czwartek, 20 sierpnia 2015

Schogetten Dark ciemna 50 %

Ostatnio mogliście przeczytać na moim blogu recenzję klasycznej gorzkiej czekolady Goplany, która była początkiem "serii" recenzji właśnie zwykłych, ciemnych czekolad, powszechnie dostępnych w sklepach. Czy Schogetten jakoś wybroni smak, czy będzie to kompletna porażka? Zapraszam do recenzji.

Dzisiaj "pod nóż" idzie Schogetten Dark Chocolate, czyli po prostu ciemna czekolada od Ludwig o zawartości 50 % kakao.


Po otwarciu kartonika i pozbyciu się części sreberka, poczułam silny, kakaowy zapach. Niby całkiem przyjemny, ale miał w sobie element sztuczności. Niczym nie zrażona, wzięłam jedną z kostek (czekolada już jest podzielona, co odebrało mi radość z możliwości łamania czekolady i wsłuchiwania się w trzask ciemnej tabliczki) i włożyłam do ust.

Od razu poczułam, że coś jest nie tak, jak powinno być. Czekolada jest tłusta, w dziwacznie mleczny sposób i słodka. Odpowiednie będzie tutaj użycia "za", gdyż dobrymi określeniami będą: za tłusta i za słodka. Cukier na pierwszym miejscu w składzie ewidentnie czuć także w smaku. A co z kakao, które (całe szczęście) również jest w składzie? Także je uświadczymy. Niestety, nie jako motyw przewodni, a gdzieś tam w tle za słodkością. Goryczka niby jest, ale bardzo delikatna. Wiadomo, 50 % zawartości kakao to bardzo mało. Niektóre mleczne potrafią mieć więcej. 
Gdyby na tym zakończyć, mogłabym napisać, że jest to przeciętna deserówka. Mogłabym, ale nie napiszę, bo na tym nie koniec (i nie uznaję podziału na gorzkie i deserowe; są po prostu ciemne). Od mniej więcej połowy rozpuszczania się tłustawej kostki, pojawiał się irytujący posmak, którego nie umiem nazwać. To była taka plastikowość, sztuczność, która już w ogóle odebrała mi jakąkolwiek radość z jedzenia tej czekolady.
Nie mówię, że jest ona ohydna, bo nie jest. Da się ją zjeść, ale wolę o niej zapomnieć i wiem, że będę jej unikać. Skojarzyła mi się z kiepskim, przecukrzonym "kakaukiem dla dzieci", co nawet nie brzmi smacznie (czyli pasuje do tej czekolady).
Nie podoba mi się zawartość kakao, tłustość i przesłodzenie. Miało być gorzko, a wyszło... jak wyżej.
Trzeba jednak przyznać, że ta czekolada należy do gatunku tych tańszych, a na ich tle prezentuje się bardzo przeciętnie. Nie szukajmy wytrawności w czekoladach, które nie kosztują więcej niż 4 zł.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: jak wyżej
kaloryczność: 527 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

środa, 19 sierpnia 2015

Mullermilch biała czekolada - pistacja

Nowości, nowości... jak one potrafią człowieka skusić! Niby nie piję mlek smakowych, niby jogurtów też nie jadam (to w większości i tak tylko zbiór cukrów), ale jak widzę nowinkę od Mullera, która może zaraz zniknąć ze sklepów... biorę. Co do klasycznych smaków, np. pistacja-kokos - raz kupiłam i nie smakowało mi, musiałam zużyć do owsianki, żeby w ogóle jakoś je zmęczyć. Po inne już nie sięgnęłam i nie mam najmniejszego zamiaru. Fistaszki w czekoladzie były dobre, ale, tak jak biała czekolada i makadamia, za słodkie, żeby wypić całość na raz.
Kupując Mullermilch biała czekolada - pistacja przygotowałam się już na ogromną dawkę cukru i, mimo AŻ 0,1 % przecieru z pistacji w składzie, który już sam w sobie nie zachwyca.
Nie wiem, czy produkt ten jest jeszcze w sklepach, ale to recenzja, która mi trochę zalega w wersjach roboczych.

Gdy odkręciłam grubą i całkiem sporą (jak na taką ilość cukru) butelkę, podsunęłam ją do nosa. Czułam zapach... słodki i typowo sztuczny dla aromatów pistacjowych. Nie dało się nie zauważyć bladozielonego koloru, wpadającego wręcz w niezbyt smakowite odcienie szarości, które miało mleko. Nie jestem maniaczką zdrowego odżywiania, ale to wyglądało tak niezachęcająco sztucznie, że wcale nie miałam ochoty tego pić.

Przelałam trochę do szklanki i już mogłam "podziwiać" bardzo "naturalną" zieleń z każdej strony. Raz się żyję,spróbowałam. Już od pierwszej chwili było straszliwie słodko. Słodko-mleczno-śmietankowo, jak stwierdziłam po chwili. Niby w mleku smakowym smak mleczny nie powinien dziwić, ale i tak zostałam mile zaskoczona, bo w pierwszej chwili przemknęło mi przez myśl, że nie uświadczę nic, prócz cukru. W sumie można to uznać za smak białej czekolady, ale o ile w biała czekolada - makadamia, to skojarzenie mi się nasunęło, tak tutaj już nie.
Słodycz nie była nawet po prostu czystą słodyczą. Została zakłócona nutą kiepskiego marcepanu, wrzuconego do szklanki z mlekiem i trochę rozmieszanego. Było tu coś ewidentnie sztucznie pistacjowego, bo typowego, lekko "orzechowatego" smaku pistacji ani grama. 
Słodycz ciągle była bardzo silna i przeszkadzała mi w wyczuwaniu obrzydliwych smakowych składników. To plus czy minus? Dobrze przynajmniej, że była to zwyczajna, cukrowa słodycz, a nie taka typowo syropowa.
Dodatkowo, te smaki ze sobą nie współgrały. W przypadku pistacjowego Mix'u, mimo kompletnego braku pistacji, było po prostu słodko i jakoś jedno do drugiego pasowało. To mleko smakowe przypomina substancję, którą utworzył gimnazjalista na chemii: "wrzucać,co się da, a może wybuchnie?" 

Po wypiciu połowy szklanki, miałam już dość. Gdyby było mało tych dziwacznych smaków, to jeszcze to wszystko jest dziwnie mdłe i mulące. Nie dałam rady wypić ani łyczka więcej.

Marcepan w mleku? Cukier w cukrze? Sztuczna, chemiczna (nie sprawdziłam, czy mleko świeci) pistacja? No, proooszę. O tyle, o ile dwa poprzednie smaki smakowały mi,mimo, że były przesłodzone, tak to... Nie, po prostu jestem na nie. Tu już nawet nie chodzi o przesłodzenie, ale te obrzydliwe sztuczne i marcepanowe nuty. Lubię marcepan, ale to był bardzo niesmaczny marcepan w słodkim mleku i w dodatku, w ogóle nie powinien się tam znaleźć.


ocena: 4/10
kupiłam: Carrefour (?)
cena: 2.19 zł (promocja)
kaloryczność: 76 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: mleko częściowo odtłuszczone, maślanka, cukier, dekstroza, laktoza (z mleka), skrobia modyfikowana, biała czekolada 0,5% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone), przecier pistacjowy 0,1%, sól, barwnik: E 141, stabilizator: karagen, aromat, witamina E, witamina B6, ryboflawina, tiamina

wtorek, 18 sierpnia 2015

Milka Chips Ahoy! mleczna z kremem mlecznym i ciasteczkami z kawałkami czekolady

Dawno na blogu nie było żadnych ciastek. I pewnie długo jeszcze żadnych nie będzie, ale jako, że recenzja Chips Ahoy! już za nami, a kupiłam je tylko, by dowiedzieć się, jak one smakują, ponieważ znalazły się w pewnym produkcie... Sami rozumiecie. Do napisania tej recenzji długo nie mogłam się zabrać, w końcu jednak wiem, że zdjęcia nie mogą zalegać mi na dysku w nieskończoność.
Takie wytłumaczenie się będzie zarazem wstępem, na który nie mam pomysłu kompletnie - jest straszliwie gorąco.
Milka Chips Ahoy! to mleczna czekolada z kawałkami tychże ciasteczek i kremem mlecznym z niemieckiego rynku. Dostałam pół czekolady od mojej mamy, specjalnie do recenzji. Nie powiem, że się nie cieszę, mimo, że to tylko Milka.


Otworzyłam fioletowe opakowanie, czemu towarzyszył całkiem przyjemny, słodko-czekoladowy zapach. Wyjęłam czekoladę koloru bardzo jasnego brązu, błyszczącą niczym samochód, który właśnie wyjechał z myjni.
Pierwsza, całkiem spora kostka powędrowała do moich ust, a czekolada niemal natychmiast zaczęła się rozpuszczać. Poczułam to, co zawsze przy niemieckiej Milce: bardzo silną słodycz, która była równie silnie smakowita. Słodycz mieszała się z mlecznym posmakiem, co razem z pospolitą tłustością, która czasami zalatywała czymś, łagodnie mówiąc, nieprzyjemnym (margaryna?) dało nam średnią i całkiem przyzwoitą, biorac pod uwagę jej konkurencję (Wedel, Wawel) mleczną czekoladę. Nie ma tu kakaowej goryczki, żadnej głębi, ale jest całkiem w porządku. Znów utwierdziło mnie to w przekonaniu, że niemieckie Milki są lepsze od polskich. Skandal.
Dość cienka warstwa czekolady gładko rozlała się po ustach, a na języku wyczułam nieco twardsze elementy z kolejną falą słodyczy. To był mleczny krem, który był tłustawy i straszliwie słodki. Mleczny posmak zaczął się nasilać, aż wybił się ponad czekoladę i to razem z nim łączył się smak ciasteczek. 

Pokruszone Chips Ahoy! smakowały mniej więcej tak, jak ich niepokruszona wersja, tylko może mniej wyraźnie, bo słodycz trochę zmasakrowała kubki smakowe. Maślane ciasteczka były chrupiące i dobrze wypieczone. Co najważniejsze, nie były zbyt słodkie, co minimalnie neutralizowało całość. Kawałki czekolady, pochodzące z nich, dodawały Milce... kakaowej nutki. Nie zdołała ona całkowicie wybić się ponad słodycz, ani czekolady, ani kremu mlecznego, ale swoją rolę odegrała. Te czekoladowe cząstki były dość twarde i w całej czekoladzie znalazło się ich całkiem sporo. 
Mimo wszystko, moje 6 kostek zasłodziło mnie w stopniu wystarczającym i żadne kawałki ciasteczek nie dokonały cudu - Milka ta wciąż była bardzo, bardzo słodka, ale przy tym - całkiem smaczna, do kawy szczególnie.

Ogólnie Milka z ciasteczkami Chips Ahoy! bardzo mi smakowała, chociaż nie chciałabym zjeść ani kostki więcej, bo czuję, że nadeszłyby "słodyczowe mdłości". Myślę, że jak na tę kategorię czekolad jest smaczna i ciekawa, a do tego możecie dołożyć moją słabość do niektórych milkowych tabliczek - stąd ocena taka, a nie inna.


ocena: 8/10
kupiłam: moja mama kupiła w sklepie z niemieckimi produktami
cena: 3.50 zł (ale nie ja kupiłam)
kaloryczność: 565 kcal
czy znów kupię: raczej nie

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wadowice Skawa Draże o smaku śmietankowym

Ostatnio wpadłam na pomysł, jak mi się wydawało - całkiem niezły, zrobienia "przeglądu draży". Chciałam zrobić jeden, dłuższy wpis o tym, jakie draże lubię, do jakich mam jakie zastrzeżenia. Chciałam napisać notkę o drażach firmy Skawa. Kokosowe, czekoladowe, śmietankowe - toż to smaki dzieciństwa! Nawet nie potrafię powiedzieć, ile ja tego w życiu zjadłam - pewnie tony. To po prostu moje ukochane draże, chociaż wraz z wiekiem zmieniało się to, jaki smak lubiłam. Najpierw na liście królowały czekoladowe, potem przerzuciłam się na śmietankowe, kakaowe, znowu czekoladowe, albo powrót do bieli i marynarza, całkiem niedawno - kokosowe. 
Zaczęłam się nawet zastanawiać, którym wystawię 9, którym 10. Czy byłoby nie fair w stosunku do kokosowych, gdybym i innym wystawiła 10? Czy zwykłe draże powinny w ogóle dostać 10? Właściwie... dlaczego nie? W swojej drażowatej kategorii... mogą być przecież najlepszymi drażami na świecie.
Po tych rozważaniach, skierowałam się do mojej szuflady, w której od pewnego czasu leżały Wadowice Skawa Draże o smaku śmietankowym. Kupiłam je parę miesięcy temu, dla przypomnienia smaku.

W końcu nadszedł moment otwarcia niebieskiej paczuszki. Czy po wstępie, jaki napisałam, fakt, że zalewałam się hektolitrami śliny (w przenośni - żeby nie było), będzie zbyt dużym spoilerem? 

Wysypałam białe kuleczki o różnej wielkości. Mniejsze, większe... co kto lubi! Władowałam od razu trzy do ust. Pomyślałam, że popróbuję różnych sposobów jedzenia ich. Najpierw pozwoliłam im się swobodnie rozpuszczać. 
Poczułam niezidentyfikowany smak. Coś na pewno sztucznego i tłustego. Po chwili dołączył do tego smak cukru. Cukru-pudru dokładniej. Skorupka powoli, niechętnie zaczęła odpuszczać, a przy tym po ustach rozlał się słaby cytrynowy kwasek i bezkresna, cukrowa słodycz. 
Skorupka rozleciała się, odsłaniając proszkowate, a zarazem miękkie i minimalnie jakby wilgotne, wnętrze. Był to smak mleka w proszku, wymieszanego z cukrem. Poczułam się skonfundowana. 
To nie był smak, który wyrył mi się w pamięci. Może zawsze je gryzłam? Spróbowałam i w ten sposób. 
Kiedy się je gryzie i je w raczej szybkim tempie, na samym początku jest "szybki przegląd obrzydliwości", czyli kwasek, cukier, chemia, ale to za moment znika na rzecz smaku mleka z proszku i cukru. Po kilku dwu-kulkowych porcjach przestałam czuć te negatywne czynniki i było po prostu słodko z mleczną nutą. Nawet mi wtedy smakowały, jeśli nie myślałam o tym, co jem. Szybko jednak poczułam zasłodzenie totalne i tłustawy posmak w ustach. To już nie było ani trochę miłe.
Może jednak niech się rozpuszczają? I w tym momencie stało się coś dziwnego... poczułam... coś jakby... smak popcornu?! Dokładnie i to całkiem wyraźny, ale za chwilę zniknął na rzecz cukru i tłuszczu.

Nie poddając się spróbowałam odgryźć skorupkę, nieco twardszą od proszkowatego wnętrza. Była okropna. Lekko kwaskowata i sztucznie słodka. Kuleczka z proszku, bo na takie coś trafiłam, gdy zgryzłam wierzch, była miękka, rozlatująca się i w smaku bez zmian, czyli jak mleko w proszku z cukrem. 
Miałam dość. Gdy skończyłam jedzenie, było mi niedobrze od cukru, a w ustach jeszcze długo potem utrzymywał się posmak najgorszego, jaki można sobie wyobrazić, tłuszczu. Niczym nie dało się go usunąć. Nawet pasta do zębów miała z tym spore problemy, a byłam gotowa ją zjeść, żeby tylko pozbyć się tego posmaku. 

Chciałabym powiedzieć o nich także coś pozytywnego, ale... z tym jest problem. W zasadzie, konsystencję mają bardzo dobrą: są raczej miękkie, nie mają tej twardej i cukrowej skorupki, tutaj jest ona dość podobna do nadzienia.

Powiem tak: jestem zbita z tropu. Coś, co kiedyś wydawało mi się straszliwie, lecz rozkosznie słodkie i wyraziście mleczne, dzisiaj... dzisiaj odebrałam jako zlepek mleka w proszku, cukru i tłuszczu. 
Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Do głowy by mi nie przyszło, że jedzenie niegdyś ulubionych kuleczek może przerodzić się w tortury. Po kilku sztukach nie mogłam już na nie patrzeć i nie dałam rady 70-gramowej paczce.
Ciekawe, czy kiedyś były lepsze, czy to mój gust tak się zmienił? 
Nie wiem, czy odważę się sięgnąć w najbliższym czasie po jakieś inne tej firmy.


ocena: 2/10 (za konsystencję i sentyment)
kupiłam: Lewiatan
cena: 1.49 zł
kaloryczność: 474 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, częściowo utwardzony tłuszcz palmowy, glukoza, serwatka w proszku (z mleka), mleko w proszku, śmietankaw proszku 1,6% (z mleka), syrop glukozowy, aromaty, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, olej rzepakowy, spirytus, substancja glazurująca: wosk pszczeli

niedziela, 16 sierpnia 2015

Lindt Mousse Au Chocolat Weiss biała z mousse'em z białej czekolady

Nie lubię się powtarzać, a tym bardziej nie lubię mówić o czymś nieistotnym. Przypomnę więc, że uwielbiam lindt'owskie czekolady i jestem wielką fanką mousse'ów. O tym pierwszym pewnie wiecie z racji ilości recenzji dotyczących tych czekolad, a co do drugiego... uwielbiam tę delikatność, piankowość. Wielce ubolewam, że w sklepach dobre mousse'y pojawiają się dość rzadko, więc jak już jakiś zobaczę - nie mogę przejść obok obojętnie.

Część z Was pewnie słyszała o serii czekolad Lindt z mousse'em właśnie. Jest ciemna czekolada z ciemny mousse'em, mleczna z mousse'em z mlecznej czekolady, z orzechowym, a także biała z białym. Jako, że ciemna czekolada & mousse brzmi dla mnie jak ideał, normalnie pewnie zdecydowałabym się na tą tabliczkę. Jednak uznałam, że takie połączenie spróbuję przy czekoladach z mousse'em i płynnym nadzieniem, dostępnych także w polskich sklepach. 
Nie miałam problemu z wyborem: "biała, czy orzechowa?", ponieważ orzechowa po prostu nie była dostępna.

Z tego właśnie powodu stałam się posiadaczką 140-gramowej białej czekolady z mousse'em z białej czekolady (jakkolwiek to brzmi) - Lindt Mousse Au Chocolat Weiss.

Rozerwałam tekturowe opakowanie i kiedy wzięłam się za sreberko, dotarł do mnie silny, czysto śmietankowy zapach. Wyjęłam czekoladę i powąchałam. Pachniała tak śmietankowo, jak żadna inna czekolada. 
Kiedy zaczęłam łamać na kostki, wydała mi się przyzwoicie twarda, jak na białą czekoladę. Wcześniej bałam się, że będzie się wręcz rwać, albo kostki z mousse'em pod naciskiem palców będę się wgniatać, jednak okazała się bardzo solidna. W końcu to Lindt. 

Po chwili, gdy przegryzłam na pół pierwszą kostkę, zorientowałam się, dlaczego jest taka solidna. Otóż warstwa czekolady była gruba, ale nie kosztem nadzienia. Wręcz przeciwnie, wydała mi się porządnie nadziana i równie porządnie "otulona" przez czekoladę. Widać, że niczego tu nie pożałowano.
Kiedy pozwoliłam kostce rozpuszczać się w ustach, najpierw uwolniła się z niej subtelna śmietankowość. Była to śmietanka świeża i słodka, z domieszką wanilii. Wydała mi się delikatnie tłustawa, ale w takim przyjemnie naturalnym kontekście. 
Rozpuszczała się kremowo, aż do momentu, gdy pękła, a do mnie dotarł smak nadzienia.

Było ono słodsze od czekolady, a także odrobinę od niej tłustsze. Słodycz zaczęła przybierać na sile, ale ani przez moment nie zagłuszyła śmietanki, która jednak nie pozostała bierna. 
Po pewnym czasie zaczęła upodabniać się do serka homogenizowanego z wanilią. Nie był to jednak smak sztucznego pseudo-waniliowego tworu, a taka przyjemniejsza wersja pospolitych serków. Co zaś się tyczy konsystencji... czekolada na dobre weszła w te serkowe klimaty. Konsystencja jednoznacznie skojarzyła mi się z Bakusiem.

Mousse był napowietrzony i puszysty. Leciutki, delikatny niczym chmurka. Kiedy się rozpuszczał, nie tworzył żadnej zbitej grudki, a cały czas pozostawał idealnie puszysty. Nie przypominało to czekolad Aero, było o wiele lepsze. Żadna jakaś tam bąbelkowa czekolada, tylko dokładnie mousse. 
Smak stawał się coraz bardziej słodki, z każdą kolejną kostką. W pewnym momencie wydało mi się, że czuję lekką, ulotną, migdałową nutę.

Przy końcu słodycz była już bardzo, bardzo silna, ale nie udało jej się pokonać śmietankowego smaku. On również cały czas dopasowywał się do reszty i świetnie się w tym wszystkim odnalazł.

Ta czekolada była cudowna. Wyraziście śmietankowa i bardzo słodka. Jak na mój gust, troszeczkę za słodka, chociaż na pewno nie cukrowa. Powiedziałabym, że to takie całkiem pozytywne przesłodzenie. W końcu, białe czekolady z natury są słodkie. Myślałam, że napowietrzona konsystencja nadzienia sprawi, że odbiorę tę czekoladę jako mniej słodką, jednak biorąc pod uwagę fakt, że mousse był jeszcze słodszy od wierzchniej warstwy... Troszeczkę się przeliczyłam. 
Ten posmak serka homogenizowanego był naprawdę ciekawy, jednak na pewno znajdą się osoby, którym nie będzie on odpowiadał.

Powiem krótko: bardzo, bardzo mi smakowała, więc pomimo tego lekkiego przesłodzenia, wystawiam ocenę taką, a nie inną. Od czego w końcu jest gorzka kawa?


ocena: 9/10
kupiłam: specjalne zamówienie z Niemiec
cena: 14.80 zł (za 140 g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, oleje roślinne (shea, palmowy), odtłuszczone mleko w proszku, migdały, lecytyna sojowa, aromaty, ekstrakt waniliowy

sobota, 15 sierpnia 2015

lody Grycan kokosowe

Moi stali czytelnicy na pewno wiedzą już, że uwielbiam wszystko, co kokosowe. Znaczy... wszystko, co kokosowe i dobrze zrobione, bo wiem, że niektóre firmy potrafią zepsuć wszystko. Jak to jest z firmą Grycan? Szczerze? Jeszcze nie udało mi się jej dokładnie wybadać, ale nie wydaje mi się, żeby do takich należała. Wręcz przeciwnie: jestem do niej bardzo pozytywnie nastawiona. Próbowałam kilka eksperymentalnych smaków i na żadnym się nie zawiodłam. 

Jak to będzie z kokosowymi lodami dla koneserów Grycan? Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła.

Po otwarciu... nie poczułam właściwie nic. Gdy, trochę zdezorientowana, zbliżyłam nos do samych lodów i raz jeszcze nim pociągnęłam, poczułam wreszcie subtelny, kokosowy zapach. I tak ma być.

Same lody tym bardziej zaciekawiły mnie w kwestii smaku. Szybko więc zaspokoiłam tę ciekawość i spróbowałam. 
Lody w smaku są bardzo mleczne, ze śmietankową nutą i kokosowym posmakiem. Myślałam, że to tylko posmak, a nie smak przewodni i już chciałam trochę ponarzekać, jednak w miarę jak jadłam te lody, odkryłam, że wszystko w nich jest dobrze wyważone.

Właściwie, wyszło lepiej, niż myślałam. Bardzo słodki i, mimo wszystko, niecukrowy smak był bardzo w porządku. To znaczy, wielu osobom mogą wydać się za słodkie, jednak nie smakują jak sam cukier. Siłą napędzającą całość, niczym warczący pod maską sportowego samochodu silnik, były tutaj wiórki kokosowe, których nie sposób pominąć. W masie lodowej jest ich pełno! Napędzają kokosowy smak, który przy rozgryzaniu ich robił się naprawdę silny. Cudownie chrzęściły pod zębami... Zaraz. No właśnie. Czy chrzęściły? Tu jest problem... Wiórki były twarde i nieco rozmiękłe. Nie chrzęściły, ani nie chrupały. Najpierw myślałam, że nie wpasuje się to w mój gust, ale spotkało mnie kolejne zaskoczenie i wcale mi to nie przeszkadzało. Powiem więcej: spodobała mi się taka forma wiórek. 

Było smacznie, słodko i delikatnie. Delikatnie? Lody rzeczywiście były takie w smaku, jak i w konsystencji. Kremowe i miękkie, a zarazem zbite i gęste, może minimalnie proszkowate, ale w stopniu nieprzeszkadzającym. Tego, że woda jest wysoko w składzie, specjalnie nie wyczułam. To znaczy, wyczułam, ale nie biło to wszem i wobec po kubkach smakowych. Można by to wręcz przeoczyć.

Reasumując, bardzo smaczne lody, ale kokosowy smak w samych lodach mógłby być minimalnie silniejszy, bo miałam wrażenie, że płynie on jedynie z wiórek i to od nich lody nim przesiąkły. Mimo to, znów chylę czoła przez lodami Grycana. Dobra robota, po raz kolejny,


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam, ale kupione w Piotrze i Pawle
cena: jak wyżej, ale kosztowały ok. 10 zł
kaloryczność: 290 kcal / 100 g 
czy kupię znów: tak

Skład: śmietana kremówka (z mleka), woda, cukier, odtłuszczone mleko w proszku, ziemniaczany syrop glukozowy, masło (z mleka), tłuszcz kokosowy, wiórki kokosowe - 2,5%, jaja, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), aromat

piątek, 14 sierpnia 2015

Wedel mleczna orzechowa

Czasem sama siebie nie rozumiem,  kiedy wzrok poleci mi za jakąś czekoladą firmy, której nie lubię i która raczej mnie nie interesuje. Moje uwielbienie do orzechów jest zgubne, o tym przekonałam się już wiele razy. O ile, najtańsze czekolady z orzechami mnie nie ciekawią (te kupuję tylko sprawdzonych firm), tak jak widzę napis "czekolada orzechowa" obok "promocja!" to oznacza tylko jedno... Że po raz kolejny się skuszę. Tym bardziej, że w Piotrze i Pawle bywam bardzo rzadko, przy okazji pobytu w innym mieście, a w "moich" sklepach, tej konkretnej czekolady nie ma.

Wedel mleczna orzechowa, to czekolada z kremem z orzechów ziemnych i laskowych, którą od razu wyobraziłam sobie jako czekoladę z wnętrzem wyjętym prosto z cukierków Michaszki (te z Mieszko... po prostu kocham!). Wyobrażenie, mara senna, była tak silna, że zdrowy rozsądek i alarm, który włącza mi się w głowie przy produktach Wedla, po prostu wyłączyły się.
Trochę zwlekałam, ale raz kozie śmierć, i wreszcie nadeszła chwila... degustacji? To chyba za duże słowo. Chwila próby (odwagi, jak i smaku).


Z moim uprzedzeniem do Wedla, niepewnie włożyłam pierwszą kostkę do ust. Uderzyła mnie słodycz, jednak nie taka tłusta, drapiąca, jak w Milce, a po prostu cukrowo-proszkowata. Uczucie trochę jak przy jedzeniu słodkiego, proszkowatego rozpuszczalnego kakao dla dzieci, kompletnie na sucho.  Goryczki kakao nie czuć, jednak czego się spodziewać, przy 29 % zawartości kakao? Już nawet do 30 ciężko było Wedlowi dobić? Mimo, że za słodka, to muszę przyznać, że trącała o dawnego Wedla, wydała mi się lepsza od tabliczek tej firmy, jakie ostatnimi czasy jadłam.

W końcu, obok słodyczy, wyczułam także charakterystyczną, fistaszkową nutkę. Nasilała się coraz bardziej, a potem zrobiło się małe zamieszanie, kiedy pojawił się także posmak orzechów laskowych. Czekolada odsłoniła wreszcie nadzienie, bardzo, bardzo przemielone i zarazem gładsze od samej czekolady. To znaczy, nie czuć w nim było sypkiego, nieokreślonego czegoś. Orzechowy krem przypominał mi wnętrze batonika Bajeczny, ale bez tych orzechowych i wafelkowych drobinek. Był bardziej orzechowy, niż kakaowy, czy czekoladowy. Odważyłabym się stwierdzić nawet, że gdyby nie wszechobecny cukier, także w nadzieniu, mogłoby być nawet smacznie. Jest go całkiem sporo, a mimo cukru, idzie je odróżnić od czekolady bezproblemowo.

Czekolada niby była tłustawa, w sposób niezbyt przyjemny, ale starej margaryny na pewno nie wyczułam. W ogóle, margaryny nie ma nawet w składzie. Orzechów w sumie też... bo co to jest 7,5% miazgi z orzechów, w orzechowej, wydawać by się mogło, solidnie nadzianej czekoladzie? 6% należy do orzechów ziemnych, które (wiadomo) czuć o wiele wyraźniej. Orzechom laskowym Wedel podciął skrzydła (1,5%.... serio?), a szkoda, bo mogłyby podbić nieco ocenę.  

Całość jest po prostu bardzo przesłodzona. W odróżnieniu od innych czekolad wedlowskich nie jest aż tak bardzo plastikowa, a o wiele bardziej proszkowata. Nie wiem, czy to lepsze, czy gorsze. Orzechowe nadzienie było jednak całkiem w porządku, jednak wolałabym, gdyby znalazły się w nim jakieś większe kawałki do pochrupania. 

Ogólnie spodziewałam się w sumie czegoś gorszego, a tak było po prostu strasznie słodko, proszkowato i nawet orzechowo. Można zjeść, ale opinii o Wedlu i tak nie zmienię.


ocena: 5/10 (aktualizacja z dnia 20.09.15: ocenę obniżyłam z 6 na 5, by być fair w stosunku do orzechowego Wawela)
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 2 zł z kawałkiem (promocja)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, orzechy laskowe (14%), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, laktoza i białka mleka, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory (lecytyna sojowa i E476), aromat

czwartek, 13 sierpnia 2015

Góralskie Praliny: litwor, kokos, miód

Pamiętacie recenzję serowych pralin firmy Góralskie Praliny? Bardzo mi smakowały i postanowiła zapoznać się także z innymi smakami. Na razie nie wszystkimi, zakupiłam tylko trzy niecodzienne smaki, licząc oczywiście na powtórkę z wystawiania dobrych ocen. Postanowiłam testować po kolei, czyli najpierw zajmę się tymi w białej czekoladzie, potem w ciemnej, o ile i te mi posmakują. 

Dzisiaj na czerwonym dywanie powitamy trzy dobrze zapowiadające się gwiazdy, czyli Góralskie Praliny z nadzieniem: kokosowym, miodowym i litworem. Wszystkie one pachną słodko-śmietankowo, ale nie świeżo i lekko, a tak właśnie ciężko, słodko i wręcz przytłaczająco.



Litwor
Zacznę od tego smaku, ponieważ brzmi najbardziej tajemniczo, prawda? Litwor to tatrzańska, bardzo rzadka, roślina, zwana anielskim zielem, z której wytwarza się leczniczy trunek, zwany litworówką. Biorąc pod uwagę rzadkość, coś nie chce mi się wierzyć, że ten zielony kolor został naturalnie uzyskany. Obstawiałabym raczej barwniki i aromaty. Na stronie możemy przeczytać, że ma to mieć korzenny smak. 
Jak jest w rzeczywistości? 

Gdy czekolada zaczęłasię rozpuszczać, już od pierwszej chwili wiedziałam, że jest straszliwie słodka. Pod słodyczą kryła się co prawda śmietankowa, w zasadzie bardzo silna, nuta, niewątpliwie przyjemna. Co z tego, skoro po paru sekundach cukier aż drapie w gardle? Wraz z rozpuszczaniem się, do cukru doszła jeszcze jedna, dziwna, nieporównywalna z niczym nuta. Taki posmak jak po syropach, ale bardzo, bardzo lekki.
W końcu, spod czekoladowej przykrywki wyłania się delikatny, tłustawy krem (bardziej tłusty od czekolady, która w sumie nie jest zbyt tłusta, jak na białą). Wraz z nim, pojawiło się orzeźwienie, jak w przypadku mięty, ale w smaku nic miętowego tu nie odnalazłam. Trochę ziołowo-gorzkawy posmak próbował przełamać cukrowość reszty. Co prawda, wprowadził ciekawą nutę, ale i tak wyszło nijako i słodko. Krem bowiem był także straszliwie słodki, mimo, że wzbogacony o pewne nuty.
Ogółem - ot, można spróbować, ale kompletnie nic szczególnego.
Swoją drogą, ta zieleń białej czekolady się ściera, gdy długo się trzyma w palcach - barwi je. 


ocena: 6/10
kupiłam: sklep firmowy Góralskie Praliny
cena: 2 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie


Kokos
Teraz smak, co do którego nie miałam wątpliwości, że mi posmakuje. W końcu w duecie biała czekolada i kokos, często występuje także nadmiar cukru, na co potrafię przymknąć oko.

Czekolada zaczęła się rozpuszczać, a w ustach rozpętało się istne cukrowe piekło. Oprócz tego czułam śmietankowość, która mogłaby być przyjemna, gdyby była silniejsza. Niestety, całkowicie zdominowana przez cukier, była po prostu mdła. Na szczęście tym razem w czekoladzie nie było żadnego dziwnego posmaku lekarstw.
Gdy natrafiłam na nadzienie, poczułam tylko jeszcze więcej słodyczy i tłuszczu. To drugie nie miało nic z posmaku starego tłuszczu, ale po prostu było. Krem od pierwszej chwili był przeciwieństwem gładkiej masy - wydawało mi się, że są w nim przemielone wiórki, których smaku jeszcze nie czułam. W końcu i czekolada i krem trochę się rozpuściły, a ja odkryłam, że to całe wiórki - miękkie i chrzęszczące. Wreszcie pojawił się kokosowy smak. Niestety, tak jak śmietanka był on bardzo słaby.
Kremu robiło się coraz mniej, pozostawały same wiórki, a ich smak trochę się wzmocnił.
Niestety nie zmieniło to faktu, że całość dalej była strasznie przesłodzona i to cukier było czuć w pierwszej kolejności.


ocena: 7/10
kupiłam: sklep firmowy Góralskie Praliny
cena: 2 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie


Miód
Już wiedziałam, że pralinka z miodowym nadzieniem była złym wyborem - miód w końcu jest bardzo słodki, więc zaczęłam się obawiać, że ten smak będzie jeszcze słodszy od dwóch poprzednich.
Gdy tylko czekolada zaczęła się rozpuszczać, wiedziałam już, że się nie mylę. Nie doszłam jeszcze do nadzienia, a już było straszliwie słodko. Śmietanka? Bardzo daleko w tle za cukrem.
W końcu mój język natrafił i na nadzienie: miękkie, kremowo-tłuste. Delikatniejsze od czekolady pod względem konsystencji, ale pod względem smaku... Cukier, cukier i odrobina miodu wielokwiatowego (najgorszego ze wszystkich naturalnych według mnie). Zabrakło miodowej głębi, wyrazistego smaku. Było po prostu słodko, w sposób nijaki.
Myślałam, że ta będzie lepsza od pralinki z litworem, bo żaden dziwaczny posmak mnie tu nie zaskoczył, ale... nawet z miodowym smakiem było tu kiepsko. O wiele za słodko, przez co nie sposób nic innego wyczuć.
Po połówce już była kompletnie zasłodzona.


ocena: 5/10
kupiłam: sklep firmowy Góralskie Praliny
cena: 2 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie


Jak podsumuję te praliny? Są o wiele przesłodzone. Sama biała czekolada byłaby smaczna, gdyby tak do jej produkcji dodać o wiele mniej cukru. Momentami można wyczuć smakowitą śmietankę, ale to jeszcze bardziej irytuje, że coś tak dobrego, jest zagłuszane przez cukier. To aż drapie w gardle!
Nadzienia... myślę, że mogłyby lepiej się prezentować z ciemną czekoladą.
W serowym trio to właśnie ser skutecznie przełamywał słodycz, a tutaj... nadzienie jest równie (albo i bardziej) przesłodzone, jak czekolada.

środa, 12 sierpnia 2015

Lindt Creation Caramel Vanille mit Mandelstuckchen mleczna z karmelem, waniliową truflą i siekanymi migdałami

Też tak macie, że czasem chorobliwie potrzebujecie czegoś cukrowo-cukrowego, żeby po prostu napchać się czegoś słodkiego, a innym razem szukacie czegoś jak najbardziej wytrawnego i niesłodkiego, bądź słodkiego minimalistycznie? 
Ja tak, dlatego obok Lindt'a, Zottera wysokie oceny potrafi dostać także taka np. Milka. 
Czasem jednak ciemne czekolady wydają mi się zbyt dostojne, a w moim sercu rodzi się uczucie, że im nie podołam i zepsuję sobie degustację, a na myśl o słodko-tłustej Milce prawie mnie mdli. Co wtedy począć?
Wtedy, moi drodzy, zaczynam przewalać zbiory w mojej szufladzie, szukając czegoś pół wytrawnego, pół przesłodkiego do potęgi. Tak też, ostatnio moją uwagę przykuł pewien niemiecki Lindt, który wydawał mi się być jak najbardziej pasującym do tego opisu.

Czekolada mleczna z kremem karmelowym, waniliową truflą i kawałkami migdałów, czyli Lindt Creation Caramel Vanille mit Mandelstuckchen, na rysunku z opakowania wyglądała na czekoladę na podstawie... ja wiem? jakiegoś słodkiego deseru z sosem karmelowym i cząstkami migdałów. 

Otworzyłam kartonik i gdy tylko zaczęłam rozrywać sreberko, poczułam smakowicie mleczno-czekoladowy zapach. Tak, tak, tak! Zapach był bardzo intensywny i taki... czysty, że muszę przyznać, iż jest to naprawdę dobry początek. 
W końcu moim oczom ukazała się jasnobrązowa czekolada o raczej matowym kolorze, co znów mi się spodobało. Jak widzę błyszczącą jak psie wypolerowany kran czekoladę, to aż mnie szarpie, co producent do niech napchał za sztuczności. Lindt, oprócz cudnego zapachu i, jak zwykle, eleganckiego wyglądu tabliczki, może pochwalić się naprawdę dobrym składem, jeśli chodzi o tę tabliczkę (i nie tylko).

Mając przed sobą takie cudo, nie mogłam już dłużej czekać, pierwsza kostka powędrowała do ust. 
Moje kubki smakowe napotkały naprawdę dobry kąsek: delikatną, wyraziście mleczno-śmietankową czekoladę z dość silną nutką kakao. Kremowość i słodycz w mlecznych Lindt'ach jest bardzo silna, lecz żadna z nich nie jest przesadzona. Mimo kremowości i lekkości, czekolada rozpuszcza się powoli i wydaje się być naprawdę solidna (zapewne zasługa wyczuwalnej goryczki). Słodycz także nie należy do gatunku cukrowo-przesłodzonej. Ta słodycz jest stonowana, a kakao doskonale ją podkreśla. Lindt'owska czekolada. Co tu więcej mówić? 

W końcu, pod naciskiem języka w kierunku podniebienia, czekolada pękła, a z kostki powoli wylał się karmel. Był on bardzo słodki i maślany. Palona nuta była wyczuwalna tylko momentalnie, prawie w ogóle jej nie było, więc to nadzienie przypominało mi bardziej toffi. Jeśli o konsystencję chodzi, nie był to ani glutowaty żel, ani lejące coś. Był lekko klejący i gęsty, mimo, że rzeczywiście odrobinkę lejący. 

Kiedy smak karmelu zaczął zanikać, na przód wyłonił się słodko-mleczny smak waniliowej trufli. Jak dla mnie, jest to po prostu zbite, bardzo mleczne nadzienie z nutą wanilii. Mogłoby być bardziej waniliowe, skoro wanilia jest w nazwie, ale mimo to, bardzo mi smakowało.
Tłustawe, ale w sposób taki, jak tłuste mleko. Bardzo, bardzo słodkie. Słodsze od czekolady, to pewne, jednak nie waliło cukrem.  Nadzienie to było gładkie, jednak nie całkiem, bo zatopione w nim zostały cząsteczki migdałów: przyjemnie chrupiące i uwalniające jakiś tam mglisty posmak tych bakalii. W smaku w zasadzie wiele nie wnosiły, ale całkiem miło było od czasu do czasu coś pochrupać. 

Na koniec, gdy biała warstwa nadzienia się rozpuściła, a słodycz sięgnęła zenitu, w ustach pozostała już tylko jedna warstwa czekolady, która rozpuszczała się najwolniej, tak, żeby pożegnać nutką kakao i nie zasłodzić w 200 %. 

Jakby tu podsumować tę czekoladę? Zasłodzenie w bardzo dobrym stylu. 


ocena: 8/10
kupiłam: sklep z niemieckimi produktami
cena: 12 zł (za 150 g)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, masło klarowane, syrop glukozowy, miazga kakaowa, laktoza, śmietanka w proszku, migdały (2%), odtłuszczone mleko w proszku, mleko skondensowane, lecytyna sojowa, glukoza, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, aromaty, naturalny aromat waniliowy, ekstrakt wanilii burbońskiej

wtorek, 11 sierpnia 2015

lody Zielona Budka Happy Twist śmietanka-mango-marakuja

Najpierw, zupełnie abstrahując od tej konkretnej recenzji: na moim blogu pojawia się sporo recenzji lodów. Czy uważacie za dobry podział kategorii mniej więcej tak, jak zrobiłam w przypadku czekolad? Chociaż tak ogólnie, żeby można byli coś konkretnego znaleźć. Co myślicie?

Czasem zdarzy mi się poczęstować czymś, co zakupiła sobie moja mama. Są to zazwyczaj produkty, które próbuję z czystej ciekawości, bo sama nigdy bym na nie nie wydała ani grosza. 
Zabierając się za obiekt dzisiejszej recenzji, nawet nie bardzo wiedziałam z czym ja mam do czynienia (no ok, z lodami owocowymi), jednak do opisu przejdę za chwilę.

Nawiasem jeszcze wspomnę, że osobiście rzadko sięgam po owocowe lody. To znaczy, raz na jakiś czas - w porządku, ale wolę czekoladowe, waniliowe, orzechowe, kawowe itp.
Zielona Budka Happy Twist ni jak się do mojego profilu lodów doskonałych nie pasują. Lody o smaku śmietankowym z sorbetem mango-marakuja. Niby lubię to połączenie owoców, a dokładniej - jestem wielką miłośniczką mango (co prawda świeżego), ale, ale... czy Zielona Budka pod tak dźwięczną nazwą nie ukrywa przypadkiem czegoś, czego normalny konsument nie chciał by tknąć? Skład (zamieszczam na dole) woła o pomstę do nieba! Gdybym przeczytała go przed sesją i spróbowaniem, nigdy nie zjadłabym nawet łyżeczki tego zamrożonego czegoś. 

Na swoje usprawiedliwienie powiem, że z lodami Zielonej Budki miałam do czynienia chyba tylko raz i były to lody na gałki o smaku zabajone i pamiętam, że były całkiem przyzwoite. 

Po otwarciu litrowego (651 g) pudła, dotarł do mnie zapach intensywnie owocowy. Tak intensywny, że aż sztuczny. Nie chodzi już nawet o samo nasilenie aromatu, ale także o taką po prostu chemiczną nutę. W dodatku ten szaro-mdły kolor. Przeszła mi chęć na choćby spróbowanie, ale jak już zdjęcia porobione, to co zrobić?

Najpierw postanowiłam spróbować lodów śmietankowych, albo dokładniej - o smaku śmietankowym, osobno. Jest to "baza lodowa", coś, co występuje bardzo często i, jak mogłoby się wydawać, prostego. W tym cały szkopuł... Przy najprostszych rzeczach można zrobić najwięcej błędów. Dobre lody śmietankowe powinny być, jak nazwa wskazuje, na śmietance zrobione, gęste, naturalnie tłustawe i lekko słodkie.
Jak wyglądają lody śmietankowe według Zielonej Budki? Rzadkie w jak najbardziej wodnisty sposób. Skojarzyły mi się z odtłuszczonym mlekiem 0 % (to już dla mnie nie mleko), rozrobionym z wodą (mimo, iż nigdy czegoś takiego nie próbowałam). Lekki posmak śmietanki może i był, ale na pewno nie należał do tych naturalnych. Oprócz tego, już od pierwszej łyżeczki czuć było tłuszcz, w dodatku najgorszy możliwy. Jeszcze długo po zjedzeniu tych paru łyżek pozostał tłusty posmak. 
Gdyby jeszcze komuś było mało... lody były słodkie, zdecydowanie zbyt słodkie. W dodatku w tej słodyczy było coś obrzydliwego, taki czysty biały cukier.

Samego "sorbetu" nie udało mi się oddzielić - jest on tak "zwinięty" z białą masą, że to niemożliwe. 
Zanim do jego smaku... Sorbet, jak nazwał wodę z cukrem producent, zawiera "aż" 0,4 % przecieru z mango i 0,6% zagęszczonego soku z marakui. Przepraszam za wyrażenie, ale... czy to są jakieś jaja?! 
Lody wodne o smaku owocowym (będę to coś nazywać po mojemu) są słodko-kwaśne, lecz pomimo tego, jak neutralnie to brzmi: są po prostu fatalne: cukrowe, wręcz obrzydliwe zacukrzone. Jako, że według producenta cukru było za mało, oczywiście wepchano tu jeszcze syrop glukozowy. 
Oprócz słodyczy, silnie było czuć także kwasek cytrynowy z jakimś tam elementem marakui i posmakiem mango. Gdyby ktoś mi powiedział, że to ma być pomarańcza - pewnie bym uwierzyła. Mechaniczna sztuczna pomarańcza. Do całej masy niby dodawało to jakiegoś tam lekkiego tropikalnego tchnienia. Chciałoby się napisać "orzeźwiającego", ale dla mnie były strasznie ciężko, za sprawą tłuszczu i sztuczności, która wręcz przytłaczała. 
Część o smaku śmietankowym przytłaczała swoją pseudo-mleczną tłustością część owocową, jednak nie wiem, czy to źle, czy dobrze, bo obie części są równie obrzydliwe. 
Kilka małych łyżeczek i stwierdziłam, że nigdy więcej nie tknę nic Zielonej Budki.
Mojej mamie również nie smakowały, a wierzcie mi, ona nie ma aż takich wymagań, co ja i nie czyta składów.

Ja się tylko zastanawiam... jak coś takiego można sprzedawać? (No ok, dla zysku.) Jak coś takiego można nazywać lodami, czy sorbetem? Już bym chyba wolała zwykłą zamrożoną wodę w formie kostek lodu jeść.


ocena: 1/10
kupiłam: moja mama kupiła (chyba w Lewiatanie)
cena: kupiła w promocji, nie wiem za ile, ale sprawdziłam cenę bez promocji: 9 zł
kaloryczność: 85 kcal / 100 ml
czy znów kupię: NIE

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Menakao Milk Chocolate 44 % Madagascan vanilla mleczna z wanilią z Madagaskaru

Kojarzycie moją poprzednią recenzję czekolady firmy Menakao? Była to ciemna z chili, w której trochę narzekałam na za ostrą przyprawę, a za mało smaku samej czekolady. Kierując się rozumowaniem, że skoro ta firma pisze, że czekolada jest z jakimś dodatkiem, to na pewno go nie pożałowali, szybko skierowałam się ku malutkiej tabliczce z wanilią, czyli Menakao Milk Chocolate 44 % Madagascan vanilla, czyli mleczna z Madagaskaru z zawartością 44 % masy kakaowej z wanilią (także z Madagaskaru) oraz, co odkryłam przyglądając się składowi, z solą, która co prawda jest na ostatnim miejscu w składzie, ale jest. 
Już dawno postanowiłam, że przetestuję wszystkie, które uda mi się zdobyć, czekolady Menakao. Zainteresowała mnie już sama nazwa i wygląd opakowań. Na każdym bowiem znajduje się portret osoby czarnoskórej, wyglądający na odręcznie narysowany. 
Co do nazwy... słowo "mena" znaczy po madagaskarsku "czerwony", a w środku opakowania wytłumaczone jest, że to dlatego, że odcienie czekolad wpadają właśnie w tę barwę. Wszystkie ziarna pochodzą z plantacji na Madagaskarze, który jest nazywany Czerwoną Wyspą. 

Już przy wydobywaniu tabliczki z czarnego opakowania zauważyłam, że nie jest ona specjalnie gładka, sprawia wrażenie charakternej, lecz kolor ma dość jasny, minimalnie rzeczywiście wpadający w czerwień. Zmieniono nieco wygląd małych tabliczek, co mnie trochę rozczarowało, bo tamten z napisem bardziej mi odpowiadał, jednak zaraz, a właściwie natychmiast, uniósł się bardzo przyjemny zapach, co zrekompensowało nieco rozczarowanie wyglądem. Kakao wydobyte dzięki odrobince wanilii było czuć już za sprawą zmysłu węchu... czy to oznacza, że zmysł smaku odbierze je jeszcze wyraźniej?

Zaczęłam łamanie na kostki, czemu towarzyszył donośny trzask, przywodzący na myśl łamanie gałązek, albo i odległy wystrzał. Jak ja dawno nie słyszałam tego dźwięku przy mlecznej czekoladzie!

Pierwsza malutka kosteczka powędrowała do moich ust, a tam, powoli, jakby ostrożnie, rozszedł się smak mleka i lekko owocowo-kwaśnego kakao. Odrobina surowej słodyczy była ich cieniem - nieodłączna, ale jednak pozostawała z tyłu. 
W miarę, jak czekolada, ociągając się, zaczęła się rozpuszczać, uderzyło to, jak szorstka i pylista właściwie jest. Surowa słodycz w końcu, po długim skradaniu się, niczym zabójca, zadała cios i głęboka, lekko orzechowa nuta cukru trzcinowego rozeszła się, w pełni pokazując swoje oblicze. Była to przełomowa chwila,. bowiem w tym momencie na wszystkie strony rozbryznęła się naturalna, mleczna tłustawość. Chodzi mi o takie mleko ze wsi, nie zaś odtłuszczone i poddane obróbce. Znalazło się tu miejsce również dla pewnej maślaności, która nadała odrobinę gładkości dla czekolady, co ułatwiło ją w odbiorze jako delikatniejszą i trochę utemperowaną. 
Gdy wydawało się, że została już ujarzmiona, z łańcuchów zerwała się wanilia. Najpierw subtelnie muskała kubki smakowe, żeby potem znaleźć drogę do całkiem silnego, teraz już gorzkawego, kakaowego smaku. Wraz z tym, jak wanilia przybierała na sile, oplatając swoimi więzami kakao, lekka kwaskowatość całkowicie zaniknęła. Cierpki smak kakao próbował przez moment się przebić, wraz z nim o swoją pozycję upomniała się sól, a właściwie jej odrobina. 
Kakao złączone w jedno z wanilią, wydobyło z tabliczki także bezwzględne, palone nuty, przywodzące na myśl wypalone pole po bitwie. 
Wtedy, pokornie, znów wyłoniła się słodycz, nieco silniejsza niż na samym początku, jednak dalej całkiem surowa, wsparta przez mleko, które wydało się być obserwatorem wydarzeń: ciągle niby obecne, jednak odległe i nie ingerujące w przepychanie się goryczki, kwaskowatości, słodyczy i słonego posmaku. 
Po zniknięciu ostatniej kostki w ustach pozostał tylko cierpki posmak, nierozłącznie z wanilią - silną, lecz będącą tylko dodatkiem, jeszcze bardziej wydobywającym smak samego kakao. Czekolada była dosadna, jeśli chodzi o wszystkie jej składniki, ale zarazem przyjemnie lekka i głęboka. 


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 8 zł (za 25 g)
kaloryczność: 601,8 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak i to większą tabliczkę

Skład: cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, ziarna kakaowe z Madagaskaru, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO, wanilia z Madagaskaru, sól z Madagaskaru

niedziela, 9 sierpnia 2015

Snickers Rockin' nut Road

Witamy pana Snickersa! Ciemna czekolada, migdały, marshmallow... E, Snickers, zjedz Snickersa, bo nie jesteś sobą! Zaraz, niee... dobrze czytam. Ciemna czekolada, karmel, migdały, marshmallow - to jest właśnie Snickers Rockin' nut Road. Zainteresował mnie ze względu na wygląd. Płytkie? No nie wiem. Kiedy tylko zobaczyłam czarne opakowanie Snickers'a z rysunkiem migdału, który od razu skojarzył mi się z piłką do footballu amerykańskiego, wiedziałam, że muszę mieć ten baton. 

Kupiłam, wrzuciłam do szuflady ze słodyczami, jednak w końcu nadszedł dzień, w którym zajęłam się typowo amerykańskim nic-nie-robieniem. Jak by tutaj tchnąć jeszcze więcej kiczowatej amerykańskońsci w ten dzień? A może by tak przy pomocy czegoś słodkiego?


Wyjęłam dawno już zapomnianego Snickers'a i otworzyłam opakowanie, które mnie tak urzekło.

Pierwszą i bardzo znaczącą różnicą od wersji klasycznej jest czekolada. W tym batonie spotykamy się z grubą warstwą tłustawej czekolady deserowej. W smaku jest bardzo słodka, jak jej mleczna siostra, ale tutaj dla odmiany czuć kakaowego kopa. Może nie jest najwyższych lotów, ale kupując batona, nie oczekuję, że czekolada będzie wykwintna, a po prostu smaczna i słodka. 
Pod nią ukrywa się ciągnący i straszliwie klejący karmel. Jest on słodki w śmietankowy sposób. Nie jest go za dużo, tak więc ilość cukru nie szokuje jakoś specjalnie. W tej karmelowej masie zatopione są migdały. Czy przy tym elemencie trzeba mówić coś więcej? Pyszne, chrupiące migdałowe migdały. A jakie mogłyby być? Bałam się, że będą jakieś zatęchłe, ale na szczęście nie. Dodały ciekawego efektu do pospolitego, batonikowego karmelu. Na sam koniec zostawiłam sobie rzecz najciekawszą, a mianowicie marshmallow, czyli typowo amerykańska pianka. Jest ona bardzo słodka, ma wręcz cukrowy posmak. W konsystencji niby zbita, jednak "niby" robi wielką różnicę. Ta warstwa jest zbita w sposób bardzo lekki. Jest to pianka i tyle. W smaku również - nie do pomylenia z niczym innym!

("smakowite" wgniecenie)

Całość jest słodka i dość zaklejająca, lecz zarazem dziwnie lekka i chrupiąca. Z kakaową nutą (co jest takie rzadko spotykane w batonach) jednocześnie! Przyznam, że narobiło mi to wszystko mały mętlik w głowie. Niby nic, co by mnie szczególnie zachwyciło, ale ciekawy produkt "na spróbowanie". Obeszłabym się bez niego, ale cieszę się, że spróbowałam. 

Snickers Rockin' nut Road zupełnie inny od klasyka w smaku i bardzo do niego podobny w formie. Według mnie nie jest ani lepszy, ani gorszy. Po prostu inny i ciekawy. 


ocena: 7/10
kupiłam: Coś słodkiego
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 461 kcal / 100 g, baton (49.9g) - 230 kcal
czy znów kupię: nie

sobota, 8 sierpnia 2015

Lindt Hello, My Name is Mango-Lassi mleczna z nadzieniem jogurtowym z mango

Są takie rodzaje czekolad, na które akurat muszę mieć ochotę. Weźmy jako przykład czekolady owocowe. Czasami nie ma bata, żebym jakąś chociaż tknęła. Innym razem wariuję na ich punkcie. Sama nie wiem od czego to zależy, ale przyjęłam to jako fakt oczywisty. 
Po prostu każda czekolada musi swoje przeleżeć w mojej szufladzie ze słodyczami, aż nadejdzie jej czas. 
Pewnego upalnego dnia zrobiłam sobie mango lassi na maślance (pomysł z bloga Izabeli)  i takim wariantem byłam po prostu oczarowana. Następnego dnia również było gorąco i intensywnie myślałam, co by tu "wziąć pod lupę". Wtedy jakoś pomyślałam, że właściwie mogłabym raz jeszcze zaserwować sobie mango lassi, jednak tym razem w trochę innym wydaniu.

Podeszłam do szuflady i wyjęłam z niej letnią limitkę z niemieckiego rynku Lindt Hello, My Name is Mango-Lassi, czyli czekoladę mleczną z jogurtowym nadzieniem z mango. 
Delikatnie otwierając tekturową "kopertę" już nie mogłam się doczekać. Z uroczego opakowania wyjęłam żółte sreberko, skrywające tabliczkę, która w ciągu kolejnych sekund znalazła się w moich rękach. Każda kostka ma urocze "grawery", które wydawały się krzyczeć: "zjedz mnie!". I od której by tu kostki zacząć? 

Pierwsza spora, a więc bogato nadziana, kostka wylądowała w moich ustach. 
Czekolada mleczna zaczęła się rozpuszczać kremowo z dozą delikatnej, przyjemnej, tłustawości. W pierwszym momencie wydała mi się nieco mniej słodka, od zwykłej mlecznej lindt'owskiej czekolady. Zarówno smak mleka, jak i kakao były wyraźnie wyczuwalne. Słodycz w końcu jednak także zaczęła się odzywać, ale wzbogacona o owocową, lekko kwaśną nutę. Było to jakby niedojrzałe mango. Wierzchnia warstwa rozpuszczała się dość długo, ze względu na solidną grubość, jednak od pewnego momentu czekoladowy smak był spychany na bok.

Pałeczkę przejęło nadzienie. Początkowo jego konsystencja wydała mi się podobna do czekolady, jednak po chwili zorientowałam się, że jest delikatnie proszkowate, albo nawet... z malutkimi, mikroskopijnymi wręcz, cząsteczkami. Tak samo było ze smakiem: w pierwszym momencie myślałam, że jest ono słodsze od czekolady, potem jednak kwaśny smak powoli rozszedł się w ustach. Był jogurtowy, lekko owocowy i orzeźwiający.

Kiedy jeszcze odrobina czekolady to wszystko podkreślała - było cudownie. Potem jednak, jej warstwa zniknęła, a doszedł cytrynowy kwasek, który wydał mi się jakiś dziwnie sztuczny. Nasilił się, a jogurtowe nuty i słodycz wraz z nim. W tym momencie zrobiło się dość dziwnie, bo było zarazem bardzo kwaśno i bardzo słodko.

Przy tych maciupeńkich drobinkach nasilał się naturalnie owocowy posmak. Był strasznie przytłumiony, jednak nie pozostawiał żadnych wątpliwości: to mango.

Gdy grudka nadzienia robiła się w ustach coraz mniejsza, wydało mi się ono, mało, że orzeźwiające, to w dodatku soczyste. Wyraźnie czułam, mimo, że był bardzo delikatny, posmak świeżego, lekko niedojrzałego mango. Nic dziwnego, skoro proszek z mango to jedynie 1 %.
Kiedy jadłam kostka po kostce, do głowy przyszły mi dwie rzeczy: ta czekolada jest świeżo-orzeźwiająca i naprawdę przyjemnie owocowa - chwilami, a chwilami sztucznawa, za słodka i za kwaśna jednocześnie. Przy każdej kostce miałam podobne uczucie. 
Nie ukrywam, że mnie rozczarowała. Nie na tyle jednak, bym mogła ją całkowicie zjechać. W zasadzie... była całkiem smaczna, ale od Lindt'a i w dodatku od nadzienia Mango-Lassi spodziewałam się o wiele więcej (a dokładniej lepszej jakości).


ocena: 7/10
kupiłam: specjalne zamówienie z Niemiec
cena: około 12 zł (nie jestem jednak pewna, gdyż płaciłam za kilka tabliczek)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

 Skład: cukier, masło kakaowe, mleko w proszku, olej palmowy, masa kakaowa, odtłuszczony jogurt w proszku (4%), laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, mango w proszku (1%), emulgator (lecytyna sojowa), naturalne aromaty, koncentrat soku cytryny, sól, aromat waniliowy, Rosenwasser (sok z róży? nie wiem, co to znaczy)