czwartek, 18 października 2018

Pacari Esmeraldas Ecuador 60 % ciemna z Ekwadoru

Czasem mam tak, że gdy jakaś setka okaże się za łagodna, nie taka, jak bym sobie życzyła, to wciąż poszukuję "kakaowych wrażeń", jakiegoś uderzenia / siekiery, a czasem... podłamana na duchu sięgam po coś lżejszego - czyżby z podświadomą nadzieją, że i mniejsza zawartość potrafi coś ciekawego pokazać (taka przekorność)? Drugi przypadek ma u mnie miejsce o wiele rzadziej, ale po Minka 100 % uznałam, że Pacari to nawet z pozornie lichą zawartością potrafi dać czadu (nie lubię tego zwrotu).
Z nadmorskiego regionu Esmeraldas (północno-wschodni Ekwador) pochodzi bardzo wiele czekolad z tamtego kraju, bo tamtejszy klimat wydaje się ponoć wręcz stworzony dla kakaowców, lecz czułam, że Pacari i tak wyjdzie wyjątkowo.

Pacari Esmeraldas 60 % to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru, z regionu Esmeraldas.

Po otwarciu uderzył bardzo intensywny zapach, będący słodkim połączeniem ziemi i rozgrzanych drzew z egzotycznym miksem owoców. Wśród nich znalazły się słodziuteńkie banany i nektarynki, ale także coś cytrusowego. Doszukałam się w tej kompozycji czegoś podfermentowanego, podpowiadającego wino (?) i tak ciepło-słodkiego (prażonego?) - coś miodowo-karmelowego.

Przy łamaniu dość jasna, ciepłobrązowa (prawie jak ciemne mleczne) tabliczka okazała się twarda i cudnie trzaskała, wydając dźwięk, jakby była... krucho-kryształkowa? W ustach z kolei rozpływała się powoli i niegładko. Zachowała kremowość, ale początkowo soczysta, z czasem zaczęła coraz bardziej przypominać gęsty, lekko scukrzony syrop lub miód.

Od pierwszego kęsa wydała mi się przede wszystkim słodziuteńka, ale jakże charakterna. Słodycz popędziła w miodowo-karmelowym, a więc szlachetnym kierunku, ale zaraz zaznaczyła się i jako bardziej soczyście-słodki smaczek.

Kompozycja zapłonęła za sprawą palono-suszonych smaków, przynoszących mnóstwo ciepła: w którego można się cudnie ogrzać (poczucie jak w przytulnym miejscu zimą przy kominku), ale i ciepła tropików.

W tym czasie roztaczał się także smak podfermentowany, ziemisty. Najpierw tylko lekko się zaznaczył, ale później zarysował smakowitą bazę. Owocowe nuty trochę się z nim zeszły, tworząc nie za słodkie, ale i nie wytrawne wino - bardzo aromatyczne, lekko kwiatowe?

Owocowe nuty wyraźniej rozeszły się dopiero po pewnej chwili. Najpierw były to pojedyncze, egzotyczno-rześkie iskierki błyskające za miodem, ale potem... Od miodu poszło skojarzenie z przesłodkimi, dojrzałymi, słodziuteńkimi bananami i nektarynkami - również dojrzałymi, ale nie tak zasładzającymi. Coś cytrusowatego świetnie łączyło te nuty z ziemistym konkretem. Miodowa i egzotycznie owocowa słodycz szalała niczym pożar nie do okiełznania, a ziemia... to ona wydawała się jeszcze dokładać do tego... może nie drewno, ale jakieś suszki (czułam jakby suszono-zawilgoconą roślinność, fusy? kakaowe nibsy?).

Końcówka robiła się bardziej gorzka, wytrawniej winno-ziemista, podfermentowana i fusiasta. Nuty te zlepiała smakowita, złożona słodycz.

Czekolada okazała się szokująco wyważona, ale... właśnie była przeciwieństwem stateczności. To szał przeogromnej słodyczy miodu, bananów, nektarynek i charakterności ziemistej bazy o zapędach winno-roślinnych. Prażoność nie za mocna, a jednak obecna... poczucie pozytywnego zasłodzenia, mnóstwo soczystości, a jednak wciąż na poczekaniu naturalnie przełamywane.
Wszystkie nuty wyszły w jak najbardziej moim stylu, tabliczka pokazała, że i słodka 60-tka może mieć pazurki... nie. Szpony.
Z Pacari o niższej zawartości od razu przypomniała mi się Pacari Manabi Ecuador 65 %, która również miała wiele owocowych nut, była słodka, a jednak z charakterem. Tamta jednak jakby bazowała na mango. Dwie były więc przecudowne, w nieco podobny, ale jednak inny sposób.


 ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od pacari.pl
cena: 16 zł (za 50g)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy znów kupię: może kiedyś

Skład: miazga kakaowa 54,70%, cukier trzcinowy 40,8%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,5%

środa, 17 października 2018

Ehrmann Grand Dessert Griess


Brzydzą mnie wszelkie gotowe kaszki i ryże na mleku - takie rzeczy to ja uwielbiam, ale... ugotować sobie na cieplutkim mleku samej i zjeść na ciepło, z nie za słodkimi dodatkami. Lubię jednak nowe rzeczy próbować i dopuszczam myśl, że coś, czego kiedyś nie cierpiałam, może zacząć mi smakować, jeśli trafię na dobre wykonanie. Sugerując się tym, jak zachwycił mnie Ehrmann Schoko Brownie - właśnie z dodatkiem kaszy manny - postanowiłam dać szansę innemu deserowi. Ten co prawda mógłby posłużyć za idealny przykład niemojego deseru (waniliowy budyń, zwykła bita śmietanka, "kubeczkowa kaszka"), ale byłam też ciekawa, co w Grand Dessert Grieß widzi Olga z livingonmyown (link do Jej recenzji) - owszem, nasze gusta są różne, ale najzwyklejsza ciekawość tym razem wygrała.

Ehrmann Grand Dessert Grieß to waniliowy deser mleczny z kaszą manną i bitą śmietanką

Po otwarciu trochę się zdziwiłam, bo poczułam smakowicie słodki zapach wanilii - bynajmniej nie sztucznej, choć rzeczywiście w towarzystwie... nie tyle aromatu, co budyniu waniliowego i niemal białoczekoladowej śmietanki. Fuzja bardzo, bardzo słodka, zalatująca cukro-miodem, ale taka... głębsza, a nie tylko cukrowa.

Proporcje deseru uważam za naprawdę trafione: i wierzchu, i dołu było dużo, ale były tak wyrównane, że nie miałam wrażenia, że śmietanka przytłacza budyń.

Śmietanka oprócz charakterystycznej tłustości pozostającej na ustach, mogła pochwalić się lekkością i przyjemnym napowietrzeniem.
Dół okazał się ponadprzeciętnie gęstym budyniem pełnym kaszy manny. Wydał mi się kremowy, jakby tylko zagęszczony miękkimi ziarenkami kaszy, a nie mający być czymś w stylu "kaszka na mleku".

Śmietanka w smaku wydała mi się słodsza, ale wyrazistsza niż w przypadku zwykłej białej śmietanki Ehrmanna. Ta była jakby... bardziej śmietankowo-waniliowa w kontekście... białoczekoladowym?

Dół również był bardzo, bardzo słodki, ale nie cukrowy. Od pierwszej chwili czułam waniliowy smak budyniu, o naturalnie waniliowych zapędach, które to poczucie nasilała mleczność... wyrazista i sowicie docukrzona. Po wanilii nadciągała fale cukru i... scukrzonego... Miodu?! Płynęły wraz z mlekiem, co stworzyło wrażenie mleka wymieszanego z miodem, że aż od niego gęstego. Drapiącego w gardle i zasładzającego, ale uroczego. Myślę, że też kasza manna się na ten urok przełożyła. Niewątpliwie nieco osłabiała poczucie przesłodzenia.

Deser zasładzał, ale nie zacukrzał, robił to w dobrym stylu. Nie smakował czystym cukrem, a i nie kojarzył się z kaszkami (bo to jednak wciąż budyń ze śmietanką?). To jakby... waniliowo-miodowo-białoczekoladowy deser - tak obrzydliwie głęboko słodki, że aż pyszny w tym swoim przesłodzeniu. Ledwo zjadłam cały, zasłodziłam się nim, ale to było takie zasłodzenie, które jeszcze kiedyś w przypływie cukrowego masochizmu chętnie sobie zafunduję. Aż jestem w szoku, naprawdę.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 1,79 zł
kaloryczność: 133 kcal / 100 g; porcja 190g - 253 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: mleko pełne, 20% śmietanka, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, 4% kasza manna, skrobia modyfikowana, substancje zagęszczające: karagen, guma guar, żelatyna wołowa, emulgator: E472b, aromat, barwnik: karoteny, sól

wtorek, 16 października 2018

Minka Dark Chocolate Ecuador Hacienda Guantupi 100 % ciemna z Ekwadoru

Przeważnie bardzo pozytywnie patrzę na lokalne marki, które pozyskują kakao, wyrabiają czekoladę w danym regionie - wiecie, wszystko na miejscu. Dzięki Basi i tabliczce, którą mi sprezentowała (bardzo, bardzo dziękuję!) miałam poznać kolejną taką ekwadorską markę - Minka. Jej nazwa pochodzi od hiszpańskiego słowa "minga", będącego określeniem pracy na rzecz zbiorowości, pewnie coś w stylu "rób coś dobrego dla ogółu, dla świata". Swoją etyczną pracą, dbałością o kakao, pracą z lokalnymi farmerami (w tym La Mana Cotopaxi Ecuador, od którego to stowarzyszenia zakupiono kakao do produkcji tej czekolady) oraz przestrzeganiem zasad sprawiedliwego handlu marka ta niewątpliwie poświadcza ideę czynami. A jakie odzwierciedlenie znalazło to w tabliczce, będącej dosłownie w stu procentach ekwadorskim smakiem?

Minka Dark Chocolate Ecuador Hacienda Guantupi 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Ekwadoru z plantacji Guantupi.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim zapach czarnej, wilgotnej ziemi i jakiś wrastających w nią, również zawilgoconych, korzeni, przy których raz i drugi jakby zawahała się, czy się pokazać maślana nutka. Wilgoć łączyła się z soczystością jakiś łagodniejszych, słodszych cytrusów (pomarańcze? mandarynki?). Całość trzymana była w ryzach przez paloną kawę, nadającą zapachowi ciepłego wydźwięku.

Również kolor tabliczki wydał mi się kawowy (jak mocno palone ziarna kawy), a jej trzask cieszył uszy głośnością i zdecydowaniem.
W ustach okazała się gładka i nieco oblepiająca, gdyż rozpływała się powoli, pozostawiając oleiste smugi. Pod koniec rozpływania się kęsa nadchodziło lekkie poczucie "podsuszenia", dzięki czemu jej tłustość mnie nie obrzydzała.

W pierwszej chwili po umieszczeniu kawałka w ustach poczułam smak łagodny, bo głównie maślany.
Już od początku gorzkość zaznaczała się wyraźniej jedynie chwilami (mimo że cały czas gdzieś się kręciła). Podrzuciła konkretną, ziemistą nutę, po czym na dłużej zmieniała się w niemal warzywne nuty. Pomyślałam tu o czymś gotowanym, zielonym... brukselka? jakieś strączkowe? A może zrobione na maśle? To były takie warzywno-orzechowe nuty.

