środa, 19 sierpnia 2020

wino Roccamena Primitivo Puglia

Nie lubię czasu świątecznego. Obojętne, o jakie święta chodzi (piszę to akurat w grudniu 2019). O ile właśnie zimowy, klimatyczny kicz, który wszedł do popkultury (lampki, choinki, elfy świętego Mikołaja) z przymrużeniem oka nawet lubię, mam swoje "zwyczaje na daną porę roku", tak Bożego Narodzenia nie obchodzę (bo jestem ateistką) i tylko irytuje mnie najpierw tłok i szaleństwo w sklepach, a potem to, że przez kilka dni wszystko pozamykane, "Faktów" itp. nie ma itd. Nie lubię mieć takiego przymusowego "wolnego". Mama ma to samo i zawsze jakoś tam staramy sobie to zamknięcie w domu umilić. Raz i drugi wzięło ją więc na zrobienie jak ja, czyli kupienie wina i wypicie go do oglądania (uprzednio racząc się - konkretnie w tym przypadku - moją masą makową z dodatkiem makaronu łazanki). Tym razem sama sobie jakieś wybrała, a ja sobie. Dzisiaj przedstawiane to te moje-moje. Czy trafiłam sobie z wyborem?

Niestety, część czytelników jestem zmuszona wyprosić, zostawiając w nieświadomości.
Wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Vignali Roccamena Primitivo Puglia IGT 2018 to włoskie wino czerwone półwytrawne z regionu Apulia (Puglia) ze szczepu Primitivo, zawierające 13 % alkoholu; z włoskiej winiarni Agricole Selvi.

Nawet po samym odkorkowaniu butelki, od początku, zapach był delikatny. Początkowo jawił się bardziej jako cierpko-owocowy. Po tym, jak trochę spędził w kieliszku, odbił w słodko-cierpkim kierunku. Kwaśność wydała mi się znikoma. W zapachu dominowały jeżyny, ale czułam też śliwkowe motywy i coś, co kojarzyło się z ciemnym miodem (gryczanym).

Kolor był jasny, czerwono-rubinowy wręcz. Struktura w kieliszku wydała mi się rzadkawa, ale nie wodnista. W trakcie picia również było rzadkie, ale właśnie już bardziej wodniste. Trochę soczyste, w zasadzie znośne.

W smaku na początku zaskoczyło dość kwaśnym smakiem niedojrzałych jeżyn. Te jednak błyskawicznie się osłodziły. Poczułam cierpko-goryczkowaty motyw jeżyn, ale już znacznie dojrzalszych, mieszający się z ciemnym, goryczkowatym miodem gryczanym. Na myśl przyszła mi ciemna czekolada, dalej ciemny miód, choć wciąż także właśnie kwaśność jeżyn dominowała.

Po kwaśniejszym początku owocowość odeszła na tył, jednak kwasek cały czas był obecny. Wszelkie nuty wiązała pewna taninowość i cierpkość, ale zwłaszcza bliżej końca robiło się bardziej słodko i mało wyraziście. Wydaje mi się, że zaplątała się tam jeszcze jakaś nuta przypraw - coś pieprznego. Pomyślałam też raczej nie tyle o obiecywanej przez szczep czekoladzie, co kwaskawych nibsach kakaowych.

Miód i czekolada, z dodatkiem owoców pozostały w posmaku, na który złożyła się znacząca słodycz i leciutka wytrawność wymienionych.

Całość, gdy o zapach chodzi, była zaskakująco owocowa. Wino wyszło raczej łagodnie i słodkawo, z zaznaczającym się owocowym kwaskiem, ale już bez mocniejszych, bardziej esencjonalnych tonów. Bardzo owocowe, słodkie z czasem, według mnie wyszło ubogo w charakter, choć całkiem niezłej taniny odmówić mu nie mogę. Dla mnie osobiście zbyt lekkie, niemal "zwiewno-wodniste".

Mocno owocowy nos, jeżynowo-miodowy smak z kwachem owoców w tle i bardzo słodki posmak... Ot, może być. Takie półwytrawne, ale można by się kłócić, czy nie półsłodkie. W sumie kwaskawe i jakby wypłukane z impetu.
Nie było w nim wiele głębi, ale na szczęście coś tam czuć. Mimo wszystko wydało mi się dość kwaśno-lekkie, a wolałabym jeszcze jakiś wytrawny konkret poczuć.
Mama spróbowała i powiedziała, że "kwaśne, ale nie złe; delikatne raczej, wodniste" - przy czym ona, w odróżnieniu ode mnie, nie lubi mocnych smaków i win wytrawnych. To ona je kończyła, dosładzając sobie. 


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 33,89 zł (za 750ml; promocja)
czy kupię znów: nie

wtorek, 18 sierpnia 2020

Georgia Ramon 70 % Kardamom / Cardamom Dominican Republic ciemna z Dominikany z kardamonem

Zimą 2019/20 przemierzając wzrokiem listę posiadanych czekolad, nie wiedziałam, czym się kierować. Pomyślałam, że może coś adekwatnego do pory roku? Nie goniły mnie daty, ale łypnęłam okiem na propozycje z najkrótszymi. Georgia Ramon z kardamonem? Trochę się jej bałam po GR 70 % Carolina Reaper Chili, mimo że lubię kardamon (właśnie chili też, ale bez przesady...). Planując jednak tę degustację, akurat miałam podwyższoną tolerancję na mocne smaki. I zupełnie przypadkiem stało się tak, że zjadłam ją dzień po Morinie z tego samego regionu (Morin Republique Dominicaine Yamasa Noir 63 %).
Na opakowaniu spostrzegawcze oko (huehue) dostrzeże napis: "Oko Caribe", co znaczy "eco-Caribe". Jest to nazwa dostawcy - ponoć diament pośród dostawców kakao z tego regionu.

Georgia Ramon 70 % Kardamom / Cardamom Dominican Republic to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z kardamonem.

Po otwarciu poczułam rześkość kwiatowo-pudrowej, lekko palono-kurzowej czekolady. Kardamon nie zdradzał swojej obecności. Kompozycja wydała mi się delikatna, przywiodła na myśl pudrowe lub palono-konfiturowe maliny i truskawki. Tę przetworową paloność podkreślały drzewa i orzechy, tworzące wyrazistą, gorzkawo-poważną bazę.

W dotyku raczej matowa tabliczka wydała mi się dość suchawa. Przy łamaniu odznaczała się twardością i głośnym trzaskiem. Ujawniła nieco ziarnisty przekrój. Przy sesji zdjęciowej dostrzegłam jedną drobinkę kardamonu, a podczas degustacji innej nie znalazłam.
W ustach czekolada rozpływała się powoli. Początkowo stawiała lekki opór, potem ulegała, opływając nieco wodniście. Wydawało się, że kawałek ma "rdzeń", który bardzo długo pozostaje zwarty, zbity. Nie była tłusta. Z czasem jakby się przełamała i upuściła nieco niezbyt gładkiej kremowości, trochę się lepiąc i maziając.

W smaku przy każdym kęsie zaczynało się od powolnego rozejścia się subtelnej, zwiewnej słodyczy. Do głowy przyszła mi soczyście-wodnista, świeża i bardzo słodka gruszka. Otulały ją kwiatowo-roślinne nuty. Skojarzyły mi się z jakimś... owocowym pudrem? Niczym jakieś pudrowe maliny i truskawki. W tle przemknęło coś jakby roślinnie-wegańskiego, może trochę papierowego i...

...jednocześnie wegańsko ostrawego? Jak np. sojowe / ryżowe danie (czy nawet one same) z chili, cynamonem i pieprzem? Pomyślałam o jakiejś kaszy, czymś gotowanym. Pikanteria przypraw nie przypominała jednak kardamonu zbyt jednoznacznie. Nie była też silna. Kardamon jedynie przewijał się gdzieniegdzie niepewnie.

Szybko zaznaczyła się również gorzkość orzechów i drzew. Te drugie... były raczej drewnem, może okurzonymi drewnianymi meblami. Orzechy... raczej mniej jednoznaczne, ale i jakieś zwietrzałe... włoskie? Na pewno gorzkie. Te nuty zawarły w sobie korzenność. Postawiłabym na mieszankę kardamonu, gałki muszkatołowej i jeszcze czegoś.
Pudrowość mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydobyła z tych tonów nugat z orzechów laskowych, tworząc z niego bazę. Pudrowa, lekko karmelowa zrobiła się słodycz, odgrywająca w tej kompozycji nadrzędną rolę.

