czwartek, 23 listopada 2017

Zotter Gin & Lemon ciemna mleczna 60 % z czekoladowym kremem z ginem i kardamonem oraz kremem cytrynowym

Dobrym alkoholem i czekoladami z nim nigdy nie pogardzę, zwłaszcza jeśli o Zottera chodzi. Po prostu uwielbiam alkoholowe propozycje tej marki, a przy tej nowości zorientowałam się, że w sumie gin jest alkoholem bardzo rzadko występującym w słodyczach. Ja go cenię, podobnie jak (tak przynajmniej pisze Zotter) J. K. Rowling i John Travolta, a już na pewno Josef Farthofer. Ten ostatni to wytwórca ginu O.Gin, w którym znajduje się 24 różnych ziół i przypraw i który to Zotter dodał to dzisiaj opisywanej kompozycji.


Zotter Gin & Lemon to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana czekoladowym kremem z ginem (o nutach jałowca i pomarańczy) i kardamonem oraz cytrynowym kremem na bazie mlecznej czekolady, cytryn i lemoniady.

Po rozchyleniu papierka poczułam wyrazisty zapach czekolady z mocno zaznaczonym kakao i nutą alkoholu, co przywodziło na myśl wytrawne trufle. Plątały się przy tym cytrusowe nuty, nabierające mocy dopiero po przełamaniu. Wtedy jednak nad czekoladą rozpościerał się cały wachlarz i innych zapachów. Wyraźnie czułam gin, mnóstwo przypraw korzennych z takimi gorzkawymi jak np. kardamon na czele, ale i jakieś bardziej ziołowe, jak choćby jałowiec.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała, ale tylko za sprawą grubej warstwy czekolady. Nadzienia były bowiem bardzo miękkie, plastyczne. Jako że nie były nazbyt tłuste, nazwałabym je w pewnym sensie rzadkawymi, ale nie w negatywnym sensie.
Wszystko, wraz z czekoladą, rozpływało się leniwie i kremowo-maziście; krem cytrynowy ujawniając twardawe drobinki.

Tradycyjnie kawałeczek podzieliłam na warstwy, ale tylko, by dokładniej wszystko opisać. Najlepiej smakuje podczas przegryzania się przez całość - to naprawdę przemyślana kompozycja.

Najpierw poczułam gorzkawą, przepyszną czekoladę z subtelną nutą mleka i minimalną słodyczą.

Szybko przebijały się smaki nadzień, niosąc niekwaśny smak cytrusów, pewną czekoladowo-kakaową truflowość, a więc i nutę alkoholu, oraz przyprawy korzenne.

Zdecydowanie dominowało ciemne nadzienie. Jego bazę można określić jako maślano-mleczną, ale ewidentnie czuć tu smak kojarzący się z wysokiej jakości cukierkami typu trufle, a więc kakaowo-czekoladowy ze znaczącą ilością alkoholu. To cała paleta przyjemnych gorzkości. Wyraźnie czułam gorzkie pomarańcze (których nutę z ginu skutecznie podbiły grejpfruty i cytrynowe nadzienie), statecznie gorzkie kakao, dużą ilość gorzkiego ginu, na którego fali po ustach rozchodził się smak przypraw. Wychwyciłam jałowiec i kardamon, ale też coś jakby gałkę muszkatołową. Jałowcowe klimaty niosły za sobą też pewną ziołową goryczkę (a jałowca nie ma w składzie - czyżby pochodził tylko z ginu?). Nic z tego nie wydało mi się jednak ordynarne.

To też pewnie zasługa jasnego nadzienia. Co ciekawe, nie było specjalnie słodkie (było za dużo elementów przełamujących, by nazwać tę kompozycję słodką), a już na pewno nie kwaśne. Miało... dość neutralny smak, choć smakowało słodko cytrynowo. Przez neutralność rozumiem... naturalnie mleczny smak? Chyba. Przyjemnie łączył się z drugim nadzieniem i podsycał także słodsze przyprawy, a więc cynamon, wanilię, goździki. Przy całej tej mleczności również był czekoladowy, co genialnie współgrało z mocniejszą warstwą. Trochę ją łagodziło, lecz nie tłamsiło.
Gin był dzięki temu dobrze wyczuwalny, ale ani przez moment nie wydał mi się przesadzony.
Z czasem w ustach czułam lekki chłodek anyżu, a w gardle przyjemne ciepło alkoholu, jednak dzięki harmonii kompozycji też nie były zbyt napastliwe.

Całość wyszła przede wszystkim ginowa i czekoladowa. Gin to główny smak, ale tabliczka "nie waliła alkoholem". Został on podkreślony przemyślanym doborem składników. Gorzkości zaserwowano w świetny sposób, gdyż korzenne przyprawy cudnie zmieszały się z lekko ziołowymi nutami, a cytrusy... wyszły niezwykle ciekawie, bo było czuć ich smak, ale nie kwaśność. W zasadzie cytryny były słabą nutką, jak na całą warstwę cytrynowego kremu, ale w takim otoczeniu, nie przeszkadzało mi to. Wyraźny smak czekolady świetnie wszystko dopełnił, a najlepsze w tym było to... że obeszło się bez silniejszej słodyczy. Owszem, słodkawo, ale raczej "naturalnie neutralnie" niż słodko.
Mimo dwóch kremów, czekoladę zaliczam do tych "typowo alkoholowych" Zotterów, w których wszystko ma obracać się wokół konkretnego alkoholu. Możliwe, że większa ilość cytryn zabiłaby nuty ginu (co byłoby ogromną szkodą - tak jak uważam za bezsens serwowania ginu z jakimiś sprite'ami).
Bardzo, bardzo mi smakowała.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś mogłabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, gin, syrop glukozowy cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, sok cytrynowy, słodka serwatka w proszku, nierafinowany cukier trzcinowy, koncentrat soku cytrynowego, sól, wanilia, koncentrat grejpfrutowy, lecytyna sojowa, jabłkowy ocet balsamiczny, cynamon, anyż, goździki, kardamon, piołun

środa, 22 listopada 2017

baton Zdrowie w Tobie figi, orzechy ziemne, chia

Kiedy kończy się sezon na uwielbiane przeze mnie kaki i kończą się ciekawe sezonowe owoce, w marketach większość przemrożona, odbijam to sobie w owocach suszonych (głównie figi i daktyle, z których nie umiem wybrać, co wolę). Ich słodycz sprawia, że ze słodyczy mam ochotę prawie tylko na ciemne czekolady, a że pogoda nie sprzyja zdjęciom, sięgam po te już znane. A że nudy nie lubię, pisać kocham... to tak kombinuję, jak by sobie to wszystko urozmaicić. Ostatnio zakupiłam parę raw batonów w ramach urozmaicenia od suszonych owoców, bo... owoców przecież recenzować nie będę, a czuję potrzebę zaznaczenia fig na blogu.


Zdrowie w Tobie figi, orzechy ziemne, chia to baton zrobiony na bazie fig, daktyli i orzeszków ziemnych z kokosem i nasionami chia oraz z dodatkiem guarany i cynamonu.

Po otwarciu uderzył mnie niezwykle intensywny i w pełni naturalny zapach. Był daktylowo-figowo słodki. O miejsce walczył tam też "podfermentowany kwasek" albo raczej ich pewna soczystość. Mimo to, powiedziałabym, że zapach główny to kokos - zarówno ten zwykły, jak i goryczkowaty, pochodzący od oleju. Słodycz, ale tonąca w naturalnie wyrazistej kokosowości.
Wydało mi się to bardzo charakterne... właśnie nie tak słodkie, jak mogłoby się wydawać.

Baton przy łamaniu czy krojeniu nie wydał mi się twardy; dopiero w trakcie jedzenia, przeżuwania wyszła na jaw jego twardość (albo raczej konkretność, stworzona przez zwartą strukturę) i pewna kruchość. Natłuszczony był w stopniu odpowiednim, choć momentami wydał mi się nieco zbyt suchy (nie wolałabym jednak więcej tłuszczu - prędzej coś bardziej soczystego). Bardzo przyjemnie strzelał i chrzęścił. To pierwsze wywołały pesteczki fig i chia - mi za mało było tych pierwszych; nie obraziłabym się za to, gdyby chia wywalono (na rzecz pesteczek). Chrzęszczenie napędzały soczyste wiórki, które w dużym stopniu były przemielone.

Ogółem jednak baton wcale nie był taki przemielony, np. orzeszki to spore kawałki. Miały cudownie świeżą konsystencję i taki też smak. Dodawał on pewnej orzechowej łagodności, sam jednak do głównego nurtu batona się nie zaliczał.

Zdecydowanie dominował bowiem kokos i słodycz bakalii. Figi i daktyle się przemieszały. O ile figi były wyczuwalne wyraźnie jako one same, takie nieco podkwaszone, tak daktyle... wydały mi się tylko napędzać "naturalnie miodową słodycz bakalii" (pewnie dlatego, że  konsystencji nie wniosły efektu "daktylowej papki"). Ogólnie słodycz kojarzyła mi się trochę z masą makową, ale to odległe skojarzenie. Nie było jednak nazbyt słodko za sprawą kokosa.

Ten był wiórkowo świeży, ale i w dużej mierze smakował olejem kokosowym. Gorzkość z czasem rosła, zrównywała się ze słodyczą. Była to goryczka oleju kokosowego, ale umilona. Myślę, że dzięki guaranie. Czuć bowiem ogólną gorzkawość (w tym oleju), ale nie olej kokosowy sam w sobie.

Całość wyszła więc... może nie gorzko, nie tak zasładzająco... tylko słodko- "gorzkoneutralnie". Bardzo kokosowy baton (co podkreśliła orzechowa nuta), o nie tak jednoznacznej słodyczy. Aż nie wiem jak go podsumować... Pyszny, jak na kokosowca, ale nie wydaje mi się, by był to "baton kokosowy". Czuję niedosyt w kwestii fig. Mam tu na myśli także strukturę. Pesteczek poskąpiono, chia uważam za zbędne... a i co do konsystencji to tak jakoś... za sucho-twardo. Wolałabym, gdyby daktyle w tej sprawie odegrały większą rolę.


 ocena: 8/10
kupiłam: urbanvegan.pl
cena: 5,69 zł (za 70 g)
kaloryczność: 328 kcal / 100 g; baton - 267 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: daktyle 30%, figi 30%, orzechy ziemne 25%, wiórki kokosowe 9%, chia, olej kokosowy, guarana, cynamon

wtorek, 21 listopada 2017

Baron Luximo mleczna z nutą kremu katalońskiego

Ta czekolada nie ma żadnego elementu, dla którego kupiłabym ją sobie, ale całe mnóstwo sprawiających, że uznałam ją za czekoladę obowiązkową do kupienia mojej Mamie. Ta oczywiście, znając moją słabość do czekolad, opisywania ich itp., odstąpiła mi dwie kostki (a wcześniej całą tabliczkę na sesję zdjęciową, mimo że bała się, że zostawię sobie więcej niż dwie).

Luximo Premium Czekolada mleczna z nutą kremu katalońskiego to "czekolada mleczna o smaku kremu katalońskiego", a więc m.in. z cukrem trzcinowym, aromatem karmelowym, o zawartości 32 % kakao produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach mlecznej czekolady, który w pierwszej chwili wydał mi się nieco przypominający, może nawet krówki. Już po chwili, gdy aromat nieco się rozniósł, krówki uciekły, a nadszedł wanilinowo-waniliowy budyń. Był to zapach typowo budyniowy, aż dziwne. Przyznam, że pewnie może być według sporej części ludzi smakowity, ja jednak podchodziłam do tego z rezerwą i jeszcze nie wiedziałam, co myśleć.

Przy łamaniu zdziwiłam się, bo usłyszałam trzask. Po włożeniu do ust, kawałek rozpływał się błogo kremowo, dość tłusto, ale nie ulepkowato, a tworząc bagienko i... ujawniając kryształki cukru. I to sporo. Konsystencja była przyjemna, do czasu pojawienia się tego chrzęszczącego zła.

W smaku od pierwszej sekundy było bardzo słodko, ale nie cukrowo. Bardzo smakowicie i zdecydowanie zagrało tu pełne mleko, do którego podczepiła się nuta budyniu waniliowego. Wcale nie był to twór sztuczny, wanilinowy, a słodko waniliowy i całkiem przyjemny. Uroczo wkomponował się w smak słodkiej, mlecznej czekolady.

Potem słodycz trochę się zmieniała, wydała mi się bardziej toffi, ale tylko trochę. W tym momencie niestety wkraczały kryształki cukru, napędzając taką tępą słodycz. Zupełnie nie miała wyrazu, nie pasowała mi. Pod koniec to toffi raz jeszcze spróbowało swoich sił, a w ostatnich sekundach pojawiał się posmak palonego karmelu, ale wciąż w ogólnej silnej słodyczy.

Czekolada wyszła... uroczo, milusio i całkiem przyjemnie. To chyba najtrafniejsze słowa biorąc pod uwagę budyniowość, toffi i ogrom mleka. Była bardzo słodka, ale jeszcze nie cukrowa w smaku, choć przez kryształki cukru niebezpiecznie zbliżyła się do przesłodzenia. Uważam je za zupełnie zbędne, zarówno w smaku jak i w konsystencji. O wiele bardziej pasowałyby tu jakieś drobinki karmelu i to takiego mocno palonego, charakternego.
Może nie dla każdego (np. nie do końca w moim stylu), ale w sumie ciekawa, dobrze zrobiona, bez żadnych nieprzyjemnych posmaków, smakująca jak na mleczną czekoladę przystało.


ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2,99 zł (chyba)
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, cukier trzcinowy 7,6%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, naturalny aromat karmelowy (zawiera mleko), aromat naturalny

niedziela, 19 listopada 2017

Jakub Piątkowski Czekolada Wybrzeże Kości Słoniowej 65 % ciemna z nibsami z Brazylii

Po obłędnej JP Czekoladzie Madagaskar 72 % wiedziałam już, jak wysokiej jakości mogę oczekiwać od tej marki. Moje myśli zaczęły się więc koncentrować wokół czekolady z regionu, który ostatnio rozczarował mnie w wykonaniu Morina (Cote d'Ivoire Guemon Lait 48 % i Noir 100 %). Chodzi o Wybrzeże Kości Słoniowej, skąd ponoć ogólnie pochodzi "nieciekawe kakao". Zaczęłam jednak podejrzeć, że mogę się jeszcze zdziwić...

Jakub Piątkowski Czekolada Wybrzeże Kości Słoniowej 65 % to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej z kawałkami kakao z Brazylii.

I w dniu degustacji istotnie się zdziwiłam. Otóż dopiero wyjmując tabliczkę z szuflady zorientowałam się, że nie jest czysta, a z dodatkiem.
Po otwarciu z kolei trochę zdziwiła mnie ilość i wielkość nibsów. W sumie po przeczytaniu tego, co na tyle opakowania, spodziewałam się też wtopionych, a nie tylko posypki (i to tak licznej!), ale cóż. Przy łamaniu część nibsów odskakiwało, co potem uznałam za plus. Osobiście nie przepadam jak tego dodatku jest w czekoladzie za dużo, ale tutaj patrzę na to inaczej (to już domysły: dzięki takiej ilości czekolada pewnie nasiąkła odpowiednimi nutami, a że odpadają... nie muszę jeść wszystkich z czekoladą).

Od razu po otwarciu poczułam moc kawy i orzechów. Były to głównie włoskie, laskowe, ale może i jeszcze jakieś. Coś lekko podprażonego, kawa na pewno znacząco palona. Nie było jednak zbyt gorzko, plątała się tam nuta subtelnego karmelu i... pieczarek. Smakowita, ale pieczarkowa.

Bardzo ciemna tabliczka sprawiała kłopot przy łamaniu. Była bardzo twarda i pełna opadających kawałków kakao na spodzie.

Czekolada rozpływała się w ustach w sposób maziście-kremowy, trochę szorstko-proszkowo, co bardzo mi się spodobało. Nibsy były chrupiące i twardawe, ale też w pewien sposób miękkawe, więc przyrządzono je jak trzeba.

W smaku od pierwszej chwili poczułam smak mocno palonej, świeżo zaparzonej kawy i słodką nutę "palonych karmelków" (pewnie coś takiego nie istnieje). Było w tym jednak też coś soczystego, więc oczami wyobraźni zobaczyłam wykwintny czekoladowy sos, skojarzenie to nie wyprzedzało jednak tej wyrazistej kawy.

Zewsząd pojawiały się także orzechowe nuty; wcale nie tak jednoznaczne, gdyż kryła się pod nimi jakaś wytrawniejsza nuta.
Łącząc się ze słodyczą podchodziły pod wyidealizowane czekoladowe płatki zbożowe z mlekiem. Przy zbożowości jednak znów "mieszała" dziwna, wytrawna nuta. Z czasem wyraźniej poczułam pieczarki, co dziwacznie smakowicie wpisywało się w ogólne pieczono-ciepłe klimaty.
W tle wychwyciłam lekką soczystość... skojarzyła mi się z jakąś słodką marmoladą żurawinową, może truskawkową... mglisty smaczek, ale jednak.

Od "mleka z płatków" szła jednak mocniejsza właśnie mleczna nuta. Po paru chwilach świetnie czułam orzechowo-mleczny krem o karmelowej słodyczy. Było to połączenie orzechów włoskich i laskowych wraz z ich skórkami.

Smak tych skórek nabierał mocy, gdy rozgryzałam nibsy. Wtedy wzmacniała się też kawa, ogólna gorzkość i takie... mokro-ziemiste, niemal piwne nuty. Nie było w tym jednak ordynarności, ani kwasku.

Na koniec po czekoladzie pozostawał posmak orzechów (albo raczej wspomnianego orzechowego kremu) i kawy, a wytrawniejsze nuty i palony smak nibsów... też gdzieś tam były (choć ja nie zjadłam wszystkich nibsów, więc ich smak nie był taki mocny). Wszystko to przełożyło się na to, że czekolada skojarzyła mi się ze... "złotą polską jesienią". 

Czekolada bardzo mi smakowała, bo zaserwowała właściwie codzienne, zwyczajne nuty, ale w niezwykłym wydaniu. Chyba wolałabym więcej kakao kosztem słodyczy, ale... miało to swój urok. Orzechowy, słodziutki mleczny krem, kawa, karmel... Wszystko to, wraz z nutami marmoladowymi pojawiło się i w Morinie Cote d'Ivoire Guemon Noir 100 %, ale JP Czekolada wyszła o wiele lepiej. Zaskoczyła mnie jednak pieczarkowa nuta. Przecież bardzo podobną czułam w Pralus Bresil Forastero 75 %. Tutaj tylko nibsy były przecież z Brazylii i one same nie smakowały pieczarkami, więc... czy to możliwe, by jakoś tak nimi tabliczka nasiąkła? Nie wiem, ale efekt końcowy kupił mnie i kropka!


ocena: 9/10
kupiłam: jpczekolada.com
cena: 17,50 zł (za 55g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: zmielone ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, pokruszone i wypieczone ziarno kakao z Brazylii

sobota, 18 listopada 2017

czekoladki Trader Joe's Peanut Butter Chocs Salted Caramel

Już przy batonie Magnum Double Peanut Butter wspominałam o produkcie podobnym - tak, wreszcie czas na jego debiut. Nie lubię amerykańskiego jedzenia, ale muszę przyznać, że dwie ich rzeczy wprost ubóstwiam: solony karmel i masło orzechowe. Połączenia tego po prostu nie mogłam nie chcieć spróbować, skoro Tata podarował mi paczkę czekoladek, które Aldi sprowadziło jednorazowo.

Trader Joe's Peanut Butter Chocs Salted Caramel to czekoladki nadziewane kremowym masłem orzechowym z solonym karmelem w mlecznej czekoladzie (o zawartości 33% kakao).
Przy "wyprodukowano w Niemczech" podali wawi.com.

Po otwarciu poczułam smakowity, wyrazisty zapach masła orzechowego z solidną ilością soli, przy czym stał także karmel i zapach mlecznej czekolady.

Czekoladki już w dotyku były dość tłuste, a po przekrojeniu okazało się, że pod gruba warstwą czekolady jest jedno nadzienie (a nie dwuwarstwowe jak myślałam). Było zbite, konkretne, ale nie twarde.

W ustach okazało się tłuste w sposób charakterystyczny dla masła orzechowego, a więc gęsty, zalepiający. Dodano mu jednak jeszcze bonusowej maślaności, co mi trochę przeszkadzało. Nie było gładkie, gdyż kryło drobinki soli.
Również bardzo tłusta, ale nie ulepkowata czekolada sprawiła, że ogólnie było za tłusto, ale w sumie do zniesienia.

Czekolada była wyraźne mleczna, trochę maślana i słodka w odpowiednim stopniu, z minimalnie wyczuwalnym kakao. Taka całkiem w porządku zwykła mleczna czekolada.

Nadzienie smakowało przede wszystkim masłem orzechowym w kontekście naturalnie podprażonofistaszkowym. Świetnie podkreśliła to spora ilość soli. Sprawiła nawet, że całość wcale nie wydawała się taka słodka.
Niestety, był też element odbierający trochę wyrazistości, a wprowadzający pewną neutralną nijakość, przez którą rozumiem maślany, może też trochę mleczny smak. W nadzieniu z masła orzechowego wydał mi się zupełnie zbędny, zaburzający to masło orzechowego. To pewnie miał być karmel, jednak... jego karmelowość gdzieś się zgubiła.

Czekolada pozostawała w ustach bardzo długo, prawie do końca rozpuszczania się nadzienia; a to nadzienie, a konkretniej słone masło orzechowe czułam w posmaku.

Czekoladki ogólnie okazały się całkiem smaczne, jednak z racji tłustości i nijakiej nuty połowę i tak oddałam Mamie. Myślę, że taka forma połączenia "solony karmel i masło orzechowe" to beznadziejny pomysł. Dwie warstwy, czyli masło orzechowe i solony karmel byłyby o wiele lepsze, ewentualnie (jak się nie potrafi) to karmelu w ogóle tam nie pchać. Tak było masło orzechowe, ale nie tak mocarnie wyraziście masłoorzechowe jak bym chciała, a karmel... no właśnie, to on tu zawinił.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (Tata kupił w Aldi)
cena: -
kaloryczność: 565 kcal / 100 g; 2 szt. (ok. 19g) - 108 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: orzeszki ziemne 31%, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, glukoza, olej kokosowy, sól 0,7%, utwardzony olej rzepakowy, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna sojowa, słodzone mleko skondensowane, aromat naturalny

piątek, 17 listopada 2017

Baron Luximo biała z nutą jagodową

Dawno, dawno temu, gdy w moim Rossmannie pojawiły się czekolady, zapragnęłam spróbować jakiejś białej z jagodami, ale do czekolad z tego sklepu byłam wyjątkowo sceptyczna (mimo że żadnej nie próbowałam). Obecnie to pragnienie przeszło, ale że coś podobnego pojawiło się w Biedronce, a wraz z Mamą postanowiłyśmy popróbować tego i owego z tej linii Luximo, nie mogłam nie spróbować. Zgarnęłam od Mamy dwie kostki, trochę i tak bojąc się zacukrzenia po bardzo słodkiej mlecznej z pistacjami i karmelizowanymi orzechami laskowymi Luximo Baron.

Luximo Premium Czekolada biała z nutą jagodową to "czekolada biała z granulatem jagodowym", który to stanowi 2,5% całości (i jest z soku jagodowego i cukru) produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, zaskoczyła mnie intensywność i naturalność soczyście jagodowego zapachu. Za nim czułam słodko mleczny zapach całkiem dobrej białej czekolady. Słodko, ale rześko, a więc dość lekko i przyjemnie.

Już przy łamaniu czekolada napomknęła o swej tłustości (ale nie była miękka czy coś), a po pierwszym kęsie okazało się, że nie kłamała. Rozpływała się bowiem tłusto kremowo, minimalnie proszkowo, ale na szczęście nie była ulepkiem. Powoli odsłaniała twardawe i przyklejające się do zębów owocowe kryształki.

W smaku od pierwszej chwili czułam wyrazisty smak mleka z lekko zaznaczoną wanilią. Było bardzo słodko, wyraziście białoczekoladowo, ale niemal natychmiast dawała o sobie znać soczystość. Nasiąkła nią cała tabliczka.

Z czasem smak jagodowy robił się coraz wyraźniejszy. Zaskoczyło mnie to, jak naturalny był. Nasilał się przy kryształkach. One były słodkie, ale i dawały lekkiego kwaśno jagodowego kopniaka. Potem tonął w słodkiej, maślanej białoczekoladowości.

W ustach pozostawał posmak jagód i białej czekolady zaskakująco dobrej jakości.

Ta tabliczka to taki mocno słodzony, jakby ze skondensowanym mlekiem, mleczny koktajl z jagodami. Osobiście wolałabym ich o wiele więcej, nawet tylko pod postacią soku, ale po prostu żeby ten smak był jeszcze wyrazistszy. Kawałkami owoców w ogóle byłabym zachwycona, no ale nie można mieć wszystkiego. Coś podobnego było w Cachet Blackberry & Ginger, ale granulki Cachet się tak nie lepiły, wyszły lepiej jakościowo.
Dwie kostki mnie nie zacukrzyły, ale zasugerowały, że kolejna mogłaby to zrobić, więc wystarczyły. Było smacznie, choć na więcej i tak bym się nie skusiła.


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2,99 zł (chyba)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, granulat jagodowy 2,5% (sok jagodowy, sacharoza), tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, aromat naturalny

czwartek, 16 listopada 2017

piwo Setka Madagaskar Milk Stout [18 LAT+]

Uwielbiam Madagaskar i wszystko. co z nim związane. Zaczęło się to od tego, jak lata temu namiętnie oglądałam Animal Planet do jedzenia i leciał program o lemurach, potem jeszcze doszło kakao, którego nuty uważam za jedne z najsmaczniejszych. Teraz można do tej miłości podciągnąć wszystko: to, jak to wygląda, bajkę, egzotyczne smaki... Przy tym wszystkim to chyba jasne, że jak tylko zobaczyłam to piwo na półce, nie mogłam przejść obok niego obojętnie.

I niestety, również nieobojętnie, a z przykrością muszę wyprosić tych, którzy nie są jeszcze pełnoletni. Spokojnie, recenzja poczeka, bo jest to wpis przeznaczony wyłącznie dla osób dorosłych (+18). 

Browar Setka Madagaskar Milk Stout to ciemne piwo słodzone laktozą z wanilią madagaskarską i kardamonem.

Od razu po nalaniu do szklanki i aż do ostatniego łyka roznosił się nad nią słodki zapach kojarzący się z piernikiem z przyprawami, mleczną czekoladą, czymś trochę palonym i niewątpliwie zapach wanilii.

Pianka rosła wysoka, ale nie utrzymywała się jakoś specjalnie długo. Struktura ogółem była raczej lekka i przyjemnie kremowa (a nie oleista jak w przypadku piwa Golem Dybuk rye porter z kakao i solą), a kolor cudownie ciemny.

Smak okazał się bardzo podobny do zapachu, ale na szczęście był też nieźle podbudowany lekką gorzkością niesioną przez paloną nutę. Ona przywodziła na myśl wręcz przypalony piernik, a pewna słodowość zasugerowała mi, że w pierniku tym pewnie kryją się jakieś skórki pomarańczy czy coś. Te smaki oczywiście były zaserwowane w ewidentnie ciemnopiwnym wydaniu.
Wszystko to jednak było subtelne i przystępne, bo jednak te słodkie akcenty z zapachu wyraźnie wszystko sobie podporządkowywały. Było więc słodko, ale nie słodziaśnie. Wanilia i nieco mlecznawa nuta zagrały ambitniejszy duet, który miał w sobie coś z czekolady i piernikowego cappuccino.

Całość wyszła lekko i przyjemnie. Słodko, ale nie za słodko, bo wciąż jednak palono i zdecydowanie, jak na ciemne piwo przystało. Wanilię czuć, ale w ogólnej kompozycji wyszła nie tyle waniliowo, co słodkawo. Czy ja wiem, czy to piwo oddaje charakter Madagaskaru? Niee, po prostu jest z wanilią stamtąd. Czy przeszkadzało to w odbiorze? Nie. Czy było w tym coś niespotykanego? Niestety też nie, bo wyszło dość zwyczajnie.


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 9,99 zł (chyba)
czy kupię znów: nie

środa, 15 listopada 2017

Lifefood 70 % Cacao Chia Raw Chocolate Bar ciemna surowa z nasionami chia i daktylami

Kocham daktyle i nie mogę pogodzić się z tym, że w czekoladach prawie nie występują. Jadłam dwie Zottera (Ayurverdic Relaxation Treatment i Arabian Dates with Mint), a one tylko potwierdziły, że to genialny dodatek do czekolady. Dziś prezentuję Wam propozycję zupełnie innej marki, której próbowałam już czekoladę ze spiruliną i, prawdę mówiąc, do momentu spróbowania nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać (m.in. też dlatego, że zawierała chia, które uważam za kiepski dodatek do czekolady).

Lifefood 70 % Cacao Chia Raw Chocolate Bar to surowa ciemna czekolada o zawartości 70 % składników kakaowych z daktylami i nasionami chia.

Bardzo ciemna czekolada została podzielona na strasznie malutkie kostki, a na spodzie widać przebijające dodatki. Ogół zupełnie do mnie nie przemawia.

Po otwarciu poczułam mocno kawowy zapach osłodzony nieco karmelową nutą i akcentem suszonych owoców. Ta kawa wypływała z "mokrych" klimatów surowego kakao, także w dużej mierze ziemistych, wręcz trochę cytrynowych.

Tabliczka łamała się z łatwością, ale nie przez tłustość, miękkość czy coś... można tu mówić o pewnej kruchości przez chia, które aż odskakiwały. Było ich mnóstwo, daktyli zaś... jakby mniej. Daktyle były strasznie podrobione - aż trudno je nazwać nawet kawałeczkami.
Czekolada rozpływała się łatwo, nie wydawała się zbyt tłusta, choć trochę taka była; a do tego zaskakująco gładka i... śliska. To wrażenie potęgowały nasiona chia, które nierozgryzane dłuższą chwilę robiły się właśnie śliskie i irytujące. A rozgryzane... strzelały i też strasznie mnie irytowały. 

W smaku od pierwszego kęsa czuć gorzkość palonej kawy, dość sporo dymu. Nie była to gorzka siekiera, a smak przystępny i przyjemny. Mnie wydał się nieco zbyt "uneutralniony" poprzez dużą zawartość tłuszczu kakaowego, ale nie było źle. Dym trochę się potem kumulował, wychwyciłam przy nim nieco ziemisty wątek, gubiący się jednak wśród słodkich przebić.

Początkowo głównie waniliowe, potem zaczęły pojawiać się także bardziej karmelowe. Karmelowy klimat napędzała nuta dymu. Trzy razy, trafiając na większą drobinkę, poczułam "powiedzmy, że smak daktyli", co cudownie weszło w kawową gorzkość i dym, ale przez większość czasu jedzenia brakowało mi smaku daktyli. Owszem, stanowiły słodzidło, ale... przez to ich podrobienie, jako one same nie były zbyt wyraźnie wyczuwalne.

Na końcu, kakao zmieszane z nieprzesadzoną, ale znaczną słodyczą przybrało postać bardziej czekoladową. Było to dobre kakao, z kawowymi i dymnymi akcentami, ale taka wersja bez głębi jak w przypadku prawdziwych ciemnych czekolad. Surowy smak też nie był tu taki oczywisty; powiedziałabym, że słodycz skutecznie go ukryła, choć nie była wiodącym smakiem (pewnie tłuszcz też odegrał w tym swoją rolę). Daktyle chyba były tylko zamiennikiem cukru, nie zaś dodatkiem samym w sobie (ich smaku jako "ewidentnie daktyle" nie było czuć), a chia... denerwowały mnie i tyle. W smaku nie wnosiły nic, a były "czymś do gryzienia" - wypełniaczem? Zbędne. Lepiej by było, gdyby zrobili czekoladę z dużymi daktylowymi farfoclami. 


 ocena: 6/10
cena: 11,99 zł (za 35 g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy tłuszcz kakaowy 45%, surowy proszek kakaowy, daktyle, nasiona chia 10%, sproszkowana wanilia

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jakub Piątkowski Czekolada Madagaskar 72 % ciemna

Ostatnio zaczęłam odczuwać ogromny niedosyt w kwestii ciemnych plantacyjnych czekolad, a już zwłaszcza tych z madagaskarskiego kakao. Jako że postanowiłam zapoznać się z sowicie nagradzaną przez Akademię Czekolady polską marką Jakub Piątkowski Czekolada, nie miałam najmniejszego problemu ze zdecydowaniem, po którą sięgnąć na początek.

Jakub Piątkowski Czekolada Madagaskar 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Madagaskaru.

Po rozchyleniu papierka poczułam wyrazisty zapach drzew w ciepłym wydaniu, jakby wręcz trochę podwędzano-poddymianym. Czułam także pewną mokrość (wilgotny las?), mięsistość (ale nie mięso), a od tego jakby jędrną skórkę pomarańczy, ale i samą dojrzałą pomarańczę w towarzystwie czerwonych owoców (porzeczki i jakaś taka drobnica oraz chyba grejpfrut) i subtelnych cytrusów. Woń niecodzienna i nie typowo madagaskarska. 

Przełamałam czerwoną tabliczkę, która wydała zdrowy trzask i ujrzałam nieco ziarnisty, bordowy przekrój, po czym spróbowałam.
Czekolada rozpływała się łatwo, przyjemnie leniwie w nietłusty sposób, a wręcz soczyście i z minimalnym efektem papieru ściernego, co jednak było tak leciutkie, że nawet szorstkością nie można tego nazwać. Świetnie jeszcze bardziej podkreśliło to jej charakterek.
Zakochałam się w tym, że z tej czekolady jakby wypływał sok... był to efekt porównywalny do najbardziej soczystej czekolady jaką jadłam - Pacari z marakują. Nieprawdopodobne!

W smaku już od pierwszej sekundy zaatakował mnie ogrom cytrusów ze wskazaniem na cytrynę, jej skórkę oraz gorzkość drzew (również "podwędzano-dymionych", jak w zapachu). Cała ta wędzoność skojarzyła mi się nieco ze "stekową" Domori Sambirano 70 %, a z czasem zaczęła ujawniać wręcz nibsowy smak.

Bardzo szybko zaczęło mi się wydawać, że z czekolady wypływają soki świeżo wyciśnięte z grejpfruta, cytryn, pomarańczy i marakui. Zrobiło się słodko owocowo, po czym marakuja zaczęła królować, podkręcając wcześniej niemal niewyczuwalną nutę czerwonych owoców. Oto obok marakui uplasowały się słodkie, dojrzałe maliny. Czuć przy nich cały miks malutkich czerwonych owoców, a z czasem doszukałam się również hibiskusa. 

Równolegle cały czas rozwijała się bogata gorzkość. Nibsowość poszła w mokre klimaty niemal ziemisto-trawiaste (też trochę trawy cytrynowej?) i kefirowe, ale nie do końca. Chwilę mi zajęło, nim znalazłam dobre określenie. Czułam takie suszone herbaciane fusy oraz nie tyle kefir, co twarożek z jogurtem.

Smaki te świetnie łączyły się z nutkami delikatnej słodyczy. Fusy splatały się z hibiskusem, twarożek wydał mi się wymieszany z malinami i marakują oraz... tu pojawiała się karmelowa nutka cukru trzcinowego, jednak kompozycja była tak obłędnie owocowa, że nie kojarzyło się to z karmelem, a jakimiś suszonymi owocami - rodzynkami? One też podchodziły pod fusiastość.

Pod koniec drzewa wchłonęły nieco te herbaciane nuty; mokra jogurto-ziemistość szepnęła coś kawowego, a więc gorzkość. Gorzkość niewątpliwie w dużej części była grejpfrutowa, ale łagodziły ją maliny i hibiskus. 

W ustach pozostawało poczucie soczystości cytrusów i czerwonych owoców, a także lekka suchawość drzew w ciepłej i wyrazistej tonacji. Wbrew pozorom czekolada nie była zbyt kwaśna, bo wszystkie smaki wyszły... jakbym po protu jadła wymieniane owoce. Słodycz również wydawała się tylko i wyłącznie naturalna. A moc kakao... A ta soczystość! Cud!

Ta czekolada... rzuciła mnie na kolana i weszła w elitę "moich ulubionych", zszokowała mnie soczystością równą tej marakujowej Pacari, a w smaku wydała mi się niezwykle podobna do ukochanej Akesson's 75 % Criollo Madagascar (nuty czerwonych owoców, rodzynek, ta drzewna suchość, dym), która jednak była bardziej kawowa (JP o wiele bardziej owocowa), a także kojarząca się nieco z Domori Sambirano Madagascar 70 % (ta "mięsistość", rodzynki, czerwona leśna drobnica owoców), choć zdecydowanie mniej słodka od Domori. Z Zotterem Labooko Madagascar 75 % łączy ją ta jogurtowa twarożkowość, jednak Zotter był ogółem raczej jagódkowy.
Lepsza od Domori, od Zottera, nie wiem czy nie lepsza od Akesson's (hibiskus i herbata JP bardziej mi pasowały do takiego ogromu owoców niż kawa). Ukochałam ją chyba na równi z także niezwykłą (choć w zupełnie inny sposób) Menakao 72 % Deep & Fruity. 


ocena: 10/10
kupiłam: jpczekolada.com
cena: 17,50 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: tak

Skład: zmielone ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

niedziela, 12 listopada 2017

czekoladki Niederegger Lubeck Espresso Marzipan; Eier Liqueur Marzipan

Dawno, dawno temu dostałam parę marcepanów od Agnieszki, za które bardzo, bardzo dziękuję, a o których notatki... troszeczkę sobie u mnie poczekały. I to chyba z najgłupszego możliwego powodu, bo tylko dlatego, że nie wiedziałam, w jakiej kolejności je wstawić: od klasyka? nie, bo chciałam do czekolady się odnieść; od innych? ale od których? pojedynczo? długą recenzję porównawczą? W końcu uznałam, że podzielę to tak: "pitne smakowitości", "cytrusowe pomysły na marcepany", a jako wisienkę na torcie - klasyka.

Niederegger Lubeck Espresso Marzipan to marcepan kawowy (72%) w ciemnej czekoladzie.

Zapach kawy poczułam od razu po rozwinięciu papierka. Było to przyjemne, nieprzerysowane.

Warstwa czekolady okazała się dość gruba, rozpływała się łatwo, kremowo, w tempie umiarkowanym, odsłaniając miękki, ale zwarty (taki "pełny"), grudkowy marcepan o przyjemnym stopniu soczystości.

W smaku czekolada była słodko-kakaowa, ale nie wyraziście ciemnoczekoladowa. Mimo to, smakowała mi, także dlatego, że odrobiną nasiąkła kawą.

Tę czuć i w nadzieniu, w dodatku od pierwszej chwili. Była to taka delikatna gorzkość kawy rozpuszczalnej, wchodzącej w smak migdałowego marcepana. Był on oczywiście słodkawy, ale w odpowiednim stopniu. Miał wytrawny charakter, co podkreślał alkohol - wyraźnie zaznaczony, ale nie narzucający się. To wszystko przełożyło się na to, że... w sumie nie było to tak cudownie mocno marcepanowe.
Po zjedzeniu pozostawał przyjemny posmak kawy, czekoladowy i trochę marcepanowy. Bez przekombinowania, bez przesłodzenia. Nazwałabym to w sumie kawową-marcepanową czekoladką niż marcepanem, ale smakowitości odmówić nie mogę.


 ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 492 kcal / 100 g; czekoladka (12,5 g) - 65 kcal
czy znów kupię: z chęcią mogłabym dostać / poczęstować się

Skład: migdały 40 %, ciemna czekolada 28 % (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), cukier, syrop cukru inwertowanego, kawa rozpuszczalna 1,7%, alkohol

---------------

Niederegger Lubeck Marzipan Pasteten Dessert Eier Liqueur to marcepan nadziewany ajerkoniakiem w ciemnej czekoladzie.

Po rozwinięciu papierka poczułam zapach marcepanowej czekoladki wzbogacony o wyraźnie ajerkoniakowy wątek.

Warstwa czekolady okazała się w porządku (przyjemnie kakaowa i słodka, ale nie wyraziście ciemnoczekoladowa), a środek... trochę mnie zaskoczył. Spodziewałam się po prostu ajerkoniakowego marcepana, a dostałam... marcepan z warstwą ajerkoniakowego kremu. Nazywam to kremem, ale twór to dziwny, raczej rzadki i wilgotny, wyróżniający się w konsystencji. Marcepan był bowiem miękki, ale zarazem zwarty i grudkowaty, trochę soczysty.

Marcepan był wyraziście migdałowy, ale również znacząco słodki. Duet ten podkreśliła odrobinka alkoholu, a później nad wszystkim roztoczyła się silniejsza słodycz. Gdy rozeszła się po ustach, alkohowość likieru dawała o sobie znać, odrobinkę rozgrzewając gardło. Nie było jednak ani specjalnie mocarnie alkoholowo, ani wyraziście ajerkoniakowo, a po prostu słodko i trochę alkoholowo.

Wyszedł taki... bardziej likierowy, słodki marcepan. Średnio mi taka wersja podeszła.


 ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 498 kcal / 100 g; czekoladka ok. 13 g - 75 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: migdały, cukier, ciemna czekolada, syrop cukru inwertowanego, śmietanka (?), ajerkoniak, naturalne aromaty (?), mleko skondensowane (?), masło (?), syrop glukozowy (?), słodzone skondensowane mleko (?), aromat
(Skład podałam bardzo orientacyjny, bo z opakowania zawierającego różne smaki; pominęłam to, czego na pewno w tym smaku nie ma, ale niektórych nie jestem pewna, więc wstawiłam przy nich "?".)