poniedziałek, 20 stycznia 2020

Marou Dong Nai 72% ciemna z Wietnamu

Nie mogę powiedzieć, bym jakoś specjalnie kierowała się sentymentem, ale do pewnych rzeczy go mam i koniec. Pewnie jak każdy. Lubię jednak taki sentyment mieć, np. do niektórych marek. Denerwuje mnie z kolei, gdy słyszę, że "a bo to z sentymentu", a że jestem sentymentalna jako zarzut. Tego nie rozumiem. Marou na ten przykład sobie na sentyment zasłużyło. Lubię sobie myśleć, że to marka, z którą przerobiłam, "zwiedziłam" Wietnam wzdłuż i wszerz (mam tak podobnie z Pacari i Ekwadorem). Tym razem, miała mnie przenieść do południowej prowincji Đồng Nai blisko parku narodowego Cat Tien, gdzie jej właściciele mają własną fermentownię kakao.

Marou Dong Nai 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Wietnamu z prowincji Dong Nai.

Gdy tylko rozchyliłam złoty papierek, poczułam intensywny zapach opalanego drewna... czy wręcz drzew, o grillowano-prażonym, niemal podwędzanym charakterze. Było to ciepłe i żywe, soczyste jednocześnie... Aż w pewnej chwili pomyślałam o jakimś serze koloru żółtego... w trakcie jedzenia wydało mi się to bardziej mleczne, acz wciąż z pazurkiem. Drugą wiodącą nutą okazały się owoce. Najpierw wpisane w otoczenie, aż z aspiracjami do wytrawności, że aż trudne do nazwania. Gdy jednak zapach nieco się rozszedł, bez dwóch zdań poczułam czarną porzeczkę. Soczysta i słodko-cierpka... może w towarzystwie "buraczanych" owoców czarnego bzu i trochę-troszeczkę jeżyn?

Lśniąca tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała w sposób zapowiadający, że będzie bardzo zbito-kremowa.
W ustach rozpływała się rzeczywiście kremowo, ale... jak suchawy w pozytywnym sensie, nie za tłusty ser. Jak na czekoladę jednak była dość tłusta. Nieco zalepiała, acz pozostawała bardzo zwarta.

Przy robieniu kęsa uderzył ciepły, prażony motyw, który szybko zaczął rosnąć, rozrzucając po drodze rozgrzewające, ale nie bardzo ostre przyprawy (korzenno-indyjskie, w tym pieprz). Dużo w tym drzew / palonego drewna, które nie czekając, utworzyły stateczne, wykwintnie gorzkie tło. Jakby z tej gorzkawości przypraw brała swój początek słodycz.

Po paru chwilach kolejne uderzenie. Tym razem soczyście-charakterne owoce. Poprzez gorzkość i prażenie wkradły się lekką cierpkością. Czułam wyraźnie dojrzałe, słodko-cierpkie czarne porzeczki ze specyficznym kwaskiem... do którego dołączyła nuta ukwaszonych, może palono-konfiturowych innych owoców. Niejednoznaczne i trochę przyprawione, na pewno ciemne, ciemnoczerwone... Słodko-charakterne wiśnie? Takie aż miękkie... Jakby mniej cytrusowy grejpfrut...  i konfitura z czarnego bzu? To zalatywało mi aż wytrawnie, trochę burakami, a jednak owoce zdecydowanie trzymały się słodyczy, która rozgościła się jako element bazy.

Słodycz rosła leniwie, ale pewnie. Prażono-palone drewno łagodniało, aż w końcu jakoś w drugiej połowie rozpływania się kęsa, stało się mlekiem... lub nawet słodkawym serkiem (homogenizowanym?). Cierpko-kwaśno-wytrawne nuty prażenia i przypraw co i raz sugerowały a to ser jakiś żółty, a to ewidentnie ser wędzony, ale nic z tego w końcu jakoś wyraźnie się nie ustabilizowało.

Mleczność płynęła, mieszając się z silnie prażonym ciepłem oraz soczystymi, ciemnymi owocami, by z czasem wtłoczyć je w wytrawny smaczek marynowanych śliwek (śliwek ume?). Goryczkowato-kwaskawe, cierpkie owoce na koniec wzrosły, jednak zrobiły to jakby za pozwoleniem statecznej, gorzko-neutralnej i słodkiej bazy. Pod koniec słodycz kumulowała się w mleku i... miodzie? Jak mleko z miodem i przyprawami?

W posmaku pozostała słodkawa mleczność, jak i wytrawniejszy ser oraz cierpkość bardzo słodkich owoców z odrobiną kwasku. Postawiłabym na czarną porzeczkę, czarny bez i śliwko-wiśnie. Czułam też łagodną słodycz bliżej nieokreśloną (jak jasne, nijakie miody?).

Całość bardzo mi smakowała z racji tego, że pokazała, co potrafi i co miała pokazać, mimo łagodności. Ta łagodność... też taka "umowna" mi się wydała, ponieważ to raczej stateczność, niska dynamika. Bardzo wyrównana, bo i gorzka, i słodka, i z kwaśnością. Nawet wytrawności jej nie zabrakło. Intrygujące, niecodzienne nuty wkomponowały się w te w gruncie rzeczy zwyczajne. Splot drewna / drzew i przypraw z dodanym mleko-serem oraz owoce z wytrawnymi wybiegami (porzeczki, wiśnie, ale z buraczanym bzem i ume). W dodatku smaki odsłaniały się lub trwały jakby w wyjątkowo przemyślany sposób.

Czytałam, że jest podobna do Ba Ria 76 % z sąsiedniej prowincji i powiem tak: podlinkowana była charakterniejsza, dynamiczniejsza i smakowicie napastliwsza, nut bym mocno podobnymi nie nazwała, ale wiśnie, "niecytrusowe cytrusy", drewno i przyprawy (w dzisiaj opisywanej przyprawy delikatne, o wiele mniej jednoznaczne), "coś śliwkowego i niepolskiego" można połączyć. Może to nie powinno dziwić, bo nuty to dziwne, a więc... charakterystyczne dla regionu? Jestem ciekawa, jak by je nazwał ktoś miejscowy.
Mi już bardziej skojarzyła się z Ben Tre 78 % również o nutach drzew / drewna, "słodyczy czegoś jasnego", nieoczywistą w kwestii owoców, gorzko-przyprawioną i z kolei mięsistą. Te ostatnie - wiadomo, dzisiejsza łagodniejsza pewnie też poprzez %.
Owoce wydały mi się podobne do tych z Jordi's Chocolate Viet Nam Ben Tre 75 % (śliwki, porzeczki, jeżyny z sugestiami konfitury), ale Jordi's to pewne siebie orzechy, nie drzewa.
Spora ilość mleka i ser oraz aż takie wyrównanie między smakami do pewnego czasu zapowiadały 10, ale tak sobie myślę, że tej kompozycji większa zawartość miazgi wyszłaby na dobre.


ocena: 9/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: 27 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

niedziela, 19 stycznia 2020

Lindt Hello, Nice to Sweet You Peppermint Candy ciemna z miętowym nadzieniem śmietankowo-mlecznym z miętowymi cukierkami

Uwielbiam uczyć się na czyiś błędach - na szczęście mam tę umiejętność. Wystarczy, że popatrzę, ale... z kolei na niektórych swoich błędach nie uczę się. Albo inaczej: zapamiętuję je, jednak potem świadomie znów je popełniam. Otóż mam małą słabość do Lindtów Hello, mimo że uważam, iż to, czy są udane, czy nie, wychodzi tak pół na pół. W tamtym roku (2018/19) właśnie zimowa Cinnamon Buns była zacna, a Crunchy X-Mas Cherry kiepska. W tym (2019/20) wróciły, ale linię rozszerzono o miętę. Najpierw się ucieszyłam, a potem spostrzegłam, że postawiono na miętowego chrupacza. Tu powinnam zrezygnować, jako że nawet w przypadku pysznej czekolady Halba z Aldiego (Fair Donkere Zwitserse Bio-Chocolade met Pepermunt-Crisp) chrupiący miętowy dodatek mi nie pasował. Nadziewany niby ciemny (obstawiam 47-50% jak w Excellence) Lindt i miętowy chrupacz? Brzmiało jak coś zupełnie nie dla mnie, ale... no właśnie. Przypomniała mi się Hershey's Candy Cane Mint Candy with Candy Bits, która mimo iż jedzona lata temu, mimo iż wydająca się straszna, nie była taka zła.
Tak swoją drogą, wciąż nie mogę pojąć, dlaczego miętę, skoro autentycznie ochładza, robią jako smak zimowy.

Lindt Hello, Nice to Sweet You Peppermint Candy to ciemna czekolada ze śmietankowym kremem (34%) z miętowymi kawałkami (2%).
Edycja limitowana na zimę 2019/20.

Nie wiem dlaczego, ale zachwyciło mnie opakowanie i to... "sreberko" - chciało by się powiedzieć, ale właśnie nie. Zielonko?

Już w momencie otwierania poczułam intensywną miętę o wręcz ziołowo-ostrym charakterze oraz równie wyrazistą i cukrowo-słodką czekoladę, nasuwającą na myśl orzechy i likier. Nie brakowało w tym goryczki i cierpkości - zarówno mięty, jak i kakao. Nie wydało mi się to zbyt napastliwe, wiec ogólnie zapach odebrałam pozytywnie. Natychmiast skojarzyło mi się z pastylkami miętowymi (np. Goplany). Warto zaznaczyć, że wydźwięk czekolady, mimo że cukrowy, był "ciemny". Także mimo śmietankowo-lukrowych akcentów nadzienia, które czuć przy podziale poszczególnych kostek.

W dotyku tabliczkę cechowała tłustość, ale nie miękkość. Wydawała się zwarto-konkretna, przy łamaniu lekko pykała. Przy podziale już poszczególnych kostek zaskoczyła mnie tym, bo spodziewałam się miękkości.
Gruba warstwa czekolady była ot, twardawa, ale nadzienie też cechowała twardawa (w pełni świeża) zwartość. Wyglądało w ogóle na lekko proszkowo-kruche. Pełno było w nim całkiem sporych kawałków. Ich ilość nie wydała mi się przesadzona.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w umiarkowanym tempie. Dość szybko miękła i zupełnie zalepiała usta, stając się tłustym i gęstym kremem.
Od niej przejście do nadzienia było więc bardzo spójne. Ono bowiem kontynuowało zalepianie, jako że również tłustym kremem było. Tłustym w sposób śmietankowo-oleistym, a więc dość mazistym. Czułam w nim lekką proszkowość, ale... miało w sobie coś z gładkawego (nie do końca właśnie) lukru.
Kawałki miętowe okazały się chrupiące i twarde na granicy tolerowalności. Wyszły jak bryłki cukru / cukierków z cukru, ale jeszcze znoście. Rozpuszczały się bardzo, bardzo długo (wolałam je gryźć), ale (ciekawostka) kolor czerwony spływał z nich szybko - pod spodem są białe (co wiem, bo częścią plułam).

W smaku czekolada uderzyła cukrem i palonym motywem orzechowej kawy z likierem. Była przy tym lekko gorzkawo-cierpka, ale i nasiąknięta miętą. Zdecydowanie przesłodzona, ale jakby...  naturalnie się przełamująca. Nie nazwałabym jej gorzką, ale na tyle intensywną w smaku, że w zasadzie pobrzmiewała cały czas.

Za sprawą nadzienia rosła słodycz. Tchnęło zaraz i mleczno-śmietankową nutę, ale to, jak podwyższyło słodycz, w pierwszej chwili aż mnie zszokowało. Pomyślałam o lukrze. Było samo w sobie zabarwione miętą, co nasiliło skojarzenie z konkretnie miętowym lukrem (jakimś trochę mlecznym?).
Błyskawicznie jednak wemknęła się w to także mocno chłodząca mięta. Początkowo jedynie jako nuta osłabiła słodycz i paradoksalnie dodała swoją własną, która była bardziej przystępna, podkreśliła ogólną cierpkawość. Wydała mi się ziołowa (pieprzowa) i... z czasem coraz bardziej olejkowa.
Nadzienie jednak cały czas było zaskakująco wyraźnie śmietankowe, że aż skojarzyło mi się z lodami miętowymi zrobionymi właśnie na śmietance.

Przy chrupiących kawałkach mięta robiła się mocniejsza i bardziej skondensowana, lekko olejkowo-sztucznawa. Po nich nadzienie wydało mi się dość mdławe, bardziej oleiste a całość bardziej cukrowa i chłodna.

Kawałki rozgryzane, zarówno "obok" czekolady pod koniec jak i na koniec uderzały mocną, cukierkową miętą i cukrem. Oczami wyobraźni zobaczyłam jakieś Tic Taci (wyobrażenie). Takie szybko pogryzione czy w ogóle jak akurat za dużo ich się zebrało, ich drobne kryształki smyrane końcówką języka wydały mi się aż dziwnie w tej cukierkowości iluzorycznie kwaskawe, szczypiące (szukałam najlepszego sposobu na nie). Co dziwne, to był posmak tak delikatny, że w sumie nawet nie negatywny bardzo, ale dziwny.

Sama czekolada po tym ogromie mięty, wydawała się wciąż nieźle cierpka, ale cukrowo-słodka. Bliżej końca jej charakter wciąż jednak utrzymywał orzechowy klimat. Mięta nie zabiła, a śmietankowość nadzienia nie "umleczniła" jej.

Po wszystkim pozostał mocno miętowy posmak i cierpkość kakao, a także przesłodzenie przyprawiające o przyspieszenie serca.
Gdy zostawiłam sporo cukierków na koniec, już po zniknięciu czekolady, to one dominowały w posmaku, więc wolałam rozgryzać je w trakcie "obok" lub część wyjąć z ust.

Choć sama wolałabym czekoladę bez cukierków miętowych, rozumiem konwencję i jestem pełna podziwu dla wykonania tego wariantu. Owszem, był strasznie przesłodzony, a cukierkowo-mocna mięta mogłaby być łagodniejsza, albo chociaż tylko olejkowa, a nie cukierkowa, ale ogół odebrałam pozytywnie. Zastanawiał mnie ten leciuteńki kwasek, który chwilami czułam - skład wyjaśnił, że nie taki iluzoryczny, więc pozostaje pytanie: po co?
Śmiesznie się złożyło, bo akurat dzień wcześniej (zaginam czasoprzestrzeń w kwestii planowania i publikowania recenzji) jadłam Delaviuda Turrón Yogu-Fresa / Strawberry Yogurt, czyli też zasładzacza z białym nadzieniem i czerwonymi chrupaczami (haha) i doszłam do wniosku, że przy takiej ilości cukru, choćby namiastka kakao i chłodek mięty zdecydowanie uprzyjemniają odbiór (to dziwne, bo kiedyś miałam, że dla pewnych wariantów - właśnie mlecznych - słodycz wydawała mi się bardziej uzasadniona, a dzięki temu znośniejsza; obecnie gdy mam ogólnie coś słodkiego, czyli czekoladę jeść, MUSZĘ czuć kakao). Dobrze, że mleczne nadzienie nie "umleczniło" czekolady.
Z miętowych Lindtów najbliżej jej do Creation Menthe Frappe / Refreshing Mint Dark w wersji schłodzonej i wyjętej, by doszła do niezimnej temperatury, a więc tej lepszej. Konkretniejsze nadzienie, zacukrzenie zupełne, ale efekt spoko. Fakt, wolałabym, by nadzienie było bez chrupacza, ale za to punktów nie odejmuję - w końcu to czekolada z cukierkami miętowymi. Osobiście zdecydowanie wolę jednak Creation Dark Chocolate Sublime Mint, choć to z założenia dwie różne czekolady i nie mam zamiaru ich jakoś bardziej porównywać. Co ciekawe, cała ta miękkość (w ustach) i słodycz (nawet obecność cukierków) jakoś bardziej mi odpowiadała przy tej, nadziewanej, niż przy gładkiej Excellence Mint.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 8 zł
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło klarowane, laktoza, śmietanka w proszku, pełne mleko w proszku, emulgatory (lecytyna sojowa i słonecznikowa) olejek mięty pieprzowej 02,%, aromat: wanilina, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, syrop glukozowy, koncentraty owocowe i roślinne (w tym czarny bez), naturalny aromat mięty pieprzowej

sobota, 18 stycznia 2020

Cote D'Or Praline Dessert 58 mleczna z praliną z orzechów nerkowca i migdałów

Po pysznym Zotterze G.Nuss.Tafel Cashews i lodach Syrenka Podwójna Czekolada szłam za ciosem (a napisana recenzja długo poczekała sobie w kolejce, bo tamte puściłam przodem). Jak zaczęłam nerkowcową serię, tak trwała w najlepsze. Najśmieszniejsze jest to, że tę czekoladę kupiłam jeszcze przed moim pędem na nerkowce i przed spróbowaniem Cote D'Or Lait Amandes Caramelises. Gdybym wiedziała, jak smakuje tamta, to nie wiem, czy kupiłabym tę. W obecnej sytuacji (chcica na nerkowce) pewnie miałabym problem.


Cote D'Or Praline Dessert 58 to mleczna czekolada z 50 % pralinowym nadzieniem z migdałów i orzechów nerkowca.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach kremu-smarowidła orzechowo-czekoladowego, zalatującego tanią, bardzo słodką czekoladą i olejem, ale również smakowitą śmietanką / mlekiem. po przełamaniu doszukałam się migdałowo-maślanego wątku. Wtedy to orzechowość wyrosła ponad czekoladę.

A przełamanie... to kwestia umowna. To było raczej rwanie. Nadzienie bowiem biegło przez całą tabliczkę, wypełniało nie tylko kostki. Niewątpliwie go nie pożałowano, i to nie kosztem czekolady, gdyż i w jej przypadku postawiono na grubą warstwę.
Ona sama raczyła tłustą kremowością i miękkością, jednak prawdziwie miękkie było nadzienie. Bardzo plastyczne i tłusto-oleiste, lekko się ciągnęło, bez problemu można je kulkować.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, zalepiając na dość długo. Stawała się gęstą i tłustą masą. Z nadzieniem mieszała się, gdyż ono kontynuowało zalepianie. Robiło to niemal sadystycznie, ponieważ przypominało tłusto-oleiste, wyjątkowo gęste smarowidło-krem orzechowo-czekoladowy albo bardzo rzadkie (oleiste), tłuste masło orzechowe. To po prostu definicja miękkości. Nie było gładkie, a proszkowe z poczuciem silnego przemielenia. Wydawało się trzeszczące. Znalazłam w nim parę drobinek orzechów / migdałów.
Jedząc miałam wrażenie, że to jakaś "kremolada".

Czekolada przywitała mnie smakiem mleka wymieszanego z cukrem w równych proporcjach. Cukier błyskawicznie zrobił się motywem wiodącym. Doleciał do tego orzechowy wątek, którym na pewno przesiąkła od nadzienia, a ja doszukałam się jeszcze lekkiej sztuczności.

Wnętrze uderzyło migdałami i maślanością. Ta druga wydała mi się w dużej mierze duszno-orzechowa. Szybko pełną parą rozbrzmiała także cukrowo-pudrowa słodycz. Już w połowie rozmiękania / rozpływania się kęsa poczułam, jak przyspiesza mi serce.
Na pierwszym planie z ogromem cukrowości starły się wyraziste, ale łagodne w charakterystyczny dla siebie sposób, wręcz słodkawe orzechy nerkowca i, nieco wyrazistsze, jakby lekko podprażone (tym samym podkreślone) migdały. Mleczno-maślane tło umożliwiło im wybicie się i dominowanie przez pewien czas, mimo że zrównały się z cukrem. Przełożyło się to na skojarzenie z masłem orzechowym.
Jako że odrobinę zalatywało olejem, podchodziło pod orzechowo-czekoladowe smarowidła, jednak wraz z rosnącą słodyczą, poczucie to schodziło na dalszy plan. Potem to się rozmyło, a nadzienie zrobiło się po prostu cukrowym, mdlącym "nugatem z orzechów bliżej nieokreślonych".

Sama czekolada stanowiła raczej tło, acz była istotna, bo całość miała wydźwięk cukrowego kremu orzechowo-czekoladowego, z aluzjami do fistaszkowego. Niestety, wszystkie poszczególne wątki były otoczone cukrem. Im bliżej końca, tym drapanie w gardle robiło się bardziej męczące.

Po zjedzeniu pozostał posmak orzechowo-tłuszczowo-słodki. Wyraźnie czułam migdały i nerkowcowe zaleciałości, ciasno osaczone przesadzoną słodyczą. Czułam olej na ustach i przesłodzenie, ale... nie było w tym nic ohydnie taniego czy coś. Po około 60 gramach myślałam, że umrę i miałam wrażenie, że cukier płynie moimi żyłami, a mimo to nie wstrętu nie odnotowałam.

Całość zaskoczyła mnie. Niebezpiecznie lawirowała między specyficzną smakowitością, a okropnością. Migdały i nerkowce wkomponowane w mlecznoczekoladową i mocno przecukrzoną toń igrały skojarzeniami ze smarowidłem orzechowym, napędzanym przez posmak oleju. To trochę taka... ekskluzywna cukrowa plebejskość. Nieziemsko wysoka cukrowość w tak miękko-tłustym wydaniu zmogła mnie i zamuliła, ale że smak był w sumie niecodzienny i pozytywny, udało mi się w to wciągnąć. Wprawdzie nie podołałam porcji, jaką sobie wzięłam do degustacji, ale mimo zacukrzenia się po pierwszym gryzie, zjadłam 5 kostek, 6 zawinęłam na drugi dzień. Miękkość tak pasowała do smaku, że zdziwiona odkryłam, że tym, co uniemożliwiło mi dojedzenie, był cukier. W końcu sprawiał, że robiło się strasznie mdło.
Drugie podejście i gdy zaintrygowanie niecodziennym smakiem opadło, a pozostało przecukrzenie, darowałam sobie po niecałej kostce. Smacznie, ale tak cukrowo-miękko, że dla mnie nie do uporania się. Resztę oddałam Mamie (lubi miękkie ulepki).
Mama smakiem zachwycona, ale: "kiedyś nadziewane (orzechowe) czekolady nie były takie miękkie; gdyby ta nie była, byłaby idealna". Mama zdecydowanie w kwestii orzechowych nadzień woli batony Pierroty / Bajeczne, a tej czekoladzie bliżej do połączenia Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Nuss-Nougat z Lindt Lindor Hazelnut.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 18,99 zł (za 200 g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: pralina 38 % (cukier, migdały, orzechy nerkowca), cukier, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, olej palmowym serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromaty

piątek, 17 stycznia 2020

Georgia Ramon Venezuela Criollo Porcelana 75% ciemna z Wenezueli

Wymyśliłam sobie "serię czekolad z chili", którą miałam zakończyć takową Georgią Ramon, obstawiając, że będzie najlepsza. Wynikało to z tego, jak ogromnym uczuciem pałam do tej marki. Gdy jednak popatrzyłam na listę posiadanych, zatęskniłam za czystymi ciemnymi tej marki. Ileż to czasu minęło odkąd jakąś jadłam... I jakoś paradoksalnie na coś delikatniejszego mnie wzięło. I proszę, nie umiałam się porcelanie oprzeć. Tym bardziej, że to edycja specjalna z ziaren Heirloom (nazywanych diamentami wśród kakao), dokładniej z ziaren z farmy "La Orquidea" z regionu miasta Santa Bárbara del Zulia.

Georgia Ramon Special Edition Heirloom Cacao Venezuela Criollo Porcelana 75% to ciemna czekolada o zawartości 84 % kakao Criollo Porcelana z Wenezueli.

Wąchając, poczułam jednoznaczny zapach kory drzewnej. Był to sucho-ciepły ("nasłoneczniony") wątek, już po chwili rozkładający wachlarz drzew, szyszek, igliwia... wszystko to trochę podsuszone. Na myśl przyszedł mi grill (jako wydarzenie, nie coś konkretnego). Drzewa mieszały się z przyprawami - nie za ostrymi, ale wyrazistymi. Poprzez nie zakradła się nuta chleb...ka bananowego? Niosła słodycz i wprowadzała dość znaczącą pudrowość. (Dobra, taki twór tj. "banana bread" jadłam chyba ze dwa razy w życiu, więc znawcą nie jestem; powiedzmy, że chodzi o nutę jakby słodkawo-łagodnego chleba i bananów w formie wypieku / zdrowego-ciasta).

Przy łamaniu ciemna tabliczka przyjemnie trzaskała, lecz mimo twardości wydała mi się dość krucha. Wyglądała w przekroju na sucho-gliniastą, gęstą.
W istocie, w ustach gęstość ta się potwierdziła, ale nie w tym sensie, co myślałam. Oto powoli rozpływający się kawałek był przede wszystkim proszkowo-ziarnisty, co kojarzyło się z ogromem przypraw. Jakby jakieś zostały wmieszane w aksamitną masę czekolady. To aż rozpływało się lekko wodniście, mimo że kęs do końca pozostawał zwartym kawałkiem. Nie zalepiał, nie zamieniał się w krem. (Szkoda, bo do tego smaku to by pasowało).

Natychmiast po zrobieniu kęsa poczułam wykwintną, acz wyrazistą gorzkość. Zdecydowanie reprezentowała naturalne smaki takie jak drzewa, migdały / orzechy i zboże. Wszystko to lekko palone (np. drzewa jako drewno na opał, zboże ekspandowane). Ostatnie zasugerowały minimalnie słodkie płatki / chrupki do mleka (wyidealizowane... kakaowe?). Orzechy... były w pewien sposób łagodne, ale i mocne smakowo (producent pisał o makadamia - nie kojarzę ich na tyle, by ich nutę rozpoznać, ale jak czytam, że mają posmak oleju, chyba muszę się zgodzić, że to mogą być one). Pomyślałam nawet o oleju kokosowym.

Ten jednak szybko wmieszał się w szokująco głęboki smak mleka. Czuć je prawie od początku, a mniej więcej w połowie można dosłownie utonąć w ogromie śmietanki. Płatkowo-drzewne nuty na pewno to zrobiły. Mieszając się z mlekiem / śmietanką złagodniały.

Dzięki temu rozwinęła się słodycz. Kryło się w niej coś pudrowego, acz zaraz pomyślałam o liofilizowanych, gąbczastych owocach. Na pewno były w tym banany, może też jabłka. Poprzez pudrowość przemykał przecier malinowy. Banany bezprecedensowo wyszły na przód, dominując w owocowej strefie. Jako świeże, do granic możliwości dojrzałe, podsuszone i biszkoptowo-chlebkowy, o pudrowej słodyczy wypiek... Gdy już mowa o tym ostatnim, to na pewno z orzechami i odważnie przyprawionym. Śmietanka przyjemnie pobrzmiewała za tym wszystkim.

Słodkie, dojrzałe owoce przemieniły początkowe gorzkawe nuty w przyprawy. Oscylujące między lekką ostrością, a łagodnością w końcu postawiły na łagodność. Trochę korzenne... Nagle rozbłysło skojarzenie z masą makową. Gorzkawo-duszną od orzechów, migdałów i maku, słodką i przyprawioną.

Przyprawy, wciąż powiązane z drzewami i orzechami, dodały im ciepłej nuty węglowo-grillowej. Przed oczami miałam... po prostu grill (urządzenie), a nie że grillowanie / prażenie... To wręcz smak palonego metalu / oleju (kokosowego? orzechowego?). Taka paloność, mocna, aż ryzykowna kończyła to wszystko.

Gorzkość (dość dziwna, bo "mniej spożywcza"), drzewne przyprawy i silna słodycz wręcz mdląco-pudrowych owoców pozostały w posmaku.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, mimo dość mocnego pudrowego motywu. Zaintrygowała mnie jednak gorzkość oleju jakby z orzechów / kokosowego, choć na szczęście nie była silna, a właśnie wkomponowana w drzewa i orzechy. Nie była silna, ale przyjemnie wyrazista. Słodycz z kolei wysoka, ale reprezentująca poszczególne smaki, a nie po prostu samą siebie. Ogrom nie za mocnych przypraw i śmietanki, "nieumleczniającej" kompozycji również mi się podobały. Tym bardziej, że słodycz należała do bananów i masy makowej. Wszystko spójne, jakby przemyślane, a przecież w pełni naturalne.
Mogłabym się zakochać, gdyby nie pudrowość i struktura.

Żółte owoce i migdałowy biszkopt, jakie czułam w Morin Venezuela Porcelana Noir 100 % dopisałyby się do tej klimatem, a znów bananowo-bezowy motyw, który już mnie odpychał w Franceschi 60 % Venezuela Sur del Lago (to akurat nie porcelana, ale nuty podobne, też z Wenezueli), tu został zaserwowany smakowicie. Orzechy / drzewa ze śmietanką skojarzyły mi się z obłędną Idilio Origins 1ero Porcelana Criollo Puro, jednak ona była o wiele bogatsza w rozmaite owoce, podobnie jak bananowo-jabłkowa Original Beans Piura Malingas 75 %. Btw. dwie ostatnie to jedne z moich naj-naj.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 23,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 16 stycznia 2020

Roshen Blueberry Nougat mleczna z nugatem jagodowym

"Jagodowy nugat" brzmi według mnie dziwnie, bo nugat od razu kojarzy mi się z czymś orzechowym. W Wikipedii o nugacie przeczytamy: "Rodzaj deseru, składającego się z masy z syropu gotowanego z miodem, wymieszanej z siekanymi orzechami lub migdałami oraz pianą ubitą z białek". Logiczna byłaby więc mieszanka orzechów i jagód, ale nie - w Roshen są tylko owoce. Tak sobie dywagując nad tabliczką zorientowałam się, że nadzienia tej serii są właśnie nugatami - tylko czy z prawdziwego zdarzenia? Ja się nie znam, a składy... Widzę tylko, że kiepskich składników sporo, a tytułowych dodatków śmiesznie mało. Donikąd mnie to nie doprowadziło, więc jedyny posiadany owocowy smak wybrałam na "środkowy" - bo nie wiedziałam, czego się spodziewać.


Roshen Blueberry Nougat Milk Chocolate to czekolada mleczna o zawartości  34 % kakao nadziewana nugatem jagodowym.

Od chwili otwarcia nad tabliczką unosiła się intensywna mieszanka słodkich jagód z soczystą kwasowością oraz cukrowo-mlecznej czekolady. Miało to dziecięcy, cukierkowy wydźwięk. Przerysowane, ale w sumie tylko częściowo sztucznie.

Lepko-tłusta, ale nie uleko-topiąca się tabliczka wydała mi się konkretna, ale już przy łamaniu wyszło, że się myliłam. O ile czekolada - normalka, z racji grubości w miarę twardawa, tak środek... Rwał się bardziej niż wersja orzechowa. Cechowała go silna miękkość i plastyczność. Można go z łatwością formować w kulki, choć znacząco się lepił.
W ustach tłusta czekolada rozpływała się na mazisto-zalepiający, gładko-gęsty krem, a nadzienie wyciskało się spod niej bardzo szybko. Rozpuszczało się trochę w soczysty sposób, ale w dużej mierze zalegało jako lepiące się grudko-kulki z pianki (?). Odebrałam je jako rozrzedzono-roztrzepane i trochę jak rozpuszczalna guma do żucia, trochę scukrzone.

W smaku czekolada uderzała harmonią mleka i cukru, co miało niemal dziecięcy wydźwięk. Intensywna i wręcz błoga, szybko zyskała cukierkowy posmak (przesiąkła nadzieniem), który przełożył się na skojarzenie z kulkami / jajkami, czekoladkami itp. z bladoróżowym nadzieniem.

To poprzez cukierkowość, lekką pudrowość do gry zakradało się nadzienie. Dość szybko tchnęło nutę jagód, by następnie podkreślić cukierkowo-jagodowy motyw. Słodziaśne jagódki były nakręcane przez lekką, cukierkową kwaśność. Ta w pewnej chwili mignęła mi cytryną, owocowymi landrynkami i gumami rozpuszczalnymi (normalnie Mamba w czekoladzie) niereprezentującymi konkretnych owoców. Mniej więcej w połowie pomyślałam o lodach wodnych o smaku jagód lub owoców leśnych - to skojarzenie było najsilniejsze (mało intensywna wersja Kolorków?). Nadzienie było więc lekko soczyste w sposób słodko-kwaśny i owocowy, ale...poprzez te cukierkowość / pudrowość...

Równie znacząco pudrowo-piankowo-mleczne. Mleko wydało mi się tu stłamszone, ale wyraźne. Zabarwione cukrowo-cukierkowym smakiem, który jednak nie był wściekle napastliwy. Nieprzyjemnie chemiczny, ale nie aż tak gryzący. Cukierkowo-jagodowe mleko? Jagodowo-cukierkowy Milky Way?

Otoczony cukrowo słodką, mleczną, ale schodzącą na daleki plan czekoladą, nugat prawie zupełnie ją zagłuszał, acz robił to na spokojnie, bez kontrastu czy przepaści.

Po wszystkim pozostał "słodki kwasek" jagódkowych lodów / gumo-cukierków, ewidentnie podkręcona soczystość, chemiczna cukierkowość i po prostu przesłodzenie. To ostatnie brało się bardziej z tej mlecznej, czekoladkowej wręcz części.

Nie mogę powiedzieć, by mi to smakowało, jednak tabliczkę uważam za bardziej zgraną niż orzechowa. Ok, u mnie nadzienie nugatowe na starcie wygrywa z owocowym, ale o ile sztuczna cukierkowość ni jak nie pasuje do orzecha (orzechowa guma balonowa?), tak z jagodowym smakiem była spójniejsza. Wciąż przecukrzona i odpychająca, piankowa, ale... ot. Mleczny, jagódkowy Milky Way? Taak, myślę, że to znajdzie amatorów.
Mi jednak ta roztrzepana, lepiszcza piankowość i cukier, a także fakt, iż czekolada straciła na znaczeniu, bardzo przeszkadzały. Jakbym jadła jagodowe lody wodne w formie Milky Waya? Miękko-ciągnące, wręcz gumiaste nadzienie też uważam za jedne z gorszych, na jakie można trafić. Odruch wymiotny już po kęsie (a zmusiłam się do dwóch).
Reszta trafiła do Mamy, która wprawdzie przyznała, że "rzeczywiście już trochę pod gumę podchodzi", ale... i tak jej smakowała. "Nie taka słodka. Tak te owoce, soczysty, rześki kwasek tak fajnie wszystko przełamał, bardzo smaczna." Później jej entuzjazm trochę osłabł, ale odebrała ją znacznie lepiej ode mnie.


ocena: 1/10
kupiłam: internet
cena: 2,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nugat jagodowy (syrop, cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, białka jaj w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; zagęszczony sok jagodowy 1%, mleko odtłuszczone w proszku, aromat, barwniki: E163, E132; regulatory kwasowości: E296, E330, E297; lecytyna sojowa), cukier, tłuszcz kakaowe, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat waniliowy.

środa, 15 stycznia 2020

Weinrich Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku Marc de Champagne

Nie lubię likierów, zbyt słodkich alkoholi, ale w słodyczach mam tak, że te dobrze zrobione czekolady alkoholowe mi smakują. Niestety, takie według mnie zdarzają się wyjątkowo rzadko. Weźmy na ten przykład niedawno jedzoną Zotter Amaretto Marzipan - ok, raczej nie zakochałabym się w amaretto, ale w tej tabliczce go prawie nie czuć. Na ten moment nie podchodzi mi ogromna część alkoholowych słodyczy, nie chciałabym by np. ten Zotter walił wódą (bo i tak mi smakował), ale kilka dni nastawiałam się na "bardzo słodkie i alkoholowe nadzienie niezbyt w moim stylu" (przypominam, że ostatnio coś mi i marcepan nie leży). Szkoda mi było takiego psychicznego nastawiania się, więc parę dni później zdecydowałam się na tabliczkę, którą w zasadzie kupiła Mama, licząc, że mi nie posmakuje i wpadnie jej.

Weinrich's Finest Chocolate Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku Marc de Champagne to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z 40 % mlecznym nadzieniem z okowitą Marc de Champagne.

Po otwarciu poczułam nienachalny, acz wyraźny zapach mocno słodkiej czekolady i "alkoholu z białych winogron". Minimalnie soczysty, ponieważ narzucona mu została śmietankowo-słodka ciężkość. To jednak nie negatywne stwierdzenie, gdyż obok zarysował się kakaowy wątek, wraz z alkoholowością dodający powagi.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna, lekko pykała. Nadzienie kojarzyło mi się ze zbito-śliskim likiero-żelem. Maziste to, ale raczej zwarte niż plastyczno-miękkie.
W ustach czekolada zwróciła na siebie uwagę głównie proszkowością, jednak tego, że była kremowo-tłusta nie mogę jej odmówić. Jednak prawie nie zalepiała, a jej gęstość odebrałam jako pozorną. Rozpuszczała się szybko przez lekką (też prawie pozorną) wodnistość.
Nadzienie okazało się mniej wodniste, ale zarazem lżejsze od czekolady. Tłusto-śmietankowe, gładkawe, z lekkim proszkowo-scukrzonym efektem.
Niezbyt to spójne, bo czekolada znikała, a nadzienie trochę zalepić próbowało jako pseudoczekoladowa masa. Niby miało w sobie coś z czekolady, ale nie pasowało do tej mlecznej. Mam wrażenie, że po prostu za dużo tu takiej mlecznej czekolady w stosunku do nadzienia.

Czekolada przywaliła mi cukrem, gonionym przez jeszcze więcej cukru i mleczno-maślany smak. Wydała mi się lekko kakałkowa, acz w tej cukrowości smak był zgłuszono-wodnisty.

Nadzienie przebijało się jako rześka i zarazem straszliwie słodka nuta. Sugestia alkoholu przebiła cukrowość, co umożliwiło rozlaniu się ogromowi śmietanki. Śmietanka zalała całą słodycz, wymieszała się z nią spójnie. Alkohol rósł leniwie, acz zdecydowanie jako smak jasnowinogronowy. Bez problemu poczułam smak, za którym nie przepadam: szampan. Lekko soczysty, owocowo-słodki i zmieniający się w coś bardziej likierowego.

Wydawało się bowiem, że cukier zamiast się rozpuszczać i znikać, jest ciągle dosypywany. Śmietanka przyszła z pomocą. Obudowała go białoczekoladowym, błogim smakiem. Mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa dałabym sobie rękę uciąć, że to czekolada nadziana likierem śmietankowym lub białoczekoladowym. Alkohol był wyraźny, ale nie uderzał do głowy ani w sumie nie szczypał, nie rozgrzewał gardła. Jego smak wyszedł zaskakująco czysto.

Pod koniec trochę odciągnął uwagę od cukru, zrobiło się śmietankowo, a po chwili zostałam z posmakiem śmietankowego likieru w ustach. Dobrej jakości, ale niestety do pary z przecukrzeniem tak silnym, że po kostce aż mi serce łomotało.

Całość widzę jako bardzo dobrą tabliczkę, którą zepsuto nadmiarem cukru. Wyraźnie czuć w niej szampana, choć i poczucie likieru śmietankowego,  białoczekoladowość były silne. Nadzienie naprawdę wysokiej jakości, więc myślę, że gdyby jeszcze dodać lepszą (mniej słodką!) czekoladę, byłoby super. Śmietankowa, nie zaś cukrowa czekolada i... może nawet mi ta tabliczka bardziej by smakowało. Tu bowiem pojawia się kwestia taka, że... no tak, wyjątkowo zgodna z tytułem, szampańska jak mało co, a ja... właśnie takich alkoholi nie lubię. Likier śmietankowy? Biała czekolada? Niee... Jednak zostało to tak zrobione, że gdyby tak dodano mniej cukru, jako ciekawostkę zjadłabym z przyjemnością.
Aż nie wiem, do czego się odnieść. Wydała mi się słodsza od np. Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym i na pewno od swojej siostry wódkowo-cytrusowej Weinrich Trufle.

Większość trafiła do Mamy i... szok. I ja byłam w szoku, i ona. Ona dlatego, że czuć szampana jak na dłoni, a ja, że dlatego stwierdziła, że nie będzie jadła, a odda komuś. O co chodzi? Otóż liczyła, że wyjdzie to o wiele gorzej, czyli jak "mleczna z jakimś alkoholem", bo Mama smak szampana lubiła (jak piła, obecnie nie pije w ogóle), ale słodyczy z szampanem nie (a z wszelkimi innymi słodkimi alkoholami uwielbia). Tym to mnie zastrzeliła. Stwierdziła, że "jest w szoku, że aż tak dobra jakościowo, tak wyrazista czekolada jest w Lidlu".


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 3,49 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 60 % czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii), nadzienie z okowitą Marc de Champagne (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, serwatka, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii; 11% okowita Marc de Champagne, bezwodny tłuszcz mleczny, aromat szampana, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

wtorek, 14 stycznia 2020

Milka Choco Jaffa Chocolate Flavor Mousse

"Kto nie zna obgryzania Delicji dookoła, oddzielania biszkoptu i zjadania galaretki na koniec?" - a no ja nie znam. Nigdy bowiem nie lubiłam galaretek. Znam za to obgryzanie biszkoptu z czekoladą, zjadanie samego biszkoptu i ze wstrętem oddawanie galaretki Mamie. Jednym z moich dziecięcych marzeń były ciastka tego typu, które zamiast galaretki miały by czekoladowy zakalec lub coś w podobie do trufli z alkoholem, tylko bardziej miękkiego. Jedno i drugie widziało mi się jako coś "dla dorosłych", zakazanego. Z uśmiechem to wspominam. Z nieco mniej pewnym, a bardziej ironicznym przypominam sobie ciastka Milka ChocoJaffa Toffee Flavoured Mousse. Dzisiejsze ciastka może tylko odrobinę zbliżają się do tego wyobrażenia, ale jako że czekolada zawsze wygrywa u mnie z toffi, założyłam, że będą lepsze. A i tak kupione zostały raczej  "dla zgrywu" i bo na takie wyskoki pozwalam sobie z lekkim sercem, tylko dlatego że mieszkam z Mamą codziennie pochłaniającą słodkości, w których ilość cukru mnie by zmogła.


Milka Choco Jaffa Chocolate Flavor Mousse to biszkopty z pianką o smaku czekoladowym (46%) oblewane czekoladą mleczną (20%).

Zbliżywszy nos do paczki po otwarciu poczułam nawet przyjemny, cukrowo-czekoladowy zapach podchodzący pod alkoholowe / spirytusowe tony. Wąchając ciastka uważniej, trafiłam jednak na wręcz duszną mieszaninę cukru i margaryny. Ani krzty kakao.

Czekolada wydawała się tylko czekać na okazję, by ostać się na dłoniach, jednak nie mogę powiedzieć, by już w nich się topiła. Spełniała jednak wszystkie warunki takowej. Tłusta i ulepkowata, stanowiła cienką, w ustach szybko rozpuszczającą się warstwę.
O ile czekolady trochę pożałowali (kwestia dyskusyjna, czy to dobrze, czy źle), tak miękkiej pianki nie (tłumaczenie adekwatniejsze od tytułowego "mousse") . Wydała mi się glutowato-żelkowata i nieco ciągnąca. Była śliska i trochę margarynowa. Niby roztrzepana, ale ciężka. Kojarzyło mi się to ze zżelowaną bitą śmietanką w sprayu tak ciężką i "nieteges", że zapychającą dozownik (żeby było śmiesznie, nigdy z żadną nie miałam do czynienia). Mousse? Jakiś jednak galaretowaty.
Biszkopt wyglądał na suchy, bo trochę się kruszył, ale podczas jedzenia wilgotniał w sekundę. Rozpływał się na kapciowatą, nieco tłustą masę. Trochę zapychał, ale wyszedł raczej lekko, biszkopcikowo. Sprawdził się doskonale, gdyż równoważył galaretowate nadzienie.
Ciastka wyszły spójnie. Miękko fafłate, raczej tłuste, ale jak na takie coś w miarę wyważone. Według mnie było to jednak obleśne. Taka gluto-żelka z biszkoptem, ciagnąco-zalepiająca.

Czekolada atakowała czystym cukrem. Przy jej ilości trudno wyłapać inne posmaki, w tym mleko.

Pianka uderzała cukrem, który mdlił niemal natychmiast. Łączył się bowiem z pewną... pudrowością / sztuczną piankowością (rodem z marshmallow). Ogromną rolę odegrał smak margaryny i masła, które zrobiły też trochę miejsca mleku. Smak był trudny do określenia, gdyż zaburzony przez irytującą sztuczność. Cukier przodował, a mieszając się z nimi, przełożył się na skojarzenie raczej z wyjątkowo kiepskim toffi niż czekoladą. Białą śmierć goniła mdłość, nieco zakropiona udawanym procentem.

Biszkopt także raczył słodyczą, ale o dziwo w miarę w normie. Smakował delikatnie, jajecznie i wręcz mlecznie. Zajeżdżał margaryną i waniliną / pseudowaniliową nutą, ale nie mam mu nic większego do zarzucenia. Przeciętniak. Szkoda tylko że w całości odegrał znikomą rolę.
Nad wszystkim górowała bowiem cukrowo-margarynowa, chemiczna pianka - paskudna, jak mało co.

To, czego w końcu kęs przybrał formę w ustach, by zaraz zniknąć i w smaku, i w konsystencji kojarzyło mi się z zepsutym, wysmarkanym Pawełkiem, którego alkohol w większości się ulotnił.
Cukrowość i sztuczna pudrowość pozostały w posmaku.

Ciastko obrzydziło mnie, że do drugiego gryza nie mogłam się zmusić. Nawet próbowałam to trochę jeszcze skubnąć... a to nożem, a to zębem, ale... brr. Aż mi ciary po plecach przeszły! To biszkopt z żelko-pianką przypominającą glut z nosa, co tworzyło gęsto-śliską zbitkę o smaku przede wszystkim cukrowo-sztucznym. To pudrowo-sztuczna słodycz, margaryna i mleczonść z udawanym alkoholem. Toffi-czekoladowa pianko-żelka z biszkoptem utworzyły kompozycję jakby wręcz zepsutą (ale czuć, że taka nie była). Dawno czegoś tak potwornego nie próbowałam.
Resztę oddałam Mamie i powiedziała dosłownie to samo! I nie mogła uwierzyć, że Milka coś takiego wypuściła.


ocena: 1/10
kupiłam: Carrefour
cena: 5,19 (Mama płaciła)
kaloryczność: 375 kcal / 100 g; sztuka 14,2 g- 53 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, mąka pszenna, jaja, woda, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, skrobia ziemniaczana, serwatka w proszku, olej rzepakowy, tłuszcz mleczny, substancja żelująca (pektyny), barwniki (karmel amoniakalny, węgiel roślinny, karoteny), białko jaja w proszku, aromaty, emulgatory (lecytyna sojowa, E476, E471), pasta z orzechów laskowych, sól, substancja spulchniająca (węglany amonu), regulator kwasowości (kwas cytrynowy)

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Vivi Verde Coop Biologico 70 % Ekologiczna Gorzka ciemna

Jestem sceptyczna w kwestii eko / bio produktów, ale tak się złożyło że w Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % od Chocolats Halba (z Aldi) po prostu się zakochałam i bezsprzecznie stała się jedną z moich ulubionych czekolad, obok tabliczek np. Akesson's, Idilio Origins itd. Jakiś czas po niej zjadłam Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 % i ... znowu bardzo pozytywne zaskoczenie. Zaczęłam więc testować tego typu tabliczki z różnych marketów. Dzisiaj opisywana była pierwszą kupioną. Stoi za nią włoska marka Vivi Verde koncernu Coop, który to ma w swojej ofercie... w sumie wszystko, co się da. Akurat mnie takie coś optymistycznie nie nastraja, ale to szczegół. Spodobało mi się, że przynajmniej słodzona cukrem trzcinowym w odróżnieniu od innych marketowych bio. Od paru miesięcy utwierdzam się bowiem, że jestem czuła na to, czym czekoladę posłodzono (bo nie używam cukru i jakoś biały w czymś coraz częściej bardzo mi przeszkadza).

Vivi Verde Coop Biologico 70 % Ekologiczna czekolada gorzka to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.

Nie zdążyłam na dobre rozerwać sreberka, a już uderzyła żywa woń skórki ciemnego chleba na zakwasie i prażonych orzechów. Ten pierwszy - jakby tylko co wypieczony lub... wymieszany z tostami? Na które zdążono chlapnąć mnóstwo gęstej, bardzo naturalnej i słodko-kwaśnej marmolady brzoskwiniowo-morelowej. Klimat silne prażony i zarówno soczysty idealnie pasował do tego, jak złożona, słodko-kwaskowata była to kompozycja. Z czasem przed oczami przewijały mi się niemal esencjonalnie słodkie wiśnie... jakieś wiśnio-śliwki... a po chwili zaskoczyły słodkie czereśnie. O tak, po paru chwilach czuć je bezsprzecznie, wciąż obok chleba z dżemami.

Tabliczka o dość jasnym kolorze jakby wyblakłej z dodatkiem mleka okazała się łatwa w łamaniu, mimo że twarda i donośnie trzaskająca. W ustach potrzebowała chwili, by zacząć z łatwością zmieniać się w coraz bardziej miękkawą grudkę. Sprawiała wrażenie gładkiej i gęstej, jednak w tej gęstości zdawał się też kryć drobny pyłek.

W pierwszej chwili poczułam wysoką maślaność i niemal neutralne orzechy, których prażoność zmieszana z lekką cierpkością kakao grzmotnęła nagle już w kolejnej sekundzie. Od ich impetu jednak odciągała uwagę słodycz wypływająca z tejże maślaności.

Słodycz rosła błyskawicznie, uplasowując się na poziomie prawie przesadzonym. Wydawało się, że zaraz zacznie drapać w gardle od ogromu toffi, jasnego miodu i wanilii - dokładnie w tej kolejności się pojawiających. Z czasem zostało jedynie toffi i wanilia, ponieważ mocno trzymały się maślaności.

Ogółem więc maślany smak jedynie przekierowywał poszczególne nuty, baza zaś była prażono-orzechowa. Ciepło płynące z prażonego motywu otworzyło drogę lekko cierpko-suchemu (w pozytywnym sensie!) kakao o jednoznacznie orzechowym smaku orzechów bliżej nieokreślonych. Postawiłabym na mieszaninę laskowych i fistaszków... nie wiem, czy nie karmelizowanych lub nawet lekko zwęglonych. Tu można by się doszukiwać namiastki gorzkości. W oddali wyłapałam też odrobinę mleka.

Karmel nieco słabł, gdy druga połowa rozpływania się kęsa robiła się konkretniejsza. Pojawił się chleb na zakwasie i tosty (też jakieś ciemniejsze). Klimat był ciepło-pieczony, a jednak soczysty... Może to nie zakwas, a kwaskawe dżemy? Kwaskawe, a jednocześnie kontynuujące słodycz wanilii. Poczułam brzoskwiniowy dżem, zza którego wychylały się jakieś śliwki czy jasne czereśnie... czereśnie żółte? czereśnie udające niedojrzałe... wiśnie? Im bliżej końca, tym bardziej czułam jednak jasne śliwki i niezbyt dojrzałe czereśnie (jasne i żółte). Wciąż także słodkie.

Pod koniec smak robił się bardziej cierpki. Owoce zdobyły się na kwaśność, jednak nie porzuciły soczyście-prażonej bazy. One ją... podkręcały.

Właśnie soczyście owocowa, kwaśna cierpkawość pozostała w posmaku. Brzoskwiniowa marmoladka i jasne czereśnie znów wspięły się ponad prażono-orzechową bazę. Sama prażoność miała się jednak całkiem nieźle. Czułam w ustach ciepło takiego śniadania (choć nigdy takiego nie jem; Mama natomiast tosty z dżemami, masłem orzechowym i serem - codziennie)... Jakby był poranek - jeszcze dość chłodny, ale zapowiadający gorący dzień. Mimo ogromu soczystości, czułam też kakaową suchawość.

Czekolada smakowała, mimo że nie była gorzka. Podobała mi się jej kwaśność (tylko i wyłącznie owocowa), ale obyłabym się bez tak silnej słodyczy. 
Całość podczas jedzenia okazała się zaskakująca. Powtarzalność w tym łagodnym początku, który zapowiedział przesłodzenie, a potem nagłe przełamanie i wręcz cierpko-kwaśne zakończenie kupiły mnie. Dynamiczna, mimo że nie bogata w wiele nut. Skupiła się na kilku, pojawiających się jedna po drugiej. I dobrze. Maślane toffi-waniliowe łagodności i chleb / tosty z dżemem brzoskwiniowym, czereśnie. A zaraz bang! Prażone orzechy i charakterniejsze czereśnio-śliwki.

Tak sobie z uśmiechem pomyślałam, że z tymi śliwkami to próbowała mi Fair Dunkle 70 % udawać, ale tamta to zupełnie inna bajka (śliwko-jeżyno-winogrona, mirabelki i żółte, ale i ogrom ziemi, mniej orzechów) oraz brzoskwiniami Auchan Bio Noir 70 % (ale znów: tamta to bardziej bananowo-waniliowa słodycz i z kolei ogrom kawy). Dzisiejszą nazwałabym sobie chlebo-orzechami i czereśnio-śliwkami. To przynajmniej utwierdza mnie w przekonaniu, że nie rządzi nami jeden wielki koncern, który produkuje dla wszystkich marketów.
I kolejna myśl: tak mi się wydaje, sądząc po kraju pochodzenia (Włochy) i wyglądzie kostek, że to może być Vanini. Też mają bio 70tkę (i ludzie też piszą o początkowo silnej słodyczy i kwasku - acz cytrusowym).


ocena: 9/10
kupiłam: Biedronka
cena: 5,99 zł
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: jak znajdę / pojawi się to tak

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, mielona wanilia

niedziela, 12 stycznia 2020

Roshen Hazelnut Nougat mleczna z nugatem orzechowym

Odkryłam, że jakoś nie kręcą mnie na ten moment nadziewane tabliczki. Umiem docenić, ale, co wyszło przy Cote D'Or Praline Dessert 58, dłuższe relacje z takowymi mnie nie interesują. Jako że wspomniana była naprawdę ciekawa (ale przez słodycz i miękkość - na jedno podejście), lecz to wciąż orzechowa nadziewana, toteż właśnie od orzechowej propozycji postanowiłam rozpocząć przygodę z nadziewanymi Roshen. Takie tam, przejście - bo raczej nie seria. A tymi się zainteresowałam, bo i tak miałam jakieś słodycze dla Mamy kupić i wyszłam z założenia, że jak mi nie posmakują, będą dla niej. Czy była szansa, że jednak skończą u mnie? Dotąd jedzone Rosheny (wszystkie ciemne) nie zdobyły mojego serca, ale uważam je za "od biedy w porządku". Pomyślałam, że może mleczne trudniej zepsuć, że taniość w nadziewanych aż tak mi nie będzie przeszkadzać, jak w ciemnych. Po zawodzie, jakim był Lindt Creation Pistachio Delight, próbowałam nawet nie liczyć na to, że te tabliczki będą wyglądać jak Zottery, ale przy otwarciu okazało się, że... owszem, dostałam, co chciałam!


Roshen Hazelnut Nougat Milk Chocolate to czekolada mleczna o zawartości  34 % kakao nadziewana nugatem z orzechów laskowych.

Po otwarciu poczułam zaskakująco przyjemnie-uroczy orzechowy zapach wymieszany z mlekiem i wyrazistą czekoladą mleczną. Wysoka słodycz kompozycji przywodziła na myśl białe Kinder Bueno z nutką kakao. Odrobinka sztuczności nie przeszkadzała.

Tabliczka wydała mi się nieco lepko-proszkowa, ale nie ulepkowata. Konkretna, mimo że trzasku przy łamaniu nie uświadczyłam. Jej twardawość wynikała z grubości wierzchniej warstwy czekolady. Nadzienie wydało mi się dość zwarte, ale zarazem rwąco-ciągnące, trochę piankowe jak środek Milky Waya.
W ustach czekolada błyskawicznie stawała się miękką, tłustą masą, ale już rozpływała się w umiarkowanym tempie z racji tego, że robiła to w gładko-kremowy, zalepiający sposób. Wydała mi się średnio spójna z nadzieniem. Znikała szybciej, ono zaś jeszcze długo zalegało.
Wyciskało się spod niej, ale wcale tak szybko się nie rozpuszczało. Wyciskało, a zachowywało swoistą zwartość. Było niczym rolująca się pianko-gumka; mięciutka, rozpuszczalna guma do żucia. Z czasem rozchodziło się opornie na miękkie grudki. Nie było zwarte, a roztrzepane i zalepiające - dosłownie gumowy środek Milky Waya (dokładnie to, za co odkąd pamiętam nie cierpiałam tego batona + jeszcze gorszy efekt gum rozpuszczalnych).

W smaku sama czekolada uderzyła cukrem i mlekiem, co w sumie można nazwać uroczo-dziecięcym połączeniem, do którego szybko dotarła dziwna, pudrowa nuta (pomyślałam o Wedlu - od dziecka kojarzył mi się dziwnie piankowo-mleczkowo, przez co go nie toleruję, ale nie wiem, czy to nie od nadzienia).

Możliwe, że przesiąkła nadzieniem, ponieważ ono przejmowało ster już po chwili. Wytoczyło lekki, sztucznie orzechowy posmak, acz drogę otwierało sobie cukierkowo-pudrowym, nieokreślonym motywem. Szybko się zreflektowało. Pełną parą wpłynęło na mlecznej fali. Mleko gonione było przez ogrom pudrowej słodyczy. Ta rozrzedzała jego smak. Miało to dziwnie piankowo-pudrowy wydźwięk. Skojarzyło mi się z przecukrzonym Milky Wayem. Na tym sporze, albo w tej dziwacznej grze, udało się coś ugrać orzechom. Wyskoczyły bowiem z nieokreślonego motywu. Poprzez mlecznoczekoladowy smak szybko rosły. Wyraźnie czułam orzechy laskowe, mimo że był to... łagodny, sztuczny aromat. Mleczno-pudrowa, tak słodka że aż rozmyta, toń znów podsunęła mi na myśl Kinder Bueno, takie "oprószone kakałkiem" z racji czekoladowości.
Sztuczność jednak ze swego uchwytu nie wypuszczała orzechów, co odebrałam jako... dziwnie balonowogumowe laskowce, takie nienaturalnie cukierkowe i piankowe.

Końcówka była mleczno-pudrowa, orzechowa i sztuczna. I to nie sztuczna w sposób nachalny czy powalający, w sensie że mocny, a dziwnie... irytująco-przenikliwy, wszechobecny.

Po każdym kęsie pozostawało poczucie przecukrzenia i sztucznego zasłodzenia, ale też po prostu pudrowa nugatowość i mleko. Uparcie trzymało się to skojarzenia z kinderbuenowym, a więc słodko-mleczno-orzechowym Milky Wayem.

Tym, którzy znają mnie trochę lepiej, nie muszę wyjaśniać więc, że mimo iż być może brzmi to dobrze (?) i siląc się na obiektywność muszę przyznać, że chyba może smakować, tak mnie odrzucało, obrzydzało, że... no cóż, za wiele nie zjadłam.
Otóż postrzegam to jako kiepską czekoladę z obrzydliwie gumiasto-piankowym, zalepiającym nadzieniem o sztucznym, cukierkowo-przecukrzonym smaku. Mleko i orzechy to duet przyjemny, jednak przez cukierkowość, nabrał karykaturalnego wydźwięku gumy balonowej. To wręcz metaliczny, sztuczny orzech laskowy, choć w kwestii smakowej może jeszcze do zniesienia, ale... Fu. Być może akurat sama chemiczność wydała mi się względnie aż tak okropna z racji tego, jak podła była reszta.
To dziwna tabliczka. Wydaje mi się jedną z tych, które albo zachwycają albo obrzydzają. Nie wydaje mi się jednak, by negatywny odbiór powodowany był tylko moim gustem i wybrednością, bo patrząc na skład (a dokładnie przestudiowałam go dopiero po degustacji), można nabawić się bólu głowy.
Odrzucało po kęsie, do drugiego się zmusiłam (bez przesady, trzeba mieć podstawy do pisania recenzji).
Resztę oddałam Mamie. Stwierdziła: "Nigdy czegoś takiego nie jadłam. To nadzienie tak długo zostaje... ale to chyba dobrze. Orzecha czuć, słodkie... I czekolada, mm, taka słodka! Dobre." - wszystko to kiwając głową z uznaniem. Dodała: "tylko ten orzech chyba trochę sztuczny" oraz z nadzieją: "dla ciebie za słodkie, prawda?". Jej smakowała, konsystencja jej odpowiadała (przypomniała: "No wiesz, ja lubiłam Milky Waye"). Uznała, że jest "dziwna, ale na plus". Potwierdziło się: albo przeraża, albo zachwyca.


ocena: 2/10
kupiłam: internet
cena: 2,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 55 % nugat orzechowy (syrop*, cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, miazga z orzechów laskowych 3,4%, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; białka jaj w proszku, mleko odtłuszczone w proszku, lecytyna sojowa), cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat waniliowy
*"syrop" - nie ma nic więcej; nie wiem, jak wyglądają normy w.s. jawności składu na Ukrainie