Gorzkość rosła, pikanteria też, jednak ogólnie nie były to siekiery, a smaki wkomponowane w czekoladę. Nagle wyraźnie odnalazłam kardamon. Owocowo-słodki motyw zaskoczył na paloną konfiturę lub... syrop do... kawy? Gorzkość zrobiła się silniejsza i nagle kardamon przeciął inne nuty, przedostając się na pierwszy plan...

By po chwili utonąć w kwiatowo-gruszkowo-malinowej toni. Cierpkość i gorzkość zasugerowała owocowe czerwone wino. Tu może i uchwyciłam odrobinkę kwasku, ale dosłownie odrobinkę. Korzenność podkreśliła nieco nugat, a jej pikantno-gorzka część weszła w tę winność. Poczułam się, jakbym miała do czynienia ze słodkim i rozgrzewającym, soczystym grzańcem.

Po wszystkim został soczyście-ostry posmak przypraw w akompaniamencie drzew i roślinności. Orzechy dopuściły tu odrobinę słodko-kwaskawych owoców, ale też goryczki kardamonu. Ta weszła jakby w cały bukiet przypraw. Te zaś... osadziły się w pudrowo-słodkim, trochę kaszowym nugacie.

Całość okazała się zaskakująco delikatna i spokojna. Zszokowało mnie, jak słodko łagodnie wyszła, jej gorzkość zaś... tak obudowana, że w wydźwięku wydała mi się niemal niegorzka. A jednak była. Żadnej realnej kwasowości. Żadnego uderzenia. Smaki płynęły i przeplatały się z wolna. Z jednej strony miało to swój urok, podobało mi się, jak w przyprawowe nuty Dominikany wszedł kardamon, ale z drugiej... miałam wrażenie, jakby inne nuty czekolady przygłuszył. Ogólnie spodziewałabym się intensywniejszej smakowo bazy. Po wyrazistych czystych i mocnym chili w GR 70 % Carolina Reaper Chilli ta była przegięciem chyba w zbyt łagodną stronę. Smaczna, ale aż nudnawa.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 10 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kardamon 1 %

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

A. Morin Republique Dominicaine Yamasa Noir 63 % ciemna z Republiki Dominikany

Patrząc na listę posiadanych czekolad pomyślałam, że jest na niej tyle tabliczek nieznanych mi marek, że... Naszło mnie właśnie na coś znanego. I to dobrze, więc padło na Morina. Kolejnym kryterium była data, więc w sumie nic szczególnego. Dobrze, że Dominikana kojarzy mi się smacznie i spokojnie, z niczym konkretnym. Właśnie takiej szukałam.

A. Morin Republique Dominicaine Yamasa Noir 63 % to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao z Republiki Dominikany z prowincji Yamasa.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach orzechów i rodzynek w jasnym cieście, takim wypełnionym nimi po brzegi. Klimat był znacząco pieczono-palony. Dołożyły się do niego również palone drewno i suszkowate nuty... właśnie suszonych, ale ciemnych i miękkich, jakby nieco fermentujących owoców. Słodycz wydobywająca się z nich skojarzyła mi się z jakimiś syropami daktylowymi (wiem, że taki jest) / figowymi / rodzynkowymi (to tylko wyobrażenia, bo nie wiem, czy istnieją), podobnymi do miodu (tylko właśnie owocowymi).

Ciemna i matowa tabliczka była bardzo twarda. Ujawniała przekrój, który wyglądał na ziarnisty. Trzaskała głośno, w sposób pełny. Trochę się kruszyła.
W ustach zachowała swoją ziarnistość, acz była to ziarnistość wkomponowana w gęstą kremowość. Czekolada stawała się bowiem leniwie rozpływającym się kremo-budyniem, niegładkim, dość tłustawym i lepko-zapychająco-lepiącym. Miała w sobie coś, co kojarzyło się z nieco scukrzającym się miodem / syropem.

W smaku od początku uderzyła słodycz z wplecionym kwaskiem rodzynek. Były to trochę wręcz miodowe rodzynki, ale wciąż soczyście kwaśne. Do głowy przyszły mi sułtańskie (jasne), jumbo (jasne kwaskawe) - wielkie i jędrne ("królewskie"?), soczyste i... aż słodko-kwaskawo podfermentowane? Ogólnie pomyślałam o takowych owocach suszonych, jasnych na pewno (jasnych z zasady, acz "ściemniałych", sczerniałych?). Ciągle po głowie chodziły mi też jakieś syropy podobne do miodu, np. daktylowy. Ogólnie takie z owoców.

W tle rozchodziła się w tym czasie delikatna, stateczna gorzkość. W niej czułam przede wszystkim drewno palone i drzewa... palono-pieczone nuty wyciągnęły ciasto z zapachu. Było to ciasto jasne, słodkie, ale nie za mocno. Te same palone motywy sugerowały też karmel / coś karmelowego.

Ciasto... czy raczej jakiś inny twór. Z goryczką, ale też słodkie od jakiegoś lepkiego "miodowego" syropu lub samego miodu. Mniej więcej w połowie ją poczułam: chałwę. I to z bakaliami, a więc z suszonymi, kwaskawymi owocami i orzechami. Nie była to więc czysta słodycz.

Orzechy udanie przeplatały ze sobą słodycz i sporo drzewnych, bardziej pieczonych nut. Słodycz, która początkowo wydawała mi się podfermentowana także zaczęła się pod ich wpływem zmieniać.

Bliżej końca te podfermentowane rodzynki zmieniły się w... winogrona - no przecież! Nagle wszystko zalała nuta wina. Białe trochę kapnęło, ale gorzkawa baza podyktowała czerwone i już. Raczej słodkie, ale z lekką cierpkością, taniną. Orzechowe tło cechowała naturalna gorzkość. Pomyślałam o migdałach i orzechach włoskich. Wydało mi się, że i jakieś ciepłe przyprawy wychwyciłam. Chałwy z bakaliami nie byłam więc już taka pewna... może to bardziej jakaś bakaliowa masa... makowa? Chałwa korzenna?

W posmaku leciutkie orzechy skryły się za winem, które z kolei podsyciło lekki kwasek owoców. Wciąż tych suszonych, acz może z dodatkiem cytrusów. Cierpkość wina wymieszała się z taką typowo kakaową. Była to też cierpkość i kwasek... tworu z zasady lepiąco-słodkiego - miodu czy karmelu ale w wydaniu owocowym (stąd znów moje wyobrażenie o syropach). I wszystko to trochę stonowane jakby posmakiem pyłku kakao rodem z trufli.

Była zbyt owocowa na miód czy karmel, jednak to właśnie taki lepko-gęsto-syropowy wydźwięk miała jej słodycz. Suszone owoce jasne i słodkie, a jednak soczyste, podfermentowane, że w końcu aż zmieniające się w wino. Łagodna baza z drzew i orzechów tonowała słodycz, która niewątpliwie była wysoka. Nieprzesadzona jednak, gdyż nawet w chałwie było coś bardziej soczystego.

Bardzo mi smakowała, ponieważ mimo że słodka, to ta słodycz miała bardzo szlachetny charakter. Pewnie byłaby mi za mocna, gdyby nie to, że szalała na tak smakowitej, drzewno-orzechowej bazie. Zaskakująco głęboka w swej słodyczy, choć dla mnie właśnie za mało w niej było gorzkich nut. Kwasek dodający życia spoko, nie za dużo go, a właśnie więcej by nie pasowało.