Epizodycznie przypominał o sobie kwasek. Początkowo pojawiał się w parze z ziemią, ale potem przechodził na maślaną stronę. To go złagodziło i osnuło lekką słodyczą. Ta akurat była rześka - jak woń lekkich kwiatów lub... smaczek owoców. Słodko-kwaskowate pomarańcze i brzoskwinie wydawały się wymieszane z jakimś... śmietanowo-maślanym... jogurtem? kremem? W owoce nieco ingerował kwasek śmietany... tak jakby.

Maślaność, jej specyficzna neutralność (ani gorzkość, ani kwasek), po owocowym momencie wyszła niemal na prowadzenie. Ziemistość dopowiadała też korzenie, które z czasem za sprawą orzechów z oddali wyciągały też kawę. Ziemistość i palona kawa objęły ster na końcówce.

Jako posmak pozostała gorzkość ziemi i odważnie palonej kawy.

Ziemisto-kawowa gorzkość, sugestie warzywno-orzechowe i jednak lekka soczystość, kawowy posmak to udana kompozycja, acz niestety bardzo złagodzona masłem. Mi wydawała się wręcz nim wyciszona, a dodatkowo przemycało mgiełkę śmietany (a akurat nie lubię ani masła, ani śmietany).

Czekolada wyszła w zasadzie porządnie, a na pewno przystępnie. To chyba idealna tabliczka na rozpoczęcie przygody z setkami, bo była gorzka, trochę kwaskowata i słodkawa. Maślaność aż tak nie zaburzyła tych smaków i nut z nimi związanych, ale według mnie i tak było jej za dużo. O ile konsystencję mogłabym jeszcze wybaczyć, tak w smaku mi to przeszkadzało.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (dziękuję)
cena: -
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa

poniedziałek, 15 października 2018

Ursi Mon Dessert Double Coffee

Będąc w Auchan zauważyłam, że obecnie czekoladowe Grand Desserty Ehrmanna mają białe śmietanki. Ogólnie nie lubię bitej śmietanki, mogę ją jedynie tolerować, co w przypadku czekoladowego smaku jest bardziej możliwe. Biała to... no nie podchodzi mi. Dlatego czekoladowe Ursi wydało mi się atrakcyjne - śmietanka była czekoladowa. To mi zasugerowało, że to coś innego niż Ehrmann (ciągle się zastanawiałam, czy Ursi to np. nie ukryty Ehrmann dla Aldi). Kawowy Ehrmann niespecjalnie mi podszedł, ale że wśród takich produktach kawa to rzadkość, musiałam spróbować. Mimo że ostatnio doszłam do wniosku, że kawowe słodycze mi nie leżą, bo zawsze są za mało kawowe... Gdzie tu logika? Nie wykryto.

Ursi Mon Dessert Double Coffee to mleczny deser o smaku kawowym z bitą śmietanką o smaku kawy, produkowany dla Aldi.
Opakowanie zawiera 175 g.

Po otwarciu poczułam delikatny, przyjemnie słodki zapach. Było to pomieszanie mlecznej kawy, mleczno-śmietankowej toni i czegoś słodziutkiego jak jakieś nugato-toffi.

Proporcje deseru uważam za świetnie dobrane, bo wyrównane - obu warstw dali dużo, ale przy ich smaku nie miałam poczucia, że jedno zbytnio dominuje nad drugim.

Śmietanka oczywiście była tłusta, jednak w sposób charakterystyczny dla bitej śmietanki, przy czym zachowała też pewną lekkość napowietrzonego mousse'u.
Budyń był tak gęsty, że postawiona w nim łyżka stała. Nie miał w sobie nic ze śliskiego gluta; cieszył głładkością i pozbawiony był proszkowości. Jego tłustość wydała mi się pełnomleczna (a więc taka, jaka mi odpowiada - ta bardziej śmietankowa raczej mi przeszkadza).

W smaku śmietanka raczyła przede wszystkim "słodziuteńkością" śmietanki słodkiej w niemal toffi-orzechowym kontekście, ale i kawą. Prawda, że mleczną, ale i z sugestią goryczki.

Budyń również był bardzo słodki i niezaprzeczalnie kawowy. Oczami wyobraźni zobaczyłam niezłą kawę rozpuszczalną z ogromem wyrazistego mleka. Nie brakowało w niej nugatowo-orzechowych nut odpowiedzialnych za słodycz. Było mi za słodko, ale nie tylko cukrowo. To cała paleta cukrowo-karmelowych cappuccino. Po całej fali słodyczy, pojawiała się i gorzkawość kawy.

To naprawdę smaczny, acz bardzo przesłodzony deser. Kawę czuć wyraźnie, ale taką wkomponowaną w mnóstwo innych nutek - słodkich, ale przyjemnych. O ile normalnie obecnie nie wypiłabym mlecznej, a już na pewno słodzonej kawy, tak taki deser wydał mi się spoko.
Bardzo podobała mi się jego konsystencja.
Wydał mi się lepszy od Ehrmanna Double Coffee (choć wciąż się zastanawiam, czy to nie przypadkiem on produkuje te desery dla Aldi) - może równie słodki i kawusiowy, ale pozbawiony posmaku aromatu, który mi nie leżał. A może Mon Dessert był po prostu słodszy, co zamaskowało ten posmak?


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 115 kcal / 100 g; kubeczek 175g - 201 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, śmietanka 20%, serwatka, cukier, skrobia modyfikowana, ekstrakt z kawy 0,3%, syrop cukru skarmelizowanego, karmel (syrop glukozowy, cukier, masło, woda, śmietanka, sól), kakao w proszku, syrop glukozowo-fruktorozwy, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna, aromat, emulgator E472b, sól, azot

niedziela, 14 października 2018

Deluxe Czekolada Mleczna 35 % z karmelem i solą


Kiedyś na widok czekolady z solonym karmelem aż świeciły mi się oczy, a ostatnio zorientowałam się, że obecnie takie kupuję strasznie rzadko. Jakoś nie widuję takich, które wyglądają na satysfakcjonujące. Lidlowej, wyprodukowanej w Hiszpanii nie wiadomo przez kogo, z jakiegoś pojedynczego rzutu, postanowiłam jednak dać szansę ("Ja tam bym z bezą wzięła" - bezcenny komentarz Mamy, mimo którego wyszłyśmy ze sklepu tylko z dzisiaj przedstawianą, bez wariantu z bezą i ciastkami).

Deluxe Czekolada Mleczna z karmelem i solą to czekolada mleczna o zawartości 35 % kakao z solonym karmelem i płatkami soli, wyprodukowana dla Lidla.
Tabliczka to aż 120 g.

Po otwarciu folii dobiegł mnie słodki, mleczno-karmelowy zapach, wzbogacony o odległe, "orzechowe" kakao. Był mocno, naprawdę mocno mleczny, przez co kojarzy mi się trochę z karmelowym mlekiem skondensowanym (moim wyobrażeniem o nim). Gdy wyjęłam tabliczkę o miedzianym przebłysku i zbliżyłam nos do jej spodu, poczułam wyraźnie palony karmel i sól.

Przy łamaniu gruba tabliczka nie trzaskała, była przyzwoicie twarda, ale i pewne poczucie miękkości temu towarzyszyło. Wtopiony w spód dodatek: spore kawałki karmelu i bardzo dużo płatko-kryształki soli, których nie pożałowano, trzymał się mocno.
W ustach sprawiała wrażenie nie do końca gładkiej,  rozpływała się łatwo, tłustawo i kremowo, powoli odsłaniając karmel o chrzęszcząco-chrupiącej strukturze. Jego kawałki rozpływały się bardzo powoli, a z racji tego, jak mocno były wtopione, dopiero pod koniec rozpływania się kęsa zaczynałam przygodę z nimi. Karmel nie był twardy ani nie oblepiał zębów - wydał mi się bardzo przyjazny, taki przyjemnie trzeszczący. Okazało się, że sól to nie tylko widoczne gołym okiem kawały, ale i malutkie drobinki (+ sól kryjąca się w karmelu).
Najlepszym sposobem na jedzenie tej czekolady było położenie kawałka posypką na języku, a potem co i raz obracanie, bo to przełamywało trochę rozmywało słodycz.

W smaku sama czekolada smakowała głównie słodko. Od razu po zrobieniu kęsa zarysował się smakowicie słodki mlecznoczekoladowy smak, jednak słodycz bardzo szybko zaczęła rosnąć. Zrobiła się cukrowa i w połowie rozpływania się kęsa zadrapała w gardle, po czym... zaczęła słabnąć na rzecz bardzo wyrazistego, pełnego mleka. Wraz z drapaniem w gardle i mlekiem do akcji wkraczały też dodatki, więc nie był to czysty cukier, a ogólnie karmelowo-maślana kompozycja. Posypka wydobyła chyba też jakiś cień kakao.

Oczywiście sam karmel też swoje wyraźnie dopowiadał. Gdy najpierw go nie ruszałam, nie był aż taki mocny w smaku. Raczył słodko-maślanym smakiem delikatnego karmelu, może wręcz karmelowej krówki. Kawałki karmelu okazały się nie za mocno palone, właściwie przypominały słodkie, maślane karmelki, ale za to dość mocno posolone. Chwilami połączenie zahaczało o iluzję kwasku.
Zwłaszcza, gdy rozpływał się akurat większy kryształek soli. Ależ on przeszywał wszystko! Na chwilę - by potem pozwolić smakom popłynąć. Sam zaczął buszować gdzieś w tle, potem znowu takie mocniejsze ukłucie i znów odejście w czekoladową toń...

Kawałki, które w ustach zostały najdłużej, pozostawiały smak słonokarmelowo-krówkowy, słodki, przesłodzony, ale nie czysto cukrowy. Posmak samej czekolady uplasował się za nimi. Przypominało to słodkie, skondensowane mleko z cukrem o niewątpliwie czekoladowym smaku. Była to czekolada o cukrowo-karmelowych zapędach z dobrym, nie cukrowym, a słono-krówkowym karmelem i ogólnie zadowalającą ilością soli.

Całość wydała mi się naprawdę dobra - poniekąd zasładzająca, za co nie omieszkałam odjąć punktów, ale też tak jak trzeba słona i karmelowa.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 90,9% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, lecytyna: sojowa, słonecznikowa; aromat), karmel 8,3% (cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz palmowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, sól, lecytyna sojowa), płatki soli 0,8%

sobota, 13 października 2018

Ursi Mon Desser Double Choc

Podążając spożywczym szlakiem swego miasta, dość szybko zawędrowałam (zajechałam świetną komunikacją miejską - i piszę to bez ironii, jestem w niej zakochana) do Aldi. Boskie czekolady Chateau, a zwłaszcza biała kokosowa, jedne z naprawdę nielicznych chipsów, które mogę raz na rok zjeść (Feurich sól & ocet), inne porządne produkty, które zdarzało mi się zjeść u Taty = po prostu świątynia przystępnych cenowo i dobrych jakościowo marek własnych, a przynajmniej tak mi się trochę ten sklep zawsze widział. Mając słabość do niemieckiego Ehrmanna, pamiętając pyszne Desselle, postanowiłam spróbować także deseru z Aldi. Miałam tylko nadzieję, że w niczym nie będzie przypominał niesmacznych Polmleków (które obecnie stoją za produktami Twój Deser z Biedronki) i hańbiących Ehrmannach Twój Deser Premium (niestety w bardzo podobnych opakowaniach co Ursi).

Ursi Mon Desser Double Choc to mleczny deser o smaku czekoladowym z bitą śmietanką o smaku czekoladowym produkowany dla Aldi
Kubeczek zawiera 175 g.

Po otwarciu poczułam obłędnie czekoladowy zapach rysujący się na wyrazistej, mleczno-śmietankowej bazie.

Proporcje między śmietanką, a budyniem uważam za dobre, bo niczego nie pożałowano, a nie miałam poczucia, że "przez śmietankę to się chyba nigdy nie przedrę" (bo już ona smakowała czekoladowo).
Wierzch okazał się tłustą bitą śmietanką, która jednak zachowała lekkość napowietrzonego mousse'u. Zostawiała poczucie tłuszczu na ustach. Jej tłustość stała się bardziej przystępna za sprawą lekko pylistego efektu kakao, które pozostawało w ustach nawet z leciuteńką cierpkością.
Dół cechowała tłustość pełnego mleka, ale i lekka proszkowość kakao, dzięki czemu deser wyszedł przyjemnie, jak lubię. To nie jakiś śliski glut, a krem tak gęsty, że po przechyleniu trzymał się kubeczka.

W smaku już śmietanka przywitała mnie czekoladą. Mimo że sugestia kakao podpowiadała niepewnie ciemną (ciemnawą?) czekoladę, był to łagodny, ale wyrazisty smak raczej słodziutkiej i urokliwie mlecznej czekolady, które to poczucie nasilała sama śmietanka. Ona również nie pozostawała bierna - czuć było bitą śmietankę bez sztucznych posmaków. Wyszła słodko i intensywnie czekoladowo.

Dół również był bardzo intensywny i słodki. Mleczna baza nadała czekoladowości częściowo mlecznego charakteru, ale czułam w niej i trochę kakaowej wytrawności. Nie przeszkadzało to jednak słodyczy w zerwaniu się z łańcucha. Szalała w najlepsze, płynąc z czekolady mlecznej, niby-ciemnej, a chwilami nawet udając coś karmelowawego.

Deser wydał mi się połączeniem przepysznej czekoladowej śmietanki z Desselli produkowanej przez Ehrmanna i przesłodkiego puddingu Milka Mullera, wzbogaconego o lekką kakaową wytrawność prawie ciemnej czekolady. Przepyszny, acz tak słodki, że końcówkę jadłam na siłę. Mimo to uważam go za lepszy czekoladowy deser niż Ehrmann Chocolate - może i słodszy, ale i bardziej czekoladowy.


ocena: 9/10
kupiłam: Aldi
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 116 kcal / 100 g; kubeczek 175g - 203 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: odtłuszczone mleko, śmietanka 20%, serwatka, cukier, skrobia modyfikowana, 1,7% kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, 1% czekolada (cukier, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy) syrop glukozowo-fruktozowy, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna, emulgator E472b, aromat, azot

czwartek, 11 października 2018

Georgia Ramon Island Growers Saint Lucia Trinitario 77 % ciemna z Wyspy Świętej Łucji

Georgia Ramon jest jedną z tych marek, których nie pokochałam od razu, a zaczęłam bardzo, bardzo lubić dopiero z czasem. Ogólnie marki nie postrzegam jako wybitnej, ale sądzę, że ma propozycje i przekombinowane, niesmaczne, jak również przepyszne (bo ciemne bez kombinowania?). Po każdą kolejną ciemną sięgałam więc ze spokojem i jakąś taką pewnością, że czeka mnie coś interesująco-smakowitego.
Dziś przedstawiana była jeszcze o tyle bardziej interesująca od innych, że to edycja specjalna - do jej produkcji wykorzystano bowiem rzadkie kakao z państwa-wyspy Saint Lucia z Ameryki Środkowej, leżącego blisko Dominikany. Umożliwiła to współpraca z Hotel Chocolat - firmą, do której należy plantacja Rabot Estate i która sama zajmuje się czekoladą (choć z tego, co widziałam na stronie, to raczej czekoladkami).

Georgia Ramon Island Growers Saint Lucia Trinitario 77 % to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao trinitario z Wyspy Świętej Łucji (Saint Lucia).

Po otwarciu poczułam wyrazistą woń wiśni, która zawierała w sobie kwiatową lekkość, zwiewność. Kojarzyła mi się z orzeźwieniem, jakie niosą melony. Był to zapach słodki, chwilami wydawał się "ciężko słodki" i podchodzący pod mango, a chwilami wiśnia jednak upuszczała więcej kwasku sugerując niemal jakiś związek z limonką.
Oprócz silnych owoców, zapach uraczył mnie także gorzkawymi nutami takimi jak drzewa czy tektura. Były raczej zawilgocone, niż np. prażone.

Przy łamaniu ciemna, zdecydowanie ciepłobrązowa tabliczka ładnie trzaskała, ujawniając gładki przekrój. W ustach wydała mi się soczyście-wodnista jak melon, rozpływająca się gładko i leniwie, a więc powoli, ale bez większego oporu. Była dość tłusta, ale im bliżej końca, tym bardziej wysuszała i niemal ściągała w cierpko-taninowy (jak wino) sposób.

W smaku w pierwszej chwili poczułam jakby zespojone na stałe gorzkość i słodycz.
O ile na gorzkość od razu składało się wiele elementów, na początku rozpływania się kawałka słodycz była ewidentnie słodko-wytrawnym, lekko alkoholowym czekoladowym sosem / syropem.

Gorzkość niosła proste nuty drzew i migdałów / orzechów o ciepłym wydźwięku, lekko prażone, które z czasem zaczęły przeistaczać się w swoje coraz bardziej zawilgocone i odymione wersje. 

Pełna słodycz sosu czekoladowego wyciągała z oddali coraz więcej soczystych nut tak, że dość szybko stała się dojrzałymi, soczystymi wiśniami. Wiśnie te łączyły wszelkie nutki, coraz ciaśniej związując słodycz i goryczkę.

Chwilami pojawiała się lekka ziemistość albo raczej przyprawy... na pewno jakieś pikantniejsze, może niemal pieprzne. Gorzkość wraz z nimi zaczęła formować naprawdę mocny smakowy legion, jednak w połowie pojawiły się i lżejsze nuty. 
Najpierw nazwałam je kwiatami (jakieś drobne, dzikie / leśne), ale doszukałam się i niemal lukrecjowego chłodku. Przy ziemistych nutach sporadycznie wychylał się kwasek owoców - wiśni, ale i może limonki? Na pewno jeszcze jakiegoś całego czerwonoowocowego miksu.

Wszystko to, wraz z rosnącą cierpkością ułożyło się w końcu w smak czerwonego wina, które oddelegowało alkoholowy sos czekoladowy. Wciąż dominowały świeże wiśnie, ale wino również odgrywało ważną rolę.

Stateczna gorzkawość orzechów / migdałów i tekturo-drzew nie zniknęła ani na chwilę, mimo że na pewien czas oddaliła się. Pod koniec, po tych przyprawach, kiedy spośród nich został tylko pieprz, ośmielona alkoholem, podrzuciła jeszcze trochę prażonoorzechowo-migdałowych nut i sporo dymu (takiego papierosowo-papierowego?).

Po wszystkim pozostawał posmak wiśni, pylistego kakao i czerwonego wina, wraz z poczuciem suchości, przyprawienia i cierpkości.

Czekolada miała bardzo jednoznaczny smak i klimat (mokry mimo prażenia, suchości itp.). Wiśnie, czerwone wino i przyjemnie zaznaczona gorzko-odymiona (choć może mało głęboka) baza drzew, migdałów. Podobało mi się, że miałam wrażenie, że na jej słodycz składała się niemała ilość procentów. Czekolada wyszła więc dosadnie, choć nie była taką siekierą. Była przepyszna, bardzo "moja". Miała jednak coś w sobie, że do tych naj-naj za nic bym jej nie włączyła - struktura, "prostsze zapędy"?
Z zaskoczeniem odkryłam, że właściwie czułam w niej wiele nut wina Barbaresco, a więc tego, które wypisał producent w linijce "nuty".
Przypominała mi Michel Cluizel Los Ancones 67 % swoim alkoholowo-słodkim, zawilgoconym charakterem i wiśniowym smakiem (co może nie powinno dziwić z racji położenia geograficznego) - tylko że jakby z wyciętymi nutami, które mi w Cluizelu tak sobie podchodziły.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 23,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 10 października 2018

lody Mucci Caramel Love

Sama nie wiem dlaczego, ale myśląc o posiadanych lodach, akurat te uznałam za najciekawsze. Mimo że w sumie proste, połączenie lodów czekoladowych i karmelowych wydaje mi się rzadko spotykane. Tych jednoporcjowych nie jadam, więc o nich nie mówię, ale w pudłach (tych lepszych) to jakoś tak... takie to proste, że aż nikt na to nie wpadł?

Mucci Caramel Love to "lody czekoladowe i lody karmelowe z sosem karmelowym 12 % i kawałkami polewy kakaowej 4 %" produkowane dla Aldi przez R&R Ice Cream.
Pudło zawiera 500 ml.

Już sam zapach lodów uderzył karmelową słodyczą, ale odpowiednio mocno też śmietankowo-mlecznym wątkiem i wyraźnym kakao.

Lody były twarde, zwarte - bardzo gęste. Rozpływały się powoli (czekoladowa część wolniej niż jasna), właśnie tak gęsto, odpowiednio tłustawo jak na śmietankową bazę przystało, choć miękły nieco szybciej niż pozostałe lody z serii Aldiego. Na to przełożył się bowiem bardzo gęsty i ciągnący, ale jednak sos, przypominający może wręcz swego rodzaju gładki krem karmelowy (a nie np. zmrożoną grudę).

Pozytywnie zaskoczyły mnie również kawałki polewy kakaowej, które nie wyszły jak typowa czekolada w typowych lodach, a więc nie miały nic wspólnego z kamieniami bez smaku. W czekoladowej masie znalazłam ich naprawdę dużo. W pierwszej sekundzie wystraszyłam się więc ich twardości, ale po chwili kremowo-tłusto rozpływały się w ustach, coś między czekoladą w temp. pokojowej, a jak te kawałki fudge w Haagenach.

Proporcje wszystkiego wydały mi się wyrównane, a wielkość dodatków odpowiednia - czekoladowe kawałki miały wielkość małych paznokci, a sos znalazł się w lodach w postaci dużych skupisk-grudek, dzięki czemu nie zmieszał się z lodami (można to robić samemu, jak się chce). Hojnie rozmieszczono je w całym pudle, acz bez przesady (nie miałam wrażenia, że "za mało lodów w lodach").

Smak części karmelowej uderzał słodyczą jeszcze mocniej, niż robił to zapach, gdyż okazał się bardzo wyrazisty. Natychmiastowo zasładzający, ale ewidentnie słodkokarmelowy, a nie po prostu cukrowy. Nie wyszło to śmietankowo, a mlecznie (i słodko!).

Karmelowy sos oczywiście nakręcał słodycz. Zalepiał nią swoją ofiarę (mnie), wypełniał usta i nie dał się zagłuszyć innym częściom. Jego smak wyszedł jeszcze wyraziściej niż masy lodowej. Karmelowy do potęgi (nie toffi czy coś), podchodzący pod maślaną krówkę, ale głównie karmelowy, a więc słodko-słodki, bardzo, bardzo słodki, ale zarazem głęboki. Wydał mi się lekko palony i jakby robiący wycieczki ku słonawości.

Zasładzającemu karmelowemu duetowi przychodziła z pomocą druga część lodów - czekoladowa. Baza, a więc mocno kakaowe, nie za słodkie lody z wyrazistą śmietankową bazą wydały mi się takie same co w Brownie. Różniły się jedynie wtopionym dodatkiem. W tych znalazło się sporo kawałków "czekolady", która raczyła przyjemnie ciemnoczekoladowym, ale wciąż słodkim smakiem. Jej gorzkość świetnie zgrała się z lodami czekoladowymi, a po np. łyżeczce karmelowej części na zasadzie kontrastu wydawała się jeszcze bardziej gorzka.

Kakao w bardzo udany sposób przełamywało słodycz karmelu, nie zabijając smaku karmelu. Lody te całościowo wyszły bardzo słodko, w pewnym stopniu zasładzająco, ale to jakby zamierzone (bo porządnie karmelowe) zasłodzenie. Ciemna część niewątpliwie nadała im charakteru, kopniaka kakao (odskoczni od słodyczy).
Lody bardzo mi smakowały, właściwie nie mam im nic do zarzucenia, a mogę tylko chwalić za ciekawe i dobrze wykonane połączenie smaków.


ocena: 9/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 227 kcal / 100 ml
czy kupię znów: możliwe

Skład: śmietanka 29%, mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, żółtka jaj, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 3%, tłuszcz mleczny, mleko zagęszczone, tłuszcz kokosowy, lecytyna sojowa, stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar, karagen, pektyny), miazga kakaowa, sól, ekstrakt wanilii, naturalny aromat wanilii, naturalny aromat

wtorek, 9 października 2018

Milka Bubbly Alpine Milk mleczna napowietrzona

Moja Mama czasem również ma degustatorskie zapędy - jej "degustacje" jednak dotyczą słodyczy zwykłych, tanich i żadna z nas nie ma z tym problemu. W sumie... ze sobą ogólnie mamy mało problemów, np. która pierwsza będzie czytać najnowszą książkę Mroza wypożyczoną z biblioteki w liczbie sztuk: 1. Gdy w jednej bohaterka (Chyłka) z dystansem podchodziła do białej bąbelkowej Milki, Mama stwierdziła, że wyobraża sobie Chyłkę wyglądającą podobnie do mnie. Pewnego dnia, gdy już kończyłam wspomnianą książkę, Mama ze śmiechem przyniosła mi obiekt dzisiejszego posta. Wprawdzie nie biała, ale... taka do porównania z bąbelkowym wyrobem Nestle. Za namową i świeżo po lekturze przystałam na przygarnięcie pryszczatej bąbelkowej połówki cukrolady czekolady.


Milka Bubbly Alpine Milk to "czekolada mleczna w środku napowietrzona (59%), zawierająca 30 % kakao.
Taka tabliczka to 90 g.

Po otwarciu poczułam uroczy zapach mlecznych czekoladek / czekolad dla dzieci (kojarzący się z kinderkami), mleka wymieszanego z taką ilością cukru, że aż stało się gęste. Zdziwiłam się, gdy w tej przesłodzonej kompozycji doszukałam się ulotnego akcentu orzechów laskowych albo kremu z nich.

Czekolada nie była miękka, ale też nie trzaskała. Przy łamaniu okazała się krucha, a właściwie... kruszyło się jej bąbelkowe "nadzienie". Pokrywała je gruba warstwa czekolady.
W ustach czuć ten podział: czekolada rozpływała się w średnim tempie, zalepiając tłustą mazią usta, aż ujawniła środek - mniej tłusty, a bardziej szybkorozpuszczający się jak cukier i przyjemnie napowietrzony. Przypominał mousse, odrobinkę pykał, ale bez przesady. Przyznam, że to udana bąbelkowa struktura (mimo że ogół nie w moim guście).

W smaku już od pierwszego kęsa poczułam cukier. Napastliwy, ale połączony ze smakiem mleka. Przez moment wydało mi się to naprawdę dość mocno mleczne, jak czekoladki dla dzieci z mlecznym nadzieniem, ale dosłownie po paru sekundach cukier wygrał.

Przy bąbelkowej części poziom przesłodzenia przechodził wszelkie normy, ale przy stłumionym mleku pojawiał się orzechowy posmak. Sztuczny orzech laskowy i jeszcze jakiś posmak sprawiły, że kojarzyło się to trochę z jakimś... mousse'owatym deserem mlecznym na bazie cukru. Nie wydaje mi się, by była to tylko kwestia konsystencji - środek smakował nieco inaczej niż czekolada na wierzchu.

Cukier im bliżej końca, tym bardziej szalał w gardle. Gdy kęs już zniknął, w gardle dosłownie drapało, a w ustach pozostawał posmak cukru i sztuczności, plastiku.

Całość wyszła zaskakująco plebejsko przyjemnie i ciekawie. Dobrze wykonana jeśli chodzi o bąbelkową strukturę, więc można się w nią wciągnąć. W kwestii smaku... no Milkę chyba po prostu trzeba lubić, zacukrzone mleko wzbogacone o pewne posmaki - może i sztuczne, ale pewnym osobom mogą posmakować. Zacukrzenie... było nieprzyjemne, ale przy tej strukturze wydało mi się jakieś przystępniejsze. To naprawdę udana czekolada. Mama stwierdziła, że powinnam jej przyznać 8, ale... miałabym opory - 8-ki dostają tabliczki, które z przyjemnością zjadam sama w całości, tej... zjadłam pół - z przyjemnością (chwilami zaburzaną zbytnim zacukrzeniem), a potem zostałam z nieprzyjemnym posmakiem cukru.


ocena: 7,5/10
kupiłam: -
cena: -
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: w przypływie ochoty na zasłodzenie mogłabym kawałek zgarnąć

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych, emulgatory (lecytyna sojowa, E 476), aromat

-----------------
Aktualizacja z dnia: 08.08.2020
Dostałam paczkę od Olgi z Livingonmyown, w której znalazła się prawie cała Milka Bubbly dla Mamy. Postanowiłam sobie zgarnąć pasek do porównania, jak ona ma się do nie tak dawno jedzonej czystej, najzwyklejszej Alpine Milk (zaginam czasoprzestrzeń - jej recenzję opublikuję za parę miesięcy), przy której udało mi się nazwać "milkowy posmak". W dodatku zmieniły się wartości (nowa to o 1 kcal więcej w 100 g) - nieznacznie, że nawet składu nie ruszyły, ale jednak.
Pod względem zapachu i struktury zmian raczej nie wprowadzili. Mimo że to, co próbowałam leżało w lodówce, przeżyło podróż z Wrocławia do Krakowa, znowu trafiło do lodówki, następnie do mojej szafki w chłodnym miejscu i dopiero dnia kolejnego na talerzyk do degustacji, wszystko było z nią ok. Trochę bąbelkowała (pokusiłabym się o stwierdzenie, że minimalnie mniej, niż kiedyś, ale to można zwalić na warunki - w tym 30 stopni na polu), była tłusta i drapała cukrem już w nosie.
Przy jedzeniu tylko się utwierdziłam, że wierzch smakował minimalnie inaczej niż bąbelkowe wnętrze. Otóż to Milka-Milka, a więc przecukrzona, wyraźnie mleczna czekolada z plastikową naleciałością i nutą, którą sobie nazwałam: "orzechem z czymś sztucznym" (nie "sztucznym orzechem"). Środek dzięki napowietrzeniu wydawał się mniej słodki, a jednocześnie mniej tanio-plastikowy. Minimalnie, ale po spróbowaniu czystej Milki już wiedziałam, że Bubbly autentycznie prezentuje się lepiej.
Ocenę wystawiam siląc się na obiektywizm, bo... ogólnie bąbelkowe czekolady to nie moja bajka, takie mleczne też nie, ale... ta jest dobrze zrobiona, mimo że to i tak straszliwy zacukrzacz. Jak klasycznej (a trudno, zaspoileruję) wystawiłam 5/10, tak obecnie uważam, że w swojej kategorii Bubbly zasługuje na te 7/10. Tym razem nawet paskowi nie dałam rady, ale to po prostu nie ja jestem konsumentem docelowym. Mamie z kolei wciąż bardzo smakowała i wciąż upierała się, że czekolada powinna mieć 8.


ocena: 7/10
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

poniedziałek, 8 października 2018

Ehrmann Grand Dessert Chocolate

Gdy nagromadziłam kilka deserów do testowania, zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem nie idealizuje Desselli. Owszem, widziałam w niej i parę małych minusów, ale i tak nie mogłam znaleźć niczego podobnie smacznie-ciekawego. Postanowiłam w związku z tym wrócić do klasycznego czekoladowego deseru Ehrmanna, ale w sklepie trochę się zdziwiłam. Śmietanka, którą zobaczyłam, była biała. Od razu trochę zrzedła mi mina. Nie lubię bitej śmietanki (dobrą mogę jedynie tolerować), a to właśnie czekoladowa, dzięki smakowi, jakoś lepiej mi podchodziła.

Ehrmann Grand Dessert Chocolate to czekoladowy deser mleczny z bitą śmietanką.
W opakowaniu znajduje się 190 gramów.

Po otwarciu poczułam zapach mlecznej czekolady, na który składało się wyraziste mleko i śmietanka, oczywiście sama czekolada ale i pochodząca pod niemal toffi słodycz.

Bita śmietanka była zarówno lekka, bo mocno napowietrzona, bąbelkowa jak mousse, ale i specyficznie tłusta. Trochę tłuszczu na ustach bardzo mi przeszkadzało.
Budyń był bardzo gęsty, kremowy i tłustawy w mleczny sposób. Nie doszukałam się w nim nielubianej śliskości, a znalazłam przyjemną, leciutką proszkowość kakao.
Nie pożałowano żadnej z warstw - przekopując się przez śmietankę do czekoladowej części aż się trochę zirytowałam, bo zaczęła nudzić i męczyć (jakby miała się nigdy nie skończyć), ale to akurat w deserze ze śmietanką dla większości osób będzie plusem.

Śmietanka smakowała... Słodką bitą śmietanką właśnie, bez cienia chemii. Jej jakości nie mam nic do zarzucenia, mam problem z doborem jej smaku ("czystego" zamiast czekoladowego) do czekoladowego deseru.

Sam deser czekoladowy okazał się bardzo wyrazisty. To przede wszystkim czekolada mocno podbita pełnym, mleczno-śmietankowym smakiem. Przełożyło się to na poczucie błogiej mlecznoczekoladowości. Nie zabrakło też oczywiście silnej słodyczy. Miała wydźwięk niemal toffi. Słodziuteńkiego toffi, czekoladowo-słodziaśnego toffi, co dodatkowo wzmacniała słodka śmietanka.

Połączenie wyraziście śmietankowej śmietanki i uroczo słodkiego, mocno czekoladowego budyniu z silnie mleczną bazą wydało mi się nieco zbyt muląco-słodkie. Zdecydowanie wolałam czekoladową śmietankę Desselli, gdzie całość smakowała przede wszystkim obłędnie czekoladowo.

Całość była bardzo wyrazista i bardzo słodka. Zwykła śmietanka i mlecznoczekoladowy dół to klasyczne połączenie - smacznie wykonane, ale niestety bez tego czegoś.
Mnie osobiście w tym słodkim deserze ta czysta śmietanka aż trochę brzydziła, a całość nieźle podwyższyła mi poczucie zasłodzenia. To było jednak takie poniekąd pożądane zasłodzenie.

Deser wykonany jak trzeba i tyle. Bardziej niż z podwójnie z czekoladową Dessellą kojarzył mi się z przesłodką Milką Mullera (tylko że jako nieco rzadsza wersja ze śmietanką).


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 1,79 zł
kaloryczność: 124 kcal / 100 g; porcja 190g - 236 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, 20% śmietanka, serwatka, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, skrobia modyfikowana kukurydziana, 1% czekolada (cukier, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy), 1% kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje zagęszczające: karagen, guma guar; żelatyna, emulgator E472b, aromat