środa, 9 września 2020

wafelki Loacker Sandwich Dark Chocolate; Chocolate - z kremem z czekolady

Spotkałam się już z pytaniami na blogu czy od Mamy, dlaczego wciąż zdarza mi się próbować słodycze inne niż czekolady, mimo że odbieram je bardzo źle. Albo nawet czekolady tanie, gorsze, o których z góry można powiedzieć, że mi nie posmakują. Czasem lubię się utwierdzić, że nic mnie nie omija, że nic się nie zmieniło, ale też potem jeszcze bardziej doceniam te swoje czekolady. Mama w większości przypadków cieszy się z tego, co jej wpada, ale akurat z wafelkami mamy problem. Ona preferuje jasne kremy, a ja wolę ciemne (wyjątek stanowią chałwowe Familijne, na których Mamie z kolei brakuje czekolady). Z dzisiaj prezentowanymi, miałam nadzieję, że problemu nie będzie, bo paczuszki malutkie. A właśnie tych wafelków mimo swej niewafelkowości byłam ciekawa. Otóż czekolady Loacker postrzegam jako produkty firmy, która w kwestii słodyczy kaszany nie odwala, ale sama czekolada, jako papka z waflem, mi się nie podobała - gdy mowa o ciemnej. Orzechowa była już bardziej sensowna i konsekwentna. Obstawiałam, że wafelki bez czekolady, mogły im się udać. I byłam ciekawa, czym w ich mniemaniu się niby różni ciemna czekolada od czekolady, która na mleczną ni jak nie wygląda.


Loacker Sandwich Dark Chocolate to chrupiące wafle z (71%) kremem ciemnoczekoladowym.

Po otwarciu poczułam zapach dobrze wypieczonych wafelków, wyraźnego kakao i domieszkę słodyczy o jakimś szlachetniejszym wydźwięku. Była w tym dziwaczna nuta, która skojarzyła mi się z jakąś czekoladową miazgą / masą z daktyli i... orzechów?

Wafelki mimo iż wyglądają na twardo-sprasowane, okazały się leciutkie i niemal napowietrzone. Strasznie się kruszyły, ale nie rozwalały się w sposób niepożądany. Dzięki temu, jak świeże były, robiły to dopiero w ustach, jeśli im się pozwoliło.
Cechowała je bowiem nadzwyczajnakruchość i chrupkość, cudownie delikatna. Wydawało się jednak, że jest ich jakoś za dużo w stosunku do kremu, a całość wyszła sucho.
Dla kontrastu, krem odznaczał się lepką (w pozytywnym sensie), mazistą strukturą. Był tłusty, dość gładki, tylko trochę pylisty, a także rozpływający się i miękki. Jedząc miałam wrażenie, że to topiąca się czekolada. Zawilgacała wafle, oblepiała je, ale niestety dodano tej "czekolady" bardzo mało w stosunku do nich. Uważam, że krem mógłby być mniej rzadki, bo tak w życiu nie powiedziałabym, że jest go aż 70 %.

W smaku wafelek roztaczał wyrazisty, pieczony pszeniczny smak. Nie był zbyt słodki, wydawał się wręcz lekko wytrawny, co pasowało do kremu i poważniejszego wydźwięku. Niestety to on wydawał się tutaj dominującym motywem.
Kremu bowiem w całości jakoś mało czuć. Niewątpliwie był delikatnie słodki, adekwatnie do wydźwięku ciemnoczekoladowego. Jego ciemnoczekoladowość z mocno zaznaczonym cierpkim kakao wydała mi się niejednoznaczna. W jego gorzkości doszukałam się akcentu orzechów, choć kakao ewidentnie dowodziło. Kojarzyła się trochę z muliście cierpkim, ciemnoczekoladowym brownie. Żadnych kiepskich posmaków. Za to gdy jego smak mieszał się z charakternym wafelkiem, kojarzył się trochę z jakąś papką z orzechów i np. daktyli.

Po wszystkim pozostał cierpko-kakaowy posmak, podkreślony przypieczonym wafelkiem i słodycz... przez połączenie tamtych kojarząca się trochę muliście-daktylowo.

Całość wyszła jednocześnie za sucho i za tłusto. Szybko mnie to znudziło, ale w kwestii smaków (zwłaszcza osobno) nie mam do czego się przyczepić. Czuć ciemną czekoladę w wydaniu niebanalnym, a dobrym jakościowo. Wafelek również dobry. Tyle tylko że nie podobała mi się forma, bo proporcje wyszły dziwnie. Wydawało się, że dali za mało miękko-rzadkiego kremu, za dużo konkretnych wafli. Myślę, że lepiej by się sprawdziła opcja częściej spotykana czyli np. trzy płaty waflowe i dwie warstwy kremu.
Raczej do szybkiego schrupania, w towarzystwie herbaty, bo szybko to zapycha suchością... Bardzo to nie moje, 2/3 paczki i odpadam, bo nuda, sucho, tłusto... ale nie źle, fakt. Niestety jednak nie było w tym jakiegokolwiek elementu, dla którego warto by to jeść (przynajmniej w większej ilości; przy moim postrzeganiu słodyczy). U mnie bowiem nie ma czegoś takiego jak "szybkie pożarcie słodycza", a herbata mi jakoś za bardzo rozrzedzała smak kremu. Efekt? Trochę ponad przeciętny (bo z ciekawymi nutami).
Resztę oddałam Mamie. Jej w ogóle nie smakowały bo: "Kremu to ja tam prawie wcale nie czułam. A jak coś tam poczułam to... gorzko-czekoladowe takie, fu. Wafel też, sam wafel. Suchy, mocny taki".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan (Mama płaciła)
cena: 1,50 zł (za 25g)
kaloryczność: 500 kcal / 100 g; paczka 125 kcal; 1 sztuka - ok 14 kcal
czy kupię znów: nie raczej (może w akcie jakiejś desperacji, kiedyś i w promocji?)

Skład: mąka pszenna, olej kokosowy, syrop glukozowy, cukier, kakao odtłuszczone, dekstroza, czekolada ciemna 8% w kremie (miazga kakaowa, cukier), mąka sojowa, słodka serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczone, ekstrakt ze słodu jęczmiennego, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, difosforan disodowoy), orzechy laskowe, sól, lecytyna sojowa, laska wanilii Bourbon, przyprawy

-----------


Loacker Sandwich Chocolate to chrupiące wafle z (71%) kremem czekoladowym.

Po otwarciu powiedziałabym, że poczułam dobrze wypieczonego wafelka z kremem czekoladowo-orzechowym. Może nawet z nutką kakao, ale właśnie wzbogaconego o orzechy. Postawiłabym nawet na jakąś... fistaszkową papkę? Trochę pierrotową, jak baton Pierrot od Wedla ze wspomnień?

Wafle były identyczne, co w wyżej opisanym wariancie. Ten krem był jednak gęstszy i nieco bardziej gliniasty. Przypominał bardziej już zastygającą czekoladę. Poskąpiono go, jednak dzięki temu, że nie był tak rzadki, odgrywał nieco większą rolę.

Dobrze wypieczony wafelek i tu ustanowił nieprzesłodzoną bazę. W zasadzie dominował, ale ten smak wyszedł bardziej zgrany, jedno do drugiego (wafel i krem) było zbliżone (?).
Smak kremu odzwierciedlał bowiem słodką czekoladowość z orzechowo-prażoną zaleciałością. Było to trochę duszne jak fistaszki z czekoladą, a więc jakiś twór a'la Pierrot, zmieszany jednak z orzechami laskowymi. Słodycz była dość wysoka, ale utrzymana w ryzach. Krem skojarzył mi się z upierrotowionym kremem typu Nutella.

Właśnie posmak czekoladowo-ogólnieorzechowy, słodkawy pozostał po tym. Czułam oczywiście mocno wypieczonego wafelka, ale też leciutko cierpkie kakao.

Podobnie jak ciemnoczekoladowy był za suchy i za tłusty jednocześnie. Ten jednak, mimo że smaczny, wydał mi się jeszcze nudniejszy. Taki nieokreślony (trochę taki, trochę owaki, trochę... i w miejsce kropek można wstawić wszystko), przy czym nudny.
Do schrupania szybkiego, przy herbatce... mi tam 1/3 paczki wystarczyła - ot, nic, co by sprawiło, że chciałabym to jeść, ale jednocześnie zarzutów nie mam. Tylko proporcje znów mi nie grały.
Większa część poszła do Mamy: "Te już trochę lepsze, bo krem trochę słodszy".


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan (Mama płaciła)
cena: jakieś 1-2 zł (za 25g)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g; paczka ; sztuka około 14 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, olej kokosowy, syrop glukozowy, cukier, kakao odtłuszczone, dekstroza, słodka serwatka w proszku, czekolada 5% w nadzieniu (cukier, miazga kakaowa), mąka sojowa, mleko w proszku odtłuszczone, ekstrakt ze słodu jęczmiennego, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, difosforan disodowy), orzechy laskowe, lecytyna sojowa, sól, laska wanilii Bourbon, przyprawy

wtorek, 8 września 2020

Ritter Sport Himbeer Joghurt mleczna z nadzieniem jogurtowo-malinowym z kawałkami malinowymi

Śmiesznie się złożyło, bo ta czekolada przypadła parę dni po Fruition Madagascar 74 %, w której to czułam nuty malinowo-wiśniowe i kwaśno-nabiałowe, co sprawiło, że nie mogłam się powstrzymać przed wykrzywianiem ust w paskudnym uśmiechu. Bałam się skojarzeń, a przy tym przepaści między nimi, co mogłoby przełożyć się na odbiór. Ufam sobie i swojemu gustowi, postrzeganiu jedzenia, ale zawsze jakaś odrobinka niepewności zostaje. Wątpiłam, by miała mi posmakować, sama nie wiem dlaczego. Podobnie nie bardzo wiem, dlaczego ją kupiłam. To, że smakowała mi RS Erdbeer-Mousse jeszcze o niczym nie świadczy, bo ogromna część czekolad tej marki mi nie odpowiada. Degustację planowałam z kolei w okolicach zjedzenia turronu Delaviuda Turrón Yogu-Fresa / Strawberry Yogurt, kierując się, że to trochę takie małe zestawienie. Nazbierało się więc najrozmaitszych czynników za i przeciw, a że nie jest to produkt, któremu należy się szczególnie dużo czasu, wreszcie się za nią zabrałam.

Ritter Sport Bunte Vielfalt Himbeer Joghurt to mleczna czekolada z nadzieniem (45%) jogurtowo-malinowym z chrupkami malinowymi (1%).

Już w chwili otwierania poczułam wyrazisty zapach bardzo słodkiej i bardzo mlecznej czekolady. Wydała mi się nawet leciuteńko kakaowa, choć w sposób dość ulepkowato-uroczy. Poprzez mleko do tego wszystkiego dobiegała sugestia mleczno-jogurtowo-tłuszczowa. Po przełamaniu, przy podziale, a już na pewno w trakcie jedzenia, kwaskawość tego wzrosła. Czułam bardzo mleczny jogurt. Bez wątpienia pojawiły się jeszcze maliny. Naturalne i kojarzące się trochę ogólnie z owocami leśnymi.

Tabliczka łamała się łatwo, zupełnie bez trzasku, ale nie gięła się i nie brudziła palców. Warstwa czekolady w zasadzie, mimo wysokiej tłustości, zachowała zwartość. Nadzienie za to było mięciutkie już na starcie. Przekrój zasugerował plastyczność, ale i zdradził, że malinowych kawałków nie pożałowano.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko z racji tego, jak tłusta była. Tworzyła gęsty krem, spod którego wyciskało się rzadsze nadzienie.
Je cechowała o wiele silniejsza tłustość oleju i miękkiej, plastycznej margaryny. Maziało się, oblepiało i... upuszczało trochę soczystości. Nie wydało mi się specjalnie proszkowe, za to bogato wypełnione kawałkami malinowymi (które wyszły zaskakująco autentycznie, jak kawałki liofilizowanych owoców). Nie do przesady na szczęście.
Owoce wystąpiły pod postacią kawałków całkiem sporych i drobinek. To liofilizowane, chrupiąco-trzeszcząco-skrzypiące, nasiąkające i częściowo rozpuszczające się sztuki. Roztaczały sporo soczystości, a część z nich pozostawiała pestki. W ilości podkreślającej naturalność, ale aż tak nieprzeszkadzającej (trafiłam na raptem parę na pół tabliczki).

W smaku czekolada przywitała mnie bardzo silną słodyczą, którą zalał ogrom wyrazistego mleka. Wydało mi się niemal śmietankowe. Czekolada okazała się całkiem wyrazista, minimalnie kakaowa, ale też coraz bardziej cukrowa, szybko drapiąca w gardle.

Nadzienie odzywało się dodając do mlecznego wątku mnóstwo kwaśności i akcent słodziutkiej, konfiturowo uroczej malino-truskawki (ani trochę nie sztucznej!). Poniekąd wpisało się w ogólną przesadnią słodycz, ale także mleko i śmietankę. Podsyciło w nich kwaśność i, przy asyście czekolady, obudziło skojarzenie z jogurtem. Jego kwasek był delikatny, rzeczywisty smak jogurtu zaś bardzo sugestywny i zmieszany z nijaką tłuszczowością.

Tę jednak zdecydowanie zagłuszały kwaśne owoce. W nadzieniu spróbowanym osobno jak na dłoni czuć maliny i cytrynę. Całościowo jednak wplotło smak malin i bardziej malino-truskawek. Wyszły słodko, chwilami trochę ogólnie leśnoowocowo (obstawiam, że jakoś czekolada im w tym pomogła). Wnętrze także wzmocniło słodycz, ale wydało mi się zaskakująco autentycznie owocowe. Słodko-kwaśne maliny czuć wyraźnie.

Ich smak został wydobyty dzięki częściowo liofilizowanym, słodko-kwaśnym kawałkom. Wbijały kwaśną szpileczkę, a ciamkane pod koniec dodawały słodycz.

Po wszystkim pozostało przesłodzenie i zatłuszczenie, ale także przyjemny posmak kwaśnych cytryn i malin oraz malin nieco słodszych. Nie było to rażące ze względu na mleczno-słodziuteńką otoczkę czekolady z jogurtowym skojarzeniem. Czułam jednak także lekkie pieczenie w gardle - nie jestem pewna, czy od cukru, czy np. oleju palmowego.

Tabliczka wyszła zaskakująco nieźle. Jestem pod wrażeniem naturalności owoców, jednak... nie bardzo podoba mi się aż takie podkręcenie ich cytryną. Samego jogurtu jakoś mało mi tu było, za dużo za to tłuszczowości, ale cieszy efekt skojarzeniowego jogurtu (chociaż tyle). Była bardzo słodka, ale i bardzo kwaśna w pozytywny sposób, więc to się wyrównało. Osobiście niestety miałam straszny problem z tą oleiście-miękko-tłustą strukturą. Nie podobała mi się i tyle. Za mazista... Ale prawie połowę zjadłam ze smakiem, zanim mnie zaczęła za nadto męczyć (i nie wiem, w co przeszłoby to podrapywanie w gardle po większej ilości).
Od razu przyszła mi do głowy znacznie gorsza, przerysowana Terravita Jogurtowo-Malinowa oraz tragiczna Scholetta Raspberry Yoghurt. Tym samym ten RS jeszcze bardziej zyskał w moich oczach. Tak sobie pomyślałam, że gdyby wnętrze miało konsystencję turronu Delaviuda jogurtowo-truskawkowego (też wprawdzie za tłuste, ale inaczej: oleiście-śmietankowo, acz z pewną gęstością zachowaną), mogłabym zjeść i całą.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: około 3 zł (promocja)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, glukoza, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 3%, śmietanka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, maltodekstryna, koncentrat soku malinowego 0,5%, kawałki malin 0,4%, lecytyna sojowa, przecier malinowy 0,3%, koncentrat soku cytrynowego, skrobia

niedziela, 6 września 2020

Fruition Chocolate Madagascar Sambirano Dark 74 % ciemna z Madagaskaru

Zawsze, jak lada dzień czeka mnie degustacja czegoś z naprawdę wysokiej półki, czegoś nagradzanego i wychwalanego, drogiego i mało mi znanego... Czuję, jakby było to... jakieś wyzwanie? Podniecający dreszczyk... Rozmaite emocje. Jedna z najlepszych amerykańskich marek, Fruition Chocolate, długo była poza moim zasięgiem, jednak przy Eclat x Fruition NOE Peru 80 % miałam okazję spróbować jej wyrobu. Była to jednak taka kombinacja, że w sumie trudno mówić o jakimkolwiek zapoznaniu się. Ostatnimi czasy zaopatrzyłam się jednak w trzy różności: ciemną (dzisiaj przedstawianą), ciemną mleczną i setkę. Normalnie inaczej ułożyłabym degustacje, ale tym razem byłam zbyt ciekawa samej specyfiki, charakterystyki. Nie chciałam też się zrazić czy coś, trafiając na czekoladę z kategorii "mniej mojej", jakimi są dwie pozostałe. Dodatkowo ta miała najkrótszą datę. No, a jeden z ulubionych regionów... I w dodatku z plantacji należącej do jednej z moich ukochanych marek (Akesson's)... O tak, miałam wielką ochotę na tę tabliczkę. Tym bardziej, że próbowanym przed nią różnym ciemnym ciągle do tej dziesiątki czegoś brakowało.

Fruition Chocolate Works Madagascar Sambirano Dark 74 % to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Czekolada zdobyła moją sympatię już fioletowo-złotym opakowaniem, bo bardzo lubię to zestawienie kolorów i prostotą. Gładka tabliczka z kolei przyciągała wzrok niemal niewyczuwalnym w dotyku zdobieniem, które w odróżnieniu od tłoczenia na kartoniku, było ledwo dostrzegalne.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam się, jakbym przeniosła się wśród drzewa rozgrzewane porannymi promieniami słońca. Czuło się jeszcze wilgoć nocy, ale wszystko budziło się do życia poprzez pewne ciepło. Grube konary i pnie oplatały... karmelowe pnącza. Od nich odchodziła lekka gorzkość orzechów włoskich.
W wilgoci uplasował się ogrom soczystości. Cytryny podrasowane goryczką grejpfruta dowodziły, choć za nimi przewijał się łagodniejszy motyw kwaskawego twarogu i kefiru (ogólnie "nabiałowy"). Było w tym więc i coś łagodniejszego, słodszego... do głowy przyszły mi owoce leśne (jakieś czerwone, jeżyny) i... wiśnie?

Tabliczka o ciemnym, ale cudnie soczystym kolorze, trzaskała głośno. Niczym żywe gałęzie, które wcale nie chcą być złamane. Nic dziwnego, była bowiem twarda i sprawiała wrażenie pełnej, zarazem dość tłustej.
W ustach rozpływała się powoli i esencjonalnie. Idealnie kremowo, tłusto właśnie, ale w pełni przyjemnie. Była gładka, przy czym z czasem zaczynała się nieco lepić jak twaróg, gęsty nabiał... Z którego wydobywała się soczystość, jednak żadna tam wodnistość.

Już robiąc pierwszego gryza poczułam cytrusową nutę. Należała do cytryn, jednak zaraz złagodniała - gdy jakby z drugiej strony uderzył motyw twarogu, kefiru czy też twarożku.

Prędko nadeszła bowiem słodycz. W owocowym kwasku umieściła maliny, które niemal natychmiast stały się słodkim, lepiącym syropem malinowym... Czy nawet miodem. Miodem zabarwionym malinami? Jednak z jakimś lekko cytrusowym motywem. Pomyślałam o grejpfrucie, lecz przez pewne podfermentowane nuty nadeszły inne czerwone owoce, nie cytrusy.

Doszukałam się tam surowych, świeżych wiśni. Miękkich i słodkawych, a za nimi innych czerwonych, leśnych i... jeżyn?

Ta ich miękkość wpisywała się trochę w ziemiste nuty. Czyżby polała się odrobinka niewiarygodnie owocowego czerwonego wina? A może raczej sok wiśniowy?  Malinowy syrop i "wiśniowawy" motyw łączyły się w niejasny sposób. Lekka wytrawność zatoczyła krąg do nabiałowo-twarożkowych nut.

Twaróg zdecydowanie prezentował coś łagodniejszego: twarożek. W dodatku z gorzkimi orzechami włoskimi. Te w poszczególne nuty wplatały ziemię i jej kwaskawą goryczkę. Wydała mi się jednak bardzo nieśmiała. Przodem puściła orzechy i drzewa. Drzewa, gdy już zaskoczyły na gorzkawy tor, od połowy stały się jednym z istotniejszych smaków. Zachowały wilgoć, podkradłszy jej trochę soczystym owocom. Były żywe, ale i... lekko ciepłe dzięki głaszczącemu je słońcu. Stopień palenia nie był więc mocny, jednak do wyłapania. Miód przeistoczył się w szlachetny karmel, osiadający na orzechach i drzewach.

Karmel bliżej końca zrobił się niemal goryczkowato palony, czym połączył słodycz z kwaśnością. Dopomógł tu coraz bardziej pewny siebie grejpfrut. Wychyliło się trochę owoców leśnych, może znów jakaś wiśnia, coś jeżynowo-porzeczkowo-malinowego... Jak las, to i odrobinka ziemi... Takiej jednak nienarzucającej się.

Na tyle tylko, by podkreślić w posmaku gorzkość orzechów włoskich i drzewa oraz esencjonalność nabiału, kwaskawego twarogu i miodowego karmelu czy słodkiego tworu z malin / wiśni. Kwaśność i cierpkość nie odpuszczały, poprzez grejpfruta i czerwonawe akcenty oraz właśnie ziemię. Nadeszło jednak również wyciszenie. W ustach pozostało trochę dziwne poczucie soczystej wilgoci.

Czekolada wydała mi się bardzo podobna do Akesson's 75 % Madagascar, jednak kwaśniejsza poprzez cytrusowo-ziemiste nuty. Zdecydowanie bardziej ziemista i orzechowa, taka... żywsza (oddająca las), niż bardziej gorzkawa Akesson's.
To też sporo podobieństw z karmelowo słodszą (i jak Akesson's kawową, ale i korzenną) Domori: wiśnie, grejpfrut i kwaskawy nabiał - o tak! I mam na myśli zarówno starą, jak i nową.
Jagódki i ziemia to już raczej skojarzenia z Zotterem Labooko Madagascar 75 %, ale... ten miał słodszy wydźwięk.
Kwaśność na podobnym poziomie (wysokim), co MIA 75 % Madagascar, ale klimat tabliczek bardzo, bardzo odmienny. Oczywiście, nabiał, cytrusy, trochę leśnych owoców się powtórzyły, ale MIA to pomarańczowo-mandarynkowa moc, więc...

Tabliczka okazała się przepyszna, a jednocześnie nie wydała mi się lepsza od tych już mi znanych. Akesson's, wszystkie Madecasse i MIA były równie pyszne, więc Fruition dołączyła do moich ulubionych czekolad nuty tych, które podostawały 9tki - nutami bowiem bliżej jej było do nich, ale... właśnie przedstawiła te nuty w sposób doskonały.
Porządne cytrusy i wiśnie, grejpfrut mieszający się z drzewami i nabiałem poprzez ziemię i orzechy włoskie... Cudo! I jeszcze taki syropowo-miodowy karmel - wszystkie nuty jak najbardziej moje! Kwaśno, słodko i gorzko w doskonałym wydaniu. Wyszła zaskakująco lekko, rześko. Madagaskar jest jedynym regionem, którego kwaśność kocham tak bardzo, że w czekoladach stamtąd nie brakuje mi gorzkości - i właśnie takim Madagaskarem była ta czekolada. A jednocześnie... i gorzkość się dla mnie znalazła.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 37,36 zł (za 60 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: chciałabym (ale nie w tej cenie)

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

sobota, 5 września 2020

Georgia Ramon 70 % Espresso Dominican Republic ciemna z Dominikany z kawą

Ostatnimi czasy pewne dodatki w czekoladach jakoś mi przeszkadzają, za bardzo zaburzając sam właściwy smak - czekolady. Należy do nich m.in. kawa. Dzisiaj prezentowaną tabliczkę kupiłam jednak dawno, jeszcze zanim mi się tak nastawienie zmieniło. Znalazła się w jednym zamówieniu z kawowymi Pralusami (ciemnym i mlecznym) jako propozycja "trochę do porównania". Stało się jednak tak, że tamte mi nie podeszły, a po drodze trafiłam na Georgia Ramon 70 % Carolina Reaper Chili, która dosłownie doprowadziła mnie do łez ostrością. Tym samym wydłużyła czas oczekiwania tej. Nie chciałam bowiem poczuć się, jakbym jadła ziarna kawy garściami, a tego się obawiałam. Potem jednak zjadłam bardzo łagodną Georgia Ramon 70 % Kardamom, a jakieś dwa tygodnie po zaskakująco udanej Molly's Cappuccino odrobinę przychylniej pomyślałam o kawowych czekoladach. To był dobry czas dla tej.
W ogóle warto też zwrócić uwagę, że do dzisiaj prezentowanej nie dodano byle jakiej kawy, a blend (mieszanki) dominikańskiej arabiki i indyjskiej robusty. Dostawca kakao to Oko Caribe.

Georgia Ramon 70 % Espresso Dominican Republic - Trinitario to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z kawą.

Gdy tylko otworzyłam papierek, poczułam intensywny zapach płatków róż i innych kwiatów oraz pudrową słodycz malin i truskawek, z lekko zaznaczoną gorzkością starych drzew, ich kory. Błąkała się w tym palona nuta. Wraz ze słodyczą drzewa przywiodły na myśl suszone owoce. Zapach wydał mi się stateczny, początkowo nie ujawniał kawy. Dopiero przełamawszy i już w trakcie jedzenia, wyraźnie poczułam gorzką, smakowitą kawę, nienarzucającą się zbytnio czekoladzie.

Przy łamaniu tabliczka ładnie trzaskała, była twarda jak należy. W odróżnieniu od niektórych GR nie sprawiała wrażenie kruchej, a gęstej i konkretnej.
W przekroju wyglądała na lekko ziarnistą i jakby zwartą.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, trochę opornie. Od suchawości przechodziła do gęsto-zbitej tłustości. Miękła, upuszczała trochę wody, po czym lepiła się jak... "gęsta" kawa (?). Długo zachowywała przy tym formę kształtnego kawałka. Wydała mi się tłusto-esencjonalna, nie tak bardzo męcząca. Była raczej gładka, może tylko odrobinę bardziej pylista przy pierwszym wrażeniu i zostawiająca takowy efekt.

Gdy tylko zrobiłam pierwszego gryza, poczułam szlachetną gorzkość palonych nut: kawy, karmelu oraz dymu i drewna. Kawa wyraźnie dała o sobie znać, po czym uplasowała się na dość znaczącej pozycji, ale pozwoliła rozwinąć się innym nutom.
Splotły je gorzkawe drzewa i ich kora. Wyobraźnia przeniosła mnie do starego parku. Klimat odebrałam jako kurzowo-odymiony, trochę leniwy. Panowała tam suchość...

Suchość suszonych owoców? Do głowy przyszły mi daktyle i słodkie suszone figi, które zaraz zniknęły błyskawicznie. Przybył wątek niemal mleczno-maślany, czyniąc na moment z kawy coś bardziej cappuccinowego. Mniej więcej w połowie prychnęła z oburzenia bardziej kwaskawo-słodką odsłoną. Kwasek pochodził trochę z kawy, trochę... z pudrowości? Z jakiś czerwonych tworów. Pomyślałam o malinowo-truskawkowych, może różanych rzeczach typu tureckie delight (których nigdy nie jadłam - to tylko wyobrażenie). Po chwili jednak słodyczą zajął się karmel (wchodząc jakby przez maślaność), zagłuszając owoce.

Dym nieco osiadł, odsłaniając drzewa i odrobinę orzechów. Wszystkie one opalone na gorzko. Wydały mi się też nieco kurzowe i... bardzo kawowe. O ile najpierw czułam "babciną kawusię", tak z czasem robiło się mocno kawowo. Kawa przewodziła. Była gorzka w pozytywnym sensie, palona, acz nie za mocno. Miałam przed oczami czarną, dobrą kawę.

Zaraz za nią plątała się słodycz palonego, wręcz przypalonego i przymglonego / przydymionego karmelu. Leciutko osłodził kawę, która...
Która stała się mocnym espresso. Espresso z ekspresu? Znów mignął w niej też leciuteńki kwasek. Zaraz jednak to czarna, ta statecznie gorzkawa, kawa zalewała wszystko zupełnie.

Wraz z drzewami i dymem, czarna kawa osłodzona karmelem pozostała w posmaku. Po paru sekundach doszukałam się lekkiej kwasko-cierpkości, ale zaraz umknęła. Ogólnie posmak utrzymywał się bardzo długo. Najdłużej ta lekko słodka, czarna kawa.

To bardzo dobrze zrobiona, mocno kawowa, ale wciąż mocno czekoladowa, tabliczka. Gorzkość kawy cudownie splatała się z gorzkością drzew i dymu czekolady. Gorzkość drzew czułam również w wersji prawie czystej (GR Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar) - tam jednak były mocno związane z orzechami i raw barami; tu splotły się z kawą.
Owocowych nut na szczęście było bardzo niewiele, więc obyło się bez mocnej kwaśności. Te przejawiały się raczej w słodyczy, która w tej kompozycji wcale tak mocno w pudrowość czy przesadę nie poszła. Wyważona, stateczna i leniwa, ale taka, która potrafi "powiedzieć, co myśli". Zdecydowanie jedna z lepiej wykonanych kawowych, jakie ostatnio jadłam, ale jednocześnie... ta pudrowość pewnych nut i struktura nie do końca w pełni mnie zachwyciły. Zdecydowanie jednak wolę jej ciemny, palony-gorzki wydźwięk niż mlecznego Zottera Labooko Coffee. Tak samo wolę ją od nieco za słodkiej Pacari Coffee z kawałkami kawy, której niektóe ekwadorskie nuty też mi jakoś średnio z kawą się widziały.


ocena: 8,5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18,74 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna kawy 9%

piątek, 4 września 2020

wafelek Eti Dare to Enjoy + miniaturki

Obecnie nie ciągnie mnie do słodyczy innych niż czekolady, ale lubię mieć ogląd w tym, co jest na rynku, nie chcę za bardzo odlecieć. Wszelkie twory dziwne, nietypowe jakoś tam jednak i mnie ciekawią. Ten właśnie zaciekawił z racji formy - niby mały, ale śmiesznie wysoki, a przez to wcale nie taki mikry. Maxer wprawdzie mi nie odpowiadał, ale... ten wafelek wyglądał tak ciemnoczekoladowo, że już wyobraziłam sobie mieszankę CzekoWafla, Lusette i innych takich do potęgi czekoladowych wafli.


Eti Dare to Enjoy Wafer with Dark Chocolate & Cream to "wafel (7,4%) w ciemnej czekoladzie o zawartości 46 % kakao (26,4%) z kremem czekoladowym (66,2%)", tureckiego producenta Eti.

Po otwarciu poczułam zapach taniej, margarynowej polewy z wyraźną cierpkością kakao i cukrową słodyczą. Skojarzenie było jednoznaczne: wyroby pseudociemnoczekoladowe i budżetowe, tandetnie kakaowe kremy.

Gruba, tłusta czekolada skrywała sporo warstw waflowych oraz kremu, którego nie pożałowano. Wykazywała skłonność do rozpływania się już w dłoniach. Pokrywała warstwy waflowe pierwszej świeżości: kruche i chrupiące, a jednocześnie zaskakująco lekkie i napowietrzone.
Między nimi był gęsty i tłusty krem. Jeszcze nigdy nie widziałam takiej ilości!
Czekolada rozpływała się łatwo, choć nieco plastikowo, parafinowo-margarynowo, raczej jak gęsto-tłusty wyrób czekoladopodobny. Wafle łatwo się rozpływały na gęsto i memłały się, wpisując się w ogólną, zalepiającą konwencję. Ich obecność z czasem jakby... wtapiała się w tło. Krem zalepiał bowiem paszczę zupełnie. Niczym krem z gęstej, margarynowej, topiącej się czekolady i kakao... Jak jakaś gliniasto-drożdżowa, lepiszcza masa, wydawał się wręcz domowo-budżetowy. Chwilami postrzegałam go jakie nieco ziarnisty smar. Był dość pylisty, przez co kojarzył się z jakimś pozytywnie kapciowatym ciastem. Było go niewiarygodnie dużo, przez co miałam wrażenie, że to jakiś... gęsty torcik.

W smaku czekolada okazała się cierpko-gorzko pseudoczekoladowa, a także wysoce słodka, choć nie porażająco. Do głowy od razu przyszła mi polewa, smakująca głównie gorzkawym kakao i cukrem, których spoiwem była margaryna. W pierwszej chwili od taniego smaku aż wykrzywiało, ale potem jakoś przywykłam.

Wafelek został tym niemal zupełnie zagłuszony. Sam bowiem był delikatny, lekko wypieczony i mało słodki, niemal niewyczuwalny. Jemu nie mam nic do zarzucenia, a świeżość muszę pochwalić.

Znów słodycz podnosił krem, ponieważ przedstawiał bardzo słodką, margarynową czekoladę ciemną, a zaraz potem murzynka. Murzynka, przy którym trochę oszczędzano na składnikach. Tandetno-tani smak margaryny i cukru przeszkadzały, mieszając się z mnóstwem cierpkiego, wręcz kwaskawego kakao. Gorzkości nie brakowało, a słodycz mimo to drapała w gardle. Niby miało to "ciemny" wydźwięk, ale na pewno nic ze szlachetności. To było... chamskie i zaskakująco ciastowe. Taki bardzo kakaowo-czekoladowy, murzynkowy torcik, nie zaś czekoladowy wafelek.

Przeszkadzała mi w tym budżetowość, acz kakaowo-ciastowy wydźwięk uważam za tak intensywny, że można go polubić... zwłaszcza, gdy ogólnie lubi się tanie, zwykłe, ale nie pospolite słodycze.
Na pewno pochwalić trzeba ilość kremu oraz poziom gorzkości i cierpkości. Gdy ma się ochotę na coś naprawdę kakaowego - jak znalazł. Jeszcze gdyby tak tylko dopracować jakość, pozbyć się tej całej margaryny... Zalepianie mnie trochę męczyło, ale to też niektórych pewnie może kupić. Osobiście mam jednak problem z tym, że... aż takie wysokie to - niewygodne do jedzenia.
Za pierwszym razem jakoś dałam radę połowie. Niestety jednak za bardzo waliło to margaryną i zalepiało. Tak jakby margaryna mnie oblepiła i miała nigdy nie porzucić. Chociaż... to mimo wszystko jeden z tych produktów, w których margarynę czuć, ale nie jest ona nie do przebrnięcia. Okazał się jednak dziwnie plebejsko-wciągający za sprawą swojej dziwności... Następnego dnia uznałam, że to było tak dziwne, że aż... podjęłam się powrotu do tego. By osądzić, czy to było smaczne z nutą obrzydliwości, tak obrzydliwe że aż smaczne czy, gdy odpadnie element "jakie dziwne / inne / ciekawe", pozostanie niesmaczne. Zrobiłam dzień bez słodyczy i drugim razem dałam radę zjeść cały, utwierdzając się jednak w tym wszystkim. Stanęło, że tak obrzydliwe, że aż wciągająco-smaczne. Żeby było śmieszniej, innym razem znów zdarzyło mi się całemu nie podołać, haha.
Mama nieufnie spróbowała, bo nienawidzi ciemnych czekolad, gorzkości kakao, kakaowych / czekoladowych wafelków, ale... ten ją zachwycił! Nie mogła się nadziwić, że "zupełnie nie jakbym jadła wafelka, a jakieś takie... ciasto, tort! I jaki słodki był, mimo tego kakao i czarnego koloru, smaczne to! Torcik taki no, no... murzynkowy".

Wśród wafli postawiłabym go obok dawnego CzekoWafla (2017), rozgraniczając, czy ktoś woli mniej czy DUŻO kremu. Dare... zdecydowanie wygrywa jednak kakaowością i "ciekawostkością". Mnie to kupiło w sumie, że wiem, że jak najdzie mnie kiedyś na wafelka, to pewnie właśnie go kupię. Stwierdzam to ze zdziwieniem, ale... to po chałwowych chyba mój ulubiony wafelek. Z tym, że musi mnie specyficzna na niego ochota najść - wiem, że każdego dnia by mi nie smakował.


ocena: 8/10
kupiłam: m.in. Kaufland, Carrefour
cena: jakieś 2 zł (za 50g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g; sztuka (50g) 264 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, olej roślinny (palmowy, słonecznikowy, bawełniany), miazga kakaowa 14%, syrop glukozowy, mleko w proszku, kakao 7%, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia, masło, lecytyna słonecznikowa, olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, aromaty, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu, kwaśny pirofosforan sodu), sól

----------------
Jakiś czas po moim zapoznaniu się z tym waflem, ojciec zarejestrował fakt, że "ten oto wykwintnie wyglądający wafelek" nawet mnie smakuje. A dla niego nie ma nic lepszego od dużych opakowań słodyczy, opakowań zbiorczych i wszelkich "kup pan 20 bułek, 21 gratis". Tak oto trafiła do mnie torba miniaturek, których sama bym nie kupiła po złych doświadczeniach z wafelkami PopChoc i... ogólnie niechęcią do miniaturek i tak względnie niedużych rzeczy na raz.

Eti Dare Wafer with Dark Chocolate & Cream to "wafel (6,4%) w czekoladzie ciemnej o zawartości 46 % kakao (32,8%) z kremem kakaowym (60,8%)" tu w wersji miniaturowej, sprzedawanej w paczkach 112g, zawierających 6 oddzielnie pakowanych wafelków.

Torba kryła 6 oddzielnie paczkowanych wafelków - na pierwszy rzut oka widać, że to miniaturki. Cieszy fakt takiego pakowania - dzięki temu było czysto i świeżo.

Na pierwszy wdech czuć także, że torba zawiera słodycze budżetowe. Mimo że porządnie zapakowane, po otwarciu pachniało z niej tanim wyrobem cukierniczym z kakao, ale i mnóstwem cukru oraz margaryny. W ciemno powiedziałabym, że to jakieś... pączki z polewą? Dziwne to było.
Po otwarciu pojedynczego małego opakowania, już na szczęście poczułam zapach jak w przypadku normalnej wersji Dare to Enjoy.

Małe (ale wciąż nie mikroskopijne) wafelki wydały mi się karykaturalnie. Śmiesznie wąskie, wysokie i brzydkie, w momencie gdy bryłka wersji samodzielnej może się podobać; ma "logiczniejszy" kształt. Inne cechy, a więc grubą polewę i niespotykanie ogromną ilość kremu, lekkie i kruche wafle zostały zachowane. Polewa czekoladowa wersji mini była jednak grubsza i bardziej miękko-plastikowa. Nadzienie samo w sobie wydało mi się zaś minimalnie bardziej giętko-gumowe.
Miniaturki do jedzenia były zarazem nudniejsze, jak i "szybsze" - w nich łatwiej o gryzienie całości raz-dwa (co w moim odczuciu stanowi minus).

Smak był podobny do wersji standardowej, ale całościowo inny. W tym przypadku o wiele większą rolę odegrała tanio-czekoladowa, polewowa polewa. Od niej się zaczynało, ona dominowała, po czym dopuszczała do głosu cukrowo-margarynowo murzynkowe, cierpko kakaowe wnętrze. Delikatne wafle tym razem również tylko odrobinę to tonowały, nie narzucały się, choć mam wrażenie, że o ile nijak nie ingerowały w smak czekolady, tak krem trochę przygłuszały.
Miałam wrażenie, że miniaturki szybciej uderzały cukrem, ale zarazem, tak rozpatrując całościowo, wyszły minimalnie mniej słodko, a bardziej tanio-polewowo. Tandetnej taniości całkiem sporo dołożyła kiepska polewa, która tu zbytnio dawała się we znaki. Ona po prostu... była na pierwszym planie, zagłuszając to, co najlepsze.

Te wafelki wciąż były Dare to Enjoy, jednak to namiastka, nie oddająca w pełni fajności większej wersji. Wszelkie różnice były drobne, jednak do odnotowania jak najbardziej. Trochę brakowało mi możliwości wgryzania się, jak m się podobało: raz więcej polewy, raz część środkową, a więc głównie krem itd. Tu łatwiej jest "gryźć wszystko i prosto". Takie... do zjedzenia szybciej? Lekkie zburzenie proporcji znacząco podziałało na niekorzyść. Normalna wersja była ryzykowna, ale właśnie świetna w tym, że to krem w niej rządził, dzięki czemu wyszła torcikowo-ciastowo. W mniejszej wersji bardziej zwracałam uwagę na kiepską polewę, trochę tłumiła ciastowość.
Zdecydowanie nie dla mnie, skoro istnieje wersja lepsza. Pomniejszenie i zburzenie proporcji wprawdzie odebrało urok temu tworowi, ale przynajmniej dobrze rozegrali kwestię paczkowania. Mamie zdecydowanie za dużo było "tej gorzko-margarynowej czekolady", a "za mało smaku smaku kremu, bo się pod czekoladą gubił". Podsumowała: "To nie moja bajka, bo takie gorzko kakaowe, czekoladowe. Dla mnie za gorzki, a ta wersja już nawet nie murzynkowa. Tak dalej się trochę z ciastem, takimi waflami przekładanymi kojarzył, ale za dużo tej złej czekolady. Za to sam wafelek cudowny: świeżutki, leciutki i chrupiący, mimo że dużo kremu, ale... mogłoby być jeszcze więcej; proporcje złe, bo mimo że dużo, to i tak się gubił. Szkoda, bo potencjał jest i po co psuć, robić mniejsze, jak jest dobra ta normalna wersja?". Czego jak czego, ale ciemnych czekolada i polew to Mama nienawidzi - to więc najlepszy dowód na to, że ta tutaj dominowała zupełnie. W konsekwencji Mama zjadła 2, ja jakoś tam uporałam się z resztą.


ocena: 7/10
kupiłam: ojciec mi kupił w Auchanie
cena: 6,31 zł (za paczkę 112g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g; 1 miniwafel (18,7g) - 97 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej roślinny (palmowy, słonecznikowy, bawełniany), miazga kakaowa, syrop glukozowy, mleko w proszku, kakao 6,6%, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia, tłuszcz kakaowy, masło, lecytyna słonecznikowa, olej kokosowy, aromaty, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, węglany amonu, difosforany), sól

-----------------
Aktualizacja z dnia 17.01.2021
Trochę mi zajęło, nim rozstrzygnęłam, czy dodać to jako zupełnie nowy post, czy też jako aktualizację... koniec końców - jak widać - jest aktualizacja. Dlaczego? Pozwolę sobie nie spoilerować (wyjaśni się w podsumowaniu). Zmiany wafla... nie zaskoczyły mnie. Właściwie tym razem wróciłam do niego tylko dlatego, że jakieś wprowadzono. Nie miałam ochoty na wafle, ale byłam bardzo ciekawa, czy zepsuli mi kolejną bezpieczną opcję "na wypadek, gdyby mi się zachciało" (przypominam o zepsuciu CzekoWafla Wedla - recenzja stara i nowa - oraz czekoladowego Lusette).
Wprawdzie obniżyli o 0,5% zawartość kakao w proszku, schowali zawartość ciemnej czekolady, ale... przynajmniej zwiększyli w niej ilość miazgi kakaowej z 46% do 49% kakao. Naprawdę takich przetasowań nie rozumiem. Można by pomyśleć, że "na to samo wyjdzie", niektóre pozorne zmiany mogą być doprecyzowaniem czy coś, ale... Ale podejrzliwość została.

Eti Dare to Enjoy Wafer with Dark Chocolate & Cream to "wafel (7,4%) w ciemnej czekoladzie o zawartości 49 % kakao (26,4%) z kremem czekoladowym (66,2%)", tureckiego producenta Eti; wersja po zmianach z 2020r.

Nowy wafel roztaczał zdecydowanie łagodniejszy i słodszy zapach niż dawny, ale wciąż o podobnym wydźwięku, a więc tanio-margarynowej polewy o wysokiej cierpkości kakao oraz białego cukru, trochę… karykaturalnie ciemnoczekoladowy.

To, co zmieniło się w kwestii struktury to na pewno miękkość kremu. Nowy krem cechowała ewidentna miękkość, wydał mi się bardziej gumiasto-gibki, tłusto nutellowaty. Może to kontrast, ale wafle chyba tym razem odegrały większą rolę.

W smaku kiepska, cukrowa i tanio cierpko-gorzkawa czekolada jakoś bardziej zwracała na siebie uwagę, ale całościowo zmiany wielkie nie były. Mimo to, zarejestrowałam jedną - bardzo znaczącą w moim odczuciu. Otóż wafelek dopraszał się o głos (raz czy dwa wydał mi się nawet "pieczono słonawy" - nie wierzyłam, ale wygooglałam dokładnie i ilość soli wzrosła z 0,4g do 0,5g), a krem... Krem okazał się słodszy w dosadniejszy sposób. Może nawet nie był bardziej słodki niż w starej wersji, ale był słodki inaczej, bardziej napastliwie (jako że zmniejszono ilość "w tym cukry" obstawiam, co by wyjaśniało też miękkość, większą ilość / proporcje syropu fruktozowo-glukozowego). Smak nowej wersji dziwnie mnie tym drażnił, nawet pomijając całą budżetowość i po prostu moc słodyczy (te pamiętałam z dawnej wersji dobrze).

Taak, to wciąż murzynkowo-torcikowy, porządnie kakaowo-ciemnoczekoladowy wafel skrajnie plebejsko-budżetowy, ale ujmujący w tym w pewien sposób, jednak nieco gorszy; obecnie ze zgrzytami. Te bardziej mi się na kubki smakowe rzucały. Nie mogę jednak z całą pewnością powiedzieć, że wynikają tylko i wyłącznie ze zmian. Ja się ostatnio już w ogóle nieogólniesłodyczowa zrobiłam... Mając jednak w pamięci standardowego, a miniaturki… nowy wydaje mi się między nimi. Oceny jednak nie obniżam, bo na tle tego, co jest w sklepach, i tak wciąż jest warty uwagi. 


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 0,99 zł (za 50g; promocja)
kaloryczność: 517 kcal / 100 g; sztuka (50g) 259 kcal
czy kupię znów: nie wiem

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy, z nasion bawełny, shea), miazga kakaowa, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 6,5%, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia ziemniaczana, masło, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu), olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, aromaty, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu, difosforan disodowy), sól

czwartek, 3 września 2020

J.D. Gross Mousse au Lait Creme Brulee mleczna nadziewana śmietankowo-mlecznym musem z kawałkami karmelu

Desery takie jak panna cotta, tiramisu czy creme brulee nie kręcą mnie ani trochę. Rzeczy o ich smaku znudziły mi się optycznie, bo swego czasu pełno tego w sklepach było. Z tego co próbowałam, wydaje mi się, że oddają te smaki lepiej lub gorzej, smacznie lub niesmacznie... Bardzo różnie. Nie jestem w sumie w stanie stwierdzić tego z całą pewnością, bo oryginałów nie jadłam, mam jedynie swoje wyobrażenia. To mi jednak nie przeszkadza w ocenie, czy coś jest smaczne. Jako że mam słabość do Grossów wierzyłam, że ta tabliczka taka będzie. Ok, deser creme brulee na pewno by mi nie smakował, ale taka czekoladowa stylizacja już szanse miała. A smaczna Mousse au Lait Tiramisu tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.

J.D.Gross Mousse au Lait Creme Brulee to czekolada mleczna o zawartości 32 % kakao z (39%) mlecznym nadzieniem / mousse'em śmietankowym z karmelem (10 %; "karmelizowanym cukrem" - jak życzy sobie producent).

Rozerwawszy sreberko, poczułam mocno słodki, cukrowy zapach. Nie był to jednak czysty, biały cukier, a cukier palony. Karmel mieszał się z mlecznością i niemal uroczą czekoladowością. Pomyślałam o śmietankowo-maślanych karmelkach, podkradających się już pod toffi. Zwłaszcza po podziale poszczególnych kostek. Wtedy też wyraźnie poczułam śmietankę / mleko w proszku.

Tabliczka w dotyku była dość tłusta, acz konkretu jej nie brak. Jej gruba warstwa czekolady wręcz lekko trzaskała, ujawniając zwarty, a zarazem lekko napowietrzony mousse, który też wyglądał na dość konkretny.
W ustach czekolada rozpływała się tworząc zalepiającą, gęsto-kremową i tłustą masę.
Kontynuował to tłusty krem, trochę podobny do niej. Wydał mi się jednak rzadszy, dość miękki i troszeczkę bardziej tłustszo-mazisty, odrobinkę proszkowy. Był cudownie puszysty, ale mam problem z nazwaniem go mousse'em w 100 %ach. Na pewno jednak nie był ciężki. Przypominał tłustą bitą śmietankę lub puszyste lody.
Karmel, który znalazł się w nim pod postacią malutkich i średnich kawałków przyjemnie chrupał. Częściowo się rozpuszczał, odrobinę miękł, nie przylepiał się do zębów. Daleko mu do niemiłej twardości. Cechowała go kruchość... był chrupiący w kontekście cukrowo-kryształkowym. Wydał mi się przyjazny i dobrze dopasowany do reszty.

W smaku czekolada uderzyła cukrowo-waniliowym tornadem i mlecznym tsunami. Wyszła bardzo intensywnie, szybko zasładzała (w zasadzie drapała w gardle już przy pierwszym kęsie), ale potem nieco wygładzała się. Sprawiała wrażenie maślanej, nawet lekko zabarwionej toffi.

Mousse jednak zdecydowanie podkreślił śmietankę. Przypominał bitą śmietankę, zacukrzoną do granic możliwości, przy czym zachował właśnie śmietankowy smak. Trochę czuć w nim śmietankę w proszku, ale nie odebrało to wnętrzu uroku. Kojarzył mi się również z lodami śmietankowymi.
I w nim pojawiła się bowiem maślaność, nawet taka lekko palona. Nadzienie to wydało mi się też odrobinę tłuszczowe, jednak wszelkie tego typu motywy przykrył cukier, którego w tej części nie brakowało.

Szybko zaskoczył jednak na palony tor. Palony cukier, a więc karmel zaczął odważnie pobrzmiewać już w połowie rozpływania się kęsa, jednak bardzo wyraźnie wyszedł wraz z kawałkami. Wydaje mi się, że przy niektórych trafiłam na ociupińkę słoności.

Okazał się delikatnie palonym karmelem. Był intensywny i oczywiście słodki, ale jednocześnie słodycz przełamujący. To bez dwóch zdań karmel, choć z maślanym echem (w ogólnej słodyczy w sumie aż trudno orzec).

Czekoladowość podkreśliła palony motyw, ale jednak dopominała się też o maślany. Wyszło to więc lekko... maślano-śmietankowo, werthersowo (tak właśnie maślano-cukierkowo, nawet nie tyle maślano-toffi). Tło było śmietankowe jak tylko się da, ale właśnie cały czas z motywem karmelu.

Karmel rozgryzany pod koniec i na koniec, zdecydowanie podkreślał smak palonego cukru, w którym niestety doszukałam się pewnej sztucznawości.

Po wszystkim pozostał posmak karmelu, cukrowe zasłodzenie i drapanie w gardle, oraz wyraźna śmietanka. Nic nie było tu przerysowane, wszystko cechowała naturalność i... cukrowość, podczepiająca się pod wszystko inne.

Całość, mimo że zacukrzona do bólu, wyszła smakowicie. Ten ogrom śmietanki, wpisane w nią skojarzenie z maślanymi-toffi cuksami, a i jednak nutka bardziej karmelowa w przystępnej formie wywołało we mnie... masochistyczny zachwyt. Słodycz mnie dręczyła, ale oddałam się temu. Tym bardziej, że konsystencja też mnie uwiodła. Nie było to ani miękkie, ani twardo-wlepiające się w zęby, a gęste, puszyste i z elementami chrupiącymi, które nie odstawały. Świetnie wyważone, pożądane przecukrzenie. Wprawdzie takie na raz, nie żebym miała do tego wracać. 5 kostek nasyciło mnie, potem już zrobiło się za słodko i znudziłam się, bo to trochę niezbyt mój smak obecnie, więc reszta powędrowała do Mamy (bo już z czasem brakowało mi tego, czego szukam w czekoladach: kakao! "ciemnego" smaczku), ale to zacna propozycja.
Mama zakochała się. Stwierdziła: "Nie tylko przepyszna, ale to wykonanie to prawdziwy kunszt! To nadzienie... to ten taki mousse, tak? Jejku, puszek taki... No jak oni to zrobili? Takie coś to chciałabym też w ptasich mleczkach. I ten karmel, wszystko z nim w porządku, odpowiednio chrupki, a ostatnio coraz trudniej o taki. W ogóle jaka... ciekawa! Mistrzostwo".
Chyba lepsza od Lindt Creation Creme Brulee, chociaż Gross mógłby dopracować jakość (patrzę na składy) i obniżyć poziom cukru. O ocenie przesądziło nadzienie, bo smakowo to bym się jeszcze wahała, czy nie 8 (bo smakowała mi mniej niż Tiramisu). Struktura mousse'u była jednak niebiańska (no, a jednak Lindt kojarzył mi się z mocniej palonym karmelem, doszukałam się odrobinki soli, ale z kolei... kiedy to było?) i po konsultacjach z Mamą (która wystawiła by 10 i koniec), uznałam, że zasłużyła.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, 20% mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, miazga kakaowa, mleko w proszku odtłuszcozne, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, masło, naturalny aromat, ekstrakt z laski wanilii, sól

środa, 2 września 2020

Chocolatier Alexandre Ecuador 70 % Nacional ciemna z Ekwadoru

Do ostatniej posiadanej czekolady tej marki, czyli właśnie dzisiaj opisywanej, długo nie mogłam się zabrać. Nie miałam na nią zupełnie ochoty, bo wyjątkowo nie podobała mi się struktura i wydźwięk słodyczy proponowanej przez producenta. I akurat to nie mogły być drobiażdżki jak Domori czy np. 60 g jak Duffy's. Nie. Te tabliczki ważyły po 80 gramów...

Chocolatier Alexandre Ecuador 70 % Nacional Cooperative Winak - Napo to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Nacional z Ekwadoru z prowincji Napo.

Już z nieotwartego plastikowego opakowania wydobywał się lekko drzewny zapach, a gdy wyjęłam tabliczkę... Drzewa, kwiaty i pomarańcze uderzyły z pełną mocą. Miały wydźwięk ciepły, ale nie suchy, a wręcz... wilgotnie-śliskawy. Za kwiatami kryła się lukrowa słodycz, pod którą podczepiły się pudrowe owoce oraz motyw badylków, zielonych roślin. Im dłużej wąchałam, tym wyraźniej czułam rośliny / kwiaty wodne, do głowy przyszły mi nenufary. Pudrowe owoce mieszały się z pomarańczą, dobywając z niej lekkiego kwasku. Był trochę wiśniowy, ale nie do końca... Skojarzyło mi się to z jakimiś mało spożywczymi, czerwonymi owocami kulkami - jarzębiną? Ewentualnie "smakiem zapachu" surowej żurawiny. Zapach był średnio kuszący. Z jednej strony mogło to być coś ciekawego, z drugiej mogło pójść źle.

Ciemna, choć o ciepłym odcieniu, tabliczka okazała się bardzo twarda. Jej trzask to w zasadzie chrupki huk. Taki, przy którym niemal wystrzeliwały kryształki cukru. W przekroju widać ich całkiem sporo.
Zarówno w dotyku, jak i w ustach wykazała się kremowością na początku. Była zwarta i zbita, rozpuszczała się powoli, ale nie opornie, mimo że sprawiała wrażenie sucho-tłustej, lekko pylistej. Opływała gęstymi smugami, które odebrałam jako tłusto-wodniste, ujawniając sporo kryształków cukru. Było w niej ich tak dużo, że można obstawiać, że to taka konwencja, a nie "nie do końca rozpuszczony cukier". Nie podobało mi się to, aż przeszkadzało w jedzeniu.

Robiąc pierwszego kęsa trafiłam na goryczkę dymu i "mało spożywcze owoce". Zaleciało to czymś wręcz rzygowinowym, znów pomyślałam o jarzębinie, drzewach i badylkach zielonych, wilgotnych. Gorzkość złagodniała, wyrównała się, dym rozmył się. Właśnie rozmyta wydała mi się ta kompozycja, szybko tracciła na dosadności.

"Badylki", czyli delikatna roślinność przez chwilę widziała mi się jako delikatne, słodkie kwiaty. Jasny miód z nich, białe, ogólnie jasne płatki kwiatów mięciutkie jak skrzydła motyli przykryły pewne nuty. Zdawało się, że zrobi się owocowo, po czym znów osadziły się w bardziej roślinnych realiach.

Owoce ostały się jako licha kwaśność surowej żurawiny, wiśni i trochę czerwonych porzeczek czy innych owoców... Powiedziałabym, że jakiś niezbyt spożywczych kulek. Skojarzyło mi się to z czerwonoowocową, może warzywną marynatą do mięs, farszem do jakiś roladek... Tak bardziej wytrawnie. Drzewa i znów silniejsza roślinność... wizja nenufarów zmieniła się. Na myśl przyszło mi muliste dno jeziora... Drzewa i znów ich wytrawność, gorzkość wydawały się właśnie coś mulistego porastać.

Odebrałam to źle, bo bardzo prędko w tle pokazała się słodycz. Prosta i ordynarna, acz przyjemnie niska. Poprzez badylki i ich wilgoć, wniosła do tego motyw lukru. Owoce, wróciły. Oblane nim, skojarzyły mi się z pudrowymi cukierkami wiśniowymi i porzeczkowymi. Opłynęła je jednak słodka, wciąż lekko wytrawna nuta czerwonego wina. Wiśnie czy to taninowe wino trochę ratowało sytuację.

Drzewa, odymione i rozmyte, zdawały się zawilgocone. Ledwo ciągnęły. W drugiej połowie rozpływania się kęsa dopomogła im gorzkawa kawa.

Ta jednak okazała się kawą z ekspresu, a więc z kwaskiem, ale też z torbą cukru (mimo że nie było bardzo słodko, struktura zadbała o to skojarzenie). Tutaj pojawił się cytrusowy motyw, sok z pomarańczy i cytryna, a także coś lukrowego. Gdzieniegdzie plątała się kandyzowana skórka pomarańczy, ale chwilami też pomarańcza jako owoc słodko-kwaśny i soczysty całkiem nieźle wychynęła, mieszając się z kawową gorzkością.

Po wszystkim pozostał posmak kwaskawych cytrusów i wiśni, drzewna łagodność zmieszana z nie za wysoką, ale irytującą słodyczą. Wszystko miało przygłuszony wydźwięk, a jednocześnie było dość ordynarne i "okłębione" gorzkim dymem.

Smakowo, dzięki winu, wiśniom i pomarańczom oraz niskiemu poziomowi słodyczy, chwilami kompozycja wyszła bardzo smacznie. Niestety, była to "wydobywana smaczność", bo tonęła w lukrowo-roślinnych i dziwnie wytrawnych nutach tak, że wiele akcentów mi się tu gryzło. Dodatkowo od smaku odwracała uwagę podła struktura.
Podobnie było z Chocolatier Alexandre Tanzania 70 % Forastero - nuty niby częściowo fajne, ale tak niezgrane + ta struktura, że niestety... Nie pasowało mi to całościowo, że aż po pierwszym podejściu uznałam, że resztę skończę na uczelni (robię tak z gorszymi czekoladami; prawie nigdy z czystymi plantacyjnymi). Tam też przyjemności z niej nie czerpałam, męczyłam i męczyłam. Wstrętna struktura i nawet parę fajnych nut nie pomogło.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

wtorek, 1 września 2020

Vosges Turmeric Ginger mleczna 45 % z imbirem, kurkumą, kokosem, pieprzem i innymi przyprawami curry

Bardzo lubię orientalne przyprawy, mimo że do znawcy mi daleko, a nie jestem też za przesadnie (bezcelowo) przyprawionymi daniami. Kuchnia indyjska czy tajska... mniam! Na wszelkie więc mieszanki z tego regionu patrzę raczej pozytywnie. Czy w czekoladach? A tu już nie wiem. Ostatnimi czasy wcale aż tak wielu czekolad z przyprawami nie zamawiam, zwłaszcza, gdy chodzi o te z wyższych półek. Pamiętam jednak, jak smakowała mi Dolfin Hot Masala. O tym, jak smakują mi wszystkie Vosges też zapomnieć się nie da. Zanim więc na dobre miałam się wciągnąć w odkrywanie nowych smaków, które jakiś czas temu zakupiłam, czekała mnie jeszcze ostatnia z poprzedniego zamówienia. W sumie wcześniej myślałam, że to ciemna i trochę się rozczarowałam, że jednak nie, ale już jak mi "kliknęło", że wspomniany Dolfin też był mleczny... Już było lepiej.
Na stronie w opisie znalazłam, że to ich "złota tabliczka" zainspirowana wieczornym eliksirem, miksturą na zdrowie o nazwie Złote Mleko, w której to połączono tytułowe adaptogeny, czyli "leki na stres, stany wyczerpania i niepokoju" w ogólnie rozgrzewającej kompozycji. Co więcej, dowiedziałam się, że połączenie kurkumy z pieprzem uwalnia więcej ich właściwości prozdrowotnych.

Vosges Turmeric Ginger to czekolada mleczna o zawartości 45 % kakao z kurkumą, imbirem, kokosem ze Sri Lanki oraz mieszanką przypraw m.in. curry, z czarnym pieprzem Telicherry, kozieradką, kardamonem i gałką muszkatołową.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bukiet korzenno-orientalnych przypraw i intensywny zapach świeżego mleka oraz słodyczy mocno palonego, wręcz gorzkawego karmelo-toffi. Bardzo wyraźnie swoją obecność zaznaczył kokos (trochę jakby z aromatu), podrzucający skojarzenie z mleczkiem kokosowym. Przewijała się w tym pewna orzechowość, siankowo-wiejska nuta, podsycona suszonym motywem i rozgrzewająco-goryczkowatymi przyprawami. Klimat był indyjski, jak nic!

Tabliczka już w dotyku zdradzała swoją tłustość, ale nie lepiła się. Przy łamaniu ładnie trzaskała, ujawniając ziarnisty przekrój, w którym (albo mi się wydaje) widać przyprawy i średniej wielkości odpowiednią ilość kawałków kokosa. Trochę zaskoczył mnie zielonkawym odcieniem. Wystąpił pod postacią wiórko-płatków i kawałków wiórków. Na całą tabliczkę przypadły dwa kawałki pieprzu do chrupnięcia (a tak był bardzo zmielony i w nieprzesadzonej ilości). Nie jestem pewna, czy nie plątały się wśród nich mdławe kawalątki imbiru... Przypraw w całości nie brakowało, a zabarwiony kurkumą kokos trudno od niego odróżnić.
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie powoli, tłusto kremowo. Zalepiała w bardzo gęsty sposób. Oprócz dodatków i szorstkości zmielonych przypraw, sprawiała wrażenie idealnie gładkiej.
Kokos był podprażono-chrupiący, a zarazem soczyście-trzeszczący. Raz po raz dziwnie skojarzył mi się ze świeżymi płatkami migdałów. Na koniec zostawały wiórki, które w zasadzie "zrobiły się świeże", nasiąkając. Jego ilość uważam za odpowiednią - to jedynie dodatek, nie zaburzający w tabliczce niczego. Trafiłam też na parę drobinek korzenia imbiru (również wyszedł dość świeżo).

W smaku czekolada przywitała się głębią mleka, niemal śmietanki oraz wysoką, ale szlachetnie, delikatnie paloną słodyczą, a dopiero na końcu nutką przypraw. O ile jednak pierwsze utworzyły stateczną bazę, tak ostatnie zaczęły dynamicznie rosnąć.

Baza wydała mi się łagodna, przywodząca na myśl maślane toffi i jakieś rozgrzewające język chai latte, w wydaniu może bardziej kawowym, cappuccinowym (bo i "kawowe" kakao odlegle się zaznaczyło). Czułam też echo kokosa. Miał wydźwięk takiego z aromatu; nie był nachalny, a tak wkomponowany, że przyjemny. Nie sposób było nie myśleć o mleczku / śmietance kokosowej.

Z przypraw już w ciągu paru-parunastu sekund najpierw poczułam kurkumę i cynamon nieodzownie wmieszany w nutę orzechowo-goryczkowatego, palonego kakao. Zaraz dołączył do tego cały bukiet. Oto imbir i kardamon, a po nich mieszanina (kurkuma i charakternie gorzki pieprz czy gałka) uderzyły mocniej. Rozgrzały i nieco przypiekły w język. Raz po raz imbir wydawał mi się zaskakująco świeży. Miało to cudowny wydźwięk odważnie przyprawionej i zrobionej na mleczku kokosowym chai latte.

We wszystkim doszukałam się też pewnej rześkości. Płynęła z tych mocnych nut, jako goryczkowato-ostro-rześka kozieradka, pomykała po naturalnej mleczności i poprzez nią zahaczała o kokosa. Gdy z czekoladowej toni zaczęły wyłaniać się wiórki, okazało się, że to ich jakby uczepiła się kurkuma. Połączenie to wydobyło orzechy. Skojarzenie  z mleczkiem kokosowym jeszcze się umocniło, by następnie podkreślić... orzechowo-maślane toffi? Tylko że mocno palone. Kokos wzrastał przy wyłaniających się (nawet nierozgryzanych) wiórkach.

Paloność podkreślał pieprz, chwilami aż kręcący w nosie. Wpisał się w korzenność, przemodelował toffi na karmel, wplatał się w śmietankowo-mleczne tony. Cynamon i imbir, towarzyszące mu, sprawiły, że pikanteria i słodycz aż rozgrzały gardło, co z aromatem kokosowym skojarzyło mi się z likierem kokosowym czy jakimś korzenno-kokosowym drinkiem.

Bliżej końca i na koniec rozgryzałam kokosa, dzięki czemu wzrastał jego smak. Wtedy też trafiałam na małą ilość większych kawałeczków przypraw, które z kolei drastycznie podnosiły korzenną pikanterię, rozgrzewając. Mimo to, nawet zostawione na koniec i wtedy pogryzione dodatki nie zabiły smaku samej czekolady.

Po wszystkim na bardzo długo pozostał posmak mnóstwa przypraw, na bezkreśnie mlecznej i słodko-maślanej, orzechowej toni. Kojarzyło mi się to z jakąś kawową chai latte z nutą kokosa "mieszanego". Rozumiem przez to bardzo naturalnego, świeżo-mleczkowego i "aromatowego likieru". Po zjedzeniu czułam się zacnie rozgrzana i nieco zasłodzona. W korzennym, nie za mocnym rozgrzanio-pieczeniu byłam w stanie bez problemu wskazać kurkumę, imbir i bardziej gorzkie przyprawy: kardamon, pieprz, gałkę, cynamon.

Tabliczka wydała mi się niezwykle intrygująca, choć niebezpiecznie mało czekoladowa. To bukiet przypraw takich jak imbir, cynamon, kardamon, kurkuma, pieprz... słodko-indyjska mieszanka zestawiona z niebanalnym kokosem. Słodycz czekolady była bardzo wysoka, miała wydźwięk toffi, gdzieś pobrzmiewało mi cappuccino. Wszystko to jednak było takie... bogate, szlachetne i wykwintne. Zasłodzenie na poziomie, upicie się... złotem - takie określenia przychodzą mi do głowy. Hm, jak mleczność przełożyła się na mleczko kokosowe, cappuccino przyprawione i toffi, w sumie podobało mi się. Z wyższą zawartością kakao takiego efektu by nie było, ale ciekawi mnie, jak by wyszła ciemna wersja. To było bowiem bardzo ciekawe, ale jednak na swój sposób delikatne. Może i parę rzeczy bym w niej pozmieniała, ale... niekoniecznie. Jeśli taki był jej zamysł, że miała to Złote Mleko udawać, cel został osiągnięty (obiektywnie więc może to i czekolada na 9). A fakt, że do ostatniej kostki nie przestała intrygować, o czymś świadczy.
Żeby było śmieszniej, raptem parę dni wcześniej spróbowałam Molly's Cappuccino, która niespodziewanie też smakowała duetem cappuccino-toffi, ale oczywiście to nirwana (osiągnięta przez braminów?) a poziom pariasów.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat), suszony (odwodniony?) kokos, mniej niż 2%: sproszkowane słodkie curry, naturalne aromaty, kurkuma, imbir, kardamon, czarny pieprz, gałka muszkatołowa