niedziela, 8 stycznia 2023

(Libeert) Fair Pure Chocolate Peru 64 % ciemna

Tę czekoladę dostałam od Tomka od instagramowych recenzji herbat, bo... on jej nie chciał, więc dorzucił mi do przesyłki. Ja bowiem za jego pośrednictwem kupiłam parę czekolad, o czym wspomniałam przy Prime Indonesia West Bali 70 %. Libeert w zasadzie wydaje się dobrą marką, jednak niska zawartość 64% kakao sprawiła, że tabliczkę przeznaczyłam na uczelniany dzień, zakładając, że może mi nie podejść. Od razu też przypomniała mi się Cachet Peru 64 % czy Moser Roth Privat Chocolatiers 64% Peru - co też producenci mają z pewnym łączeniem regionu z zawartością? Dziwne zgranie. Zainteresowałam się jednak, czy także smakowe.

(Libeert) Fair Pure Chocolate Peru 64% to ciemna czekolada o zawartości 64 % kakao z Peru.

Po otwarciu uderzył zapach kandyzowanych, cukrowych, ale i w miarę charakternych śliwek. Miały cierpkawo-kwaskawą nutkę, wiążącą się z nibsami, a więc ziarnami kakao i może kilkoma kawy. Te sprawiały wrażenie specyficznie soczyście-cierpkich. Pomyślałam o czarnej ziemi, przy której stała nutka palenia... Jakby palonej ziemi? Nie była jednak głęboka, wszystkiemu towarzyszyło wrażenie jak przy wsadzeniu nosa do słoika z rozpuszczalną kawą w granulkach. Doszukałam się jeszcze kadzidlano-gorzkawych, niby soczystych a scukrzonych rodzynek. Do tego kompozycja była niewątpliwie maślana i ogólnie wysoce słodka. Nie taka jednak czysto cukrowa, a też znacząco waniliowa.

Tabliczka wyglądała na tłusto-kremową, w dotyku też się taka wydawała. Przy łamaniu okazała się porządnie twarda. Trzaskała głośno i w sposób, jakby była bardzo pełna.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, łatwo mięknąc. Przypominała tłusty aksamit, czasem wygładzała się, że wyłapywałam w niej śliskawy element. Choć tłusta, wyszła rzadkawo, bez takiej esencjonalnej, zalepiającej gęstości. Rzedła jak rozpuszczane masło, trochę też wodniście.

W smaku pierwsza przywitała się kawa. Okazałą się gorzka i cierpkawa. Pomyślałam o suchych granulkach rozpuszczalnej, ale zaraz zmieniła swój charakter. Pojawiły się myśli o średnio palonych ziarnach, z czającą się swoistą soczystością. Taką o charakterze przejrzałych wiśni? 

Prędko pojawiła się słodycz. Miała charakter lekko palonego karmelu, a dopiero potem białego cukru. Cukier robił się coraz mniej palony, a coraz bardziej zaczął jakby oblegać... śliwki? Pomyślałam o suszonych, ale jakiś cukrowych śliwkach (nie jadłam tego, ale to może dziwny twór "sugar plums"?). Zrobiły się cukrowo-kandyzowane. Do tego znów pomyślałam o miękkich, przejrzałych i słodkich wiśniach. Nuta słodkich, lekko cierpkawych śliwek z tyłu pobrzmiewała, próbowała coś ugrać... Zacukrzony kompot z suszu? Śliwki trochę mieszały się z wiśniami. Paloność właśnie w tym wątku się uplasowała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawa wciąż miała się nieźle, ale z czarnej ziarnistej zrobiła się delikatną kawą ze śmietanką. Chwilami to wręcz śmietankowa wydawała się baza. Podkreślała ją wanilia, ewidentnie podwyższająca też słodycz.

Gorzkość słabła, cierpkość jednak wciąż walczyła. Choć śmietankowo-maślana toń zagarnęła sobie ogromną część kompozycji, z czasem pokazywały się jeszcze nuty ziemi i nibsów kakao. Średnio palonych, wciąż lekko soczystych. Ta paloność wiązała się z soczystością właśnie. Wyskoczyły na moment niemożliwie scukrzone rodzynki, właśnie z namiastką kwasku. Pomyślałam o cytrynowo-śliwkowym i do gęstości zacukrzonym kompocie. Do tego trochę suszonych, które czy to się zsysa z pestki, czy nią lekko przeszły. Do głowy przyszła mi bowiem leciutka nuta właśnie pestek śliwek. 

W posmaku został lekki, soczysty kwasek zacukrzonych śliwek i rodzynek, ogólne wysokie poczucie przesłodzenia karmelowo-waniliowo-cukrowego i lekka cierpkość a'la kawa i nibsy kakao. Z nutką palenia, odrobinką ziemi, ale jakby zagubionych w tym wszystkim.

Całość wyszła zaskakująco dobrze jak na 64%, ale jednocześnie za słodko. Przy trzeciej kostce zaczęło mnie to już nużyć - przez poziom słodyczy przy niziutkiej gorzkości. Podobało mi się, że nie była ani za mocno maślano-złagodzona, ani też przepalona. Gorzkawość kakao trochę niedomagała, ale była i to z w miarę przyjemną cierpkością. Kawa i ziemia, śliwki i rodzynki - nuty przyjemne, szkoda tylko, że kawę przygłuszono śmietanką, kompot zacukrzono, a śliwki zdążyły się scukrzyć. I tak jednak wydaje się, że w swojej kategorii, to bardzo dobra propozycja.
Przez jednak jej poziom słodyczy i mój poziom odporności na nią, robiłam dwa podejścia na uczelni: raz zjadłam 3 kostki i się zasłodziłam, a drugim razem 1 i z racji, że już ją znałam, więc nie było elementu "odkrywania", wystarczyło, by zmęczyć. Jako że jednak wyrzucać głupio, kończyć pomogła Mama, nielubiąca ciemnych, ale lubiąca czasem "coś słodkiego dojeść" (cokolwiek). Reszta rozłożyła się u niej na 3 podejścia i smakowała jej raz prawie wcale, raz lepiej, raz gorzej. Nut w niej nie czuła, ale podsumowała: "to taka czekolada dobra, gdybym np. przyszła do ciebie w gości i tak poczęstować, po kostce obie bez problemu zjemy, ale żadnej z nas nie chwyci. Albo komuś jako ostrożny prezent, by nie przegiąć z truskawkowym Wedlem czy jakimś szatanem 90%". I myślę, że tym samym uchwyciła meritum, a także to, po co i komu są produkowane tabliczki w okolicach 60% (bo ja już z ich istnieniem mam problem - kogoś, kto lubi porządnie ciemne nie zadowolą, a kogoś, kto woli mleczne itp. i tak nie przekonają).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ziarna wanilii

sobota, 7 stycznia 2023

(Mountain Food S.A.S.) Cocoa Fusion Colombia Tumaco 70 % ciemna z Kolumbii

Gdy tylko zobaczyłam tę czekoladę w gazetce Biedronki w ramach tygodnia produktów z Kolumbii, wiedziałam, że ja chcę. W żadnej z moich Biedronek, a także dalszych odwiedzonych przy okazji, nie było. W Biedronkach innych znanych mi osób, które zaangażowałam w poszukiwania, też. Chcąc nie chcąc, o czekoladzie zapomniałam. Jakoś dzień po degustacji Chapon Colombie 75%, długo po tamtych poszukiwaniach, w Biedrze zerknęłam na półkę z produktami walniętymi bez ładu i składu, by sprawdzić, czy nic fajnego dla Mamy nie ma i... Nagle, na wysokości moich oczu, ujrzałam karton tych czekolad. Tylko czystych (w gazetce były też np. z marakują). To było, jakbym dostała znak od wszechświata. Więc kupiłam. I zjadłam o dziwo na dniach. 

Cocoa Fusion Colombia Tumaco 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kolumbii, wyprodukowana przez Mountain Food S.A.S.

Po otwarciu zagrzmiał zapach kawy i dymu. Kawę musiano palić dość mocno, acz łagodziła ją sugestia drzew i kwiatów. Poczułam orzechy laskowe w cukrze, cukrowej toni... co przywiodło na myśl przesłodzone lody orzechowe na bazie śmietanki i mleka, a więc nieco lżejsze... z lub w polewie kakaowej. Takiej z lekko truflowo-alkoholowym echem? Pomyślałam o lodach w waflu, acz niekoniecznie... W trakcie degustacji raz czy dwa doszukałam się nuty popcornu (ale jakby w lodach?). Dołączyły do nich banany w ciemnej czekoladzie. Wyobraziłam sobie twarde chipsy bananowe nią oblane, ale że słodycz zdradzała pewną pudrowość... może to jakieś bardziej suszono-liofilizowane były?

Zaskakująco, niemal czarno ciemna tabliczka, w  dotyku sprawiała wrażenie tłusto-ulepkowatej. Cechowała ją twardość wynikająca z grubości, jak również z gęstości. Jej trzask był mocarny, acz o przytłumionym charakterze. Ujawnił bardzo zwarty przekrój.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, w tłusto-maślany, kremowy sposób. Wydawało się, jakby bazowo była maślano-zbita, a opływała niczym topiące się lekkie, mleczne lody typu gelato (włoskie). Pokrywała podniebienie smugami, z czasem wykazywała lekką, cierpkawiuteńką pylistość. Jakby to te lody były nieco pudrowe.

W smaku pierwsza przywitała się słodycz ewidentnie cukrowa, ale z czasem wzbogacająca się o palony charakter. Mimo wszystko zbyt karmelową jej bym tak szybko nie nazwała...

Dopiero gdy w ciągu kolejnych sekund wyłapałam popcornowo-zbożową nutę, cukrowość mieszająca się z tym rzeczywiście w lekki karmel zaobfitowała. Karmel na równi szedł z białym cukrem, podnosząc ogólnie słodycz.

Wtedy mignęła kawa.... zaparzona albo jako wariant czegoś (na pewno nie same ziarna). Gorzka i palona, może jakieś ciasto kawowe z polewą kakaową. Motyw dobrej jakościowo polewy przepędził kawę. Polewa oblała lody... zdradzała likierowo-cukrowe, alkoholowe zapędy. Ta, a może sos kakaowy, musiała ściekać z lodów na bazie mleka i śmietanki, które utrzymywał zwykły, choć nieźle wypieczony wafelek. Wariant... może jakieś orzechowo-kawowe?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa baza złagodniała, przytoczyła maślaność. Śmietanka nie próżnowała, acz pomagając sobie zbożowo-popcornową nutą z czasem przeszła w orzechy... Laskowe? Średnio jednoznaczne, delikatne... Trzymała się ich dziwna pudrowość, przez co pomyślałam a to o orzechowych lodach gelato, a to... o orzechach obcukrzonych i... W końcu zaczęły wypierać je fistaszki. Te dały się poznać jako nieco wytrawniejsze i zmieszane z czymś kakaowym.

Z pomocą przyszła im polewa, która oblała w tym czasie banany i zdążyła już na nich zastygnąć. Tu do wysokiej słodyczy już opisywanej dołączyła charakterystyczna dla bananów (taka ciut-ciut, niemal życzeniowo, soczystsza) oraz pudrowa. Poniekąd wiązały się, poniekąd płynęły sobie, rosnąc, obok.

Pudrowość i słodycz, z cierpkawo-polewowymi i prażono-palono-pieczonymi aspektami poszczególnych nut, przytoczyły z czasem obraz kwiatów, łagodzących kompozycję, a także drzew. Drzew rozgrzanych słońcem. Wyłapałam cierpkość dymu, prażenie wzrosło i...

Pod koniec na pierwszy plan nagle wstrzelił się popcorn. Popcorn w karmelu (niesłony) i po prostu wyraźnie zbożowy popcorn. Przygłuszył niemal wszystko, zostawiając sobie słodycz. Okazało się, iż to ku niemu spoglądały orzechy, ale jeszcze wtedy zabrakło im śmiałości. Oto popcorn szalał, okrył się słodyczą i w końcu nieco w niej osiadł.

Wanilia podszepnęła popcorn waniliowy (wyobrażenie - nie wiem, czy taki istnieje) albo np. lody w wariancie "karmelowy popcorn", z popcornem (takie dziwa pewnie są; nie jadłam, bo mnie odrzuca na myśl o nich). Zasłodziła kompletnie, zadrapała w gardle, w czym pomógł jej cukier... Cukier puder, zmieszany z jakimś kwiatowym pudrem? Albo nutą jakiegoś likieru kwiatowego?

Posmak był za to cierpki aż zaskakująco, bardziej dymno-kawowy i jak cukrowo-cierpkawy likier ciemnoczekoladowy / kakaowy. Czułam mieszankę zwykłego kakao i popcornu w karmelu ze śmietanką, więc znów wróciła myśl o lodach. Zrobiło się za słodko w sposób cukrowo-waniliowy. Sytuację próbowały ratować kwiaty, ale niezbyt im szło. Przynajmniej popcorn zmienił się w drzewa i kawę jako wariant czegoś (lodów, ciasta).

Całość była zdecydowanie za słodka, ale nie brakowało w niej ciekawych nut. Cierpkość, gorzkość dymu, kawy, drzewno-orzechowe wątki z czasem przekładające się na szokująco jednoznaczny popcorn - niespotykane! Także charakter "czegoś", czyli nie kakao, a polewa kakaowa, lody, ciasta w jakiś wariantach... Bardzo jednak żałuję, że to nuty aż tak nie moje - choćby popcorn - dominowały. Przez to chwilami niezbyt mi smakowała. Niezbyt, ale całościowo jednak na tyle, by ją zjeść z lekką przyjemnością.
Słodycz... przesadzona przez wanilię i cukier, chwilami podpełzała pod karmel, ale nigdy nie wyszła jakoś ambitniej.
Konsystencja niezbyt w moim typie, bo maślana i jak na ciemną szybko znikająca.
Czekolada okazała się nie moja, a jednak obiektywnie interesująca i na pewno nie źle zrobiona, a w kwestii wyrobu zwyczajna.

Choć śmietankowo-kwiatowy wątek czułam też w Chapon Colombie 75%, czekolady były kompletnie inne (mimo że odrobinka kawy się zaplątała w obu). Także w Beskid RAW Colombia Tumaco Dark 67 %, która choć od dzisiaj opisywanej była o wiele bardziej kompleksowa, też inna, bo surowa i bogatsza w nuty po prostu, miała już więcej więcej z dzisiejszą wspólnego. Banany (liofilizowane) i alkoholowość (ajerkoniak), zetknęły się z niedookreślonymi orzechami i nabiałem.
"Bananowa kasza na mleku" Tibitó Chocolate Chocó 70 % pasuje chyba najbardziej (do tych bananów w polewie, zbożowej nuty i mlecznych lodów). Tibito wyszła jednak kwaśniej od cytrusów i kefiru, jogurtu. Co ciekawe, jak ona była zaskakująco jasna, tak dzisiejsza zaskakująco ciemna.


ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 12,29 zł (za 60g)
kaloryczność: 561,8 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat

piątek, 6 stycznia 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Honey Indonesia Bali Jembrana Darkmilk 53% ciemna mleczna z Indonezji z miodem

Na tę tabliczkę skusiłam się tylko przez miłość do indonezyjskiego kakao i marki Beskid. I może jeszcze dlatego, że nie mogłam się pogodzić, iż z Indonezji mają tylko jedną czystą ciemną. Beskid Czekolada Ciemna Miodowa z Truskawkami sprawiła, że bardzo chciałabym porównać zwykłą czystą ciemną z Bali z czystą ciemną z Bali słodzoną miodem. Niestety to niemożliwe. Musiała mi wystarczyć mleczna.

Beskid Chocolate Honey Indonesia Bali Jembrana Darkmilk 53% to ciemna mleczna czekolada o zawartości 53 % kakao z wyspy Bali, z regencji Jembrana (Indonezja), słodzona miodem.
Czas konszowania to 72 godziny.

Po otwarciu poczułam fistaszki i migdały w miodzie. Lekko w nim wyprażone, acz tak, że miód się nie skarmelizował. Kompozycja wydała mi się maślana, choć i mleko, jak takie prosto ze wsi, czuć. Właśnie też jakby sianko, świeżość / rześkość pola czułam. Niemal... soczystość... w tej, w tle przemknęły czerwone owoce. Z czasem przyszła myśl o owocowym miodzie (np. wymieszanym z owocami), ale... kryło się tam coś jeszcze. Jakby słodycz-nie-słodycz trudna do uchwycenia, lekko "złudnie acetonowa", ale nie acetonowa... Wyobraziłam sobie kawowce zlane deszczem i zawilgoconą, świeżo-nieświeżą kawę. Coś mi tam nie grało.

Twarda i krucha tabliczka trzaskała średnio głośno, kojarząc się trochę z suchą i masywną krówką typu fudge. Brakowało jej takiej "pełni", masywności.
W ustach okazała się twardo-zbita, acz rozpływająca się ochoczo. Zachowywała kształt, rozpuszczając lepko-rzadkie fale. Wydała mi się nieco pylista, suchawa, a jednocześnie lekko tłusta jak mleko, w dodatku rozwodnione. Znikała w miarę "gładko", zostawiając poczucie jak po miodzie czy syropie klonowym (takie "gładko-lepkawe"?)

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz bliżej nieokreślona. Była średnio mocna, ale odosobniona.

Nie długo jednak, bo szybo dołączyła do niej mocno maślana nuta. Maślaność okazała się bazą.

Wtedy to, polał się miód. Wyszedł na pierwszy plan i zawłaszczył sobie strefę słodyczy. Pomyślałam o jasnym, mieszanym wielokwiatowym miodzie... Słodkim, ale nie zabójczo.

Odnotowałam soczyste przebłyski, nawet drobny kwasek liofilizowanych truskawek. Z czasem rozmyły się nieco, przybrały na słodyczy. Wyobraziłam sobie gąbczaste, suszone truskawki, potem w słodyczy pojawił się pudrowy wątek. Ogółem rosła i owoce zatonęły w niej... Jakieś białe, delikatne kwiaty starały się ukryć ich wspomnienie. Rześkość jednak była nie do ruszenia. Epizodycznie powracała soczystość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa po ustach rozpływało się także mleko. Wpływało na rześkiej, wiejskiej fali... Dało się poznać jako bardzo naturalne, mieszało się z masłem, jednak nie odważyło się wyjść przed nie.

Miód w tym czasie odsłonił migdały i fistaszki. Musiał pokrywać je jako jasna, słodka skorupka. Pomyślałam o batonach zlepionych miodem... Twardych, chrupiących. Migdały i fistaszki wydawały się lekko podprażone i przygłuszone jasnym miodem. Ten z czasem zaczął wydawać mi się coraz bardziej wodnisty. Słodki, ale nie mocno, a taki rozrzedzony, kiepski. Odnotowałam przy nim słodko-nijaki wątek. Wyobraziłam sobie kromkę sowicie posmarowaną masłem, na którym to jasny miód rozlewa się powoli. Był trochę jakby słodko-czysty, nie mocny, ale irytująco nieokreślony.

Pojawiła się też lekka gorzkość kakao, acz dosłownie na chwilę. Chyba spróbowała podkreślić orzechy, ale nie udało jej się. Soczysta nutka nie domagała... Wróciła myśl o zawilgoconych krzakach (już niekoniecznie kawy) z zapachu. Pomyślałam o mdłych, jakby rozwodnionych truskawkach (czasami jak latem za dużo pada, to owoce są takie bez smaku, wodniste), a potem już znowu głównie o wodnistym miodzie.

Ten na koniec zszedł się z silną maślanością.

Po zjedzeniu został posmak miodowo-soczysty, bardzo słodki i też słodki w sposób nijaki. Jakby słodyczy brakowało smaku. A jednak to nie wszystko, bo czułam też maślaność i bardzo delikatną mleczność. Snuła się lekka "czerwona soczystość", ale raczej nie owoce.

Całość mnie bardzo rozczarowała. Słodycz i maślaność zawłaszczyły sobie całą kompozycję. Mimo to, wcale nie było straszliwie słodko... Po prostu oprócz słodyczy ciężko o coś ciekawego, bo nawet mleczność wydała mi się epizodyczna, licha (nie mówiąc już o ogromnym niedosycie kakao, którego gorzkości nie uświadczyłam prawie wcale), ale... ta słodycz... nie była wyraziście miodowa. Ten motyw rozwodnienia wszystko psuł. Czyżby to maltodekstryna? Pojęcia nie mam, ale tak to wyszło, że nie miałam ochoty i niewiele zjadłam (jakieś 3 kostki). Chyba nie jadłam tak kiepskiej tabliczki tej marki.
Mama spróbowała i uznała, że jej nie chce, bo za gorzka.


ocena: 6/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 19,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 53%, miód w proszku (maltodekstryna, miód), tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku

czwartek, 5 stycznia 2023

Chapon Mexique Soconusco Torrefaction Moyenne / Conchage Moyen to ciemna 75 % z Meksyku

W Chapon  Mexique Anemos 75% zakochałam się i potem jeszcze bardziej cieszyłam się na zbliżającą się degustację drugiej propozycji na Meksyk tej marki. W zasadzie producent nie zdradził nic na temat dokładniejszego regionu, z którego została zrobiona tamta, ale skoro tu dookreślił... obstawiam, że ta jest z ziaren wyselekcjonowanych, a tamta to może mieszanka różnych meksykańskich. Albo... różniły się tylko sposobem transportu?  To byłoby bez sensu, więc zastanawiałam się, co poczuję. Na pewno dzisiaj przedstawianą leciutko doprawiono solą, podobnie jak np. Colombie. Nie wiem, po co, nie czuć jej, ale kiedyś tak też np. Zotter częściej robił. Może to rzeczywiście ma pewne konkretne aspekty, jakie im się podoba podkreślać.

Chapon Mexique Soconusco Torrefaction Moyenne / Conchage Moyen to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Meksyku, z regionu Soconusco, konszowana średnio długo.

Po otwarciu poczułam spokojny zapach orzechów, którym wtórował słodki dżem pomarańczowy z zatopioną w nim kandyzowaną, goryczkowatą skórką. Rozniósł się ogrom miodu. To miód kwiatowy, aż drapiący i mieszający się właśnie z kwiatowym wątkiem, który z kolei w owocowej strefie wynalazł i podkreślił brzoskwinię... ale jakby też suszoną i przez to słodką w niemal uroczy sposób?
Orzechy spokojnie mieszały się z niedookreślonym, umykającym akcentem migdałów... jakby migdałowo-orzechowej bułeczki maślanej? Albo nawet niezwykle łagodnej pasty z migdałów? O zupełnej łagodności jednak mówić nie można, bo odnotowałam także ciepło przypraw korzennych.

Twarda tabliczka przy łamaniu głośno trzaskała jak suche gałęzie, które mają swoistą masywność, są pełne. Pasowało to do zbitego przekroju.
W ustach rozpływała się powoli, tłusto w sposób maślany i jednocześnie jak budyń lub lody zrobione na bazie śmietanki o cudnej gęstości. Pozostawiała smugi na podniebieniu, co z czasem przełamała soczystość. Niska, ale sprawiająca, że tłustość była do przyjęcia. Znalazł się w niej pylisty efekt, a także lekka wodnistość gdy znikała.

W smaku pierwsze polało się tsunami słodkiego miodu. Złocisty i lepki twór wtapiał się, a właściwie zalewał, jakąś maślano-mleczną bułeczkę. Słodycz była bardzo wysoka.

Zaraz jednak pojawiła się odważna gorzkość dymu. Obok zalśniła lekko palona nuta, za którą kryła się nieśmiała... kawa?

Wyobraziłam sobie maślano-miodową bułeczkę, jeszcze w dodatku polaną miodem. W tle zakreśliła pewną łagodność, w której to wyłapałam nawet śmietankę. Ta z ochotą zmieszała się z palono-gorzkim akcentem, oddając kawę ze śmietanką. Nieśmiałą, ale jednak.

Wychwyciłam też nutkę żółtych owoców... Mglistą, ale jednak, jakby już jakieś słodkie, miodowe dżemy czekały, by ktoś je dodał na omawiane bułeczki.

Gorzkość w tym czasie nie próżnowała, acz też mieszała się właśnie z łagodnością. Przypominała migdały w gorzkich skórkach, ale na maślanym tle. Z czasem wyobraziłam sobie punktowo gorzką od skórek pastę 100% z migdałów... albo raczej mieszaną? Wyraźnie poczułam też orzechy laskowe i chyba odrobinkę fistaszków. Wszystkie złożyły się na naturalnie słodką mieszankę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa goryczka została niesamowicie nasączona pomarańczą. Pomyślałam o gorzkawych skórkach pomarańczy... też jednak osadzonych w słodyczy, utopionych w miodzie. Wyobraziłam sobie kandyzowane skórki pomarańczy zatopione w dżemie pomarańczowym, który to z kolei był mocno posłodzony miodem. Najwyższej klasy. Kwasku w zasadzie w nim brak, twór ten skupił się raczej na słodyczy i goryczce.

Do pomarańczy doszły kwiaty. Niby ją łagodziły, ale częściowo zmieniły też słodycz. Owoce przewijały się i dżemowate, i kandyzowane, i duszone w słodzidłach - głównie miodzie kwiatowym, ale... wyłapałam tam też brzoskwinie. Może właśnie podduszone, a może... suszone*? Pudrowo-uroczo słodkie? Do tego trochę pudrowo-liofilizowanych bananów?

Myśl o migdałach zmieszanych z pastą migdałowo-laskową z czasem umocniła się. Podkreśliły ją drzewa i przyprawy korzenne. W sposób... jakby to ona sama była złudnie korzenna, a więc nie było pikantnie, tylko tak "ciepło". Reprezentowała delikatność naturalnie maślanego kremu z samych orzechów, głównie migdałów. Te złagodniały, że tym razem musiał to być jasny krem z migdałów blanszowanych. Może nawet z odrobiną miodu?

Słodka, miodowo-maślana bułeczka stała się bułeczką w dodatku jeszcze migdałową. Może posypaną orzechami, migdałami i z cynamonem? Jakąś maślano-mleczną cinnamon roll, z wyczuciem przyozdobioną lukrem? 

Daleko w tle poczułam jeszcze odrobinę mleka, jakby może próbować przełamać słodycz bułeczki nią? Czmychnęła w drzewa (nagle całe mnóstwo drzew!) i ogólną słodycz. Te z kolei na końcówce nieco stonował cierpkawy dym.

Posmak należał do wręcz maślanych, blanszowanych migdałów, suszonych, utopionych w miodzie gąbczasto-pudrowych brzoskwiń, odrobiny słodko-gorzkawych pomarańczy oraz ogólnej maślaności. Czułam też goryczkę dymu, podsyconej drzewami.

Smakowała mi, a jakże, jednak wolałabym, by była nieco mniej słodka. Zaskoczyła jednoznacznością. Ten miód był tak wyrazisty, jakby mi się tu dosłownie kleił do ust, obraz maślanej bułeczki czy pasty konkretnie punktowo gorzkawej od skórek migdałów? Obłęd. Podkreślające je laskowce i korzenność też mi się podobały. Łagodzenie może nieco mniej, ale sposób w jakiś się to działo - kwiaty ugłaskiwały poszczególne nuty - był bardzo interesujący. A gorzkość dymu i skórek pomarańczy zadbała o charakter. Mimo nut dżemu pomarańczowego, suszonych brzoskwiń, żółtych śliwek i niedookreślonych owoców, nie było to bardzo owocowe. Znacząco, ale nie wiodąco. Kwasku prawie w ogóle, za to duet słodyczy i gorzkości, na łagodnym tle.

Okazała się inna niż Mecixo Towt (daktylowa, winogrono-śliwkowo-wiśniowa, słodka, ale też gorzka dzięki dymowi, z nutami orzechów laskowych i rodzynek - wyszło to charakterniej). W moim odczuciu nieco gorsza (acz wciąż obłędna), bo słodsza. Nie tylko słodsza normalnie, ale też na wydźwięk, klimat.
Bliżej jej do pełnej żółtych owoców (głównie ananasów, bananów, melonów) Cuna de Pedra. Jej słodycz była figowo-bananowociastowa, dzisiaj opisywanej natomiast miodu. I w dodatku Chapon nie była kwaśno-owocowa jak Cuna (obstawiam, że to kwestia stopnia owocowości).
Kwiaty i puder (jako z czegoś liofilizowanego) czułam w Georgia Ramon Mexico 76 % Soconusco Criollo, co w sumie pasuje do kwiatów i pudrowych brzoskwiń dzisiaj opisywanej. W GR jednak owoce były inne - ewidentnie czerwone porzeczki.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: 7,20 € (za 75g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kwiat soli morskiej Guerande (0,04%)

*Jakiś czas po zjedzeniu tej czekolady aż kupiłam suszone brzoskwinie (i nawet opisałam na Instagramie) i rzeczywiście coś w tym skojarzeniu było. Tylko że w tej czekoladzie może jakieś suszono-liofilizowane?

środa, 4 stycznia 2023

krem Orzechownia Naturalna Miazga z Migdałów

Przeglądając listę recenzji w kolejce do publikacji pomyślałam, że skumulowało się trochę past-niewypałów. Dobrze, że ich testy dzieliły słoiki kremów, które lubię i do których wracam, a na blogu już są. Wypadałoby jednak, by i tu coś zacnego wskoczyło. A po miazdze 100% z pistacji Orzechowni ani przez sekundę nie wątpiłam, że inne pasty 100% tej marki będą doskonałe na taki wpis. Opis producenta bardzo mnie zaciekawił, bo to ponoć ich najbardziej wytrawna miazga. Zrobiona z prażonych, jednak miałam nadzieję, że minimalnie. Migdały zmielono razem ze skórką, a właśnie ze skórką (nieprażone) chrupać same lubię najbardziej. Na stronie obiecywali, że "zadowoli nawet najbardziej wymagających konsumentów, którzy nie lubią słodkich smaków.". Ja... cóż, lubię słodycz, ale niziutką i adekwatną, naturalną. Byłam więc bardzo ciekawa, w jakim kierunku ten krem pójdzie.

