środa, 21 grudnia 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Funky Fluid Darkmilk Chocolate 60 % Indonesia Sumba Maple Syrup Vanilla Coconut ciemna mleczna z Sumby (Indonezji) z syropem klonowym, kokosem i wanilią

Choć obecnie ani mleczne, ani nawet ciemne z dodatkami, czekolady mnie nie interesują... Indonezja jako region kakao w połączeniu z twórczością marki Beskid, potrafi sprawić, że jednak uwagę na tę tabliczkę zwróciłam. To owoc współpracy z browarem Funky Fluid, na którego to trzecie urodziny czekoladnicy przygotowali tabliczkę z dodatkami, które były dodane do piwa, do którego z kolei ona była dodawana jako urodzinowy dodatek.
Poza tym, naszła mnie ochota na czekoladę z kokosem. Aczkolwiek, to kolejna wyspa (były Jawa i Bali), z której Beskid zrobił czekoladę i... cóż, przede wszystkim marzyła mi się ciemna z tej właśnie (wyspy Sumba), ale trudno. Ta musiała wystarczyć.

Beskid Chocolate Funky Fluid Darkmilk Chocolate 60% Indonesia Sumba Maple Syrup Vanilla Coconut to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z wyspy Sumba (Indonezja) z syropem klonowym, wanilią i prażonym kokosem, inspirowana piwem Funky Fluid.
Czas konszowania to 72 godziny.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim naturalne, pełne mleko i ogrom słodyczy, na którą złożył się palony karmel, syrop klonowy, wanilia i miód. Nadały mleku charakteru niemal słodziusiego, kojarzącego się z mleczkiem z tubki, skondensowanym etc. Może karmelowo-kajmakowym i otulającym orzechy? Orzechowość również czułam, kokosa niespecjalnie.

Tabliczka była masywna, acz już w dotyku kremowa. W dodatku jakby sugerowała, że w ustach może być lepka od wszystkich tych słodzideł. Choć twarda, nie trzaskała za głośno. Okazała się krucha. To pewnie za sprawą dodatku zmielonych wiórków kokosowych, które przebijały się na spodzie.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, trochę podtrzymując masywność. Kojarzyła mi się z pełnym, zagęszczonym mlekiem, mlekiem skondensowanym. Wyszła kremowo i niemal śliskawo-tłusto, gładko. Mimo tłustości, nie była zbyt gęsta, bo istotny okazał się w niej wodnisty element. Rozrzedzał ją od wewnątrz. To pewnie syrop klonowy, bo odebrałam to jako "dodatek lepkawej wody". Wypełniał ją dodatek chrupkawo-skrzypiącego kokosa w postaci przemielonych wiórków. Odciągał uwagę od tłustości, a na koniec zostawał jako dodatek do przegryzienia, który nie memłał się. Dodano go średnią ilość, nie za dużo. Szybko znikał.

W smaku pierwsza ruszyła słodycz syropu klonowego i wanilii. Zapowiedziały szlachetną kompozycję, a także wysoką słodycz.

Błyskawicznie podpłynęło pod nie naturalne, jakby prosto ze wsi, mleko.

W ciągu kolejnych sekund rozeszła się także gorzkość. Subtelna i również szlachetna, ale wyraźna. Pomyślałam o pieczonych orzechach i niemal "orzechowawym" kokosie; orzechu kokosowym.

Wtedy usta już zupełnie zalało mi mleko. Mleko naturalne i wyraziste, jakby prosto od krowy. Tłuste, naturalnie słodkawe i ocierające się o śmietankę. Wymieszało się na dobre z wanilią i syropem klonowym. 

Pomyślałam o skondensowanym mleku waniliowym, kajmaku... Palono-pieczona nutka i klon zaobfitowały w mnóstwo karmelu, jakby... karmelu zrobionego z miodu? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz skumulowała się tak, że mnie wydała się za wysoka i aż zadrapała w gardle.

Palone nutki ze słodyczy nieco się wymknęły. Mleko zaś wymieszało się z kokosem i miodem. Kompozycja zrobiła się częściowo kokosowo-mleczna jak mleczko kokosowe, a częściowo trzymała się konwencjonalnego, naturalnego mleka, posłodzonego miodem. Przeniosło mnie w wyobraźni na wieś. To też śmietanka oraz mleczność otulająca bardziej orzechowe nuty. Raz po raz, pod wpływem cierpkawego kakao, schyliło się w kierunku jakiegoś "innego mleka" (właśnie lekko cierpkawego koziego?). 

Kokos w samej czekoladzie podkreślał palono-gorzkawy, orzechowy motyw. Wyłaniający się podkreślił prażony aspekt i nieco przełamywał słodycz. Ujawnił się też lekko złudnie przypalony wątek syropu klonowego. Zaplątała się tam odrobinka drewna (wyobraziłam sobie złotą żywicę spływającą po drewnie jak miód, syrop klonowy etc.) i drewno owocowe (gdzieś w tle pojawiła się niemal nieuchwytna soczystość). Pod koniec zrobiło się poważniej.

Do tego wiórki pozostałe na koniec nieco złamały słodycz. Choć były delikatne, to ewidentnie je czuć. Podkreśliły prażono-palone nuty.

Posmak jednak i tak należał do "zasładzaczy", a więc głównie drapiącego miodu, palonego syropu klonowego, podrasowanego karmelem i wanilią. Wyszło to aż ciężko, ale... wszystko to było skąpane w mleku. Naturalnym, wiejskim, świeżutkim. I z nutką podprażonych wiórków kokosowych, które wpisały się w otoczenie. Czułam też lekko cierpkawe ciepło... jakby cynamonu cejlońskiego i kakao? 

Całość wyszła zacnie i ciekawie, bo to niecodziennie szlachetny mleczno-kokosowy zasładzacz. Jednocześnie... tyle tu było tej słodyczy i mleka, że efekt nie w moim stylu. Rozumiem jednak, że osoby lubiące wysoką słodycz, ale nie czysty cukier mogą być zachwycone. Mnie za mało tu gorzkości i charakteru w sensie kakao. Wydaje mi się jednak, że wszelkie te słodzidła akurat indonezyjską nutę miodu może i podkreśliły. Kokos stanowił tu rzeczywiście dodatek, bo nie było go za wiele, choć nie zagubił się.

Aż przypomniała mi się miodowo-śmietankowa, z lekko przypalonym wątkiem (acz w przypadku podlinkowanej był to "przypalony mak") Ruket Chocolate Indonesia Sumba 77 %. Wydaje mi się, że czuć nuty regionu, że poniekąd słodkie dodatki je podkreśliły, ale z drugiej strony... były tak intensywne, że w moim odczuciu kompozycja wyszła o wiele za słodko. Już przy drugiej kostce zaczęła mnie tym trochę męczyć, a po 1/3 tabliczki podziękowałam, bo było mi tak słodko i drapało w gardle, że dalej przyjemności już bym z jedzenia nie czuła.


ocena: 7/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 19,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 60%, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany, kokos, syrop klonowy, wanilia

wtorek, 20 grudnia 2022

(Halba) Coop Naturaplan 87 % Honduras Chocolat Noir bio ciemna z Hondurasu

Po wielu, wielu czekoladach otrzymanych od Halby, które okazały się kompletnie nie w moim typie, wreszcie przyszła pora na taką wyjątkowo w moim guście. Otóż uwielbiam nuty Hondurasu, a rzadko trafiam na czekolady stamtąd. Mało tego! Takie o satysfakcjonującej zawartości kakao wyższej niż 70 % to w ogóle jakieś białe kruki. O tak wysokiej jak tego dnia, w ogóle jeszcze nie jadłam.

(Halba) Coop Naturaplan 87 % Honduras Chocolat Noir bio to ciemna czekolada o zawartości 87 % kakao trinitario z Hondurasu.

Po otwarciu rozbrzmiała woń ziemi o szlachetnej cierpkości i soczystym charakterze. Odpowiadała też za gorzkość. Obok pojawiła się soczysta śliwka z nieco mroczniejszym charakterem mało słodkich powideł. Ogólnie jednak słodycz była wcale nie licha, a ewidentnie waniliowa. Owoce splotły ją jednak z kwaskiem i cierpkością. Oprócz śliwek czułam mnóstwo średnio dojrzałych jeżyn, czarnych, dość cierpkich winogron... Acz zarysowujących się na nieco łagodniejszym planie, stworzonym z pasty fistaszkowej o maślanej nucie... która to właśnie przejawiała lekką słodycz wanilii i z nią łączyła soczystość. Pod tym wszystkim, krył się jeszcze ciemny, wilgotny chleb na zakwasie z wyraźnym motywem sowicie przypieczonej skórki. Pełnił funkcję fundamentu (nie widać go, ale dom bez niego długo nie postoi; zdałam sobie z tego sprawę dopiero w trakcie degustacji).

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem. Była twarda w masywny, jakby pełny sposób. Przekrój ponadto sugerował ziarnistość.
Rozpływała się powoli, bardzo gęsto-kremowo. Okazała się maślano-tłusta i zbita, jak nieco suchsza miazga 100% z orzechów. Taka jednak, którą zaraz rozrzedzono dodatkiem np. rzadkiego dżemu owocowego. Po chwili bowiem wyciskała się zewsząd soczystość. Zaś sama zwarta baza zdradzała lekką ziarnistość i pylistość. Znikała już trochę bardziej rzadkawo, mniej tłusto. Do końca jednak wydawała się bardzo pełna, esencjonalna.

W smaku pierwsza rozeszła się gorzkość ziemi. Zaraz jednak ziemia nieco złagodniała. Wilgotna, czarna ziemia ujawniła soczystość i... lżejszy, ogródkowo-działkowy klimat.

Pojawiły się delikatne, słodkie migdały pozbawione skórek. Dołączyła do nich maślaność i jeszcze trochę chwilowo złagodziła kompozycję. Nagle wpisała się w miazgę zrobioną w 100% z fistaszków. Ruszyły fistaszki jako pasta o bardzo delikatnym charakterze. Taka naturalnie słodka, złudnie waniliowa... Czy na pewno złudnie? Wanilia nagle pokazała się bardzo wyraźnie, dosładzając całość. Pobrzmiewała potem w zasadzie cały czas - czasem naprawdę leciutko, ale jednak.

Z boku za to dotarły do niej kwaskawo-cierpkie przebłyski owoców, z jeżynami na prowadzeniu. Pomyślałam o takich o różnym stopniu dojrzałości. Jakbym jadła je w pełni sezonu, acz trafiała a to na mniej dojrzałe, a to na bardzo dojrzałe, średnio... 

Owoce wspięły się na wyżyny, zbliżając się do pierwszego planu, ale nie zagłuszając innych nut. Do jeżyn dołączyły powidła śliwkowe - słodkie, ale charakterne i kwaskawe. Wyraźnie palone. Do tego trochę ciemnych, niemal czarnych i cierpkich winogron, śliwki węgierki trochę soczystsze, a więc świeże i surowe.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podsyciła je soczysta cytryna, mieszająca się także z innymi kwaskami.

Paloność odnalazła się wtedy i w orzechowym wątku. Była jednak lekka. Najpierw w paście orzechowej wzbudziła lekką metaliczność, potem zasnuła ją cierpkawym dymem. Jakby pod jego osłoną, przywołała do siebie więcej ziemi. Znów zrobiło się gorzko, a ja czułam bardziej po prostu fistaszki, może trochę migdałów. Ziemistość wykazała się odwagą, a orzechowym kremom podszepnęła nutkę cierpkawego, surowego kakao w proszku. Jego specyficzny kwasek flirtował z cytryną.

Migdały zwróciły uwagę na chlebowy wątek w tle. Pomyślałam o wilgotnym, ciemnym żytnim chlebie na zakwasie. Wyobraziłam sobie jego kromkę z mocno przypieczoną skórką, posmarowaną masłem zwykłym (nie orzechowym) i ciemnym dżemem... Odrobinką dżemu/powideł, która jednak odważnie przypomniała też o słodyczy. Jego zakwasowość i wilgoć cudnie mieszały się z ziemią.

Właśnie do ziemi i zakwasu należał posmak. Było soczyście w ich obrębie, cierpkawo. Osłodziła je jednak wanilia, która na koniec wystrzeliła, pomagając sobie trochę łagodzącą wszystko nutą niemal maślanych kremów 100% z orzechów arachidowych; tych delikatnych, mało prażonych.

Całość bardzo mi smakowała. Ogrom ziemi, nuta ciemnego chleba na zakwasie, surowego kakao i charakterne, ciemne owoce przełożyły się na bardzo soczysty, wilgotny wątek, ale nie było bardzo owocowo czy rześko. Nawet dość ciężkawo - w pozytywnym sensie. Do tego pasta z fistaszków, migdały - zachwycające. Gorzko-kwaskawa, cierpka kompozycja okazała się jednak zaskakująco waniliowa. Może nie była bardzo słodka ogółem, ale jednak wolałabym nieco mniej tej wanilii (albo wcale), bo nie wydaje mi się, by to kakao jakoś szczególnie jej potrzebowało.

70% była intensywniejsza gdy chodzi o słodycz i gorzkość (oprócz ziemi była też kawowa), a dzisiaj prezentowana dosadniejsza w gorzkość i kwaśność. Nuty miały inne, bo słodycz podlinkowanej była waniliowo-karmelowa, a dzisiaj przedstawianej tylko waniliowa. Do tego "niższa, ale niekoniecznie", bo przez kontrastowe cierpko-kwaskawe motywy rzucała się na kubki smakowe. Bardzo ciekawie wyszła "zamiana" dymu i kawy 70 % na nuty surowego kakao 87%. I ta była też jakby bardziej maślana mimo wszystko, poziom charakterności / łagodności okazał się więc zbliżony. 


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 652 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, ziarna wanilii

niedziela, 18 grudnia 2022

Georgia Ramon Bali Jembrana KSS Cooperative Trinitario 75 % Dark Chocolate ciemna z Bali (Indonezji)

Nie ukrywam, że jogurtowa GR bardzo mnie rozczarowała, bo choć mogłam obstawiać, że w tego typu tabliczce i tak poczuję niedosyt kakao, to jednak myślałam, że markę stać na więcej. Stąd wyszłam z założenia, że złe wspomnienie dobrze będzie szybko zatrzeć czystą ciemną. Z dwóch posiadanych wybrałam teoretycznie zwyklejszą... Choć region pochodzenia kakao, czyli Bali, wcale według mnie do zwykłych nie należy. GR zakupiło je od kooperatywy KSS.

Georgia Ramon Bali Jembrana KSS Cooperative Trinitario 75% Dunkle Schokolade / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario (blend) z Bali (Indonezja), regionu (regencji) Jembrana.

Po otwarciu uderzyła mnie intensywna woń kwaśnej i świeżej wiśni, stykającej się z kwaskiem cytryny. Rozlewały się na orzechowo-drewnianym tle, przez które wyobraziłam sobie starą, grubą książkę oprawioną w skórę i leżącą na masywnym stole z drewna. Pojawiła się lekka pikanteria, którą przypisałabym przyprawom i... która wprowadzała lekką, pikantnawą, acz nie ostrą słodycz. Słodycz lekko drapiącą, lecz mimo to... zwiewną? Pomyślałam o kwiatach, a soczystość dopowiedziała delikatną gruszkę. Kwiaty łączyły rześkość-świeżość z przyprawami, bo żywe mieszały się z suszonymi.

Twarda tabliczka łamała się bardzo głośno, acz jej trzask przypominał raczej trzasko-pyknięcie.
W ustach utrzymywała przez pewien czas twardość, rozpływając się średnio długo. Była zbita, masywna, acz w końcu miękła. Wydała mi się zwarta, a do tego znacząco proszkowo-ziarnista. Nie była tłusta, ale sucha też nie. Lekko maślana, mazista, a z czasem też wysoce soczysta. Kiedy cecha ta mieszała się z szorstkością i wręcz piaszczystością, niestety przełożyło się to na przyspieszenie rozpuszczania. Znikała jednak jeszcze w miarę gęstawo.

W smaku pierwsza rozbłysła kwaśno-soczysta, świeża surowa wiśnia, po czym błyskawicznie przybrała na słodyczy. Pomyślałam o owocach idealnie dojrzałych w pełni sezonu, które zaraz zmieniły się w czereśnie. Czułam słodkie i charakterne czereśnie o niemal czarnym kolorze, twardym miąższu i ogromnym rozmiarze. Wystartowały porządnie, by w miarę degustacji nieco zelżeć, puścić przodem inne nuty.

W tle pojawiło się sporo kwiatów, coś łagodniejszego... i też słodkiego. To "coś" przyniosło książkę, trochę liści... Albo kwiatów bardziej suszonych. Choć w pierwszej chwili było to trudne do uchwycenia, potem zaklasyfikowałam to jako miodową maślaność orzechów.

Wzrosła gorzkość. Od subtelnej przeszła do siekierowej. Pomyślałam o czarnej ziemi, której zbierało się coraz więcej, acz tylko na moment. Oczami wyobraźni wróciłam do książki... starej i oprawionej w czarną skórę. To było aż w pewien sposób miękkie... Książka i ziemia wprowadziły drewno i orzechy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na zasadzie kontrastu na gorzkim tle zarysowały się świeże, surowe i młode orzechy. Takie tylko co zerwane i wyłuskane. Dominowały włoskie... pozbawione skórek? Dołączyły do nich migdały.

Słodycz cały czas miała się dobrze. Od kwiatów przeszła do miodu. Ten rozlał się po ustach, znalazł się (na szczęście nie osamotniony) na pierwszym planie. To miód ciemnawy, charakterny i nieco pikantniejszy. Czułam w nim kwiaty, a te zasugerowały aż jakąś kwiatową nalewkę miodową. Owocowa mgiełka w tle trochę odpuściła, ale... jakby próbowała zasugerować taką z czarnego bzu?

Orzechy o delikatnym charakterze, ale intensywnym smaku przemieszały się ze słodyczą. Migdały zrównały się z włoskimi... Po głowie zaczęły mi krążyć jakieś orzechowe, słodkie masy, zlepione miodem... Jak jakiś miodowy turron albo... Nugat! Zrobiło się bardzo nugatowo-miodowo. Niemal widziałam nugat przyozdobiony suszonymi kwiatami.

Suszone kwiaty przypomniały kompozycji o cierpkości. Znów błysnęła myśl o czarnym bzie, który umożliwił zdecydowany powrót wiśniom i czereśniom. Były bardzo słodkie, ale i charakterne. Tak rześkie, że aż chwilami egzotyczne? Pomyślałam o granacie, a wszystko jakby jeszcze próbowała podkreślić cytryna. Kwasek niby był, ale jednak nie udało mu się wydostać spod miodowo-nugatowej słodyczy. Ta, wraz z kwiatami, zgodziła się natomiast na delikatniejszy owoc, a mianowicie na gruszkę. Taką trochę kwaskawą. Mimo to, pod koniec miód aż zbliżył się do lekkiego drapania (acz przesłodzić na szczęście nie przesłodził).

W posmaku czułam kwiaty i właśnie gruszki w miodzie. Jakby tak zrobić z nich papkę-krem... i zestawić z ziemistą tonią, w której skryła się wiśnia. Czułam jej cierpkość, poważniejszą nutę, wzbogaconą o stare książki i skórę, ale wszystko to też wiązało się ze słodyczą. Ta zatoczyła krąg, bo z tych nut wyłuskała orzechy i zamknęła je w miodzie jako nugat.

Całość bardzo mi smakowała. Zaskoczył mnie jej wydźwięk i obrazowe, niecodzienne nuty. Wiśnie i czereśnie, orzechy włoskie i migdały jako miodowy nugat okazały się cudowne. Mimo ogromu miodu i kwiatów, nugatowości nie było za słodko, bo w kompozycji sporo znalazło się ziemi. Podobał mi się akcent książek i gruszkowa rześkość. Przełożyło się to na nuty owoców, a nie mocno owocową kompozycję. Mimo wysokiej słodyczy, było też cudownie gorzko.
Zmieniłabym jedynie strukturę, by była gęstsza, rozpływała się dłużej.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (cena półkowa za 50 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 17 grudnia 2022

J.D. Gross Czekolada Gorzka 60 % ciemna

Obecnie nie kupuję czekolad czystych poniżej 70%, nawet dobrych marek. Szkoda mi kasy na prawie sam cukier. I tak, piszę to właśnie we wstępie tej tabliczki. Mogłoby to być dziwne, gdyby nie... ludzki, albo raczej mechaniczny aspekt. Otóż na dobrą sprawę, jedną z czekolad, dzięki którym porządnie weszłam w odkrywanie smaku ciemnych, była wycofana już dawno Gross Amazonas 60%. Wiem, że teraz by mi już aż tak jak wtedy nie smakowała, jednak nie wątpię w jej jakość - wyróżniającą się pośród jej podobnych. Gdy w Lidlu trafiłam na rzekomą nowość, wróciły wspomnienia tamtej. Uznałam, że z ochotą sprawdzę, czy wróciła, czy Gross nadal trzyma jakość (wciąż wracam do tych 70%, jednak cieszą mnie coraz mniej - nie to, żeby czekolady bardzo się zepsuły, a tylko w jakimś stopniu, ale ja robię się jeszcze bardziej wymagająca). Może mało to rozsądne, ale uznałam, że podczas sesji egzaminacyjnej, gdyby mnie na coś bardziej słodszego naszło, mogła się sprawdzić. A i tak wzięłam się za nią jakiegoś bardziej nijakiego, "uczelnianego" dnia. 

J.D. Gross Czekolada Gorzka 60% to ciemna ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao; nowa wersja od 2021/22.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach, kojarzący się z drewnem i liśćmi, przesiąkniętymi jesienną wilgocią i zdradzającymi lekki kwasek. Ten mieszał się z cierpkością przypalonych ziaren kawy, acz kompozycja ogółem zbyt kawowo nie wyszła. Słodko natomiast, i to w ciężki sposób, owszem. Cukrem jednak nie waliła.

Lśniąca tabliczka wyglądała na tłustą, już w dotyku była kremowa. Okazała się średnio twarda i także średnio głośno trzaskająca. Przy odgryzaniu kęsa odebrałam ją jako wręcz miękkawą, jednak nie była miękka.
W ustach rozpływała się łatwo i bardzo tłusto-kremowo. Tempo utrzymywała średnie, jak na ciemną szybkie. Miękła, stając się gęstym, mazistym i jakby śmietankowym kremem, do którego dodano też sporo masła. Na koniec lekko pyliście ściągała.

Pierwsza w smaku uderzyła słodycz. Był to cukier wymieszany ze śmietanką, a więc nie tak chamski, a jednak i tak dość ciężki. Pomyślałam o mieszance pierników, w której znajdują się zarówno czekoladowe sztuki w lukrze, jak i czekoladowe, pokryte czekoladową / kakaową polewą o wysokiej cukrowości, ale też niemałej cierpkości.

Zaraz pojawiła się kakaowa bita śmietanka, której cukrowość nie odstępowała na krok. Pomyślałam o cukrze pudrze, jednak... cierpkość wciąż pobrzmiewała. Gorzkawość była z kolei bardzo delikatna i właśnie ugłaskana słodyczą. Przełożyła się na myśl o słodkościach podanych do kawy. Kawy ze śmietanką i również dosłodzoną.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukier szalał w najlepsze, drapał w gardle, a gorzkawość jeszcze bardziej łagodniała. Kawa z ogromem śmietanki wydała mi się aż tłusto-mdława, co zaprosiło maślaność. Kompozycja zrobiła się głównie maślana. Na zasadzie kontrastu uwypukliła to jeszcze leciuteńka cierpkość spalenizny. Poczułam nutę odtłuszczonego kakao w proszku, taką trochę tanią. Gorzkawość nie domagała.

Pomyślałam o jesiennych drzewach i zawilgoconych liściach, robiących aluzje do cierpkawego kwasku. Ten jednak nie był wyczuwalny realnie... to raczej właśnie obietnica (groźba?). Przemknęły, po czym jakby... zwilgotniały od cukru-lukru.

Pod koniec ciężkość cukru królowała w ustach, w gardle drapało, a cierpkość i goryczka pobrzmiewały jako nijako palona nuta. Pomyślałam tym razem o mocno maślanych piernikach, które zwilgotniały, nasączyły się cukrowym lukrem z wierzchu. Trochę śmietanki próbowało to tonować, ale tłusta baza sama wydała mi się aż tanio... metaliczna?

Po zjedzeniu został posmak cukru, odtłuszczonego kakao w proszku i trochę śmietanki. Na ustach czułam tłuszcz, a po nieco dłuższej chwili też pewien posmak i poczucie tłustości w ustach.

Całość mi nie podeszła. Okropnie przesłodzona, a jej jedyna gorzkawość wydawała mi się przypalona. Choć nie smakowało to tanio, to jednak też na tyle ubogo w nuty, a bogato w cukier i tłuszcz, że nie widzę sensu jedzenia czegoś takiego. J.D. Gross Amazonas 60 % także była bardzo słodka i śmietankowa, jednak w niej czułam więcej głębi i szlachetności kakao. Mam wrażenie, że do nowej idzie po prostu gorsze i np. więcej niż miazgi, to tłuszczu (o czym może świadczyć np. wyższa kaloryczność; poszukałam w internecie i wygląda na to, że w starej było 39,6g tłuszczu na 100g, a w nowej 41). Spadek jakości, szkoda. Jak dla mnie po zapoznaniu się z nią, czyli po 2 kostkach, zupełnie przeszła ochota na to, co oferuje.
Jednocześnie mam pełną świadomość tego, że zmieniły się moje oczekiwania odnośnie czekolad i tolerancja na słodycz. Czekolada nie jest więc "paskudna", czy coś, nie wydaje mi się, by spadek jakości był drastyczny (piszę to też na podstawie innych Grossów). Obecna prezentuje się dość zwyczajnie, bez "tego czegoś", a cenowo-składowo nawet korzystnie (tylko że mnie to nie wystarcza).


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 5,49 zł (za 125 g)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

piątek, 16 grudnia 2022

krem Primavika Active Orzechowe 100% Arachidowe

Jakoś na początku kwietnia podczas comiesięcznych zakupów z ojcem, jak zwykle ruszyłam w Auchanie do działu z kremami orzechowymi, by uzupełnić zapas (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %, jednak... sklep chyba zrobił sobie ze mnie prima aprilisowy żart, bo była tylko wersja Crunchy. Takich Mama nie uznaje, a te masła mają być dla nas obu. Wzięłam słoik, który najbardziej wpadł mi w oko: zawartość nie wyglądała ani na specjalnie lejąco-oleistą, ani nie była zbyt ciemna, co mogłoby sugerować za mocne prażenie. Uprzedzam wszelkie pytania: recenzja została napisana w połowie kwietnia 2022.

Primavika Active Orzechowe 100% Arachidowe to pasta / masło orzechowe / pasta 100 % z orzeszków arachidowych prażonych.

Po otwarciu poczułam pełną moc fistaszków, podprażonych średnio. Pojawiło się skojarzenie ze  smarowidłem typu amerykańskiego, a więc "typowym peanut butter", ale nie było osamotnione. Jakby podprażone, złudnie lekko słonawe fistaszki wymieszać z samymi, łagodniejszymi i bardziej surowymi.

Olej prawie się nie wydzielił i nie było co zlewać. Częściowo i tak je jednak przemieszałyśmy jako tako.
Ja spotkałam się więc z kremem gęstawym, prawie gęstym. Ciągnął się w zwięzły sposób. Daleko mu do rzadkości czy lania się. Nie był też zbyt oleisty.
W trakcie jedzenia oleistość nieco na jaw wyszła, ale wciąż pozostawała minimalna. Pasta w ustach dziwnie ani specjalnie nie gęstniała, ani nie rzedła. Pozostawała zwięzła. Zalepiała na chwilę, po czym rozpuszczała się, odsłaniając mnóstwo drobinko-kawałków orzeszków. Dała się poznać jako tłusta i masywna w pozytywnym sensie. Nie była gładka, a z wyczuwalnymi i widocznymi drobinkami, kawałkami do gryzienia. Nadały całości chrupkości. Urozmaicającymi całość do tego stopnia, że pasty nie zaklasyfikowałabym do "smooth" (ale jednak do "crunchy" też nie). To też na tyle istotne wypełnienie całej masy, że nie nazwałabym tego swoim "efektem miazgowości" (czyli wyczuwalnymi po prostu niedomielonymi drobinkami, które jednak nie wymagają porządnego gryzienia). Kawałki ogółem zdrowo chrupały i skrzypiały, bo były i bardziej miękkie, i twardsze; bez skórek.
Im bliżej dna, tym zawartość oczywiście gęstsza, choć nieznacznie.

W smaku od początku krem był intensywnie fistaszkowy. Witał się prażonymi fistaszkami, zahaczającymi o masło orzechowe typu amerykańskiego - prażono-słodkawe, tylko że bez soli, po czym nieco łagodniało.

Prażoność słabła, ale fistaszkowość nie. Dała się poznać jako łagodna i niemal maślana. Okazała się naturalnie słodka w szokująco wysokim stopniu. W połowie rozpływania się porcji w ustach, kiedy to już bardzo dużo drobinek wyległo na język niemal osobno od pasty, otarła się o słodziuteńkość. Baza punktowo, chwilami wydawała się niemal miodowa. Prażony aspekt jednak nie zniknął. Częściowo podkręcały go kawałeczki orzeszków.

Z czasem poczułam aż pewną oleistość, roślinność. Niektóre drobinki dodawały aż pewnej fasolkowości, wyłapałam bardziej surową nutkę. Tę otaczała kremowa, niewiarygodna słodycz.

Gdy baza zniknęła, a ja zaczęłam gryźć kawałki i drobinki, wróciło mocniejsze prażenie. Choć nie wszystkie wydawały się prażone tak samo mocno, to jednak kawałki były jakby wytrawniejsze i w porywach gorzkawe. Gorzko-przeprażone, gorzkawe po prostu, a niektóre delikatne i zwyczajnie fistaszkowe. Skórek nie uświadczyłam.

Po zniknięciu pasty z ust zaś arachidowość zaszczyciła mnie nieco mocniejszym prażeniem. Splotła je z maślano-oleistą słodyczą, znów - chyba przez kontrast - aż nienaturalnie słodziusią.

Pastę uważam za "może być". Ogólnie była średnio prażona, jednak zaplątało się w niej sporo za mocno wyprażonych orzeszków. I chyba ogółem gorszych sztuk, które poszły "na kawałki"? Gorzkawe wtrącenia mi tam przeszkadzały, bo w dodatku rozkręciły słodycz, że aż wydawała się nienaturalna. O ile zachwyca mnie naturalna słodycz np. pasty nerkowcowo-kokosowej Orzechowni o smaku Kokosowej Praliny, tak do fistaszków mi po prostu nie pasuje (słodycz i kontrastowa gorzkość nie współpracowały).
Podobnie taka struktura do mnie nie przemawia. Wolę, jak pasta jest albo gładka (choć z efektem "miazgowości"), albo ewidentnie chrupiąca, a więc z porządnymi kawałkami, a nie kawałko-drobinkami.
Krem odebrałam jako np. robioną nieco w pośpiechu (chodzi mi o te gorzkawe pstryczki, przeprażanie miejscowe) i słodszą wersję Basia Basia Krem orzechowy naturalny Orzechy ziemne + nic więcej. Podlinkowana wyszła znacznie atrakcyjniej.
Mamie nie smakowała, bo też jej przeszkadzała ta "dziwnie za wysoka słodycz", a w dodatku z każdym kolejnym śniadaniem czuła coraz większe, kontrastowe zgrzyty między tą właśnie słodyczą a goryczką: "rzeczywiście, w nim też są jakby takie punkty czy kawałki gorzkie, tak obok tej słodyczy nieprzyjemne. Paskudne, ale jakoś zmęczyłam". Zdarzyło jej się jeść to masło orzechowe z bułeczkami mlecznymi (z Kauflandu), co podsumowała, że wtedy: "i te kiepskie bułeczki, i masło orzechowe zyskują".


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 12,35 zł (za 470g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: prażone orzechy arachidowe 100%

czwartek, 15 grudnia 2022

Chapon Chocolatier Fidji ciemna 75 % z Fiji / Fidżi

Kiedy chciałam wybrać jakąś ciekawą, niespotykaną czekoladę, dzisiaj prezentowana przyciągnęła mój wzrok na liście posiadanych. Koniec, kropka - wiedziałam, że to musi być ona. Fidżi? Nazwa znajoma, w końcu wulkan... O nie! Nie o japoński wulkan chodzi. O nie! Mowa o wyspie i Republice Fidżi. Nigdy czekolady z tamtejszego kakao nie jadłam, podobnie zresztą jak z najbardziej sąsiednich wysp. Popatrzyłam na mapę ("na prawo od Australii")... Nowa Gwinea - to już region mi znany, jednak nie nazwałabym go specjalnie sąsiednim. Wyspy w tym regionie są bowiem dość rozproszone. Sama wyspa-państwo Fidżi leży w południowo-zachodniej części Oceanu Spokojnego, czyli w Melanezji. To obszar wysp głównie wulkanicznych. Brzmiało tajemniczo. No, to miałam swój niezbadany ląd! Czym tamtejsze kakao może smakować? Nie wiadomo, jak i nie wiadomo, "co autor miał na myśli" umieszczając na opakowaniu napis: "Torrefaction Courte / Conchage Long" co znaczy "konszowanie krótkie / konszowanie długie", zapisane jako tłumaczenie, a... krótki a długi się różni. Ech. Musiało im się wyrównać.

Chapon Fidji to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z wyspy Fiji / Fidżi.

Po otwarciu poczułam dosadny, acz nie tak intensywny, jak można by się spodziewać, zapach orzechów. Niesprecyzowanych, przysłoniętych nieco dymem. Odlegle mignął mi orzech kokosowy, którego potencjał kryje przede mną łupina, a zaraz przyszła mi do głowy whisky... I rozgościła się na dobre jako palono-słodki, alkoholowy motyw, narzucający całości ciężki charakter. Chyba zaprosił też jakieś przyprawy? Wśród tych nut przewijały się także owoce. Czułam czerwone porzeczki i świeże, zielone figi, które były aż miękko-podfermentowane. Słodkie, a jednocześnie rześko-mdławe... cały czas uciekały na tyły, więc o wysokiej soczystości nie ma mowy.

Gładka i już w dotyku kremowa czekolada odznaczała się masywnością i twardością. Przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, w masywny, pełny sposób.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo gęsto niczym tłustawy budyń. Z czasem wydała mi się śmietankowo-maślana, trochę jak mazisty i lepki serek śmietankowy do smarowania albo mocno stopione, acz gęste, bo zrobione ze śmietanki, lody. Kryła w sobie pewną miękkość i leciuteńką pyłkowość.

W smaku rozpoczęło się od jakby przymglonej słodyczy... Lukrecji! Mignęła, rozniosła właśnie słodycz, po czym przemieszała się z karmelem. Jak może nieco palono-cukrowe, lukrecjowo-karmelowe cukierki-pomadki a'la brytyjskie fudge, naturalne i dobrej jakości. Takie z korzeniem lukrecji, nie aromatami.

Lukrecja sama w sobie nie była wiodącą nutą, ale jakby wszystkim rządziła, wydając rozkazy... Właśnie w ten sposób odebrałam lekkie "słodko-kwaski", pobrzmiewające daleko w tle. Były z granicy przypraw i owoców. Przechylały się jednak chyba bardziej na stronę tych drugich.

Lukrecjowo-karmelowa nuta przytoczyła też gorzkawość. Karmel podrzucił palony wątek, który pozwolił podejść gorzkości "właściwej". Na przód wyszły orzechy, właśnie z palonym tłem, odrobiną dymu. Za nimi jednak stała maślaność i kokos...? Ani orzechy początkowo, ani on nie były jednoznaczne. Kokos wprowadził w orzechach pewne niedookreślenie (mdłość?) jak... woda kokosowa? 

W tle na podobny akord tego mdławego, wodnistego, ale nie nijakiego wątku zagrały owoce. Uchwyciłam słodko-podfermentowane, miękkie i przejrzałe świeże, jasne, zielone figi o bladoróżowym wnętrzu (gatunek: adriatyckie). Pojawiła się tam cierpkość i drobny kwasek. Zahaczył o cytrusy (jakieś czerwone?), ale delikatnie. Rześkość i roślinność wzrosły, smaki wydawały mi się zgłuszone (lukrecją?) i nagle pojawił się niedojrzały, zielony banan.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość przybrała na mocy jako dym, do którego podpełzła odrobinka ziemi. Orzechy przy nim wydały się kontrastowo delikatne i maślane. Pomyślałam o słodziutkich nerkowcach, które przebiły się na pierwszy plan.

Z czasem palony karmel zalał mi usta zupełnie, zagospodarowując ogrom pierwszego planu. Ogólna słodycz też rosła, tym razem jako intensywniejsza nuta karmelowej słodyczy w whisky. Czekolada wydała mi się ciężko-alkoholowa niczym właśnie whisky najwyższej jakości. W niej ujawniły się też przyprawy, pewna pikanteria. Pomyślałam o jałowcu, kozieradce... I czymś cierpko-rześkim?

Owoce rozruszała kropelka cytryny, odnotowałam czerwone porzeczki... W zasadzie może bardziej w egzotycznym wydaniu... na pewno jakiś czerwony owoc i cytrusy. Trudne do nazwania, tym bardziej że ogólnie trochę się wycofały. Były, ale raczej odpowiadały za rześkość.

W tym czasie ciężkość niemal alkoholową, gorzkość i przyprawy zostały lekkością lukrecji jakby wyniesione ponad wszystko jak parasol (chodzi o to, że nie przygłuszyły, a rozpostarły się nad). Pomyślałam o roślinnie-soczystej trawie cytrynowej, przyprawach-ziołach... raczej świeżych, może kwaskawo-cierpkich. Przyprawy i dymną gorzkość rozkręciła i związała ze sobą ziemia - sama w sobie aż tak może nie mocno wyczuwalna, ale pełniąca ważną funkcję. Wyobraziłam sobie gęsty, ziemiście mulisty "czekoladowy dym" (wyobrażenie jak ze świata fantasy, bo nie chodzi np. o niesatysfakcjonujące kadzidełka czekoladowe). Mieszał się on z gęstym, palonym na ciemno karmelem i subtelną pikanterią.

Posmak należał właśnie do bardziej świeższych przyprawo-ziół, a także zielonych owoców (bananów i fig?) i owoców... cytrusowato-egzotycznych (wyobraziłam sobie coś o różowym miąższu). Wyraźnie czułam chłodną słodycz lukrecji i pikanterię nieco gryzącą a'la lukrecjo-anyż i whisky, która trochę rozgrzewa język i gardło, ale także gorzki, czekoladowy dym.

Całość była ciekawa, ale w pewien sposób... mdława. Lukrecja nie stanowiła mocnej i pikantnej nuty, bardziej jakby swoją chłodną rześkością wyciszała... Gorzko jednak było i to mnie przekonało! Niejednoznaczne orzechy, dym - cudo. Subtelna nutka ziemi ciekawie połączyła je z przyprawami... też w sumie trudnymi do połapania. Owoce wpisały się w rześkość, gdyż też nie były specjalnie wyraziste (ze świeżymi figami adriatyckimi miałam tylko raz do czynienia, jak mi na sushi, obok położyli, więc się zdziwiłam, że je tu tak wyraźnie poczułam). Niedojrzałe... najpierw pomyślałam, że nie przemawiają do mnie, ale tu były tak wkomponowane, że w sumie pasowały. Były niejednoznaczne chwilami, że aż z ciekawości zaczęłam szukać, co na Fiji rośnie i znalazłam, że np. dużo owoców gujawa, które smakują jak "połączenie figi, cytryny i gruszki" - myślę, że to mogła być ta nuta.
Trochę nie bardzo wiem, co myśleć o tej czekoladzie, bo uwierzę, że po prostu bardzo dobrze oddaje nuty regionu. On wydaje się właśnie taki trochę... jałowy. A jednocześnie czuć szlachetną czekoladowość, która sama w sobie zachwyca.

Przypomniała mi się palona, bardziej niż dymna to dosłownie "wulkaniczna" czekolada o nieokreślonych nutach czerwonych owoców (najbliżej im było do rabarbaru), cytrusów - Pralus Papouasie Trinitario 75 %. Pewne motywy wydały mi się podobne, nie jakoś bardzo, ale jednak.


ocena: 8/10
kupiłam: chapon.com
cena: 7,20 € (za 75g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 14 grudnia 2022

Ekoflorka Czekolada Premium Gorzka 70 % ciemna z Afryki Zachodniej

Obecnie oprócz dobrych, drogich czekolad do degustacji, lubię mieć jakieś nieznane zwyklejsze, ale też potencjalnie dobre, do poznawania. Uwielbiam odkrywać nowe smaki, nie bankrutując przy tym! I nie każdy dzień uważam za odpowiednio spokojny etc. na te najwykwintniejsze, najdroższe. Dzisiaj przedstawianą znalazłam zupełnie przypadkiem i postanowiłam spróbować, co też ta toruńska marka ma do zaoferowania. Robią też inne bio słodycze (krówki, "groszki"), wszystko ręcznie, więc nie wydają mi się czekoladowymi pasjonatami, niemniej miałam nadzieję, że pracują na smacznym kakao.

Ekoflorka Czekolada Premium Gorzka 70% to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Afryki Zachodniej.

Po otwarciu poczułam mocno karmelowy zapach z wyraźnym motywem bardzo mlecznej krówki. Było więc słodko, ale także lekka gorzkawość się zaznaczyła jako kakao na gorącym mleku. Tu tliła się lekka truflowość... jakby truflowo-czekoladowych pierniczków z nadzieniem... również truflowo-czekoladowym... może nawet z odrobinką owoców, a więc czekoladowo-śliwkowym... Może  wiśniowym?

Tabliczka w dotyku była kremowo-tłusta i wydawała się delikatna, jednak przy łamaniu zaskoczyła masywną twardością. Trzaskała, wydając dość głośny trzask, sugerujący, iż jest ona bardzo pełna, gęsta.
W ustach rozpływała się łatwo, w umiarkowanie-szybkawym tempie. Okazała się kremowa i gładka, znacząco tłusta. Była zbita, masywna, ale znikała dość wodniście, rzednąc na jakby wodnisty kremo-budyń. Chwilami któraś z jej fal potrafiła przynieść lekko pyliście-trzeszczący efekt.

W smaku przywitał mnie karmel... owa krówka. Mocno mleczna. Poważniejszy karmel tylko otworzył jej drogę. Słodycz krówki dominowała zupełnie. Czułam, jakbym przegryzła suchszo-twardszy wierzch, uwalniający wilgotny, lepki i bardziej ciągnący środek takiego cukierka... Z którego wypływała nie tylko coraz wyższa słodycz, ale też śmietanka.

Wraz ze śmietanką pojawiła się gorzkawość. Otarła się o ziemistość. Podkreśliła ją cierpkość, co wykorzystało jakby truflowe kakao na mleku. Oczywiście gorącym, pełnym i też niemal śmietankowym.

Pod truflę podpływał wątek masy czekoladowo-śliwkowej... jakby z wnętrza jakiś czekoladowych pierniczków? Owoców w zasadzie nie czuć tak mocno, jedynie jako lekką soczystość. Soczystość słodkich nadzień śliwkowych i cukierków wiśniowo-czekoladowych. Te spoglądały w kierunku wiśni w likierze, acz takich niespecjalnie alkoholowych... Jakby procenty podmienić na wodę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawość zmieniła się w całkiem porządną gorzkość, czemu pomogła palona nuta. Znów kakao na mleku, odrobinka ziemistości... Ta epizodycznie wzrastała, by zaraz znowu zelżeć. Wszystko to miało truflowy charakter. Za jego sprawą słodycz nadal rosła, aż zaczęła się zmieniać w karmel.

Jakby karmelowe kakao na mleku? Kakaowy karmel? Przeciął sobie drogę mocno palonym wątkiem, po czym zaczął kompozycję łagodzić, sam zmieniając się w krówkę... może już też bardziej kakaową. Mimo to, słodyczy zdarzyło się (zwłaszcza pod koniec degustacji) nieco nadto zaznaczyć się w gardle.

W tym czasie mleko jakby ostygło... poczułam niemal chłodek, rześkość. Owocowe echo zrobiło aluzję do kwasku, acz ten nie pojawił się. Wiśnie zrównały się ze śliwkami, jednak jedne i drugie były wkomponowane w czekoladkowe realia. Z czasem owocowość zniknęła na rzecz świeższej rześkości właśnie. Pomyślałam o kwiatach, np. rumianku. Był słodki, a jednocześnie lekko cierpki.

Właśnie cierpkość zarówno słodkiego rumianku, jak i wyraźnie kakao została w posmaku. Czułam, jakbym do czynienia miała z mocno kakaowym karmelem i/lub krówką. Wróciły też czekoladki wiśniowe, ale z dziwnym motywem wody zamiast alkoholu. Na szczęście towarzyszyła temu ziemista nuta. Do tego czułam lekką tłustawość na ustach.

Całość okazała się smaczna, ale średnio mnie usatysfakcjonowała. Może nie była bardzo słodka, ale to słodkie nuty w niej przewodziły. Dominował karmel i mleczna krówka. Ogólnie całość przybrała zaskakująco mleczny charakter. Nuta trufli i lekka ziemistość bardzo na plus, końcowy rumianek też okazał się ciekawy. Niestety wszystko dopiero za słodyczą. Konsystencja mi się nie podobała, ale tragiczna nie była. Brakowało mi esencjonalnej gęstości. Taka sobie po prostu. Czekolada ogółem więc wyszła w porządku i tyle.


ocena: 7/10
kupiłam: fitorsweet.pl
cena: 17,15 zł (za 85g)
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 13 grudnia 2022

Alpia Veggie Love Karotte & Mandel mleczna z kremem jogurtowym i mlecznym marchewkowo-migdałowym

Ojcu zdarza się kupować mi słodkości (czekolady i kremy), które to on uzna za ciekawe. Oczywiście czasem z moimi sugestiami, czasem np. pytając, który smak chcę itd. Zdarza się, że tak jak w przypadku dzisiaj przedstawianej czekolady, to jego zaciekawi przede wszystkim i wtedy pyta, czy i ja chcę ("Sobie spróbujesz i resztę dla mnie oddasz" - mawia). W jego odczuciu taka czekolada marchewkowa to prawdziwe dziwowisko. Sam lubi i często piecze ciasto marchewkowe, na które kiedyś wspólnie opracowaliśmy przepis, inspirując się internetem i narzucając moje upodobania. Na przestrzeni lat ja zrobiłam się nieciastowa i mnie ono już nie kręci, on więc pozwolił sobie na modyfikacje pod niego (bo np. dla niego "im bardziej słodko, tym lepiej", "nie będzie się wydziwiać" i tak np. odrobina ananasa została zastąpiona puszkowcem; lubi tłusto itd.). Co do tej czekolady miałam złe przeczucia, bo nawet nie łudziłam się, że wyjdzie podobnie do Lindta Carrot Cake.
Patrząc na nazwę tabliczki, wystraszyłam się, że w dodatku jest wegańska, ale nie. Rozszyfrowanie, o co chodziło zajęło mi sporo czasu. Najpierw zastanawiałam, się czy chodziło, że wegetariańska? Tu jednak aż zmarszczyłam czoło - bo niby dlaczego zwykła czekolada miałaby nie być wegetariańska? Dopiero na krótko przed degustacją mnie oświeciło, że "veggie" to pewnie skrót od "vegetables", a więc chodziło o warzywa! Taak, wpadłam na to, bo podejrzałam w internecie, że to w zasadzie cała seria (są też z burakiem i szpinakiem).
A sprawdzając recenzję, z ciekawości wyszukałam producenta. Należy do koncernu Stollwerck, mającego m.in. Sartotti, Alprose czy Chocolat Jacques.


Alpia Veggie Love Karotte & Mandel to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana (10%) kremem jogurtowym oraz (35%) mlecznym z kawałkami marchewkowymi (granulatem) i siekanymi migdałami.

Po otwarciu poczułam soczyście-kwaskawy zapach jogurtu i... soczysty po prostu, "jakby owocowy?". Jogurt zahaczał o skwaśniałe mleko, a w dodatku czuć obok niego margarynę, acz był niepodważalnie jogurtowy. Drugi wątek natomiast już mniej jednoznaczny, na pewno czuć motyw słodkich, gęstych soków marchwiowych, ale jakby nieco podkręconych cytryną. Całość wyszła też cukrowo słodko i nieco słodko w sposób "dziecięcy". Chwilami zdarzyło mi się pomyśleć o zacukrzonych jogurto-serkach, zestawionymi z ewidentnie sokiem marchwiowym (zaskoczyła mnie jego jednoznaczność). Po przełamaniu wyraźnie poczułam lekką migdałowo-orzechowawość w tle. 

W dotyku tabliczka zdradzała tłustą ulepkowatość, acz była masywna, konkretna. Nie znaczy to, że przy łamaniu trzaskała! Była zwarta i na tym koniec. Nadzienie ciekawie skonstruowano. Po środku na każdej kostki była biała grudka jakby mlecznego, białego kremu. Wyglądał na mazisty, a jednocześnie proszkowy. Umieszczono je na nadzieniu / wśród nadzienia marchewkowego (czasem podchodziło pod białe, czasem było na brzegach). Było tłusto-margarynowe i proszkowe, pełne drobinek marchewkowych, które częściowo się rozpuszczały, aż zostały kropeczki... wielkości np. ziarenek wanilii. Mikroskopijne! Znalazło się w nim trochę małych i mikroskopijnych kawałków migdałów i chyba orzechów. Bez skórek; stanowiły element tak marginalny, że trudno je rozpoznać.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, gęsto i tłusto, zaklejając przy tym. Odsłaniała rzadsze od niej, acz spójne z nią, plastyczne wnętrze.
Nadzienie białe także było tłuste, ale w o wiele bardziej oleisty sposób i do tego proszkowe. W ustach wydawało się, że wypełniały je grudkowate drobinki i małe kawałki migdałów oraz orzechów (chyba). 
Jednak po prostu drugie nadzienie mieszało się z pierwszym, podlepiając się pod nie.
Marchwiowe nie wyzbyło się tłustości i proszkowości, nie było gładkie też w nieco inny sposób. Było w nim coś... przemielono-marcepanowego, jakby nawet z elementem zmielonych wiórków kokosowych (piszę tylko o strukturze).
Kawałki migdałów okazały się twardawe i nijakie.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem, które potem chwilami zalatywało mlekiem w proszku. Nuty te zacieśniła odrobinka masła i waniliowo-wanilinowej nuty. Sama czekolada wydała mi się mocno przeciętna i przesłodzona.

Nadzienie szybko ujawniło się jako cukrowo-margarynowy splot. Przodowała margaryna, po nim delikatne, słodkie mleko, a za nim ruszało jeszcze więcej mdłej tłuszczowości... oleiście-margarynowo-nieokreślonej. Mieszało się to z wysoką, drapiącą w gardle cukrowością. Nadzienie jogurtowe z czasem pokusiło się o lekki kwasek, dzięki któremu po paru chwilach przybrało wyraźnie jogurtowy charakter.

Nadzienie marchwiowe samo w sobie było niestety jeszcze bardziej czysto margarynowo-cukrowe. Miało lekko soczystą, też słodką nutę. Pojawiła się myśl o gęstych sokach marchwiowych, jednak nie była solidnie ugruntowana... Marchewka jakoś tam się zaplątała, chwilami sok marchwiowy podkreślała sama czekoladami, ale przez większość czasu chowała się w bardziej cukrowo-margarynowej toni. 

Maślano-tłuszczowe nuty zakropione kwaskiem też nie pomagały. Jogurtowa część podsycała jedynie soczystość soku, ale niekoniecznie samą marchwiowość.

Wyłaniające się drobinki migdałów nic nie wniosły, a dopiero porozgryzane na koniec lekką "orzechowawość", były niejednoznaczne i w zasadzie mogły być delikatno-mdłym, dowolnym orzechem.

Czekolada na sam koniec, chyba po orzechowo-marcepanowawej (ale nie marcepanowej) chwili, wydała mi się nieco bardziej czekoladowo-orzechowa, a nie tak czysto cukrowa, ale wciąż nie mam za co jej chwalić.

Po zjedzeniu został posmak cukru (także drapanie w gardle) i niesmak aromatów, kiepskiego tłuszczu, cukierkowy motyw. Czułam orzechy i echo kwaskawego jogurtu, ale wtłoczone w margarynowo-cukrową toń. Soku marchwiowego o dziwo też dało się doszukać, ale z trudem.

Czekolada była spodziewanie kiepska. Mimo że jogurt i marchewkę czuć, to słabo. Wyraźnie za to wyeksponowała się powalająca cukrowość i tania oleistość, tłuszcze. Migdały się nie wykazały. W całości była za to złudnie marcepanowa nuta. Może nie byłaby zła, gdyby nie to, że niezbyt pasowała do chociażby kwasku (który nie był tylko jogurtowy). 1,5 kostki i już trzymała się mnie myśl: "zabierzcie to ode mnie"; nie na moje nerwy.
Ocena wydaje mi się w miarę obiektywna, bo gdybym miała bardzo subiektywnie ocenić, musiałabym dodać ujemną skalę. Dawno czegoś tak okropnego nie miałam w ustach. Mama zgodziła się, że "to okropne" i większość powędrowała do ojca (zgodnie z przeczuciem).


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił)
cena: nie znam
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (palmowy, z ziaren palmowych, shea), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku z marchwi (1,4%), masło klarowane, odtłuszczony jogurt w proszku (1%) , migdały (0,8%), śmietanka w proszku, lecytyny sojowe, orzechy laskowe, sól, aromat naturalny, ekstrakt barwiący z rzodkiewek, naturalny aromat cytrynowy, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Beau Cacao Asajaya Malaysia 78 % ciemna z Malezji

Beau nie zdobyły mojego uznania, więc gdy na liście posiadanych tabliczek została jedna osamotniona, uznałam, że jak najszybciej się za nią wezmę, by mieć z głowy. Nie łudziłam się, że mnie zachwyci, ale na szczęście też nie obawiałam się porażki. Co ciekawe, choć nie przepadam za żółtym kolorem, to połączenie kanarkowego ze złotem w przypadku jej opakowania jakoś pozytywnie na mnie wpłynęło. Może bo przyszła na nią pora w marcu, w naprawdę słoneczny i wiosenny dzień?
Tę tabliczkę zrobiono z kakao zakupionego od farmerskiego małżeństwa Chang (zapewne prowadzącego plantację) z miejscowości Asajaya, położonej w stanie Sarawak. To obok Parku Narodowego Bako, który jest najstarszym Parkiem Narodowym w okolicy. Las deszczowy spotyka się tam z zacisznymi plażami. Liczyłam, że przełoży się to chociaż na ciekawe nuty (bo do formy nie miałam złudzeń, nie lubię cienkości, jaką serwuje ta marka).

Beau Cacao Asajaya Malaysia 78% to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao z Malezji, stanu Sarawak, miejscowości Asajaya.

Po otwarciu poczułam delikatne, słodkawe orzechy laskowe, otulone wanilią i kokosem. Do laskowców podkradło się trochę fistaszków, do wanilii lekka cukrowość, natomiast do kokosa... nie tyle podkradło się, co śmielej podeszło parę nut: palm kokosowych, których w wyobraźni widziałam grube, ciemnobrązowe pnie oraz liści różnych palm itp., np. liście bananowców, bambusa. Wprowadziły egzotyczny wątek, niosący też słodkie owoce: mango oraz czerwone... chyba granaty konkretniej. Odrobinkę podsycone sokiem wiśniowym? Wraz z orzechami przywołały skojarzenie z połączeniami "PB&jelly", przy czym myślę o naturalnym, czekoladowym maśle orzechowym i żelo-galaretce na bazie owoców, nieznacznie podkręconej wanilią i cukrem. Kompozycja wydała mi się dość ciężkawa.

Miejscami okropnie cienka tabliczka była twarda. Trzaskała aż zaskakująco głośno, kojarząc się ze szkłem. Wydawała się chrupko-krucha w szklisto-kryształowy sposób. 
W ustach wydała mi się początkowo lekko suchawa. Rozpływała się raczej łatwo i a to wolniej, a to średnio szybko - przez miejscową cienkość. Miała potencjał do bycia gęsto-kremową, bo wykazywała także miękkość i z czasem tłustość (bliżej końca aż nieco za mocną), na pewno zwartość, ale gdy tylko zaczynała się nieco giąć, zaraz opływała smugami, rzedła i znikała, nie pozostawiając za wiele po sobie. Jedynie poczucie tłustości na ustach, a cierpkawą suchość w ustach (dziwne uczucie).

W smaku pierwsze rozeszły się naturalnie słodkie orzechy laskowe, bawiąc się czekoladowością i podrzucając skojarzenie z pastą orzechową czekoladową... Taką 100% z orzechów, a złudnie czekoladową? Potem czekoladowo-kakaową coraz bardziej i bardziej.

Zarówno słodycz, jak i gorzkość szybko rosły.

Słodycz łączyła w sobie nadrzędną wanilię i trochę cukru, nieco może palonego, a trochę zwyczajnego. Nieco złagodził to kokos i jakby naturalna słodycz orzechów. W tle obecność nieśmiało zgłosiła owocowa nutka "jakiś ciemnoczerwonych".

W tym czasie przed oczami wyobraźni pojawiły mi się palmy, a więc pewna drewnianość. Masywne, ciemnobrązowe pnie umocniły gorzkość i podkreśliły orzechy, wydobyły migdały. Kokosa czułam coraz wyraźniej, acz niemal do końca częściowo w drewnianym kontekście palmy. Wyobraziłam sobie też świeże orzechy kokosa - te jeszcze zielone - a także brązowe, poprzekrajane, z których już łatwo dobrać się do miąższu. Wprowadziły łagodność i rześkość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rześkość ośmieliła owoce. Wyraźnie czułam słodko-cierpkie granaty i słodkie mango. Odrobinka kwasku się tam zawinęła, ale zaraz schowała, wpuszczając raczej poczucie egzotyki. Owoce wydały mi się rozkręcać w słodyczy. Może dosłodzono je wanilią i... przerobiono na żelo-galaretkę?

Oto rozbrzmiało PB&jelly, czyli masło orzechowe z masą z owoców. Tu w wydaniu bardzo naturalnym, bo musiało być ono ze zmielonych fistaszków, z dodatkiem laskowych i tyle... acz w wariancie czekoladowo-kakaowym. Na pewno z istotną, naturalną maślanością. Wyszło ciężkawo... bo w owocach doszukałam się czegoś niby cięższego - docukrzono-dosłodzonego? Ale może np. cukrem kokosowym, który jest rześki? Nie było to więc jednoznacznie "ciężkie", a "niby ciężkawe" itd.

Ta rześkość nie odpuszczała, mimo ciężkości obok. Znów, obok arachidowych i laskowych o maślanym charakterze, myślałam o orzechach kokosowych... i wodzie z nich? Także o liściach "od owoców", a więc np. bananowców. Może jakiś bambusa, palmowych i innych. Zielone grube liście łączyły się z pniami i konarami drzew, palm. Pod koniec gorzkość znów przybrała na znaczeniu.

Gorzkość kryła w sobie cierpkość. Drewno w pewnym momencie zbliżyło się do kawy, co w owocach też jeszcze więcej cierpkości obudziło. Czerwone były cierpkawe, to już nie jednoznaczne granaty, ale też inne. Pomyślałam o odrobince soku z wiśni, ale to oczywiście nie wszystko. Reszty nie mogłam uchwycić - to jednak na pewno ciemnoczerwone owoce. Może też mieszanka porzeczek...?

Po zjedzeniu został posmak fistaszkowej pasty, może czekoladowej, z motywem docukrzono-cierpkawej masy z czerwonych, egzotycznych owoców. Wyszły aż taninowo... nie kwaśno, bardziej cierpko.

Całość smakowała mi, choć bez szału. Nuta kokosa i pni palm była cudowna. Orzechy laskowe i arachidowe również. Świetnie to wszystko się zgrało, racząc mnie gorzkością. Rześkość była interesująca, acz nuty liści "owocowych", pewne jakby docukrzenie podeszły mi już nieco mniej. Owoce, choć wyraźnie były, nie uczyniły kompozycji owocową - takie rozwiązanie z kolei znów okazało się ciekawym plusem. Podobało mi się, że czuć konkretnie ciemnoczerwone oraz ta egzotyka. Ogólnie, choć mam zastrzeżenia, jestem raczej na tak. Ogromna wada to konsystencja i forma... Obstawiam, że gdyby nie była tak rozwałkowana miejscami, smaki lepiej by się rozkładały.

Choć w pierwszych chwilach pomyślałam, że wyszła nieco podobnie do wiśniowo-drzewnej, tropikalnej Beau Togis Malaysia 78%, to z czasem wyszło, że więcej konkretnych, wspólnych nut miała z Beau Serian Malaysia 78% (nieco gorszą). Serian była bardziej drzewna, wiśniowa, bliska winu, ale "liście bananowca/bambusa" i "coś czekoladowego" (jako ciasto, w dzisiejszej krem orzechowy) wydały mi się bardzo, bardzo podobne. 
Nawet porzeczkowo-migdałowa Benns Ethicoa Sungai Ruan - Malaysia 72% była w pewnym sensie (charakteru) podobna.


ocena: 8/10
cena: 49 zł (za 55 g - cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy