niedziela, 12 lipca 2015

M&M's Dark Mint

Klasyczne, czekoladowe draże chyba każdy jadł przynajmniej raz. Mimo wszystko, mam w planach zrecenzować kiedyś klasyczne M&M's, po to, żeby wyłożyć karty na stół, czyli co myślę o marce, samych drażach, a także, jako że jestem krytyczna i czepiam się wszystkiego, co mi w nich nie pasuje. To jednak nie dziś i raczej nie jutro.
Pewna mafia (coś słyszałam, że nazywają ją terminem przydatności) grozi mi i narzuca, jakie produkty mam wyciągać z mojej słodkiej szuflady.

M&M's Dark Mint kupiłam podczas zakupowego szału (wziąć, co się da i aby tylko nie odrzuciło karty, bo wstyd), potem o nich zapomniałam, przypomniałam i nie miałam na nie ochoty, znowu zapomniałam... I trochę sobie już tak u mnie poleżały. Dzisiaj jednak mam ochotę na draże, których jeszcze nie jadłam i wybór był prosty.


Ładna, zielona paczuszka wygląda całkiem zachęcająco. A co skrywa w środku? A no draże. A jakie? Duże (takie jak te z orzechami w środku) i zielone, oczywiście. Tak, spotykamy się tutaj z M&M'sami w tylko i wyłącznie zielonych skorupkach. Są one, jak zwykle, bardzo cukrowe oraz, jak nazwa wskazuje, miętowe. W niektórych przeważa cukier, w innych mięta. Częściej to drugie, jest wtedy naprawdę dość intensywna. Albo mi się wydaje.

Co do środka, czyli do ciemnej czekolady... I tutaj "Houston, mamy problem". Nie wiem, z której strony ta czekolada ma być niby ciemna. Nawet z koloru nie różni się bardzo od tej, z wersji klasycznej. Może jest po prostu minimalnie mniej słodka, ale czy to czyni ją zaraz ciemną? Przecież nie jest ani deserowa, ani tym bardziej gorzka. Wyraźnie czuć w niej nienapastliwą miętę z aromatu, co dla niektórych pewnie będzie plusem, dla innych minusem. Ja nie mam nic do takiej z aromatu, więc dobrze trafiło. Nie jest źle, ale całościowo zbyt pysznie też nie.

Kakao jakoś tam czuć, ale idzie ono raczej w kierunku tego rozpuszczalnego, słodzonego.
Mimo wszystko, trzeba przyznać, że draże są całkiem w porządku.
Jak próbuję rozdzielić skorupkę od czekolady, nie dają żadnego ciekawego efektu, a razem - już nieco lepiej. Miętowo i czekoladowo.


ocena: 5/10
kupiłam: cosslodkiego
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 494 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie 

sobota, 11 lipca 2015

Zotter HimbeerBlut / RaspberryBlood ciemna z krwią, malinami i galaretką z derenia jadalnego

Ci, którzy jakiś czas już goszczą na moim blogu, na pewno wiedzą o mojej słabości do wyszukanych smaków. "Im dziwniej, tym lepiej", czyli krótko mówiąc, jeśli tylko znajdę coś odbiegającego od powszechnie uznanych norm - kupuję. 
Na dzisiaj omawiany produkt czaiłam się już od dawna, ale kiedy przejeżdżając przez Warszawę wstąpiłam do LeChocolat i zobaczyłam to czarno-czerwono-białe, proste i przyciągające wzrok opakowanie, wiedziałam już, bez czego po prostu nie wyjdę ze sklepu.

Zotter HimbeerBlut, albo bardziej znana jako RaspberryBlood, to czekolada ciemna (70 % zawartości masy kakaowej) z malinowo-krwistym ganache (30%) i galaretką z derenia jadalnego (22%).
Na wstępie pozwolę sobie wyjaśnić parę rzeczy: ganache to nic innego, jak bardzo delikatny krem; dereń jadalny jest ziołem leczniczym o ogromnych właściwościach, stosowanym także jako przyprawa i skądinąd pod tym względem podobnym do krwawnika pospolitego; a krew z tej czekolady pochodzi od (z?) zwierząt z Edible Zoo. Stanowi ona tylko 2 % całości, tak jak suszone maliny zresztą. Puree z derenia to już całe 8 %. 
Skoro teorię mamy omówioną, czas przejść do samej czekolady.


Już w momencie, w którym wyjęłam czekoladę z papierka i chciałam odwinąć ten pozłacany, doszedł do mnie interesujący kakaowo-ziołowy zapach. Gdy zobaczyłam ciemnawą (pierwsze zdjęcia; dwa kolejne są trochę prześwietlone), grubą tabliczkę, tylko się zaostrzył. Kakaowy zapach? Jak to w czekoladach Zottera - smakowity. A ta ziołowa nuta? Było w tym coś, co jednoznacznie skojarzyło mi się z apteką, co mogłyby być negatywne, gdyby nie to, że z czekoladowym aromatem jakoś dziwnie to współgrało...

Połamałam tabliczkę, czemu towarzyszyło przyjemne trzaskanie i dokładnie obejrzałam przekrój, żeby następnie, skrupulatnie, jedno po drugim spróbować.
Zaczęłam od naprawdę solidnej warstwy czekolady. Od pierwszej chwili, gdy jej kawałek znalazł się w moich ustach, dostrzegłam w niej głębię. Tak, jakbym patrzyła w czekoladową studnię bez dna, a potem, gdy uwolnił się jej pełny smak, zaczęłam się w tę studnię zapadać. Odrobina gorzkawego, ziołowego posmaku uderzyła na samym początku; później ta lekka cierpkość została zdominowana przez jeszcze silniejszą cierpkość... tą kakaową. Dosadny smak kakaowy nie miał w sobie nic kwaśnego, był czysto gorzkawy do momentu, gdy pojawiła się subtelna słodycz. Ziołowość zniknęła, a przez parę sekund dane mi było delektować się przepyszną, ciemną czekoladą, która przybrała postać spokojnej i delikatnej, niczym najedzona lwica, która jeszcze jakiś czas temu była żądna krwi.

Skoro już o krwi mowa... Pod czekoladą znajduje się jasnobrązowe ganache, otaczające galaretkę. Kolor przypominał mi raczej mleczna czekoladę, a konsystencja... czekoladowy krem do smarowania. Czy smak skojarzy mi się z czymś znanym? 
Pierwszy kontakt z kubkami smakowymi wywołał alarm: cierpkość, słodycz, metaliczność. Te określenia przyszły do mojej głowy, zanim zdążyłam cokolwiek pomyśleć. Następnie, zaczęłam wszystko powoli rozdzielać. Słodycz - bardzo silna z owocowymi nutami. Malina? Chyba tak, nie był to jednak wyrazisty i soczysty smak. W pewnym momencie natrafiłam na coś, co zidentyfikowałam jako pestki, ale przy nich rozszedł się smak z odrobiną dziwacznej ostrości... kminek?! Były one bardzo drobne i twardawe. Krem miał w sobie wiele z mlecznej czekolady, ale znalazło się też miejsce dla... leciutkiej migdałowej nuty. Była ona bardzo ulotna, bo wraz z rozpuszczaniem się maślano-tłustawego nadzienia zaczął rozprzestrzeniać się smak metaliczny i dziwnie stonowany. Znacie uczucie, gdy poczujecie smak krwi z np. rozciętej wargi? To było właśnie to, tylko o wiele, wiele słabsze.

Na sam koniec wzięłam się za cienką warstwę czerwonej galaretki, z racji tego, że za galaretkami po prostu nie przepadam. Była słodka i to bardzo, w sposób... jakby sztucznawy z nutami kwaśno-jabłkowymi. Przez moment wydało mi się, że czuję truskawkę. Potem nadszedł silny ziołowy (choć wciąż galaretkowy) posmak.

Połączenie tego wszystkiego było równie ciekawe, jak warstwy pooddzielane. Cierpkość "apteki" i kakao, przechodząca w stonowaną słodycz, która była mimo wszystko trochę przytemperowana. Przy drugim kęsie, czekolada jest wzmocniona o ziołowy posmak (coś jakby... piołun?!) z odrobiną korzennej wręcz pikanterii (dosłownie odrobiną), a wtedy nadciąga także pewna soczystość i silna słodycz, w akompaniamencie kwaśnego jabłka i cytrynki. Cały czas w siłę rośnie także "krwistość", która nie odpuszcza, nawet gdy w ustach zostaje już tylko odrobinka ganache i czekolady. 
Posmak ten zostaje potem jeszcze przez jakiś czas.

Wyszedł mi strasznie długi wpis, więc podsumuję to tak: nigdy takiej czekolady nie jadłam, dzięki czemu wydaje mi się o tyle lepsza od innych, że po prostu ciekawsza. Całkiem smaczna, ale jako ciekawostka, a nie jako tabliczka, którą chętnie jadłoby się na przykład codziennie do kawy. Zotter świetnie lawiruje tu między przepysznością, a obrzydliwością; chociaż minimalny błąd przy którejś z części tej czekolady, mógłby wszystko zniszczyć.
Wampirze kły mi jeszcze nie wyrosły, więc nie taka krew straszna, jak to często przedstawiają.


ocena: 8/10
kupiłam: LeChocolat
cena: 18 zł (za 70 g)
kaloryczność: 437 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, puree z derenia jadalnego (8%), syrop glukozowo-fruktozowy, mleko, migdały, suszone maliny (2%), krew (2%), masło, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat cytrynowy, jabłkowy ocet balsamiczny, pektyna jabłkowa, koncentrat z jeżyn, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), kminek, wanilia, olejek tymiankowy

piątek, 10 lipca 2015

Tim Tam Fingers

Wiecie, czasami słyszę, że kupując czekolady tak, jak ja to obecnie robię, zbankrutuję. I nie są to żadne głosy w mojej głowie - nie oszalałam. Mówią mi to ludzie z mojego otoczenia. Na pytanie, co chcę na imieniny, potrafię odpowiedzieć "prześlę linka", wiadomo, do strony z czekoladami. Ja patrzę na to trochę inaczej: właściwie nie chcę nic. Po co chcieć cokolwiek, skoro nie można mieć wszystkiego? Wiem, że może to dziwne rozumowanie, ale tak już mam. A czekolady... czekolady otwierają drzwi do innego świata, w którym dzięki danej tabliczce mogę przenieść się w naprawdę różne miejsca. 
Sama obecnie cieszę się z kupowania czekolad z wyższej półki, ponieważ te popularne, w cenie 3-4 zł, praktycznie już mi nie smakują, albo smakują jako "takie coś, żeby zapchać się cukrem". Cieszę się nie tylko z tego powodu, że bardzo, bardzo mi smakują, ale także z tego, że są to trochę mądrzej wydawane pieniądze. Do czego zmierzam? Wcześniej kupowałam różne limitki popularnych batonów, potrafiłam wydać sporo kasy na amerykańskie słodycze, w których jakość i smak ni jak mają się do ceny. Teraz po prostu czuję, że lepiej wydaję pieniądze z kategorii "na słodycze". Zdarzy mi się jednak kupić coś z ciekawości. Coś, za czym w normalnym sklepie, przy adekwatnej cenie nawet bym się nie obejrzała, ale skoro internet zrobił z tego kolejny cud świata... postanowiłam zakupić.

I oczywiście spróbować. Takim oto wstępem zgrabnie (bądź niezgrabnie, zależy jak na to patrzeć), przeszliśmy do Tim Tam Fingers, czyli ciastek czekoladowych z czekoladowym kremem w czekoladzie ze złotym syropem w formie batonikowych paluchów, australijskiej firmy Arnott's. 
Z początku myślałam, że firma ta produkuje biszkopty z kremem, jednak szybko dotarło do mnie, jak bardzo się mylę. 


Normalne opakowania tych ciastek kosztują po 25 zł, bo są oczywiście niedostępne w Polsce i ktoś uparł się na nich zarobić. W internecie często spotykam zdjęcia tych ciastek różnego rodzaju. Najciekawsza wydała mi się wersja w białej czekoladzie z serem (?), ale ja chciałam jak najwięcej zaoszczędzić na produkcie wątpliwej jakości, a mimo to, dowiedzieć się, jak smakuje (a wersji z serem w sklepie nie widziałam). 

W końcu doszło do chwili, w której rozerwałam błyszczące, całkiem ładne pod względem graficznym, opakowanie. Rozszedł się przy tym bardzo słodki zapach, taka czekolada mleczna kiepskiej jakości. Według mnie, zapach odgrywa ogromną rolę w słodyczach, więc jak już zapach mnie obrzydzi, produkt musi naprawdę rewelacyjnie smakować, żeby mnie zadowolić. 

Kiedy wyjęłam pierwszy z paluchów, zaskoczył mnie kolor czekolady. Jest ona mało brązowa, bardzo jasna, kolor wpada wręcz w szarość. Strasznie mdła i nieapetyczna kolorystyka. 
Kiedy ugryzłam ciasteczko, poczułam, że czekolada momentalnie znika, że wszystko jest straszliwie słodkie, przyjemnie chrupiące, tłuste i jeszcze raz tłusto-słodkie. Żeby jednak recenzja nie przypominała niezbyt składnego raportu jaskiniowca, postanowiłam rozdzielić ciastko na części, przy pomocy noża. 
Zacznijmy od samej czekolady. Ta warstwa jest bardzo, bardzo cienka. Mimo to, cukier jest tu bardzo silny, a oprócz niego idzie wyczuć także mleczność. Dodatkowo, ma w sobie coś tłustego, rozpuszcza się już w palcach. Nie odnalazłam tu ani jednego pozytywu, chyba, że jej znikoma ilość - przy tej jakości jest na plus. Spodziewałam się, że czekolada będzie próbowała udawać deserową, żeby upodobnić ciastko do wykwintnych produktów, jednak znów bardzo się myliłam. To mi przypomina wyroby czekoladopodobne, bleh.
Ta niesmaczna, pseudo-czekoladowa warstwa pokrywa ciasteczko czekoladowe o wyrazistym, brązowym kolorze. Chrupiące, a co za tym idzie - bardzo suche, nie było jednak sucho-ostrym tworem bez smaku. Czekoladowe, może minimalnie kakaowe z nutką typową dla dobrze wypieczonych ciastek. Znalazła się tu bowiem minimalistyczna nutka soli i czegoś lekko gorzkiego, co minimalnie zneutralizowało słodycz reszty. Ciastko niestety nie było całkiem niesłodkie, ale znacznie mniej słodkie od innych warstw. 

W środku, pomiędzy ciasteczkowymi warstwami, znalazł się krem czekoladowy - równie mdły, jeśli o kolor chodzi, jak czekolada. Gdy spróbowałam tego nadzienia osobno, przypomniałam sobie rzecz, która dawniej była zawsze obecna na wigilii u moich dziadków. Były to małe, grube wafle z jasnobrązowym, prawie szarym kremem, pseudo-czekoladowym w środku. Nigdy mi one nie smakowały, były miękkie i obleśne. Wiecie mniej więcej, o czym mówię? Taki krem często spotykany w tanich waflach na wagę. To właśnie było to. Ohydnie tłusty, rzadki i zarazem niegładki krem o smaku, który miał udawał czekoladę, bądź kakao. W Tim Tam, nadzienie to różniło się tylko tym, że było tak z pięć razy słodsze i miało dziwnie napowietrzoną strukturę. 
Kremu tego było dużo i w połączeniu z całością, wprowadzał on do ciastka wiele nut obrzydliwości.

Gdy jadłam wszystko razem, ciastko odrobinę neutralizowało smak polewy i nadzienia, ale i tak wyszło to bardzo kiepsko. Tłuste i przesłodzone. W zasadzie, gdyby te batoniko-ciastka kosztowały tak do 2 zł, można by je nazwać całkiem przyzwoitymi, biorąc pod uwagę 40 g. Jednak w tej cenie...? Haha, nie skomentuję. Skład jest w dodatku pełen emulatorów, oleju roślinnego, barwników itp., z cukrem na pierwszym miejscu. Znalazł się tam także "golden syrup". Co to takiego? Angielski syrop koloru złotego, wytwarzany z soku z trzciny cukrowej. Rzekomo słodszy od cukru. Połączenie tych dwóch rzeczy stało się mieszanką słodką nie-do-wytrzymania. 
Obrzydlistwo w ładnym opakowaniu, z dobrą reklamą. Chyba tylko samo ciasteczko jest tu warte pochwały, bo jest całkiem niezłe.


ocena: 3/10 (gdyby kosztował tyle, ile zwykły batonik, pewnie na 4-5 by wyciągnął)
kupiłam: Coś Słodkiego
cena: 11.99 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g, dwa paluchy (40 g) - 200 kcal
czy kupię znów: w życiu!

(Napis "There is no substitute for quality" na opakowaniu. Haha. Czyżby ironia?)

czwartek, 9 lipca 2015

Heidi Winter Delight Creme Brulee mleczna z nadzieniem creme brulee i migdałami w karmelu

Myśląc o czekoladach Heidi, w głowie nie tworzę żadnego konkretnego opisu, charakterystyki, profilu kryminalnego. Nic. Mam pustkę w głowie. Jest to spowodowane tym, że jadłam może dwie czekolady Heidi i dwie odebrałam jako ciekawe i całkiem smaczne. Ani to rewelacyjnego składu nie ma, ani specjalnej głębi, tak mi się przynajmniej z początku wydawało. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie postanowiła wyrobić sobie o nich zdania. Z tego powodu kupiłam kilka tabliczek, któe miały mi w tym pomóc. 
Zakupów dokonałam w Almie, kiedy to przejeżdżałam przez Warszawę i pomyślałam, że to dobra okazja, by zrobić "małe zakupy". Pewnie ciężko jest sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy pod koniec wiosny zobaczyłam całą serię zimową. Mówię tu o tych, zrobionych na podstawie deserów. Wzięłam dwie, bo o nich czytałam dobre opinie. 

Najbardziej kusząca, ze wszystkich zakupionych, wydała mi się Heidi Winter Delight Creme Brulee, z dość dziwnego powodu: jadłam krem brulee i smakował mi (chociaż tyłka nie urwał), ale czekolady, czy słodycze stylizowane na ten deser, w ogóle mnie nie przyciągają do siebie. Przy tej czekoladzie stwierdziłam, że co, jeśli wiele tracę, omijając takowe? Już bez dłuższego namysłu sięgnęłam po tę mleczną czekoladę z nadzieniem creme brulee i migdałami w karmelu. 

Rozerwałam tekturkę i delikatnie oddzieliłam sreberko od czekolady. Przylegało do niej tak, że bałam się, iż okaże się kompletnie do niej przyklejone. Na szczęście, udało mi się je usunąć bez szkody dla czekolady. Wtedy właśnie poczułam cudowny, krówkowo-karmelowy zapach. Chwilę później odkryłam też, że czekolada wcale nie zaczęła się topić, jak mi się z początku wydawało - wszystko było z nią w porządku, aczkolwiek nie ma mowy o trzasku podczas łamania na kostki. 
Biorąc pod uwagę ich cienkość, miałam małe wątpliwości, jeśli chodzi o ilość nadzienia...

Dłużej nie zwlekając, umieściłam pierwszą kostkę w ustach, a czekolada od razu zaczęła się rozpuszczać. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, był karmelowy posmak, bijący już od samej czekolady. Zapewne przesiąkła nim od nadzienia. Pomijając tę karmelowość, czekolada jest smaczna, ale bez rewelacji. Bardzo słodka, mleko czuć tu dość wyraźnie, a i sugestia kakao się znajdzie. Niby nie jest to świetnie wyczuwalna goryczka, ale taki lekki posmak. Na minus działa tłustość czekolady, jednak też nie jest to stara margaryna, a po prostu fakt, że czekolada jest tłusta. Po prostu, bez zagłębiania się w to, jaki to tłuszcz, mogłoby być go odrobinę mniej. 

Kiedy czekolada ustępuje, w dość krótkim czasie, miejsce nadzieniu, już wiem, że wcale nie jest go tak mało. Po ustach rozszedł się bowiem maślano-karmelowy smak, który najpierw łączył się z czekoladą, a potem przejmował jej stanowisko. Nadzienie creme brulee okazało się dość zbite, ale nieco kremowe zarazem. Zawiało mi tutaj czymś, co przypominało bardzo gęsty budyń. Chyba było tłustsze od czekolady, ale w o wiele lepszy sposób. Tym, co czułam, był delikatny, maślany smak, a obok niego wywyższała się karmelowość. Był to karmel słodki, przez co minimalnie mdły. 

Palone nuty ujawniły się dopiero przy licznych, malutkich drobinkach migdałów w karmelu. Rozchodził się od nich minimalistycznie palony posmak, z silnie maślanym motywem. Odnalazłam tu jeszcze więcej słodyczy, jednak tym razem, o wiele przyjemniejszej, bo odrobinę miodowej. Chrupiące kawałeczki przy rozgryzaniu dodawały także migdałowej nuty, jednak była ona naprawdę bardzo słaba. 

Muszę przyznać, że sama czekolada z nadzieniem w stylu kremu brulee, byłaby dość nudna i, tak jak i sam krem, przesłodzona. Uroku dodały jej jednak te karmelowo-migdałowe kawałki, które, jak na takie maleństwa, miały naprawdę mocny i ciekawy smak. 

Czekolada jest bardzo, ale to bardzo słodka, jednak czy przesłodzona? Krem brulee przecież właśnie taki jest, więc pozwolę ją sobie ocenić, jakby właśnie taka miała być. Zastrzeżenia w postaci "mogłaby być mniej tłusta", czy "goryczka kakao mogłaby być silniej wyczuwalna" zostają, ale z drugiej strony, te miodowo-karmelowo-migdałowe drobinki totalnie mnie kupiły. Ot, mam zagwozdkę z wystawieniem oceny! Dobra na spróbowanie, nie do powrotów do niej.


ocena: 8/10
kupiłam: Alma
cena: 5.99 zł (chyba promocja była i to cena za 110 g)
kaloryczność: 556 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, nieutwardzony olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, migdały w karmelu 4,5% (cukier, płatki migdałowe 27%, syrop glukozowy, śmietana, tłuszcz mleczny, miód), lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii, aromat karmelowy

środa, 8 lipca 2015

lody Haagen-Dazs vanilla caramel brownie

Korzystam z życia, jak tylko mogę. To było do niedawna jedno z haseł, którymi się kierowałam. Ostatnio troszeczkę je przerobiłam i teraz mawiam: korzystam z pobytów w dalekich miastach (sklepach), jak tylko mogę. Tak. To lepiej do mnie pasuje. Jak jestem w jakimkolwiek sklepie, w którym można dorwać coś, czego nie mogę kupić na co dzień - nie myślę, po prostu kupuję. Szczególnie, kiedy chodzi o produkt dawno wypatrzony w internecie, firmy, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia spróbowania. 

Haagen-Dazs jest właśnie tą firmą. A lody vanilla caramel brownie właśnie tym znalezionym w internecie smakiem, o którym powiedziałam sobie, że jest lodowym priorytetem do spróbowania i zrobię wszystko, żeby tylko go znaleźć.
Wreszcie je zdobyłam, usatysfakcjonowana (przed zjedzeniem - jeszcze nie w pełni) zasiadłam do testowania (czyt. obżerania się lodami) i recenzowania.

Wyjęłam lody z zamrażarki.
Po odczekaniu paru minut, które były najdłuższymi chwilami w moim życiu, wreszcie po otwarciu, już wiedziałam, że lody zapowiadają się obłędnie. Lekki, waniliowy zapach wręcz krzyczał, żeby spróbować łyżeczkę, dwie... i kilka kolejnych. 
Mając przed sobą beżową masę lodową, z dużą plamą karmelowego sosu na środku, zdecydowałam się na poddawanie próbom kolejnych to części. Zaczęłam od samej masy lodowej o smaku waniliowym. Niestety, wanilia jest tutaj tylko w postaci aromatu (ale naturalnego!), jednak w żadnym wypadku nie rzutuje to na ogólny smak. Lody są gęste i kremowe, zrobione na bazie śmietany kremówki, co sprawia, że są wyraziście, czysto śmietankowe. Smak mają rzeczywiście waniliowy i bardzo słodki. Nie jest to przecukrzenie, cukru w cukrowej postaci nie wyczułam, co działa na wielki plus. Takie waniliowe lody mogłabym jeść także same, bez dodatków! Jednak jak już dodatki są, a są to moi faworyci z dodatków do słodyczy, to nie pozostawiają mi wyboru.

Próbujemy dalej! Drugim elementem, stosunkowo łatwo dostępnym, bo widocznym już na samym początku, jest karmelowy sos. Bardzo słodki i maślany z charakterystycznym posmakiem palonego cukru. Konsystencję ma wręcz wymarzoną, gdyż jest on gęsty i lejący zarazem. Ilość sosu jest konkretna, co, wraz z jego umiejscowieniem, działa na zasadzie łączenia się z waniliowymi lodami, tworząc bardzo słodką i smaczną mieszankę waniliowo-karmelową. Połączenie proste i pyszne. A także bardzo słodkie. Czy lody są przesłodzone?
W żadnym wypadku! Słodycz minimalizuje kakaowa goryczka, pochodząca z kawałków ciasta brownie. Są to malutkie kawałeczki i ogromne kawały. Jak już mówiłam, bardzo kakaowe, a także delikatnie słodkie. Bardzo wilgotne, jednak wciąż pozostające w konsystencji miękkiego ciasta. Momentalnie zmieszało się ono kompletnie z lodami, co wygląda jak czarne waniliowe kropki, jednak dam sobie rękę uciąć, że to właśnie brownie, bo samej wanilii w składzie brak. 

Reasumując, słodkie lody z kawałkami prawdziwego, wilgotnego brownie po prostu nie mogły być niedobre. Wydaje mi się nawet, że skład wypisano niepełny, bo musi być w nich jakaś silnie uzależniająca substancja, gdyż jak już zaczęłam jedzenie, to zakończyłam dopiero, kiedy łyżeczką natrafiłam na puste dno. 

Skład mają mimo wszystko całkiem niezły (wiadomo - brownie też swoje robi), a rewelacyjny smak sprawia, że stwierdzam, że są warte swojej ceny.



ocena: 10/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 23.99 zł
kaloryczność: 233 kcal / 100 ml 
czy kupię znów: tak

Skład: świeża śmietanka, skondensowane odtłuszczone mleko, cukier, żółtko jaja, mleko skondensowane tłuste, mąka pszenna, jajko, syrop glukozowy, olej roślinny (kokosowy, słonecznikowy), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, naturalny aromat waniliowy, skrobia kukurydziana, sól, pektyna, emulgator: lecytyna sojowa

wtorek, 7 lipca 2015

Muller Mix Pistacio taste Jogurt + Amarettini jogurt o smaku pistacjowym z ciasteczkami amarettini

Trzy nowe smaki Muller Mix'ów weszły ostatnio do sklepów i odkąd tylko się o nich dowiedziałam, pomyślałam, że nie spocznę, póki nie spróbuję dwóch z nich (mousse + truskawka odpada, bo nie lubię truskawkowych słodyczy). Najpierw udało mi się dorwać jogurt udający Pina Coladę, który jednak mnie nie zachwycił. Tym bardziej, liczyłam na to, że olśni mnie druga wersja, czyli pistacjowy jogurt (właściwie o smaku pistacji, co ukryto małym druczkiem) z ciasteczkami Amaretti (włoskie ciasteczka migdałowe) o wadze 130 g. 

Uznałam, że Muller Mix Pistacio taste Jogurt + Amarettini po prostu musi mi smakować, bo nie mogłam uwierzyć, że z trzech nowych jogurtów żaden mi nie podejdzie. 
Analizując jednak skład tej nowinki odkryłam, że potwierdziły się moje skrywane wcześniej w głąb głowy obawy: pistacji nie ma w składzie nawet na szarym końcu. Chyba, że chodzi o "może zawierać gluten, orzechy ziemne i inne orzechy", te "inne orzechy" (jasne). 
Z drugiej strony jednak... czego się spodziewać po jogurcie komercyjnej firmy? A chociażby tego, że jak nie skład, to niech chociaż smak zachwyci.

Po otwarciu doszedł do mnie jogurtowy zapach, wzbogacony o odrobinę sztuczną, słodką pistację. Wydał mi się nawet smakowity, mimo tej odrobiny chemii. Ciasteczka również pachniały, ale po prostu ciasteczkowo. Migdały jakieś? Nie, raczej nie - przynajmniej nie w zapachu.

Zaczęłam od próowania ciasteczek solo, bo to one stanowiły dodatek, który głównie do tego wariantu mnie przyciagnął. Wrzuciłam do ust od razu dwa. Były bardzo suche, a co za tym idzie chrupiące. Przy tym odrobinę twarde, ale pod naciskiem zębów z łatwością ulegały. Wydobywał się z nich smak naprawdę dobrze wypieczoncyh ciastek, takich lekko gorzkawych, co z kolei na pewno pochodziło z pestek moreli. Migdałowa nutka się w to wszystko wpasowała, jednak po chwili wszystko zalała słodycz. Niby nie zabiła całkowicie gorzkawo-migdałowego smaku, ale zdominowała go, prawie całkowicie. Ciasteczka spełniły moje oczekiwania, pomimo tego, że wolałabym, żeby było w nich mniej cukru.

Druga część wcale nie była już tak kusząca: sztucznie zielona breja. Zamieszałam ją łyżką. Nie była przynajmniej zbyt rzadka, ale do tych cudownie gęstych też bym jej nie zaliczyła. W zasadzie pod względem konsystencji zwykły, całkiem porządny jogurt - oczywiście żadnych grudek, czy tego typu "atrakcji". Wreszcie niepewnie spróbowałam. Po ustach rozszedł się słodko-jogurtowy smak z pistacjową mgiełką. Kwaśny posmak był bardzo skromny, co w zasadzie działało na jego korzyść - nie wiem, czy w tym połączeniu smakowych silniejszy jogurtowy kwasek byłby dobrym wyjście. Słodycz bardzo silna, ale słabsza niż w pistacjowym mleku Mullera (o ile dobrze pamiętam). 
Pistacjowa nuta była, ale z dużą dawką sztuczności. W zasadzie, producent napisał: o smaku, więc żadnego przekłamania nie ma. Wyszło jak wyszło, w zasadzie całkiem zwyczajnie.

Po schrupaniu jeszcze kilku ciasteczek, dorzuciłam je do jogurtu. W połączeniu, gdy nabrałam solidną łychę i jogurtu i ciasteczek, smakowało... dobrze. Jogurtowy i dość słodki smak stanowił kontrast dla, z początku, gorzkiego smaku ciastek. Później, w trakcie chrupania ich, rozeszła się ich silna słodycz, której jakimś cudem udało się wyciągnąć na powierzchnię ten lekko pistacjowy smak.
Niestety nie obeszło się przy lekko sztucznawym posmaku, który ogółem raczej mi nie przeszkadzał. Słodycz go trochę tłumiła. 

Niewątpliwym faktem jest, że to ciasteczka są sercem i główną zaletą tego jogurtu. On sam jest bardzo zwyczajny, chociaż nie mogę powiedzieć, że niesmaczny (dałabym mu jakieś 5-6/10). Jest straszliwie słodki. Jeśli komuś nie przeszkadza odrobina chemii i nie-taka-już-odrobina cukru, to polecam na raz, na wypróbowanie.
Ja miałam ogromną ochotę na cukier tego dnia, więc wiecie...
Ode mnie wielki plus za ciekawy wariant smakowy - chyba nigdy takiego jogurtu nie widziałam. Tylko wykonanie mogłoby być lepsze.


ocena: 7/10 (głównie dzięki ciasteczkom)
kupiłam: Tesco
cena: 1.99 zł
kaloryczność: 144 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

poniedziałek, 6 lipca 2015

Reese's White

Zamęczę Was tymi ciasteczkowo-czekoladkowymi babeczkami!
Filozoficzne pytanie na dziś: do jakiej kategorii zaliczacie te babeczki? Niby babeczki, ale nie całkiem. Ciastka? Niee... Czekoladki? Może tak trochę... Osobiście nie mam pojęcia, jak je zaszufladkować, jednak nie to się liczy. Najważniejszy jest smak.

Co do samych Reese's White Peanut Butter Cups są to babeczki z masła orzechowego, oblane białą czekoladą od Hershey's. 


Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam smakowity zapach masła orzechowego. Tak więc, nie będę się po raz kolejny rozpisywać o nadzieniu (więcej możecie przeczytać tu ), powiem tylko krótko, że jest ono smaczne, wręcz przepyszne; słone, lekko suche i dość proszkowate, co w takim wydaniu jest dobrym rozwiązaniem. Soli jest w nim tyle, co w typowym amerykańskim maśle orzechowym - czyli bardzo dużo. Sprawia ono wrażenie nie całkiem przemielonego, więc nie ma w nim "uładzonej kremowości". Krótko mówiąc, jest rewelacyjne i kropka.
Polewę stanowi biała czekolada, która jest jeszcze słodsza od mlecznej i tak już nieco zbyt słodkiej. Ta biała słodycz aż drapie w gardle. Oprócz cukru, bardzo wyraźnie czuć w niej posmak masła orzechowego, bo przesiąkła nią bardzo silnie. To w sumie stworzyło bardzo ciekawy efekt takiej fistaszkowej białej czekolady. Jest smaczna, gładka i bardzo śmietankowa. Jeśli chodzi o wanilię, to tego posmaku mi zabrakło. Gdzieś w tle można coś wyczuć, ale raczej tak, jak usłyszeć tonącego wołającego o pomoc już spod wody. W dodatku całość jest tłusta: nadzienie - wiadomo, to w końcu masło orzechowe, ale czekolada... pozostawia nieprzyjemny tłusty motyw na języku i rozpuszcza się już w palcach. Można jej to jednak wybaczyć, ponieważ w połączeniu z nadzieniem tworzy coś zjawiskowego. Choć razem do jednorazowego poznania, nie żeby normą stało się wracanie do nich.
Masło orzechowe poniekąd sprowadza słodycz do znośnego poziomu. Samo dodaje od siebie swoją orzechową słoność. Całość smaczna, bo nadzienie dzielnie walczyło o dominację, w efekcie czego Reese's White to bardzo słodkie i zarazem słone babeczki z ogromną ilością przepysznego masła orzechowego.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Świat
cena: 6.59 zł
kaloryczność: 547 kcal / 100 g (opakowanie, czyli 2 szt. - 230 kcal)
czy znów kupię: raczej nie

niedziela, 5 lipca 2015

Lindt Hello, My name is Caramel Brownie mleczna z karmelem, kremem brownie i kawałkami ciemnego ciasta

Przy zakupie tego czekoladowego batonika moje wnętrze lało łzy z rozpaczy. Tak bardzo chciałam pełnowymiarową, 100-gramową tabliczkę... Czekoladę mleczną Lindt'a w końcu kocham, bardzo czekoladowe ciasto brownie uwielbiam i już dawno znalazło się ono na mojej liście najlepszych ciast na świecie, a karmel... karmel to już poezja sama w sobie. Dostać to wszystko w jednej czekoladzie to jak wygrać główną nagrodę na loterii... trzy razy.
Tak czy inaczej, cieszyłam się, że chociaż 39-gramowe maleństwo udało mi się w końcu dorwać (no dobra, już je kiedyś jadłam, ale w biegu, więc nie miałam okazji się podelektować). 

Lindt Hello, My Name is Caramel Brownie to czekolada mleczna z nadzieniem a'la ciasto brownie, karmelem i kawałkami ciasta czekoladowego. Też lubicie okruszki ciasta? To możecie zacząć ostrzyć zęby, tak jak ja, gdy podczas rozgrywania opakowania, dobiegł mnie zapach... cudny, bardzo słodko-mleczny. Co prawda, nie przebijała się sugestia kakao, jak przeważnie w lindt'owskich czekoladach, ale nuty, która ukoronowałaby samą czekoladę nie zabrakło. Tym razem był to po prostu karmel. Czysty, niczym niezachwiany karmelowy zapach.


Coś, co tak pachnie, nie może być złe, prawda? A w dodatku kostki, z uroczym grawerem każda. Niby wolę wielkie kwadraty, które można przegryźć na pół, obejrzeć, ale te serduszka, usta i napisy i tak mi się bardzo podobają.
Po połamaniu batonikowej czekolady spostrzegłam, jak mało jest karmelu w stosunku do reszty. Nie wylewał się ze wszystkich stron, ale był raczej płynny. Dopiero po przegryzieniu kostki na pół robił pokazywał swoją ciągnąco-klejącą stronę.
Kremu brownie było o wiele więcej, a kolorem zlewał się z samą czekoladą. 
Jakby nie patrzeć, przekrój prezentuje się elegancko, więc pierwsza kostka z pewną czcią powędrowała do ust. 

Z początku sama czekolada zaczęła się rozpuszczać. Była delikatna, kremowo-gładka, jednak w smaku wcale już do takich lekkich nie należała. Bardzo słodka, wyraziście mleczna z silną nutą goryczki kakao. To nie kolejny słodki ulepek, a czekolada mleczna z charakterkiem. Uwielbiam dobrze wyczuwalne kakao w czekoladach Lindt'a. To jest po prostu jakość pierwsza klasa! 
W końcu warstwa czekolady, mimo, że dość gruba, pękła. To był debiut karmelu. Jego smak wyciekł wraz z nim, lecz mimo tej znikomej ilości (13%), było go czuć bardzo, bardzo dobrze. Przynajmniej przez pewną chwilę. Maślany, odrobinę tłustawy. Pod tym względem naprawdę dobry. Oprócz tego, obok smaku świeżego masełka, stała słodycz. Silna i piorunująca. Teraz już wiedziałam, że to jednak dobrze, że karmelu nie ma więcej.

Słodycz została jednak za chwilę sprowadzona do poziomu, za sprawą warstwy zbitej, czyli kremu brownie. Ten był lekko tłustawy i raczej gładki. W smaku nie różnił się specjalnie od samej czekolady, oprócz tego, że był od niej delikatniejszy i nieco bardziej kakaowy, ale także dość słodki. 
Tej części nadzienia było sporo (28%) i znikała powoli, pieszcząc swoją słodkością przemieszaną z lekką cierpkością. W końcu krem brownie zaczął odsłaniać kawałeczki "ciemnego ciasta", czyli właśnie brownie. 
W mojej pamięci brownie widnieje zawsze jako miękkie ciasto, z wierzchu przypieczone trochę na chrupko, w środku z lekkim zakalcem. A co za okruszki znalazły się w tej czekoladzie? 
Twarde. Twarde i suche kawałeczki. Ta ich suchość, prawie ostrość, mi przeszkadza. Trochę mija się to z moimi wyobrażeniami o brownie, jednak mogę na to przymknąć nieco oko. W smaku są bardzo kakaowe, z silną goryczką i lekkim posmakiem bardzo długo pieczonych ciastek, czyli takim lekko przypalonym, może nieco słonym.
Jest ich malutko, wielkością także nie grzeszą i co jakiś czas przyjemnie jest je chrupnąć. Takie "urozmaicenie", żeby za gładko i kremowo nie było.

Niby było smacznie, bez większych wad, ale... oczekiwałam znacznie więcej. Karmel mógłby być bardziej słono-palony, a okruszki ciasta mogłyby być wilgotne i przyjemniejsze dla podniebienia oraz języka. Rozczarowanie, owszem, jest, ale muszę przyznać, że wciąć jest to bardzo smaczna czekolada. Może nie aż tak rewelacyjna, jak ją zapamiętałam, ale naprawdę na wysokim poziomie.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep firmowy Lindt
cena: 4.69 zł (za 39 g)
kaloryczność: 549 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop glukozowy, orzechy laskowe, tłuszcz mleczny, tłuszcz roślinny, śmietanka w proszku, mleko skondensowane, mąka pszenna, dekstroza, laktoza, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, kakao w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, sól, naturalne aromaty, ekstrakt słodowy jęczmienny, wanilina, węglan amonu, wodorowęglan amonu, węglan potasu, wanilia

sobota, 4 lipca 2015

lody Haagen-Dazs coffee

Przypadek: wielkie szczęście, czy przekleństwo pechowca? Zadałam sobie to pytanie siedząc w samochodzie i dosłownie umierając. O co chodzi? Po kolei...
Podczas jednego z moich wyjazdów, zrobiło się bardzo, ale to bardzo gorąco. Nie spodziewałam się takiej pogody tego dnia, wręcz przeciwnie - nabrałam jakieś ciepłe bluzy z myślą, że będzie deszcz i okrutny wiatr. Będąc w Warszawie, postanowiłam wyrwać się z nieklimatyzowanego samochodu i wstąpić do Almy, "tak przy okazji" (wcale nie zabrałam z domu łyżeczki, niee, wcale). Całkiem "przypadkiem" pomaszerowałam do zamrażarek, a tam... światłość i fanfary. Mój wzrok wyłapał jedną jedyną rzecz, nic innego się nie liczyło. Tą rzeczą były lody, 430-gramowe pudło lodów. Kupiłam je, jako "przekąskę na raz" i spałaszowałam na parkingu. Tak, a potem umierałam z przejedzenia i wychłodzenia, mimo upału. Ok, trochę to z przymrużeniem oka piszę, bo moje podejście do jedzenia nie pozwoliłoby mi na takie "wszamanie w biegu". Prawda była taka, że miał to być w zasadzie mój "posiłek na cały dzień", a ja mając wszystko inne gdzieś, z zachwytem wygodnie rozsiadłam się w samochodzie i urządziłam sobie długą ucztę w towarzystwie ulubionej muzyki.

To wszystko jednak się nie liczyło, ponieważ lodami tymi były Haagen-Dazs coffee, czyli kawowe, za którymi uganiam się już od dłuższego czasu.

Parę minut poczekałam, jednak na pewno nie zalecane 10-15. W końcu... nie chciałam siedzieć na parkingu jak głupia. Otworzyłam i już od razu dobiegł mnie smakowity kawowo-śmietankowy zapach. Nic tylko zanurzyć łyżeczkę w masę lodową i jeść!
Lody są dość gęste i solidne. Przyjemnie tłustawe i rozpuszczające się, tworząc gęstą maź. Czuć, że bazą pod nie była śmietana kremówka. W ogóle muszę pochwalić skład, ale to w haagenach standard.
Tak więc, było czuć śmietankę, jednak to nie był smak wiodący. W tej dziedzinie zdecydowanie triumfowała kawa właśnie, zgodnie z oczekiwaniami. Lody przypominały co prawda mleczną kawę, jednak jej goryczka wciąż pozostawała całkiem silna. Pierwszym skojarzeniem była kawa rozpuszczalna z pianką: bardzo delikatna i charakterna zarazem.
Słodycz natomiast... również się pojawiła. Był to swoisty, minimalistyczny dodatek, wydobywający smaki kawy i śmietanki. Kompletne przeciwieństwo lodów Grycan caffe latte. W nich cukier był na bardzo wysokim miejscu, na podium - powiedziałabym. W haagenach mamy do czynienia z lekko dosłodzoną kawą. Osobiście nie słodzę, jednak słodka nutka w lodach jest przeze mnie jak najbardziej pożądana.
Kiedy tak jadłam i jadłam, zaczynając od boków (gdzie trzymałam pudełko), bo tam najszybciej się topiły, odkryłam, że mimo iż w większości topią się "na gęsto", to przy samym końcu zaczęła się z nich wydzielać jakby prawie woda. Znaczy... nie w smaku, a w konsystencji. Pomijam jednak ten fakt, bo na smak w ogóle nie wpływał.
Reasumując, lody te nie są w żadnym wypadku gorzką siekierą, typową małą czarną, a porządną kawą z odrobiną mleka i szczyptą cukru. Oczywiście mrożoną. Znaczy... jako kawa, nie zachwycałabym się tym smakiem aż tak, jednak jako lody... były naprawdę pyszne, chociaż dla mnie mogłyby być mieć jeszcze jakieś kawowe kawałki, sos, czy coś.

Przyznać jednak muszę, że smak gorzko-kawowy i intensywny, bije na głowę wszystkie inne (zwykłe kawowe) lody, jakie jadłam.

Około 25 zł za smaczne, lecz wbrew pozorom zwyczajne (preferuję lody z dodatkami, jednolita lodowa masa to dla mnie trochę za mało), kawowe lody, to jednak trochę za dużo. Rozumiem, że za skład się płaci, ale uważam, że sama marka także ma ogromny wpływ na cenę. Cieszę się, że kupiłam je w promocji, mogę śmiało powiedzieć, że jeśli na nią traficie - nie zastanawiajcie się, kupujcie!


ocena: 10/10
kupiłam: Alma
cena: 16.90 zł (promocja)
kaloryczność: 252 kcal / 100 g
czy kupię znów: może jak na promocję trafię

piątek, 3 lipca 2015

Moser Roth Bourbon Vanille biała z wanilią

Są dwie rzeczy, których nie cierpię. Znaczy... jest ich o wiele więcej, ale na potrzeby dzisiejszej recenzji, przyjmijmy, że są dwie. Pierwsza to powtarzanie się, więc pozwólcie, że nie będę się rozpisywać, jak bardzo uwielbiam połączenie białej czekolady i wanilii. Właściwie, uwielbiam połączenie wanilii z czymkolwiek, a czekoladę po prostu uwielbiam, więc no... Jednak, jak już zobaczę białą tabliczkę z waniliowymi kropeczkami, to pewne jest, że ją kupię w trybie natychmiastowym.
Drugą rzeczą, na jaką w kilku zdaniach ponarzekam, jest narzekanie (o ironio, haha), ale konkretne narzekanie. Na to, że biała czekolada to nie czekolada. Zbiór cukru i tłuszczu? Nie zawsze. Czasem biała czekolada potrafi mieć o wiele więcej do przekazania konsymentowi, niż niejedna mleczna. Weźmy jako przykład czekoladę białą z 32%-ową zawartością masy kakaowej. Gdy prześledzicie skład popularnych czekolad mlecznych, zobaczycie, że często ta liczba waha się między 28 %, a 30 %.

W ten sposób przechodzimy już do konkretów, czyli do białej czekolady z wanilią (właśnie z 32 % zawartości kakao), czyli Moser Roth Bourbon Vanille. Opakowanie zawiera 125 g białego dobra, czyli 5 malutkich tabliczek. Osobiście czasem lubię tabliczki do gryzienia, nie zaś do połamania na malutkie kosteczki, więc takie rozwiązanie mnie ucieszyło. Producent podał także zawartość mleka, co wynosi 20,3 %, a jak już przy składzie jesteśmy, to warto wspomnieć, że moją uwagę przykuła... pokruszona wanilia? Nie, coś, co jest przed nią. Sól. I to w składzie przed wanilią!

Otworzyłam bardzo eleganckie, tekturowe opakowanie, po czym wyjęłam kilka maleńkich tabliczek osobno pakowanych w papierki. Odwinęłam jeden i powąchałam.
Zapach był bardzo intensywny. Głównie czuć tu było mleko, oraz wanilię, której zapach skojarzył mi się z bardzo naturalnie waniliowymi lodami.

Zachęcona zapachem, wzięłam do ust pierwszy kęs. Z początku słodycz wydała mi się stonowana, mimo, że wyraziście waniliowa.

Mleko od samego początku było dobrze wyczuwalne. Świeże, tłustawe mleko. To było to! W dodatku całkiem silny był jeszcze posmak masła, co dawało ciekawy maślany efekt. Nie jakaś tam obrzydliwa margaryna, a naturalne masełko. Jeśli już o tłuszczach mówimy, dało się tu także wyczuć tłuszcz kakaowy, albo raczej czuło się, że obecne tłuszcze są jak najbardziej pozytywne.

Czekolada rozpuszczała się w miarę powoli i kremowo, a wraz z postępem tego procesu nasilała się waniliowa słodycz. 
Przy drugim kęsie słodycz, już nie taka waniliowa, po prostu uderzyła, zszokowała i zaczęła drapać w gardle. Z każdym kolejnym kęsem ta słodycz wydawała się coraz silniejsza. W pewnym momencie pomyślałam, że nie dam rady zjeść już ani kawałka więcej.

Było waniliowo, ale i sam cukier stał się bardzo silny, co popsuło początkowe, bardzo miłe, wrażenie. 
W pewnym momencie miał miejsce nieoczekiwany zwrot akcji. Wyczułam słoną nutkę. Cukier dalej szalał, jak mógł, niczym pies spuszczony ze smyczy, ale obok niego właśnie ta odrobinka soli gdzieś tam się kryła. Wanilia i mleko do końca były wyczuwalne, jednak "były wyczuwalne" to dla mnie za mało. To powinno być na pierwszym miejscu, na którym bezprawnie rządził się cukier.

Ta czekolada mogła być przepyszna, dostać dziesiątkę. Mogła. Jednak nie dostała, bo mimo, że początek był naprawdę dobry, to przesłodzenie i tak wypłynęło na wierzch, niczym zdechła ryba nadmuchana piłka plażowa. Tak słodkiej czekolady dawno nie jadłam i właśnie za to zasłodzenie, przecukrzenie, czy jak to jeszcze można nazwać, ocenę obniżam o dwa punkty. A mogło być tak pięknie.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep z niemieckimi produktami
cena: 6 zł
kaloryczność: 604 kcal / 100 g (opakowanie ma 125 g, każda tabliczka 25-gramowa ma 151 kcal)
czy znów kupię: nie

czwartek, 2 lipca 2015

Reese's Big Cup

Pewnie zastanawialiście się, dlaczego, skoro kocham masło orzechowe i wszystko, do czego zostało dodane, tak dziwnie oceniłam miniaturki od Reese's. 
Otóż, słowo-klucz to: proporcje. A jak wiecie, lub nie, Reese's oferuje nam normalne babeczki lepsze od miniaturek, lub... to cudo.

Reese's Big Cup od Hershey's to ogromna babeczka z masła orzechowego, oblana mleczną czekoladą.


Czekolada mogłaby być lepsza, bo jest przesłodzona i tłustawa, szczerze mówiąc - po prostu okropna, kakao mogłoby być o wiele bardziej wyczuwalne, ale w ilości, w jakiej występuje w tym produkcie, też daje radę. W końcu jakoś tam je czuć. Wydaje mi się, że jest lepsza, niż w miniaturkach. Tutaj nie znalazłam takiego plastikowego posmaku. To po prostu bardzo słodka czekolada.

Fakt, jest bardzo słodka, ale słoność wnętrza dominuje ją w naprawdę dużym stopniu. Masło orzechowe jest o wiele bardziej słone, niż te znane w Polsce, ale nie tak słone, jak typowo amerykański wyrób. Chociaż nie jestem pewna, czy słodka czekolada nie ma wpływu na odbiór, pomimo próby rozdzielania.

Dodatkowo, proporcje w Big Cup są strzałem w dziesiątkę. Dużo, strasznie dużo, masła orzechowego, które jest tylko oblane czekoladą (a nie pół na pół, jak było w przypadku miniaturek).

Smak wnętrza - to po prostu masło orzechowe, ciężko to wytłumaczyć komuś, kto go nigdy nie jadł, ale myślę, że większość z Was przynajmniej je próbowała. Wiadomo, fistaszków nie da się pomylić z niczym innym. Pokuszę się o nazwaniem tego masła idealnym w smaku.
Co do konsystencji... nadzienie jest dość proszkowate i raczej suche, ale bardziej kremowe i delikatne nie sprawdziłoby się w takich babeczkach. Nie ciągnie się przy ugryzieniu, a w ustach rozpływa się powoli, zdecydowanie wolniej niż czekolada, pozostawiając na języku drobniutkie cząstki orzechów.
Duża ilość masła orzechowego wpłynęła na całkowity odbiór. Masa z masła, muśnięta słodkością czekolady. Fenomenalne połączenie.

Babeczki Reese's uwiodły mnie, wersja duża to coś zdecydowanie dla mnie i każdego innego fana masła orzechowego. Szkoda tylko, że jakość najwyższa nie jest, ale dobre to, uzależniające mimo wad. Znaczy... biorąc pod uwagę, czym to jest: czekoladką-babeczką. Bo ani takiej czekolady nie chciałabym w tabliczce, ani takiego PB w słoiku.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Świat
cena: 7.99 zł
kaloryczność: 513 kcal / 100 g (1 szt. 39 g - 200 kcal)
czy znów kupię: tak

Słyszeliście, że są też w ciemnej czekoladzie? Niestety, nigdzie ich nie dostałam, a recenzja wersji białej już niebawem.

środa, 1 lipca 2015

Lindt Whisky mleczna z whisky

"Whisky, moja żono, jednak tyś najlepszą z dam..." Dżemu. Znacie to? Znacie. A Lindt Whisky kojarzycie? To może jeszcze tylko whack for my daddy-o i lecimy z recenzją. 

Są ludzie, którzy alkoholu w słodyczach nienawidzą, więc logiczne wręcz jest to, że jest i druga grupa - która takie połączenia uwielbia. Po tym, że zdecydowałam się na tę czekoladę, pewnie wywnioskowaliście, że jestem z tych drugich... Nie mylicie się. Uwielbiam słodycze z mocnym, alkoholowym uderzeniem, ale takimi z delikatną nutką również nie pogardzę. Na szczęście, słodyczy z takowym dodatkiem, słabszym, czy silniejszym, nie brakuje, więc mam co testować.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym najpierw nie podzieliła się z Wami swoją wiedzą, a mianowicie... whisky, czy whiskey? W sumie, jedno i to samo, przeciętny konsument w smaku różnicy raczej by nie wyczuł, jednak szkocka (whisky) jest "cięższa", pełniejsza, a w tradycyjnej powinna być nawet nutka torfu, który używa się przy produkcji. Amerykanie i Irlandczycy swoją wersję (whiskey) wygłaskali, uładzili, to i wyszła im delikatniejsza tudzież nijaka. Dość, bo mi się jeszcze zaraz tematyka bloga zmieni.

Lindt Whisky jest czekoladą mleczną z płynnym nadzieniem (wiadomo jakim). Przyznam, że w sumie próbowałam niewielu czekolad mlecznych z procentem, gdyż preferuję duet z czekoladą gorzką, jednak jako, że mam słabość do Lindt'a obok tej tabliczki nie mogłam przejść obojętnie. 

Po uporaniu się z tekturką i rozerwaniu sreberka, ukazuje się nam czekolada o dość nietypowych kostkach, a mianowicie: każda kostka jest bardzo cienka, z wypukłością kojarzącą mi się z kapsułką, z felix felicis, eliksirem płynnego szczęścia (czyt. whisky).
Czekolada ma jasny kolor i pachnie bardzo przyjemnie - słodko czekoladowo, a w tle czai się alkoholowa nutka.
Jak ze smakiem? Jest słodsza od typowych czekolad tej firmy, co rzuca się w... kubki smakowe (bo chyba nie w oczy?). Oczywiście, nie jest to przesłodzony ulepek, a wciąż czekolada z wyraźną goryczką kakao, chociaż w tym wyrobie goryczka ta jest na jednym poziomie z mlecznością, co pewnie przypadłoby do gustu osobom lubującym się w czekoladach pokroju nieco słodszego. Dla mnie nie jest to ani plus, ani minus, dlatego, że smakuje bardzo dobrze, rozpuszcza się w średnim tempie i jest dość gładka w konsystencji, lekko maślana. Uwielbiam mleczne, w sumie wszystkie, czekolady Lindt'a, dlatego właśnie, że nie mam się do czego w nich przyczepić.

Wnętrze ma pokryte taką alkoholowo-cukrową warstwą, która daje ciekawy efekt i prawie zawsze występuje w tego typu czekoladach (jak byłam mała to nazywałam to szkłem... i w sumie robię tak do dzisiaj). Taki drobny dodatek, żeby przy okazji coś chrupnąć.

Meritum stanowi nadzienie z whisky, które dodaje tej słodkiej tabliczce charakteru i wyrazu. Nie ma co nastawiać się na whisky z wyższej półki, ale jest naprawdę dobra, mocna i lekko gęstawa. Kiedy rozlewa się w ustach, a w gardle czuć znajome ciepło, mieszając się z samą czekoladą, tworzy połączenie, które naprawdę ciężko wyrzucić z pamięci. A naprawdę chciałabym to zrobić, żeby móc kupić tę czekoladę raz jeszcze i odkrywać jej smak na nowo. 

Bardzo, bardzo mi smakowała. Wiele bym zrobiła, by spróbować deserowej Lindt'a z whisky... mm, rozmarzyłam się.



ocena: 10/10
kupiłam: Tesco
cena: 10.49 zł
kaloryczność: 467 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, whisky (8%), miazga kakaowa, laktoza, cukier inwertowany, odtłuszczone mleko w proszku, substancja zagęszczająca (guma arabska), lecytyna sojowa, ekstrakt słodowy (jęczmień), wanilina

------------
Aktualizacja z dnia: 03.01.2019
Czekolada mleczna z płynnym nadzieniem z dodatkiem Whisky (33%).
Chciałam tylko podmienić zdjęcia, ale gdy jadłam, coś mnie skłoniło, by uważnie przyjrzeć się składowi. Tak, wprowadzono małe zmiany w składzie.
Na smak przełożyło się to wprawdzie nieznacznie, ale jednak nie mam ochoty podmieniać zdjęć zdjęciami właściwie trochę innej czekolady.

Nowa, a więc z mniejszą ilością whisky, wersja tak jak dawna zachwyciła mnie cudowną mleczną czekoladą i "szklaną warstwą" z cukru. Forma dała możliwość zarówno obgryzienia boków i włożenia "kapsułki szczęścia" do ust, by rozpływając się z czasem pękła, jak również "golnięcia" jak z kieliszka płynnego nadzienia i zjedzenia reszty (osobiście wolę pierwszą opcję, ale jadłam i tak, i tak).

Gdy tak czekolada się rozpływała, a whisky w końcu z niej wypłynęła, utworzyło to cudowne połączenie. Mocny alkohol i słodziutka, wyrazista czekolada - nic nie zostało zagłuszone. Cukrowa warstewka podkręciła dodatkowo i słodycz, i alkohol, ale wszystko idealnie pasowało, choć w tym przypadku to czekolada cały czas zajmowała nadrzędną rolę.
Ta wersja nie dawała aż takiego poważnego, alkoholowego kopa, ale wciąż czuć w niej, co obiecuje producent.
Ogólnie uważam, że to zmiana neutralna, bo nie wyszło gorzej. Lepiej też nie, bo podobał mi się alkoholowy kop, ale ta nadal jest satysfakcjonująco mocna.


ocena: 10/10
kupiłam: Biedronka
cena: 7-8 zł
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, Whisky (5%), laktoza, cukier inwertowany, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, substancja zagęszczająca (guma arabska), ekstrakt słodowy (jęczmień), aromat (wanilina)