Orzechownia Naturalna Miazga z Migdałów to miazga 100% z migdałów prażonych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam podprażone migdały, wzmocnione nutą drzew, roślin i oleju (migdałowego). Zaplątała się w tym lekka, jakby przypalona słodycz syropu klonowego. Po uporaniu się z olejem to migdały przybrały na intensywności (nie np. nuta prażenia). Całościowo było to świeże i wyważone w kwestii słodyczy i wytrawności.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego łyżkę zlałam, a jakieś pół łyżeczki wymieszałam niezbyt dokładnie. Całość choć nie rzadko-lejąca, była nieco rzadkawa i plaskająca. Może raczej po prostu niegęsta. Zachowała zwięzłość, mimo oleistości. Już na oko widać w niej mnóstwo kawałków, kawałeczków i drobinek migdałów, razem ze skórkami.
 W trakcie jedzenia okazała się trochę oleista, ale na pewno nie rzadka. Przybierała na zwięzłości i gęstości, przy czym zupełnie zaklejała usta jak klej. Gdzieś w oddali mignęło skojarzenie z kapciowato-zalepiającą, mięciutką babeczką maślaną. Masa kleiła się do zębów i podniebienia, co mnie w pierwszej chwili aż zaskoczyło (że w aż takim stopniu). Krem był tłusty i syty, ale nie ciężki. Zawarte w nim kawałeczki już o to zadbały!
W końcu rzedł, zostawiając w większości dość twarde (ale nie jak kamienie) drobinki do nieambitnego pociamkania. Wprowadziły chrupki element. Chwilami był bardziej kruchy, chwilami kawałki wydawały się aż soczyście-trzeszczące. Czasem aż trochę marcepanowo (piszę tylko o strukturze), dzięki czemu nie było rozjazdu na "gładką bazę z kawałkami". Może nie było to do końca moje "wrażenie miazgowości", ale całość okazała się przyjemnie spójna.

W kwestii smaku w głowie już w pierwszej sekundzie powstał obraz słodkiej, niemal słodziuteńkiej maślanej babeczko-muffinki, sowicie posłodzonej syropem klonowym i miodem. Takiej zrobionej na mące migdałowe, z migdałami i dodatkiem migdałów. Słodycz rozeszła się, była silna, acz naturalna, właśnie należąca do migdałów, które mogłabym odmieniać przez wszystkie przypadki.

Po chwili złagodniały, zaniechały podążania w bardzo słodkim kierunku. Zaznaczyła się prażono-pieczona nuta, która dbała o myśl o wypieku, ale już mniej słodkim 

Prażona nuta i przewijający się wątek skórek migdałów przed oczami wyobraźni mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przedstawiły mi obraz drzew i roślin. Jakby tak raczyć się migdałowymi wypiekami w ich cieniu, na pikniku na świeżym powietrzu. Zrobiło się roślinnie niemal rześko. "Roślinna maślaność" i trochę skórek uczyniły kompozycję wytrawniejszą (ale nie gorzką!). Kawałki ze skórkami wnosiły pewną "smakową migdałową suchość".

Gdy kawałki migdałów wraz ze skórkami wyłoniły się z gładszej bazy, przypomniały o syropie klonowym. Ten niewątpliwie wiązał się z tą roślinnością, drzewami... i wpisał się w paloną, chwilami nieco przypaloną nutkę.

Gdy gryzłam-podsysałam i ciamkałam kawałki i drobinki, trafiałam zarówno na mniej prażone, jak i mocno, aż ryzykownie w mniej więcej równych proporcjach. Te gryzione przywiodły na myśl wierzch maślano-migdałowej muffinki*, który to posiada bogatą koronę właśnie z posiekanych, przypieczonych migdałów, na które kapnęło trochę syropu klonowego.

W posmaku została słodycz jakby syropu klonowego i miodu. Znów wypłynęła na pierwszy plan (chyba kontrastowo po wytrawniejszej, dłuższej chwili). Niemal urocza, słodziuteńka, miodowo-klonowa muffinka maślano-migdałowa - o! To było to, z lekką nutką prażenio-pieczenia o migdałowo-drzewnym, spokojnym charakterze.

Krem uważam za rewelacyjny. Słodki naturalnie, ale nie za mocno. Podprażony, acz też bez przesady. To połączenie przełożyło się chyba na ciekawe skojarzenie z syropem klonowym. A jednak całość i tak wyszła przyjemnie wytrawnie, trochę maślano. Skórek nie było tyle, by np. dodały gorzkości, a jedynie podkreślały wytrawność i akcent drzew. To bardzo wyważony produkt. Wyrazisty w swej naturalnej nienachalności.
Konsystencja jednak mogłaby być ciut inna. To chwilowo aż niemiłosierne sklejanie i natłok drobinek trochę mi przeszkadzały, wolałabym coś nieco gładszego... chyba. W zasadzie struktura była dobra, po prostu czuję, że mogłaby być nieco inna, nieco lepsza, ale to już bardzo subiektywne.

Choć ocenę wystawiłam niższą niż maśle migdałowemu prażonemu Primaviki uważam, że produkt Orzechowni jest lepszy, przynajmniej dla mnie. Brak słoności, a przejrzystość w kwestii migdałów o wiele bardziej przypadły mi do gustu (a jednak Primavika nie była słona, tylko "podkreślona solą"). Po prostu na tamte czasy (2016) nie znałam lepszego kremu migdałowego. Obecnie zaś w stosunku do jedzenia jestem bardzo wymagająca, a tego typu past znam więcej.

PS Chciałam pokazać Mamie pastę 100% inną niż z fistaszków, bo po Primavice Active znowu zaczęła ogólnie na setki trochę nosem kręcić. Zostawiłam jej dosłownie łyżeczkę (trochę przez skąpstwo), ale... hah, wystarczyło. I "niby jej smakowała", ale nie zachwyciła jej; nie rozumie, jak w zasadzie można lubić takie pasty aż tak jak ja i je łyżeczkować. "Znaczy rozumiem, że lubisz je TY, ale dla mnie one zupełnie nie. Ta jednak rzeczywiście niewiarygodnie wyważona i ciekawa. Taka... wytrawniejsza, bo nie słodka, ale i nie gorzka. Mnie się jednak nie z migdałami, a sezamem kojarzyła". O, a ja muszę przyznać, że faktycznie coś w tym jej skojarzeniu było! Myślę o takich surowych, nieprażonych ziarenkach.


ocena: 9/10
kupiłam: orzechownia.com
cena: dostałam (cena to 35 zł za 200g)
kaloryczność: 624 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: prażone migdały (z Hiszpanii, USA, Australii)

*Chodzi mi o prawdziwe muffinki, a nie synonim babeczek; to wypieki różniące się ciastem i wyrobem; mogą być też wytrawne - aczkolwiek fakt, że w przypadku tej pasty to były muffinki słodkawe (nie tak chamsko jak babeczki tzw. cupcakes).

wtorek, 3 stycznia 2023

Chapon Mexique Anemos Torrefaction Moyenne / Conchage Moyen to ciemna 75 % z Meksyku

 Zamawiając tabliczki Chapon zwróciłam uwagę na to, że nie dość, że mają w swojej ofercie propozycje z Meksyku, który nie jest zbyt popularny wśród czekolad do degustacji, to jeszcze mają z niego dwie różne. Jedna z nich w dodatku przyciągnęła mój wzrok przepięknym opakowaniem z lampartem. I... tajemniczym podtytułem na stronie, a mianowicie "Towt". Google zaraz poszedł w ruch. TOWT Anemos odpowiadają za bezemisyjny transport (przez cały Atlantyk) żaglowcami surowców, w tym kakao. "Anemos" w starożytnej grece znaczyło "wiatr". Bardzo podobają mi się takie inicjatywy, ale tym, co jeszcze bardziej mnie tu zaintrygowało, była wzmianka producenta, że całe ziarna kakao podczas transportu cały czas powoli dojrzewają. To dość oczywiste, ale sama o tym nie pomyślałam i dopiero zaczęłam sobie wyobrażać, jak w kakao nabiera mocy w jakiś ciemnych skrzyniach, może w swoistej, "statkowej" wilgoci?

Chapon Mexique Anemos Torrefaction Moyenne / Conchage Moyen to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Meksyku, konszowana średnio długo.

Po otwarciu do moich nozdrzy doskoczyły soczyste owoce, prędko dogonione przez zapach wyraźnie korzenny. Wiązał się z orzechami, głównie laskowymi. Za ich sprawą wkradła się drobna palona nutka. Owocowy wachlarz, jakby obok nich, rozkładał się, prezentując całe mnóstwo słodkich śliwek, ciemnych, niemal czarnych winogron (np. odmiany Melody, lub jej podobnych) z przebłyskiem jakiś czerwonych: wiśni, granatów. Tkwiło w nich, zwłaszcza słodkich śliwkach, skojarzenie z naturalnym dżemem, nakręcane paloną nutką. Była słodka... powiedziałabym, że karmelowo-miodowa, ale w zasadzie za soczysta na karmel. Początkowo nie byłam pewna, ale z czasem słodycz daktyli wyklarowała się bardzo odważnie.

Gładka tabliczka była twarda, dzięki czemu trzaskała głośno, sugerując kruchość (ale nie była realnie krucha). Przekrój wyglądał na nieco ziarnisty, ale jednocześnie pełny, zbity. 
W ustach potwierdziła się jej zbitość. Była jak trochę pylisty, śmietankowy budyń podany z soczystym sokiem-sosem z owoców. Wraz z tym, jak rozpływała się powoli, rozkręcała się soczystość. Stawała się budyniem lżejszym, mlecznym, a znikała w porywach aż wodniście. Miała dość pyłkowe wykończenie.

Po ustach pierwszy rozlał się bardzo słodki miód, w którym pojawiła się soczystość... Jakby soczystego miodowego soku (abstrakcja - wyobrażenie soku z miodu, który byłby jakby wyciskany z jakiś owoców), syropu... z daktyli! Daktyle okazały się bardzo wyraziste, na pewno soczyście-wilgotne i mięciutkie. Świeże, ewentualnie suszone wilgotnie-miękkiego typu (np. lidlowe Alesto).

Zaraz pojawiła się też gorzkość. Jej głębię uwypukliło nieprzesadzone palenie, nawet dym - nie nachalne jednak. Obok pojawiły się drzewa, których grube konary porastają czarną ziemię. Zaraz dołączyły orzechy. Orzechów czułam całą mieszankę, w której dominować musiały laskowe. Trochę palono-pieczone, ze skórkami i bez... z czasem z nieco bardziej maślanym wątkiem. Nie złagodził jednak gorzkości. Oddawał mocno orzechowe brownie, które zrobiono na bazie orzechów właśnie, czyli np. z orzechowej mąki, pastą z orzechów (np. zamiast masła). 

Po paru chwilach okazało się, że soczystość nie próżnuje. Pierwszy rozlewał się sok z przegryzanych pesteczek doskonale dojrzałego granatu. Wcisnął się między nie drobny kwasek, zrobiło się trochę cierpko. Doszedł duet dojrzałych i charakternych wiśni i śliwek. Śliwki robiły mocne aluzje do dżemowo-suszonych wersji siebie, uwypuklając charakter i podtrzymując soczystość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, mimo lekkiego kwasku, wciąż było bardzo słodko, ale słodko jedynie od owoców. Karmelowo-miodowe wątki wtopiły się w daktyle, które to na pewien czas ostrożnie się wycofały, zostawiając pole do popisu owocom rześkim i soczystym, ciemnym. Wyległy granatowo-czarne winogrona o słodkim smaku i charakterze wina, soczystej cierpkości. Może też trochę miękkich jeżyn? Kropelka czerwonego wina wiązała się też z wiśniami i... czekoladą, jakby miało ono jej nutę.

Ogólną soczystość podkreślał kwasek, z czasem może lekko limonkowy... Ponownie jednak związany z cierpkością, goryczką - mowa o odrobince limonki jako i sok, i skórka... Przełamanej cytryną? Nie były zbyt istotne. Tonęły w ciemnych owocach... znów pomyślałam o formie bardziej jakiegoś dżemu, gładkiej, naturalnej masy z owoców (w tym winogron).

Gorzkość orzechowego brownie, drzew i lekkiego dymu z czasem przytoczyła gorzkość nieco bardziej korzenną. Przyszły mi do głowy prażone przyprawy i wonny dym unoszącym się znad nich. Nie były ostre... no, może coś tam w tle wyszło tak "rozgrzewająco". To wzmocniła chyba słodycz miodowo-daktylową, bo na tyłach się zetknęły.

Orzechy laskowe z ochotą flirtowały z korzennością, a ja poczułam... no niby swoistą ostrość, ale ni korzenną, ni szeleszczących, suchych liści, opadających na czarną, wilgotną ziemię.

Ciepło to wydobyło miodowo-karmelowy aspekt słodyczy, ale soczystość (ta cytrusowa) zadbała, by i daktyle przywrócić na pełnych prawach. Były soczyste i... po zetknięciu się z tymi ciemnymi, granatowo-bordowawymi, a więc m.in. winogronami zaprosiły do tańca rodzynki (ale też jakieś aż czarne, np. Thompson, o których pisałam na Instagramie). A te świetnie zgrały owoce z drzewami i dymem swoją jakby żywiczną nutką.

Na końcówce zrobiło się bazowo łagodniej. Orzechy zagrały na ten maślano-browniowaty aspekt, jakby zrobionego z pastą z laskowców, która to z kolei miała nieco naturalnie korzenny charakter. Soczystość daktyli świeżych i cierpka słodycz ciemnych owoców, głównie słodkich, niemal czarnych winogron (sosu-masy z nich?), nasączyły to.

W posmaku zostały właśnie soczyste, ciemne owoce - głównie winogrona i wiśnie. Łączyły się bardziej kwaskawym rodzynkowo-cytrynowym wątkiem z daktylami, końcowo bardziej jakby "miodowo-soczystymi" i wtopionymi w orzechowo-maślane ciasto. Czułam cierpkość owoców ciemnych, troche cytrusowo-egzotycznych oraz mniej znaczącą kakao.

Czekolada była obłędna w smaku. Soczysta, owocowa, ale jednocześnie przyjemnie dosadnie czekoladowa. Daktyle, ciemne owoce w tym winogrona, śliwki, wiśnie i granat zachwyciły mnie. Było od nich bardzo słodko, ale z pazurkiem. Gorzkości nie brakowało. Dym i orzechy laskowe, podkreślone korzennością z wymienionymi już ciekawie zgrały się za sprawą rodzynek.
Konsystencja chwilami, mimo wszystko, wydawała mi się aż nieadekwatnie soczysta, ale czekoladę wciąż cechowała swoista sytość, więc ogół bardzo mi do gustu przypadł.

Ciemne owoce, a dokładniej śliwki czułam też w Deseo Wytrawna Meksyk 70%, ale oprócz tego mnóstwo truskawek, śmietankę i cukier, więc to zupełnie inny poziom. Theobroma Cacao Store Mexico 70% wyszła o wiele podobniej, bo czułam w niej (oprócz wysokiej mleczności) korzenną śliwkę, trochę cytryny, miodowo-daktylową słodycz, sugestie winogron Melody i trochę orzechów. Theobroma wydała mi się nieco łagodniejsza, ale obie cieszyły mnie na tym samym poziomie, bo jej łagodność po prostu wiązała się z innym wydźwiękiem (który reprezentowała).
Dym, wiśnie, suszone owoce (ale figi), cytrusy (o wiele więcej), orzechowe ciasto (ale orzechowo-bananowo-maślane) Cuna de Piedra też zawarła, acz je brakowało dosadnego charakteru.


ocena: 10/10
kupiłam: chapon.com
cena: 7,20 € (za 75g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale chciałabym)

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 2 stycznia 2023

Zotter In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao ciemna 70 % wiśniowa (z białą wiśniową)

Nowe linie Zottera mi się nie podobają, z pojedynczych nowości też albo nic ciekawego nie ma, albo jak już jest, to kompletnie nie w moim stylu. Postanowiłam jednak dać szansę dwóm tabliczkom InFusion, czyli linii ciemnych owocowych czekolad. Takie owocowe wydawały mi się o wiele lepsze niż kolorowe białe, a jednak i tak byłam dość sceptyczna, więc ostrożnie wybrałam po prostu z najfajniejszymi owocami. Gdy jednak krótko przed degustacją zaczęłam przepisywać skład, pisać wstęp, poczułam się trochę oszukana i skonfundowana. W składzie było bowiem mleko. Wczytawszy się w to, co na stronie Zottera, czyli: "Dark Chocolate 70% refined with Sour Cherry Couverture", uznałam, że to jego np. klasyczna Classic Dunkle 70%, wymieszana z wiśniową Labooko Fruit (analogicznie do Labooko Fruit Strawberry, jaką to jadłam). Wiśniowego Zottera jadłam jako Mitzi Blue Cherry-Almond with Cinnamon - i to taka biała owocowa. 

Zotter In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao to ciemna czekolada wiśniowa, czyli o zawartości 70 % kakao wymieszana z białą wiśniową czekoladą (ze sproszkowanymi wiśniami).

Czekolada pachniała wyraziście melasą, niemal na równi zmieszaną z drzewami i karmelem. Wszystko to wprowadzało do słodyczy lekką goryczkę. Soczyste wiśnie spokojnie zajęły miejsce z boku, przyglądając się jakby z zaciekawieniem. Ogólnie bardzo wysoka słodycz zasugerowała konfiturę z cynamonem, wiśnie niepewnie na to przystały. Podobnie jak na ledwo uchwytny akcent ziemi w tle. Z czasem, wąchając bardzo uważnie, doszukałam się jeszcze mgiełki jakby pudrowo wiśniowego śmietanko-jogurtu.

Tabliczka miała kolor ciemnej mlecznej, acz o brunatno-bordowym odcieniu. W dotyku też udawała kremowo-pylistą ciemną mleczną. Była gruba, choć przy łamaniu trzaskała średnio głośno. Niby głośno, ale wydając dźwięk sugerujący, że w ustach łatwo zmięknie.
Przekrój wyglądał na pyliście-kremowy, minimalnie ziarnisty.
W ustach twarda była przez chwilę, a potem minimalnie miękła. Nie stawiała oporu, ale była zbita, dzięki czemu kształt zachowywała niemal do końca. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, dając się poznać jako szorstka, a do tego trochę proszkowa. Miałam wrażenie, jakby była zbitką, której rdzeń stanowiło masło, udanie jednak kryjące swoją tłustość.  Z mieszanki tej w dodatku w ciągu paru chwil zaczął lać się sok. Znikała dość rzadko. Nie sprawiała wrażenia tłustej.

W smaku pierwsze zgłosiło się mleko, otaczające się masłem i orzechami. Już ono zapowiedziało słodycz i pewną delikatność.

Szybko jednak pojawiła się gorzkość dymu i drzew. Drzewa wysunęły się na pierwszy plan. Pomyślałam o ich grubych pniach, korze i gałęziach, na których to wisiały owoce: wiśnie. Zaczęły się mieszać z mlekiem, a do gorzkości dołączyło trochę orzechów, mieszając ją z maślanością i tonując do niemal zerowego poziomu. 

Zapowiedziana słodycz nie próżnowała i prędko przywołała melasę i karmel. Pierwsza podkradła lekką goryczkę, zaskoczyła mnie swoją intensywnością. Wyszła niemal na pierwszy plan. Wraz z karmelem otuliła orzechy, jeszcze się rozpędzając.

Mleko i wiśnie też wlały się na pierwszy plan jako mleko wiśniowe. Bardzo słodkie, a jednak też kwaśne. Pomyślałam o jogurcie... jednak to raczej słodki i delikatny nabiał wiśniowy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zbierały się, oprócz mleka, i lody, i shake'i, koktajle mleczne - wszystkie w wariancie wiśniowym. Słodkie, ale i kwaśno-soczyste. A niektóre ewidentnie podkręcone cytryną.

W pewnym momencie zrobiło się przyjemnie kwaśno wiśniowo, mimo że ogólnie słodycz była bardzo wysoka. Ta strefa należała jednak do melasy i karmelu. Dotarły nawet do punktu przesady, po czym zasugerowały wiśniom formę palonej, domowej konfitury z cynamonem, Takiej zasłodzonej miodem? Było to ciepłe, trochę wręcz urocze. I zadrapało mnie w gardle.

Pomyślałam też o drzewach i ich koronach rozgrzanych słońcem, wiśniach dojrzewających późnym latem... Miodowy wątek zaplątał się i zniknął (czy aby na pewno?), a melasa przywołała ciastka, maślaność.

Oto przed oczami wyobraźni stanął mi mocno wiśniowy, delikatny, że niemal mleczny sernik. Ciasto było wilgotne, soczyste od wiśni i bardzo, bardzo słodkie. Widziałam zaróżowioną od owoców masę twarogową, ale... pomyślałam, że mógłby to być też sernik z jakimś sosem, wierzchem z wiśni... Na pewno na ciastkowo-melasowym, też słodkim spodzie. Tu przejawiała się wyrazistsza maślaność.

Posmak należał do słodkich wiśni, w trochę sernikowo-mlecznej tonacji, z nutką konfitury. Nie były zdecydowane co do formy, ale na pewno zestawione z mocarną słodyczą karmelu, melasy i miodu, same w sobie słodko-kwaśne. Znów niepodważalnie czułam cytrynę. Do tego całkiem wyraźnie czułam drzewa, ich powagę i lekką gorzkość, którą to maślana nuta zmieszała z owocami i słodzidłami.

Całość zaskoczyła mnie kilkakrotnie. Gdy już wiedziałam czym jest, nastawiłam się negatywnie, a efekt mnie trochę udobruchał. Wyraźnie wyczuwalne wiśnie i w zasadzie przyjemna odrobina gorzkawości drzew zetknęły się z przesadzoną słodyczą. Ta okazała się jednak w miarę do zniesienia, bo stworzyła smaczny klimat sernika i mleka wiśniowego. Ogólnie także kwasku czy soczystości nie brakowało, a mleko i tłustość nie przeszkadzały. Gorzkości jednak w niej nie uświadczyłam, a tylko lekką jej obietnicę, i to głównie wiążącą się z melasą. Mimo jednak że smaczna, nie mogę powiedzieć, by mnie zachwyciła. Muszę jej przyznać, że ciekawa, ale w połowie zaczęła mi przeszkadzać jej słodycz i melasowość, a także niska gorzkość (głównie związana z melasą). Przez to, że w zasadzie z ciemnymi niewiele miała wspólnego, jakoś dość szybko przestała mnie cieszyć i do teraz czuję się trochę oszukana.

Ta słodycz i to, że nie dałabym jej 70%. Stąd przy jedzeniu utwierdziłam się, że to 70% wymieszana z białą wiśniową, czyli w takim całym dysku jest mniej niż 70% kakao (np. "w tym cukry" to 38g, więc już jest "czegoś" 38%). I potem znalazłam jeszcze to: "Cocoa (cocoa mass and cocoa butter): 70% minimum in the Dark Chocolate" ("in the dark...", a nie, że w całej czekoladzie InFusion).
Po zjedzeniu połowy, oddałam Mamie. Jej smakowała, bo "fajna, taka kwaskawa wiśniowa, jak lubię i... ona ma ile kakao? 70? A niegorzka rzeczywiście!". Ekhem... no właśnie.


ocena: 7/10
kupiłam: zotter.pl
cena: 17,90 zł (cena półkowa za 70g; dostałam)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone wiśnie (4%), odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier)

niedziela, 1 stycznia 2023

(Halba) Coop Naturaplan Fleur de Sel Honduras Chocolat Noir bio ciemna 70 % z Hondurasu z solą

Na myśl o tej tabliczce robiło mi się autentycznie smutno. Otóż miałam ją, jak i Coop Naturaplan 70 % Honduras czy Naturaplan 87% Honduras. Kiedyś pewnie cieszyłabym się bardzo z możliwości takiego porównania, teraz jednak mam taką awersję do soli, że chyba już żadna czekolada z nią nie wyda mi się w pełni pyszna. Docenić wykonanie potrafię, owszem, jednak myśl z tyłu głowy, że lepiej by było, gdyby nie dodali, zawsze mi towarzyszy. Choć po Mulate Sea Salt sama już zwątpiłam. Kiedy trafiałam na wtopione w nią kule soli, autentycznie robiło mi się niedobrze. A jednak... takie kule soli to po prostu złe zrobienie czekolady z solą. To tak jakby w normalniej trafić na kulę cukru - no przecież nie o to chodzi. A jednak jestem tylko człowiekiem i chyba skutecznie obrzydziła mi połączenie "czekolada&sól". Sól i cokolwiek w zasadzie, bo coraz bardziej jej nie cierpię. Stąd ta czekolada musiała jeszcze poczekać, aż obrzydzenie chociaż trochę zmalało. Tu o tyle bardziej dodatek mnie smucił, że pisałam z producentem tylko o czystych ciemnych, a takich w zasadzie dostałam najmniej. Oczywiście za wszystko jestem wdzięczna (w tym za to, że z niektórych Mama się bardzo, bardzo cieszyła). Szkoda, że niektóre trafiły do osoby, która niestety nie jest w stanie się nimi w pełni zachwycić... Czyli właśnie do mnie - jak w przypadku tej z solą, nibsami czy kawą.

(Halba) Coop Naturaplan Fleur de Sel Honduras Chocolat Noir bio to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Hondurasu z solą morską.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach kawy i wilgotnej, czarnej ziemi w towarzystwie palonego drewna i... drewna starego? Również jednak bardzo wyrazistego. W dodatku kompozycji nie brakowało poczucia wilgoci, soczystości. Odnotowałam odrobinkę fistaszków. Stał przy nich palony karmel z nutką soli, a także odrobinka wanilii. W tle plątały się słodkie, suszone śliwki... Może z nalewkowatą naleciałością? W tle doszukałam się też śliwki świeższo-surowej, chyba w towarzystwie jeżyny.

Tabliczka trochę wystraszyła mnie wyglądem, bo na jej powierzchni dostrzegłam jakby przebijające się kropeczki - czyżby kryształki soli?
Czekolada była twarda i krucha. Trzaskała głośno, zdradzając przy tym swą pełną, masywną konsystencję.
Potwierdziło się to przy powolnym, maślanym rozpływaniu się. Była gęsta i kremowa, acz nie brakowało jej pylistości. Obklejała podniebienie smugami, przy czym okazało się, że w większości sól wmieszano na gładko, jednolicie. Na całą tabliczkę trafiło się dosłownie kilka drobniusieńkich kryształków, które czy to lekko skrzypnęły, czy zaraz się rozpuściły integralnie z czekoladą. Żaden ani razu nie został dłużej niż ona.

W smaku pierwsza przywitała się czarna, ziarnista kawa i niemal tak samo gorzka, czarna i wilgotna ziemia. Wydała mi się nasączona owocami, soczysta. Na pewno jakimiś ciemnymi, bo i cały wydźwięk był dość "ciemny", poważny.

Słodycz też się szybko pokazała. Należała do wyraźnie palonego karmelu. On jednak wprowadził również łagodniejszy wątek słodkiego masła orzechowego z delikatnych, lekko podprażonych fistaszków. Razem z karmelem budowały drobne poczucie ciepła.

Słodycz rosła prędko, przy czym karmel dał się poznać jako solony. Subtelnie, acz wyczuwalnie. Sól dopasowała się do jego palonej nuty, nie wychodziła przed szereg. Z czasem do słodyczy doszła wanilia. Karmel robił się coraz bardziej maślany i właśnie w maślanym kierunku kompozycja łagodniała. Przez moment pomyślałam o maśle orzechowym w wariancie "solony karmel" (w wersji idealizowanej; nie jadłam takiego). Palony motyw pomachał do soczystych owoców w tle.

Odnotowałam lekki kwasek powideł, troszeczkę podkreślonych cytryną... Ziemia sprecyzowała, iż nasączają ją słodkie śliwki i jeżyny. Śliwki... były i suszone, słodkie, a z lekkim kwaskiem, i trochę powidlane, trochę świeże... Nie mogły się zdecydować, acz wszystkie łączyła soczystość. Rozkręciła ją odrobinka wiśni. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zaczęła nieco drapać w gardle, wskazując na przecukrzone powidła.

Jakoś w tym samym czasie z maślaności przemieszanej z kawą i ziemią wyłoniło się drewno. Także wyraźnie palone, gorzkawe i stateczne. Niby wiązało się z łagodną nutą, ale nie brakowało mu charakteru. Między nim, a maślanością doszukałam się korzennej nutki. Była to korzenność jakby kardamonu, gorzkawo-słodka i... soczysta? Do głowy przyszła mi suszono-kandyzowana skórka pomarańczy.

Epizodycznie bliżej końca dostawałam bardziej, ale wciąż słonawe a nie słone, prztyczki. Jednocześnie gorzkość złagodniała jeszcze bardziej, karmel zrobił się bardzo maślany, acz wciąż wyraźnie solony, a i fistaszki, masło fistaszkowe nabrało maślanego charakteru. Palone drewno wciąż pobrzmiewało pewnym ciepłem, kawa jakoś umknęła... Acz zostawiła lekką cierpkość.

Posmak należał głównie do gorzkości, cierpkości jak po ziarnistej kawie oraz soczystych i zarazem słodkich, już niejednoznacznych ciemnych owoców, zestawionych z delikatnymi cytrusami. Czułam też palony karmel i wanilię oraz sporo ziemi. Ostatnim towarzyszyło nienachalne poczucie słoności.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, bo sól wcale się nie narzucała, a ponadto, trzymała się pasującej nuty, czyli karmelu. Okazała się subtelnym dodatkiem, nie zaburzającym czekoladowości. Do np. owoców jakoś się nie zbliżała. Sporo ziemi, kawa, paloność przełożyły się na satysfakcjonującą gorzkość, mimo że i maślano się w końcu zrobiło. Owoców niewiele, mniej niż w czystej Naturaplan 70 % Honduras, bo sól najwyraźniej wolała podkreślić inne wątki (i może mocniej uprażyli kakao w tym celu?). O ile czysta 70% była bardziej fistaszkowa, tak dzisiaj prezentowana złagodniała aż w maślany sposób (może kontrastowo przez sól?). Wyszła za słodko. Niby do przyjęcia, ale bez wanilii by się obeszło.


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól morska "kwiat soli morskiej" 0,4%, ziarna wanilii