystalizownay miód, figi, rodzynki oraz wanilia, ciepło-słodka korzenność były zacne, tylko że... brakowało czegoś - gorzkości! - dla przeciwwagi. Szkoda, że chyba melony (?) i czerwone ni wiśnie, ni czereśnie poszły w tak kandyzowany, nieciekawy klimat.
Nie podobało mi się więc, na co położono nacisk w tej czekoladzie.

Pomyślałam o miodowo-kwiatowej, z nutami serka śmietankowego, kremu z fistaszków, orzechów włoskich i ziemistej herbaty Chapon Bresil Torrefaction Longue Conchage Court z 2022, która też właśnie smakowała miodem i jakby kostką owocową (np. dodatku do herbaty) albo Chapon Bresil z 2024 - scukrzonymi rodzynkami i egzotycznymi owocami w formie kostki, ale w kompletnie innym, nieprzesłodzonym stylu.


ocena: 7/10
cena: 6,90 € (za 50g; około 30 zł)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 16 kwietnia 2025

Zotter Honeysuckle + Lavender / Maibeeren + Lavendel ciemna 70 % z kremem z jagód kamczackich i białej czekolady oraz lawendowym nugatem z orzechów makadamia z kawałkami karmelu

Tym razem postanowiłam zacząć bardzo niestandardowo jak na mnie, bo od potencjalnie najlepszej czekolady nadziewanej, jaką otrzymałam z nowości Zottera. To była jedyna, na myśl o któej nieco zabłysły mi oczy. Marzyła mi się mocno kwiatowa czekolada, głównie dlatego, że nigdy nie załapałam się na lawendowo-laskowoorzechowego nadziewańca Zottera. Dziś prezentowana wydawała się nieco podobna. Żałowałam tylko, że w tym sezonie - 2024/25 - Josef i Julia Zotter coś uwzięli się na orzechy makadamia i do kompozycji to właśnie je dodali. A to akurat chyba jedyne orzechy, których nie lubię. Liczyłam jednak, że w tym przypadku zejdą na dalszy plan. Gdy jednak wczytałam się w opis i się zastanowiłam, trochę zgłupiałam. Pierwsze co, do głowy przyszedł mi wiciokrzew (honeysuckle). To kwiaty pachnące podobnie do róży (mam takie kadzidełka), ale gdy wpisałam "wiciokrzew owoce", Google wyświetlił mi informację, że nie są jadalne, a nawet mogą być trujące. Zotter w swoim opisie pisze, że chodzi o "honeyberry, znane równie jako honeysuckle"... "Honeyberry" zaś tłumaczy się jako jagodę kamczacką. I tu odkryłam, że wiciokrzew, a wiciokrzew jadalny to różne rośliny. Warto to mieć na uwadze. Ich kwiaty wyglądają podobnie, ale owoce nie. Te czerwone kuliste nie są jadalne, za to podłużne, koloru ciemnofioletowego owszem (i ponoć smakują miodem).


Zotter Honeysuckle + Lavender / Maibeeren + Lavendel to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (30%) kremem z jagód kamczackich / wiciokrzewu i białej czekolady z cytryną oraz (30%) praliną / nugatem z orzechów makadamia z kawałkami karmelu i olejkiem lawendowym.

Po otwarciu, nachylając się nad spodem, poczułam intensywny zapach gorzkawo-palonej czekolady, niemal na równi zmieszanej z orzechowo-... wędzonkowym (?!) motywem. Za nim stanął jakby smażony, mocno maślany karmel. W oddali zaznaczyła się ziołowość lawendy. Gdy wąchałąm wierzch, czekolada dominowała, ale wtedy pojawił się motyw owocu. Po podziale i w trakcie jedzenia nasilił się zapach orzechów - bardzo tłustych, specyficznie delikatnych makadarmia, lawenda nieco mocniej się odezwała, a do owocowego - już nawet rozpoznawalnie "jagodowawego" (za niejednoznaczny na "jagodowy") - wątku doszła biała czekolada. Wyszło to i bardzo słodko, i wytrawnie zarazem.

Tabliczka wydała mi się masywna. Przy łamaniu trzaskała za sprawą grubych warstw twardej czekolady. Środek jednak nie był twardy. Nugat okazał się miękkawo-plastyczny i tłusty. Czekolada ze spodu wgniatała się w niego, gdy robiłam kęsa. Krem na wierzchu też był miękki, wilgotny i plastycznie-mazisty.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Nadzienia szybko, acz nie błyskawicznie, wyłaniały się spod niej. 
Nugat próbował się pod nią podpiąć. Okazał się bowiem zbity i dość konkretny, ale jednocześnie miękki i bardzo, bardzo tłusty. Czuć w nim orzechową masywność. Wydał mi się gładki i wręcz śliskawy bazowo. Urozmaiciły go jednak małe i średnie kawałki karmelu. Ten w większości rozpuszczał się wraz z otoczeniem.
Krem owocowy z kolei przedstawił się niby jako gładki, ale z proszkowością w tle. Był plastyczny w zwarty, jakby nieco zżelowany sposób, a także miękko śmietankowy i soczysty. Z niego wyłaniały się skórki.
Kawałki karmelu w dużej mierze rozpuszczały się wraz z nugatem, więc na koniec nie było, co gryźć. Gdy spróbowałam je wydłubać, kawałki karmelu były kryształkowo trzeszcząco-skrzypiące, bardzo delikatne. Podobnie gdy w przypadku jednego kęsa pogryzłam karmelowe drobinki "obok czekolady i nadzień, w trakcie kiedy te się rozpuszczały, acz już pod koniec. 2 razy jednak wśród nich zaplątał się kryształek soli.
Skórki jagód w zasadzie niewiele wnosiły ze względu na cienkość i to, jak malutkie były. Po prostu je czuć. Trafiłam też na kilka pesteczek.

W smaku czekolada przywitała mnie paloną gorzkością, która raz po raz robiła aluzje do kawy, i stonowaną słodyczą palonego karmelu. Wydała mi się nieco dymna i sama w sobie leciutko orzechowa i soczysta.
Potwierdziło się to, gdy spróbowałam jej nieco osobno (zarówno z wierzchu, jak i spodu). Doszukałam się w niej podszeptów dżemowatych ciemnych owoców i wiśni, które jednak ewidentnie podkreślało nadzienie owocowe. Wierzch wydawał się nim lekko przesiąknięty. 

Wnętrze szybko dało o sobie znać, podbijając orzechowość czekolady, a także wprowadzając lekki kwasek jagód. Oba kremy dołożyły też trochę słodyczy, acz nie wydawały się mocno słodkie. Smakowo rozchodziły się mniej więcej równocześnie na równych prawach.

Nugat z dołu spójniej łączył się z czekoladą, za to nadzienie owocowe łatwiej zwracało na siebie uwagę bardziej dynamiczne, szybciej rozbrzmiewające z pełną mocą. Ogrom soczyście słodkich, lekko kwaskawych jagód podkręciła cytryna. Kwaśność jednak napotkała opór słodyczy śmietankowo-biało czekoladowej. To ona, słodycz, bardziej wzrosła. Ułożyło się to w wizję słodkich, jagodowych lodów śmietankowych z odrobinką lawendy (bo i ta z czasem się odezwała z nugatu).
Gdy spróbowałam krem owocowy osobno, skojarzył mi się z jagodową białą czekoladą. Z kwaskiem i soczystością, ale przede wszystkim o słodziutkim, uroczym wydźwięku.

Nugat też pewną mleczność w sobie krył. Połączył ją z maślanością. Był łagodnie, wręcz mdławo orzechowy i bardzo, bardzo maślany. Ta maślaność chwilami wydawała się wręcz nijaka. Jego słodycz oddawała subtelny, maślano-karmelkowy karmel i niewątpliwie była nugatowa. Chyba też lekko waniliowa. Z czasem wyłoniła się z niego lawenda, trochę podkreślająca orzechowość. Jawiła się jako wytrawniejszy, kwiatowo-goryczkowaty motyw, walczący o powagę kompozycji. Wyszła subtelnie, jako jeden z wielu elementów - za nią i lekka korzenność mi się przewinęła. Chwilami w zasadzie nawet da się o lawendzie zapomnieć.
Gdy spróbowałam nugatu osobno, zaskoczył mnie, jak delikatna była w nim nuta lawendy. W całości więc chyba mocno podkreśliła ją ciemna czekolada i jagody.

Z czasem, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, kremy mocno zmieszały się w jedno. Jagody i lawenda długo tworzyły zgrany duet, zarysowany na mleczno-maślanym, delikatnym tle. Przez chwilę dominowały. Dopóki czuć też orzechowość było zacnie, ale bliżej końca trochę tonęła w maślaności i śmietance. Nugat umożliwił białej czekoladzie umocnienie się. Krem jagodowy wówczas chylił się trochę w bardziej pudrowym, słodziaśnym kierunku, a na jaw wychodziło przerysowanie cytryną. Lawenda już nie pomogła - i ona jakoś się zgubiła.

Wyłaniały się wtedy dodatki: skórki niewiele wnosiły, ale karmel nawet niegryziony więcej. Karmel zapewnił palono-smażone, cukrowo-maślane przebłyski, ale nie śmiał się za bardzo wtrącać. Ten karmel wydawał mi się jakiś taki... smażono-karmelkowy? Ale mało znaczący. Może jednak to on tak przygłuszał orzechowość i lawendę? Ze dwa razy trafiłam na silnie słony punkt.

Końcowo czekolada wydała mi się bardziej cierpko-palona i gorzka, kontrastowo mało słodka.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych jagód i cytryn oraz tłusto-maślano-orzechowy, słodko nugatowy i lawendowy. W tle nad wszystkim czuwała ciemna, palono-dymna czekolada. Mimo że wszystko to było dość wytrawne, pojawiła się też odstająca, nieadekwatna słodycz. Trochę białoczekoladowo-pudrowa.

Czekolada wyszła w pewien sposób nawet ciekawie, ale nie do końca po mojemu. Nie podobało mi się, że nugat zrobiono dokładnie z delikatnych, mdłych makadamia, przez co z czasem orzechowość traciła znaczenie za bardzo. Maślaność i białoczekoladowość za to szalały w najlepsze. Owocowy krem, mimo soczystości i kwasku jagód, mógłby być mniej białoczekolady. Lawendy wolałabym więcej (nie pogardziłabym też jej kawałkami), za to karmel mi przeszkadzał. Z orzechami makadamia chwilami wchodził w dziwnie wędzonkowo-smażony tony. Czekolada ciemna, przy całej mojej miłości do niej, akurat do tych nadzień może nie była najlepszym wyborem. Mleczna ciemna chyba wyszłaby lepiej. Bo do takiej czekolady 70% to przydałoby się charakterniejsze wnętrze (bez białej czekolady, z nugatem np. z laskowców).
Niezła czekolada, ciekawostkowo można trochę zjeść, ale bez większych emocji. Tłustość, mdławość, a więc za mało charakterna orzechowość, jednak sporo tej białej czekolady i niedosyt lawendy sprawiły, że czekolada - choć myślałam, że zjem całą - zmęczyła mnie i (choć wiedziałam, że jest kompletnie nie w jej stylu) 33 g (z 77g) powędrowało do Mamy.
Co do oceny nie jestem przekonana. Wystawiam 7, myśląc, że no, niby czekolada była, czym miała być - ja jednak mam problem typu: po co robić nugat z makadamia, skoro z tych orzechów wychodzi nieprzyjemnie tłusto i nieorzechowo? Czuję jednak, że nie da się lepiej zrobić nugatu z orzechów makadamia... Chwilami serce mi podszeptywało wystawienie 6, ale nie chciałam w sumie ok, ale bez charakteru, czekolady skrzywdzić.

Mama opisała ją: "Ja tam niczego z tych tytułowych rzeczy nie czułam, na pewno ponazywać nie umiałam. Nawet mi ta czekolada z wierzchu nie smakowała. Środek też... ten nugat jakiś bez wyrazu, tłusty i tyle, taka gruda tłuszczu. Część owocowa no taka słodka, kwaskawa i tyle, powiedziałabym, że raczej porzeczkowa chyba. Lawendy i karmelu raczej nie czułam...".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 77g; ja dostałam)
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy makadamia 7%, wiciokrzew jadalny / jagody kamczackie 6% , pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, słodka serwatka w proszku, kawałki karmelu (surowy cukier trzcinowy, syrop glukozowy, masło, sól morska, emulgator: lecytyna sojowa), masło, mleko, syrop skrobiowy, cały cukier trzcinowy, koncentrat soku z cytryny, emulgator: lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, kardamon, sproszkowana fasola tonka, kolendra, olejek lawendowy 0,001%

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Nie lubię określania czekolad "czekoladkami". W ogóle nie lubię zdrobnień - mam wrażenie, że umniejszają. Jednak marka Czekoladki z Nieba wyglądała... jako tako. Przeglądając ofertę Brain Market bez większych emocji, natknęłam się na nią. Choć nie sądziłam, bym jeszcze jakiemuś kremowi z tego sklepu internetowego miała dać szansę, czekolady zaciekawiły. Zacząć postanowiłam od najniższej zawartości, acz zanim to - a już po zakupie - uznałam, że poczytam coś, z czym w ogóle mam do czynienia. Hasło marki to "szczere belgijskie czekoladki wykonane z miłością"... Opis na stronie szybko wyprowadził mnie z błędu - to nie marka Brain Market, jak pierwotnie założyłam. W oryginalne zwie się Chocolates from Heaven i jest to robiona od 2017 roku linia czekolad bio i Fairtrade belgijskiej rodzinnej fabryki czekolady Klingele, znajdującej się w mieście Gandawa. Rozbawiło mnie, że na stronie zapewnili, że "o sukcesie tej linii świadczy również fakt, że czekoladki Chocolates from Heaven zdobyły brązowy medal w prestiżowym międzynarodowym konkursie projektowania opakowań Pent Awards". No, to oby wnętrze dorównało opakowaniu (które - swoją drogą - akurat dzisiaj przedstawianej wcale mi się nie podoba).

Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Papui-Nowej Gwinei.

Po otwarciu rozbrzmiał wytrawnie-soczysty zapach. Pomyślałam o suszonych grzybach zestawionych z wiśniami i suszonymi, słodko-kwaśnymi śliwkami. Grzybom wtórowała pikantnawa ziemia i pewna zielona świeżość... zielonego groszku? Strączkowy motyw mieszał się z goryczką maku, a dokładniej mocno pieczonymi preclami i może nawet krakersami z makiem. Słodycz była soczyście owocowa, acz w oddali zaznaczyła się odrobina mocno palono-pieczonego karmelu.

Twarda tabliczka w dotyku wydała mi się trochę tłusta. Przy łamaniu trzaskała głośno i sprawiała wrażenie bardzo pełnej, zbitej.
W ustach początkowo serwowała kremową tłustość. Była masywna, zbita i konkretna; wręcz syta. Wykazywała mazistość i długo zachowywała kształt. Rozpływała się średnio-powoli, do tłustości dodając wysoką soczystość. W końcu bardzo, bardzo wysoką. Nie utraciła jednak przy tym masywności i gęstości.

W smaku pierwszą poczułam słodycz karmelu. Wydała mi się wysoka i imperatywna. Połączyła palony karmel i... rześkość kwiatów? Za ich sprawą jak wyskoczyła na przód, tak zaraz się opanowała i nieco zwolniła.

Podpłynęła pod nią mocno palona gorzkość. Pomyślałam o przypalonym cieście - murzynku z suszonymi śliwkami? Cieście, w którym przesadzono z masłem. Maślaność przez moment wybiła na przód. Śliwki jednak połączyły wysoką słodycz z kwaśnością, odciągając trochę od tego uwagę. W oddali przemknęła lekka ziemistość.

Słodycz porządnie przełamała kwaśność dobiegająca z oddali. Do śliwek dołączyły wiśnie. Kryły odrobinkę słodyczy, ale skupiły się na kwaśności. To już nie były tylko śliwki suszone, ale też kwaśne drobne z pełni sezonu. Może niektóre nie były nawet jeszcze dojrzałe?

Rześkość kwiatów zmieniła się w po prostu zielono roślinną świeżość. Najpierw pomyślałam o zroszonej trawie, ale potem zrobiło się nieco wytrawniej i oczami wyobraźni zobaczyłam groszek zielony. Umocniła się też nuta ziemi. Po strączkowym motywie przemknęły grzyby...

Grzyby, które czasem można poczuć w różnych mousse'ach, nadzieniach kakaowych. I te mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na taki tor zaskoczyły. Kakaowe ciasto zmieniło się jednak w ciasto... makowe? W tym cieście maślaność już nie dawała się we znaki, już zapomniano o niej. Poczułam goryczkę maku i zaraz wyobraziłam sobie kakaowo-makowe ciasto z owocami: wiśniami i śliwkami.

Wiśnie i śliwki podkręciła odrobina cytryny. Kwaśność starała się, jak mogła, ale... słodycz nie dała o sobie zapomnieć. Mimo że na pewien czas trochę odpuściła i tylko delikatnie pobrzmiewała, wróciła odważniej.

Odnotowałam przebłyski... bananów? Bananowych krówek. Zrobiło się wręcz kajmakowo - palony karmel poszedł w bardziej słodkim, uroczym wydźwięku. Sam jakby wyzbył się swej paloności.

Ta jednak ogólnie wciąż miała się nieźle. Nieco przypalone ciasto i wytrawniejsze nuty - które zdążyły już mocno osłabnąć - zaobfitowały w wizję mocno pieczonych, cienkich i wielkich precli z makiem. Kontrastowo do tego wybuchu słodyczy, na koniec zrobiło się znów bardziej wytrawnie. Nawet lekko ostrawo...? Jakby tak precle - i może krakersy - trochę posypać ostrzejszymi przyprawami?

Po zjedzeniu został posmak ziemi i grzybowo-kakaowe echo, mieszające się z makiem i soczystymi owocami. W nich spierały się słodkie banany i kwaśne śliwki z wiśniami.

Czekolada wyszła ciekawie i smacznie. Zaskoczyła mnie jej wytrawność strączków i precli z makiem. Pasowała do ziemi i grzybowo-kakaowego motywu. Te bardzo harmonijnie połączyły je z przypalonym kakaowym ciastem i owocami. Wiśnie i śliwki mieszały się z bananami. Wolałabym tylko, by jakoś ambitniej niż jako przypalony murzynek, rozwinęła się gorzkość, a i by było trochę mniej maślano w smaku i mniej tłusto w konsystencji. Acz biorąc pod uwagę niewygórowaną cenę, to świetna czekolada.

Na myśl przyszła mi mocno bananowa, z akcentem wiśni i grzybów Chapon West Papouasie. Wspomniana była co prawda o wiele bardziej kwiatowo-orzechowa, ale sporo wspólnego miały. Z np. MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % dzisiaj opisywana wspólnego miała znacznie mniej, bo tylko banany i wiśnie. I może też czająca się w oddali ostrość?


ocena: 9/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,48 zł
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, wanilia

niedziela, 13 kwietnia 2025

ciastka Annas Original Ginger Thins; po zmianach 2024

Dobierając składniki do deseru stylizowanego na Magnum Double Gold Caramel Billionaire robiłam w głowie przegląd dobrych ciastek korzennych. Nie mam w nich rozeznania, a w ciągu ostatnich lat zupełnie odleciałam od rynku słodyczy innych niż czekolady. Kojarzyłam, że te w 2015 mi pasowały, więc je właśnie kupiłam. Nim jednak dodałam do deseru, trochę spróbowałam osobno, by sprawdzić, czy wciąż odbieram je pozytywnie. Najpierw byłam pewna, że zrobię tylko aktualizację, ale... niestety. I znów, po czymś takim, zapewnienia producenta o tym, jakie to ciastka są tradycyjne (rzekomo od 1929 wypiekane wg receptury Anny Karlsson, zgodnie z tradycją jak się powinno szwedzkie pepparkakor wypiekać - ta, jasne, na pewno).


 Annas Original Ginger Thins, to "ciasteczka imbirowe"; wg mnie korzenne; sztuka (1 ciastko) to 5g; wersja po zmianach 2024.

Po otwarciu poczułam ogrom cynamonu i imbiru (właśnie w tej kolejności), zarysowanych na ciasteczkowej pieczoności, kojarzącej się z ciasteczkami domowymi. Zaraz za nimi pojawiły się goździki. Słodycz wyszła dzięki temu znacząco, ostro, ale nie męcząco. Co ciekawe, zapach ciastek z 2015 pamiętałam jako bardziej imbirowy - dziś przedstawiana wersja wydała mi się bardziej cynamonowa.

Mimo zacnej kruchości i chrupkości, ciastka nie grubsze niż dwuzłotówka, kruszyły się minimalnie.
W trakcie jedzenia gdy gryzłam, były definicyjnie chrupiące, ale... też jakby z pewnym zawilgoceniem, które w Annas wydało mi się nowością. Podczas gryzienia, czuć w nich lekką ziarnistość (przypraw) i drobną, epizodyczną kryształkowość. Kiedy zostawiałam je na języku, błogo się rozpływały.
Prawie idealna struktura - podobną, ale nie taką samą 1:1 zapamiętałam.

W smaku jednak... od pierwszej sekundy czekał mnie duży zawód. Gdy tylko zrobiłam kęsa, iluzja jakiejkolwiek domowości zniknęła. Przemknęła niedookreślona goryczka, a potem polała się korzenność i słodycz, splecione w jedno. Cynamon pokazywał się pierwszy. Imbir podyktował mu bardzo pikantny wydźwięk, acz cały czas trzymała się też ich ta goryczka... Goryczka sodowa? Ostrość przypiekła trochę w język, rozgrzała gardło. Wpisała się w to słodycz. Na szczęście przybrała mocno korzenny ton, więc mimo wysokości, wydawała się w pełni uzasadniona. W tle przewinęły się goździki i... i tam ta goryczko-sodowość również pomykała. Wszystko to na sowicie wypieczonej płaszczyźnie, która jednak z domowymi ciastkami nic wspólnego nie miała. 
W smaku nie czuć tak jawnie gorszych składników, bo korzenność starała się to maskować, ale wydaje mi się, że przebijały się - acz uwierzę, że to tylko soda tak wybijała.

Ciastka z 2015 dobrze pamiętałam, więc bez trudu stwierdziłam, że te były inne. Pachniały podobnie, ale w smaku mocno się różniły. W dzisiaj przedstawianych mocno czuć sodę, co sprawiło, że zwyczajnie... element smaczności uciekał. Z rzeczy neutralnych za to: dziś przedstawiane wydawały mi się nieco bardziej cynamonowe niż imbirowe (minimalnie jednak). To, że ciastka obecnie to nie moja bajka to jedno, ale ta sodowość...
A jakiś czas temu Mama opowiadała mi, jak zepsuła sobie jedno ciasto, dodając sodę jak w przepisie - teraz mi się przypomniało. Mówiła, że poszło jej w dziwną gorycz i chyba czułam coś podobnego. Nie rozumiem więc, po co ten składnik pchać... Bo po tych jej słowach, dokładnie przeanalizowałam skład i faktycznie, to soda wskoczyła na wyższe miejsce.

Tym razem były mi potrzebne do deseru stylizowanego na lody Double Gold Caramel Billionaire. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 30g orzechów pekan, 15g Zottera Labooko Caramel i 3 ciastka Annas. (Na moje nieszczęście dodałam też trochę mleka karmelowego JAL, co było wielkim błędem, bo nic dobrego nie wniosło.)
W twarożku ciastka bardzo szybko wilgotniały i trochę się rozpływały. Wyszły nieco bardziej mdławo, ale wciąż intensywnie korzennie i z pobrzmiewającą, goryczkowatą sodą. Kompozycja im nie pomogła. Wady nie ukryły się, nie rozeszły się, a szkoda.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 7.64 zł (za 150g)
kaloryczność: 471 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, oleje roślinne (palmowy, rzepakowy, kokosowy), syrop cukrowy, środek spulchniający: wodorowęglan sodu; cynamon, sól, imbir 0,3%, goździki

piątek, 11 kwietnia 2025

Chapon Cacao Rare Bresil ciemna 72 % z Brazylii; po zmianach 2024

Po tym, jak parę czekolad Chapon mimo zmiany cukru z trzcinowego na biały okazało się miłymi zaskoczeniami, na kolejną nie patrzyłam wilkiem, a z zainteresowaniem. Chapon Bresil Torrefaction Longue Conchage Court z 2022 była pyszna. Po małych zmianach... nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na co mogli położyć nacisk? Co uwypuklił, a co ukrył inny cukier? Wiedziałam na pewno, że nowe opakowanie bardziej mi się podoba.

Chapon Cacao Rare Bresil to ciemna czekolada o 72% zawartości kakao z Brazylii; wersja od 2024.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach czarnej, charakternej herbaty (chyba yunnan), podkreślonej ziemią i mieszanką orzechów włoskich i ziemnych. Orzeszki z jednej strony pokazały się jako orzeszki w skórkach, a z drugiej... robiły wybiegi do kremu 100% z orzechów o naturalnej słodyczy? W tle zaznaczyła się też subtelna słodycz kwiatów. Herbata jednak zdecydowanie dominowała.

Tabliczka była twarda i masywna, a podczas łamania głośno trzaskała, obiecując, że jest bardzo pełna.
W ustach rozpływała się gęsto, niczym bardzo kremowy, śmietankowy budyń. Robiła to średnio-powoli, mięknąc i serwując trochę pyłkowe wrażenie.

W smaku przywitała mnie słodycz naturalnego kremu 100% z fistaszków. Pomyślałam o surowych arachidach w skórkach, a po chwili już nie było takie pewne, czy jednak aby na pewno był to krem 100%? Może lekko posłodzony miodem?

Orzechy nagle wydały mi się karmelizowane, co znacząco podniosło słodycz. Wyszła zwyczajnie, ale jakby stała z boku, nie pchając się nadto do innych nut. Przy fistaszkach pojawiły się... pekany? Od kremu orzechowego odbiegła lekka maślaność, po której pojawiło się echo nabiału. Czegoś śmietankowego?

Wkroczyła gorzkość szlachetnej, czarnej herbaty. Pomyślałam o mocnej i charakternej herbacie liściastej yunnan, którą podkreśliła odrobinka ziemi. Herbata zdecydowanie rządziła w całej kompozycji przez większość czasu.

W oddali zaznaczył się drobniutki kwasek pomarańczy. A obok... echo jakiś cierpkich egzotycznych czerwonych (granat?)? I papai...? Ale tak delikatna, że np. jako serek śmietankowy z papają? Możliwe, że odrobinką przypraw (curry?) i... miodu?

W tym czasie gorzkość zmieniła orzechy pekan we włoskie. Włoskich przy fistaszkach pojawiło się naprawdę sporo. Zbierało się ich coraz więcej i więcej, aż w końcu wyprzedziły arachidy i zaczęły dominować w orzechowej strefie.

Fistaszki i orzechowy krem uciekły na tyły i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyobraziłam sobie masłoorzechowy sernik. Na ciasteczkowo-pełnoziarnistym spodzie? Do głowy przyszedł mi sernik z kremem fistaszkowym i... bananami? A do tego przyozdobiony orzechami włoskimi?

Pojawiła się mocniej palona nuta i ze względu na nią słodycz bardziej niż z sernikowym spodem, zaczęła mi się kojarzyć z crunchy / muesli. Z... odrobinką niedookreślonych owoców egzotycznych? Jakieś suszone kostki, może pojedyncze, scukrzone rodzynki.

Słodycz znowu wzrosła. Pomarańcza przybrała na słodyczy i zmieszała się z bananem. Pomarańcza skupiła na sobie uwagę - zarówno na swoją skórkę, jak i sok. Zaraz zrobiła się aż kandyzowana. Słodycz po raz kolejny nieco podskoczyła, ocierając się o przesadę. Do głowy przyszła mi pomarańcza kandyzowana w... melasie? 

Melasa wydała mi się w pewien sposób pikantna. Pomyślałam o pieprznych pestkach papai, anyżu i lukrecji, które aż specyficznie zaznaczyły się na języku. Nie były jednak aż takie mocne-mocne, bo trochę zaadoptowała je ziemia.

Po zjedzeniu został posmak ziemi i czarnej herbaty, mieszających się z orzechami włoskimi i pomarańczy, splecionej w jedno z melasą. Czułam też pikantność pieprzowo-przyprawową, ale niedookreśloną.

Czekolada zachwyciła mnie do tego stopnia, że aż sama się dziwię, jednak im jej więcej jadłam, tym nieco bardziej przeszkadzała mi prostota jej słodyczy. Była o wiele mniej owocowa i nieco słodsza w prosty sposób niż Chapon Bresil Torrefaction Longue Conchage Court z 2022, ale te jej wyeksponowane nuty czarnej herbaty i orzechów włoskich po prostu pozamiatały. Znów czułam śmietankowy, acz łagodniejszy bo sernikowy motyw, muesli - choć też nieco słodsze, bo wychodzące z ciastkowego spodu, krem orzechowy, ale właśnie znacznie mniej owoców wszelakich. Już zapach wydał mi się znacząco inny, bo o wiele mniej słodki i nieowocowy. Obecna wydała mi się... wybitna. Obłędna.


ocena: 10/10
kupiłam: chapon.com
cena: €8 (około 34 zł; za 75g)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 10 kwietnia 2025

Oxfam Fair Trade Organic Dark Orange 72 % Cocoa Chocolate ciemna z pomarańczą

Czekolady belgijskiej marki Oxfam już w internecie widywałam, jednak nigdy się nimi nie zainteresowałam, bo trafiałam tylko na te z dodatkami. Gdy jednak w 2024 wróciłam w góry, także na takie zaczęłam zwracać uwagę, więc wreszcie jedną na próbę zamówiłam. Trzymałam kciuki, by była po prostu z kawałkami pomarańczy, a nie z pomarańczą kandyzowaną, której bardzo nie lubię. Skład sugerował, że mam rację. Mając więc dobre przeczucia, uznałam, że to ona będzie mi towarzyszyć na Siwym Wierchu. Gdy tak jednak szłam od Białej Skały, warunki pogodowe się pogarszały. Śnieg padał coraz mocniej, wiał coraz silniejszy wiatr i uznałam, że za nic nie uda mi się porobić zdjęć na szczycie. Pod samym szczytem też za łatwe to nie było, więc z resztą sesji przeniosłam się znacznie niżej, w miejsce porządnie osłonięte od wiatru skałami. Śnieg przestał też padać, a i jakieś widoki zaczęły wyłaniać się z mgły. Stąd to, że na parking w Horáreň pod Bielou skalou wracałam tą samą drogą, było w sumie fajne - bo inaczej to wszystko wyglądało.

Oxfam Fair Trade Organic Dark Orange 72% Cocoa Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Peru i Republiki Dominikany z kawałkami pomarańczy (5%).

Po otwarciu poczułam intensywny, wyrównany zapach goryczkowatego olejku pomarańczowego i gorzko palonej czekolady. Złączyła je nie za silna, ale wyraźna, nieco karmelowa słodycz. Podkręcała się nawzajem ze skojarzeniem z galaretkami pomarańczowymi, które podrzucił olejek, zmieszawszy się właśnie ze słodyczą.

Otworzywszy, niestety zobaczyłam kompletnie połamaną tabliczkę, ale przełamywane kostki czy kawałki odznaczały się twardością i głośno, trochę chrupko trzaskały.
Na spodzie nie widać prześwitujących dodatków - ujawnił je dopiero przekrój. W nim widać malutkie, jasne kawałki.
W  ustach czekolada rozpływała się średnio powoli i trochę maziście. Dość długo zachowywała kształt, ale nie była mocno zbita. Wyszła nawet w pewien sposób luźno i niemal zawiesinowo. Zatopione w niej małe kawałki pomarańczy przyspieszały rozpływanie się całości. Czekolada była kremowa, średnio tłusta i coraz bardziej soczysta. A choć bazowo gładka, to bardzo urozmaicona ogromną ilością drobniutkich i mikroskopijnych kawałków suszono-twardej pomarańczy. Powiedziałabym, że wręcz zmielonych, nie samej skórki. Niektóre mocno trzymały się czekolady, inne wypływały z niej i luźno pływały po ustach.
Wolałam je dlatego gryźć na koniec, gdy czekolada już zniknęła, jednak były tak malutkie, że w zasadzie w ogóle nie wymagały gryzienia.
Tylko w przypadku jednego kęsa pogryzłam kawałki pomarańczy obok czekolady, wcześniej. Wówczas były twardsze, a czekolada wydawała się bardziej ulepkowata.
Kawałki pomarańczy gryzione na sam koniec w większości były chrupiące, ale spora ich część lekko zmiękła i dała się poznać jako częściowo jędrnawo-trzeszczące. Część wydała mi się szkliście-trzeszcząca. 

W smaku natychmiast poczułam akcent pomarańczy i rozchodzącą się statecznie i konsekwentnie goryczkę. Połączył się w niej dominujący motyw olejku pomarańczowego z paloną gorzkością czekolady.

Palony wątek dobrał sobie słodycz. Także nieco paloną, karmelową. Skojarzył mi się z pomarańczowo-karmelową kawą. Z... Syropem pomarańczowym i pitą w towarzystwie ciastek z galaretkami pomarańczowymi (typu Delicje). Wszystko to miało ewidentnie olejkowy charakter. Wyraźnie starał się zdominować całość.

Gorzkość jednak całkiem nieźle walczyła o siebie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak trochę załagodziła ją maślaność. Zwróciłam uwagę na konkretnie biszkoptową część ciastek - wyobraziłam sobie maślane biszkopty przesiąknięte pomarańczową galaretką i jakieś niedookreślone ciastka pomarańczowe, oblane czekoladą. Pomarańczowość nasilała się, a olejek nie wydawał się już taki imperatywny.

Z czasem gorzkość zupełnie złagodniała, a słodycz wzrosła. Karmel podkręciła jeszcze słodsza, ale jednocześnie bardziej soczysta pomarańcza. Chyba wanilia ją podkręciła. Pomarańcza wraz z wyłaniającymi się kawałkami zrobiła się naturalniejsza. Olejek nadal pobrzmiewał, ale trochę do powiedzenia miała też skórka pomarańczy. Połączyła goryczkę ze słodyczą całego owocu.

Końcowo czekolada wydała mi się bardzo słodka w karmelowo-soczysty sposób i maślana, a gorzka łagodnie. Pomarańcza zrównała się z czekoladą nawet jeszcze niegryziona. Całkiem nieźle przemieszał się z olejkiem motyw skórki i soczystego, chwilami nawet kwaskawego, owocu.

Ta pogryziona na próbę obok czekolady smakowała sobą średnio mocno, zaś czekolada wydała mi się prostsza, bardziej maślana i słodka.
Kawałeczki pomarańczy gryzione na koniec przygłuszyły echo czekolady, serwując mi swój rozpoznawalny smak. Były w miarę wyraźne. To chyba nie tylko skórki, ale też kawałeczki białych włókien i miąższu. Były bowiem czasem bardziej gorzkie czy czasem nawet goryczowate, ale zdarzały się też słodsze-soczyste. Niektóre z kolei wydawały mnie nijakie, mdłe. Powiedziałabym, że to owoc suszony.

Po zjedzeniu został posmak suszonej skórki pomarańczy i goryczkowatego olejku pomarańczowego, z delikatnym echem słodyczy karmelu i cierpkiej, ciemnej czekolady. Czułam lekką soczystość, ale olejkowość wydała mi się zbyt nachalna.

Czekolada nie była zła, ale niestety nie była też jednoznacznie dobra. Olejek pomarańczowy początkowo za bardzo dawał się we znaki i przygłuszał niezłą bazę. Gdy ona już mogła bardziej wkroczyć, sama z siebie łagodniała. Do takiego podrobienia pomarańczy mam mocno mieszane uczucia - im więcej tego jadłam (zwłaszcza już potem w domu), tym bardziej byłam negatywnie do tego nastawiona. Nie lubię takiej drobnicy, a zwykłe suszone kawałki średniej wielkości mogły by wyjść bardziej... wyraziście pomarańczowo? I wtedy olejek nie byłby potrzebny. Nie wyszedł jednak zlepek-ulepek, co się chwali. A tak... wygląda, że zrobili wszystko, byle tylko odwracać uwagę od samej czekolady. A przypominam, że to miała być czekolada z pomarańczą, a nie pomarańcza w jakimś tam nośniku.

Nie zdążyłam zjeść w górach za wiele i wróciłam z około połową. Dojadając w domu, dość szybko poczułam się przytłoczona pomarańczą i nie podobała mi się struktura, więc jakiś 40 gramów już nie dałam rady skończyć i oddałam Mamie.

Mama opisała: "Mi ta czekolada niezbyt smakowała, bo za mało pomarańczowa. Kawałki jakieś w niej dali tak drobne, że nie czuć co to. To mogłoby być cokolwiek - pomarańcza, ale nawet orzechy. Bez smaku. No olejek pomarańczowy czułam, ale nie za dużo i mi nie przeszkadzał. Sama czekolada taka sobie mi się wydała. Nie podobało mi się, jak się rozpuszczała. Ogół mocno taki sobie, taki co to można zjeść, ale sama bym na pewno nie kupiła. Nie powiedziałabym, że to z tych lepszych słodyczy. Zamiast dać po prostu większe kawałki pomarańczy, które byłoby czuć, to przekombinowali".


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 14,78 zł
kaloryczność: 539 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kawałki pomarańczy 5%, sproszkowana wanilia, naturalny aromat pomarańczowy

wtorek, 8 kwietnia 2025

Witor's Wizarding World Harry Potter Grifondoro L'Incantesimo dei Pop Corn Caramellati mleczna z karmelizowanym popcornem

Tę tabliczkę wzięłam na krótką trasę, bo z góry założyłam, że za wiele jej i tak nie zjem. Po prostu była bardzo nie w moim typie, a przyjęłam ją od ojca tylko dlatego, że markowana logiem Harry'ego Pottera, do którego mam słabość. Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti była okropna, więc nie spodziewałam się, by ta wyszła znacznie lepiej. Po kruku na opakowaniu i tytule (?) tamtej, sprawdziłam też, co znaczy "Grifondoro". Może "lew" po jakiemuś? Nie, okazało się, że po prostu chodzi o Gryffindor. To już nie wiem, o co chodzi z podtytułami tych czekolad Witor's. Na Siwy Wierch ruszyłam z parkingu w miejscowości Zuberec, Horáreň pod Bielou Skalou czerwonym szlakiem. Planowałam porobić jej zdjęcia przy mijanej Białej Skale, ale nie wyglądała zbyt widowiskowo, więc trochę się wstrzymałam i wyszłam na ładniejsze skałki. Choć oszronione rośliny i mgła wyglądały klimatycznie, widoków nie było. No cóż... 


Witor's Wizarding World Harry Potter Grifondoro L'Incantesimo dei Pop Corn Caramellati to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z karmelizowanym popcornem; na licencji Warner Bros.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, wręcz trochę cukrowo-plastikowy, ale  jednocześnie całkiem porządnie mleczny zapach czekolady. Za nią znalazło się echo karmelu i popcornu, acz delikatne nawet po podziale. 

Tabliczka w dotyku wydała mi się plastikowo polewowa. Przy łamaniu lekko trzasnęła właśnie w polewowy sposób, ale usłyszałam też ni chrzęst, ni trzeszczenie dodatków.
W ustach rozpływała się łatwo, w  tempie umiarkowanym. Dała się poznać jako kremowo-tłusta. Bazowo była gładka, acz urozmaicało ją mnóstwo małych, sporo dużych i średnich kawałków mocno karmelizowanego, pokrytego grubą skorupka karmelu, popcornu. W zasadzie chyba nie da się zrobić kęsa, by o nie choćby nie zahaczyć (ja już w domu dla weryfikacji trochę czekolady "spiłowałam" nożem). Bardzo szybko zaznaczały swoją obecność, ale nie wypadały z czekolady, a długo siedziały zatopione w miękko-bagienkowatej masie.
Kawałki wolałam zostawiać na koniec. Gry jednak w przypadku jednego kęsa pogryzłam je na próbę obok czekolady, były znacząco twardsze od karmelu. Ten dał się poznać jako cukrowo-rzężacy i z czasem lepkawy. Dominował wtedy nad samą popcornowościa. 
Karmelowa otoczka trochę się rozpuszczała wraz z czekoladą, ale i tak na koniec jeszcze zostawała i wyraźnie chrupała. Było jej bowiem sporo.
Kawałki popcornu gryzione na koniec wciąż były pokryte karmelem. Okazały się twarde i chrupiące w szliście-cukrowy sposób od karmelu, a dopiero z czasem bardziej chrupiące w sposób charakterystyczny dla prażonej kukurydzy. Myślałam przy nich jednak nie o białych częściach popcornu, a twardszych środkach. Karmelowość na koniec była wyrównana z popcornowością w kwestii struktury. 

W smaku przywitała mnie nieco cukrowa słodycz, do której szybko dołączyło mleko. Wyszło całkiem intensywnie i charakternie. Słodycz rosła dość szybko, odnotowałam w niej lekki plastik... Podkręcony echem... Popcornu?

Smak popcornu nasilał się, nim kawałki wyłoniły się na dobre. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa baza wydała mi się bardziej maślana. Mleczność jednak też analogicznie rosła, acz coraz wolniej. Odezwał się za to też maślano-cukrowy motyw karmelizowania (podkreślał chyba maślaność bazy). Nie był to karmel sam w sobie, a maślane karmelizowanie. Karmel... wręcz do bólu cukrowy i fundujący kolejną porcję słodyczy.

Słodycz cukru zadrapała w gardle. Mleko było całkiem wyraźne, ale odgrywało coraz mniej ważną rolę. Nasilał się popcorn i motyw karmelizowania. Czekolada przy tym chyliła się ku plastikowi, choć jeszcze do niego nie dotarła. Wciąż była też mocno mleczna.

Gryziony obok czekolady popcorn smakował sobą, dokładniej karmelizowaną kukurydzą, ale baza wydawała bardziej cukrowo-plastikowa, więc wolałam gryźć popcorn po zniknięciu czekolady. 
Popcorn gryziony na koniec smakował karmelizowaniem, a także bardzo intensywnie, jednoznacznie prażoną kukurydzą i popcornem - ale właśnie związanym na stałe z karmelową nutką. Odrobinka soli pojawiała się w oddali jedynie jako element podkreślający, wpisany w popcornowość, epizodycznie. Słoności jako takiej nie czułam. Raz po raz odnotowałam za to niemal przypalony motyw karmelu. W głowie częściej niż "popcorn" siedziały mi słowa "prażona kukurydza".

Po zjedzeniu został posmak prażonej kukurydzy, popcornu, karmelizowania z maślaną naleciałością oraz przecukrzenie. Czuć je jako za silną słodycz i drapanie w gardle. Mleczność, choć obecna, nie wydawała się zbyt istotna. I coś mi jeszcze w tym pobrzmiewało, coś taniego? Acz trudnego do uchwycenia.

Czekolada była średnio-kiepska, ale raczej kiepska jak na zawyżoną cenę, a tak odcinając się od tego, to mocno średnia - nie aż tak tania w smaku, wydźwięku jak Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti. W zasadzie, była, czym miała być, bo wyraźnie smakowała karmelizowanym popcornem i przeciętną mleczną czekoladą. Myślę, że szukających takich smaków powinna w miarę usatysfakcjonować. Acz to dość droga zabawa - cena oczywiście podbita Potterem, bo jakość mocno średnia. Ale średnia nie okrutnie rażąca.

Zjadłam kostkę (większość w górach i odrobinkę w domu do weryfikacji), a resztę oddałam Mamie. Opisała: "Najpierw pomyślałam, że czekolada z popcornem to pewnie fu będzie, ale tak jadłam, jadłam i... się zdziwiłam. Bo to było pasujące, ciekawe i dobre jako jednorazowa ciekawostka. Popcorn było czuć i... z tym karmelem właśnie bardzo pasował do mlecznej czekolady. Ona była w zasadzie też bardzo dobra, mocno mleczna, tylko że okropnie przesłodzona. Ale to jej jedyna wada. A karmel... no też strasznie słodki, za słodki, ale w sumie nie wiem, czy z innym albo bez, ten popcorn by tak dobrze wyszedł. Fajna, za słodka, ale ludzie chyba lubią teraz tak słodko".


ocena: 5/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 4 zł (za 50g; jak wyżej, ale dopytałam)
kaloryczność: 531 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, karmelizowany popcorn 5% (cukier, kukurydza: kukurydza, olej słonecznikowy, sól; glukoza, masło, sól, aromat), masło klarowane, emulgator: lecytyna sojowa

poniedziałek, 7 kwietnia 2025

Zotter Labooko Caramel / Karamell biała karmelowa

Dziś przedstawiana czekolada sama z siebie za nic by mnie nie skusiła. Nie jest to nowość, ale chyba kiedyś w ofercie Zottera karmelowa Labooko wyglądała nieco inaczej. Nie wiem, nawet kiedyś specjalnie mnie nie ciekawiła. Jak to się stało, że poprosiłam o nią w pełni świadomie? A no potrzebowałam dobrej czekolady do twarożku inspirowanego lodami Magnum Double Caramel Gold Billionaire, jaki sobie wymyśliłam (i pojawił się na instagramie). Pierwsza do głowy przyszła mi co prawda Wedel Karmellove! karmelowa, ale potem mnie tknęło, że jak taki deser ma się udać, to chyba lepiej pomyśleć o czymś potencjalnie bardziej w moim guście, wyższej jakości.

Zotter Labooko Caramel / Karamell to biała czekolada karmelowa z cukrem Muscovado.

Po otwarciu poczułam zapach miękkich, ciągnących i lepiących karmelków oraz jasnych ciastek korzennych. Istotna w obu wątkach, w całości, była maślaność. Kompozycja była słodka, ale w szlachetny, łagodnie karmelowo-karmelkowy, minimalnie waniliowy sposób. Zapach ogólnie wydał mi się zaskakująco delikatny.

Tabliczka w dotyku sugerowała pylistość i tłustość. Przy łamaniu nie trzaskała, lecz była masywna, a do tego trochę krucha. Gdy odgryzałam kawałek, potrafiła zdrowo chrupnąć.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanie-szybkim, kremowo i nie za gęsto. Była tłusta w maślano-pełnomleczny sposób. Próbowała przedstawić się jako gładka, acz przewijała się w niej lekka proszkowość. Końcowo wydawała się nieco obklejać podniebienie, po czym jednak znikała już rzadkiej - jak tłuste mleko.

W smaku od początku czułam ogrom mleka. Dołączył do niego delikatny, słodki karmel, który przemodelował główny wydźwięk na mleko karmelowe. Słodycz nieco rosła, umacniając swój szlachetny ton. Tu pomogła wanilia.

Pomyślałam o karmelowym mleku skondensowanym, wręcz... kajmaku czy krówce? Miękkich, ciągnąco-lepkich karmelkach.

Palony akcent niby się zaznaczył, ale nie był mocno istotny. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa już więcej uwagi skupiło na sobie ciepło. Ciepło korzenne, ale na pewno nie ostrość. Odnotowałam cynamon i już po chwili oczami wyobraźni zobaczyłam ciastka cynamonowe. Acz takie jaśniejsze, maślane? Maślaności ogólnie nie brakowało.

A słodyczy mało, że nie brakowało - zbierało się jej nieco za dużo. Wraz z ciepłem aż rozgrzewała trochę gardło.

Ciągnące karmelki też musiały być maślane. Końcowo jednak to cynamonowość i ciepła korzenność zajęły pierwszy plan. Zrobiło się ciasteczkowo jakby za sprawą delikatnych ciastek karmelowych. Słodycz ogólna już znacząco wzrosła, a wanilia, choć jakby działała z dalszego planu, nie walcząc o jednoznaczność całkiem wiele miała do powiedzenia. 

Po zjedzeniu został posmak cynamonowo-karmelowy. Ciepły i mocno ciasteczkowy, ale nie pieczono-palony. Karmel? Powiedziałabym, że ciągnące, delikatne karmelki z echem mleka skondensowanego. Było bardzo słodko, za słodko, co czuć aż na poziomie gardła.

Czekolada była bardzo ciekawa i w sumie smaczna, ale nie wydaje mi się wyjściową czekoladą karmelową. Za dużo było w niej korzenności i ciasteczkowości, by była po prostu karmelowa. Gdy jadłam ją samą, taki efekt w sumie mi pasował, jednak potrafię sobie wyobrazić, że jak ktoś chce po prostu czekoladę karmelową, to... może niekoniecznie korzenną? 

Kompozycja bardzo słodka i ciepła, ale wciąż szlachetna i niebanalna. Moje maksimum jedzenia osobno to 5g (a założyłam, że zjem 10... - przerosło mnie to jednak, wiem, że po takiej ilości zrobiłoby się nieprzyjemnie), ale reszta miała mi posłużyć do deserów (miałam nadzieję, że na tyle udanych, że do powtarzania). Ciekawostkowo doceniam, ale mnie aż taka słodycz i tłustość, a niska czekoladowość zwyczajnie przytyka, i tak degustacyjnie nie czerpię z tego przyjemności.

"Deserów" - właściwie jednego, bo stylizowanego na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 30g orzechów pekan, 15g Zottera Labooko Caramel i 3 ciastka Annas. Czekolada w takim wydaniu się sprawdziła. Nie zasładzała aż tak bardzo, a i przy sowicie korzennym otoczeniu, jej korzenność aż tak nie wychodziła na pierwszy plan. Przekornie czekolada wydawała się nieco bardziej krówkowo-karmelkowa, karmelowa. Czyli wyszła dokładnie tak, jak wyjść miała. To był dobry pomysł! Tak, do połączenia wracałam (za pierwszym razem próbowałam jeszcze dodać JAL Mleko karmelowe w tubce, ale okazało się porażką).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: surowy cukier trzcinowy Muscovado, 35% tłuszcz kakaowy, 24% karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), pełne mleko w proszku, cały cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, cynamon

PS Zapraszam na aktualizację E. Wedel Karmellove! biała karmelowa. Zmienione opakowanie, wygląd tabliczki i... gdy skończyła mi się wyżej opisywana Zotterka, musiałam przeprosić się z Wedlem. I spojrzałam na niego łaskawiej.