wtorek, 23 listopada 2021

Zotter Labooko Nicaragua 70 % ciemna z Nikaragui nowa od 2020

Lubię tajemnicze regiony uprawy kakao, niejednoznaczne opakowania, więc zotterowe Labooko jak najbardziej mi odpowiadają. Właśnie mleczna 50 % z tej linii z Nicaragui została okrzyknięta najlepszą mleczną na świecie. Rzeczywiście była dobra, acz obecnie nawet najlepsza mleczna nie jest w stanie zachwycić mnie tak, jak po prostu dobra ciemna. Tak swoją drogą, osobiście zawsze i tak wolałam Labooko mleczną 60 %. Nieważne. I wreszcie, po latach, Zotter wyszedł mi naprzeciw i z tego regionu stworzył także ciemną. Ach, jak się ucieszyłam! W dodatku spodobało mi się opakowanie (w momencie, gdy mlecznej 50 % do mnie nie przemawia). W jego wnętrzu trafiłam na informację, że kakao zakupiono od kooperatywy La Campesina, zrzeszającej małe farmy z okolic rezerwatów Cerro Musún i Cerro Quirraguas. I... coś nagle mnie tknęło. Przecież... Zotter już od paru lat ją miał w ofercie jako Labooko Nicaragua Sail Shipped Cocoa 70 %. Uznałam, że z chęcią sprawdzę, czy zmieniło się tylko opakowanie, czy smak też.

Zotter Labooko Nicaragua 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Nikaragui; wersja od roku 2020.
Czas konszowania to 19 godzin.

Już otwierając poczułam wyraziste, żywe kwiaty: jaśmin i róże. Podprowadziły słodycz delikatnego karmelu poprzez roślinną słodycz... tak słodką, że w sumie nie soczystą. Oczami wyobraźni patrzyłam na złociste, miękkie suszone figi leżące wśród jaśminu. Na jakimś... drewnianym talerzyku? Od tego odchodził nieco dosadniejszy motyw - może prażone orzechy? Też jednak zalane karmelem... z nutką soli? W trakcie degustacji poczułam to nieco wyraźniej, zaś figi i więcej innych suszonych, złotych owoców zasugerowały podfermentowanie. Słodko-kwasek? Wszystko to otulone kwieciem jaśminu i skąpane w słońcu; ciepłe.

Twarda tabliczka trzaskała przyjemnie, sprawiając jednak wrażenie delikatnej i kremowej.
W ustach potwierdziło się to. Była tłusto-kremowa, mazista i zalepiająca. Nie taka ciężka czy esencjonalna. Tworzyła miękką, aksamitną kremo-zawiesinę. I choć była gęstawa, to nie przytłaczała. Przypominała puszyste lody. Lody... z soczystymi bakaliami i owocowym sosem? Bo i soczystość się w niej zawinęła.

Od początku smak należał głównie do słodyczy. Karmel zdawał się płynąć hektolitrami i przymierzać różne maski. Przedstawił się jako karmel czekoladowy czy kakaowy, czym podkreślił swoją paloną goryczkę. Ta jednak zaczęła przybierać na soczystości, a ja pomyślałam o daktylach. Po chwili zaś o karmelowo-żywicznych, aromatycznych rodzynkach. Koloru niemal czarnego, muląco słodkich... Przechodzić zaczęły w figi. I w tym pojawiła się soczystość, lekko podfermentowano-miodowa, sugestywnie kwaskawa, ale bez realnego kwasku. I gdy tak myślałam o tych owocach, raz po raz myśli chyliły się ku owocom w czekoladzie (mlecznej?). Słodycz płynęła odważnie cały czas, ale raczej zmieniała swój wydźwięk, niż rosła czy malała.

W tym czasie pojawiła się też łagodna maślaność. Pilnowała, by karmel był łagodny, jak to tylko możliwe, a owoce trzymały się słodziuteńkowości. Niemniej, w końcu poprzez nią przebiły się orzechy. Włoskie? Surowe, delikatne, acz z gorzkawymi skórkami. Też jednak jakby zalane cukrowym karmelem (nie karmelizowane!). Zaprosiły do pomocy inne z tym, że... tak delikatne, że naturalnie słodkawe. Zdawały się trochę mieszać z... kokosem? Ten pokusił się nawet o pewną mleczność, śmietankę.

Jakoś w połowie rozpływania się kęsa maślaność w połączeniu z palonością karmelu odbiła po chwili w bardziej pieczonym kierunku. Poczułam... drożdżówki? Ciasta...? Wyobraziłam sobie pokrojone w "kromki" mleczne ciasto-bułki i sowicie posmarowane masłem... Też maślane tosty i poprzekrajane maślane rogale? Może w czekoladowych wariantach, ewentualnie... posmarowane cierpkawo-kakaowym kremem? Rogale z charakterniejszą, wypieczoną skórką? Wyłapałam chyba nawet cukrowo-słodkie wafle, acz wypieczone tak, że jakby z nutką soli.

I nagle w wypieki wstrzeliła się soczystość. Oczywiście wciąż słodka. W drugiej połowie rozpływania się kęsa owoce zrobiły się bardziej dżemowe... dżemikowe? Zacukrzone jak się da, lepkie, rozlewające się na tych bułkach i wypiekach. Lekka cierpkość i "ciemność" owoców też pobrzmiewała, więc myślałam o dżemach głównie jeżynowych. Może z odrobiną ciemnych winogron? Zaplątała się tu chyba jeszcze jakaś pojedyncza rodzynka, niemal czarna (źle ususzona?) figa, która kryje motyw aż kwaskawo-słonawy, podfermentowany. Charakterek, jakby skapnęła do nich cukrowa kropelka nalewki owocowej?

Cierpkość bowiem też cały czas była, sprawiając, że cukrowokarmelowa słodycz była do przyjęcia. Krążyła w słodko-żywicznych tonach. Orzechy i prażono-pieczone nuty z czasem żywice te umocniły. Pojawiły się drzewa i nawet odrobina ziemi rozgrzanej złotymi promieniami. Tu osiadła odrobina kwasku, soczystość... żywa, roślinna. Znów mignął kokos, jego lekko kwaskawe wiórki. Słodycz nieco zelżała, bo... okryły ją kwiaty z zapachu. Kompozycję zamknął bowiem biały jaśmin i jasne róże. Trochę podrasowało je drewno, może odrobinka orzechów i kokosa (jego łupina?). Pomogły kwiatom w zagłuszeniu łagodnych wypieków i słodyczy. Zrobiło się cieplej, a w mojej głowie błysnęła wizja kwiatowych wieńców / girland (a'la hawajskich Lei), słońca i poczęstunku złożonego ze słodkich rozmaitości z rodzynkami i rumu (podawanego w łupinie kokosa?) pod drewnianą wiatką. Lekko alkoholowo-cierpka nutka słodu postawiła kropkę nad i.

Właśnie kwiaty i drewno (drewniane wiaty? kokosowe palmy i łupiny?), a mniej karmelu i orzechów zostało w posmaku. Owoce niemal zupełnie się ukryły - pobrzmiewały tylko jako wysoka, żywicznie ciepła słodycz i cierpkość owoców.

Dawna wersja wydała mi się o wiele bardziej kwaskawa i słona. I w niej czułam bardzo słodkie wypieki (wafle, ciasta), ale oprócz tego właśnie słoność morskiej bryzy, rześkość i charakterność cierpko-podgniłych, fermentowanych owoców (oprócz ciemnych były jeszcze specyficzne śliwki ume). Była mocniejsza, bardziej gorzka, dosadniejsza. Bardziej bogata w orzechy i kawowa. Odebrałam to... jakby tamta była podkreślona solą (soli nie dodano do żadnej). Obie były bardzo, aż za bardzo, słodkie - dzisiejsza jednak zawarła w sobie o wiele więcej słodko-delikatnych owoców. Obie bardzo łagodne, acz dzisiaj prezentowana właśnie za sprawą słodziutkich owoców, dawna słodyczy karmelu i śmietanki. Ciekawie wyszły w nich elementy łagodzące: o ile w dawnej czułam maślaność / wypieki i kokosa, tak w dzisiejsze... maślaność, wypieki i kokos mieszały się z jaśminem. Może to kwestia transportu kakao i tego, czym wówczas przesiąkło?
Wydźwięk bardziej kupił mnie dzisiejszej (więcej owoców niż karmelu, prawie zero śmietankowości, a raczej jaśmin), jednak wolałam nieco więcej gorzkości i charakteru dawnej. Koniec końców, wyszły podobnie, każda z tyloma samymi wadami i zaletami, więc to, którą wolę, uzależniłabym od dnia i ochoty na nuty.

Jeżyny, czekoladowe dżemy, mleko owocowe, karmelizowany słód i kwiaty, drzewa w słońcu, orzechy w formie masła orzechowego czułam w Duffy's Nicaragua Amarillo 72 % - co... może nie jest 1:1 takimi nutami, co Zotter, ale... klimat dość podobny. Z tym, że Duffy's wykazała się charakterem, głębią, mniejszą łagodnością i słodyczą, za co ją pokochałam. 
Białe, delikatniusie kwiaty, ogrom słodyczy, karmel, biszkopty, orzechy to też Manufaktura Czekolady Nugu Nicaragua 70 %, ale i ona była bogatsza w owoce. 
Aż mnie dziwi, że Zotter, którego czekolady zawsze są obłędnie owocowe, tym razem wyszedł... mało owocowo, gdy chodzi o owoce soczyste, rześkie. 


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.