sobota, 11 listopada 2017

Baron Luximo mleczna z pistacjami i karmelizowanymi orzechami laskowymi

Po tym, jaką niespodziankę zrobiła mi Biedronka z czekoladą Luximo z pomarańczą, która okazała się Wawelem, nie zaś Baronem polecanym na blogach, przyszła pora na inne spod tego szyldu. 

Luximo Premium Czekolada mleczna z orzechami pistacjowymi i karmelizowanymi orzechami laskowymi to czekolada o zawartości 32 % kakao produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki.

Po otwarciu poczułam smakowity zapach słodkiej mlecznej czekolady z orzechami, w której był pierwiastek kojarzący się z pistacjowym marcepanem.

Czekolada nie stawiała oporu już przy łamaniu, lecz nie topiła się w rękach. Zaczynała to robić dopiero w ustach - raczej szybko, ale nie błyskawicznie, a w tłustawy, kremowy, idealnie gładki sposób, odsłaniając dodatki. Kawałków było mnóstwo, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie były mikroskopijne, konsystencję miały chrupiąco-miękkawą, świeżą. Jedynym, ale za to ogromnym, zarzutem jest to, że "karmelizowane orzechy laskowe" okazały się grudkami chrzęszczącego cukru, spod którego orzechowych drobinek prawie nie czuć. Karmelu też nie.

Sama czekolada z kolei nie była cukrowa, ale bardzo, bardzo słodka i równie mocno mleczna. Cały czas też czułam w niej pewien posmak. Ni to nasiąknięcie dodatkami, ni to aromat kojarzący się trochę marcepanowo, a trochę... tanio? Nie był jednak zbyt natarczywy, powiem nawet więcej: uważam, że to i tak czekolada o wiele lepsza od wcześniej próbowanych Baronów (Yummy Peanut Pleasure, Yummy Coffee & Almond, Natasja z ciasteczkami).

Dość szybko do czekolady dochodził nieco neutralizujący jej słodycz smak pistacji, zwłaszcza, gdy zaczęłam je rozgryzać bokami, pozwalając reszcie kostki swobodnie rozpływać się na języku. Był świeży, naturalnie wyrazisty, dzięki czemu świetnie wybijał się ponad czekoladę.
Całość robiła się przy nich nieco bardziej orzechowa, ale niestety, gdy dochodziły do tego napędzające słodycz niekarmelowe laskowce w cukrze... czekolada zaczynała mnie irytować. Nie było ich tak dużo, ale kilka grudek cukru wystarczyło, by popsuć nieco odbiór.

Ogół jednak uważam za i tak bardzo dobry jak na tę markę. Za słodka, ale i bardzo mleczna czekolada z pysznymi pistacjami nie mogła wyjść niesmacznie, ale zabrakło jej wyrazu. Słodko, łagodnie... tam aż się prosi dać trochę soli! Tak żeby chociaż laskowce były np. w solonym karmelu. 
Nie ideał, ale zadowalająca czekolada, którą można by dopracować bez specjalnego podwyższania kosztów. Może jakoś specjalnie mnie nie zachwyciła, ale swoją część zjadłam prawie ze smakiem - w końcu tak rzadko trafiają się czekolady z pistacjami (Mama zdanie miała podobne).


 ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2,99 zł (chyba)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, pistacje 4%, karmelizowane kawałki orzechów laskowych 0,5% (cukier, orzechy laskowe 20%, laktoza, karmelizowany syrop cukrowy, tłuszcz palmowy, syrop glukozowy), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, aromat naturalny

piątek, 10 listopada 2017

Zotter Pineapple Cream mleczna 40 % z kremem ananasowym i karmelową czekoladą

Na podsumowanie serii zatytułowanej "chcica na coś owocowo kwaskowatego, ale nie kwaśnego" wybrałam czekoladę, która w moich oczach jawiła się jako coś niezwykle prostego i zarazem niespotykanego (choć miałam już pewien obraz, że "będzie smacznie" dzięki Zotterowi Pineapple and Cashew Nuts).


Zotter Pineapple Cream to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana ananasowym kremem z mlekiem i czekoladą karmelową.

Od razu po otwarciu poczułam wyrazisty zapach mlecznej czekolady z zaznaczonym kakao (przy którym chyba wychwyciłam też szczyptę cynamonu) oraz równie wyrazisty, a może nawet bardziej, zapach ananasa. Jeszcze się nasilił po przełamaniu twardej tabliczki, ale wciąż pozostawał w pełni naturalny.

Czekolada była twarda tylko przy łamaniu tudzież robienia kęsa. Wtedy wydawało się też, że i nadzienie jest w pewien sposób konkretne, suchawe. W ustach jednak wierzch rozpływał się idealnie kremowo, tłustawo, a wnętrze... również kremowo i gładko, ale nie za tłusto. Cieszyło lekkością i ogromną soczystością (silniejszą niż np. Pineapple and Cashew Nuts), powoli odsłaniając chrzęszczące i jędrne kawałki oraz farfocle ananasa.

Sama czekolada uraczyła mnie wyrazistym smakiem mleka z nutą "orzechowego" kakao i nieprzesadzoną słodyczą. Podobnie jak w zapachu, poczułam odrobinkę cynamonu.

Później mleczność i słodycz nasilały się - to cienka warstewka czekolady karmelowej zaczęła dochodzić do głosu. Określiłabym ją jako krówkową białą czekoladę, która jednak w całości specjalnie wielkiej roli nie odegrała. Czułam ją, jej słodycz, ale... ot, była i tyle (to jednak o wiele lepszy wybór niż po prostu biała w Raspberry).

Najwięcej do powiedzenia miało cudownie ananasowe nadzienie. Ananas świetnie współgrał z mleczną czekoladą (od której przejście przyjemnie tworzyło mleko) i utworzył z nią słodki, ale przyjemny duet. Pewnie dlatego, że nie była to słodycz zbyt przerysowana; wydawała się głównie naturalna. No, jak taki tylko trochę dosłodzony ananas. Ale świeży! Świeży i soczysty, a więc i cudownie wyrazisty. Niczym dojrzały owoc. Wszechobecne, subtelne mleczne nuty upodobniły to do mocno ananasowego koktajlu mlecznego, w którym jednak to ananas jest głównym, podstawowym składnikiem.
Z czasem z sokiem po ustach zaczynał rozchodzić się delikatny, soczysty, owocowy kwasek. Przełamał trochę ogólną słodycz, a podkreślił rześkość. Był bardzo trafiony, ani trochę nieprzesadzony.

Kompozycję zamykał właśnie słodki smak ananasa z kwaskowatymi akcentami w towarzystwie odrobinki mlecznej czekolady. W posmaku zaś na dość długo pozostawał głównie ananas.

Całość bardzo mi smakowała. Słodko, ale lekko i przyjemnie. To świetnie wykonane ananasowe nadzienie, bez jakiegokolwiek przekombinowania zaserwowane z dobrym duetem czekolad. Przedsmak ananasowego zawrotu głowy zafundowała mi już Zotter Pineapple and Cashew Nuts, ale mam wrażenie, że... ta czekolada Zotterowi wyszła dobrze, a w przypadku dzisiaj opisywanej wystraszył się eksperymentowania. Jestem ciekawa, jak to nadzienie sprawdziłoby się w duecie z ciemną czekoladą (i np. bez tej cieniutkiej warstwy czekolady).


  ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 494 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, koncentrat ananasowy, suszony ananas, inwertowany syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, mleko, miazga kakaowa, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), odtłuszczone mleko w proszku, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), lecytyna sojowa, nierafinowany cukier trzcinowy, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, cynamon

czwartek, 9 listopada 2017

ciastka Oreo Peanut Butter Flavour

Może Was zaskoczę, ale... lubię Oreo. Dobra, pewnie część zwietrzyła podstęp. Otóż stwierdzenie to muszę rozwinąć, bo lubię kakaowe herbatniki Oreo, kremu zaś nienawidzę. Kiedyś, jak je jadłam ze dwa razy, to bawiłam się w wygarnianie kremu łyżeczką i wyrzucanie go, ale wiadomo, że takie wyrzucanie, a jednak kupowanie (a więc wspieranie producenta i tego, jakich składników używa) mija się z moimi poglądami. Będąc w Stanach kupiłam Oreo Reese's Peanut Butter i tamten krem również mi nie podszedł, a obecnie jakiekolwiek zainteresowanie takimi produktami spadło u mnie poniżej zera. Ale! Mama, marketowosłodyczowa łowczyni, odkryła ostatnimi czasy magię masła orzechowego, nauczyła się, że w słodyczach "peanut = dobre" i kupiła podobne ciastka. Podbudowana tym, jak posmakowały mi krówki Anabela, uparła się mi kilka ciastek wepchnąć, a ja... zorientowawszy się, że to co innego niż Reese's PB, uległam.


Oreo Peanut Butter Flavour to ciastka kakaowe z nadzieniem o smaku masła orzechowego (nadzienie stanowi 28,8%).

Po otwarciu poczułam zapach gorzkawych, jakby nieco przypalonych, kakaowych ciastek i fistaszkowy. 

Ciastka łatwo się rozkręcały, a krem pozostawał na obu herbatnikach. Wydawał się miękko-suchy, ale w ustach wyszło na jaw, że był bardzo tłusty (tak jak oleiste kremy, a nie masło orzechowe) i bardzo proszkowy, choć też suchawy. Znalazło się w nim trochę drobinek - soli / cukru? Okropna konsystencja trochę poprawiała się po zamoczeniu w herbacie / mleku. Wtedy tłustość aż tak się nie narzucała i był to po prostu ciastkowy krem, a nie jakaś obleśna masa. 
Herbatniki - klasyka, czyli suche, kruche i cudownie rozpływające się po zanurzeniu w herbacie / mleku.

W smaku herbatniki również nie różnią się od klasycznych - solidnie wypieczone, gorzko kakaowe i naprawdę smaczne. 
Krem... Okazał się bardzo słodki, taki już prawie cukrowy, ale jeszcze nie całkiem. Nie miał zbyt intensywnego smaku, a jedynie jakiś fistaszkowy posmak, z czym jednak nieźle wyszła wyraźnie wyczuwalna sól. Taki twór... rzeczywiście kojarzący się z czymś o smaku masła orzechowego. Wygrzebany łyżeczką i zjedzony bez herbatnika wydawał się bardziej mdły i niesmaczny.
Z herbatą zyskiwał na orzeszkowości.

Po zjedzeniu kilku ciastek oprócz posmaku gorzkich ciastek i słodyczy w ustach pozostawało sztucznawe wrażenie, ale bez przesady. Także poczucie tłustości, ale w sumie też nie jakieś wyjątkowo straszne.

Producent poleca do nich mleko, a że zwykłe Oreo wolałam właśnie z mlekiem, tak spróbowałam i te. Na pewno z mlekiem wyszły lepiej niż na sucho, ale nie chodzi mi tylko o konsystencję, a o smak. Lepiej się wszystko zgrało, było nieco bardziej orzeszkowo.

Osobiście jednak wszelkie ciastka i wafelki wolę w towarzystwie herbaty. Właśnie do niej wydają mi się stworzone te Oreo.

Herbata również połączyła wszystkie smaki, nieco osłabiła cukrowość, a podkreśliła gorzkość ciastka, sól i, przede wszystkim, smak orzeszków.

Może nie był to, nawet z herbatą, mocny smak, ale rozpoznawalny. Nie był naturalny, ale chemią też nie walił.

Z herbatą smakowały mi, całościowo. Po prostu wszystko w tym towarzystwie odnalazło swoje miejsce.
Było dobre kakaowe ciastko, cukier i sól walczące o głos, oraz smak orzeszków - całkiem udanie oddany, biorąc pod uwagę, że nie ma ich w składzie.

Zdecydowanie lepsze od Reese's Peanut Butter (i zobaczcie, że w tamtych są fistaszki!).


 ocena: 7.5/10 (z herbatą); 7/10 (z mlekiem); 6.5/10 (na sucho)
kupiłam: dostałam kilka od Mamy (kupiła chyba w Tesco)
cena: -
kaloryczność: 480 kcal / 100 g; ciastko 11g - 53 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 5,1%, skrobia pszenna, serwatka w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany potasu, węglany sodu, węglany amonu, kwas jabłkowy; sól, mąka pszenna pełnoziarnista, emulgatory: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; syrop oligofruktozowy, barwniki: E160c, E160a; aromaty

wtorek, 7 listopada 2017

Rococo Orange Marmalade ciemna 65 % z Grenady z pomarańczą i limonką

Kiedy po niesatysfakcjonującej czekoladzie Zotter Raspberry dalej ciągnęło mnie do kwaksowatych, ale nie kwaśnych klimatów, postanowiłam sięgnąć po czekoladę marki, która nieco mnie rozczarowała, ale której nie skreśliłam (w końcu wciąż posiadałam kilka tabliczek). Tutaj spodziewałam się silnej słodyczy, ale co, jak nie pomarańcza mogło być przyjemnie kwaskowate?
Pomysł na tę czekoladę ponoć wziął się z rodzinnego przepisu na pomarańczową marmoladę z karmelizowanymi gorzkimi pomarańczami i limonką. Przy zamawianiu wyobraziłam sobie czekoladę nadzianą taką marmoladą, ale... byłam w błędzie; to nie nadziewaniec.

Rococo Orange Marmalade to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Grenady z pomarańczą i limonką.

Natychmiast po otwarciu uderzył mnie zapach pomarańczy, który odebrałam jako za natarczywy i przerysowany, ale przynajmniej w gorzkiej tonacji i w zdecydowanym towarzystwie kakao. Z czasem jednak się trochę rozszedł, co wyszło mu na dobre. Było to połączenie skórki pomarańczy i olejku, ale odsłaniające także limonkową rześkość (co skojarzyło mi się wręcz jogurtowo). Z czasem całość zaczęła sprawiać wrażenie słodko naperfumowana.

Przy łamaniu czekolada lekko trzaskała, ujawniając w przekroju drobinki i kawałki cytrusów.
W ustach zachowywała się dziwnie. Rozpuszczała się opornie, bo zupełnie niegładko. Wtopiono w nią bowiem mnóstwo drobinek (momentami tak malutkich, że był to proszek i wtedy był "jakby bez smaku") cytrusów o mięsistej strukturze. Mięsisty proszek + jędrne kawałki, wszystko to dość soczyste. W efekcie uplasowało się to gdzieś między soczystością, a wodnistością.

W smaku od razu przywitało mnie smakowite kakao o wyważonym, gorzkawym charakterze z nutą kakao w proszku (nie mówię tu o tanim i odtłuszczonym), bez którego by się obeszło, ale które aż tak bardzo nie przeszkadzało.
Bardzo szybko odznaczała się także pomarańcza, a właściwie jej skórka. Ogólna tonacja była więc gorzkawa i nawet słodycz się w nią wpisała. Wyszła trochę "karmelowawo"-owocowo, choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak w zapachu jest naperfumowana. Ogólnie jednak nie narzucała się zbytnio.

Pewnie dlatego, że na statecznej kakaowej bazie rozwinęły się cytrusy i właściwie zdominowały całą resztę. Za głównym smakiem (skórką pomarańczy) krył się smaczek olejku, a więc trochę przerysowany, ale i taki po prostu słodko pomarańczowy. W tle pojawiały się przebłyski soczystej, naturalnej limonki, a przy paru drobinkach było ją wyraźnie czuć. Do cytrusowej gorzkawości dochodził więc delikatny kwasek, który paradoksalnie podkreślał "naperfumowanie".
Na koniec pozostał posmak kakao i cytrusów, czyli gorzkawych skórek pomarańczy, pomarańczy i limonki, ale i lekka olejkowość pomarańczowa.

Gorzkawy charakter był raczej subtelny i przystępny. Kakao było wyczuwalne, ale jako tło dla pomarańczy, bez żadnych konkretnych nut. Całość nie wyszła tak soczyście i naturalnie, jak bym sobie tego życzyła, ale też nie strasznie sztucznie czy w sposób przesadzony. Nie było za słodko (jak w przypadku przesłodzonej Gold Frankincense & Myrrh), bo cytrusy zdominowały kompozycję, ale na sposób naturalniejszy, soczystszy niż we wspomnianej. I w dzisiaj opisywanej miały do tego prawo, w końcu to zasadniczy dodatek.
Czekolada w smaku wyszła całkiem przyjemnie, ale chyba tylko nieco lepiej niż np. Wawel Luximo ze skórką pomarańczy, bo tutaj jednak ta kakaowa baza była porządna, a nie z odtłuszczonym kakao (a różnica w cenie kolosalna). Zupełnie nie pasowała mi jednak konsystencja... o wiele bardziej wolałabym albo większe kawałki, albo idealnie zmielony dodatek, albo (tak, jak myślałam, że jest) nadzienie.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 26 zł (za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, pasta pomarańczowa 12,5% (pomarańcze, cukier, syrop glukozowy), sproszkowana limonka, olejek pomarańczy brazylijskich, olejek gorzkich pomarańczy, lecytyna sojowa

poniedziałek, 6 listopada 2017

Zotter Raspberry ciemna 70 % z kremem malinowym i białą czekoladą

Raz naszło mnie na owocowe klimaty, ale nie bardzo wiedziałam jakie. Marzyło mi się coś nie aż tak bardzo wymagającego, ale dobrego i ciemnoczekoladowego, kwaskowatego, ale nie kwaśnego... Przeszukałam listę ciemnych czekolad z pomarańczą, ale jakoś... to nie ten dzień dla tego owocu. Z pomocą przyszły mi daty ważności i to, że... po ostatnio jedzonych wymyślnych Zotterach byłam bardzo ciekawa właśnie prostej propozycji z tego sezonu.


Zotter Raspberry to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem malinowym (60%) i białą czekoladą.

Po otwarciu poczułam zapach wyrazistej ciemnej czekolady i leciutki, naturalny akcent malin. Po przełamaniu tabliczki zapachy niemal się zrównały.

Jeśli już o łamaniu... tabliczka okazała się bardzo delikatna. Owszem, leciutko trzasnęła (albo właściwie tylko "pyknęła"), ale wydała mi się wręcz krucha z wierzchu, a w środku mięciutka. Pierwsze wrażenie potem tylko się potwierdziło, bo warstwy czekolad były cieniutkie (i mniej więcej równe - a myślałam, że to jest ciemna czekolada, a pod spodem tylko cieniutka warstewka białej), a nadzienie mięciutkie i plastyczne, jak ciepła plastelina. Wszystkie części miały kremową konsystencję, ale czekolada też lekko suchawy efekt, a nadzienie pylisty. Nic nie było tu nazbyt tłuste.
Rozwarstwianie nie ma sensu, bo raz, że rozdzielenie czekolad jest trudne, a dwa... smak. 

Czekolada przywitała mnie gorzkawym, mocno kakaowym smakiem o palonym charakterze i znikomej słodyczy.
Z czasem dołączała do niej waniliowa mleczność, co wyszło dość ciekawie, bo mimo mleka, wciąż wyraźnie czuło się wytrawność ciemnej czekolady, a nie "ciemną mleczną czekoladę". Właśnie biała tworzyła swoją słodyczą przejście do nadzienia. Niestety, gdy ono zaczynało się zaznaczać coraz wyraźniej, czekolady jakoś się gubiły. 

Lekkie i soczyste, pełne pestek nadzienie smakowało przede wszystkim malinami. To złożony smak i świeżych, i suszonych, ale bardzo naturalnych. Pewna waniliowa mleczność dodała im też pudrowego wyrazu, ale w tym wypadku to nie wada (w przypadku Mitzi Blue już tak, ale tutaj to tylko posmak). Niestety, było ono głównie kwaśne. Malinowe, ale kwaśne. Czuć też, że to kwasek "podbity" odrobiną cytryny. 

Czekolady trochę sprowadzały to do porządku, starały się wyrównywać smaki, ale przez większość czasu w ustach dominowały kwaśne maliny. Na końcówce wracało trochę wspomnienie kakao, ale już jako posmak znów pozostawał kwasek malin zmieszany z odrobinką cytryny.

Wszystko byłoby pyszne, gdyby nie proporcje. Zdecydowanie wolałabym, żeby ciemnej czekolady było więcej oraz żeby nie kombinowali tak ze smakiem malin. Przecież dojrzałe maliny są słodziutkie... a ten kwasek tu wyszedł aż przerysowany. Nie, żeby wykrzywiał gębę, bo w sumie wyszło w porządku, nie mam nic do kwasku malin, ale mogło być lepiej (cytryny uważam już za zbędne).
Ta czekolada ogólnie wydała mi się jakaś... bardziej kremowa niż tabliczkowa.
Nie są to jakieś ogromne wady; w sumie mi smakowała, ale wiele szczególików bym zmieniła.


  ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 483 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maliny, inwertowany syrop glukozowy, suszone maliny, odtłuszczone mleko w proszku, mleko, sproszkowane maliny, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, suszone borówki, nierafinowany cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, sól, cynamon

niedziela, 5 listopada 2017

Jutrzenka Anabela krówka mleczna

Zawsze lubiłam krówki, jednak ostatnimi czasy zaktualizowałam to w swojej głowie. Przy Cukrówkach uznałam, że chyba jednak po prostu krówek nie lubię; co jakieś spróbowałam, to mi nie smakowały. Przestałam więc szukać "krówek idealnych", ale przypadkiem zaszczepiłam pomysł znalezienia takich Mamie. Raz uparła się, wpychając mi obiekt dzisiejszej recenzji, do którego byłam nastawiona... sceptycznie (łagodnie mówiąc). No, ale wzięłam. Choćby po to, żeby je zjechać i przekonać się, że rzeczywiście już nie lubię krówek.

Anabela krówka mleczna to "pomadki mleczne niekrystaliczne produkowane przez Jutrzenkę Dobre Miasto dla Biedronki. 
Teraz jak widać mają nowe opakowanie, a w składzie na pewno jest masło, a nie margaryna.

Jedną krówkę pozwoliłam sobie nosić przez dwa dni w torebce, poddając próbie jej wytrzymałość. W końcu to dość istotna kwestia w sprawie krówek, zwłaszcza tych sklepowych, często pojawiających się "na wagę".

Po rozwinięciu papierka poczułam łagodny zapach mlecznej krówki.

Cukierek aż lśnił, odrobinkę się lepił, a przy próbie nadkrojenia czy przełamania wydał mi się twardy. Po zahaczeniu zębem, tudzież przy późniejszym przeżuwaniu, wszystko wychodziło na jaw. Otóż wierzch był jedynie twardawy, łatwo ustępujący pod naciskiem zębów, a wnętrze... mokre i mięciusie, ciągnące się - mniej lub bardziej (bardzo, bardzo!).
Krówki miały zwartą strukturę, wierzch robił się z czasem bardziej grudkowaty, a środek przybierał formę mokrej, ciągnącej się i mordoklejnej masy. Dwie z trzech krówek były jak na zdjęciu obok, trzecia zaś (zdjęcie na dole) bardziej mokra, niż ciągnąca, ale też mordoklejna. Uważam więc, że test trwałości zdała, bo to wciąż była bardzo przyjemna konsystencja.
Nie znikały szybko, jedną można było jeść i jeść, co uważam za duży plus.

Smakowały oczywiście bardzo, bardzo słodko, ale nie czystym cukrem. Nie jakieś tam wyjątkowo wyraziste, ale jednak nieźle wyczuwalne, mleko i masło przełożyły się na po prostu toffi-krówkowy, prosty smak. Pod koniec ciamkania krówki w ustach panoszył się słodki smak toffi i... tyle.

Po zjedzeniu trzech pomadek nie został żaden nieprzyjemny posmak, a ja nie czułam się, jakbym zjadła właśnie czysty cukier, tylko właśnie toffi-krówkę.

Uważam te krówki za zaskakująco dobre. Konsystencja niemal idealna, smak typowo krówkowy, taki, jaki pamiętam sprzed lat. Już myślałam, że nie lubię krówek ogółem, ale to jednak nieprawda. Mimo że sama bym ich nie kupiła (bo cukierki to nie mój typ słodyczy), to te mi smakowały. Można? Można!

 ocena: 9/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 379 kcal / 100 g; 3 szt. (ok. 36g) - 136 kcal
czy znów kupię: mogę się poczęstować

Skład: cukier, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone (14%), masło (z mleka), aromat

piątek, 3 listopada 2017

Pana Chocolate 50 % Coconut & Goji surowa 50 % z Boliwii z kokosem, jagodami goji, karobem i cynamonem słodzona syropem z agawy

Jakiś czas temu naszła mnie ochota na znalezienie jakiś ciekawych czekolad do próbowania, tak żeby mieć zapas różności, bo cały czas czekałam na czyste, plantacyjne nowości w Sekretach Czekolady. Nie wiem, czy inwestowanie w zupełnie nieznane marki to dobry pomysł, ale wyszłam z założenia, że skoro nawet w internecie mało się o nich czyta... to kto inny, jak nie ja, wielka, nieustraszona miłośniczka czekolad, ma je odkryć?
Kupiłam kilka różnych, dokładnie przyjrzałam się składowi pod naklejką z tłumaczeniem dopiero w domu i już wiedziałam, że "dziwadełka" mi się trafiły, ale... kto powiedział, że nie będą smaczne?


Pana Chocolate 50 % Coconut & Goji to "ciemna" surowa czekolada o zawartości 50 % kakao (tłuszcz + proszek) z Boliwii z kokosem (olej + płatki) i jagodami goji, słodzona syropem z agawy oraz z karobem, cynamonem cejlońskim i solą himalajską.

Po otwarciu poczułam zapach kakao, który po części skojarzył mi się z ciemnym chlebem. Gdy jednak nieco się rozniósł, poszedł bardziej w stronę masy czekoladowej i ziemistego piernika; którego konkretność napędzał wyraźnie wyczuwalny olej kokosowy. Znalazło się tu też trochę miejsca dla pewnej soczystości, ale dla słodyczy raczej nie.

Gruba tabliczka okazała się wręcz miękka, za sprawą dodatków rwała się zamiast łamać. Już w rękach czuć jej tłustość i pylistość. W ustach rozpuszczała się powoli w sposób proszkowo-pylisty, z suchawym efektem, mimo że nie była sucha. Ona była bardzo tłusta, wręcz oleista, ale i z soczystym motywem. Dzięki ogromnej ilości dodatków o zachwycającej konsystencji nie obrzydziło mnie to, mimo obecności pewnej nuty obrzydliwości. To właśnie duża ilość sporych dodatków napędzała soczystość. Jędrne, soczyste goji były bardziej ciągutkami niż jakimiś suszkami, a płatki kokosowe okazały się chrupiąco-chrzęszczące i cudownie puszczające sok.

Od pierwszego kęsa czułam gorzkość, na którą składał się olej kokosowy (efekt porównywalny do Surovital CoCoa kokosowej) i kakao. Nakręcała się ogólna naturalność mająca wręcz orzechowy klimat. Mówię tu zarówno o kokosie, bo był wyczuwalny też jako naturalny, płatko-wiórkowy, a nie tylko olej, a także o kakao z nieco dymnym, ziemisto-orzechowym charakterem. Wyszło trochę uładzone, bez konkretniejszych nut surowej czekolady - pewnie z racji zawartości tłuszczu kakaowego i wątpliwej miazgi - ale całkiem smacznie (po Zotterze Labooko Bolivia 90 % utwierdziłam się w przekonaniu, że pewnie i nie ma co się więcej doszukiwać, bo kakao stamtąd już takie dymno-orzechowe chyba jest).

Do gorzkości szybko dochodziła też "słodka goryczka" jagód goji, dodająca owocowy posmak i rześkość, do której włączała się też odrobinka szlachetnej słodyczy. Z nią zespojone były "smaczki" karobowo-cynamonowe, co znów przywodziło na myśl piernik z zapachu. Sól chyba tylko podkreślała co nieco, nie była zbyt wyczuwalna.

Pod koniec, przy przeżuwaniu rewelacyjnych dodatków czułam się, jakbym zjadła domowe trufle, czekoladki czy jakiś inny deser tego typu. Nie zabrakło temu charakteru kakao, ogólnej wytrawności, niskiej słodyczy, ale nie kojarzyło się z czekoladą. Chyba że taką domową - dobrą, ale nie do końca czekoladową. W posmaku pozostałam posmak goji i kokosa oraz oleju kokosowego, także jego poczucie w gardle i efekt tłustości na ustach. Wolałabym ogólnie mniej tłustości, ale nie był to poziom nie do przebrnięcia.
Było w tym coś obrzydliwego, ale i coś wciągającego. To było tak "obrzydliwawe", że aż smaczne. Właściwie to twór tak dziwny, że pewnie nie wielu osobom przypasuje. Ja sama mam problem z nazwaniem tego czekoladą... bo to w sumie nie czekolada, ale smaczny słodycz... gorycz? Dziwadło! Ale ciekawe. Nie żałuję, że kupiłam, ale gdybym wiedziała, że jest tak mało czekoladowe, nie kupiłabym. Przywodzi na myśl Łysoń, ale jest od niej lepiej zrobiona.


 ocena: 7/10
kupiłam: urbanvegan.pl
cena: 17,50 zł (za 45 g)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao 50% (tłuszcz kakaowy, kakao w proszku), ciemny syrop z agawy, olej kokosowy, jagody goji 10%, płatki kokosowe 7%, karob, cynamon cejloński, sól himalajska

czwartek, 2 listopada 2017

Millano-Baron Natasja Chocolate bar with cocoa cookies mleczna z ciastkami kakaowymi

Po tym, jak otrzymałam informację z Lidla, że wstrzymano produkcję niektórych Bellarom (nie wiem, czy na stałe, czy czasowo) w akcie desperacji kupiłam czekoladę, która pojawiła się w sklepie często przeze mnie odwiedzanym, będącym swego rodzaju fenomenem w mojej małej mieścinie (sprowadzają tam czasem ciekawostki, nie mają wygórowanych cen). Taki mały problem, że zazwyczaj odwiedzam tam dział ze zdrową żywnością, a tego dnia... schyliłam się do bardzo niskiej półki. Z czekoladami. Jedną nawet kupiłam. W końcu z kakaowymi ciasteczkami, bez białego kremu... Wyszłam z założenia: "może akurat! ale pewnie oblech, to Mamuśka się ucieszy" (dobra, i tak to właśnie po czekoladę dla niej poszłam).


Millano-Baron Natasja Chocolate bar with cocoa cookies to czekolada mleczna z kakaowymi ciasteczkami zawierająca 30 % kakao koncernu Bedo, do którego należy także ZWC "Millano" (znaczy się Baron na niepolski rynek).

Tabliczka pachniała słodką czekoladą i gorzkimi, może nieco przypalonymi, ciasteczkami kakaowymi.

Spod czekolady na spodzie przebijało się całe mnóstwo okrągłych (?) ciasteczek, ale w przekroju nie wyglądało na to, by było ich aż tak dużo. Była dość twarda, ale łamała się bez problemu; nie topiła się w palcach. W ustach rozpływała się łatwo, gładko i niebagienkowo (tak bardziej "rzadko"), bo ogólnie nie była za tłusta. Dość szybko ujawniała okrągłe, lekkie ciastka, które trochę przypominały (pod względem struktury) wszelkie chrupki ryżowe, pszenne itp. dodawane do czekolad, ale i rozpływały się. Nie były jednak tak spójne z czekoladą jak np. w Bellarom z Neo.

W smaku od razu wychwyciłam dziwny posmak i silną słodycz. Ta słodycz nie była jeszcze najcukrowszą cukrowością, ale była przesadzona. Albo inaczej: trudno w tej czekoladzie o coś oprócz niej. Smak mleka... był jakiś dziwny, taki mało mleczny. Z czasem nasilał się tylko ten posmak, aż w końcu nie był tylko posmakiem, a smakiem. To była wanilina.

Ciastka w smaku przebijały się dopiero, gdy się je już rozgryzało, bądź "męczyło językiem" (co robiłam na przemian). O dziwo nie były przypalone, a początkowo mocno kakaowe i niezłe, ale z czasem i od nich wychodziła słodycz i jakoś to, co dobre, nikło w okropnych posmakach.

Przy drugiej kostce odpadłam. To było po prostu niesmaczne - ani czekoladowe, ani mleczne, ani jakiekolwiek. Naprawdę, mogli dać chociaż zwykłe mleko, a nie odtłuszczone... Nawet wśród zwykłych czekolad kosztujących jakieś 3 zł / 100 g wypada poniżej średniej, a i możecie mi wierzyć, że to nie to, że zmienił mi się gust po tych wszystkich dobrych czekoladach, bo tę jadłam w krótkim odstępie czasu od przypomnienia sobie Bellarom, która podtrzymała ocenę. Mama stwierdziła, że "nie była aż tak niesmaczna, żeby dostać tylko 3, ale... no, smaczna to ona nie była".


ocena: 3/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 5.99 zł (za 200 g)
kaloryczność: 511 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, ciastka kakaowe 10% (mąksa pszenna, cukier, oleje roślinne: palmowy, rzepakowy; kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku, mieszanka słodowa: syrop glukozowy, syrop jęczmienny, ekstrakt słodowy; odtłuszczone mleko w proszku, substancja spulchniająca: kwas winowy), miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromaty

środa, 1 listopada 2017

Amatler Ghana 85 % ciemna z Ghany

Pierwsze spotkanie z czekoladą Amatller mam już za sobą. Mimo że Amatler Ecuador 85 % bardzo mi smakowała, druga musiała czekać strasznie długo. Dlaczego? Odpowiedź jest niezwykle "racjonalna": maleństwo w formie cienkiego batonika, co wyjątkowo mi nie odpowiada. No cóż... w końcu jednak to, że lubię kakao z Ghany (i jednak jeszcze tylko 5 miesięcy ważności) zmotywowało mnie do sięgnięcia po drugą posiadaną propozycję tej marki.

Chocolate Amatler Ghana 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Ghany.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam smakowity, znacząco słodki zapach jasnego miodu i kwiatów oraz wyraźnie palony motyw, co przełożyło się na skojarzenie z jakąś wymyślną kawą z miodem.

Tabliczka łamała się z trzaskiem, w dotyku sprawiała wrażenie tłustawo-suchawej, a w ustach rozpływała się powoli, prawie opornie. Nie była ani zbyt tłusta, ani zbyt sucha, a maziście-gęsta.

Od pierwszej sekundy stateczna gorzkość kakao tonowała wyrazistą słodycz miodu i kwiatów, w efekcie czego równoważyły się idealnie. Oczami wyobraźni zobaczyłam... kwiaty wanilii. Tak, słodycz rozwinęła się właśnie bardziej w kierunku tejże przyprawy i miodu, ale ogólnie nie wzrosła jakoś zbyt mocno.

Przodem puściła wytrawną, paloną gorzkość przywodzącą na myśl suche, opalane drewno. Jego smak był głęboki; im bardziej czekolada się rozpuszczała, tym bardziej palony się robił. W pewnym momencie pomyślałam wręcz o węglu i spalonym drewnie, korze.

Kora, leciutko osłodzona, zaczęła przywodzić na myśl... korę cynamonu, ale także ogólnie przyprawy. 

Pod koniec palony smak robił się nieco łagodniejszy, przypominał pieczone orzechy (laskowe? włoskie?) i to właśnie one, paloność i przyprawy (także wanilia) pozostawały w posmaku na dość długo, a nie jakaś palona suchość czy coś.

Ta czekolada była wyraźnie gorzka, jej słodycz to jedynie kilka nutek wypływających z kakao podkreślonych odrobinką cukru, a przy tym ani trochę nie chamska. Wyrazista w swoim przekazie, mocno palono drzewna, wyraźnie orzechowo-przyprawiona, ale też subtelna. Producent na stronie pisał coś o owocowych nutach, ale ja tu żadnej takiej nie czułam.
Taka właśnie "prostota z najwyższej półki". Bardzo mi smakowała, bo rzadko się trafia tak mocne palenie, które nie ma w sobie nic z przepalenia. 


ocena: 9/10
kupiłam: Piccola Italia & Mediterraneo
cena: 2,80 zł (za 18 g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: jakbym pełnowymiarową znalazła to tak (bo nie lubię takich maleństw)

Skład: miazga kakaowa, cukier