piątek, 7 maja 2021

Pump Street Liberty London Ecuador - Tesoro Escondido 77 % Dark Chocolate ciemna z Ekwadoru

Zupełnie nieświadomie ostatnio co i rusz sięgam po czekolady z Ekwadoru. Patrzę na marki, na daty, a traf zawsze chce, że pada na ten region. Nie mam na szczęście nic przeciwko, bo go lubię. Marka Pump Street przewijała mi się przed oczami w internecie, ale nigdy nie zaciekawiła na tyle, by kupić, bo zawsze było coś ciekawego. W końcu jednak na jednej stronie wypatrzyłam bardzo ciekawą czekoladę innej marki i żeby nie przepłacać za przesyłkę, dobrałam właśnie te. Fakt, że był to sklep z ubraniami itp. trochę wprawił mnie w dyskomfort, ale co tam. Słodycze sprzedawane w sieciowych butikach wydają mi się nasiąknięte plastikiem i rakiem (tak pięknie określiła to Olga z livingonmyown - ja sama lepiej bym tego w słowa nie ubrała, hue hue), ubraniami i modą, co mnie odrzuca, ale... z drugiej to była strona londyńskiego sklepu, a te czekolady... pochodzą z niewielkiej właśnie londyńskiej piekarni-czekoladziarni. Może więc taka współpraca nie jest czymś dziwnym? W czekoladę twórcy Pump Street ponoć wkręcili się przypadkiem, kiedy odkryli, jak pyszne i ciekawe jest kakao kupowane przez nich do wypieków od kooperatyw z całego świata. Pump Street zdobyło wiele nagród, oferują produkty wysokiej jakości... zachwalane, ale... to, że do nabycia w butiku sprawiało, że i tak nie wiedziałam, co o nich myśleć. Stąd i dość szybko postanowiłam spróbować jedną z nabytych. I to specjalną tabliczkę, zrobioną właśnie dla sklepu Liberty London, do której dodają (łaskawie) o 2 % więcej kakao niż do tej spod swojego szyldu. I... coś było w grafice na opakowaniu, coś przewrotnie słodziaśnego, jakby kpiącego, co do mnie przemówiło. Grafikę stworzył Jordan Andrew Carter.

Pump Street Liberty London Ecuador - Tesoro Escondido 77 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ekwadoru z rezerwatu Tesoro Escondido; produkowana przez Pump Street Chocolate dla sklepu Liberty London.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ziemi. Zdecydowanie dominowała nad owocowym bukietem różnych czerwonych, w tym czerwonych porzeczek i chyba niemal wytrawnej dzikiej róży (lub innych takich dzikich-kulkowatych), a także cytrusów z kwaśną cytryną. Owoce wydały mi się wręcz dziwnie ciężkie. Kwasowość trochę tonowało mleko, przekładające się na wątek kefiru. Jednocześnie w goryczkowatej, soczyście wilgotnej czarnej ziemi doszukałam się dziwnie lekkiej w wydźwięku nuty jakby orzechów. W trakcie jedzenia zaczęłam tę nutę odbierać bardziej jako... orzechowo-mleczną słodycz rozchodzącą się od cukierni-piekarni. Mimo to, był to delikatny wątek; ogół miał dziki, surowy charakter.

Tłusta w dotyku tabliczka koloru niemal czarnego, łamała się trzaskiem, świadczącym o jej zwartości i masywności.
W ustach długo tę masywną zbitość zachowywała. Nie wydawała się jednak twarda po prostu, a kremowo-twarda jak twardy (bo chłodny?), maślany krem. Brakowało mi w niej gęstej... kremowości po prostu. Czekolada była bowiem bardziej "płynąca" niż "rozpływająca się". Okazała się idealnie gładka, niemal śliska, upuszczała jakby tłusto-śmietankowe smugi (jak napoje mleczne?), a na koniec trochę ściągała jak jogurt.

Już robiąc pierwszego kęsa, poczułam mleczny motyw. Pomknął w delikatnym kierunku, w jakąś boczną, mało ważną alejkę smaku.

Na przodzie eksplodowała słodycz i soczystość. Były jakby obok siebie: soczystość należała do kwaśnych czerwonych owoców, niosących rześkość i spływających do mokrej, czarnej ziemi oraz słodycz (a nie "słodycz owoców").

Słodycz szybciej i dynamiczniej rozłożyła wachlarz. Okazała się wszechobecna. Najpierw skojarzyła mi się z bułeczką z lukrem. Pomyślałam o cukrze, a zaraz zadrapał cynamon. Zaserwowała cukier cynamonowy, cukier palony... a więc karmel. Karmel cynamonowy? Mnóstwo karmelu (różnego). Oczami wyobraźni zobaczyłam muląco-cukrowo słodkie i niemal ostro-goryczkowate cynamonowe bułeczki typu cinnamon roll - oczywiście pokryte lukrem, który szybko zaczął tracić na znaczeniu. Słodycz prędko się rozwinęła, zabłysła, po czym jakby zawstydziła się i puściła przodem inne smaki. Mimo to, była do końca wyczuwalna wyraźnie, zdawała się wszechobecna i chwilami aż denerwująca. Kojarzyła się z zapachem z niezłej piekarni-cukierni. Słodka, lekko duszna i... jakby dobiegająca do innych nut "zza okna".

Soczyste owoce, dokładniej kolejno czerwone porzeczki i ogólnie jakieś czerwone rozkręciły kwaśność. Wciąż jednak było słodko, acz jakby obok; mimo niesłodkich nut, trąciła o przesłodzenie. Plątała się wśród tego goryczka. Pomyślałam o niemal wytrawnej dzikiej róży.
Ni stąd, ni zowąd pojawiły się cytrusy pod przywództwem cytryn. Zderzyły się i zmieszały z czerwonymi, obfitując jako grejpfruty i skórki cytrusowe. A słodycz pilnowała, by nie było zbyt kwaśno.

Ich goryczka wlewała się w wilgotną ziemię. Czarna, czysta ziemia ogrodowa lub do kwiatków, kopana, a także taka przy przesadzaniu... Odpowiadała za gorzkość i lekką cierpkość w drugiej połowie rozpływania się kęsa. Parę chwil należało do niej i tylko do niej; usiłowała przekazać jak najwięcej surowej dzikości (ale chyba trochę minęła się z powołaniem). Czułam w niej także ostrość. Cierpka pikanteria z czasem wydała się należeć do cynamonu, wnoszącego ciepło i słodycz, ale nie burzącego soczystości. Ziemia zagarniana rękami, kryjąca wiele dopiero wyłaniających się łodyżek, roślinek. Słodycz jakby starała się odcinać dostęp do nich.

Okazało się, że usilnie próbowała ukryć znacznie więcej: także orzechy. Z czasem wyłaniały się i przejmowały gorzkawość. Ta łagodniała. Wydały mi się surowe, młode i świeże; niektóre ze skórkami; za to wszystkie pierwszej świeżości. Może też tłusto-delikatne surowe migdały? Migdały... nawet bez skórek...?

Robiło się coraz łagodniej, a do migdałów i orzechów dołączyła nuta nabiału. Tym razem była śmietankowa, delikatna, lecz wciąż z kwaskiem. Tego pilnowały czerwone owoce i cytrusy. Jakby tak je ktoś rozcisnął, przerobił na miazgę... Czy takie wmieszano w ziemię? Dodano do nabiału? Jakiego? Chyba czułam kefir. Jego kwasek harmonijnie się z nimi splatał, a i do ziemi pasował.

Końcówka należała do mocniejszego cynamonu, ale też do mlecznej śmietankowości, kefiru i cytrusów. Pomyślałam o bułeczkach cynamonowych, ale jakiś "innych", bo i z kefirem, i w towarzystwie owoców. Cierpkości przemieszały się, zwłaszcza ta cynamonowa i owocowa. Czyżby masę owocową zasypano cynamonem?

Po zjedzeniu został posmak cynamonowo-ziemisty i równie mocno owocowy. To owoce czerwone i cierpkie, ale wygładzone mlecznością. O dziwo na koniec poczucie przesłodzenia znikało zupełnie na ich rzecz.
Mimo tłustości na ustach, czułam też lekkie "podsuszenie", ściągnięcie.

Całość wyszła smacznie, bo mnóstwo dominującej ziemi i mleczno-kefirowe nuty jak najbardziej wpisały się w mój gust, a z takich zasładzających wypieków cinnamon roll jako nuta też mi się podoba. Orzechowość czy nawet "nuta piekarni" też nie byłyby złe, gdyby nie to, że nuta piekarni i cukru, palonego cukru, lukru była aż tak... istotna. Za dużo - zwłaszcza przy tej zawartości - tu takich słodzideł. Do klimatu i wydźwięku też średnio mi owoce pasowały. Pasowałyby świetnie, gdyby mniej było "cukierni". Nie moja bajka, bo zbyt... "przygłuszona". Tak samo zdecydowanie za dużo takie ewidentnej tłustości mi tu było. Łagodna śmietanka na smak jeszcze ok, ale te jakby opływanie śmietanką maślanej grudki? 

Potencjał spory - ziarno mieli świetne, ale czuć że wykonanie nie takie, jakiego bym oczekiwała. Za słodko-tłusta. A jednocześnie intrygująca w tym - czyżby to nuta zakładu, w którym produkcja się odbywała? Czyżby konsystencja wynikała z tego, że przyzwyczaili się robić czekolady do wypieków, więc może bardziej polewy / kuwertury? Wiem, że wygląda, że strasznie dużo się czepiam, ale gdyby lekko poprawić pewne sprawy, mogłaby być obłędna - a coś takiego jeszcze bardziej boli.


ocena: 8/10
kupiłam: Liberty London
cena: 42 zł / 70 g
kaloryczność: 516 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

2 komentarze:

  1. Opakowanie piękne, ale aż tutaj czuję poniuch raka. No trudno, co zrobić! Cinnamon roll chciałabym kiedyś zjeść w oryginalnej postaci. Może nawet wytarzam sobie go lekko w ziemi z doniczki, kto mi zabroni? Zabawna sprawa, bo zaledwie przed chwilą pisałyśmy o słodyczach z oceną 5 chi czy 8/10, do których nie chcemy wracać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak na marginesie, nie wiem, czy słyszałaś o poglądzie o tym, że obecne życie społeczne, konsumpcjonizm opierają się na spektaklu, dedyferencjacji rzeczy i miejsc oraz symulowaniu relacji, czyli np. urządzanie galerii handlowej tak, by przypominała osiedle na plaży. Liberty London świetnie się w to wpisuje (wygooglałam, jak to wygląda), nie sądzisz? Swoją drogą, też raka czuję, choć już wolę pieczone skorupiaki niż cukiernię.

      Łe, ja po spróbowaniu cinnamon roll uznałam, że nie są w oryginale tak fajne jak wyobrażenia, jakie można o nich snuć.
      Wytarzasz? Niee, poproś, by do cynamonowego zawijasa dodali Ci ziemi.

      Dokładnie!

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.