czwartek, 20 marca 2025

Carla Chocolate Cokolada s prichuti Rum & Rozinky / Chocolate with Raisins and Rum Flavour ciemna 44 % rumowa z rodzynkami

Nie lubię aromatów. Prawie zawsze je wyczuję i mi przeszkadzają. Sztuczny posmak w jedzeniu od razu odbiera mi przyjemność. Tak też czekolady "o smaku..." a bez danego składnika mnie nie interesują. Zdarza się za to, że sięgam po te, które mają i to, i to albo że właduję się w aromatyzowaną przez bezmyślność czy niedopatrzenie. Przy kupowaniu dziś przedstawianej straciłam czujność, bo było to w miejscowości Zieleniec blisko Czech, w małym sklepie tuż przed zamknięciem. Ogół bowiem, choć marka wątpliwa, wydał mi się ciekawy. Połączenie rumu i rodzynek z Polski kojarzyłam bowiem głównie z czekoladami mlecznymi. A tu proszę! Ciemna. Znaczy no... Taka udająca, bo zawartość kakao śmiesznie niska. Miałam jednak nadzieję, że rodzynki i otoczenie - Jagnięcy Szczyt, na którym ją otworzyłam - poratują aromat rumu. Widoki naprawdę zacne się trafiły, że spędziłam tam prawie godzinę, nie mogąc się nimi nacieszyć. A potem już czekał mnie powrót tą samą drogą przez Zielony Staw Kieżmarski, przy którym już złapał mnie deszcz.


Carla Chocolate Cokolada s prichuti Rum & Rozinky / Chocolate with Raisins and Rum Flavour to ciemna czekolada o zawartości 44 % kakao o smaku rumowym (z aromatem rumowym) z rodzynkami.

Po otwarciu poczułam cukierkowy rum i niemal równie cukierkowe rodzynki. Był to zapach sztuczny, ale jeszcze nie okrutny. Czekolada stanowiła jedynie tło o wysokiej słodyczy i lekkiej cierpkości - tak niewyraźne tło, że aż w sumie trudno wypowiadać się o jej jakości. 

Spód i przekrój tego nie ujawniły, jednak gruba tabliczka okazała się bogato nadziana. Łamana trzaskała średnio głośno, ale chrupko. Była twarda, ale z elementem rwania się, za którym stanęły rodzynki. Rodzynki porządnie się jej trzymały. W zasadzie trudno zrobić kęs bez rodzynek lub by zębem o rodzynkę chociaż nie zahaczyć.
W ustach czekolada rozpływała się opornie. Trochę trwało, nim w ogóle zaczęła, a potem robiła to, jakby niekoniecznie chciała. Wyszła mazista i jakby zgęstniała w polewowy sposób. Była tłusta, zbita i znikała dość rzadko. Cechowała ją aksamitność, acz wkomponowana w ulepek.
Rodzynki długo siedziały w niej zatopione. Gdy się wyłaniały, czuć, że niektóre były bardziej soczyste, inne suchsze i dopiero nasiąkały. Żadne jednak nie były bardzo soczyste. 
Na próbę pogryzłam ze dwie rodzynki obok czekolady, ale ogólnie wolałam je zostawiać już na koniec. Ewentualnie tylko raz po raz lekko podgryzać.
Gryzione po zniknięciu czekolady rodzynki były lekko soczyste, żujno-lepkie i dość jędrne, chwilami trochę farfoclowate, a sporadycznie lekko scukrzono-stwardniałe. Dodano kiepskiej jakości - na dwóch (a ogólnie zjadłam 30g ze 180g) trafiły mi się patyczki.

W smaku pierwszą poczułam intensywną rumowość, a tuż za nią słodycz. Wpisała rum w alkoholowe cukierki typu trufle (np. Odry, Mieszko). Słodycz rosła, a alkohol skojarzył mi się ze spirytusem, jednocześnie... Szedł w sztucznym, udawanym kierunku? Przemykała za nim wodnistość, mdłość. 

Czasem mocniej, czasem słabiej zaraz po tym pojawiała się pseudosoczystość. Rozchodziła się od rodzynek, acz ich wydźwięk był zmieniony przez bazę. Sama rodzynkowość jawiła się jako średnio wyrazista, baza tylko przy rodzynkach nimi przesiąkła. To jednak całkiem sporo miejsc. Odzywały się nawet nie gryzione.

Niezależnie od nich, powoli płynęła drobna gorzkość. Częściowo należała do taniej, plastikowo-polewowej i mdlej czekolady, a częściowo do.... Rumu? Niby rumu. Dodatkowo łagodziła ją... Zgaszona maślaność?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa myśli na dobre uchwyciły się tanich, rumowych trufli na wagę i... Cukierko-żelek (jelly beans?) rumowo-alkoholowych? Cukierkowość robiła się coraz bardziej irytująco cukierkowa właśnie, mimo że słodycz nie była taka wysoka. Owszem, była silna, ale jeszcze nie tak mocno przesadzona. Nieprzyjemny był jej wydźwięk.

W dodatku mieszał się z goryczką taniego rumu. Mdła czekolada nie domagała, zgłuszona nim, a i rodzynki chwilami wydawały się speszone cukierkową rumowością.

Niegryzione rodzynki końcowo trochę unormalniły słodycz, ale i tak nie zagłuszyły cukierkowego niby alkoholu.

Rodzynki gryzione obok czekolady wychodziły całkiem wyraźnie, ale przy nich czekolada w ogóle wydawała się mdło-plastikowa do potęgi. O wiele lepszym wyborem było więc zostawienie ich na moment, gdy już zniknęła.
Rodzynki gryzione na koniec okazały się wprawdzie bardzo słodkie, ale też lekko soczyste, co dawało wytchnienie od sztucznej słodyczy bazy.

Po zjedzeniu został posmak sztucznego rumu, udawanej alkoholowości i motyw cukierkowy, a dość często (jeśli akurat były w kawałku) rodzynek. Było bardzo goryczkowato w nijaki sposób, a choć słodycz nie wydawała się mocno przesadzona, męczyła wydźwiękiem.

Ta czekolada była zła. Aż trudno w niej znaleźć choćby mały plusik. No... Może dużo rodzynek? Ale i je dali kiepskie - z patyczkami. Tak naaromatyzowali bazę, że aż w tej cukierkowej rumowości czekolada chwilami się chowała. A prawdziwego rumu nie uświadczyłam. Bardzo zła baza pod złe dodatki. Acz dla odbiorcy, który jest przyzwyczajony do chemii...? Może? Nie wiem, nie umiem wyobrazić sobie, komu mogłaby smakować.

Ledwo, bardzo na siłę w górach (w tym trochę w samochodzie, by zweryfikować odczucia) zjadłam niecałe 30g, a w domu już nie potrafiłam się zmusić, by do niej wrócić. Szczerze to po pierwszym kęsie nie chciałam brać tego więcej do ust. Większość oddałam więc Mamie, współczując jej.

Mama zjadła trochę, a resztę oddała ojcu. Czekoladę opisała: "No ja bym nie była aż tak okrutna, by wystawić 2, mimo że i dla mnie nie smakowała. Taka no po prostu kiepska, rumowo-rodzynkowa, chociaż... zakładam, że rumu w niej nie było? Ale nie poraziła mnie aż tak chemią, chociaż ja pewnie na taką lekką chemiczność nieco bardziej odporna jestem. Nie była jednak strasznie sztuczna. Wydaje mi się, że właśnie ten aromat rumowy mógł trochę od jej taniości uwagę odwracać. Rodzynki mi się w porządku, bez żadnych patyków, trafiły. Ale za nic nie powiedziałabym, że to czekolada, która za 100g około 10 zł kosztuje".


ocena: 2/10
kupiłam: mały sklep spożywczy przy granicy z Czechami
cena: 19,99 zł (za 180g)
kaloryczność: 485 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, rodzynki 20% (rodzynki, olej słonecznikowy), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat rumowy, aromat waniliowy

wtorek, 18 marca 2025

Auchan Bio Lait Eclats de coco mleczna z prażonymi wiórkami kokosowymi

Mleczne od dawna mnie nie ciekawią, acz w góry zdarza mi się zabierać je, jeśli dostanę. Dziś przedstawianą jednak kupiłam sama, uznając, że akurat z kokosem to może i opcja bardziej słodka jakoś da radę. Zwłaszcza, że ciemnych z kokosem wydaje mi się, że jest jakoś mało. Otworzyłam ją przy schronisku przy Zielonym Stawie Kieżmarskim, do którego doszłam z Kieżmarskiej Białej Wody, oczywiście żółtym szlakiem.

Auchan Bio Lait Eclats de coco to mleczna czekolada o zawartości 33% kakao z prażonymi wiórkami kokosowymi, marki własnej Auchan.
 
Po otwarciu poczułam bardzo mleczny i równie bardzo kokosowy, wyrównany zapach. Odlegle zamajaczyła wanilia, a słodycz ryzykownie spoglądała w kierunku plastiku, acz tak nieśmiało, że jeszcze nic nie było przesądzone.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość tłusta i gładka, a przy łamaniu wykazywała twardość. Nawet lekko trzaskała, wzmacniając to porządnym chrzęstem dodatków. Zrobienie kęsa samej czekolady, bez wiórków, było w zasadzie niemożliwe.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym, dając się poznać jako bazowo kremowa i tłusta w pełno mleczny sposób. Odnotowałam też drobną proszkowość, chowającą się między wiórkami Szybko okazała się sowicie wypełniona dużymi wiórkami.
Wiórki zostawiałam raczej na koniec.
Początkowo były wręcz przyjemnie twardawe. W ogólnym rozrachunku krucho-chrupiące. Dopiero z czasem robiły się bardziej trzeszczące. Nie memłały się ani trochę.

W smaku pierwszą poczułam względnie stonowaną, leciuteńko waniliową słodycz, do której po chwili doszła... Obietnica kakao? 

Słodycz zaczęła rosnąć, a po ustach polało się mleczne tsunami. Na mlecznych falach płynęły wiórki kokosowe, dobrze wyczuwalne nawet niegryzione. Ledwo się wyłaniały, a już skupiały na sobie ogrom uwagi. Tworzyły idealnie zgrany duet z pełnym, naturalnym mlekiem. 
(Gdy z trudem zgryzłam / spiłowałam zębami odrobinkę czekolady z wierzchu, bez wiórków, nie wydała się nimi szczególnie przesiąknięta, za to jej słodycz miała więcej do powiedzenia).

Słodycz rosła znacząco, wręcz ryzykownie. Cukier wyłaniając się, zagroził plastikiem, acz wychwyciłam też odrobinkę wanilii. W sumie jednak nie wyszło bardzo za słodko ze względu na to, że naturalne, pełne mleko dobrze sobie z nią radziło. Absorbowało ją, a wiórki kokosowe rozbijały. Ich smak oczywiście nasilał się wraz z tym, jak się wyłaniały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podprażone, bardziej neutralne niż normalnie wiórki (może przez kontrast do bardzo słodkiej bazy?) stały na równi z... Czekoladową otoczką, która przybrała postać jakby... Nieco buenowatego kremu w wersji kokosowej? Ledwo pomyślałam o produkcie Kindera, a odnotowałam lekkie drapanie w gardle i myśl ta umknęła.

Została za to ryzykowna słodycz, którą wciąż na szczęście przeplatało wyraziste mleko. Końcowo jednak to i tak głównie na wiórkach się skupiałam.
Gryzione obok czekolady wyszły trochę nijako, a sama czekolada za nimi sprawiała wrażenie bardziej plastikowo-słodkiej. Wolałam więc zostawić je na sam koniec, gdy czekolada już zniknęła.

Gryzione wiórki potwierdziły swój wyrazisty, podprażony smak o rzadko spotykanym, bardzo neutralnym, a nie słodkim wydźwięku. Idealnie tonowały słodycz czekolady, zostawiając mleczne echo. Niestety nic nie poradziły na drobne drapanie w gardle.

Czekoladę uważam za dobrą, ale żałuję, że już skoro bio, to nie posłodzili jej cukrem trzcinowym - wtedy mogło by być idealnie. Świetnie dobrali proporcje - zacnych wiórków było mnóstwo, ale nie uczyniły z tabliczki zlepka-ulepka. W ogóle takie podprażone wyszły bardzo zacnie. A sama czekolada - no, bazowo każda mleczna powinna właśnie mniej więcej tak smakować - pełno mlecznie. Mnie była za słodka, ale ogólnie zjadłam 7 kostek (6 w górach, co prawda z braku alternatywy, bo druga wzięta na trasę czekolada była koszmarna; a jedną w domu, do weryfikacji). Rzadko się zdarza, bym wolała jakąkolwiek mleczną niż nawet kiepską ciemną, jednak w tym przypadku tak właśnie było.

3 kostki otrzymała Mama. Powiedziała: "Bardzo, bardzo smaczna. I czekolada, i kokos. Czekolada mocno mleczna, ale mogłaby być tak odrobinę mniej słodka, a wtedy to już w ogóle całość by była idealna".


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, prażony kokos 15%, miazga kakaowa, emulgator: lecytyny; naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 17 marca 2025

Chocolat Madagascar Single Plantation Dark Chocolate Domaine Mava 75 % ciemna z Madagaskaru

Z trzech jedzonych tabliczek Chocolat Madagascar, dwie zapisały się w mojej pamięci jako przepyszne, więc od dawna wiedziałam, że z chęcią jeszcze do tej marki wrócę. Nie tam, bym specjalnie leciała na stronę producenta, ale gdy trafiła się okazja zamówienia jednej tabliczki w ramach większego zamówienia z amerykańskiej strony, ta była dla mnie ważna. Nazwa "MAVA", gdy się skupiłam, coś mi tam mówiła... Ale co? Musiałam aż wpisać to na blogu, by trafić na Georgia Ramon Madagascar 70 % Mava Plantation-Ottange Farm Trinitario. Wyglądało na to, że po latach będę mogła dalej zgłębiać smaki plantacji Mava. Znów poczytałam o niej w opisie czekolady. MAVA obejmuje 1700 hektarów, z czego 600 hektarów to tereny przeznaczone pod produkcję wysokiej jakości kakao. Plantacja jest w całości własnością rodziny Ramanandraibe z Madagaskaru i leży w dolinie Sambirano, czyli w północno-zachodnim Madagaskarze. Zbiory odbywają się 2 razy w roku.

Chocolat Madagascar Single Plantation Dark Chocolate Domaine Mava 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao criollo, trinitario i forastero z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano, z plantacji Mava.

Po otwarciu rozbrzmiały jednocześnie dwa wątki: soczyście owocowy i palony, nad którymi zawisła rześkość kokosa. Drugi był dosadny, ale spokojny i średnio mocny, a pierwszy bardzo złożony. Czułam przede wszystkim mieszaninę cytrusów z miechunką zarówno świeżą, jak i suszoną. Ta wprowadziła cierpkość. Soczystość zaś kontynuowała pomarańcza i chyba nektarynki, przechodzące w owocowe smoothie i nektar. Postawiono je do ciasta o słodkim, mocno jajecznym charakterze. Wyobraziłam sobie biszkopt, chyba kokosowy, ale jajeczny na pewno. Słodyczy nie szczędziły też kwiaty, mieszające się z wiórkami kokosowymi. Dopiero za tym wszystkim i za paloną nutą odnotowałam nienachalną ziemię.

Twarda tabliczka miała nieco kruche zacięcie przy łamaniu. Trzaskała głośno, donośnie.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i niby łatwo, acz niekoniecznie chętnie. Przedstawiła się jako pozornie nietłusta i wręcz suchawa, ale jednocześnie mięknąca na gęsty, budyniowy krem. Pojawiła się w niej pylistość, a potem jeszcze znikoma soczystość. Końcowo też ściągniecie i pyliste poczucie suchości.

W smaku przywitała mnie słodycz o tendencji wyraźnie wzrostowej. Zaczęła od suszonych kwiatów, do których dołączyły suszone owoce. Oczami wyobraźni patrzyłam na suszone płatki żółtych nagietków, które zapewniły rześkość. Z całej tej ogólnej słodyczy, na przód wyrwała się jednak delikatna cierpkość... miechunek?

Za miechunkami słodycz kontynuowały suszone morele, a te... ukryły się w palonej nucie? Paloność pojawiła się i zaczęła rozchodzić na boku, obfitując w dosadną, ale w sumie nie mocarną gorzkość. Gorzkość wprowadziła ziemię. Ta zaglądała na pierwszy plan, ale nie starała się go zdominować. Acz to na nich kompozycja się oparła. Otoczyła je rześkość... surowego kokosa? Jakby nieintencjonalnie łagodziła ziemię i gorzkość od środka.

Soczyście-cierpkawy splot obiecał kwaśność. Polała się odważniejsza soczystość, po chwili spełniająca częściowo obietnicę. Pomyślałam o nektarze (zbyt rozrzedzonym na sok) koloru pomarańczowego z różnych cytrusów i nektarynek. Lekka kwaśność podporządkowała się w nim słodyczy. Najwyraźniej wyszły tam słodkie pomarańcze.

I pomarańcze zaraz zamknęły owoce w pewną pudrowość, podrzucając im trochę ciężkawej słodyczy. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkością zachwiały... Migdały? Umocniły wiórki kokosowe i razem jeszcze trochę złagodziły kompozycję, co wykorzystał biszkopt. Poczułam jajeczne ciasto... może tort z kilkoma warstwami jajecznego biszkoptu? Na pewno jasne, trochę śmietankowo-kokosowe. Możliwe, że posłodzone lekko wanilią i... z owocami? Wróciła miechunka, budująca wizję... miechunkowo-kokosowego tortu.

Cytrusy zostały trochę utemperowane biszkoptowo-tortową nutą, ale wciąż miały się dobrze. Pudrowość dała trochę spokoju pomarańczom i sama się zmieniła. Kompozycja przypomniała sobie o kwiatach. Suszone kwiaty pokazały się jako jakiś słodki, kwiatowy puder. Na chwilę wyraźniej zagrały w nich róże... Ale już nie suche? Na pewno inne, drobniejsze kwiaty wyszły bardziej... z życiem, niczym płatki kwiatów nasiąkające gorącą wodą i zabarwiające aromatyczny napar - dzięki wiórkom kokosowym.

Świeżość zawalczyła o owoce... Powiedzmy "świeżość", bo oto w tle przemknęły mi gnilne, bardzo słodkie i lekko kwaskawe wiśnie. Puder i ciasto zasugerowały cytrusom i wiśniom kandyzowanie. W kandyzowanych skórkach osiadła lekka cierpkość, acz serwowały w dużej mierze słodycz. Znów pomyślałam też o suszonych morelach.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowego nektaro-smoothie, zestawionego z niepasującym do niego biszkoptem jajecznym, może nawet tortem miechunkowym. Czułam też rześkość surowych wiórków kokosowych i paloną gorzkość, nawet delikatną cierpkość oraz echo, namiastkę ziemi.

Całość była smaczna, ale trochę mało madagaskarska i jakby z podciętymi skrzydłami. Zaplątało się sporo pudrowo-kandyzowanych akcentów, a gorzkość i kwaśność były niskie. Czułam więc sporo kwiatów, biszkoptu jajecznego, tort, a mało ziemi. Paloność jednak jako taka była. Soczystość niby wystąpiła, ale zostawiła niedosyt. Zaskoczyło mnie za to sporo kokosa. Suszone morele, cierpkie miechunki głównie suszone, ale też świeże i jako element tortu, mieszające się z cytrusami pod przewodnictwem pomarańczy i nektaru z nektarynkami, przeplecione kwiatami wyszły ciekawie, acz nie przełożyły się na mocno owocowy klimat całości. Szkoda, że nie poszły jak zapach w kierunku esencjonalnego smoothie, a obrały rozrzedzono nektarowo-słodyczowy kurs.

Georgia Ramon Madagascar 70 % Mava Plantation-Ottange Farm Trinitario wydawała się bardziej owocowo kwaśna i odważniej gorzka, a do tego w pewien sposób gorąca. Też wystąpiła w niej pudrowość (pudrowe cytryny, suszone maliny), ale przełamały ją hektolitry soku owoców, a ziemi, przypraw korzennych i orzechów czułam znacznie więcej. Mimo nieco za wysokiej słodyczy, robiła większe wrażenie.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $12.00 (za 85g; około 46 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 544 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy

sobota, 15 marca 2025

Sirene Chocolate Lachua, Guatemala 73 % Dark Chocolate ciemna z Gwatemali

Pierwsza jedzona przeze mnie czekolada kanadyjskiej marki Sirene (Sirene Chocolate Limited Edition Idukki, India 73 % Dark Chocolate) nie zachwyciła mnie tak, jak na to liczyłam, ale na pewno była smaczna. Już kupując jednak to na tę dziś przedstawianą nastawiłam się jakoś mocniej. Gwatemala na pewno kusiła, ale... Chyba przekornie też to nieszczególnie w moim typie, niepozorne opakowanie coś mi sugerowało, że wnętrze za to będzie bardzo moje. Zrobiono je bowiem z kakao, które jest tradycyjnie hodowane od starożytności. Plemię Q'eqchi Maya zdaje się kultywować tradycję przodków.

Sirene Chocolate Lachua, Guatemala 73 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Gwatemali, z regionu d'Alta Verapaz, z okolic jeziora Lachua.

Po otwarciu poczuła goryczkowaty popiół, przepleciony słodkawymi, prażonymi orzechami (niejednoznacznymi) oraz pikantno-słodkim cynamonem. Cynamonem, którym... doprawiono czarną herbatę? Tej to dopiero sporo czułam! Zarówno suszone liście, jak i już herbatę zaparzoną. Wprowadziła drewniany motyw. Podkradł się do niej też akcent... kwiatów? Całość osłodziły wyjątkowo słodkie jeżyny, za którymi odnotowałam lekką pudrowość. A jeszcze dalej... jakby przyczaiła się potencjalnie kwaskawa cytryna? Do głowy przyszło mi też czerwone, słodkawe wino o mocno drewnianym charakterze. Może beczka po winie? Pomyślałam jeszcze o drewnianych chatach.

Twarda i bardzo masywna tabliczka podczas łamania trzaskała głośno. W dotyku i przy robieniu kęsa sprawiała wrażenie lekko pylistej.
W ustach rozpływała się w średnio-szybkawym tempie, początkowo trochę faktycznie pyliście i nawet nieco ziarniście, potem już bardzo kremowo. Miękła, acz pewną masywność zachowywała do końca, i pokrywała podniebienie lepkawo-soczystą mazią. Soczystość wydawała się znacząco przyspieszać rozpływanie się. Czekolada wydawała się syta, ale nie za tłusta. Końcowo wróciła ziarnistość (acz osadzona w kremowości). Zostawiała pyliste wrażenie.

W smaku przywitała mnie silna słodycz bananów. Umocniła się i jeszcze wzrosła. Bananom pomogły również słodkie kwiaty o białym kolorze; m.in. jaśmin i jaśminowiec. Słodycz rosła i rosła - szybko osiągnęła naprawdę wysoki poziom. Acz gdy tak rosła... zakradły się do niej... lekka pikanteria i soczystość?

Wkroczyła gorzkość i nie pozostawała gorsza. Najpierw jakby pod występ gorzkości właściwiej grunt przygotował cierpkawy popiół. Zaraz dołączył do niego cierpkawo-pikantny cynamon. Zawarł w sobie lekką słodycz, ale cała ta kumulacja i ogólny, konsekwentny wzrost gorzkości sprawił, że słodycz obrała inny kierunek, słabnąc.

Subtelna soczystość w tle za to trwała - jakieś ciemne owoce (wręcz winne?) kryły się w oddali.

Po ustach rozlała się mocna, gorzkawa czarna herbata. Pomyślałam o aromatycznych liściach, ale też o już zaparzonym tworze.

W tle przemknęły prażone arachidy. Choć same w sobie odrobinkę naturalnie słodkawe, także rozganiały słodycz.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie zaczęły przebijać się przebłyski soczyście-cierpkiej aronii i bardzo słodkich, a jednocześnie lekko kwaśnych jeżyn. Raz po raz też... cytryny?

Kwaskawe owoce na zasadzie kontrastu ośmieliły słodycz. Oto polała się druga fala słodyczy. Przewodziły w niej kwiaty, przynajmniej na początku. Zaraz jednak zrobiły trochę miejsca owocom i... karmelowi? Karmelizowanym fistaszkom? Prawie na przód kompozycji wróciły dojrzałe banany. I... chipsy bananowe / twarde "suszone" banany?

Na chwilę przez to do ciemnych owoców wkradła się pudrowość, a mi do głowy przyszedł ryzykownie słodki dżem czy konfitura aroniowa. Gorzkość i ogólna cierpkość - popiołu? - zarejestrowały to jednak i przybyły na ratunek. Cytrynowe przebłyski pod wpływem gorzkości zaczęły coraz bardziej trzymać się motywu w dużej mierze gorzkawej skórki cytryny, nie całego owocu. Nią gorzkość przykryła pudrowość. Acz i kwasek pobrzmiewał.

Gorzkość za drugim razem już przystała na tę wysokość słodyczy, ale z racji swojego intensywnego charakteru, nie wyszła ani trochę speszona. Wręcz przeciwnie. Uszlachetniła słodycz.

Do banana dołączył cynamon - wyobraziłam sobie jakiś przecier, deser bananowy sowicie doprawiony cynamonem, znów pomyślałam o czarnej herbacie z cynamonem, a do tego drewno pokazało się z jeszcze bardziej aromatycznej strony. Myślałam nie tylko o po prostu drewnie, ale nowo budowanych drewnianych domach i drewnie właśnie ciętym. Zaskakująco harmonijnie przemieszało się z prażonymi orzeszkami. Te pochłonęły słodycz, jako że same w sobie nieco słodkawe było - końcowo pomyślałam o wręcz kremie 100% z orzeszków.

Po zjedzeniu został posmak czarnej herbaty i cytryny (ale nie czarnej herbaty z cytryną!) oraz drewna z arachidami. Do tego czuła słodycz bananów i kwiatów, przeplecionych pikantnawym cynamonem.

Czekolada była bardzo smaczna, bo mimo dwóch pokazów siły słodyczy, nie brakowało jej porządnej, charakternej gorzkości. Kwiaty i banany mieszały się z ogromem drewna, czarnej herbaty i cynamonu, podkreślonych popiołem. Czułam też trochę arachidów i nienachalny kwasek cytryny. Jeżyny wyszły soczyście, ale bardziej słodko. Podobała mi się dynamika tej kompozycji. Tylko zastrzeżenie mam do pudrowych skłonności i tego, jak chwilami zbytnio przyspieszała z rozpływaniem się. Smakowo mogłaby mieć 9, bo na ocenie konsystencja zaważyła.

Cytryny i jeżyny czułam w Georgia Ramon Guatemala Jolomijix Cooperative 70% Dark Chocolate, ale choć też cynamonowo pikantnawa, była bardziej drzewna niż drewniana, a dodatkowo ziemista. Może słodsza (za sprawą karmelu i suszonych fig), ale inaczej. Podlinkowana podpadła mi nieco zbyt mocnym paleniem.


ocena: 8/10
cena: 8.95 € (za 70g; około 38 zł)
kaloryczność: 597 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 14 marca 2025

(Leclerc) Marque Repere Equador Collection inspiree Republique Dominicaine Noir 70 % Cacao ciemna z Dominikany

Leclerc to jeden z tych sklepów, których asortyment trochę mnie ciekawi, bo nie mam go u siebie. Stąd pomysł, by kogoś poprosić o przysługę, by mi kilka czekolad stamtąd przywiózł. Tak więc marka własna marketu stała się w moich oczach bardzo interesująca. Trochę nie rozumiem co prawda, dlaczego zdecydowali się nazwać linię Equateur marki własnej Marque Repère, skoro mają tabliczki z kakao z różnych państw, ale cóż... To znaczy - co jest inspirowanego Ekwadorem w plantacyjnych czekoladach? Na plus, że mieli z określonych krajów - trzymałam kciuki, aby to nie był pic na wodę, a naprawdę coś ciekawego. Uważam bowiem, że i takie zwykłe, sklepowe czekolady mogą zaskoczyć pozytywnie (np. DM Bio Schokolade Single Origin 72 % Kakao Sierra Leone Feine Bitter).

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Republique Dominicaine Noir 70 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Republiki Dominikany; marki własnej marketu Leclerc.

Po otwarciu poczułam słodki zapach bananów i amerykańskich, wielkich muffinów z kwaskawymi morelami. Może też twarogiem? Takich, których wierzch popękał, choć ciasto jest wilgotne i masywne, wręcz gliniaste. Obok pojawił się tort kawowy, który poprzez słodycz wplótł gorzkość. Pojawiły się w nim pojedyncze, bardziej palone ziarna kawy. Za nimi przewinęła się jakby ciężkawa soczystość... pomyślałam o odzieży skórzanej i nieco uładzonym grejpfrucie. Obiecywał jednak kwaśność wraz z czymś innym czerwonym... czerwonymi śliwkami? Całość, mimo że nie czysto słodka, miała w sobie pewną słodką duszność, ciężkość, za którą stała wanilia. Odnotowałam też kwiaty - chyba trochę w opozycji do ciężkości.

Tabliczka w dotyku wydała mi się aksamitna i mięciutko-pyłkowa, ale przy łamaniu dała się poznać jako bardzo, bardzo twarda. Trzaskała głośno i chrupko, niczym grube, suche gałęzie.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo. Była tłusta i mazista, kojarzyła się trochę z masłem, ale w którym znalazła się aksamitna pyłkowość.

W smaku pierwsza rozbrzmiała słodka, tłusto-gliniasta amerykańska muffinka waniliowa. Słodycz poprzez nią odważnie rosła. Pomyślałam o przypieczonym, popękanym wierzchu, który zdobi maślana kruszonka, lecz ciastowość nieco rozgoniły kwiaty.

Też były słodkie, ale inaczej: bardziej rześko. Słodycz cały czas więc rosła, ale była łagodna. Pomyślałam o jasnych liliach ogrodowych i innych, zadbanych, słodko pachnących kwiatach.

Muffinka okazała się muffiną morelową - musiano dodać do niej farfoclowe, maziste kawałki kwaskawych moreli, nakręcające soczystość. Pomyślałam o wilgotnym cieście z twarogiem, może nawet maślanką. Wkradła się drobna maślaność i oleistość takich amerykańskich wypieków.

Słodycz na tym nie poprzestała, pokazując mi jeszcze tort kawowy z warstwą owocową... z czarnych porzeczek? Wprowadził gorzkość, ale też właśnie poprzez słodycz. Wyobraziłam sobie ciastowe warstwy nasączone kawą i warstwę z dżemu z porzeczek (może jednak mieszanych?) oraz wierzch... przyozdobiony charakterniejszymi ziarnami kawy? Wplotły cierpkość i mocniej paloną nutę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zdecydowała się trzymać soczystości. Ciastowość oddaliła się, a ja poczułam dojrzałe, soczyste i słodkie banany. Morele nieco się zagubiły, ale wciąż obiecywały lekki kwasek. Ten wzrósł w tle dzięki grejpfrutowi. Najpierw wydał mi się nieco złagodzony, ale potem już popłynęła jego kwaskawo-goryczkowata soczystość.

W oddali, gdzie ulokowała się ciastowa słodycz, majaczyło jeszcze coś soczystego, kwaskawego, dbającego o kwasek. Śliwki czerwone? Próbowały zwalczyć słodycz i... dodały owocom cierpkości? Cierpkość i chyba słodycz troszeczkę zapiekły język.

Końcowo jednak znów wyłamała się ta maślaność i złagodziła i kwasek, i i tak niską gorzkość, sprowadzając ją prawie do zera. Wróciła myśl o wilgotnej muffinie waniliowej i właśnie poprzez wanilię słodycz zrobiła się trochę duszna. Kwiaty nieśmiało pobrzmiewały, jednak walcząc o rześkość.

Wtedy gorzkość, cierpkość i soczystość z racji ciężkości pokazały się jako specyficznie ciężko soczysta odzież skórzana. Może przesiąknięta dobrymi, cytrusowymi perfumami? Wszelkie wypieki zaś nagle wydawały się skrywać piekący w język rum.

Po zjedzeniu został posmak kojarzący się odlegle ze skórą oraz splotu niejednoznacznych owoców. Może grejpfrut z jakimiś czerwonymi, do których dolatywały morele ze słodkiego wypieku. Kontrastowo do niego kwaśne. Słodycz skupiła się na wanilii i muffinie. Pobrzmiewała też lekka gorzkość kawy, wzbogacona o... kawową soczystość?

Czekolada była smaczna i ciekawa. Mimo że słodycz tak uparcie co i raz wracała do ciężkości wanilii i muffiny, kompozycja nie wyszła tak mocno przesłodzona. Słodycz trzymała się jeszcze znośnego poziomu, mimo że z czasem trochę dawała się we znaki. Na szczęście przeplotła ją kwaśność i soczystość. Ogrodowe lilie, morelowo-twarogowa muffina, trochę grejpfruta i czerwonych śliwek sprawdziły się zacnie. Kawowy tort mógł wprawdzie zapewnić więcej gorzkości, ale w sumie nie było z nią aż tak kiepsko. Bardzo podobało mi się końcowe skojarzenie ze skórą, tak kontrastowo charakterne do tego, co czuć przez większość czasu.


ocena: 8/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Leclerc
cena: jakieś 8,50 zł (a dokładniej 60 za 7 różnych czekolad z tej serii, więc nie wiem, ile dokładnie za jaką)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

środa, 12 marca 2025

Ekogram The Real White Almond Paste

Ten krem bardzo mnie zaciekawił, odkąd się pojawił. Od razu uznałam, że z ogromną ochotą porównam go ze zwykłym Ekogram The Real Almond Paste. Tak nakręciłam się na perspektywę porównania, że aż zapomniałam, że tamten już recenzowałam. Ale z przyjemnością wróciłam. A jednak to właśnie ten dzisiaj prezentowany bardziej mnie ciekawił. O ile migdały lubię jeść w skórkach i nie wyobrażam sobie, bym miała je blanszować, tak krem z tych pozbawionych skórek mógł wyjść przezacnie. Ogólnie jestem wrażliwa na słodycz, ale kremy 100% wolę, jak idą w słodycz, a nie mocną wytrawność czy prażenie (w końcu traktuję je jako coś jakby desero-kolacje). Tylko gdy o mi migdałowe chodzi - z migdałów ze skórkami, a z blanszowanych, kremy wydają mi się tak kompletnie inne, że... No jakby były z kompletnie innej bajki. Byłam niezmiernie ciekawa, jak ten ma się do już wspomnianego, ale też do innego, chyba jedynego takiego dotąd jedzonego - Sticky Blenders Migdał Vegan.

Ekogram The Real White Almond Paste to krem / pasta w 100 % ze zmielonych łuskanych / blanszowanych prażonych migdałów z Hiszpanii; firmy Michał Pelc Anagram.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałów, w których zaplątała się delikatna pieczono-prażona nutka. Stanęła w obliczu wysokiej, ale nienachalnej i ewidentnie w pełni naturalnej słodyczy. Kojarzyła się nieco z mocno maślaną, nieprzesłodzoną czekoladą. Przez głowę przemknęła mi też myśl o popcornie w białej czekoladzie, acz z czasem wizja ta rozmyła się - zwłaszcza, gdy uporałam się z olejem.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, z czego zlałam jakieś 7,5 łyżeczki, a wymieszałam w sumie prawie 2 łyżeczki.
Mieszanie nie było zbyt trudne, bo krem mimo masywności, wydawał się ciągnący i półpłynny. Na pewno nie rzadki, ale delikatny i miękki. Drobinki widać w nim dopiero, gdy się uważniej przyjrzeć. Nie trafiłam na żadne grudki, a jednolitość uzyskałam bardzo szybko.
W trakcie jedzenia krem wydawał się mocno gęstnieć. Rozpływał się średnio szybko, lekko zalepiając usta. Nie był zbyt tłusty. Odznaczał się za to aksamitnością i bezkresną kremowością. W pewnej chwili wydał mi się nawet jakby nieco czekoladowo-maślano zagęszczony. Wyszedł prawie zupełnie gładko, z marginalnym miazgowym efektem. Sprawiał wrażenie miękkiego, wręcz mięciusio-żujnego, mimo pewnej masywności.

W smaku pierwsza pojawiła się nieśmiała słodycz i jakby sama podała w wątpliwość swoją obecność, zasadność. Rozeszła się nieco, zmieniając we wręcz neutralność.

Do głowy przyszedł mi niesłodki, a właśnie neutralny, łagodniusi marcepan. Marcepan... wręcz mleczny? Popłynął niemal śmietankowy motyw. Wyobraziłam sobie migdałowo-mleczny krem, rodem z jakiś szlachetnych, nieprzesłodzonych pralinek. Pralinek zrobionych z wyraźnie wypieczonych waflowych kulek, wypełnionych kremem?

Słodycz jednak odważyła się. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach otarła się nawet o białą czekoladę, ale dziwnie mocno maślaną i - jak na taką - mało słodką. Po pralinkowo-migdałowym kremie przemknął jeszcze... popcorn w białej czekoladzie? I zniknął, zmieniając się w motyw po prostu łagodnie pieczono-prażony. Bardziej pieczony.

Maślaność wyszła na przód, zrobiło się neutralniej. Łagodne migdały zrezygnowały z większości słodyczy, zostawiając jakby tylko łagodną, naturalną słodycz mleka. Śmietanka migdałowa zakończyła to wszystko.

W posmaku została maślaność trochę jak z mało słodkiej, białej czekolady i śmietankowo-mleczny motyw, łączący w sobie zwykły nabiał z ewidentnie migdałowym. Czułam też wyraźnie zarysowaną, pieczoną nutkę, dodatkowo obniżającą słodycz - podrzucającą bardziej neutralnawy wydźwięk. Było mocno migdałowo, ale w do potęgi łagodnie-delikatnym wydaniu.

Krem był bardzo zacny. Bardzo intensywny w swej łagodności. Mimo słodyczy, nie był aż tak bardzo słodki. Zaserwował nutkę wręcz śmietankową, przemknął niesłodki marcepan i niesłodka biała czekolada - acz i prażenio-pieczenie się trochę zaznaczyło. 

Krem trochę kojarzył mi się ze Sticky Blenders Migdał Vegan, ale dziś przedstawiany był nieco mniej słodki i z jednak prażono-pieczonym akcentem. Przez to, że chwilami chylił się ku popcornowi, wydał mi się odrobinkę mniej obłędny od wspomnianego.
Uważam go za równie dobry, ale po prostu kompletnie inny co Ekogram The Real Almond Paste.


ocena: 9/10
kupiłam: sklep Ekogram w Krakowie
cena: 49,99 zł (za 300g)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 100% łuskane prażone migdały

wtorek, 11 marca 2025

Club del Chocolate Bean to Bar Finca Lucero 85 % Arriba Nacional ciemna z Ekwadoru

Lubię odkrywać nieznane marki, a także podoba mi się podejście pasjonatów, którzy próbują coś robić sami, jak im serce podpowiada. Nie wiedziałam, jakie doświadczenie w czekoladnictwie ma ekipa Club del Chocolate, ale wiedziałam po np. Czarnej Czekoladzie, że pasja i talent nawet w domowych warunkach mogą zaobfitować w pyszną czekoladę. Jako że bardzo lubię wspomniany sklep internetowy, na spróbowanie raz kupiłam też jedną ich czekoladę. Liczyłam, że tak mnie zachwyci, że następnym razem będę chciała zdobyć też resztę, bo całkiem sporo ich robią. Kakao, z którego zrobiono tę tabliczkę uprawia się razem z bananami i cytrusami, aby zachować biologiczną różnorodność środowiska na plantacji nazwanej na cześć córki, z tego co zrozumiałam, rolników zajmujących się tym miejscem, Lucero. Acz w 100% na tłumaczu Google, który mi to przełożył z hiszpańskiego, polegać nie mogę. Jednak już to, że kakao zostało delikatnie opalone i przetworzone w tabliczkę w warsztacie Club del Chocolate w Puçol w Walencji, to już pewne. W opisie na stronie było też, że kakao pochodzi z selekcji Nikoa Beans - jak rozumiem, dostawcy?

Club del Chocolate Bean to Bar Finca Lucero 85 % Arriba Nacional to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao Nikoa Arriba Nacional z Ekwadoru, z regionu / plantacji Finca Lucero.

Po otwarciu poczułam splot słodkich jagód i pszennego pieczywa. Jakiejś mocno wypieczonej bułki? Przekrojonej bułki, jedzonej z porozciskanymi i wymieszanymi z cukrem jagodami? Słodycz była znacząca, ale nie brakowało jej soczystości. Wyraźnie czułam dojrzałe banany, przy których pomyślałam też o skrzyniach z mokrymi bananami, które właśnie opuściły chłodnię. Pojawiła się jeszcze brzoskwiniowa mrożona herbata i zielona herbata z cytryną. Bardzo odlegle zaznaczyło się echo... mokrej, błotnistej ziemi?

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusta, a przy łamaniu bardzo twarda i masywna. Trzaskała głucho, acz średnio głośno, niczym cienkie, suche gałązki.
W ustach rozpływała się wolno-wolnawo i średnio gęsto. Była maślana i tłusta, ale nie za mocno. Wrażenie to osłabiała jej niegładka, proszkowa i wręcz nieco chropowata struktura oraz domniemanie pylistości. Długo zachowywała kształt, acz jakby luźny. Jednocześnie miękła i pokrywała lepkimi smugami podniebienie, rzednąc. Końcowo pozostawiała pyliście-tłuste wrażenie.

W smaku pierwsze pokazały się niepewne siebie i nadzwyczajnie słodkie wiśnie. Wiśnie? Chyba raczej bardzo ciemne czereśnie. Zaraz w ogóle wydały mi się niedookreślone. Wciąż jednak czułam jakiś ciemny owoc, obiecujący kwasek. Jagody? Już zaraz jako jagodzianka, gdyż słodycz wzrosła błyskawicznie.

Jednocześnie odezwała się gorzkość - ale nie w opozycji, a integralna ze słodyczą, kojarząca się z kakaowo-truflowymi nadzieniami jakiś słodkości. Subtelnie zaakcentowała się też ziemia.

Słodycz jednak na moment obrała nieco inny tor. Wyobraziłam sobie jasne, słodkie bułeczki. Jagodzianki sowicie wypełnione naturalną masą z jagód, lepkie od... odrobiny lukru? Ten nie zdążył się pojawić, a już pochłonęło go coś innego: nieco truflowe, owocowe bajaderki.

Owoce skupiły na sobie sporo uwagi. Słodycz poniekąd płynęła z nich, częściowo podporządkowała im się. Pomyślałam o nadzieniu z ciemnych owoców, głównie jagód, i owocach zmieszanych z cukrem, ale nie przesłodzonych. Dominowały jagody, ale czułam też czereśnie, może bardziej słodkie wiśnie i kwaskawe truskawki. Kwasek zaplątał się w tej głównie jagodowej masie, jakby doprawić ją jeszcze lekko cytryną.

Drobny kwasek wpuścił cierpkość. Jakby tak przepić słodki wypiek zieloną herbatą. Kwasek zmieszał się z nią w jedno, serwując mi herbatę zieloną z cytryną.

Słodycz trochę oderwała się od owoców i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa lukrowe echo przeszło w palony karmel, a słodkości ograniczyły się do owocowych, a zarazem truflowych, lekko alkoholowych bajaderek. By nie zrobiło się za słodko pilnowały... orzechy? Trudne do uchwycenia. Bajaderki mogły być z kawałkami orzechów. A za tym wszystkim przemknęła marginalna maślaność.

Zielona herbata rozprowadziła gorzkość. Zaczęła zmieniać się w zioła, do których doleciała odrobina czarnej, wilgotnej ziemi. Łagodna orzechowość jednak nieco ugłaskała także gorzkość.

Część ziół przysposobiła sobie słodycz. Słodkościowy element uciekł, tonąc w kwiatach i... słodzonej herbacie? Wyobraziłam sobie mrożoną herbatę brzoskwiniową.

Ziemia i cierpkość przypomniały o ciemnych owocach, a ja wyobraziłam sobie mus owocowy wiśniowo-jagodowo-bananowy, już sam w sobie - bez otoczki jakiś cukierniczych tworów. Zioła i herbaty optowały za pewną świeżością, wiec wróciła myśl o skrzyniach z bananami, gdzie owoce są mokre i zimne. Jednocześnie czułam też dojrzałe jak trzeba, słodkie banany.

Te ze skrzyń przechodziły w motyw... zieleni? Wilgotnych traw z jakieś górskiej doliny, gdzie czuć też wilgotną ziemię i można znaleźć... jagody wśród wonnych, dzikich kwiatów. Podkreśliła je odrobinka kwaskawej cytryny i chyba jakaś pojedyncza, zaplątana porzeczka czerwona. Końcowo cytryna wzmocniła też ziemię.

Po zjedzeniu został posmak ziemi i owocowej bajaderki, nadzienia jagodzianki i zielonej herbaty z cytryną, a także echo dojrzałych bananów i brzoskwiniowej ice tea. Zielone rośliny mieszały się poprzez wilgoć z ziemią. Ogólnie było bardzo słodko, lekko kwaskawo i subtelnie gorzko.

Czekolada mi smakowała, jednak słodycz miała w niej za wiele do powiedzenia przy tak ugodowej gorzkości. Kwasek wyłaniał się, a też mógłby się zacniej rozejść. Nuty były jednak ciekawe. Jagodzianki i owocowe bajaderki, owoce z cukrem, słodzone napoje mieszały się z dzikimi jagodami, czereśnio-wiśniami i cytryną, a także herbatami i ziołami, kwiatami. Podobał mi się wątek zieleni, ale czułam niedosyt ziemi. Namiastka orzechów - coś w sumie trudno uchwytnego - niestety łagodziła też gorzkość, a nie tylko słodycz. I same w sobie nie były zbyt wyraziste, ale w sumie takie pasowały. Choć trochę się poczepiałam, smak był na tyle interesujący, że mógłby mieć 9, ale coś mi nie leżało w konsystencji.

Cytrusy i czerwone owoce oraz ziemia przypomniały mi Georgia Ramon Ecuador Los Rios Cooperative Unocace National 90 %, która jednak poszła w bardziej zapleśniałym, niemal poważnym kierunku.  


ocena: 8/10
cena: €3,20 (za 70g; około 14 zł)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 9 marca 2025

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy ciemna 72 % z pistacjami, orzechami nerkowca i migdałami

Kocham Beskid. Obecnie to jedna z moich ulubionych marek czekolad, ale nie jestem bezkrytyczna. Zdarzały się tabliczki, które chwytały mnie mniej. Rozumiem jednak, że mogłam nie być docelowym odbiorcą. I jest to przyczynek do większego tematu czekolad z dodatkami. W góry zawsze takie biorę, z półki niższej niż jem na co dzień. Nie przypadkiem. Po prostu nie widzę sensu w kupowaniu drogich czekolad z dodatkami. Wydając na czekolady, płacę za dobre kakao i jego nuty. W czekoladach z dodatkami zaś to one ściągają najwięcej uwagi. I choć wiem, że dobór odpowiedniego ziarna do danego dodatku też wymaga umiejętności, to tak czy inaczej zawsze chciałabym i tak jak najbardziej wczuć się w bazę, by nic nie zakłócało mi jej odbioru. Stąd do plantacyjnych, z najwyższych półek z dodatkami, jestem sceptyczna. Nie są dla mnie. Beskid jednak pod dodatki ma nieco zwyklejsze bazy. To według mnie bardzo rozsądne posunięcie. Żałuję co prawda, że w przypadku dziś przedstawianej uzwyczajnieniu uległo też doslodzenie, bo cukier trzcinowy zastąpiono białym, ale no trudno. Chociaż... Może niezupełnie? Dalej w składzie tego, czym karmelizowano orzechy, znalazł się bowiem syrop klonowy. Dobrze, że nie dodano go do czekolady, bo obstawiałam, że jak i miód, mnie by w sobie nie rozkochał. A tak nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jednak jako że to Beskid - i tak czegoś dobrego, stąd wybrałam tę tabliczkę na zwieńczenie trasy.
Najważniejszym punktem wycieczki była Mała Wysoka, na którą weszłam żółtym szlakiem z Polskiego Grzebienia. Ależ podobała mi się ta wspinaczka z całkiem niezłą ekspozycją! Weszłam prawie błyskawicznie, a choć nadciągały chmury, gdy znalazłam się na szczycie, trafiłam na lukę i zacne widoki. Nic, tylko obfotografować czekoladę! Potem czekało mnie już tylko zejście do Łysej Polany tą samą drogą.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z karmelizowanymi w syropie klonowym orzechami: pistacjami, orzechami nerkowca i migdałami.

Po otwarciu poczułam intensywny, soczysty zapach łączący wino i wiśnie. Charakteru nadała im odrobinka ziemi i palone echo. Słodycz stojąca za tym wszystkim wydała mi się prosta, nienachalna. Dodatki ujawniły się tylko, gdy wąchałam spod. Orzechy czuć bardzo delikatnie, lecz naturalnie słodkawe nerkowce, a po nich pistacje były do nazwania. Migdałów trzeba się doszukiwać, ale i one się zaznaczały. Gdy weryfikowałam odczucia w domu, wydaje mi się, że faktycznie gdzieś i namiastka syropu klonowego mogła przemknąć.

Tabliczka wyglądała tak sobie - pojedyncze, przylepione orzechy nie robiły wrażenia. Była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno, a ja bałam się, że dodatki zaraz odskoczą. Duże migdały i nerkowce trzymały  się jednak nieźle, bo były mocno wlepione w czekoladę. Pistacje zaś z łatwością odskakiwały. Dodatki a to się łamały wraz z czekoladą, a to zostawały w którejś z części. Niektóre nerkowce lekko lśniły, ale ogólnie orzechy nie wyglądały na karmelizowane.
W ustach czekolada rozpływała się wolno i maziście. Była tłusta w maślany sposób, zbita i z czasem soczysta. Dość szybko w przypadku niektórych orzechów rozpuszczała się od nich cieniuteńka, niemal nie do zauważenia warstewka. Miałam wrażenie, jakby odrobinką wodnistego czegoś napędzelkowano dodatki. Nie była to skorupka ani nic z tych rzeczy.
Orzechy raz szybciej, raz wolniej z łatwością odpadały, a ja zostawiałam je - turlające się po ustach - na koniec.
Gryzione po zniknięciu czekolady dodatki zaskoczyły mnie miękkością zupełnie niepodobna do struktury typowo karmelizowanych orzechów. Nawet migdały chyliły się ku miękkości, choć wciąż były najtwardsze. Nerkowce i pistacje zaś bardzo miękkie. Gryząc, nie czuć, by pokrywał je karmel.

W smaku przywitała mnie średnio mocno palona nuta, roznosząca gorzkość. Tuż za nią pojawiła się słodycz.

Niemal natychmiast zabarwił ją delikatny motyw czerwonego wina, wprowadzający soczystość. Zza niego do gorzkości dołączyła odrobinka ziemi.

Słodycz rosła odważnie. Ogólnie przez kontrast do soczystości wydała mi się jaskrawo prosta, wręcz duszna.

W przypadku kęsów z orzechami w pewnej chwili pojawiał się mglisty, dziwny akcent. Raz czy drugi wydał mi się przypalono goryczkowaty, ale jednocześnie słodki. Dosłownie ze dwa razy przy nerkowcach wychyliło się słonawe echo.
Oprócz tego, od niegryzionych orzechów rozchodził się subtelny ich posmak. Najwyraźniej dawały o sobie znać nerkowce, potem pistacje, a na końcu migdały. Ogólnie jednak nie był to silny motyw.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poprzez gorzkość - czasem chyba też ten dziwny posmak się do tego dołożył - wkroczył dym. Paloność jednak trzymała się średniego poziomu.

Soczystość przybrała postać wiśni i czerwonych porzeczek. Chyba tylko czerwonych? Echo wina jakby wsiąkło w ziemię, a i ona złagodniała. Do czerwonych owoców podkradły się jakieś czerwone cytrusy. Mało grejpfrutowy grejpfrut? Albo czerwona pomarańcza?
W kęsach z orzechami nuta cytrusów schodziła na o wiele dalszy plan.

Słodycz za to uparcie trwała przy dusznym wydźwięku, końcowo przygłuszając cytrusowy akord.

Orzechy gryzione obok czekolady nie robiły wrażenia, bo czekolada miała sporo do powiedzenia. Jednak ona przy nich wydawała się trochę uproszczona (by nie powiedzieć: spłycona). W niektórych orzechach zaś umacniał się dziwny posmak.

Orzechy gryzione na koniec smakowały wyraźniej. Najbardziej intensywnie, najbardziej sobą migdały. Miały neutralny charakter. Założyłabym się, że ich nie karmelizowano ani nie prażono.
Nerkowce też wyszły charakterystycznie słodkawo-maślano, ale przy nich czuć już pewien słodkawo-jakiś posmak - na końcu prawie nie, ale zdarzyło się, że coś mignęło.
Pistacji, acz tylko niektórych, zaś najbardziej trzymało się niedookreślone, trochę odpychające echo. I jakoś soczystość przy nich wyraźniej pobrzmiewała? Czuć ich słodycz, ale też lekką wytrawność nakręconą skorkami.
Orzechy jakoś nieszczególnie łączyły mi się z bazą.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim danego orzecha, czyli np. nerkowca, migdała czy pistacji, a także soczystej za sprawą czerwonych owoców czekolady. Jej gorzkość przycichła, słodycz tylko trochę osłabła, ale końcowo już dopasowała do kompozycji.

Czekolada podpadła mi tymi orzechami. Niezbyt pasowały; ta otoczka, której prawie nie było niczego dobrego nie wniosła. Było jej za mało, by czuć syrop klonowy czy w ogóle karmelizowanie, a jednocześnie na tyle sporo, by wniosła dziwny posmak. Orzechy niezbyt pasowały do bazy - bardziej smakowała mi bez nich. Zestawienie orzechów zacne, ale co z tego, jak nawet gdyby były dobre, to z nimi wiąże się kolejna wada: znikoma ilość i forma (niektóre za łatwo odpadały). Nie była to integralna kompozycja, a smaczna czekolada z dodatkami jakby dodanymi od niechcenia, bez zgrania.


ocena: 7/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 22 zł (za 80 g; ja dostałam)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier, karmelizowane orzechy 10% (pistacje, orzechy nerkowca, migdały, syrop klonowy: naturalny syrop klonowy, cukier trzcinowy; sól), tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

sobota, 8 marca 2025

Piątnica Serek homogenizowany stracciatella

Odkąd pamiętam, warianty stracciatella omijam szerokim łukiem. Wręcz Łukiem Kurskim, najlepiej z oddziałami pancernymi. Zawsze uważałam je za bez sensu, bo pseudo czekoladowe kawałki wychodziły jak plastikowe blaszki bez smaku. A jak wyobraziłam sobie coś do picia z takimi bezsmakowymi kawałkami, aż przechodził mnie dreszcz. I w zasadzie okopałam się przy tym zdaniu. Latami od Mamy słyszałam to samo. W ciągu ostatniego roku zdarzyło mi się jednak rozmawiać z ogarniętymi osobami, deklarującymi, że takie warianty lubią. Przy Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao znowu zaczęłam z tym swoim zdaniem, ale... Tknęło mnie, że chyba już lata świetlne nie jadłam niczego straciatella. Ostatnio jeszcze chyba w wieku przedszkolnym. Może takie produkty teraz zaczęły producentom wychodzić? Pomyślałam, że może warto dać czemuś takiemu szansę, zaktualizować swoją opinię. Zaczęłam więc zastanawiać się, co by tu w miarę bezpiecznego w wariancie stracciatella kupić. I padło na serek. Ot. 

Piątnica Serek homogenizowany stracciatella to "serek homogenizowany waniliowy z kawałkami czekolady".

Po otwarciu poczułam słodki, mocno śmietankowy zapach. Ewidentnie należał do serka homogenizowanego z nieco dusznym zacięciem, ale właśnie mocno śmietankowego, nie waniliowego. Co więcej, odnotowałam leciutki akcent czekolady z zaznaczonym kakao - wprawdzie kojarzącej się bardziej z kakaowymi posypkami i ozdobami do wypieków, ale jednak. Słodycz nie wydawała się przesadzona.

Serek jadłam po tym, jak odstał swoje poza lodówką, by doszedł do temperatury pokojowej.
Konsystencja była gęsta, a tłustość wysoka. W trakcie jedzenia zdawała się osadzać na ustach. Kojarzyła mi się ze śmietaną.
Wydawało się, że kawałków czekolady dodano całkiem sporo, acz to raczej ze względu na rozdrobnienie. W serku znalazły się dosłownie mikroskopijne kropeczki, malutkie kawałeczki i najmniej większych blaszek.
Kawałki czekolady przypominały kawałki plastikowej polewy - tylko że niewiarygodnie cienkiej. Rozpuszczały się po chwili, acz niemal do końca, wykazując lekki opór i mazistość. Do tego wydały mi się do bólu wodniste i delikatne.

W smaku baza była znacząco słodka i śmietankowa. Słodycz rosła, a cukier mieszał się z dusznawym echem, jednak na pewno nie był to serek waniliowy. Bardziej czuć pełną, tłustą śmietankę... Śmietanę sowicie posłodzoną, acz pamiętającą o śmietanowym kwasku. W całości pobrzmiewała... nie tyle nutka czekolady, co dosłownie "czekoladusiowe" echo.

Kawałki czekolady stanowiły mdławe punkciki. W pierwszej chwili niemal zupełnie wyprane ze smaku. Dopiero się rozkręcały. Kontrastowo na tej słodkiej bazie, wyszły gorzko. Gorzko niczym... zwykło-tanie kakao w proszku. Przy nich serek wydawał się jeszcze bardziej cukrowy, choć ogólnie nie był okropnie przesłodzony, a słodki przeciętnie, może przeciętnie+.

Gdy gryzłam kawałki, wydawały się bardziej nijakie, zaś gdy zostawiałam je na koniec, uderzały tanią goryczką.

Po mdło-gorzkich kawałkach, baza jeszcze bardziej kojarzyła się ze śmietaną.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiej śmietany z echem serka homogenizowanego niewaniliowego i echo goryczki kakaowych posypek, ozdób - nie czekolady, i nie kakao.

Serek odebrałam bardzo źle, że po jakiś 3-4 łyżeczkach podziękowałam i odstawiłam do lodówki Mamie. To był niesmaczny, dziwnie mało serkowy, a śmietanowy serek, trochę zbyt cukrowy i nudny, z nieprzyjemnymi blaszkami udającymi czekoladę. Aż nie umiem za bardzo go ocenić, bo nie mam porównania - nie jadam takich rzeczy. Ten mi bardzo nie smakował.

Mama skończyła, akurat gdy była bardzo głodna. A i tak nie umiała znaleźć plusów. Opisała: "Ja lubię serki i ich tłustość mi ich nie przeszkadza. Ale tu... nie chodziło o samą tłustość. Czułam się, jakbym śmietanę, a nie serek jadła. A te kawałki okropne. Mało, że jak plastik. W dodatku jak okropny i dziwnie gorzki plastik. Nie były pozytywnie gorzkie jak kawa czy kakao. Okropność. 2 to dobra ocena".


ocena: 2/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,84 zł (za 150g)
kaloryczność: 133 kcal / 100 g; serek 150g - 199,5 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko, śmietanka, cukier, kawałki czekolady 1,8%, naturalny aromat waniliowy, kultury bakterii mlekowych