niedziela, 22 maja 2022

Feodora Grand'Or 75 % Milde Edelbitter ciemna

Kiedy tabliczka wygląda nazbyt elegancko, zdarza mi się nabierać podejrzeń, że tylko udaje "premium", ekskluzywną itd. Do takich podchodzę ostrożnie i wolę kupować pojedynczo. A potem z kolei gdy mam jedną czekoladę zupełnie nieznanej mi marki, myśli zaczynają wokół niej krążyć. Skoro jest dobra, chciałabym szukać innych. Jeśli nie, wolałabym mieć ją jak najszybciej z głowy. Feodora, nie ukrywam, wyglądała mi na taką, co może być albo smaczna, albo niby wykwintnym oszukaństwem. Dopiero w dniu degustacji sprawdziłam producenta. To Hanseatisches Chocoladen Kontor GmbH. Okazało się, że także marka Hachez jest jego. Nie uczyniło mnie to szczęśliwą, ale i przerażenie nie ogarnęło. I po otwarciu upewniłam się. Otóż trafiłam na identyczne sreberko w kratkę i identycznie byle jakie, luźne zawinięcie tabliczki w nie.

Feodora Grand'Or 75 % Milde Edelbitter to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao, wyprodukowana przez Hanseatisches Chocoladen Kontor.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach i kawę ze śmietanką, tak wyraźnie, jakby stała przede mną. Emanowała mnóstwem śmietanki! Za nią znalazły się podprażone migdały, przywodzące na myśl te zatopione w czekoladzie na lodach na patyku (np. Magnum Almond - recenzja z 2015), a więc w tonacji bardzo słodkiej, lekko waniliowej i z nutką zawilgoconego patyczka do lodów.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość kremowa, ale nie bardzo tłusta. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, a twarda była przykładnie, nie za mocno, ale jednak. 
W ustach rozpływała się raczej powoli. Chętnie, acz niezbyt przyjemnie. Początkowo aksamitnie i gładko, potem coraz bardziej gładko-tłusto i kojarząc się z wyginającym się masłem. Była pełna, zbita. Roztaczała tłuste smugi, a pod koniec i tak wydawało się, że zostawia suchy efekt.

W smaku w pierwszej chwili wydała mi się delikatna i niemal kwiatowa. Wręcz zwiewna i na pewno słodka. Mignęła lekka, owocowa nuta, oczywiście związana ze słodyczą.

Zaraz zaznaczył swoją obecność palony motyw, przypiekając nieco także słodycz. Nadał jej nieco ciepłego wydźwięku. Niemal równocześnie do głowy przyszło mi nazbyt tłuste ciasto i gorzka kawa. Może w ogóle jedynie cierpkawa?

Ciasto to musiało być bardzo tłuste, a także równie słodkie i owocowe. Oczami wyobraźni patrzyłam na piętrowy, wilgotny i jasny, śmietankowy tort brzoskwiniowy z gęstą, słodko-soczystą masą. Śmietanka rozchodziła się po ustach z jednej z jego warstw. Spód to przypieczony, ale wciąż jasny biszkopt. Słodycz rosła. Choć spokojnie i nie za mocno, to wyszła niemal na pierwszy plan. Wanilia i pewna kwiatowość nadały temu delikatnego, wciąż ciepłego wydźwięku. Łagodziło to wszystko, także drugi wątek.

Kawa tylko chwilami wydawała się gorzka. Podkreślało ją lekko cierpkawe, nieśmiałe kakao w proszku z tła, jej zaś spieszyło się do jedynie gorzkawości. Wlała się do niej śmietanka, a więc jedna z wszechobecnych nut. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o rozgrzanym asfalcie... I asfalcie ogółem. Znów cierpkość prostego kakao się wyłamała. Ten motyw nakręcił też ogólne wrażenie paloności, prażenia. To przełożyło się na aż nieco kakaowo-polewowy motyw, dodatkowo podkreślając wrażenie płynącego z biszkoptu masła, a także kiepskawy wydźwięk.

Przy owocowym biszkopcie śmietankowo-waniliowym pojawiły się migdały. Całkiem sporo wyraźnie prażonych, kojarzących się z lodem na patyku z zapachu. Lód musiał być zrobiony na śmietance, waniliowy i naprawdę z mnóstwem migdałów w polewie, ale... właśnie. Patyczek od loda zaczął wszystko łagodzić w pieczono-palonych nutach. Przypomniał, że biszkopt jest jasny (i może także migdałowy - acz raczej z ekstraktem czy coś takiego). Słodycz zaczęła irytować, bo obok wanilii, na jaw wyszedł ordynarny charakter białego cukru. Pojawiła się wysoka maślaność, niemal wypierająca gorzkawe nuty kawy.

Owocowo-kwiatowe tony, choć ich słodycz nieco rosła, też jakby złagodniały w wydźwięku, nieco odeszły od ciepła. Kojarzyły się ze słodkimi, soczystymi melonami (kantalupa, galia - takimi mniej słodkimi). Czyżby... wjechał biszkopt melonowy / przyozdobiony melonem? Albo śmietankowe, bardzo słodkie desery lodowe właśnie z melonem?

W posmaku została słodkawo-waniliowa biszkoptowość, zestawiona ze śmietanką i cierpkością pylistego kakao w proszku. Przy nim zaznaczyła się mocno palona nuta, aż nieprzyjemnie tłumiąca kakao. Nie była najwyższych lotów i łączyła się z dziwną, maślaną śliskością. Jak normalnie lubię czuć posmak długo, tak tu wolałam jeść prędzej, nie rozkoszując się nim (bo nie było czym), kęs zaraz po kęsie.

Całość aspirowała do czegoś lepszego, serwując brzoskwiniowo-kwiatowo-melonowe nuty i kawę, co byłoby smaczne, gdyby skończyć na otuleniu ich śmietanką. Niestety, maślano-tłustego łagodzenia, przygłuszającej głębię cierpkości, irytującej przy tym wszystkim słodyczy i paloności odtłuszczonego kakao w niej o wiele za dużo. Splot tych wad w moich oczach jest po prostu w pewien sposób odpychający. Co nie oznacza, że od niechcenia nie zjadłam (chyba tylko dlatego, że gdybym zasreberkowała "na kiedyś tam", nie udałoby mi się do niej zmobilizować, a jednak nie była niesmaczna, by wcisnąć ojcu nielubiącemu ciemnych czekolad).
Łagodna, a przy tym płytka. Choć chwilami rzeczywiście z nutami, które mogłyby coś ugrać.

Mocny stopień palenia i ogrom maślaności oraz waniliowo-kwiatowa słodycz przypomniały mi Hachez 77%. Znów wypieki, asfalt - ależ to było podobne! A jednak Hachez 77% miała "ciemniejszy wydźwięk", podkręcony dymem i choćby w owoce (śliwki, jeżyny) była bogatsza.
Wyszła podobnie do Lindt Excellence Mild Dark 70 %, co smuci, bo zawartość kakao jest wyższa. Niestety czuć, że podbita tanim kakao w proszku.


ocena: 6/10
kupiłam: RuDePol.pl
cena: 12,88 zł (za 80 g)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao w proszku, ekstrakt z wanilii bourbon

sobota, 21 maja 2022

Benns Ethicoa Sungai Ruan - Malaysia 72% ciemna z Malezji

Jako kolejną tabliczkę tej marki wybrałam z Malezji, bo z tego kraju jeszcze nigdy żadnej nie jadłam i po prostu mnie trochę ciekawiła. Ciekawiłaby bardziej, gdyby nie zastrzeżenia co do formy i jakości. Chwilę pomyślałam, sprawdziłam. Malezja leży na wyspie Borneo, z której to jadłam jedną czekoladę: Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan. Nie była cudem, więc poprzeczka w sumie wysoko się nie znalazła, aczkolwiek... Taki "szczególik", że od razu przypomniały mi się wspaniałe, indonezyjskie czekolady - wszak to ten region. Co mogę o tym kakao więcej rzec? Ponoć mocno prażone. Zakupione z plantacji rodziny Koh, mającej ponad 30 lat doświadczenia. Sami, rodzinnie, zajmują się uprawą, fermentacją i suszeniem ziaren. Wokół ich plantacji kakaowców jest mnóstwo plantacji różnych owoców (co w sumie nie jest niczym dziwnym). Byłam ciekawa, jak bardzo wpłynie to na kakao.

Benns Ethicoa Sungai Ruan - Malaysia 72% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario z Malezji, ze stanu Pahang, wioski Sungai Ruan.
Czas konszowania to 72 godzin.

Po otwarciu poczułam łagodne mleko i migdały, może właśnie mleko migdałowe... ale też prażenie m.in. z migdałami związane. Prażenie czy nawet wędzenie? Na pewno wprowadzało motyw bardzo rozgrzanej słońcem suchej, ciemnawej ziemi. Oprócz tego czułam słodycz duszącą czarne porzeczki. Dziwne - wyobraziłam sobie miód z czarnymi porzeczkami (taki, co przejął ich kolor i się nimi zagęścił). Trochę jakby dżem w odwróconych proporcjach, tylko że... porzeczki były raczej świeżo-surowe. Tyle że zmieszane ze słodyczą. Chwilami przybierały na wyrazistości. W tle plątała się słodka, egzotyczna nutka owoców, trudna jednak do uchwycenia. Zapach wydał mi się głównie słodko-kwaskawy. Gorzkość nie zaznaczyła się nawet najdelikatniejsza (szkoda). 

Tabliczka koloru ciemnej mlecznej podczas łamania miejscami trzaskała / chrupała delikatnie (czasem zaledwie jak suszona trawa), miejscami konkretnie i głośno - zależy, czy trafiło się miejsce cieńsze czy grubsze. Nie trzymała się linii kostek, była delikatna i krucha. Kruszyła się na małe kawałki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, acz miękła szybko. Mimo miękkości, zachowała zwartość, wyginając się. Roztaczała wokół siebie tłusto-rzadkie smugi. Była gładka (co okazało się zaskoczeniem z racji ziarnistego przekroju), w porywach wodnista i śliskawa. Nic nie pozostawiała po sobie.

W smaku pierwsze przywitały mnie czarne, świeże i surowe, doskonale dojrzałe porzeczki. Połączyły w sobie specyficzną słodycz i leciusieńki kwasek, by następnie szybko utonąć w miodzie.

Słodycz rosła prędko i choć w pierwszej chwili pomyślałam o porzeczkach zalewanych jasnym (wielokwiatowym?) miodem / miodzie z porzeczkami, to szala przechyliła się na cukrową stronę. Prędko kompozycja zrobiła się aż chamsko słodka. Może też słodka trochę pudrowo? Jak sproszkowane suszone owoce i cukier puder?

Trochę jakby tak miodowo-porzeczkową masę chlapnąć na twaróg... kanapkę z tłusto-mdławym twarogiem. Zrobioną na żytnim chlebie, który skrył nutkę... zboża / słodu? Leciutko goryczkowatą.

Porzeczki zaś zadbały o cierpkawe echo. Ze świeżych na tyłach zmieniły się w takie... miękkawe, wielkie i przejrzałe. Ich smaczek zahaczył o... grzyby? W takim nieco "czekoladowo-nadzieniowym" wydaniu, a częściowo... coraz wytrawniejszym? Gdy tak grzyby zmierzały w coraz bardziej ryzykownym kierunku, rozpędziły je nagle migdały. Chlebowe akcenty też się w nie zmieniły.

Wraz z tym jak umacniała się cukrowa słodycz, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja stała się mleczna. Zupełnie jakby popłynęło mleko... mleko migdałowe? Z orzechowym, słodkawym echem. Wyobraziłam sobie cukrowy sernik, z aż pudrowym motywem, bez jakiegokolwiek kwasku, a jednak... z rodzynkami? Co bardziej gorzkawe, utworzyło dla sernika migdałowy spód. Na styku tych nut zarysowało się wytrawne, czyste masło (przed oczami wyobraźni stanęła mi kostka masła, po prostu). Zupełnie, jakby ktoś dodał go o wiele za dużo do sernika (myląc proporcje z serem?).

Rodzynki mieszały się z migdałami i grzybami na tyłach. Wydały mi się jakieś nieświeże, nadpsute albo jakby użyto rodzynek w rumie czy coś i tak dziwnie wyszły. Z taką pewną... ostrością? Jakoś tak wytrawnie? Wraz z kolejnymi kęsami przyszła myśl o jackfruicie (owocu, który smakuje trochę "wędzono-mięśnie"). To jednak nie był w 100%ach on (może w 80%?). Migdały próbowały obudować to prażoną nutą. Pojawiła się ziemia rozgrzana słońcem i dzięki niej z czasem wróciła cierpkość.

Od sernika i jego rodzynek rozeszła się jednak odrobineczka - może nawet iluzja - kwasku. Wróciły surowe czarne porzeczki. Słodko-kwaskawe, zaprosiły do tańca bardziej egzotyczne owoce. Podobne, porzeczkowawo-kulkowe... "jagódkowe" i niedookreślone. Też jednak - surowe, a dosłodzone (zasypane cukrem?). Również one niosły ciepło tropików, słońca (jakby czuć ich dojrzewanie w jego promieniach).

A jednak i jakiś... cierpkawo-kwaskawy ananas? Coś żółto-soczystego się tam zaplątało... jakby mieszankę słodzidła (już raczej cukru niż miodu) i porzeczek próbowano przełamać. A potem znów wrócił cierpkawy jackfruit, w asyście łagodzącego wszystko masła i sernika, którego słodycz się zredukowała, przez co z kolei wydał mi się głównie maślany. I nie to, że ogólna słodycz zmalała; ona jakby odrywała się od wytrawniejszych nut i płynęła sobie obok.

Po zjedzeniu na dość długo został posmak przesadzonej, pudrowo-cukrowej słodyczy i prażonych migdałów. Cierpkość i pewne wędzenie, nawet coś ostrzejszego... Motyw czarnych porzeczek mieszał się z egzotycznym kwaskiem, ale chwilami także na końcówce wypływał bardzo wyraźnie. Na zasadzie jakby... przyozdobiono nimi straszliwie przesłodzony sernik (może i na mleku migdałowym?).

Czekolada miała trochę fajnych nut (czarne porzeczki), parę takich, co mogły być przyjemne, ale zmierzały w złym kierunku (migdały / mleko migdałowe, sernik) i coś przy nich drażniło. Słodycz mi przeszkadzała, bo nie dość, że była za wysoka; chwilami się odrywała i miała toporny wydźwięk. Owoce niestety wyszły przesłodzone, egzotyczny powiew zbyt zgłuszony, niejednoznaczny, a gorzkości w sumie brak. Była jakaś wytrawność (grzyby, rodzynki, jackfruit), ale wyszła pokracznie. Konsystencja i forma beznadziejne, więc i za nie punkt poleciał (smakowo to 6).

Byłam w szoku, bo przecież i w Krakakoa pojawiła się delikatniusia nutka grzybów (specyficzna i dziwna). Oprócz tego egzotyczne owoce (ale w o wiele bardziej owocowym, złożonym bukiecie, bo i banany, daktyle, maliny, pomarańcze czułam), znacznie więcej ziemi, kawy... Choć też słodka, Krakakoa była o wiele wytrawniejsza. W niej zaintrygowała mnie marchew. W Benns czułam karykaturalne, wytrawne rodzynki. Jak Krakakoa to zacne przyprawy, zioła, tak Benns ledwie ciepełko.


ocena: 5/10
cena: 25 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 

piątek, 20 maja 2022

Mark Sękacz Mazurski Maślany; Janza Sękacz + kilka słów o sękaczach

Urodziłam się w Suwałkach, a więc w województwie podlaskim, gdzie ciastem regionalnym są sękacze. Stamtąd blisko na Litwę, gdzie sękacze również są - zupełnie inne jednak, niż w Polsce. W większości kraju na słowo "sękacz" ludziom pewnie może przyjść do głowy jakaś dziwaczna rurka nadziana nie wiadomo czym. Tą z kolei ja zobaczyłam stosunkowo niedawno (nigdy nie jadłam i nie zamierzam). Jako że z sękaczami, tymi najprawdziwszymi, mam wiele wspomnień z dzieciństwa, postanowiłam jeden wpis im poświęcić. Osobiście, pamiętając te najprawdziwsze, za nic nie sięgam po namiastki, ale Mama to co innego. Ona ogólnie lubi ciasta, więc czasem zadowoli się zamiennikiem i coś takiego kupi. W końcu obecnie świat to globalna wioska i wszystko jest wszędzie. Czy aby na pewno? Zanim do recenzji, trochę pozwolę sobie objaśnić.

miękkawy polski
powinien mniej więcej tak wyglądać
Tradycyjny sękacz polski z Podlasia to biszkoptowo-tłuszczowe ciasto na bazie jaj, które piecze się na rożnie (obracając), lejąc ciasto warstwami; bezpośrednio nad ogniem. Ciasto spływając tworzy "sople". Dzięki laniu warstwy na warstwę, uzyskuje się na przemian warstwy ciasta jaśniejszego i ciemniejszego.
To dość ciężkawe ciasto; powinno być zwarte i gęste, niby miękkie (ale wciąż w pewien sposób masywne) i niemal wilgotne od wewnątrz, a mocno poprzypiekane z brzegu. W smaku powinno się czuć jajecznośćć, a słodycz nie powinna być za wysoka (cukier utwardza wyrób, a nie o to chodzi).
Moja babcia ze wsi piekła sękacze. To tradycja od lat w rodzinie po stronie ojca, która niestety na jego pokoleniu się skończyła. I właśnie mój ojciec często z babcią ciasto to "kręcił". Aby obracać rożen przez długi czas, trzeba bowiem siły. 
Najprawdziwszy sękacz powinien być na bazie jaj. W zasadzie sukces tkwi w prostocie: 40 jajek, po 1 kg: masła, mąki i cukru oraz litr śmietany. Do tego sok z cytryny można dodawać w zależności od gustu. Można wcale, można z kilku.
Uwielbiałam te właśnie wilgotne od wewnątrz, ale z poprzypiekanymi na brąz sękami. Mało tego, w polskich sękaczach kładzie się nacisk na warstwy przekroju. Jasnego ciasta przeplatają się z ciemnymi (bardziej spieczonymi). Te drugie nadają całości charakteru. A na wygląd... cóż, wyglądają jak słoje pnia drzewa (co uważam za piękne).
Nie bez znaczenia zawsze było przechowywanie sękacza: w chłodnym, zacienionym miejscu, lekko przykryty, by nieco podsechł z zewnątrz (choć nigdy nie dochodził do realnej suchości), a jednocześnie - do otworu wstawiało się wysokie naczynie z wodą, by w środku był wilgotny i mięciutki. Mówi się, że dobry sękacz nie wysycha, a wręcz "dojrzewa". Faktycznie, nie pamiętam, by baciny kiedykolwiek wysechł.

miękkawy typu polskiego Janzy po lewej;
twardszy jak litewski Raguolis po prawej
Z rodzicami pamiętamy, że suwalska piekarnia Janza przez laty robiła całkiem niezłe sękacze, ale niestety. Wraz z ich przestawieniem się na eksport, pozowaniem na "prezentowość" (co zauważyliśmy jakoś po 2010 roku), spadła jakość. Zaczęli dodawać margarynę i inne dziadostwa. Kiedy jeszcze kilka (kilkanaście?) lat temu ojciec jeździł do Suwałk, chcąc pokazać swojej nowej rodzinie sękacze właśnie, kupił nawet jakiegoś "z wioski" od pani z Puńska ("Raguolis" Aldona Szupszyńska), której z kolei tzw. mrowisko zostało nawet nagrodzone, ale i to nie było to. W zasadzie był nawet gorszy od janzowego, bo też z margaryną i w ogóle jakiś suchszo-twardszy, taki bardziej typu litewskiego. Zdjęcia moje niestety to tylko te sękacze, bo babcine nie zachowały się na żadnych (nie mam zdjęć rodziny od strony ojca).

litewski - twardość i kruchość aż widać
Wspomniałam, że to "biszkopt", miękki. Taak, ten polski tak. Na Litwie natomiast sękacze są znacznie twardsze, że gdy ułamuje się sterczące fragmenty, aż trzasnąć potrafią. Wyglądają bardziej "strzeliście" (dłuższe, gęsto rozmieszczone sęki). Litwini słodzą swoje wyroby o wiele bardziej, przez co są one cukrowe i według mnie nie mają tego czegoś. Ich przekrój jest w zasadzie jasny. Daleko im do mięciutkich, bardziej jajeczno-śmietankowo "biszkoptowych" sękaczy z Polski. Jak jeździliśmy na Litwę z rodzicami wiele lat temu, zdarzyło nam się z ciekawości te twory próbować. Zupełnie nie rozumiem, jak je można lubić. Twarde, suche, kruchawe i straszliwie słodkie - czysty cukier w zasadzie.

------

I jako że to blog z recenzjami, doczekaliście się, wreszcie jest część "właściwa".
Tego sękacza (niech mu będzie...) Mama kupiła tylko dlatego, że myślała, że zrobiła go piekarnia Merk, a więc uwielbiana przez niektórych Suwalczan (akurat przez Mamę nie, ale "wspomnienia, pochodzenie"). Jak się okazało... to giżyckie Mark. Ja jednak i tak już nastawiłam się na cały taki "ciekawostkowy post" i zastanawiałam się, co oni tam nakombinowali i... w jaki sposób zepsuli wypiek. Jak to im się wydaje, że umieją zrobić sękacza. Już bowiem widząc skład wykrzywiłam się w ironicznym uśmiechu, myśląc: "no chyba nie".

Mark Sękacz Mazurski Maślany to "ciasto biszkoptowo-tłuszczone ręcznie robione z produktów pochodzących z Mazur", wyprodukowany przez ZPH Mark Giżycko.

Po otwarciu uderzył mnie zapach słodziutkiego, słodziusiego mleka w proszku. Wyszło dziecięco-urokliwie, nawet nieodpychająco obiektywnie, ale zupełnie nie w moim typie. Wyraźnie czułam motyw mleka i masła, ale też waniliowego biszkoptu. Z zapachem sękacza miało to niewiele wspólnego. On nie powinien być tak słodziusi... Serwatka jednak pewnie zrobiła swoje. Czuć pewną soczystość w trakcie jedzenia, co też mi nie pasowało.

Ciasto okazało się zbite, ale zaskakująco spulchniono-miękkie. Kapciem go jednak nie nazwę. To biszkopt, niezbyt zwarty. Trochę się rozwarstwiał, lekko kruszył, mimo że był wilgotny i bardzo tłusty. Bardzo, bardzo tłusty. Pokrywał dłonie, chusteczkę, denko do krojenia i wszystko wokół oleistą warstwą. Na chusteczce zostawił krąg, którego nie powstydziłaby się Samara z The Ring. Tłuszcz zostający na dłoniach i ustach był obleśny. Dobrze wypieczony sękacz nie powinien go zostawiać, mimo iż z zasady jest tłusty. Z wierzchu właśnie powinien być suchszy (nie "suchy", a poprzypiekany).
Ciasto nie miało sterczących sęków, ale patrząc na jego strukturę... nie dałoby się normalnie w charakterystyczny sposób ich odłamać, bo raczej rwało się. Olej dosłownie się z niego wyciskał, z każdej strony.
W ustach z łatwością rozpływało się na lekko pylistą, ciastowo-proszkową, tłustą gęstwinę i jednocześnie rozpadało na ciastowe, miękkie grudki. Było miękkie, niemal mokre i delikatne, mimo że tłuste. Sporo w nim tłustości oleju.
Epizodycznie trafiałam na drobno siekaną skórkę pomarańczy. Była miękka i... w zasadzie nie mam do niej nic jako do skórki, ale... SKÓRKA W SĘKACZU?! Hańba. W tym cieście nie ma dla niej miejsca. Ta tu była i... wtapiała się w ciastowe grudki, trochę konkretu jej nadając, czegoś do zawieszenia zębów, bo ciasto rozpływało się z łatwością, ale... nie podoba mi się takie rozwiązanie. Całość oblepiała zęby.
Tłustość sękacza powinna być bardziej masywna, zbita, maślana. Powinien opierać się na maśle, nie zaś rozrzedzać je olejem.

W smaku ciasto uderzało słodyczą. Pomyślałam o cukrze pudrze i słodziutkim, zdecydowanie za słodkim mleku. Było to... jak nierealistycznie słodkie mleko (np. bez laktozy?), słodkie mleko w proszku...? Bo i pudrowość się w tej słodyczy znalazła, właśnie cukrowego pochodzenia. To jakby trochę rozbijało chamską biało cukrowość samą w sobie. Dodatkowo doszła do tego wanilia. Przełożyło się to na przesadzoną słodycz, męczącą, ale nie straszliwą.

Mleczność od razu już właśnie ze słodyczy płynęła i wcale jej nie tonowała, a umożliwiała rozprzestrzenianie się. Zmieszała się z masłem i olejem. Słodziutko-tłuste ciasto zaserwowało mi jajeczno-biszkoptowy motyw słodziutkich, małych biszkoptów okrągłych, ale też waniliowych biszkoptów-ciast. Wanilia i jajka jakoś w połowie rozpływania się kęsa w ustach zawiązały sztamę. Specyficzne połączenie podkreśliła tłustość-tłuszczowość. Dawała się we znaki, niemal na równi mieszając się z jajkami.

Wszystko to jednak było podporządkowane słodyczy i... soczystości. Ta też nasycona była słodyczą, ale przy wyłaniających się skórkach, mogłam stwierdzić, iż istotnie czuć cytrusy. Podkreśliły jajeczność biszkoptowego ciasta.

Wszystko było tu nie tak, gdy myślę o tym, jak powinien smakować sękacz. Otóż nie powinien być taki "mleczniusio słodki". Nie bez powodu dodaje się do niego pełną śmietanę, nie jakieś serwatki. I na pewno nie w proszku. Serwatka w proszku z mieszanką masła i oleju nie dała tego konkretu sękacza, który płynie z duetu masła i śmietanki. One razem z jajkami powinny poskramiać słodycz.

Po zjedzeniu czułam mleczność, cukrowo-pudrowe, waniliowe przesłodzenie i aż metaliczny splot tłuszczu i jajek. Całość była... słodko-biszkoptowa, słodziusio-słodka i... w zasadzie nawet obiektywnie pewnie niezła jak na jakiś tam słodki biszkopt, ale bez charakteru sękacza. On powinien być szlachetniej, nie dziecięco słodki, nie taki mleczny, a nawet z paloną nutką. Nie powinien z niego płynąć olej, nie powinno być skórek. Oleistość i proszkowość? W sękaczu?! No gdzie mi z tym... 

Z tradycyjnego sękacza niewiele miał, biszkopt to może niezły, ale to smutne, że takie coś w Polsce promuje sękacze. Toż to biszkopt! Nawet nie zły, ale nie sękacz-sękacz.

Oczywiście większość (bo choć planowałam zjeść jakąś 1/4 zakupionej części, nie dałam rady nawet tyle) zjadła Mama. Lubi wszelkie "bołki" (jak to nazywamy biszkopto-babko-ciasta) i uznała, że to "dobry biszkopt, taki trochę udający sękacza". Dodała: "skórek specjalnie nie czułam, dopiero jak się skupiłam i nie wiem zupełnie, po co tam one. Całość bardzo poprawna, ale rzeczywiście bardzo słodka i tłusta, bardziej niż typowe. Gdyby to był biszkopt w cenie do 40 zł za kilogram, powiedziałabym, że bardzo dobry, i tyle."


ocena w skali sękaczy*: 4/10; ocena biszkoptu: 6/10
kupiłam: Lidl
cena: 11,26 zł za 235 gramów, czyli 47,90zł / 1kg
kaloryczność: 415 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: jaja, cukier, mąka pszenna, masło, serwatka w proszku, śmietana, olej rzepakowy, kandyzowana skórka pomarańczowa (skórka pomarańczowa, cukier, syrop glukozowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), aromat waniliowy, cukier waniliowy

*No, to dodajmy, że taki tradycyjny sprzed lat, babciny i jemu podobne to 10/10, bardzo dawny Janzy 9/10, Janzy po zmianach 5/10 tak około roku 2010, Raguolis (choć już go słabo pamiętam) 4/10, a jakikolwiek nawet najlepiej zrobiony litewski może mieć u mnie góra 2/10

------

Dodatek z dnia 10.10.2021
Długa kolejka wpisów pozwoliła mi jeszcze dograć, dopieścić ten post. Na urlop (w słonecznym październiku! ekhem) ojciec wybrał się do Suwałk i mimo mojego przypominania, że sękacze Janzy się zepsuły, przywiózł sobie do domu właśnie go. Ja nie chciałam ani kawałka, Mama natomiast wzięła, bo gdy ojciec przyjechał w swoją sobotę w miesiącu, pół krążka przywiózł. Popatrzyłam, powąchałam i skrzywiłam się. Mimo to uznałam, że zobaczę, jak to po latach Janza się miewa.

Irytował mnie ich opis, że produkują zgodnie z wielowiekową tradycją - ta piekarnia powstała jakoś w latach 80. Opisy ich wyrobów natomiast mają się ni jak do rzeczywistości. Smutne. W dodatku na swojej stronie podkreślają: "sękacz nie wysycha. Sękacz im starszy, tym jest lepszy." A ja miałam w rękach dowód na... no właśnie, na co?

Janza Sękacz to "tradycyjny sękacz suwalski".

Ciasto dosłownie śmierdziało. Margaryną i chemią wściekłą, niespożywczą. Przyszły mi do głowy wszelkie środki czyszczące, proszki i innego rodzaju rzeczy, których nie chce się mieć w ustach. To było mdlące, ciężkie i wymieszane z cukrem. Może pudrem, torbą starego cukru... Coś okropnego.

Sękacz z wierzchu w dotyku był suchy jak pustynia, kruszył się.
Jedzony przypominał suchy pumeks, który nagle upuszcza ogrom oleju. Suchy i tłusty jednocześnie, rozpuszczał się nieco wodniście i natychmiast wlepiał się w zęby. Miękka, zalepiająca masa okazała się w dodatku pudrowo, proszkowo mączna.

Najgorszy jednak był smak. Najpierw uderzył czysty biały cukier, potem wsparła go margaryna i jakby cukier puder. Następna w kolejności ruszyła obleśna chemia. Jakby wymieszać zepsuty serek o smaku biszkoptowym z całym asortymentem sklepu z chemią gospodarczą, środkami czyszczącymi. Jakiś olej, metaliczność - dziwne nuty gryzły mnie w język. Do tego doszło coś, co skojarzyło mi się ze sztuczną bezą. W tle cały czas czułam margarynę i związaną z nią taniość. To było duszne i nawet nieciastowe, aż nie do opisania. W zasadzie nawet nie chciałam myśleć, co tam czuję. Po prostu nie chciałam tego czuć ani chwili dłużej.

Przepraszam, napisałam, że to smak był najstraszniejszy. W zasadzie posmak go przebił. Wgryzł się w usta, język - wszystko. Był sztuczny, jakbym sobie środki chemiczne wsypała / wlała do ust. To jakiś dziwny kwach, duszne skarpety i cukrowość - z tym, że i ona była sztuczna. To mnie autentycznie wystraszyło i przyprawiło o odruch wymiotny.

Mama zjadła resztę z mlekiem i też była przerażona. Pozwolę sobie ją zacytować: "To nie stało koło sękacza. To w ogóle koło ciasta nie stało. Suche i tłuste jednocześnie, a smak? Sztuczny jak środki do sprzątania, aż takie wgryzające się, paskudne. Posmak jakby chciał mnie zabić. Kwach, gorycz, chemia i nie wiem, co jeszcze".

ocena: 1/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: nie płaciłam, ale jego cena to 45zł / 1kg
kaloryczność: 455 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: jaja, mąka pszenna, margaryna (oleje roślinne: palmowy, rzepakowy; woda, emulgator: E471, sól, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, substancja konserwująca: E202, aromat, barwnik: E160b), śmietanka (śmietanka, stabilizator: E407), cukier, aromat waniliowy

-------------
Jako osoba wychowana na sękaczach robionych tradycyjnie przez babcię, mistrzynię w swym fachu, ubolewam, że obecnie zakupienie dobrego sękacza graniczy z cudem. Są jednak ludzie, którzy umieją takie ciasta wciąż robić. Z doświadczenia jednak wiem, że to mistrzynie, produkujące domowo, nie na masową skalę. Smak dzieciństwa przypomniałam sobie za sprawą wybitnego sękacza podlaskiego, kupionego ze sprawdzonego, niemasowego, niekomercyjnego źródła.

czwartek, 19 maja 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Piri Piri Venezuela Carenero Superior Flavoured 75 % ciemna z Wenezueli z chili

Niedługo po miętowej tabliczce Beskidu uznałam, że sobie takie zestawienie duetu zrobię... Ochłodzenie i rozgrzanie, niczym Pieśń Ognia i Lody G.R.R. Martina - w wersji czekoladowej, a co! W końcu jakże mogłabym nie spróbować nowej propozycji z chili, która weszła zamiast ciemnej 73 % z chili piri piri.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Piri Piri Venezuela Carenero Superior Flavoured 75 % Dark o zawartości 75 % kakao trinitario Caranero Superior z Wenezueli, z regionu Carenero (w stanie Miranda) z papryczką chili piri piri.
Konszowana min. 48 godzin.

Po otwarciu poczułam słodko-kwaśne, goryczkowate grejpfruty, cytryny i może też limonki z wyraźnie zaznaczonymi skórkami. Ich soczystość podkreślił lekki kwasek nabiału i wzmocniła pewna ciepła soczystość, do odnotowania z czasem. Chili jako takiego ewidentnie nie czuć, acz kompozycja wydała mi się właśnie ciepła. W trakcie degustacji doszukałam się jego echa w tle, ale nic ponadto. Do tego dołożyła się szlachetna słodycz karmelu, zmieszana ze słodkawo-neutralnymi elementami orzechowymi, kwiatowymi. Trochę jak... dżem wiśniowo-korzenny? Soczysty i ciepły.

Bardzo twarda tabliczka podczas łamania trzaskała bardzo głośno. Przypominała skałę o zbitym, ziarnistym przekroju. Odgryzanie kawałka przyprawiało o ból szczęki, ale obfitowało w kolejny donośny huk.
W ustach rozpływała się powoli, ale bezproblemowo. Przypominała zwartą i zbitą grudkę budyniu, niemal do końca zachowującą pierwotny kształt. Nieco gięła się, powierzchownie miękła. Była jedynie tłustawa i idealnie gładka. Choć opływała nieco wodnistymi smugami, przedstawiła się jako masywna, pełna i wręcz syta.

Od początku po ustach rozchodziła się wyważona słodyczy karmelu, a ostrość zapowiedziała swoją obecność w tle. Słodycz otaczała pewna łagodność, a więc jakby naturalnie słodkawe, niemal maślane orzechy czy właśnie też odrobinka nuty po prostu maślanej. Karmel sam w sobie jawił się jednak jako palony mocno i wyraźnie.

Do łagodniejszych nut prędko dotarła śmietanka. Ta już nieco zabarwiła karmel. Pomogła jej niemal kwiatowa zwiewność. Wraz z nią maślaność... Choć od początku czułam też gorzkawość, to te delikatniejsze tony bardziej przyciągały uwagę, gdyż już po paru sekundach w gardle swoją obecność zaznaczyło rozgrzewające chili.

Lekka gorzkość wzrosła. Pomyślałam o niej jako o dymie znad ognia - dość ciepłym i nieco piekąco-drażniącym. A jednak palona gorzkość, jak i karmel, wyszła szlachetnie. Jak płonące w kominku drewno, ognisko... drzewa nasiliły się, a potem zagrały bardziej orzechowymi nutami. Do głowy przyszły mi poprzypalane orzechy. Baza mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiła się przyjemnie gorzka za sprawą cierpkawej, ziarnistej kawy. Tę podkreśliła ziemia. 

W tym czasie cały czas rosła słodycz. Nie drastycznie, ale jednak. Miała chwilę złagodnienia do delikatnego, śmietankowo-maślanego karmelu, ale dzięki ziemi i drewnu wrócił ten palony. I... przybrał korzenną, ciepło-cynamonową otoczkę. 

Wraz z tym rosła pikanteria. Ciepło wyczuwalne od początku prędko bardziej zwróciło na siebie uwagę. W dużej mierze jako coraz mocniejsze palenie w gardle. Mimo to, czuć także jego smak. Wyszło świeżo-papryczkowo, ostro-słodkawo. Uwypukliło soczystość.

Ta rozlała się po ustach jako kwaskawe, choć nie intensywne, limonki i cytryny. Pojawiły się także ich skórki, a goryczka kawy, ziemi dopowiedziały im grejpfruty i słodsze pomarańcze. Czerwonoowocowe tony wydały mi się przy ziemi lekko... podfermentowane? Cynamon zdawał się je zasypywać, dym otaczać. Jakby też... wzmocnić to pieprzem i goździkami? Pewna rześkość owoców dopowiedziała lukrecję.

Z czasem słodycz i do owoców w sowitej ilości dołączyła, a gorzkość znowu złagodniała, mimo wyczuwalnego wytrawnego dymu. Baza pod koniec zrobiła się jeszcze bardziej śmietankowa. Czułam śmietankowy twaróg, nabiałowe złagodzenie. Utrzymywała się jednak pewna żywość (od owoców?), stąd pomyślałam też o świeżych kwiatach. Żywych, białych... porastających drzewa?

Mignęło skojarzenie z egzotyczną, wymyślną kompozycją... np. ananasem i papają na ostro? Marynowanymi w chili, z cytryną... Kwaśność i goryczka splatały się, owoce walczyły o rześkość mimo wyczuwalnego palenia chili w gardle i ustach.

Poczułam wiśnie - jakby nieco gnilne, zasypane cynamonem... Poprzypalane konfitury korzenne? Nieco za ostre; bardziej skupiające się na przyprawach niż na owocach. Takie... z ucieranymi płatkami kwiatów? Jakby dodać je na coś śmietankowego (kanapkę z serkiem?). Goryczka, cierpkawość kawy (z kwaskiem?) snuła się w tle... 

A od wszystkiego usilnie odwracało uwagę pieczenie w gardle. Chili dopowiadało przyprawieniu oczywiście swoistej ostrości, ale to głównie w gardle działało. Pod koniec palenie zrobiło się bardzo mocne i odwracało uwagę od tego, co działo się w ustach.
Dosłownie na sam koniec i w nich czekoladę przygłuszyła mocarna, ostra papryczka o wytrawniejszym, lekko soczystym smaku - paprykowatego chili i pestek. Przy dwóch pierwszych kostkach wydała mi się aż wyciskająca łzy; rozkaszlałam się. Potem jednak czy to ja się przyzwyczaiłam, czy po prostu w tych pierwszych skumulowała się przyprawa... Potem się to już jakoś rozchodziło.

Po zjedzeniu został posmak chili-przyprawy, świeżych pestek, pewna... wytrawność chili z nutką wiśni i cytryn, może kawy i dymu. Zrobiło się trochę chili-pieprznie, przy czym goryczka dymu trwała niestrudzenie. Utrzymywał się, ale nie tak mocno. Ostrość wyszła trochę "zerująco", gdy chodzi o posmak, a dym jakby właśnie ostrość ugłaskał.

Całość uważam za zrobioną w zasadzie dobrze, smakowała mi... częściowo bardzo. Mam też jednak spore zarzuty. Choć czuć cytrusowo-kwaskawe nuty cytrusów i nabiału, gorzkość też była (jako orzechy, drewno, kawa i dym), to jednak ostre i piekące w gardle chili kontrastowo uczyniło samą czekoladę mało istotną chwilami. Pikanteria chili odwracała od niej uwagę i według mnie piekła w gardle za bardzo. Porządnie karmelowa słodycz pasowała, a korzennie-cynamonowy wydźwięk był miły. Ostro-owocowe mieszanki wyszły intrygująco (ananasa z chili znałam już z 73% z chili piri piri i zacnie go było znowu poczuć oraz wiśnie z cynamonem). Całość... jakoś pracowała. Mało tego, dodano chili do czekolady, która sama w sobie miała jego nuty. Dzięki temu to wyszło tak zgranie. Najpierw myślałam, że dodatek tak zdominował kompozycję, ale w miarę jedzenia straciłam pewność, a recenzja czystej 80 % mnie utwierdziła, że to się zgrało.

Wydała mi się bardziej gorzka i skupiona na chili niż 73%. Czuć w niej Beskid Wenezuela Carenero Superior 80 % i jej naturalnie chili-przyprawowe nuty, zestawione z cytrusami, spotęgowaną o pieczenie chili w gardle. Wersja z chili wydała się neutralniejsza niż gorzka, słodko-uboższa, bo nie czuć bananów, daktyli, a tylko prostszą, karmelową słodycz. 73% zawarła o wiele więcej nut bardziej słodyczowych, czekoladowych, na słodko. Obstawiam, że sama ostrość była na jednym poziomie; wiem, że spadła mi tolerancja na ostrość, więc nie mam zamiaru się jej czepiać za bardzo. Osobiście wolałabym propozycję skupioną bardziej na czekoladzie niż chili, ale rozumiem i taki efekt, jak i to, że na pewno znajdzie amatorów. Swoją zjadłam z zainteresowaniem, bo... bo już była, ale nie chciałabym jej więcej. Czekolada wciąż smakowała nutami, które lubię w peruwiańskich Beskidach, a jakby właśnie z wyciętą pralinowością 73%. Żadna nie jest lepsza / gorsza w zasadzie... Są po prostu inne.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, papryczka chili piri piri (0,1%)

środa, 18 maja 2022

Das Exquisite Noir Feinherb Extra Dunkel 78% Cacao ciemna

W Rossmannie bywam rzadko, a ich czekolady zawsze wyglądały mi na badziewne, na udające ekskluzywne. Niemniej kiedyś tam uznałam, że głupio oceniać po opakowaniu i parę mnie skusiło. Większość była paskudna (np. Karamell & Meersalz / Karamell-Mandel-Nougat to jakaś tragedia, Minze Zartbitter / mit feiner Minz-Note niewiele lepsza), ale może po prostu były czymś nie w moim typie? Bardziej moja Chili Zartbitter mi smakowała, toteż gdy złe wspomnienia jakoś tam się rozeszły, postanowiłam jeszcze dać szansę ich czystej czekoladzie. Nie nastawiałam się na nic pysznego, ale ciekawiła mnie.

Das Exquisite Noir Feinherb Extra Dunkel 78% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao, wyprodukowana w Niemczech dla drogerii Rossmann.

Po otwarciu poczułam mocno palony, aż nieco za mocno, zapach kawy. Była to kawa czarna i gorzkawa, ale... jakby dolewano właśnie śmietankę - ciekawe wrażenie. Niosła łagodzenie wraz z maślanością z tła. Trochę jak maślane tosty, poprzypalane po bokach. Chwilami myślałam o niedoprecyzowanych lodach "ni waniliowych, ni śmietankowych". W oddali doszukałam się lekko soczystego akcentu, przywodzącego na myśl śliwki w czekoladzie z mulistą, maślaną warstwą kremu lub ciasto czekoladowo-śliwkowe, a realnie bardzo maślane.

W dotyku tabliczka sprawiała wrażenie bardzo twardej, lecz mimo głośnych trzasków suchych gałęzi, nie była taka bardzo, bardzo twarda. Trochę kamienna, ale jak jakiś porcelanowy kamień.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, zachowując niemal do końca kształt. Miękła jednak błyskawicznie. Gięła się trochę, roztaczając wokół siebie pylistą zawiesinę i przypominając po części węgiel rozrabiany w wodzie. Centrowo była w miarę zbita i dość tłusta, a jednocześnie sucha. Wszystko to przełożyło się na to, iż wyszła jedynie gęstawo, acz lepko (aż przytykająco-kleiście), nie zaś gęsto-masywnie, o co mam żal. Znikała w ogóle licho, tak na tłustą wodę. Pod koniec lekko wysuszała pyłkowym efektem kakao, ściągającym zęby.

W smaku od razu okazała się wyraźnie słodka. To jednak słodycz zachowawcza, bo choć już startująca z wysokiego pułapu, to nie uderzająca i nie rosnąca jakoś drastycznie.

Prędko pojawiła się obok niej lekka goryczka, robiąc aluzję do kwasku gdzieś w oddali. Zbadała grunt jako pyliste kakao z czekoladowych trufli belgijskich, albo... wymyślnej kawy z kawiarni, oprószonej kakao, po czym zaserwowała kawę właśnie. Gorzką i paloną, dobitną. Zaraz jednak wlała się do niej śmietanka, łagodząc kompozycję.

Śmietanka zmieszała się ze słodyczą, kojarząc się z lodami, które choć dobre jakościowo, bo na śmietance zrobione, to niemogące się zdecydować co do smaku, czy są waniliowe, czy śmietankowe. Słodycz trochę tu pogmerała. Zaleciała jakby paloną wanilią i... kremem śmietankowo-"waniliowatym" (nie waniliowym)... Z ciemnego ciasta przypalonego po bokach lub... poprzypalano-kakaowych, niemal czarnych markiz (a'la Oreo), ewentualnie kakaowych wafli z jasnym kremem. Choć w dużej mirze chodziło o krem, to wypieczona reszta nie uszła uwadze. Pomyślałam też o nieco przypalonych, maślanych tostach (z serkiem śmietankowym? z czekoladowym kremem?). 

Mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa wróciła lekka cierpkość i goryczka. Choć łagodzone śmietanką i masłem, walczyły dzielnie. Nie wychodziły przed słodycz, ale i tak dały radę podkręcić gorzkawo-palony motyw. Wróciła kawa, i to ta czarniejsza, choć... pylista? Lody kawowe, delikatne i tłustawe, z wyczuwalnym pyłkiem kawy? I właśnie z tej pyłkowości wydostało się więcej kakao. Takiego... słodkiego jednak, rozpuszczalnego. Sowicie wypieczone tosty bardzo maślane zmieniły się w maślane, muliste ciasto kakaowe. I choć suche od pylistego kakao, to leciutko nasączone suszonymi śliwkami. Motyw czekośliwki w zasadzie do kwaskawości się nie zbliżył (lekko ją tylko zasugerował?), a podniósł słodycz.

Bliżej końca słodycz wzrosła mocniej, mimo cierpkawości. Na łagodzącej płaszczyźnie zajęła mocną pozycję i jako prosta, cukrowo-śmietankowa kierowniczka, zupełnie podporządkowała sobie kakao, przerabiając je na jakiś "słodyczowy twór". Oprócz opisanego ciasta, mignęły mi cukierki "śliwka w czekoladzie", ale oklapły w słodyczy i delikatnej, prostej cierpkości.

Po zjedzeniu został posmak kakao prostego, odtłuszczonego i... aż z nieco kurzową nutą. Pomyślałam też o słodkawym węglu, starej, pylistej kawie. Słodyczy nie brakowało, ale nie była wysoka. Maślaność... w zasadzie jakby próbowała się ukryć, ale ostała się jako tłustawy efekt fizyczny. Co więcej, usta i zęby trochę ściągnęło mi suche, pyliste kakao. Za jego sprawą, posmak nie trwał jednak długo.

Całość wyszła w porządku, ale tylko tyle. Prosta i niewymagająca, a w miarę zadowalająca, jak się już kupiło. Gorzkawa, w porywach gorzka - osiągnęła to głównie za sprawą mocnego palenia, przywodzącego na myśl kawę i kakaowe wypieki. Sporo w niej prostej słodyczy, która z łagodniejszymi nutami (śmietanka, maślaność) zgrała się i wyszła pierwszoplanowo. Ciekawe było skojarzenie z lodami, ale już konsystencja bardzo mi nie odpowiadała. Wydała mi się po prostu licha - taka miękka, niepozostawiająca za wiele po sobie. Czuć odtłuszczone kakao bardzo mocno. Wyszło to średnio półkowo, acz zadowalająco, myśląc o tym właśnie poziomie. Tylko albo aż tyle (droga nie jest). Gdy sobie pomyślę o Das Exquisite Mouse au Chocolate, to taak, ta zdecydowanie jest lepszym wyborem, acz taniość chwilami i tak daje się we znaki.
O tej samej zawartości kakao jadłam np. (Vanini) Tesco finest Uganda 78 % - ta niby też miała kakao w proszku, ale czuć lepszą jakość, nuty kakao (a nie np. gorzkość wynikającą z palenia) i niższą słodycz.
Rossmannowa wydała mi się bardziej czysto słodka i z wyraźniejszym kakao w proszku niż J.D. Gross 85%, bo podlinkowana wyszła już nieco tłusto-rozmyto. Wydają się jednak na mniej więcej podobnym poziomie.


ocena: 7/10
kupiłam: Rossmann
cena: około 3-4 zł (promocja)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao niskotłuszczowe w proszku

wtorek, 17 maja 2022

Pacari Passion Fruit ciemna z Ekwadoru 60 % z marakują (nowa 2021; po zmianach)

Na lato 2021 postanowiłam kupić dwie Pacari, do których od dawna planowałam wrócić, ale nie było, skąd zdobyć. Jedną z nich była najbardziej soczysta czekolada, jaką w życiu jadłam, czyli marakujowa Pacari Passion Fruit 2017. Nie miałam robić żadnej aktualizacji, ale... zobaczyłam skład. I ręce mi opadły. Zmniejszono ilość marakui z 6 % na 1,3%. I cóż, jak ucieszyłam się na pozytywne zmiany (zwiększenie miazgi) w czekoladach z dodatkami Beskidu (mięta, chili), tak tu... trochę się wkurzyłam, spodziewając się najgorszego. Miałam złe przeczucia, że marakuję wypchnął cukier, ale na szczęście nie (czego dowiedziałam się już w trakcie degustacji, studiując dokładnie skład i wartości).
Trochę śmieszna sprawa wyszła, bo sięgnęłam po nią akurat podczas nowiu księżyca w Raku, co uważa się za "czas powrotu do domu", rozumiane szerzej, a więc powrotów, w tym do korzeni, do rzeczy znanych; chodzi też o poczucie bezpieczeństwa... Ekhem, akurat mój powrót, jak widziałam, mógł być daleki od takiego powrotu.

Pacari Passion Fruit to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z marakują; wersja 2021.

Po otwarciu poczułam wyrównany, egzotyczny splot słodko-kwaśnych owoców żółtych i orzechów włoskich. Te wydawały się młode, delikatne i zmieszane z biszkoptowo-miodową słodyczą. Znalazł się przy tym lekko palony akcent jakby karmelu zrobionego z miodu, co mieszało się z biszkoptem z mnóstwem owoców. Jako masa, krem lub galaretka na wierzchu. Prowadził duet marakui i brzoskwini, acz czułam też ananasy i cytrusy. Łagodzone jakby wilgotnymi roślinnością / kwiatami?

Czekolada przy łamaniu trzaskała głośno, była bardzo twarda.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, średnio tłusto. Długo zachowywała formę i kształt. Cechowała ją zbitość i szorstkość, wręcz ziarnistość, z której to wyłaniały się wyczuwalne drobinki marakui - tak jednak mikroskopijne, że do pomylenia z niedokładnie zmielonym kakao. Czekolada całościowo z czasem upuszczała trochę soku, kojarząc się odlegle z naturalną, owocową galaretką. Parę drobineczek rozgryzłam i dosłownie eksplodowały soczystością - to chyba suszone na twardo owoce.

W smaku od razu ruszyła słodycz. Należała do jasnego miodu, trochę podszytego paloną (karmelową?) mgiełką. Mieszał się z owocową rześkością. Pomyślałam o egzotycznej mieszance pod przewodnictwem marakui i brzoskwini. Reszta początkowo była trudna do sprecyzowania. Marakuja dominowała, zapraszając jednak coraz więcej kwaśniejszych cytryn i ananasa. Błysnął kwasek, po czym zmieszał się ze słodyczą niemal po równo.

Lekka gorzkawość z tła zasugerowała orzechy włoskie i ziemię. Ziemia przejawiała kwaśność i wilgoć. Wpisała się w soczystość kompozycji. W jej cierpkości doszukałam się jakby od środka łagodzących wszystko kwiatów i lekko wiśniowej nuty niezbyt dojrzałych owoców. Wiśniom zdarzyło się zahaczyć o pikantniejsze wino.

Orzechy z kolei nieco tonowały słodycz, poskromiły ją, ale jakby z czasem trochę wystraszyły się kwasku i zrobiły trochę miejsca motywowi śmietankowego jogurtu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyły do nich owoce, przez co pomyślałam o karmelowo-orzechowym cieście z warstwą owocową. Może właśnie taką na bazie śmietanki / jogurtu. Ewentualnie... maślanki? Palono-dymna nuta wciąż jednak walczyła o orzechy, a cała słodycz zarysowała wizję wilgotnego biszkoptu... Jogurtowo-maślankowego? Wyraźnie nasączonego owocami. I może z żółtą galaretką owocową?

Egzotyczny splot był raczej słodki, słodko-kwaśny z czasem wykazywał wyrazistszą, orzeźwiającą kwaskawość marakui. Gdy wyłaniały się drobinki, przeszywała resztę jak szpileczki. Wciąż jednak była to kwaśność mocno dosłodzona. Choć rześka i soczysta, wtapiała się właśnie w słodycz owocowego ciasta. Na szczęście wyróżniała się w nim.

Pod koniec ciastowość i soczystość przedstawiły się jako bardzo łagodne. Niemal maślane? Maślanka zrezygnowała z kwasku. Karmel szalał, aż zaznaczył się w gardle. Kakao próbowało to tonować, tak, że na koniec jeszcze nieco wychynęło... jako jednak ciepło (tak... "karobowato?")? Rozgrzanej ziemi i taniny wina?

Po zjedzeniu został posmak kwaśno-słodkiej marakui, podszytej całym splotem ananasowo-cytrusowym jakby z nieco gryzącym efektem ananasa. Czułam też motyw ziemiście-cierpkawy, bardziej słodko-podfermentowany i nawet nieco śmietankowo-jogurtowy (jak takowy krem owocowy?). Silniejsza słodycz wydawała się odegnana, choć... obecna, acz wpisana w lekką pikanterię czy ciepło (trochę karobową?).

Na pewno zmniejszono ilość cukru - to plus. Nie przełożyło się to jednak na mniej słodki efekt. Bo... co zrobiono z bazą? Wydaje mi się, że zwiększono raczej tłuszcz niż miazgę, co jednak nie wyszło źle. Tylko choć marakuja wciąż była bardzo wyrazista, to jednak doleciało do niej wiele owoców i motywów właśnie słodkiej, łagodnej bazy. Marakuja łącząc się ze słodyczą w tej ilości sama też poszła też w inne owoce. Nie aż takie sproszkowanie marakui, a drobinki przełożyło się natomiast na nieco mniejszą soczystość.
Ta wyszła trochę bardziej jak o wiele słodsza i łagodniejsza wersja Pacari Raw Passion Fruit niż Passion Fruit. Dziwne. Nie podobają mi się te zmiany, ocenę obniżam, a czekolada wypadła z listy ukochanych.


ocena: 9/10
cena: 28 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, marakuja 1,3%, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 16 maja 2022

U Dziwisza Czekolada Artystyczna Wino ciemna 75 % z Peru z winem różowym wytrawnym

Ktoś mógłby zadać sobie pytanie, po co wciąż katuję się kolejnymi Dziwiszami. Właśnie w końcu też już nie wiedziałam i białą z wtopioną miazgą z orzechów włoskich oraz nibsami jako posypką, oddałam, nie otwierając, Mamie. Najpierw jeszcze się wahałam, bo jednak orzechy, ale... w końcu uznałam, że co mi po dodatku miazgi z nich, skoro całej reszty nie chciałam? (Nie pytajcie, jak się cieszyłam, gdy od Mamy usłyszałam, że tak podłej białej czekolady to w życiu nie jadła, że "to coś waliło cukrem, mlekiem w proszku i najgorszą taniością".) Gdy zaś chodzi o dodatek wina w czekoladzie ciemnej... Sprawa wyglądała nieco inaczej. Ciekawiło mnie, jak producent podszedł do wariantu. I... Mama bardzo nie lubi ciemnych, a tata ciemne toleruje tylko z nadzieniami / dodatkami. Ta była taka... taka dziwna, nie wiedziałam, komu mogłabym ją upchnąć (żadnemu z rodziców?). A może miała zaskoczyć na koniec?

U Dziwisza Czekolada Artystyczna Wino to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Chuncho z Peru "o smaku różowego wina zweigelt", a dokładniej z wytrawnym różowym winem Zweigelt Rose (ze szczepu Blauer Zweigelt) winnicy Rzeczyca.

Otwierając, trafiłam na zapach spalonego, czarnego już drewna opałowego i roślin, strączków... przez które pomyślałam o winogronowych wytłoczynach, jakiś dziwacznych resztkach winogron (po czym? pojęcia nie mam). Pewna wytrawność i maślaność z tła podszepnęły mi groch i soję, a te przywiodła na myśl kompozycję ciemną, ale wegańsko "mleczną". W trakcie degustacji przewijało się za jej sprawą skojarzenie z tłustymi, tanimi czekoladkami w wariancie udającym smak Marc de Champagne. Z czymś dusznym i kwaskawym (kwaśno-dusznym?).

Już w dotyku lśniąca tabliczka wydała mi się bardzo tłusta. Wyglądała na ciemną mleczną. Trochę brudziła dłonie, zaczynając się w nich podtapiać (choć jeszcze nie topić). Konkretna i masywna, w zasadzie nawet twarda, łamała się ze znikomym trzaskiem. Trochę się kruszyła. Odgryzając kawałek, trafiłam na miękkawość, a ona potrafiła zatrzeszczeć jakby od cukru i pyłku kakao.
W ustach rozpływała się bardzo łatwo i szybko, uderzając śliskością, podszytą wodą. Niby była zbita i gładka, ale brakowało jej konkretu. Przypominała zastygłą, kiepską i rzadkawą polewę. Znikała z ust na nic, w plastikowo-polewowy sposób. Zostawiała po sobie oleistość na ustach i poczucie suchości w ustach. 

Smak od pierwszych sekund uderzył słodyczą, na którą nałożył goryczkę i dziwny motyw alkoholowych rodzynek.

Słodycz rozchodziła się powoli, konsekwentnie i równomiernie, rosnąc jedynie delikatnie. Należała do karmelu, prędko zmieniając wydźwięk na niemal cukrowy alkohol. Pomyślałam o winie, zalatującym cukrem, a po chwili też rumie, brandy.

Goryczka mignęła spalonym, czarnym drewnem i czymś... zgorzkniałym. Nie mocno jednak, a zalatującym z tła. Gorzką rodzynką?

Rodzynkowy smak właśnie przybrał dziwny wydźwięk jakby rodzynek starych, przesuszono-nadpsutych. Pomyślałam o rodzynkach w spirytusie, potem wzrosła i słodycz, i pojawiła się delikatna kwaskawość. Dołączyła nuta wody, serwująca nijakie, a słodkie winogrona różowe i... czerwone owoce... Niedojrzałe, a jakby wodniste truskawki? Czekolada wydawała się udawać wariant Marc de Champagne i nadzienia truskawkowo-alkoholowe. Tylko... że bardzo o smaku tych alkoholi, bez wyraźnie wyczuwalnej alkoholowości jako zawartych procentów.

Konkretniej tanich czekoladek, bombonierki z takowymi nadzieniami. Oprócz goryczki palono-polewowej, poczułam lekko orzechowy akcent i maślaność. Czekolada jakoś w połowie rozpływania się kęsa zasunęła wyraźną, śmietankową nutę. Bazowo zaczęła łagodnieć, robić się coraz bardziej tłusto-wodnistą smakowo. Rósł za to alkoholowy aspekt. Wyszedł na pierwszy plan, zrównując się z czekoladowością.

Poczułam bardzo śmietankowo-słodkie ciasto czekoladowe... z którego alkohol, może i różowo-spirytusowe wino, może bardziej rum, aż się lał. Uderzał do głowy i jakby próbował ukryć kiepskie składniki. Ciasta tak nasączonego i tłustego, że pewnie aż plaskającego. Jakby ktoś zalał je spirytusem i napchał kiepskimi rodzynkami? Potrafiły mignąć kwaskiem cytryny, który pobudził czerwonawo-nijakie owoce.

Oczami wyobraźni zobaczyłam zwęglony, czarny pień; poczułam dym i lekką ziemistość. Byłyby w porządku, gdyby tłuszczowo-wodniste nuty i "nadpsute rodzyny" tak ich nie napastowały.

Pod koniec wróciły myśli o wytłokach z winogron, "winogronowych resztkach", winogronach jasnych i nieświeżych. Odnotowałam alkoholową ostrość, przekładającą się na skojarzenie z wodnistą słodzikowością i... jakby coś wegańsko-białkowego? Grochowość? Sojowość? Specyficzną goryczkę czegoś wege, związaną z nadpsutymi rodzynkami. Pomyślałam o cukrowym, owocowawym rumie. Dosłownie na koniec słodycz z alkoholowym uderzeniem wydawała się przesadzona. Taka... imperatywna.

Po zjedzeniu został posmak... smaku (nie alkoholowości) spirytusowo-winogronowego, taniej bomboniery / ciasta z plastikowo goryczowatą czekoladą.
W dodatku czułam oleiste zatłuszczenie i jakby pyłek kakao na zębach (mimo że czekolady oczywiście nie gryzłam), języku.

Całość wyszła niesmacznie w moim odczuciu. Jednocześnie po prostu mocno przeciętnie, że od biedy można zjeść (w moim przypadku jednak pojawia się pytanie: "ale po co?"; szkoda mi czasu na tak niesatysfakcjonującą czekoladę). Z alkoholowym smakiem, ale topornie. Mocno w smak alkoholu, niekoniecznie w same procenty, a jednocześnie mdło w czekoladowość. Tanio zarówno gdy chodzi o czekoladę, jak i tę nutę. Spirytusowy wariant Marc de Champagne z czegoś, te kiepskie rodzynko-czerwonawo-wodniste owoce i goryczka... spalone nuty od kakao, dziwna wodnistość i śmietankowość przełożyły się na ogólną gorzkość i lekki kwasek, ale niestety o złym wydźwięku. Delikatna, niezła słodycz nie pomogła. Sama niestety dawała się wciągnąć w kiepski wydźwięk. Gdy poczytałam o dodanym winie - czekolada chyba rzeczywiście ma jego nuty ("na podniebieniu delikatna słodycz, na języku nuta truskawek w śmietanie").
Wyszła więc... poniekąd zgodnie z opisem, ale i tak niesmacznie, a przynajmniej zupełnie nie w moim typie. Jak producent oferuje jakiś wariant, to proponuję, by kilka razy popróbował, czy nie tylko czuć, co trzeba, ale też czy efekt jest przyjemny. Tu chociażby ta beznadziejna wodnistość - sprawka wina?
Dodane wino... cóż, rzeczywiście je czuć (ale w nieprzyjemnym sensie).
Od razu przypomniała mi się "podobnie naalkoholowana" (niby czysta, a z alkoholem) Raaka 82% Bourbon Cask Aged Unroasted - wykonana jednak cudownie, tak, że wszystko w niej pasowało. Piwne Beskidy podobnie: IPA i APA. Wszystko można więc zgrać. Dzisiaj prezentowaną po zjedzeniu paska oddałam dla ojca ("a niech robi z nią, co chce"). On uznał, że: "taka tam... ale może być, bo nietypowa".


ocena: 5/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam; dziękuję)
cena: 16 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat wanilii

PS A jakby bylejakości było komuś mało, zapraszam na małą aktualizację o miodzie gryczanym Huzar, który w Biedrze potaniał (ciekawe, dlaczego).

niedziela, 15 maja 2022

Pralus Colombie Trinitario 75 % ciemna z Kolumbii

Z Pralusami mam jeden problem. Zawsze uważam, że posiadam ich za mało. Jak już kilka kupię, nie umiem się powstrzymać, by to właśnie po nie nie sięgać. Coś ta marka w sobie ma, że... że w zasadzie nawet nie próbuję się hamować. Tylko że smutno mi, gdy zmniejsza się ilość posiadanych, aż w końcu znów zostaję tylko z jedną. Ech, coś mi one szybko idą, jak zawsze. A jednocześnie... zorientowałam się, że ani trochę nie ciekawią mnie nowości marki, a więc z orzechami, nadziewane nugatowe etc. Ach, marzą mi się jakieś czyste ciemne nowości, ale na razie miałam taką nowość dla mnie, bo Kolumbię próbowałam tylko jako neapolitankę.

Pralus Colombie Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Kolumbii.

Po rozchyleniu sreberka poczułam prażono-palony, ciepły zapach migdałów i orzechów arachidowych, może jeszcze jakiś innych. Fistaszki od razu przywołały myśli o gęstych masach czekoladowo-fistaszkowych jak z wyidealizowanych Pierrotów, migdały zaś jakby otuliły się cynamonem. Było w tym sporo korzenności, aż pikanterii zahaczającej o chili. Orzechy otaczała odrobina dymu, ciepło... i promienie słońca? Ocieplające także drzewa - zdecydowanie żywe, zielone, nawet kwitnące. Kwiaty, choć nie intensywne, całkiem istotną rolę odegrały. Daleko w tle wychwyciłam delikatną soczystość egzotycznego splotu ananasów i papai, które... nie były zbyt jednoznaczna, ale znalazły się pod pieczą znacznie wyrazistszej brzoskwini. Słodycz była delikatna, nieco karmelowa. Choć całość to dosadna kompozycja, w trakcie jedzenia doszukałam się w niej odrobinki śmietankowo-maślanych tonów.

Konkretna, lśniąca tabliczka wyglądała na tłustą i jednocześnie pylistą.
Podczas łamania dała się poznać jako bardzo twarda i pełna, jakby esencjonalna. Byłam pewna, że okaże się tłusta i kremowo-pełna.
Nie pomyliłam się. Była gęsto-tłusta i bardzo, bardzo kremowa. Cechowała ją gładkość i nieco lepka oleistość. Zostawiała na podniebieniu gęste smugi, które przybywały kolejnymi falami, niczym budyniowe tsunami, które choć ochoczo, rozpływało się bardzo powoli. Wydała mi się niesamowicie pełna i masywna. Tłustość przełamała lekka soczystość i ściągająco-wysuszający efekt końcowy.

W smaku pierwsza rozpłynęła się gorzkość kawy. To kawa wyraziście palona i już zaparzona, na której zrobiła się naturalna pianka. Nie była palona mocno-mocno, ale odważnie. Rozchodziło się od niej pewne ciepło, które podtrzymywał dym.

Lekka słodycz zaznaczyła się w oddali. Pomyślałam o delikatnym, maślanym karmelu, ale nie byłam go pewna w 100 %ach. W tle nieśmiało przewijała się maślaność, ale nie śmiała zbytnio złagodzić kompozycji.
W oddali zetknęła się natomiast z delikatną jak rosa, rześką odrobiną słodko-goryczkowatej pomarańczy, podsycającą inne nuty.

Gorzkawy dym otaczał kawę. Wyobraziłam sobie paloną jako kadzidło, dymiącą korę cynamonu... dym, z którego to wyłaniały się prażone i gorzkawe migdały, fistaszki. Może też orzechy włoskie? Goryczka na dobre wtuliła się w orzechy.

Słodycz nieco rosła, także zdecydowała się na prażono-palony klimat. Należała do palonego karmelu z domniemaniem słonawości. Z czasem zaczęła mieszać się z orzeszkami i migdałami... a że sama nie odżegnała się od maślanych nut, skojarzenie z czekoladowo-maślaną masą sowicie wypełnioną ich kawałkami było niezwykle jednoznaczne. To... wedlowski Pierrot marzeń, ale w wersji niebiańsko nierealistycznej. Fistaszki chwilami również podlegały gorzkości. Potem też uchwyciłam aż coś maślano-ciastowego i... z nutą śmietanki?

Ciepła przybywało jako drzewa - masywne, rosnące od wieków w dobrze nasłonecznionym miejscu. I tym razem ogrzewało je słońca. Było w nich, jak w przyprawach, coś orientalnego. Może to drewno sandałowca, wprowadzające ciepłą słodycz? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o suszonych liściach tabaki, tabace i liściach... jeszcze nie ususzonych, acz wyłożonych na ciepłe słońce? Może to też jakieś kwitnące, ukwiecone drzewa? Skumulowały się migdały, może orzechy włoskie. I w nich czuć gorzkość i sporo cierpkości. Pojawiła się nuta ziemi. Także takiej suchej, rozgrzanej słońcem. W pewnej chwili przyszła mi do głowy sawanna.

Drzewa wprowadziły nieco cienia, życia, co błyskawicznie wykorzystała soczystość owoców. Wemknęły się subtelne nuty brzoskwiń, moreli... może jako dżem? Trochę próbowała rozruszać je soczysta kwaskawość cytrusów - słodkiej pomarańczy? Takiej jednak z zaznaczoną goryczkowatą skórką. Pomyślałam o owocach dojrzewających w słońcu, ale... z czasem gubiła się. Podobnie akcent papai (?) i niedookreślonych. To była subtelna nutka, też lekko wpisana w ciepło (jak owoce dojrzałe na słońcu i wciąż na nim leżące?).

W owocach mignęła lekka cierpkość czy nawet ostrawość, a myśli wróciły do słodkiego dymu. Pachnącego (czułam "smak zapachu") orientalnie-korzennym miksem? M.in. z gorzkawym kardamonem.

Tu... czułam cierpkość, drzew, liści, przypraw i... jakiś owoców... mieszających się jednak w czekoladowości i kawie. Jakby tak... zatonęło to w gęstej, nieco maślanej masie czekoladowej / czekoladowym cieście, utopiło się w czarnej, nieprzeniknionej kawie. Cierpkość wzbogaciła się o taninę... domykając to wszystko w duecie czekolada&wino. Jakby to wino tym wszystkim smakowało, albo wszystko to miało jego nuty.

Po zjedzeniu, wraz z lekkim ściągnięciem / wysuszeniem (jak po winie?), został posmak rozgrzanych drzew i ziemi, migdałów, orzechów podkreślonych gorzkością kawy, lekko soczysta nuta (pomarańczy i nieokreślonych egzotycznych?) i słodycz masy czekoladowo-orzeszkowej; korzenna. Dym pilnował, by wszystko miało poważny wydźwięk. I on, i przyprawy korzenne pod przewodnictwem cynamonu trzymywały się chyba najdłużej. Wraz z... taninową cierpkością i cierpkością... liści (do suszenia?).

Całość wyszła cudownie. Dosadnie gorzko dzięki kawie, drzewom, migdałom i dymowi, ze słodyczą trzymającą się nieprzesadzonego poziomu. Należała do słodkich, orzechowo-czekoladowych mas i karmelu i choć wnosiła maślaność, nie łagodziła przesadnie kompozycji. By natomiast nie było za ciężko, pojawiła się nutka owoców (egzotyczne, pomarańcza). Nie podniosła jednak ani słodyczy, ani mocniejszej kwaśności nie wprowadziła. I dobrze, bo to nie pasowałoby do ciepłego wydźwięku słońca i przypraw korzennych. Orientalna, gorzka czekolada o cudnie kremowej, sytej konsystencji zachwyciła mnie.

Była bardzo podobna do gorzko-kawowej, karmelowo-orzechowej "rozgrzanej" neapolitanki. Obie były w pewien sposób proste - czekoladowość z nich aż krzyczała, ale... to pełnowymiarowa pokazała czekoladowość wielopłaszczyznową. Przy niej wszystkie nuty miały okazję w pełni się zaprezentować. Neapolitanka wydała mi się streszczeniem, czego najlepszym przykładem jest nuta karmelu - w neapolitance po prostu "palony karmel" i to, że jakby sugerowała jakąś nutę, a potem "domyśl się zjadaczu", a w pełnowymiarowej karmel wyszedł bardziej złożony, a paloność... wydawała się łączyć wiele, wiele motywów. Pełnowymiarowa nie kazała się domyślać, pozwalała utonąć w swej pyszności bogatej w proste, ale jakże wyraziste obrazy. Trochę smutne, że neapolitanka nie sugeruje, iż warto sięgnąć po pełnowymiarową - nawet ja zwlekałam tyle czasu!

Orzechowa, aż świeżo wyszła Domori Teyuna, też kawowa i subtelnie owocowa, ale jednak były inne... Domori wszystko zamknęła w słodzidłach z miodem, była bardziej jak masło orzechowe, niż jak orzechy i kremy z orzechami.


ocena: 10/10
cena: 29 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak będzie możliwość, to tak

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa