Wiecie, czasami słyszę, że kupując czekolady tak, jak ja to obecnie robię, zbankrutuję. I nie są to żadne głosy w mojej głowie - nie oszalałam. Mówią mi to ludzie z mojego otoczenia. Na pytanie, co chcę na imieniny, potrafię odpowiedzieć "prześlę linka", wiadomo, do strony z czekoladami. Ja patrzę na to trochę inaczej: właściwie nie chcę nic. Po co chcieć cokolwiek, skoro nie można mieć wszystkiego? Wiem, że może to dziwne rozumowanie, ale tak już mam. A czekolady... czekolady otwierają drzwi do innego świata, w którym dzięki danej tabliczce mogę przenieść się w naprawdę różne miejsca.
Sama obecnie cieszę się z kupowania czekolad z wyższej półki, ponieważ te popularne, w cenie 3-4 zł, praktycznie już mi nie smakują, albo smakują jako "takie coś, żeby zapchać się cukrem". Cieszę się nie tylko z tego powodu, że bardzo, bardzo mi smakują, ale także z tego, że są to trochę mądrzej wydawane pieniądze. Do czego zmierzam? Wcześniej kupowałam różne limitki popularnych batonów, potrafiłam wydać sporo kasy na amerykańskie słodycze, w których jakość i smak ni jak mają się do ceny. Teraz po prostu czuję, że lepiej wydaję pieniądze z kategorii "na słodycze". Zdarzy mi się jednak kupić coś z ciekawości. Coś, za czym w normalnym sklepie, przy adekwatnej cenie nawet bym się nie obejrzała, ale skoro internet zrobił z tego kolejny cud świata... postanowiłam zakupić.
I oczywiście spróbować. Takim oto wstępem zgrabnie (bądź niezgrabnie, zależy jak na to patrzeć), przeszliśmy do Tim Tam Fingers, czyli ciastek czekoladowych z czekoladowym kremem w czekoladzie ze złotym syropem w formie batonikowych paluchów, australijskiej firmy Arnott's.
Z początku myślałam, że firma ta produkuje biszkopty z kremem, jednak szybko dotarło do mnie, jak bardzo się mylę.
Normalne opakowania tych ciastek kosztują po 25 zł, bo są oczywiście niedostępne w Polsce i ktoś uparł się na nich zarobić. W internecie często spotykam zdjęcia tych ciastek różnego rodzaju. Najciekawsza wydała mi się wersja w białej czekoladzie z serem (?), ale ja chciałam jak najwięcej zaoszczędzić na produkcie wątpliwej jakości, a mimo to, dowiedzieć się, jak smakuje (a wersji z serem w sklepie nie widziałam).
W końcu doszło do chwili, w której rozerwałam błyszczące, całkiem ładne pod względem graficznym, opakowanie. Rozszedł się przy tym bardzo słodki zapach, taka czekolada mleczna kiepskiej jakości. Według mnie, zapach odgrywa ogromną rolę w słodyczach, więc jak już zapach mnie obrzydzi, produkt musi naprawdę rewelacyjnie smakować, żeby mnie zadowolić.

Kiedy wyjęłam pierwszy z paluchów, zaskoczył mnie kolor czekolady. Jest ona mało brązowa, bardzo jasna, kolor wpada wręcz w szarość. Strasznie mdła i nieapetyczna kolorystyka.
Kiedy ugryzłam ciasteczko, poczułam, że czekolada momentalnie znika, że wszystko jest straszliwie słodkie, przyjemnie chrupiące, tłuste i jeszcze raz tłusto-słodkie. Żeby jednak recenzja nie przypominała niezbyt składnego raportu jaskiniowca, postanowiłam rozdzielić ciastko na części, przy pomocy noża.
Zacznijmy od samej czekolady. Ta warstwa jest bardzo, bardzo cienka. Mimo to, cukier jest tu bardzo silny, a oprócz niego idzie wyczuć także mleczność. Dodatkowo, ma w sobie coś tłustego, rozpuszcza się już w palcach. Nie odnalazłam tu ani jednego pozytywu, chyba, że jej znikoma ilość - przy tej jakości jest na plus. Spodziewałam się, że czekolada będzie próbowała udawać deserową, żeby upodobnić ciastko do wykwintnych produktów, jednak znów bardzo się myliłam. To mi przypomina wyroby czekoladopodobne, bleh.
Ta niesmaczna, pseudo-czekoladowa warstwa pokrywa ciasteczko czekoladowe o wyrazistym, brązowym kolorze. Chrupiące, a co za tym idzie - bardzo suche, nie było jednak sucho-ostrym tworem bez smaku. Czekoladowe, może minimalnie kakaowe z nutką typową dla dobrze wypieczonych ciastek. Znalazła się tu bowiem minimalistyczna nutka soli i czegoś lekko gorzkiego, co minimalnie zneutralizowało słodycz reszty. Ciastko niestety nie było całkiem niesłodkie, ale znacznie mniej słodkie od innych warstw.

W środku, pomiędzy ciasteczkowymi warstwami, znalazł się krem czekoladowy - równie mdły, jeśli o kolor chodzi, jak czekolada. Gdy spróbowałam tego nadzienia osobno, przypomniałam sobie rzecz, która dawniej była zawsze obecna na wigilii u moich dziadków. Były to małe, grube wafle z jasnobrązowym, prawie szarym kremem, pseudo-czekoladowym w środku. Nigdy mi one nie smakowały, były miękkie i obleśne. Wiecie mniej więcej, o czym mówię? Taki krem często spotykany w tanich waflach na wagę. To właśnie było to. Ohydnie tłusty, rzadki i zarazem niegładki krem o smaku, który miał udawał czekoladę, bądź kakao. W Tim Tam, nadzienie to różniło się tylko tym, że było tak z pięć razy słodsze i miało dziwnie napowietrzoną strukturę.
Kremu tego było dużo i w połączeniu z całością, wprowadzał on do ciastka wiele nut obrzydliwości.
Gdy jadłam wszystko razem, ciastko odrobinę neutralizowało smak polewy i nadzienia, ale i tak wyszło to bardzo kiepsko. Tłuste i przesłodzone. W zasadzie, gdyby te batoniko-ciastka kosztowały tak do 2 zł, można by je nazwać całkiem przyzwoitymi, biorąc pod uwagę 40 g. Jednak w tej cenie...? Haha, nie skomentuję. Skład jest w dodatku pełen emulatorów, oleju roślinnego, barwników itp., z cukrem na pierwszym miejscu. Znalazł się tam także "golden syrup". Co to takiego? Angielski syrop koloru złotego, wytwarzany z soku z trzciny cukrowej. Rzekomo słodszy od cukru. Połączenie tych dwóch rzeczy stało się mieszanką słodką nie-do-wytrzymania.
Obrzydlistwo w ładnym opakowaniu, z dobrą reklamą. Chyba tylko samo ciasteczko jest tu warte pochwały, bo jest całkiem niezłe.
ocena: 3/10 (gdyby kosztował tyle, ile zwykły batonik, pewnie na 4-5 by wyciągnął)
kupiłam: Coś Słodkiego
cena: 11.99 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g, dwa paluchy (40 g) - 200 kcal
czy kupię znów: w życiu!
(Napis "There is no substitute for quality" na opakowaniu. Haha. Czyżby ironia?)