Na myśl przyszła mi orzechowa, karmelowo-daktylowa i z kwaskiem Beskid Republika Dominikany 70 %. Była jednak wytrawniejsza, serowo-cytrusowa, strączkowa.
To znów orzechy i jasne pieczone rzeczy (tam wafelki, herbatniki) Pralusa, który proponował jednak zupełnie inne owoce - świeższe i jak to je nazywałam "wodniste" (gruszki, melony).
Orzechy i podfermentowane nuty rodem z Jakub Piątkowski Czekolada Republika Dominikany 67 % (tylko że JP to wędzone śliwki, Morin - wino).
Miodem i wiśniami w alkoholu smakowała Michel Cluizel Los Ancones 67 % Saint Dominque, jednak Cluizel to też kawa i przyprawy.
Wszystkie przytoczone były bardziej a to "przyprawione", a to np. kawowe czy owocowe, Morin zaś to zdecydowanie najsłodsza propozycja z tego regionu. Na pewno wynika to z zawartości kakao.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 16 sierpnia 2020

ciastka Hershey's Cookies ’n’ Creme Rounds

Lubię połączenie czerni i bieli, także w słodyczach. Mam w sobie dużo ze wzrokowca, przez co czasem mimo iż zdrowy rozsądek krzyczy, że coś nie ma u mnie szans, bardzo chcę to zjeść. Po Knoppersie Black and White nie było wątpliwości, że słodycze inne niż czekolada mnie nie cieszą i koniec kropka. Ale... gdy poczytałam, że dzisiaj opisywane ciastka mogą posmakować Mamie, powiedziałam jej o nich, a ona kupiła. Obecnie to chyba jej ulubiona forma słodyczy. A mnie poniekąd to cieszy, bo co ciekawsze, mogę spróbować, nic nie tracąc. A czy produkty Hershey's są ciekawe? Czy raczej przereklamowane? Średnio mnie to obchodzi. Ja znam głównie ich czekolady i... może Was zaskoczę, bo jestem zakochana w wyglądzie Cookies 'n' Creme. Niestety, bardzo źle wspominam jej smak. I nie chodzi tu o to, że mam problem z samą marką... Ok, nie przepadam za nią, ale np. Cookies 'n' Chocolate mi smakowała. Ciastka mogły więc wyjść... różnie. No, ale przynajmniej wyglądały ładnie, to spróbowałam. Skład sprawdziłam tuż przed i... gdyby nie to, że już nastawiłam się na nie psychicznie, chyba bym zrezygnowała, widząc, że krem jest na bazie cukru pudru (nienawidzę!).

Hershey's Cookies ’n’ Creme Rounds to kakaowe ciastka z kremem o smaku białej czekolady z warstwą z kawałków ciasteczek kakaowych oblane białą polewą śmietankową.

Po otwarciu i gdy zbliżyłam się do ciastek, zarejestrowałam mocny zapach cukru. Cukru pudru, zwykłego i śmietanki w proszku (pewnie też słodzonej). Poczułam dosłownie "biel", ale też słodko-ciasteczkowy zapach, przywodzący na myśl ciastka raczej jasne. Trochę było w tym mleczności, ale nie białej czekolady. Było to mdłe, nijakie w tej słodyczy, z cukrowym zaduchem.

Duże ciastka w dotyku odznaczały się tłustością i lekką proszkowością. Wydawało mi się, że już w rękach zaczną mi się rozpuszczać. Pozytywnie zaskoczyły mnie jednak tym, że współpracowały, to znaczy: trzymały się porządnie, wszystkie części do siebie pasowały, były integralne, ale nie stawiały oporu przed celowym podziałem na warstwy. Nie kruszyły się, nie rozpadały.
Dopiero przy wgryzaniu się trafiłam na miękkość.
Miejscami gruba, miejscami cienka warstwa polewy była bardzo tłusta, bardzo plastyczna, ale i mocno proszkowa. Rozpuszczała się szybko, ale dziwnie plastikowo-ulepkowato, nieprzyjemnie.
Krem wykazywał podobne cechy, ponieważ także prędko znikał, a jego tłustość aż zostawała na ustach. Wszystko jednak robił po swojemu. Zmieniał się na miękką gamołkę z margaryny, a następnie rozpuszczał się na wodnistą zawiesinę z drobinkami / kryształkami ciastek i cukru. Wydawał się przy tym lekki, puszysty jak... chmurkowy lukier. Tłusto-miękki, bezpiecznie pylisty, więc nie mam traumy, ale nie podobał mi się. Był dość dziwny.
Ciastko, o kształcie śmiesznego basenika (z przestrzenią na krem) dla kontrastu było konkretne. Odebrałam je jako twarde (świeże) i gęste. Chrupiące i rozpadające się na gęstą, grudkową masę ciasteczkową. Kawałki ciastek na wierzchu podobnie. Ciastka rzęziły od cukru, co było ich jedyną większą wadą.

W smaku sama polewa od początku mordowała cukrem, który jednak ewidentnie podszyty był śmietanką i tłuszczowością. Spod cukru nie czułam przynajmniej potencjalnych margaryn, prochów czy innych nieprzyjemnych rzeczy. Nie smakowała jednak śmietanką czy białą czekoladą, na pewno nie.

Podobnie krem - nie miał z nią wiele wspólnego. Smakował jak... lukier, cukier puder, acz o śmietankowym zabarwieniu. Natychmiast przyprawiał o drapanie w gardle. Gdy spróbowałam go osobno, w pierwszej chwili wydał mi się czystym cukrem. Potem dopiero właśnie zaskoczył na bardziej cukrowopudrowy, śmietankowo lukrowy tor. Pobrzmiewała mi w nich sztuczność i tłuszczowość, też jakby dziwnie sztuczna. Wydał mi się obrzydliwy.

Ciastko (jak i drobnica na wierzchu) z kolei, może przez palącą cukrowość, a może taki smak miało, wyszło neutralnie. Wypieczoność i  dziwną sodowość (sól?) czuć, ale to za mało, by przełamane zostało przecukrzenie. Kakao z kolei raczej nie czuć, co wywołało u mnie dziwny dysonans poznawczy. Raz po raz wyskakiwała z nich za to słodycz cukru.

Ciastkowe części, gdy tak się przez to przegryzłam, nie pomogły. Cukier, lukrowo-cukrowość, tłuszczowość i śmietanka wyszły zgranie, ale niestety tylko w tym, że zasładzały, zamulały i mdliły oraz drapały w gardle.

Całość w moim odczuciu wyszła obleśnie. Po prostu nienawidzę lukru, cukru pudru, a to je tu czuć; zaś w ciastkach brakowało mi kakao. Ciemne ciastka jawiłyby się jako wybawienie, ale... jakby nie miały właściwego smaku. Cieszy fakt, że nie waliły tandetą, taniochą, ale jako wysokich jakościowo ich nie postrzegam. Konwencja jest jednak ciekawa, więc przyznałam za nią dodatkowy punkt, a ocenę wystawiłam na chłodno, jakby odcinając się od tego, że nienawidzę lukru, po konsultacji z Mamą. Sięgnęłam po to z czystej ciekawości więc, wiadomo. Nie mogę zjechać za to, ze czegoś nie lubię... Gdy po połowie ciastka miałam odruch wymiotny, serce krzyczało "1/10", ale wiadomo. Żeby było śmieszniej, nawet Mamie niezbyt podeszły. Odebrała je lepiej ode mnie, ale narzekała na twarde i grube ciemne ciastko (choć gorzkości i ona nie czuła, ha! żeby nastawiła się negatywnie, wystarczyło jednak, że widziała ciemny kolor). Podsumowała: "no ja lubię lukier, ale chyba nie aż tyle i nie z takim ciemnym, twardym ciastkiem. Ale rzeczywiście, przynajmniej gorzkie nie było. No tylko dlaczego takie twarde? Takie twarde ciastko i tyle lukru?". Zjadła jednak wszystkie, po czym bez emocji uznała, że kiepskie.


 ocena: 2/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: chyba jakieś 3,50 zł na przecenie (za 96g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g; ciastko (16g) 84 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: krem o smaku białej czekolady 25% (cukier puder, olej słonecznikowy, tłuszcze roślinne w zmiennych proporcjach: palmowy, kokosowy; odtłuszczone mleko w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitole; słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat), biala polewa 25% (cukier, tłuszcz palmowy całkowicie utwardzony, serwatka w proszku, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat, aromaty), mąka pszenna, oleje roślinne: palmowy, rzepakowy; cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, kawałki ciasteczek 2% (mąka pszenna, oleje roślinne: palmowy, rzepakowy; cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowo-fruktozowy, substancja spulchniająca: węglany sodu; sól), syrop glukozowo-fruktozowy, substancja spulchniająca: węglany sodu; sól

sobota, 15 sierpnia 2020

Zotter Gingerbread ciemna 70 % z ciemnoczekoladowym nadzieniem z piernikiem z rumem, skórkami pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, miodem oraz orzechami włoskimi i laskowymi

Uwielbiam smak piernika i pierniczków, skojarzenia i wyobrażenia z nimi związane. Pierniki-ciastka jadłam jednak parę razy w życiu, a prawdziwy piernik-ciasto... chyba nawet nie (jedyny to bezcukrowy, bananowy z Cakestera, ale że to taki zdrowy i wręcz jak np. batony od Legal Cakes - w tym właśnie LC Piernikowy -  to raczej się nie liczy). Ich nuty w czekoladach jednak ubóstwiam jak mało które inne. Czekolady piernikowe? Jak udane, to jak najbardziej! Zotter Gingerbread tak mi smakowała, że uznałam, iż wrócę do niej na pewno. Nie stało się to jednak "za rok" jak napisałam w 2015 roku, a dopiero w 2019, kiedy to zmieniła się jej szata graficzna (i skład bardzo minimalnie). Wierzyłam, że za to rewelacyjny efekt się nie zmienił.


Zotter Gingerbread to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana ciemnoczekoladowym kremem z piernika z rumem, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, orzechami włoskimi i laskowymi, miodem oraz przyprawami korzennymi.

Gdy tylko otworzyłam papierek, poczułam przepiękny piernikowy zapach. To pełna moc imbiru, anyżu, goździków, cynamonu, pieprzu i całego korzenno-piernikowego bukietu. Oczami wyobraźni widziałam czekoladowy, mokry piernik nasączony alkoholem. Palona ciemna czekolada odegrała istotną rolę, trzymając nad wszystkim pieczę i dodając wykwintności. To jednak również pierniczki-ciasteczka. Ewidentnie czułam mączną ciasteczkowość dosłodzoną miodem.
Ten na dobre rozszedł się dopiero po przełamaniu, kiedy to z tabliczki dosłownie buchnął rum i... soczystość.

Twarda czekolada na wierzchu trzaskała, nadzienie zaś było bardzo plastyczne i maziste. Nieco się ciągnęło, lepiło i wyciskało spod czekolady, lecz nie mogę go nazwać zupełnie miękkim. Było w pewien sposób zacnie zagęszczone, kojarzyło mi się z mokrym zakalcem, pełnym widzianych gołym okiem przypraw.
W ustach czekolada rozpływała się idealnie kremowo, tłusto-gładko i powoli. Pozostawiała smugi na podniebieniu, a nadzienie... jakby nie mogąc się doczekać, wyciskało się spod niej.
Okazało się tłustsze i wilgotniejsze, dość soczyste. Mimo że plastyczne, wcale nie znikało zbyt szybko. Zachowało konkret. Miało w sobie pewną maślaną gładkość, ale daleko mu do gładkości. Wypełnione było po brzegi mnóstwem drobinek przypraw (kardamon, pieprz itp. jako kawalątki), czuć w nim nawet jakby ciasteczkowo-orzechową miazgę. Chwilami wydawało mi się nawet orzechowo-sprężyste i znacząco trzeszczące od świeżych wiórków kokosowych i marcepanowych wiórko-drobinek migdałów (tych bowiem nie poskąpiono). Lepiło się i zalepiało trochę podobnie do czekolady, bo ogólnie było w nim coś z czekolady... Jak wilgotny czekoladowy zakalec piernikowy!

W smaku sama czekolada to wyważona paloność: gorzka jak czarna kawa, z nutą chlebowo-piernikową, która to połączyła kawę ze słodyczą karmelu. Ewidentnie przesiąkła nadzieniem.

To przebijało się poprzez przyprawy i alkohol. Rum wyraźnie podkreślił powagę, otworzył drogę ostro-chłodnemu anyżowi i ostro-goryczkowatemu cynamonowi. Czułam mocny bukiet przypraw piernikowych, w tym na pewno pieprz, kardamon i inne goryczkowato-pikantne.
Świetnie wpisały się w opalaną gorzkość czekolady. Rum podkręcił ten motyw, po czym zrobił się ryzykownie mocny. Sam dodał trochę swojej goryczki, ale również wysoką, niemal cukrową słodycz.

Słodycz podłapały też inne elementy. Oto karmelowe tło puściło przodem miód. Dużo miodu. Takiego natychmiast aż lekko drapiącego w przyjemny sposób i mieszającego się z korzennymi przyprawami. Goździki, gałka cynamonowa, pieprz, chili, imbir... całe mnóstwo charakternych! Rysowały się na czekoladowo-maślanym tle.

Słodycz przełamała soczystość, która przełożyła się także na pewną lekkość. Zaczęła goryczkowato-słodka pomarańcza, a następnie popłynęło nieco więcej goryczki skórek cytrusowych i odrobinka kwasku. Mieszały się ze słodyczą owocu.

Wśród tego wszystkiego przewijał się ciasteczkowy smak. Oczami wyobraźni widziałam pszeniczno-korzenne ciasteczka-ludziki. Zrobiło się chlebowo-ciastowo i... marcepanowo. Jak nic, nagle zobaczyłam piernik z marcepanem i mnóstwem orzechów. Orzechy w drugiej połowie kęsa wyłoniły się odważniej. Spośród nich dominowały gorzkie włoskie. Poczułam kokosa, mieszającego się z ciastowością i soczystością. Była to taka... dość tłustawa soczystość, genialnie mieszająca się z rumem i miodem.

Pod koniec powróciła obłędna czekoladowość, wyraźnie ciemna, choć w towarzystwie masła, co z kolei przełożyło się na skojarzenie z zakalcem... piernikowym, rzecz jasna. Przyprawy wciąż rozbrzmiewały i rozgrzewały w najlepsze, w czym pomagał im rum i odrobinka soli. Miałam wrażenie, że także orzechy się nakręcają (choć wydawało się, że to niemożliwe): włoskie, laskowe, migdały. Ogólną wilgoć podkreślał marcepan z dość wyraźną, soczystą słodko-cierpką pomarańczą.

W posmaku pozostały nuty marcepanowo-piernikowe, bardziej orzechowe i kawowo-piernikowo czekoladowe. Wszystko to skąpane w mocnej słodyczy, ale z soczystością i pikanterią przypraw. Odważnie, ale bez przesady, zakropione alkoholem rozgrzewającym gardło wraz z ostrością i słodyczą.

Z perspektywy czasu trudno mi ocenić, czy odbiór był inny, niż był w przypadku wersji z 2015 roku. Że pewne przyprawy w składzie zmieniły kolejność, także tłuszcz kakaowy z mlekiem, to widzę, ale wydaje mi się, że wydźwięk taki sam.
Tak samo cudowny!
Zaczynając od wyrazistego smaku ciemnej czekolady, przez cały bukiet cudownie dobranych przypraw, które wyszły naprawdę korzennie pikantnie, charakternie, oraz poszczególne elementy jak orzechy, trochę cytrusów, kokos; po całościowy mocny smak piernika i pierniczków - miodzio! I właśnie, że także miód, że ogrom alkoholu... Wszystko się ułożyło, jak trzeba. Bardzo podobała mi się alkoholowość tej czekolady - silna, ale nie zagłuszająca, a podkreślająca.
Tak, to naprawdę dobry piernik w formie tabliczki czekolady, gdzie nie brak czekoladowości.


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 493 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić (za rok lub w kolejnych latach)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, piernik (12% mąka żytnia, cukier, skórka cytryny, skórka pomarańczy, syrop kukurydziany, jaja, miód, masło, mleko, orzechy laskowe, orzechy włoskie, cynamon, przyprawa do piernika, środek spulchniający: soda oczyszczona słodka papryka pimento, gałka muszkatołowa), tłuszcz kakaowy, mleko, rum, marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego) orzechy laskowe, syrop ryżowy, miód, mleko pełne w proszku, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, przyprawa do piernika (0,2%), sól, cynamon, sól, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, kardamon, anyż

piątek, 14 sierpnia 2020

Cote D'Or Noir Intense 70% ciemna

Przy Cote D'Or BIO Noir Trinitario 70 % wspominałam o dzisiaj prezentowanej czekoladzie i o tym, jak to się cieszyłam z możliwości takiego porównania. No cóż, po zjedzeniu tamtej, po przeczytaniu składu tej, już mi tak wesoło nie było. Życie. Zostałam tylko z nierozumieniem cen tej marki... To chyba przez to, że "sprowadzana".

Cote D'Or Noir Intense 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 %, produkowana przez Mondelez.

Po rozerwaniu sreberka poczułam trochę przearomatyzowany delikatny zapach naperfumowanego, jasnego biszkoptu. Daleko za nim zarysowały się spalone nuty - jeszcze nie spalenizna, ale blisko; chyba też trochę pyłkowe kakao (w kontekście czekoladowym). Po paru chwilach i w trakcie jedzenia odważyła się wyłonić owocowa nuta słodkich, konfiturowych i suszonych moreli.

W dotyku tabliczka wydawała się sucho-pylista, trochę ulepkowata, ale nie bardzo tłusta. Łamała się nie po liniach podziału. Z racji twardości, głośno trzaskała. Sprawiała przy tym wszystkim wrażenie suchej i pylistej. Robiąc kęsa z kolei trafiłam na kruchość. Tam, gdzie gryzłam, w przekroju skrzyły się kryształki cukru (czego zdjęcia nie oddają w pełni).
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, początkowo z lekkim oporem. Gdy jednak zaniechała go, miękła na trochę gumowo-zwarty, bardzo tłusty krem, który robił się coraz bardziej sucho-pylisty krem, przy czym aż wydawało się, że trzeszczałby (od kakao i nie do końca rozpuszczonego cukru), gdybym go gryzła. Mimo to, realnie wyszła dość gładko. Tłusta jak masło, trochę jak mięknący ciężko-gęsty biszkopt.

W smaku w pierwszej chwili poczułam cierpko-spalony wątek, w którym odnalazła się kawa. Kawa średnio wyrazista i... z dodanym pyłkowym kakao? Tak, bo kawa niosła bardzo delikatną gorzkość. Dołączyły do niej orzechy, a cierpkość i spalony akcent należały do kakao (jego bardzo prostego smaku). Szybko okazało się, że to nie ono tworzy bazę, jedynie dodaje coś do niej. Całkiem sporo wniosły orzechy, mieszające się z silnym podłożem, jakim była maślaność.

Od tych przypieczonych klimatów odchodziła słodycz. Przy niej mignęła mi perfumowość, trudna do określenia - ale zdecydowanie przesadzono z jakimś aromatem. Poczułam biszkopt ("takie coś ogólne, abstrakcyjne"), jasny, może orzechowy, może drożdżowy, ale... właśnie z nutą perfum. Słodycz szybko rosła. Okazała się intensywna i prosta, cukrowa. Zdecydowanie za silna i w dodatku dziwnie wyeksponowana. Wydawała się tworzyć bazę wraz z niemal mlecznymi, maślanymi tonami. Słodki, miękki, maślany biszkopt (ciasto; nie znam się na tym - to moje wyobrażenie) uginał się i... nasiąkał? Oczami wyobraźni zobaczyłam przesiąknięte owocami biszkopty (ciastka, jak w jaffa cakes).

W drugiej połowie rozpływania się kęsa odezwały się owoce. Morelowa, do bólu zasłodzona konfitura... zaczęła odnosić się do wcześniej wymienionych skojarzeń. Jakieś biszkopty z morelowym dżemikiem? Naaromatyzowane przesadnie, i... przypalone? Palono-kakaowe, suche nuty narzuciły owocom raczej suszoność. Pomyślałam o morelach suszonych, rodzynkach i jakiś pomarańczowych kandyzowanych, ponieważ cukrowa słodycz zdążyła jeszcze trochę wzrosnąć.

Cierpkość kakao cały czas o sobie przypominała, niestety owocowa nuta wpisała w nią perfumy. Nie udało jej się nadać tej czekoladzie charakteru, jakiejkolwiek szlachetności czy nawet po prostu wydźwięku ciemnej, przez mocną, mleczno-maślaną, może trochę drożdżową bazę.

Po wszystkim czułam lekkie przesłodzenie, takie po prostu zbyt chamskie, jak również pyłkową, stateczną gorzkawość kawy z cierpkim kakao oraz nutkę owocowo-biszkoptową z perfumami. Cierpkość pylistego kakao odtłuszczonego utrzymywała się chyba najdłużej.
Po zjedzeniu niecałej kostki na ustach z kolei pojawiło się nieprzyjemne otłuszczenie. Ogólnie czułam się nią zatłuszczona. A jednak nie była to taka potwora, by po kostce porzucić całkiem.

Od BIO bardzo się różniła! Otóż dzisiaj opisywana była po prostu prostsza i bardziej słodka w sposób charakterystyczny dla zbyt dużej ilości białego cukru, bardziej maślana. Delikatnie gorzkawa, może trochę kawowa, ale z wyczuwalnym prostym kakao. Jej owocowe nuty były delikatne (przy czym pojawiła się morela, wspólna dla obu) - BIO to o wiele więcej owoców i miód. W obu czułam perfumowość, ale zwykłą cechowała znacznie mocniejsza. Co więcej, Zwykła była tłustsza w każdym możliwym tego słowa znaczeniu, dla mnie już zdecydowanie zbyt tłusto-męcząca. Tłuszcz przykrył smak, przez co była też nudna. Wzięłam ją sobie na uczelnię, gdzie jestem o wiele mniej wymagająca w kwestii czekolady, bo mimo wielu wad, nie była taka zła. Ot, przeciętna czekolada z paroma fajniejszymi przebłyskami, a cena chyba... kakaowcowi spod liścia wyciągnięta.
Patrząc z kolei na skład... poczułam się oszukana i długo siedziałam z miną "WTF" i uniesionymi wysoko brwiami.
Może i smaczniejsza albo raczej zjadliwsza od Heidi 75%, ale biorąc pod uwagę ceny i składy, za nic oceny wyższej nie przyznam; gdyby kosztowała mniej (tak do 6 zł), 5 by miała bez trudu.


ocena: 4,5/10
kupiłam: Auchan
cena: 11,99 zł
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao w proszku, masło klarowane, lecytyna sojowa, aromat, odtłuszczone mleko w proszku

środa, 12 sierpnia 2020

Vosges 67 % Parmesan Walnut and Fig ciemna z serem parmezan, figami, orzechami włoskimi, pieprzem i solą

Pisząc wstęp do Milki Mmmax Strawberry Cheesecake narobiłam sobie smaka na czekoladę Zotter Cheese-Walnut-Grapes, która to dawno zniknęła z oferty. Zastąpiła ją wytrawniejsza Cheesy Chocolate. Na pocieszenie na dniach trafiła mi się jednak Domori Chacao 100 % o nutach m.in. sera żółtego, wina, fig i orzechów. Zdziwiła mnie tym samym o tyle bardziej, że niedługo wcześniej przyszła do mnie paczka od ciotki, na której adres zamówiłam czekolady Vosges, ich nową ciekawą serię... reprezentującą właśnie sery! Jako że miały ledwie cztery miesiące terminu ważności, postanowiłam się za nie zabrać czym prędzej. Bojąc się o świeżość i... po prostu z ciekawości, ze zwykłej ochoty postanowiłam zacząć od zapowiadającej się najsmaczniej, bo ciemnej z jednymi z dwóch ulubionych orzechów i jednymi z dwóch ulubionych suszonych owoców.

Vosges 67 % Cacao Parmesan Walnut and Fig to ciemna czekolada o zawartości 67 % kakao z dojrzewającym 24 miesiące włoskim serem Parmigiano Reggiano (parmezanem), suszonymi tureckimi figami, kalifornijskimi orzechami włoskimi, różowym indyjskim pieprzem Tellicherry i solą morską.

Zaraz po otwarciu dobiegł mnie mocno palony zapach kawy i serowej prawie "soczystości". Wyraźnie czułam gorzkawe orzechy, parmezan i wysoką słodycz karmelu, przy którym swoją obecność cichutko zdradziła sól. Miało to wytrawny wydźwięk. Po przełamaniu z kolei, wzrosła słodycz karmelu i fig.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłustawa, mimo dość matowego wyglądu.
Przy łamaniu elegancko, głośno trzaskała ujawniając ogrom rozmaitych, drobnych i całkiem sporych dodatków, co w pierwszej chwili nastawiło mnie trochę sceptycznie.
W ustach rozpływała się ochoczo, w tempie umiarkowanym, bardzo kremowo. Cechowała ją odpowiednia, gęsta tłustość, dzięki czemu zalepiała usta zupełnie. Sama baza wydawała się idealnie gładka.
Dodatki, które nie spiesząc się odsłaniała, były pierwszej świeżości. Wszystkie cudownie chrupiąco-soczyste. Mimo ilości, nie wyszedł zlepek-ulepek. Wolałam wszystkie rozgryzać bliżej końca i już na koniec, bo wtedy miały najzacniejszą strukturę i najwyrazistszy smak.
Okazało się wtedy, że orzechy włoskie były świeże, niemal soczyście-tłusto miękkawe. Wystąpiły raczej jako drobne kawałki. Wśród nich i reszty było trochę soli, ale w większości rozpuszczała się integralnie z czekoladą, co mi bardzo odpowiadało. Podkreślała też malutkie kawałki sera, które okazały się twardawo-jędrne, wręcz nieco sprężyste i suchawe zarazem. Fajnie zagrały z miękko-jędrnymi skórkami i strzelającymi pestkami fig. Te mnie zaskoczyły, bo to zaskakująco duże kawałki (niektóre nawet wielkości paznokcia) miękkich, suszonych owoców.

W smaku od samego początku dowodziły palone nuty. Mam tu na myśli głównie gorzką, czarną kawę, która okazała się smakiem wiodącym. To jednak również palono-orzechowy i delikatny, ni palony, ni suszony ziołowy motyw. Chodzi ogólnie o orzechy, jak również wyraźnie gorzkawe włoskie.

Palona była też nieprzesadzona, ale istotna słodycz. Odebrałam ją jako karmelową, porządnie wypaloną, ale i soczystą. To wszystko, z ziołowymi i piernikowymi nutami, splotła wanilia.

Obie, gorzkość i słodycz, szybko zostały podkreślone dodatkami, które pobrzmiewały, nawet jeszcze nierozgryzane.
Orzechy włoskie smakowały... sobą. Świeżymi i gorzkawymi, takimi ze skórkami.

Figi jako smak pojawiały się chwilami, nadając słodyczy szlachetnego, naturalnego wydźwięku i wychodząc jako one same niemal na pierwszy plan. Były zaskakująco wyraziste i słodziuteńkie. Kojarzyły się ze złocistym miodem. Mieszały się tym samym z karmelową słodyczą bazy. Ta przy figach zdawała się odchodzić na bok, a choć nakręcała słodycz i paloność, wprowadzała też sól. Te dodatki genialnie nadały wszystkiemu harmonii.

Sól, której nie było zbyt wiele, otworzyła z kolei drogę serowi, lecz na dobrą sprawę wyraźnie i "czysto" czuć go na końcu, przy pozostawionych kawałkach. Przygotowywała mu bazę tak, że wyszedł integralnie. Jego pieprzny charakter osnuł karmel, który mieszał się z pewną soczystością słodkich, suszonych fig. Wyraźnie czuć dojrzały, esencjonalny w smak ser żółty. Chyba nawet w ciemno wskazałabym, że to "jakiś parmezan" (mimo że lubię, to znawcą serów nie jestem). Wydał mi się ostrawy i słodkawo-soczysty jednocześnie.

Bliżej końca kawowa gorzkość czekolady w słodyczy podsyciła niemal soczyście-likierowy wątek, w który chętnie weszły "miodowe" figi i karmel. Pojawiła się przy tym wytrawna, lekka pieprzność. Kompozycja została podkreślona mocniejszą nutą, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam piernik. Orzechy włoskie również mu się podporządkowały.

Goryczka i cierpkość, wytrawniejszy smak wymieszał się ze szlachetną słodyczą, zostając razem z solą i odległym serem w posmaku. Czułam się też, jakbym zjadła słodki, kawowy piernik z dużą ilością orzechów włoskich i fig. Gdy akurat pozostał jakiś kawałek sera na koniec... czuć go przede wszystkim. Jako parmezan ewidentnie.

Czekolada trochę mnie zaskoczyła swoim dwuznacznym charakterem. Połączyła wytrawność i słodycz w taki sposób, że... wow! Ogrom niezwykle wyrazistych, zacnych suszonych fig (wyszły dosłownie tak, jakbym jadła je same!), widział mi się niemal miodowo, a do tego cała ta karmelowo-waniliowa słodycz bazy... dzięki orzechom włoskim (również zachwycająco wyrazistym i świeżym) oraz nutom kawy świetnie wpisały się w odległe skojarzenie z piernikiem, jak również w klimat sera parmezan. Jego może było niewiele, tak jak soli, jednak także te dodatki czuć (tylko pieprz w zasadzie się schował, ale nie to mi akurat odpowiadało - obstawiam, że stał za sugestią piernika). Wydaje mi się też, że cała tabliczka miała odwzorowywać jego smak tego sera (a nie tylko być tabliczką z serem). Udało się. Mnie kupiło też to, że w tym wszystkim nie zatraciła się zacna czekoladowość. Była głęboka, gorzka, choć również bardzo słodka.
Swoją drogą, nigdy nie jadłam czekolady tak bogatej w figi (Pacari czy Lindt mogą się schować) i orzechy włoskie.


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś z chęcią bym do niej wróciła

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna wanilii), orzechy włoskie, suszone figi, ser Parmesan (surowe mleko, podpuszczka, sól, enzymy), sól morska, pieprz Telicherry

wtorek, 11 sierpnia 2020

Auchan Biszkopty

Możecie mi wierzyć, że ta recenzja dziwi mnie jeszcze bardziej, niż Was. Pokrótce wyjaśnię, w czym rzecz. Otóż czasem w czekoladach czuję nuty... wydaje mi się, że czegoś tam. Są to jednak bardzo często wyobrażenia o danych produktach, bo np. realnie nie jadłam albo jadłam tak dawno, że można uznać, iż to się nie liczy. Będąc na zakupach z ojcem miałam mu wziąć jeszcze jakieś tanie biszkopty, więc wybrałam te ze względnie najlepszym składem (to, że on często je śmieciowo nie znaczy, że muszę się do tego jeszcze bardziej przyczyniać, prawda?). Co ciekawe, zaskoczyło mnie, że produkt tak "na oko dziadowski" wypada lepiej od np. popularnych Petitek, które oprócz mnóstwa cukru, mają jeszcze syrop glukozowo-fruktozowy.
I tu mi się przypomniało, jak to lata temu jeździłam po Polsce z ojcem (a to nad morze, a to w góry, a to do "wujków") i właśnie to, co kojarzę, to papieros co chwila i zapychanie gęby biszkoptami. Paradoksalnie uśmiechnęłam się na tamte czasy, mimo iż przeszkadza mi dym papierosowy (nienawidzę go!). Może właśnie wystarczyło mi, że się napatrzyłam na jedno i na drugie? Niemniej, palenie mnie odrzuca i brzydzi, biszkopty to ciastka, więc nie kręcą, ale... a, machnęłam ręką i akurat tych biszkoptów postanowiłam spróbować. Ot, tak dla jaj (hue hue, w końcu z jaj są, nie?).
Sprawdzając pewne fakty do recenzji ogarnęłam, że chyba za tymi biszkoptami stoi producent ciastek Delisana, ale gdy sprawdziłam skład biszkoptów spod tego szyldu, różni się.

Auchan Biszkopty to biszkopty, produkt marki Auchan. Na ich stronie znalazłam, że producent to Delicpol (od ciastek Delisana).

Po otwarciu paczki poczułam słodki, niemal cukrowy zapach jajecznych biszkoptów. Był prosty i zwyczajny, nie przerysowany, nie mdły. Całkiem przyjemny.

Na sucho biszkopty okazały się dość twarde, ale nie straszliwie suche. Nie kruszyły się jakoś mocno, a w ustach dość szybko wilgotniały, miękły i rozpływały się na zalepiającą masę.
W towarzystwie herbaty czy mleka już lepiej, bo nasiąkały bardzo chętnie, w sposób odpowiedni. To znaczy: nie wpadały do kubka, nie stawały się obleśnym, rozlazłym kapciem, a kapciem miękko-mokrym w pozytywnym sensie.

W smaku... okazały się łagodne. Jajeczno-słodkie, zdecydowanie bardzo słodkie, ale jednocześnie nie walące torbą cukru.

Trochę pszeniczne, smakowały przede wszystkim biszkoptem jajecznym. Nie były podrasowane niczym sztucznym. Nie czuć w nich niczego innego, niż można by się po biszkoptach jajecznych spodziewać.

Bardzo słodkie, dla mnie zdecydowanie za, acz kapciowiejąc, w towarzystwie czegoś do popicia wydawało się, że swoją słodycz powstrzymywały w ryzach.

Mimo że miałam dość po kęsie, twór to nie mój, nie moja słodycz, smak i struktura, ani też forma, tak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to bardzo bezpieczne, bazowe i przystępne biszkopty. Nie jakieś wymyślane, nie chemiczne, nawet nie bardziej cukrowe niż powinny być...
Plebejskie i w porządku. Wciągające i niestraszne, że spokojnie zjadłam sobie dwa (bo próbowałam na różne sposoby pod recenzję; a wiecie, że ciastka czasami po raptem kawałku sztuki porzucam).
Najpierw chciałam pozostawić bez oceny, bo... no trochę odrzuca mnie od tego jako od formy ogółem, ale jednocześnie te odznaczają się dobrą jakością i... gdybym czuła nutę czegoś takiego w czekoladzie, byłaby to mile widziana nuta. Wspinając się na wyżyny dziennikarskiego obiektywizmu... może im się nawet 7-8/10 należy? 


 ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 1,49 zł (za 120g)
kaloryczność: 378 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, pasteryzowana masa jajowa, woda, skrobia ziemniaczana, skrobia pszenna, emulgator: E471; glukoza, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat, sól, barwnik: karoteny

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Domori Chacao 100 % Cocoa Mass ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Przy Domori Chacao Milk 42 % wspomniałam, że oczywiście będzie cała seria. Postanowiłam zrobić przeskok, o tak o. Uznałam, że jeśli któraś ma mnie zachwycić wyjątkowo, na pewno nie będzie to żadna z tych dwóch. Setki na początku mojej przygody z czekoladami intrygowały mnie, jednak gdy poznałam ich specyfikę, uznałam, że dla mnie w czekoladzie musi być odrobinka cukru i tyle. A jednak ta ciężkość i w ogóle... Na takie coś miewam ochotę rzadko, choć miewam. A wtedy umiem należycie się z nich cieszyć i... Muszę przyznać, że bardzo to w sobie lubię - tę znajomość własnego gustu i organizmy. I właśnie: wiem, że setka Morina (Cote d'Ivoire Guemon Noir 100 %) z tego regionu niezbyt mi podeszła. Z setkami Domori mam jednak bardzo zacne doświadczenia... I w przypadku tej... nie wiedziałam, czego się spodziewać, ech.

Domori Chacao Bean-to-Bar 100 % Massa Di Cacao Bio / 100 % Organic Cocoa Mass to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao forastino z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Nieustannie zachwycają mnie sreberka tej serii - te miedziane mini mapy - ach!

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywny splot kwaskawej ziemi oraz drzew, migdałów, mniej jednoznacznych orzechów. Ostatnie wydały mi się aż lekko słonawe, co łączyło bazowe nuty z sugestią kwaskawego nabiału i... zaduchu a'la "skarpetkowo-żółty ser"? To jednak na tyłach, a w kwaśną ziemię niewątpliwie wsiąkała soczystość owoców: jabłek, żurawiny i wiśni. Może też lekko cierpki miód? Przez tę kumulację wyobraziłam sobie kostkę domino piernikową (taką z dżemem, marcepanem - nigdy tego nie jadłam, ale się często zimą widuje w sklepach). Tu wskazałabym dżemowo-suszone, kwaskawe jabłka.

Tabliczka wydawała się masywna i twarda, acz tłusta.
Przy łamaniu potwierdziła swój konkret, zdrowo trzaskając. Pomyślałam o grubych gałęziach na ognisko, łamanych o kolano.
W ustach rozpływała się powoli i dość dziwnie: niby opornie, ale bez realnego, wyraźnego oporu. Była przy tym ciężka w sposób nieco oleisty, jak... trochę podeschnięty, pylisty krem, który dopiero nasiąka... Nasiąka soczystością i ujawnia lepką tłustość. Czekolada miękła, lepiła się do podniebienia, a jednak cały czas pozostawała zwarta i trzymała formę. Odebrałam ją jako zamszową.

W smaku od pierwszej chwili poczułam wyrazistą ziemię, łączącą kwaśność, goryczkę i cierpkość. Było w tym coś smolistego. Czułam kwasek niemal mało spożywczy i kwaśną cierpkość. Taninę wręcz. Oto polało się wytrawne, czerwone wino. Zdawało się mieć nuty lżejszych piernikowych przypraw.

Niemal równocześnie posypały się świeże migdały i orzechy, niosące pewien zaduch. Ten z zapachu w smaku został zupełnie przemodelowany już w pierwszych sekundach nie w jakieś skarpeto-sery, a w masę makową. Raczej łagodną (bez przypraw korzennych), o niskiej słodyczy, ale jednak trochę miodową...

Miodową i z sokiem owoców, jak również samymi owocami. Kwaśność ziemi i wina nasączyły ją. Po paru chwilach wyraźnie czułam kwaśne wiśnie i suszoną żurawinę. Owoce nadały kwaśności nowego, bardziej spożywczego wydźwięku. Oczami wyobraźni znów zobaczyłam kostkę "piernikowe domino".

Do kwaśności zaczęła dołączać śmietana i coś innego... mniej jednoznacznego, ale kwaskawego (kefir? twaróg? prawie-prawie, ale nic konkretnego).
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja łagodniała, w zaduch masy wplótł się tłuszczowo-oleiście-nabiałowy motyw. W oddalili znów zamajaczył mi jakiś ser żółty.
Wszystkie te łagodniejsze nuty przywiodły lekką słodycz. Pomyślałam o suszonych jabłkach, jabłkach kompotowo-marmoladowych i suszonych figach... Myślałam też o czymś mdławo-słodkawym... kompotach? Kwaśnych kompotach i prawie wypranych ze smaku owocach z nich? Do wiśni dołączyły kompotowe truskawki. Bliżej końca zaczęły jednak przybierać na kwasku, kojarząc się z truskawkami liofilizowanymi.
Pod koniec do nabiału, serowości oraz delikatnej masy makowej i piernikowo-kostkowych tworów znów dołączyło wino i wiśnie, ale już łagodniejsze. Przypomniały o sobie rozmyte orzechy i migdały.

Posmak należał do tych ostatnich i do kwasku smoły, choć trochę też nabiału. Nabiał wydał mi się trudny do sprecyzowania, bo wrócił też ser żółty, ale nie był to tylko on. Suszono-kwaśne owoce też zarejestrowałam, zdecydowanie zakropione winem i muśnięte słodyczą naturalną i nieśmiałą.

Migdały i masę z jabłek czułam też w wersji mlecznej. Smakowo jednak w życiu nie powiedziałabym, że to ten sam region. Ale, ale! Struktura wykazywała podobną zamszowość - dziwna, ale charakterystyczna była.

Czekolada w zasadzie mi smakowała, ale trafiłam w niej na pewne zgrzyty, których muszę się trochę poczepiać. Po zapachu trudno stwierdzić, czy będzie pyszna, czy wręcz odwrotnie.
Niedookreślony nabiał średnio do mnie przemówił, acz połączenie sera żółtego i wina wydaje mi się niezmiernie ciekawe! Czy smaczne? Ser wychodził z pewnej tłuszczowości i to już było takie... dziwne. Nuta masy makowej niestety nie rozwinęła się tak, jak bym sobie życzyła. Podobało mi się jednak skojarzenie z tymi kostkami piernikowymi, jak również owoce, które czułam. Wiśnie, truskawki, jabłka... niestety nie w wydaniu takim, jakim lubię, bo kolejno: kwaśne, kompotowo-suszono-dżemowe.
Struktura niecodzienna, ale trochę męcząca.
Całość na tyle przystępna, taka w którą można się wciągnąć, przyzwyczaić do mankamentów, że zjadłam całą (prawie, bo jakieś 4-5 gramów wysłałam komuś :>), ale nie chciałabym do niej wrócić.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,88 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 636 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa

niedziela, 9 sierpnia 2020

Milka Mmmax Strawberry Cheesecake mleczna z nadzieniem o smaku sernika, herbatnikiem i nadzieniem truskawkowym

Nie ukrywam, że nie przepadam za Milką, ale nie wypieram się, że parę bardzo mi smakowało. Dużych sama sobie jednak za nic bym nie kupiła, choćbym nie wiem, jak pyszne miały być. Mam jednak to szczęście, że Mama wręcz kocha plebejskie, przeraźliwie słodkie słodycze, a jej ulubiona forma to ciastka i batony. Dobrze się więc złożyło, że większość dużych tablic popularnych marek takie właśnie przypomina - znalazły się w kręgu zainteresowań Mamy. Mogłam więc zgarnąć sobie porcję, jaka mi odpowiadała, nie wydając ani grosza! Cudnie. Nie wszystkie jednak nas ciekawiły. Ta na ten przykład o dziwo ciekawiła mnie nieco bardziej niż Mamę, bo ona bała się kwasku. Ja z kolei mam całkiem niezłe doświadczenie z sernikowymi czekoladami. Nie mówię już nawet o przepysznym Zotterze Cheese-Walnut-Grapes, czy niemieckich dawnych limitkach Lindta mit Liebe gemacht: Kasekuchen-Mandarine i Quark-Kirsch, ale też o Wedlu Cookie o smaku Cheesecake. Ok, gdy chodziło konkretnie o serniki truskawkowe (Lindt Hello... oraz First Nice), było już gorzej, a tej zdecydowanie bliżej do nich, ale... Nie skreślałam jej. Sernik zawsze bowiem był jednym z ciast, które lubiłam (mimo nieciastowej natury). Może nie owocowy, ale co tam.


Milka Mmmax Strawberry Cheesecake to mleczna czekolada z kremem o smaku sernika (35%,) herbatnikami (13%) i nadzieniem / żelem truskawkowym (11%).

Po otwarciu poczułam intensywny zapach przecukrzonego do granic możliwości sernika... serniczka, serniczusia. To niemal serkowy, twarożkowy sernik z czystym cukrem, wzbogacony o uroczo-słodziaśny motyw. W oddali dowąchałam się też sugestii homogenizowanego serka truskawkowego, zwłaszcza po przełamaniu, kiedy to też pojawiła się nutka ciasteczkowo-biszkopcikowa. Wszystko to było urocze, jak tylko można sobie wyobrazić.

Przy łamaniu tablica wydawała się konkretna i miękkawa zarazem. Wydawało się, że lada moment zacznie rozpuszczać się w dłoniach, wginać, ale... Słychać, jak się łamała. Sama czekolada leciuteńko pykała - to ciastko wydawało chrupnięcia. Krem, otaczający herbatnik z dwóch stron, wyglądał na dość zwarty, ale to tylko pozór.
Samo ciastko za to też takie zwarte nie było, bo łamało się idealnie po liniach, krusząc się bardzo. Twardości i konkretu jednak na pewno dodało.
Truskawkowy żel mieścił się na wierzchu, po środku każdej kostki, nieco się ciągnął i lepił. Nie było go zbyt wiele.
W ustach czekolada szybko miękła, rozpływając się z ochotą. Cechowała ją tłustość i gęstość.
Krem okazał się jeszcze tłustszy, ale w kontekście strasznie oleiście-śmietankowym. Był mięciuteńki i mazisty. Mieszał się jednak spójnie z szybko mięknącą i zalepiającą czekoladą.
Warstwy te zalepiały wspólnie.
Sos truskawkowy też zalepiał, ale znikał szybciej z racji tego, że mimo że jak na żelo-sos był gęsty, to jednak rzadszy od pozostałych warstw. Wydał mi się "przyjazny" (bez pestek, scukrzenia czy czegoś tego typu), choć mało soczysty, a gładki w sposób nie owocowy, a bardziej po prostu żelowy.
Ciastko z kolei to konkretny twór dość tłusty i dobrze wypieczony, chrupki i pełny.
W porę gryzione chrupało, pozostawione samo sobie, rozpływało się na gęstą, tłustą masę ciasteczkową z ciastkowymi płatami (?), więc w zasadzie i na koniec było, co chrupnąć. Przez proporcje zrównał się z resztą, uważam więc, że był za gruby (bo to jednak nie ciastko miało być główną atrakcją).
Przez układ warstw, dość spore znaczenie miało, jak umieściło się kawałek w ustach. Wolałam do góry spodem, a najlepiej w ogóle bokiem kęsa, bo wtedy ciastko miało więcej czasu, by się rozpłynąć, a żel szybciej wkraczał w smaku.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem, przy czym miało to specyficzny, uroczy posmak. Co więcej, nasiąkła motywem słodkiego ciasta.

To był sernik serkowo-serusiowy, bardzo słodki, cukrowy, ale wyraźnie śmietankowo-sernikowy. Trochę zaleciał mi margaryną.
Na próżno szukać w nim kwasku nabiału, zaraz za to wzrosła mleczność, a jednocześnie... cukrowa słodycz. Drapała w gardle.
Biały krem okazał się więc przede wszystkim słodki, ale autentycznie sernikowo-serkowy, ciastowy. Niestety, z czasem zaczął się wydawać również margarynowy i tłuszczowo-mdławy. Trochę, ale jednak.

Co więcej, był to konkretnie sernik na ciasteczkowo-biszkoptowym spodzie. Słodki biszkopcik również w tym kremie czułam. Skojarzenie to podkreśliło ciastko, które odzywało się niepytane niegryzione. Zrównało się ze smakiem pozostałych warstw, odciągało czasami uwagę od smaku truskawkowego sernika / serka.

W tym czasie dawało o sobie znać także nadzienie truskawkowe. Prezentowało słodziuteńką, dżemikową truskawkę, przy czym był to smak delikatny, nienapastliwy. Z jednej strony wplatało też kwasek, podpinający się pod biały krem. Podkreśliło więc skojarzenie z sernikiem. W całości jednak ten kwasek wydawał się niemal iluzoryczny (na pewno za to czułam go, gdy wydobyłam trochę żelu osobno). Żel smakował zaskakująco naturalną truskawką, ale jego słodycz i tak była przesadzona.

Ciastko w odniesieniu do tego wszystkiego wyszło mało słodko, ale także ono do słodyczy się dołożyło. Znacznie wyraźniej jednak czułam w nim porządne wypieczenie i smak maślano-margarynowych ciastek średniej jakości, które udawały biszkopty. Albo biszkopty, które wyszły jak ciastka maślane? Raz czy drugi nawet trochę słonawo zaleciało.

Wszystko łącząc się autentycznie odlegle przypominało sernik serniczek z maślanym ciastkiem i nutką truskawek. Czekolada cały czas również była obecna, nadając jeszcze bardziej dziecięcy kontekst.

Po zjedzeniu zostało zacukrzenie totalne (cukrowy pożar w gardle właściwie już po dwóch kostkach), ale też posmak mleka, śmietankowego serka i ciastka. Czułam sztuczność, bliżej nieokreśloną... ciastkowo-ciastową? Na pewno nie truskawkową, owoce wcale jakoś się rozmyły.

Zdziwiłam się, że całkiem-całkiem mi to smakowało, ale... po dwóch-trzech kostkach mogłabym skończyć. Zjadłam pasek, bo tyle przygotowałam na pierwsze podejście, ale... nie miałam ochoty na kolejne. Mimo to, zrobiłam je - wtedy nie podołałam już takiemu paskowi, bo takie zacukrzenie szybko mnie męczy / nudzi. Patrząc na cenę, formę i efekt, jakoś bardziej mi się to podoba niż Lindt.
Problemem tej tabliczki jest mordercza słodycz, a przez to mdły, nijaki smak. Cukier przykrył wszystko. Słodki krem... leciutko sernikowy. Słodki żel... leciutko truskawkowy. Ciastko jak ciastko, może być. Jeśli miało neutralizować słodycz... słabo mu szło. Może miało osłabić smaki? To poszło mu już lepiej. Najpiękniejszy to był zapach. Chciałabym, by czekolada smakowała, jak pachniała.
Planowana połowa (z nadwyżką) Mamy wróciła do niej, ja zaś ze swojej części dwa paski wysłałam Oldze z livingonmyown (zapraszam także na jej recenzję). Mama uwielbia serniki, ale słodycze sernikowe już mniej, więc jej entuzjazm ogromny nie był. Stwierdziła jednak, że czekolada smaczna, ale - nawet ona to powiedziała! - za słodka. Jedząc ją na przestrzeni dwóch-trzech dni, zmieniła nieco zdanie, dodając: "jednak coś w niej jest", "taka... ciekawa".


ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Tesco
cena: jak wyżej (ale chyba 11 zł zapłaciła za 300g)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, olej palmowy, mąka pszenna, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, koncentrat truskawkowy (1,5%), śmietankowy ser w proszku (1%), substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), lecytyny sojowe, koncentrat soku cytrynowego, odtłuszczony jogurt w proszku, pasta z orzechów laskowych, koncentrat soku z czarnej porzeczki, aromaty, sól, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu)